"Towar" David Baldacci

"Towar" David Baldacci

Choć niektórzy nie chcą się do tego przyznać, to tak naprawdę każdy z nas pragnie być bogaty. Kiedyś przeczytałam, że jeśli ktoś ma 20 dolarów w portfelu i żadnego kredytu w baku, czy to konsumenckiego czy też hipoteki, to może sobie pogratulować, gdyż zalicza się do 10 % najbogatszych ludzi na świecie. Różnią się oni jedynie skalą bogactwa. Można żyć sobie jak znany muzyk disco polo, ubierać się w buty od Kenzo i jeździć wypasionym mercedesem, lub też samochód zamienić na jacht, pantofle na japonki a mikrofon na drinka z palemką. Prawda jest taka, że prawdziwie bogaci nie muszą pracować, wystarczy że mają pomysły i umieją kontrolować swoich podwładnych, wtedy interes się kręci. Od zawsze wiadomo, że największe fortuny zbija się na kontrabandzie, przestępstwach i niesprawiedliwości. Najbardziej dochodowy jest handel narkotykami czy prostytucja i, coraz bardziej popularny, handel żywym towarem. Wydawać by się mogło, iż Stany Zjednoczone, po wojnie secesyjnej, już na zawsze poradziły sobie z problemem niewolnictwa i wyzysku, jednak okazuje się że proceder ten nadal kwitnie, lecz przybrał nową, bardziej współczesną formę. Baldacci ją rozgryzł i podał nam na talerzu.

Agent śledczy John Puller dowiaduje się o śmierci swojej ciotki. Ciało znaleziono na jej posesji, w miejscowości Paradise na Florydzie. Zdaniem lokalnej policji doszło do wypadku. Puller udowadnia jednak, że w sprawę były zamieszane osoby trzecie. Pozornie miasteczko Paradise wydaje się utożsamieniem swojej rajskiej nazwy. Ale Puller, zagłębiając się w śledztwo, odkrywa, że miejscowej społeczności bliżej do piekła niż raju. 

"Towar" to tom drugi cyklu o Johnie Pullerze, agencie śledczym amerykańskiej armii. Choć David Baldacci jest autorem wielu książek, to dopiero teraz, miałam okazję zapoznać się z jego twórczością. I od razu byłam zafascynowana. Jakiś czas temu nałogowo pochłaniałam kryminały Roberta Ludluma czy Frederyka Forsytha, typowe męskie, brutalne pozycje, których autorzy nie bali się szokować, używać wulgarnego języka i epatować przemocą. Baldacci, choć jego styl jest nieco delikatniejszy, przypomina mi właśnie mistrzów tego gatunku, więc jeśli lubicie jak dużo się dzieje, jak latają kule a armia przestępców rośnie z każdą stroną, to zdecydowanie wam polecam. 
Tym razem, naszym głównym bohaterem jest wojskowy, John Puller. Jest to doświadczony śledczy, którego głównym zadaniem jest wyłapywanie i doprowadzanie przed sąd żołnierzy, którzy dopuścili się popełnienia przestępstwa lub też nadużyć. Jednak tym razem ofiarą nie jest anonimowy człowiek lecz ciotka Pullera, kobieta które opiekowała się nim oraz jego bratem w okresie dzieciństwa. Kobietę znaleziono martwą we własnej sadzawce. Choć wszystko wskazuje na to, że był to nieszczęśliwy wypadek, to jej bratanek ma przeczucie, że doszło do zbrodni. Na własną rękę podejmuje prywatne śledztwo, w które szybko zaangażowane zostają osoby trzecie. Już po kilkudziesięciu stronach dowiadujemy się, że głównych i pobocznych bohaterów jest tutaj bez liku, a każdy z nich jest oryginalny i interesujący. Jak to często bywa w książkach pisanych męską dłonią, pojawiają się tutaj silne, inteligentne i bezsprzecznie atrakcyjne kobiety. Zastanawialiście się kiedyś nad jedną rzeczą, a mianowicie dlaczego pisarki, jak Camilla Lackberg czy Rachell Abbott, zawsze obdarzają swoje sylwetki kobiece jakimiś kompleksami albo niedociągnięciami w zakresie urody, natomiast u mężczyzn panie są wręcz idealne? Mi zdecydowanie bardziej podoba się wizerunek odważnej wojskowej, która szybko i czasami z bezwzględnością pnie się po szczeblach kariery niż typowej, szarej policjantki, która albo ma kompleksy na punkcie swojego wyglądu, albo ma problemy psychiczne lub też traumatyczną przeszłość. W literaturze jest zdecydowanie zbyt mało silnych postaci kobiecych, które wiedzą czego chcą i nie boją się po to sięgać nawet jeśli wiąże się to ze złamaniem regulaminy. Regulaminu, który w wojsku jest świętością. Oprócz ciekawych bohaterek występują tutaj równie ciekawi i kolorowi bohaterowie. Jednym z nich jest Mecho, o którym na samym początku wiemy niewiele. Dał się złapać łowcom niewolników, udało mu się opuścić platformę wiertniczą gdzie był przetrzymywany a na koniec postanowił zrealizować długo obmyślany plan zemsty i niczym samotny mściciel śledził, bił, mordował i wysadzał. Mecho jest postacią, która silnie podziałała na moją wyobraźnię. Pamiętacie reklamy coco-coli, na których przystojny robotnik myje szyby w wieżowcu, a kiedy na przerwie popija zimny napój, wszystkie panie z biur bezczelnie się na niego gapią? Jeśli wiecie o czym mówię, to zapewne właśnie taką głupi,ą minę miałam, jak wyobrażałam sobie Mecho. Wysoki, czarnowłosy, dobrze zbudowany typ, który potrafi jednocześnie podnieść dwóch facetów? Przecież to istna bajka. W porównaniu do niego sam John Puller wyszedł blado, choć tak naprawdę to nadal on grał tutaj pierwsze skrzypce. Ten doświadczony wojskowy był dobrze zorganizowany, wykształcony i bezwzględny. Służył w Iraku i Afganistanie, imały się go kule, nie raz musiał rozbrajać ładunki wybuchowe. Teraz jego przeszłość jedynie mu pomaga, gdyż dzięki niej jest sprawnym śledczym. Przyjemnie miało się za głównego bohatera kogoś, kto wie co zrobić, zna się na ludzkiej psychice i nie da sobie w kaszę dmuchać. 


"Towar" porusza bardzo ważny temat jakim jest handel żywym towarem. Wielu z nas myśli, że niewolnictwo już nie istnieje. Wielkie amerykańskie plantacje bawełny, po wojnie secesyjnej, zostały zrestrukturyzowane, służba zaczęła być opłacana a wyzysk karany. Dziś niewolnictwo kojarzy nam się z czarnoskórymi przewożonymi z Afryki czy milionami chińczyków, którzy zmuszeni byli do wznoszenia Chińskiego Muru, jednym słowem z przeszłością. Okazuje się jednak, że handel ludźmi nadal kwitnie, a tam gdzie jest podaż musi być i popyt, jednak co dzieje się z "towarem" jak już ktoś za niego zapłaci? Nowoczesne niewolnictwo jest nieco bardziej wyrafinowane i nie opiera się na przemocy fizycznej lecz na psychicznej. Ludzie porywani są z własnych domów, kiedy już znajdą się setki kilometrów od swojej ojczyzny, grożą im zabiciem wszystkich członków rodziny, jeśli nie będą wykonywać rozkazów swoich porywaczy. Dziewczyny i ładniejsi chłopcy zazwyczaj trafiają do burdelów, starszych angażuje się do szmuglowania narkotyków i kontrabandy, a dobrze zbudowanych mężczyzn zatrudnia się na budowach. Często to ludzie sami zgłaszają się do przemytników, licząc na to że uda im się wyrwać z biedy własnego kraju. Mieszkam w Irlandii i nie raz zdarzyło mi się widzieć starego mężczyznę u którego boku dumnie kroczy urodziwa i młodziutka Tajka. W wielu przypadkach ona również została "wykupiona" od własnej rodziny, jednak w przeciwieństwie do milionów jej rówieśniczek, jej udało się trafić do demokratycznego kraju, gdzie w każdej chwili może odejść od swojego "męża" czy sponsora. Moim zdaniem to właśnie te kobiety są wygrane a nie mężczyźni, których stać na żywą ozdobę. Choć taka zależność w pewnym stopniu również jest niewolnictwem, tak nie można tego przyrównać do procederu, który rozgrywa się u wybrzeży Stanów Zjednoczonych. To co opisał Baldacci to nie fikcja literacka lecz fakt. Statki z uprowadzonymi ludźmi kursują codziennie, jednak bardzo ciężko jest coś z tym zrobić. Głównym problemem jest to, że w handel żywym towarem często zaangażowane są lokalne władze oraz politycy. Jest to biznes, który przynosi bardzo duże pieniądze, więc dla każdego coś skapnie z pańskiego stołu. Policja broni przestępców, okoliczna ludność przymyka oczy a szlaki handlowe są często zmieniane. Muszę przyznać, iż bardzo ciężko mi się o tym czytało. Wyobrażałam sobie wnętrzności statków, w których poupychani są ludzie, wielkie platformy wiertnicze gdzie z ręki do ręki przekazywane są miliony dolarów. Zaczęłam się zastanawiać jak wiele jest wart jeden człowiek? Czy są to setki tysięcy czy może miliony dolarów? Czy kobiety ceni się bardziej? Robiło mi się niedobrze, jak czytałam o spisach czy kolorowych koszulkach dzięki którym segregowano więzionych. Kolejny raz historia się powtarza, jednak tym razem takich Hitlerów, uważających się za rasę nadludzi, jest więcej.

Akcja powieści toczy się w miasteczku zwanym Paradise, na Florydzie. Choć lokalizacja ta jest fikcyjna, tak łatwo uwierzyć w to, że takiej miejsca istnieją. Kiedyś czytałam artykuł o bogatych, wiekowych amerykanach, którzy na emeryturze przeprowadzają się na wybrzeże, by do końca swoich dni pławić w słońcu, pić drinki z palemką i wygrzewać stare kości. W niektórych nadmorskich miejscowościach stworzone zostały specjalne osiedla dla emerytów, w których działa wspólna stołówka, szpital, korty tenisowe, bary i restauracje. Na dom w takim miejscu, trzeba się zapisać jeszcze w kwiecie wieku. I oczywiście należy mieć pieniądze, gdyż za luksus trzeba płacić. Właśnie w takiej miejscowości, enklawie starców, toczy się akcja niniejszej powieści. Paradise jest spokojne, czyste i słoneczne. Tutaj nie ma przestępców i przestępstw, morderstw, gwałtów i nadużyć. A przynajmniej tak się wszystkim wydaje. Jednak pod osłoną nocy z morza wychodzą duchy. Muszę przyznać iż byłam zaskoczona tym, że u wybrzeży USA, znajduje się tyle wraków platform wiertniczych. Liczba ta idzie w tysiące. Większość z nich przeznaczonych jest do likwidacji jednak inwestorzy albo zbankrutowali albo nie palą się do rozbierania wielkich stalowych konstrukcji. Zastanawia mnie co też się tam dzieje. Czy budowle te są przystanią dla nurków i zapaleńców sportów wodnych? A może odwiedzają ja biolodzy fauny i flory morskiej lub też "twórcy" raf koralowych? A może to faktycznie miejsca gdzie kwitnie handel ludźmi? 

David Baldacci z zupełnie nowego i nieznanego mi twórcy wskoczył do samej ścisłej czołówki moich ulubionych autorów. Teraz wiem, że jak tylko natrafię na kolejną , lub też poprzednią, jego książkę to się nie zawaham i od razu przystąpię do lektury. "Towar" to mocna, momentami brutalna, pełna dynamicznej akcji powieść, która konstrukcją przypomina klasyczne kryminały, jednak porusza niezwykle współczesne i ważne tematy. Czytało mi się niezwykle szybko i przyjemnie, więc nie pozostaje mi nic innego jak polecić to dzieło wszystkim fanom gatunku. 


Tytuł : "Towar"
Autor : David Baldacci
Wydawnictwo : Dolnośląskie
Data wydania : 3 lipca 2019
Liczba stron : 400
Tytuł oryginału : The Forgotten


Tę oraz wiele innych książek znajdziecie na półce z Nowościami księgarni internetowej :
https://www.taniaksiazka.pl/

"Jak krople w oceanie" Ava Dellaira

"Jak krople w oceanie" Ava Dellaira

     Książki dla młodzieży kojarzą mi się albo z fantastyką, po takie zresztą sięgam najczęściej, albo z gatunkiem nazywanym new adult romans, literaturą lekką łatwą i przyjemną, doprawioną dużą dawką erotyki. Oczywiście są jeszcze komedie czy thrillery, jednak te zdarzają się o wiele rzadziej. Jednak najbardziej niedocenionym typem powieści dla młodych są książki obyczajowe. Owszem są od tego wyjątki jak chociażby powieści Johna Greena, które choć są jak najbardziej "życiowe" to cieszą się dużą popularnością. Jednak większość autorów powieści dla młodzieży wierzy w to, że nastolatkowie szybko się nudzą, mają problemy ze skupieniem uwagi, a książki o problemach dorosłych, czy w ogóle o problemach jakichkolwiek, szybko ich nudzą. Moim zdaniem jest nie nieprawda. Właśnie dramaty czy powieści obyczajowe, ogólnie literatura przepełnione emocjami i uczuciami, czyni bardzo dużo dobrego i ma zbawienny wpływ na umysł młodego czytelnika. Często takie książki ucząc radzenia sobie z emocjami, kontroli czy empatii. Oczywiście ze wzruszeniami i emocjami, nie można przesadzić, bo wtedy wyjdzie nam coś na miarę Harlequina dla nastolatków, a to może przynieść tylko szkody. Całe szczęście Ava Dellaira, wiedziała kiedy powiedzieć dość i stworzyła powieść prawie, że idealną. 

Siedemnastoletnia Angie widzi w swojej matce przede wszystkim ciężko pracującą, zamkniętą w sobie samotną kobietę. Zupełnie jakby zapomniała, że Marilyn też była kiedyś młoda… Kiedy Marilyn miała siedemnaście lat zakochała się w Jamesie, który został ojcem jej dziecka. Angie nigdy jednak nie zdążyła go poznać. Wie tylko, że zmarł zanim się urodziła. Gdy przypadkiem trafia na ślad brata Jamesa, w jej sercu rodzi się nadzieja: a co jeśli ojciec nadal żyje? Angie, w tajemnicy przed matką, wyrusza w podróż do Los Angeles, by wreszcie poznać prawdę o sobie i swojej rodzinie. 

Jeszcze kilkadziesiąt czy nawet kilkanaście lat temu, dzieci z rozbitych czy niepełnych rodzin, traktowane były inaczej. Często określano je ofiarami patologii czy też traktowano je jako członków marginesu społecznego. Dziś kiedy 48 procent ślubów, kończy się rozwodem, nikogo już nie dziwią samotni rodzice, odbierający w pośpiechu swoje dzieci. Wraz ze zmianą struktur społecznych i rozpadem więzi międzyludzkich, który jest coraz łatwiejszy do zauważenia, zmienia się również podejście ludzi do tematów i zachowań, które jeszcze niedawno uważane były za tabu. Jedna z głównych bohaterek naszej powieści, Angie, wychowała się w niepełnej rodzinie. Jedyne co wie o swoim ojcu to fakt, że nie żyje. Moja najbliższa przyjaciółka, którą poznałam w podstawówce, a kontakt utrzymujemy do dnia dzisiejszego, również jest pół-sierotą. Tym co różni ją od Angie jest jednak fakt, że ją wychował kochający ojciec, który nie szczędził jej informacji o zmarłej mamie. Miała zdjęcia i listy, historie i nieliczne wspomnienia. Angie nie miała nic. Jej mama nie miała ochoty rozmawiać o przeszłości i dziewczyna w końcu nabrała przekonania, że rodzicielka coś przed nią ukrywa. Kiedy w gazecie trafiła na ślad swojego wujka, już wiedziała że jest okłamywana. Muszę przyznać iż postać Angie, wzbudzała we mnie dość skrajne emocje. Jest to postać przepełniona smutkiem, bólem a nawet rozpaczą. Momentami miałam wrażenie, że jest samolubna i egocentryczna. Uważała, że wszystko jej się należy, tylko dlatego że całe życie była okłamywana. Postanawia samowolnie i bez słowa opuścić dom rodzinny i mając zaledwie siedemnaście lat, udać się w podróż na drugi kraniec Stanów Zjednoczonych. Nie sądzicie, że jest to samolubne i poniekąd okrutne? Jak musiała się poczuć matka dziewczyny, kiedy wróciła do pustego domu? Czy naprawdę zasłużyła na to co ją spotkało, tylko dlatego że nie chciała opowiadać o przeszłości, która była dla niej niezwykle bolesna? Muszę przyznać, że było mi jej strasznie żal i choć ekscytowałam się podróżą nastolatki, tak cały czas z tyłu głowy miałam obraz zrozpaczonej Marilyn. 
Jednak pomimo złego pierwszego wrażenia jakie zrobiła na mnie Angie, było coś co sprawiło, że poczułam do niej sympatię a nawet współczucie. Czy zastanawialiście się kiedyś, jak to jest być dzieckiem rodziców różnych ras i różnych kolorów skóry? Wydawać by się mogło, że w dzisiejszym demokratycznym świecie związki takie nie powinny już nikogo dziwić, jednak niestety tak nie jest. Dzieci takich par nadal spotykają się z ostracyzmem a ludzie patrząc na białą matkę i ciemnoskórą córkę, nie mogą uwierzyć w to, że może łączyć je pokrewieństwo. Niestety jest to smutne ale prawdziwe. Między innymi dlatego tak strasznie kibicowałam naszej bohaterce i rozumiałam jej drogę w poszukiwaniu swoich korzeni oraz własnej tożsamości, którą chciała zbudować na nowo. 

Poruszyła mnie również druga historia, która przeplata się z losami Angie, choć jej akcja dzieje się kilkadziesiąt lat wcześniej. Autorka zabiera nas w podróż w czasie aż do momentu, kiedy matka dziewczyny sama miała 17 lat i była szaleńczo zakochana w swoim czarnoskórym sąsiedzie. Choć wiemy jak skończył się ich związek, tak odkrywanie przeszłości oczami Marilyn była emocjonalne i wzruszające. To właśnie te rozdziały najbardziej do mnie przemówiły i zdecydowały o mojej ocenie tej książki. Uwielbiałam czytać o tym jak rozwijał się, nabierał mocy i rozkwitał związek pomiędzy Marilyn i Jamesem, czułam ciepło w sercu na każdą wzmiankę o jego kochającej i ciepłej rodzinie, która od razu potraktowała dziewczynę jak swoją. Ponieważ nawet "dziś" matka Angie, wspomina te czasy z rozrzewnieniem i łzami w oczach wiedziałam, że musiało się stać coś strasznego. Muszę przyznać, iż jak doszłam do momentu kulminacyjnego, choć przygotowywałam się na wszystko co najgorsze, to wydarzenia które stały się udziałem naszych bohaterów, były dla mnie ciosem w samo serce. Jest prawdą, że nie da się przygotować na tragedię. Nie da się uzbroić serca, wyprać z uczuć i przyjąć los ze spokojem. Myślę, że nawet najbardziej twardym czytelnikom nie uda się powstrzymać łez. Albo przynajmniej jednej, wielkiej i gorącej. Najgorsze w tym wszystkim było to, że znałam zakończenie i wiedziałam, że już nic nie da się zrobić, że przyszłość jest nieuchronna i każdy będzie musiał z nią żyć. A wierzcie mi poszkodowanych jest wielu. 
Choć na samym początku to Angie jest naszą wiodącą protagonistką, tak wraz z rozwojem akcji, historii dotyczących Marilyn lub wzmianek dotyczących wydarzeń z przeszłości z każdym rozdziałem jest coraz więcej, aż w końcu obie narracje łączą się w jedną spójną całość, która prowadzi do nieuchronnego finału. Kiedy poznałam historię matek i córek, z obu pokoleń, byłam wzruszona. Tak wiele złego się wydarzyło, przez te lata, że zrozumiałam ich żal i smutek. Muszę przyznać, że w głębi serca liczyłam na dobre zakończenie, pragnęłam go, uważałam że byłoby idealnym dopełnieniem tej powieści. Trzymałam kciuki za to by James żył, ty rodzina się połączyła a krzywdy naprawiły. Jednak czy happy end w takiej sytuacji jest w ogóle możliwy? 

Uwielbiam powieści drogi, szczególnie takie których akcja toczy się w Stanach Zjednoczonych. Nie wiem dlaczego ale to właśnie ten kraj jest miejscem , które przoduje w moim wakacyjnych planach. Jest tak ogromny, różnorodny i fascynujący iż każda podróż po jego bezdrożach z pewnością jest niezapomniana. Jednak żeby w ogóle wyruszyć w podróż, Angie musiała wpierw przekonać swojego byłego chłopaka do tego, by jej towarzyszył. W końcu był jedynym , który miał samochód. 
Ava Dellaira włożyła bardzo dużo pracy w to, by uczynić tę podróż jak najbardziej prawdziwą. Dzięki jej żywemu i zachwycającemu językowi byłam w stanie przenieść się w miejscu i w czasie. Momentami miałam wrażenie, że czuję zapach grillowanych hot dogów, a moje włosy poruszane są morską bryzą znad Pacyfiku. Opisy były tak piękne, że momentami miałam ochotę kupić bilety lotnicze do Los Angeles i wybrać na wakacje, by doświadczyć tego samego co nasza bohaterka. Jednak gdzieś w głębi serca wiedziałam, że takie przeżycia są możliwe tylko wtedy kiedy ma się kilkanaście lat. Niewinność i naiwność nas, dorosłych, została już przygnieciona bagażem doświadczeń. 

"Jak krople w oceanie" to niezwykle trudna lecz i ważna książka, którą powinni przeczytać wszyscy młodzi czytelnicy. Autorka w piękny sposób przedstawiła zdrowy związek pomiędzy matką a córką, związek najzupełniej normalny bo nie pozbawiony drobnych pęknięć i rys. Powieść Avy Dellairy niesie przesłanie, do nas wszystkich. Uświadamia nam jak ważne jest poznać swoje własne korzenie, przodków i przeszłość bo bez tego nigdy do końca nie poznamy samego siebie. 
Było to moje pierwsze spotkanie z tą autorką lecz zapewne nie ostatnie. Dziś w czasach kiedy literatura dla młodzieży w większości nie przedstawia sobą żadnej wartości i służy jedynie rozrywce, takie perełki są na wagę złota. Również wam polecam sięgnąć po ten skarb. 


Tytuł : "Jak krople w oceanie"
Autor : Ava Dellaira
Wydawnictwo : Jaguar
Data wydania : 8 maja 2019
Liczba stron : 376 
Tytuł oryginału : In search of Us 


Za możliwość przeczytania i zrecenzowania książki serdecznie dziękuję portalowi : 
https://sztukater.pl/


"Winny jest zawsze mąż" Michele Campbell

"Winny jest zawsze mąż" Michele Campbell

     Uwielbiam książki, których akcja, choć w części, toczy się na terenie znanych i sławnych amerykańskich uniwersytetów, z tak zwanej Ligi Bluszczowej. Choć moje własne studia uznaję za magiczny i nieco szalony czas, tak oglądając filmy, których bohaterowie mieszkają w budynkach bractw, przechadzają się po wielkich przestrzeniach kampusów i są całkowicie przesiąknięci magią tych miejsc, to zawsze czuję delikatne ukłucie w sercu. Nie powiem, żebym podczas studiów siedziała z nosem w książce, wracała na obiadki do mamusi a weekendy spędzała z gronem starych znajomych z liceum, odwiedzając stare dobre knajpy. Zdarzały się i szalone imprezy i morza przelanego alkoholu jednak tak naprawdę studia były dla mnie stopniem ku późniejszej karierze a nie cudownym okresem mojego życia, tymi latami oderwanymi od rzeczywistości, które znikają w naszej pamięci za zasłoną dymu tytoniowego i oparów taniej wódki. Tak, muszę to w końcu przyznać, zazdroszczę amerykanom ich tradycji, którą kultywują z takim zapamiętanie. Zazdroszczę kappa, gamma, alfa i reszty greckich liter, które tak dużo znaczą w późniejszym życiu. Autorka z łatwością przenosi nas w świat jednego z najbardziej znanych amerykańskich uniwersytetów i daje możliwość wtopienia się w grono jego studentów. Jeśli dodamy do tego trzy nieco szalone bohaterki, jeden tragiczny wypadek oraz mnóstwo miłości przeradzającej się powoli w nienawiść, to dostaniemy przepis na literacki sukces. 


Aubrey, Jenny i Kate różni właściwie wszystko – charakter, pochodzenie, ambicje i przyszłość, która je czeka. Mimo to na pierwszym roku college’u szybko stają się nierozłączne i przysięgają sobie, że zawsze będą się wspierać. Wspólnie przeżywają szalone studenckie lata – imprezują, eksperymentują z alkoholem i narkotykami, rywalizują o względy chłopaków i mierzą się z problemami.Dwadzieścia lat później jedna z nich stoi na krawędzi mostu, a ktoś ponagla ją, by skoczyła…Czy relacja kobiet rzeczywiście była niewinna i czysta? Co tak naprawdę zaszło między przyjaciółkami? Jaką tajemnicę skrywała każda z nich?

 
Zdecydowanie najmocniejszą stroną tej książki są jej bohaterowie i to nie dlatego, że czytelnik od samego początku obdarza ich bezwarunkową miłością. Tutaj jest wręcz odwrotnie. Kate, Audrey i Jenny są postaciami, które nie sposób jest polubić. Są karykaturalne, przerysowane, rozpuszczone, niewiarygodne i do granic możliwości zblazowane. Kiedy należę do osób, które potrafią współczuć nawet swoim najgorszym wrogom, tak w tym przypadku, musiałam bardzo się postarać by wykrzesać z siebie choć odrobinkę uczuć. Zdecydowanie najważniejszą a jednocześnie najbardziej kontrowersyjną postacią tej książki jest Kate, córka  bogatego tatusia, dla której studia są bardziej zabawą niż koniecznością. Jej ojciec to typowy przedstawiciel amerykańskiej klasy wyższej, mężczyzna który sławę i pieniądze, tytuł, szacunek i wpływy, odziedziczył po własnych przodkach. Wiecznie zabiegany, nie mający czasu dla własnych dzieci i szalenie dbający o wizerunek, który zostaje skutecznie nadwątlony przez wybryki jedynej córki. Kate poznajemy na imprezie integracyjnej, gdzie tańczy i wdzięczy się w promieniach słońca. Autorka już od samego początku nam sugeruje, że to na niej mamy się skupić, że to ona będzie jedyną wodzirejką i liderką, za którą podążać będzie stado lemingów. Zawsze uważałam, że do tego by zostać przywódcą, trzeba posiadać pewne niezbędne cechy, których niestety Kate brakowało. Nie była oni mądra, słowna ani bogata, gdyż ojciec ze względu na jej własne dobro, odciął ją od źródełka. Nie była nawet specjalnie wygadana. Tak naprawdę jedyne co służyło na jej korzyść to uroda, jednak dla mnie było to zdecydowanie za mało szczególnie biorąc pod uwagę bezwzględne uwielbienie ze strony jej współlokatorek, które chodziły za nią niczym psy. Do teraz nie wiem, co ta rozpuszczona małolata miała w sobie, co sprawiło że była w stanie wszystkich wodzić za nos. I zawsze , nawet najgorsze przewinienia, uchodziły jej płazem. Muszę przyznać, iż nie lubię bohaterek, których zbiór cech charakteru, nie przedstawia sobą absolutnie żadnej wartości. Dla mnie Kate była nikim, kolejną naszprycowaną nastolatką, która została spuszczona ze smyczy przez zajętych swoim życiem rodziców. Olewała studia, od wciągania kokainy mało co nie straciła zatok, bawiła się wszystkimi dookoła a jej jedynym sposobem na rozwiązywanie problemów, była ucieczka. Jednak to, że ja jej nie lubiłam jeszcze nie znaczy, że wy nie stracicie dla niej głowy. W końcu jest niezwykle charyzmatycznym kolorowym ptakiem, choć momentami było w niej zbyt dużo smutku, niepokoju i zachowań depresyjnych.
Kolejna z Trojaczek jest Audrey. Audrey jako jedna z nielicznych osób, została przyjęta w poczet studentów, ze względu na fakt iż dostała stypendium naukowe. Jednak warunkiem tego by utrzymać się na studiach była dobra średnia i zaliczenie wszystkich przedmiotów. Jeśli by zawaliła, musiałaby wrócić do domu, do matki-kelnerki, znienawidzonej siostry oraz miasta, z którego tak bardzo chciała się wyrwać. Muszę przyznać, iż to właśnie kreacja tej bohaterki najbardziej mnie zaskoczyła. Spodziewałam się, iż mając tyle do stracenia, będzie przykładać się do nauki i omijać kłopoty. Rzeczywistość jednak okazała się zupełnie inna. Dziewczyna od samego początku nie mogła się odnaleźć w uniwersyteckiej społeczności. Jej jedynym azymutem stała się Kate, dzięki której wszystkie drzwi stały otworem. Znajomość z Kate była przepustką do lepszego świata. Audrey od swojej przyjaciółki pożyczała kosmetyki, ubrania, pieniądze a nawet...chłopaka. Kiedy ponownie spotykamy Audrey w dwadzieścia lat po tragicznym wydarzeniu, do którego doszło na pierwszym roku studiów, to okazuje się, iż to właśnie w niej dokonała się największa przemiana. Jednak zamiast zmienić swój stosunek do tej bohaterki, poczułam do niej jeszcze większy niesmak. Stała się bardziej fałszywa, zawistna, enigmatyczna i nieszczera. 
Na koniec zostawiłam sobie Jenny. To dziewczyna, która miała potencjał i w pełni udało jej się go wykorzystać. Już od najmłodszych lat wiedziała, że to dzięki nauce, doświadczeniu, sprytowi oraz odpowiednim znajomościom, można wejść na sam szczyt drabiny. Lubiła się uczyć i to robiła, jednak z pewnością nikt nie zaliczy jej do typowych kujonek. Imprezowała jak szalona, dawała się ponosić, emocjom, czasami piła na umór. Miała jednak pewne zahamowania i zasady i zazwyczaj robiła za bufor pomiędzy jej koleżankami a resztą świata. To dzięki niej wszystkie trzy przeżyły i udało im się wyjść na prostą. Być może to właśnie Jenny byłaby tą, którą polubiłabym najbardziej, jednak to jaka się stała jako dorosła kobieta, jak traktowała swoją karierę i męża, sprawiło że straciłam do niej cały szacunek. 
Jeśli z kobietami było tak źle, to może chociaż mężczyźni byli lepsi? Okazuje się, że lepiej na to nie liczyć. Są to osobnicy zakochani w sobie, próżni, podatni na kobiece wdzięki i również rozpuszczeni do granic możliwości. Naprawdę byłam szczera mówiąc, że jest to powieść samych antybohaterów. Ale właśnie to jest w niej piękne. 

Czytając tę książkę odnosimy wrażenie, iż składa się ona z dwóch części, z których każda ma inny rytm, tempo i dynamikę. W pierwszej połowie autorka cofa nam w przeszłość, do czasów studenckich naszych głównych bohaterek. To tutaj je poznajemy i dowiadujemy się jak rodziło się uczucie pomiędzy nimi. Wraz z tą trójką robrykanych i szalonych młodych kobiet, zwiedzamy nowojorskie nocne kluby, lecimy prywatnym odrzutowcem na Jamajkę czy zjeżdżamy z ośnieżonej górki na ukradzionych z uniwersyteckiej stołówki tackach. Niektórzy mogą uznać tę pierwszą część za nieco powolną i mało dynamiczną. Faktycznie akcji jest tutaj jak na lekarstwo, jednak wolne tempo pozwala na na dokładne zapoznanie się z profilami psychologicznymi naszych bohaterów co zapunktuje w części drugiej. Kiedy przekroczymy półmetek książka się diametralnie zmienia. Przenosimy się w czasy teraźniejsze. Trojaczki mają po 40 lat, to znaczy by miały, ale jedna z nich zostaje znaleziona martwa na brzegu rzeki. Od tej pory nic już nie jest takie samo. Głównym zadaniem czytelników staje się znalezienie odpowiedzi na pytanie : kto jest mordercą. Wydawać by się mogło, iż rozwiązanie tej zagadki, znajduje się już w tytule powieści. Zresztą, pewnie setki tysięcy kobiet się zgodzą z tym stwierdzeniem, że to właśnie "zawsze winny jest mąż". Jednak znając ofiarę, wiedząc jak się zachowywała możemy się jedynie domyślać, że przez 40 lat swojego życia, mogła się dorobić wielu wrogów, z których jeden okazał się mordercą. Ja do samego końca nie wiedziałam czy dziewczyna popełniła samobójstwo, czy też została zabita. Wraz z zafiksowanym na jej punkcie detektywem, powoli odsłaniałam elementy układanki, jednak od razu mówię, że to nie śledztwo jest tutaj najważniejsze. Ci którzy lubią thrillery czy kryminały proceduralne z pewnością będą zawiedzeni. Praktycznie nie ma tutaj ani badania materiału dowodowego czy rozmów ze świadkami. Nie zwiedzamy również miejsca zbrodni. Postać detektywa wprowadzona została tutaj nie po to by rozwiązać zagadkę, lecz by jeszcze bardziej zagmatwać śledztwo, okazuje się on bowiem osobą o bardzo skomplikowanym i nieco psychotycznym umyśle, a jego zainteresowanie denatką jest wręcz niezdrowe. Druga część książki będzie na pewno gratką dla tych czytelników, którzy lubią jak w książkach dużo się dzieje. Akcja jest dynamiczna, autorka nie żałuje nam zwrotów akcji, a zakończenie książki jest jak najbardziej życiowe i wywołało we mnie uczucie smutku i rozczarowania dzisiejszymi ludźmi. 

"Winny jest zawsze mąż" to również książka o miłości, tej egoistycznej i toksycznej. Zazwyczaj to bohaterki zakochują "się na zabój", jednak tym razem tym kto kocha jest mężczyzna, przyjaciel Kate, dla którego dziewczyna jest wszystkim. Zobaczył ją będąc nastolatkiem na jednej z imprez i od tamtej pory nie może jej wyrzucić z głowy. Muszę przyznać iż to właśnie on był osobą, z którą się najbardziej utożsamiałam, choć dzieliło nas istne morze różnic. Chłopak był nieziemsko bogaty, szalenie przystojny, zblazowany, szalony i totalnie rozpuszczony przez pieniądze, które przynależały mu się ze względu na nazwisko. Jednak jak obserwowałam go jak wodzi maślanym okiem za Kate, jak tęskni przez te wszystkie lata jak dziewczyna ukrywała się w Paryżu i jak na prośbę jego ojca niczym młody szczeniak leci ją uratować, to kręciła mi się łezka w oku. Zapewne każda z nas chciałaby choć raz stać się obiektem takiego uwielbienia. Choć wiem, że mój mąż mnie kocha, tak myślę, że gdyby z jakichś przyczyn doszło do rozstania, to po jakimś czasie oboje byśmy znaleźli sobie kogoś innego. Tutaj mamy do czynienia z miłością prawdziwą, czystą i "wytrwałą". Toksyczną w swojej szczerości. Tych miłości i zauroczeń, mamy tutaj całą gamę. I to właśnie one najczęściej prowadzą do największych tragedii. Wcale nie pieniądze. 

"Winny jest zawsze mąż" jest debiutancką powieścią 57-letniej autorki i zarazem doskonałym przykładem na to, że wena może odnaleźć nas w każdym miejscu i wa każdym czasie. Od wydania tej powieści Campbell napisała kilka kolejnych i muszę przyznać iż z niecierpliwością czekam, aż zostaną przetłumaczone. A nawet jeśli praw nie wykupi żadne wydawnictwo, to pokuszę się o przeczytanie w oryginale. Michele Campbell umie pisać i choć widać tutaj pewne niedociągnięcia, tak jej książka to typowy pożeracz czasu, którego nie da się odłożyć chociażby po to by zaparzyć sobie herbatę. Mi zdecydowanie się podobało i polecam wszystkim fanom powieści obyczajowych z suspensem, thrillerów psychologicznych oraz książek o szalonych latach studenckich i młodych gniewnych. To był jeden z ciekawszych i bardziej wciągających tytułów , które miałam okazję przeczytać w tym roku. 


Tytuł : "Winny jest  zawsze mąż"
Autor : Michele Campbell
Wydawnictwo : Wydawnictwo Literackie
Data wydania : 17 lipca 2019
Liczba stron : 352
Tytuł oryginału : It's Always the Husband



Za możliwość przeczytania i zrecenzowania książki serdecznie dziękuję wydawnictwu :  




            Książka bierze udział w wyzwaniu czytelniczym :


http://www.posredniczka-ksiazek.pl/2019/01/olimpiada-czytelnicza-2019-zapisy.html
 

"Twoje fotografie" Tammy Robinson

"Twoje fotografie" Tammy Robinson

Rak, przez niektórych lekarzy, nazywany jest "epidemią XXI wieku". Kiedy umiera ktoś młody, przyczyną jest zazwyczaj ta choroba, która może dotknąć każdego bez względu na wiek, płeć, religię czy styl życia. Jest ona tak podstępna, że często bagatelizujemy pierwsze objawy i przesłanki, a kiedy w końcu wybierzemy się do lekarza okazuje się, że na leczenie może być już za późno. Jednak dzisiejsza medycyna robi coraz większe postępy. Choć zwolennicy teorii spiskowych uważają, że w jednym z amerykańskich laboratoriów wymyślono lekarstwo na raka, to tak naprawdę panaceum nie ma, powstają za to coraz nowsze i skuteczniejsze metody na to, by chorego całkowicie wyleczyć. Mówi się, że jak ktoś przeżyje 5 lat i nie będzie remisji choroby to znaczy, że walka została wygrana. Niestety nasza bohaterka, Ava, nie miała tyle szczęścia, choć niewiele jej zabrakło. Trzy lata po zakończeniu terapii, rak powrócił, ze zdwojoną siłą i tym razem lekarze nie dawali dziewczynie żadnych szans. Dołączyła do grona setek tysięcy ludzi, którym już nie da się pomóc. Jednak Ava nie bała się śmierci lecz zapomnienia. Może i jest to dość egocentryczne jednak zapewne każdy z was chciałby być zapamiętany lecz nie jako "ta co młodo umarła". Młoda kobieta wpadła na rewelacyjny pomysł, w który zaangażowała całą swoją rodzinę. Dzięki temu udało jej się oswoić jednego z najgroźniejszych przeciwników : śmierć. 

Zostały ci zaledwie miesiące na rzeczy, na które jeszcze wczoraj miałaś długie lata.W dniu swoich dwudziestych ósmych urodzin Ava dowiaduje się o wznowie raka, z którym walczyła trzy lata wcześniej. Lekarze nie pozostawiają nadziei: dziewczyna ma przed sobą jakiś rok życia. Ava nie zamierza jednak pozwolić chorobie decydować o tym, jak przeżyje ostatnie cenne miesiące – pragnie urządzić swój wymarzony ślub. Jest tylko jeden mały problem. Brak pana młodego.Ava nie ma też zbyt wiele pieniędzy, a przede wszystkim czasu… Lecz to wszystko jest bez znaczenia. Zorganizuje wesele dla siebie samej.

Dziś, podczas mojego codziennego joggingu, spotkałam jednego z moich starych znajomych i oczywiście zaczęliśmy wspominać te "dawne, dobre, czasy". W toku rozmowy okazało się, że nie dla wszystkich życie było łaskawe. Niektórzy dość szybko przywdziali "dębowe jesionki" (czytaj trumny). Wiem, że mogę być niedelikatna, jednak w XXI wieku, śmierć młodych ludzi, nie jest już niczym zaskakującym, szczególnie że duży ich odsetek umiera na tę samą chorobę, która losowo wybiera sobie narządy. W moim telefonie ustawione są powiadomienia z jednego z portali informacyjnych. Przynajmniej raz dziennie dowiaduję się, ze któraś ze znanych osób przegrała walkę z rakiem. Nic dziwnego, że temat ten, wkroczył również do literatury. Muszę przyznać, że sięgając po tę książkę troszkę się bałam. Często zdarza się tak, że autorzy chcą zarobić na chorobie swoich bohaterów, wycisnąć łzy z czytelników i zagrać na ich emocjach. Mistrzem w tego typu literaturze jest Nicholas Sparks. Miałam przyjemność przeczytać jedną z jego książek i myślę, że już mi wystarczy. Nie przepadam za typowymi wyciskaczami łez, które skłaniają wyłącznie do obnażenia się z uczuć a niczego nie uczą, nie wywołują refleksji i nie prowokują do dyskusji. Jednak jak dobrze wiecie lubię dawać szanse, szczególnie nowym dla mnie autorom, dlatego postanowiłam nie skreślać Tammy Robinson, zanim przeczytałam jej książkę. Na samym początku sprawdziłam noty na Goodreads i okazało się, że tytuł ten zbiera same pozytywne opinie i dostał jedną z najwyższych lokat. Suma punktów, w skali do pięciu, wyniosła 4,4 co jest jednym z najwyższych wyników jakie widziałam. Po przeczytanie paru recenzji zdążyłam sobie, jako tako, wyrobić własną opinię na temat tej książki i pozostało już tylko ją przeczytać. I wierzcie mi jak usiadłam w fotelu tak z niego wstałam 5 godzin później, wyczerpana zarówno fizycznie jak i emocjonalnie i głodna. No i oczywiście zaspałam potem do pracy, ale do tego to już zdążyłam się przyzwyczaić. 
W książce Robinson mamy do czynienia z bohaterką, która umiera. Temat dość powszechny, szczególnie w przypadku literatury kobiecej. Ava, choć jest kochana, współczująca, mądra i zdecydowanie zbyt doświadczona jak na swój wiek, ma również jedną przywarę : jest egocentryczna. Tym razem nie ma tutaj jednak mowy o zawistnej młodej kobiecie z manią wielkości, która pragnie by wszyscy zwracali na nią uwagę. Nasza bohaterka pragnie po prostu być zapamiętana. I ja, jako czytelniczka i kobieta, uważam że ma do tego pełne prawo, szczególnie w sytuacji w jakiej się znalazła. Moja babcia zmarła 9 lat temu i dziś, jak ją wspominał to pierwszy obraz jaki staje mi przed oczami to jej zażółcone bilirubiną oczy wyzierające z porytej zmarszczkami twarzy. Potem przypomina mi się szpitalne łóżko, odór moczu, zimne wnętrze domu pogrzebowego i czarny kondukt wolno sunący pod prażącym słońcem. Ludzki umysł skonstruowany jest w ten sposób, żebyśmy wyraźniej pamiętali złe i traumatyczne wydarzenia. Ma to być dla nas lekcją na przyszłość. Ale przecież moja babcia nie była żółtą, umierającą na raka obcą. Była kochaną, wierną, potulną starowinką, która robiła pyszne omlety, kupowała lizaki pod Kościołem i packą zabijała muchy. Wcale się nie dziwię Avie, że nie chciała by ludzie ją pamiętali jako tę "młodą" co zmarła na raka, a wcześniej strasznie schudła i wypadły jej włosy. Dlatego jej pomysł na zaaranżowanie własnego wesela, jednak bez pana młodego, gdyż takowego nie było, wydał mi się jednocześnie szalony a z drugiej strony adekwatny. Niech ludzie zapamiętają mnie jako uśmiechniętą pokręconą dziwaczkę, a nie terminalnie chorą nieszczęśnicę. 

I jeśli właśnie na tym motywie, czyli ślubie bez pana młodego, miałaby się opierać fabuła tej książki, to uważałabym ten pomysł za niezwykle trafiony i oryginalny. Jednak podczas przygotowań do tego wielkiego wydarzenia, pojawił się ktoś, kto całkowicie zmienił bieg książki. A na imię mu było James. Mężczyzna zaangażował się w sprawę ślubu jako fotograf. Musicie bowiem wiedzieć, iż  cała impreza nie miała nic z anonimowości. O sprawie dowiedziały się lokalne media, które krok po kroku relacjonowały przygotowanie i serwowały pikantne szczegóły. Książka upstrzona jest wycinkami z gazet. Całe miast pragnęło wziąć udział w tym przedsięwzięciu. Do Avy zaczęli pisać ludzie, którzy mieli podobne doświadczenia do niej , jednak nie mieli odwagi niczego zmienić w swoim życiu. Do drzwi dziewczyny zaczęli pukać przedstawiciele lokalnych sklepików, piekarni czy firm organizujących eventy, by zaofiarować swoje usługi. Ślub Avy miał być wydarzeniem roku, czymś oryginalnym i jednym w swoim rodzaju. Skusił się również James jednak dla niego poznanie dziewczyny, całkowicie zmieniło jego życie. Chłopak się zakochał. Patrząc na okładkę książki od razu wiedziałam, że pojawi się tutaj miłość. Czytając notkę wydawniczą wiedziałam, że pojawi się ona znikąd, jednak muszę przyznać że nie byłam na nią zupełnie przygotowana. Rozumiem, że serce nie wybiera, jednak wydaje mi się, iż ludzie czasem powinni okiełznać swoje uczucia i pokierować się rozumem. Ciężko mi jest powiedzieć, jak ja bym się zachowała na łożu śmierci, jednak wydaje mi się, iż zachowanie Avy, było nieco egoistyczne. Wiedziała, że umiera, znała nawet "dokładną" godzinę i liczbę dni, zresztą taki ustawiła sobie wyświetlacz w komputerze, coś ala Final Countdown. Czy będąc terminalnie chorą kobieta miała prawo się wiązać? Owszem znam ludzi, którzy biorą śluby w szpitalach, na godzinę przed zgonem, jednak czy jest to sprawiedliwe wobec drugiej osoby? James co prawda wiedział co robi, w końcu był dorosły, jednak czy jego decyzja nie była powodowana tym silnym pierwszym wrażeniem, chemią czyli po prostu zauroczeniem? Czy Ava nie zastanawiała się, że być może skazuje, młodego jeszcze faceta, na cierpienie do końca życia? Że już codziennie będzie o niej myślał i tylko czekał aż do niego dołączy? Moim zdaniem jej uczucie było niezwykle samolubne i nie powinna była pozwolić na to, by przerodziło się w coś więcej. Ciekawa jestem jakie jest wasze zdanie? W takim momentach żałuję, że nie należę do żadnego literackiego klubu dyskusyjnego, bo temat ten jest niezłym punktem startowym do polemiki. 

Rzadko się zdarza by w książkach przedstawiono rodzinę jako komórkę, w której wszyscy się kochają. Zazwyczaj czytelnicy lubią dysfunkcje, patologie i przemoc. Tym razem, Tammy Robinson, postawiła na taki model rodziny, o jakim marzą wszystkie niewinne dzieci, rodzice i ich pociechy, dziadkowie, zastępy ciotek i wujków oraz przyjaciele rodziny. Wszyscy oni pływają w swojskim sosie doskonałości. Muszę przyznać, że momentami wszystko to, cała otoczka wokół Avy, była dla mnie przesłodzona. Owszem autorka doprawiła to wszystko poczuciem humoru i oswoiła lekkością stylu, jednak nadal nie mogłam uwierzyć w to, że takie społeczności, gdzie każdy się kocha i szanuje, istnieją. Co prawda wiem co Robinson chciała tym ugrać i za to ją cenię. Też uważam, że najważniejsze w walce z chorobą jest wsparcie najbliższych, którego było tutaj bardzo dużo. Pojawiła się rodzina i najbliżsi przyjaciele a potem dołączali do nich coraz to nowi, obcy ludzie, których zafascynowała i wzruszyła historia Avy. To właśnie ten tłum na nowo napisał tę książkę, bo choć momentami była nudna i zbyt przepełniona refleksjami, to poznanie tak wielu interesujących postaci zdecydowanie działa jej na plus. 

"Twoje fotografie" to książka, która otworzyła mi oczy. Zdałam sobie sprawę, że codziennie martwię się tysiącami nieistotnych rzeczy, które tak naprawdę nic nie wnoszą do mojego życia. A to spódnica jest nieuprasowana, a to korek za długi czy ulubiony napój w sklepie wyprzedany. Dziś ludzie przestali zwracać uwagę na sens i jakość życia, a zajmują się przysłowiowymi "pierdołami". Pora się zatrzymać i zacząć doceniać to co mamy, cieszyć się z cudownych momentów, gdyż mogą okazać się jednymi z ostatnich. Książka Robinson jest powieścią o przezwyciężaniu "niemożliwego", pokazuje że strzała Amora może nas trafić w każdej chwili i od nas tylko zależy czy popłyniemy z prądem czy też usuniemy uwierający nas grot. "Twoje fotografie" sprawią, ze stracicie oddech, zatoniecie w łzach i w końcu odważycie się wykrzyczeć słowa podziękowania za to, że żyjecie. Nie ważne do kogo. Zdecydowanie polecam. 


Tytuł : "Twoje fotografie"
Autor : Tammy Robinson
Wydawnictwo : IUVI
Data wydania : 15 maja 2019
Liczba stron : 328
Tytuł oryginału : Photos Of You


Za możliwość przeczytania i zrecenzowania książki serdecznie dziękuję portalowi : 
https://sztukater.pl/

"Nie przestałyśmy być kobietami" Weronika Wierzchowska

"Nie przestałyśmy być kobietami" Weronika Wierzchowska

W swoim życiu przeczytałam bardzo dużo książek wojennych, powieści historycznych czy nawet biografii. Autorzy piszący o czasach, kiedy Polska była gwałcona, rozrywana na kawałki i ciemiężona, zazwyczaj opiewają wielkie czyny powstańców czy zwykłych obywateli, którzy poświęcając własne życie ratowali innych. Zapewne znacie historia o Irenie Sendlerowej czy chociażby znakomity film "Lista Schindlera". Z dzieł tych wyłania się obraz polaka, szczerego i uczciwego, odważnego i nieco zdesperowanego a co najważniejsze sprawiedliwego. Pisarze potępiają lub celowo nie dostrzegają kolaborantów, szmalcowników czy zwykłych szabrowników. W końcu to ludzie, o których nie warto pisać, gdyż dziś pozostaje nam się za nich tylko wstydzić. Jednak nie da się ukryć, iż nie wszyscy obywatele wojennej jak i powojennej Polski, byli uczciwi. Byli też tacy, którzy kolaboracją i szpiegostwem zarabiali na życie. Weronika Wierzchowska pokazuje nam realia zniszczonej przez Niemców Warszawy, w czasach powstania i tuż po nim. Przedstawia nam zniszczoną bombardowaniami Pragę, gdzie stacjonuje oddział odważnych Platerówek. Głównym zadaniem tych młodych dziewczyn jest obrona stolicy i walka z wrogiem, który niestety, coraz częściej kryje się we własnych szeregach. 

To były dziewczyny takie jak każda z nas. Ale wojna odebrała im rodziny i młodość, rzuciła daleko na wschód, gdzie dorastały w sowieckich kołchozach i syberyjskich tartakach. Większość nie miała nawet dwudziestu lat, gdy wstępowały do armii, co było jedyną nadzieją na powrót do ukochanej Polski. Chorobliwie ciekawska kresowiaczka Janka i zagubiona służbistka Ania jesienią 1944 roku wraz z pierwszą kompanią fizylierek z Samodzielnego Batalionu Kobiecego im. Emilii Plater wkraczają w ruiny warszawskiej Pragi i obejmują posterunki, by strzec to, co ocalało, przed hitlerowcami i szabrownikami. Czy w ogniu wojennych intryg jest szansa na kobiecą przyjaźń? Czy miłość w cieniu śmierci zawsze jest silniejsza? Ile znaczy radość z wolności, czyli życia? 

Sposobów na przeżycie jest wiele. Człowiek jest taką istotą, która w momencie zagrożenia, uchwyci się nawet brzytwy byle tylko przetrwać, choćby jeszcze jeden dzień, godzinę czy nawet minutę. Choć niektórzy z nas z nonszalancją wypowiadają się o "życiu", to kiedy wisi ono na włosku, wołamy to Boga o ratunek. Podczas wojny moja babcia ukrywała na strychu partyzantów, druga działała w "radiu" więźniarek z Auschwitz. Takich historii, będąc studentką dziennikarstwa, słyszałam wiele. Każda chwalebna. Czasem zastanawiałam się, jakim cudem dzisiejsi Polacy, są tak różni od tych z wojennego pokolenia? Są zazdrośni i zawistni, okrutni i leniwi, brak im odwagi i piją, czasami na potęgę. Oczywiście teraz generalizuję, jednak takich ludzi są tysiące. Czy naprawdę 70 lat temu byliśmy inni? Czy wojenny czyn nas zjednoczył i na moment zmienił naszą psychikę? Okazuje się, że nie. nasze społeczeństwo zawsze było zróżnicowane, byli Ci dobrzy i ci źli, jednak o tych drugich nie chcemy pamiętać, gdyż są czarną kartą naszej historii. Weronika Wierzchowska postanowiła przerwać milczenie i pokazała nam Warszawę, taką jaka była naprawdę. Miasto w którym obok siebie żyli złamani i sprawiedliwi oraz brutalni i nieuczciwi. Z książki tej dowiedziałam się o ludziach nazywanych wilkołakami, szpiegach pozostawionych przez armię Wehrmahtu, którzy za pomocą umówionych sygnałów i radiostacji wysyłali informacje do swoich dowódców na drugim brzegu Wisły. To właśnie dzięki nim Niemcom z powodzeniem udawało się ostrzeliwać powstańcze posterunki. Wiadomo, że wojna rządzi się własnymi prawami i każda ze stron robi wszystko byle tylko przechylić szalę zwycięstwa na swoją stronę. Jestem w stanie zrozumieć nazistów, "wilkołaki" byli częścią ich strategii wojennej. To co mnie bulwersuje, to fakt że również Polacy, kolaborowali z najeźdźcą, czego w moich oczach, nic nie jest w stanie usprawiedliwić. Ale czy na pewno? Książka Wierzchowskiej pokazuje nam wojenną Warszawę, jako miejsce pełne kontrastów. Z jednej strony poznajemy Platerówki, czyli Samodzielny Batalion Kobiecy, pod dowództwem Wojska Polskiego, formację, które istniała naprawdę, a jej celem była ochrona ludności i ochrona strategicznych budynków. Są to kobiety odważne i silne psychicznie, które przybyły z całej Polski by wspierać powstańców. Ryzykują własnym życiem, by inni czuli się w miarę bezpiecznie w niespokojnych czasach. Te, młode dziewczyny, często nastolatki, nie bały się wychodzić na ulice, przemykać pod ostrzałem, walczyć z Niemcami czy groźnymi przestępcami. Brały nawet udział w sławnej bitwie pod Lenino, gdzie ich zadaniem było znoszenie rannych i zmarłych z pola bitwy. W rzeczywistości, u boku mężczyzn, brały udział w regularnych walkach. Z jednej więc strony mamy poświęcenie i miłość do bliźniego a z drugiej kolaborantów, szmalcowników i warszawską "mafię". Zniszczona i zbombardowana stolica była miastem, w którym trzeba było kombinować by przeżyć. O tym wiedzą wszyscy. Nie było jedzenia, leków, opieki zdrowotnej, policji. Ludzie stracili domy, najbliższych i poczucie bezpieczeństwa. Będąc w tak beznadziejnej sytuacji warszawiacy szukali sposobów na to by przetrwać i często najprostszym z nich było kolaboranctwo. Niemiec nie tylko dobrze płacił lecz również zapewniał podstawowe środki do życia. Ci, którzy współpracowali z wrogiem, często mogli się obłowić i prowadzić dostatnią, a czasami nawet wystawną, egzystencję. Taka postawa jest dla mnie obrzydliwa. Owszem jestem w stanie zrozumieć, że ktoś współpracuje bo jest szantażowany, bo przetrzymują jego rodzinę, jednak tak po prostu? By mieć lepsze papierosy i ciągłe dostawy gorzały? Taka postawa jest dla mnie godna potępienia. Wierzchowska udowadnia jednak, że każdy z nas jest w stanie się zmienić.

Anna Hartman, główna bohaterka powieści, jest osobą której skutecznie wyprano mózg, ofiarą prężnie działającej propagandowej maszyny, która działała w Związku Radzieckim. Zapewne zdarzyło wam się oglądać filmy dokumentalne o Korei Północnej. Widzieliście ludzi, którzy z uśmiechem na ustach wychwalają swojego przywódcę, nawet kiedy sami klepią biedę, siedzą w więzieniach czy nie mają dostępu do służby zdrowia. Kim jest wszędzie. Jest Bogiem. Pewnie zastanawiacie się, jakim cudem te masy, są w stanie wielbić człowieka, który jest nikim innym tylko dyktatorem i mordercą? Otóż mamy tutaj do czynienia z niczym innym jak reżimową propagandą. Na takiej samej zasadzie działał ZSRR .Cały czas obiecywali Polakom wolne państwo, jednocześnie mówiąc, że obecność Armii Czerwonej jest konieczna dopóki Niemcy nie wycofają się za Odrę. Potem śpiewka się zmieniła i zaczęło mówić o stabilizacji a na końcu wzajemnej pomocy. I ludzie w to wierzyli. Wierzyli, że sąsiedzi ze Wschodu chcą dla nas jak najlepiej, że przyjdą nam z pomocą, ochronią, dadzą jedzenie i sprawiedliwość. Dziś czytając ulotki propagandowe muszę przyznać, że brzmią one całkiem logicznie, niczym wyborcza kiełbasa, którą karmią nas sztaby dzisiejszych polityków. Wcale się nie dziwię, że Anna Hartman dała się omamić wizji wiecznej przyjaźni i sojuszu polsko-radzieckiemu i chciała ją przekazać podległym jej żołnierkom. My oczywiście wiemy jak to wszystko się skończyło, dlatego na jej próby patrzymy z pewnym politowaniem i współczuciem. Hartman przyjechała do Warszawy by pełnić rolę wojskowej "politycznej". Jej głównym zadaniem było przekonanie swoich podwładnych do polityki Związku Radzieckiego i wprowadzanych przez niego praw i przywilejów. Ja od razu wiedziałam, że misja dziewczyny jest z góry skazana na niepowodzenie. Ona dopiero zaczęła się o tym przekonywać. Muszę przyznać, iż obserwowanie jej transformacji było dla mnie czymś niezwykle interesującym. Ze zdyscyplinowanej, nieco sztywnej i zindoktrynowanej 'obywatelki", stała się współczującą, trzeźwo myślącą i kochającą przyjaciółką, dla której coraz mniej liczyły się rozkazy i statystyki, a coraz bardziej biedni, cierpiący ludzie, którym wraz ze swoimi podwładnymi, starała się pomóc. Muszę przyznać, że z chęcią bym przeczytała kolejny tom książki, opisujący dalsze losy naszej głównej bohaterki, by zobaczyć kim tak naprawdę się stała. Czy udało jej się do końca porzucić sowiecką ideologię czy też pranie mózgu było zbyt definitywne? Mam nadzieję, że Wierzchowska zdecyduje się na napisanie kontynuacji, wymyślenie kolejnej historii bohaterskich fizylierek, które mogłaby okazać się prawdziwa. Jak wszystkie wojenne opowieści. 

Tym co mnie zauroczyło w tej książce była gwara warszawska. I oczywiście ta z Kresów. Jestem rodowitą warszawianką, do tego wychowaną na Pradze. Oczywiście dziś ta dzielnica wygląda zupełnie inaczej, niże przed 70-ciu laty, inni są również jej obywatele, jednak pewne rzeczy się nie zmieniły. Nadal działają tutaj uliczne gangi, slang jest obecny, choć w nieco zmienionej postaci a samo miejsce traktowane jest jako coś gorszego od lewobrzeżnej części stolicy. Kiedy przejdziemy się ulicą Jagiellońską, dojdziemy do pomniku orkiestry praskiej. Można tam poczytać napisy na mosiężnych tablicach, których tekst utrzymany jest w typowej praskiej gwarze. Czytając tę książkę wiedziałam, że autorka albo sama jest warszawianką, albo bardzo dobrze odrobiła lekcje. Akwawita czyli wódka, fiut-papieros czy biba ( to słowo zapewne zna każdy z was) to właśnie typowe wyrazy z warszawskiej gwary. Czytając stworzone przez autorkę dialogi miałam wrażenie, że przeniosłam się w miejscu i w czasie, że wraz z naszymi bohaterami rozmawiam z handlarzem Śmietanką czy też jednym z zapalonych, młodych powstańców. Warszawa była najbardziej żywa właśnie w mowie. Jednak zachwycając się lokalną gwarą nie zapomniałam o kolejnej bohaterce, Jance, która przybyła z Kresów, by walczyć o wolność "naszą i waszą". To właśnie jej teksty sprawiły, że wybuchałam śmiechem, nawet gdy fabuła była dramatyczna, a nawet tragiczna. Fizylierka była zabawna, inteligentna, ciekawska, odważna i nad wyraz ludzka. Nie dało się jej nie pokochać. To ona "zrobiła" tę książkę.

To było moje pierwsze spotkanie z Weroniką Wierzchowską i mam nadzieję, że nie ostatnie. Mam nadzieję, że autorka nie pójdzie w stronę szeroko pojętej "literatury kobiecej", która w Polsce oznacza, ni mniej ni więcej, tylko romantyczne gnioty i infantylne erotyki. "Nie przestałyśmy być kobietami" to naprawdę dobra, oparta na faktach książka, która wzruszy nie jedną z nas. Co z tego, że miłości i dotyku jest tutaj jak na lekarstwo i tak byłam wzruszona samą postawą naszych bohaterek oraz ich czynami. Nie jest to typowa książka wojenna, pełna faktów, dat i postaci. Jest to zapisany wyrywek naszej historii, opowieść, która zapewne kiedyś się wydarzyła, lecz nie zostali świadkowie by ją opowiedzieć. Całe szczęście "platerówki" nadal żyją w ludzkiej pamięci i cieszę się, że Pani Wierzchowska, zdecydowała się napisać im epitafium. Polecam. 



Tytuł : "Nie przestałyśmy być kobietami"
Autor : Weronika Wierzchowska
Wydawnictwo : Prószyński i S-ka
Data wydania : 11 lipca 2019
Liczba stron : 456


Za możliwość przeczytania i zrecenzowania książki serdecznie dziękuję wydawnictwu :
 


https://www.proszynski.pl/
 
 
A dostępna jest w salonach lub sklepie internetowym sieci :  
 
https://www.empik.com/zbyt-blisko-daniels-natalie,p1227335289,ksiazka-p
 
 
 
Książka bierze udział w wyzwaniu czytelniczym :
 
 
 


http://www.posredniczka-ksiazek.pl/2019/01/olimpiada-czytelnicza-2019-zapisy.html


"Sekret matki" Shalini Boland

"Sekret matki" Shalini Boland

Czy zastanawialiście się kiedyś jakie to uczucie stracić dziecko? Albo dwóje? Wszystkie? Jak, matka dwóch dziewczynek, za każdym razem jak moje pociechy się zranią czy zaboli je brzuszek, ich strach i cierpienie odczuwam prawie, że fizycznie. Nie jestem w stanie przewidzieć mojej reakcji na informację, że moje dzieci mogą być śmiertelnie chore lub też, że "zdarzył się wypadek". Nie wiem co bym zrobiła, jak się zachowała i czy potrafiłabym dalej normalnie funkcjonować. Właśnie z taką tragedią każdego dnia mierzy się Tessa Markham, bohaterka najnowszej powieści Shalini Boland. Jej synek rok temu przegrał walkę z białaczką, jego bliźniaczka, maleńka Lily, zmarła tuż po porodzie. Kobieta na przestrzeni paru lat straciła wszystko to, co było najbliższe jej sercu : dzieci, męża, z którym jest w separacji, pracę a nawet szacunek najbliższego otoczenia ponieważ osądzona została za czyn, którego nie popełniła. Ale wiecie co jest najpiękniejsze? Udało jej się przeżyć. Codziennie rano wstaje z łóżka, myje zęby i idzie parę przecznic do pracy, by zasadzić nowe drzewka. Jest żywym świadectwem na to, że jest życie "po śmierci". Jest moją idolką i osobą, której kibicowałam z całego serca ani razu w nią nie wątpiąc, w przeciwieństwie do całego świata. 

Tessa Markham nie potrafi pogodzić się ze śmiercią dwójki swoich dzieci, a jej mąż postanowił poukładać sobie życie na nowo. Kim więc teraz jest? Nie matką? Nie żoną?Pewnego dnia zastaje w domu małego chłopca. Dziecko twierdzi, że przyprowadził je anioł, a Tessę nazywa „swoją nową mamusią”. Wezwana policja nie daje wiary wyjaśnieniom kobiety.Rozpoczyna się medialna nagonka. Tessa zostaje uznana za porywaczkę, a dziennikarze nie odstępują jej na krok. Bohaterka podejmuje śledztwo na własną rękę, lecz z czasem zaczyna wątpić w swoją niewinność. A jeśli to ona uprowadziła chłopca? Przecież wszyscy nie mogą się mylić…

Na samym wstępie mojej recenzji muszę zaznaczyć, że "Sekret matki" nie jest thrillerem. Owszem przymiotnik "psychologiczny" jak najbardziej pasuje, jednak całości bliżej do powieści obyczajowej niż wstrząsającego dreszczowca. To tak jak by książkę, której bohaterowie namiętnie się całują nazwać erotykiem. Ale nie martwcie się obyczajówki psychologiczne z suspensem  są równie, a często nawet bardziej, interesujące od oklepanych thrillerów. Tym razem mamy do czynienia z sytuacją z jaką się jeszcze nie spotkałam. Naszą bohaterką jest Tessa, kobieta która straciła wszystko. Zazwyczaj autorzy tak kierują fabułą by straty te następowały stopniowo, tworząc narastające poczucie zagrożenia. Tym razem zostaliśmy rzuceni na głęboką wodę, a naszym narratorem jest nie kto inny jak wrak człowieka, osoba skrzywdzona przez los, złamana. Muszę przyznać, że od razu pokochałam Tess. Podziwiałam ją praktycznie za wszystko. Po stracie drugiego dziecka udało jej się wyjść z ciężkiej depresji. Przeżyła również odejście męża, który na nowo ułożył sobie życie. Znalazła nową pracę, która choć poniżej jej kwalifikacji zawodowych, dawała jej dużo satysfakcji. Co prawda widać, że kobieta wycofała się z życia, zrezygnowała z przyjemności i szczęścia na rzecz zwykłej, codziennej egzystencji, jednak sam fakt że podjęła walkę z niesprawiedliwym losem , był dla mnie wyczynem na miarę "obywatelskiej Nagrody Nobla". 
Kolejną osobą, która wzbudziła moją sympatię (z czym pewnie nie zgodzi się większość z czytelników)  jest Scott. Choć sylwetka byłego męża Tessy nie jest tak dokładnie wykreowana jak naszej głównej bohaterki, to na podstawie informacji, które dostarcza nam autorka oraz dzięki analizie jego zachowań, jesteśmy w stanie wyobrazić sobie z jakiego typu człowiekiem mamy do czynienia. Scott ma już dość. Ma dość smutku, nieszczęścia, tragedii, poczucia straty i żałoby. Chce rozpocząć nowe życie. I wiecie co? Uważałam, że ma do tego pełne prawo. Każdy z nas jest inny. Jedni pielęgnują swój ból i uważają, że to "nie w porządku" chociażby się uśmiechnąć  kiedy doznaliśmy wielkiej straty, a inni potrafią o wszystkim zapomnieć, odgrodzić się od wspomnień wysokim murem i żyć dalej. W momencie kiedy rozumiałam Tessę i jej potrzebę bliskości z byłym mężem, tak byłam również w stanie wejść w jego skórę i poczuć jak irytujące były jej ciągłe telefony, szczególnie w środku nocy. Myślę, że będąc na jego miejscu, zachowywałabym się podobnie i też bym nie uwierzyła w niewinność byłej małżonki, szczególnie pamiętając o wydarzeniu sprzed zaledwie kilku miesięcy, kiedy oskarżona została o porwanie innego chłopca. Czy jest szansa na to, żeby tak nieprawdopodobna sytuacja miała się powtórzyć. 
Ostatnią z osób które polubiłam był Ben. Ben, który choć ma zupełnie angielskie nazwisko, to w połowie jest Włochem i ma wszystkie cechy, które charakteryzują mężczyzn z tego kraju. Jest przystojny, szarmancki, dobrze wychowany, seksowny a do tego umie dobrze gotować. Zakochałam się w nim, w jego opiekuńczości, zrozumieniu, lojalności i mądrości. Myślę, że każda z was skrycie marzy o takim przyjacielu, a może nawet mężu. Jeśli kiedykolwiek będę zastanawiać się, jakiego męża bym wybrała dla moich córek, to przed oczami stanie mi właśnie Ben. I jego lasagne. 

Oczywiście w książce tej są również bohaterowie, którzy podziałali na mnie jak płachta na byka. I tutaj autorka zachowała się nieco przewidywalnie i skorzystała z ogólnie używanych stereotypów. Pisząc te słowa mam oczywiście na myśli Carly, dziennikarkę a zarazem sąsiadkę i byłą koleżankę Tess. Symbolizuje ona sobą wszystko to czego ludzie nie lubią w przedstawicielach tego jakże niewdzięcznego zawodu. Jest natrętna, podstępna, zdesperowana i zrobi wszystko byle tylko zdobyć dobry materiał na newsa. Sama jestem z zawodu żurnalistą i choć nie pracuję w zawodzie tak podczas praktyk na studiach zdarzyło mi się poznać osoby , które dotknięte zostały "genem dziennikarstwa". Z niektórymi nie dało się nawet normalnie pogadać bo we wszystkim dopatrywały się jakichś rewelacji, drugiego dnia czy podstępu. Były w stanie każdego sprzedać za garść srebrników. W "Sekrecie matki" możecie zobaczyć jak działa dziennikarska maszyna. Jak media zwęszą temat , tak obywatel, zarówno ofiara jak i sprawca, przestaje mieć znaczenie jako człowiek. Wozy telewizyjne rozstawiają się na trawniku przed domem, paparazzi uruchamiają swoje aparaty siedząc na drzewach a kiedy człowiek zamierza opuścić swoje mieszkanie by pójść do pracy, tak jest oblegany przez rządnych krwi pismaków, niczym przez zgraję komarów. Telewizja, radio i gazety często podają wymyślony, niesprawdzone informacje, które mogą zniszczyć życie. Otoczenia staje się podejrzliwe, przyjaciele nagle nie mają czasu, opiekunka do dziecka "choruje". Tess była osaczona, nie wierzył jej nawet były mąż, osoba która spędziła z nią szmat życia i wiedziała czego może się spodziewać. Muszę przyznać, że zrobiło mi się przykro, kiedy nie znajdując wsparcia i chęci pomocy w najbliższych nasza bohaterka musiała sprzymierzyć się z wrogiem, by rozwikłać zagadkę pojawienia się chłopca. Przez cały czas jej kibicowałam i nie miałam wątpliwości, że sobie poradzi. Czymże bowiem jest tłumaczenie się policji, włamywanie do cudzych domów, uciekanie przed zgrają dziennikarzy czy znoszenie poniżających słów klientów wobec utraty dzieci? 

Choć na samym początku nie miałam pojęcia co jest zamysłem autorki tak w miarę postępu fabuły wszystko zaczęło się klarować. Samo zakończenie nie okazało się dla mnie zbytnim zakończeniem,  gdyż Boland cały czas dostarczała nam masę wskazówek, które sprytnie naprowadzały nas na dobry trop. Pomimo iż wiedziałam dokąd to wszystko zmierza, nadal czytałam z niesłabnącym zainteresowaniem. Ważne było wszystko co dotyczyło naszej bohaterki i jej psychiki. Ciekawiły mnie przemiany jakie w niej zachodzą. Shalini Boland jest bowiem mistrzynią w tworzeniu portretów psychologicznych. Jej bohaterowie są wiarygodni, nie przerysowani, jednym słowem ludzcy. Zdecydowanie byłam w stanie uwierzyć w ich historię i cieszę się, że miała ona dobre zakończenie, każdy dostał to na co zasłużył. 

"Sekret matki" to książka, którą można przeczytać na jednym posiedzeniu, co zresztą zrobiłam. Nie trzeba się się tutaj zbytnio zastanawiać, analizować, zagłębiać, Boland prowadzi czytelnika za rączkę i po kolei wszystko wyjaśnia. Ja, takie książki jak ta, nazywam "napisane lekką ręką". Wszystko jest doskonale skomponowane, nie ma zgrzytów i nieścisłości, jedno wynika z drugiego i ma sens. Autorka miała pomysł i konsekwentnie go zrealizowała, ku uciesze czytelników zresztą. 
Było to moje pierwsze spotkanie z panią Boland, jednak z pewnością nie ostatnie. Będę śledzić daty premier i czekać na kolejny tytuł. Jak na razie "Sekret matki" wędruje do pierwszej piątki moich najlepszych lektur 2019, i wierzcie mi ten kto go pobije, będzie się musiał bardzo postarać. Polecam wszystkim, zarówno fanom suspensu jak i powieści obyczajowych. A nawet fanom thrillerów. 



Tytuł : "Sekret matki"
Autor : Shalini Boland
Wydawnictwo : Literackie
Data wydania : 31 lipca 2018
Liczba stron : 312
                                                    Tytuł oryginału : The Secret Mother


Za możliwość przeczytania i zrecenzowania książki serdecznie dziękuję wydawnictwu :  




            Książka bierze udział w wyzwaniu czytelniczym :


http://www.posredniczka-ksiazek.pl/2019/01/olimpiada-czytelnicza-2019-zapisy.html
 
Copyright © 2014 CZYTANKA NA DOBRANOC , Blogger