poniedziałek, 28 września 2015

"Maybe someday" Colleen Hoover

Tytul : "Maybe Someday"
Autor : Colleen Hoover
Wydawnictwo : Otwarte
Rok wydania : 2015
Liczba stron : 440
Tytul oryginalu : "Maybe Someday"






Niewinne trojkaty



Sama nie wiem dlaczego wogole siegnelam po te pozycje. Po zalosnym, dziecinnym "Hopeless" powiedzialam sobie : stop NA !! Moze skusila mnie okladka? Moze po postu lubie dawac drugie szanse? Moze lubie pisac niepochlebne recenzje? Tego nie wiem. Jednak jedno wiem napewno. Jedynym plusem tej ksiazki bylo to, ze udalo mi sie ja skonczyc w jeden dzien , pewnie spowodowane bylo to tym , ze wystarczylo przeczytac dialogi a pominac szczeniackie opisy, i juz czlowiek byl zorientowany w calej fabule, niczym w brazylijskiej telenoweli lub ostatnim odcinku Eastenders. Jesli nie nalezycie do fanow gatunku, nie lubicie romansow ( bo ksiazka nie byla niczym innym niz marnym Harlequinem ) i wkurzaja was opisy w stylu lat 50 to omijajcie te ksiazke z daleka. Wszyscy inni moga dac jej szanse, ale na wlasna odpowiedzialnosc.

22 letnia Sydney zmuszona jest do wyprowadzki z wynajmowanego wspolnie z przyjaciolka Tori apartamentu, kiedy dowiaduje sie , ze ta sypia z jej facetem Hunterem. Zrozpaczona pakuje sie i w biegu zamawiajac taksowke, opuszcza mieszkanie. Kiedy dociera na dziedziniec odkrywa, ze zostawila torebke ze wszystkimi pieniedzmi. Zrozpaczona odmawia taksowkarza i siada na murku zastanawiajac sie co ze soba poczac. Kiedy juz jest zdecydowana spedzic noc pod mostem podchodzi do niej atrakcyjna dziewczyna i zaprasza do apartamentu, ktory dzieli z muzykiem Ridgem. Sydney nie jest w pelni przekonana do tego pomyslu jednak daje sie namowic i zamieszkuja razem. Ridge zafascynowany talentem Sydney prosi ja o pisanie tekstow do jego wygrywanych na gitarze utworow. Z dnia na dzien pomiedzy para zaczyna rodzic sie uczucie. 


Ogolnie rzecz biorac "Maybe someday" jest 440 stronicowym przewodnikiem "jak zracjonalizowac niewiernosc". Uwaga spojler. No bo jak inaczej okreslic to co robil Ridge? Z jednej strony kochal swoja dziewczyne ( ktora, podobnie jak w innych ksiazkach autorki byla smiertelnie chora i i tak by umarla przed skonczeniem 30 roku zycia ) by jednoczesnie na jej oczach zakochiwac sie w kolezance ktora pisala mu romantyczne kawalki? Ja rozumiem, ze przebywanie ze smiertelnie chora osoba moze byc przygnebiajace jednak Ridge nie dosc , ze nie mial taktu to jeszcze byl zwyklym... ( wpisac odpowiednie ). 
I tak przerzucalam te kartki na ktorych na przemian pojawiala sie wina, konflikt emocji, zazdrosc i nawet wina z racji tego, ze ktos jest zazdrosny. Zmeczyly mnie przydlugie introspekcje dotyczace istoty milosci, zlamanych serc a najbardziej rozzloscila mnie proba wytlumaczenia mozliwosci kochania dwoch osob naraz. Totalna bzdura. Ostatnio mam szczescie do trafiania na egoistyczne meskie postaci w ksiazkach. Ridge bardzo dobrze sie wpisal w ten kanon. Byl samolubny, i pomimo pieknych slow jakimi opisywal milosc na dobra sprawe nie wiedzial co to znaczy kochac. Kobiety byly dla niego jak przedmioty a on sam jak piecioletni chlopczyk nie mogacy sie zdecydowac , jaka zabawke chce dostac pod choinke. Biorac pod uwage , ze byl gluchy myslalam, ze autorka wyposazy go w inne przymioty : wieksza wrazliwosc, zdolnosc glebszego zrozumienia, zdolnosc do wpolczucia. co prawda bylo troszke lepiej niz w przypadku Deana Holdera z Hopeless ( obrzydliwy stalker ) jednak nadal, w ogolnym rozliczeniu, okazal sie dupkiem. 

Kolejna rzecza , ktora mnie zrazila w ksiazce jest jezyk. Juz na pierwszej stronie glowna bohaterka nazywa swoja przyjaciolke "zdzira" a po kilku kolejnych spotyka sexowne dziewcze zgadnijcie w czym ? W koszulce Hooters. Niestety wulgarny jezyk i faworyzowanie glownych postaci ( te oczywiscie nigdy nie sa dziwkami nawet jesli podrywaja cudzych chlopakow) jest zmora wiekszosci powiesci New Adult. W przypadku tej ksiazki autorka posunela sie nawet do tego, by z doslownie kazdej zenskiej postaci uczynic wroga Sydney. Nic tylko "dziwki", "krowy" , "szmaty" w porownaniu do ktorych nasza glowna bohaterka wypadala niczym nowa dziewica orleanska. I czy tylko ja mialam chec podjesc do niej, potrzasnac i powiedziec by sie ogarnela?


Jest jedna rzecz ktora zmuszala mnie do przewracania kartek. A jest nia Maggie - dziewczyna Ridga. Dziekuje CoHo za stworzenie tak cudownej, pieknej i pelnej zrozumienia istoty. W porownaniu do Sidney, ktorej glowa mialam ochote pare razy uderzyc o mur, Maggie byla kobieta z klasa. No i oczywiscie Warren. O moj boze. Kocham go. Jego uzaleznienie od sexu. Jego odpaly. I praktycznie kazde slowo, ktore wychodzilo z jego ust. Wogole uwazam, ze watki poboczne w ksiazce byly o niebo lepsze od samej fabuly. Nawet jesli wiele z zartow, ktore robil Warren, znalam juz wczesniej i nie zaskakiwaly mnie tak jak powinny, nadal wywolywaly usmiech na mojej twarzy.

Jesli mam byc szczera "Maybe someday" wycisnela lzy z moich oczu, jednak byly to lzy frustracji. Dawno nie poznalam bohaterow, ktorzy nie mieli zadnych celow w zyciu. Jedyne o czym myslala Sydney to Ridge i jak bardzo go pragnie. Jedyne o czym myslal Ridge to jak bardzo jest niewinny, i nie robi nic zlego. W takim razie ja sie pytam : dlaczego czul sie winny?
Rozczarowalo mnie rowniez zakonczenie. Przyzwyczailam sie do finalow w ktorych wygrywa milosc i wszyscy zyja dobrze i szczesliwie. W tym wypadku czulam sie oszukana przez autorke. Zrobila z Ridga takiego zyciowego loosera , ze nie sposob mu uwierzyc czy naprawde wybral te ktora kocha? A moze szykuje sie druga czesc? Oby nie...

Ksiazki nie polecam, totalna strata czasu i nerwow. Jesli szukacie lzawych, nudnych historii, z brakiem fabuly i naiwnymi bohaterami to polecam dramaty na Hallmarku. Szybciej, taniej i mozna wylaczyc dzwiek. 

Moja ocena to 2/10. Brawo Warren i Maggie to wasze dwa punkty.