"Maria Fiodorowna.Pamiętnik carycy" C.W Gortner

"Maria Fiodorowna.Pamiętnik carycy" C.W Gortner

Amerykański portal Goodreads, poleca najnowszą książkę Gortnera, wszystkim tym, którzy lubią powieści historyczne oraz twórczość Philippy Gregory. Choć sama szanuję oboje autorów to uważam iż stawianie ich w jednym szeregu jest niesprawiedliwe i krzywdzące dla amerykańskiego pisarza. Kiedy historie Gregory są przesiąknięte dramatyzmem i podkolorowane tak Gortner zawsze sprawdza swoje źródła i dostarcza nam rzetelnych informacji. Sam autor przyznaje, że Wikipedia nie jest dla niego skarbnicą wiedzy, a pisząc tę książkę korzystał z ponad 150 publikacji. Jak widać, w przeciwieństwie do pani Gregory, Gortner nie tylko nas zabawia lecz również uczy. Jeśli lubicie powieści historyczne, pisane z pasją i doskonale udokumentowane, jeśli fascynują was odważne kobiety, które nie boją się pociągać za sznurki za plecami swoich mężów, to jest to pozycja dla was. Ja nie mogłam się oderwać. 

Dziewiętnastoletnia Maria Zofia Fryderyka Dagmara, duńska księżniczka, została wydana za rosyjskiego następcę tronu, późniejszego Aleksandra III. Po śmierci męża nie mogła pogodzić się ze statusem odsuniętej od władzy wdowy. Uważała, że syn, Mikołaj II, nie dość energicznie dąży do reform, które przekształciłyby Rosje w nowoczesne państwo. Była w wiecznym konflikcie z synową Aleksandrą, która znalazła się pod całkowitym wpływem demonicznego Rasputina.

Zawsze się dziwiłam autorom, którzy przekształcają, koloryzują i zmieniają wydarzenia historyczne, dodając do nich zmyślone fakty. Przecież historia naszego "świata" sama w sobie jest interesująca, dramatyczna, ciekawa i krwawa. Niniejsza książka jest tego doskonałym przykładem. 
Znacie powiedzenie : od pucybuta do milionera? Oczywiści nie funkcjonowało ono pod koniec XIX wieku, jednak życie Marii Fiodorowny, doskonale wpisuje się w ten schemat. Choć pochodziła z arystokratycznej rodziny, to zdecydowanie nie była ona zamożna. Owszem mieszkali w pałacyku i nadal mogli sobie pozwolić na życie na koszt "państwa" i "podatników", jednak sami musieli cerować sobie skarpetki i rozpalać kominki. Jednak jak to często bywa, los jest przewrotny. Pewnego dnia ojciec Marii dowiedział się, że to właśnie on został wybrany na nowego króla Danii. Rodzina przeniosła się na salony, ubrała w strojne suknie i zatrudniła armię służących. Maria i jej siostra w końcu miały szansę na dobre zamążpójście. W końcu były księżniczkami. Ich rodzice nie zmarnowali tej szansy i znaleźli swoim córkom odpowiednich kandydatów. Jedna z dziewczyn wyjechała do deszczowej Anglii, by pod czujnym okiem królowej Wiktorii, opiekować się jej synem, druga trafiła do Rosji, by wkrótce zostać matką ostatniego cara i jedną z najpotężniejszych kobiet na świecie. Jednak nie wszystko układało się po jej myśli. Tutaj nie trzeba było koloryzować ani dodawać dramaturgii. Wiek XIX i XX, to były lata szalejących chorób i krwawych wojen. Ginęli zarówno uprzywilejowani jak i biedota. Ginęli piekarze, żołnierze, kurtyzany a nawet władcy. Maria Fiodorowna wiedziała co znaczy stracić ukochaną osobę, patrzyła jak jej ukochany umiera na jej oczach pozostawiając po sobie list (ostatnią wolę), którego przykazania musiała wypełnić. Czytając tę powieść nie mogłam nie zwrócić uwagi na to, jak traktowane były kobiety nieco ponad 100 lat temu. Nie ważne czy urodziły się w rodzinach chłopskich, mieszczańskich czy szlacheckich, ich los był od początku przesądzony. Nie mogły o sobie decydować, były całkowicie zależne od rodziców. Czy dziś, pozwolilibyście waszej matce czy ojcu, na wybór waszego małżonka czy małżonki? Czy dalibyście się wysłać do obcego kraju, gdzie nie macie rodziny ani przyjaciół? Choć w niektórych częściach naszego globu, młodych nadal się swata, tak cieszę się iż obyczaj ten powoli odchodzi do lamusa. Współczułam kobietom, które zostały pozbawione własnego zdania. Maria byłą osobą inteligentną i odważną. Gdyby żyła w dzisiejszych czasach z powodzeniem mogłaby odgrywać ważną rolę w świecie wielkiej polityki. Niestety sto lat temu, jedyne co mogła zrobić to działać zakulisowo. Była na tyle sprytna, zdesperowana i mądra by kierować swoim mężem i synem, doradzać im albo przeforsować własne zdanie. Jednak czasem by dostać się do ucha cara, trzeba było wyrąbać sobie ścieżkę w tłumie doradców i "lobbystów". I oczywiście zmierzyć się z samym Rasputinem, postacią która odegrała wielką rolę w historii Rosji.

Ktoś mi kiedyś powiedział, że Amerykanie to megalomani : muszą mieć wszystko największe, począwszy od kubków Coca Coli w McDonaldzie a na domach i samochodach skończywszy. Moim zdaniem jest kraj, który w pędzie ku wielkości i wspaniałości, zapędził się jeszcze dalej. Tym krajem jest Rosja. Ci, którzy odwiedzili Sankt Petersburg lub Moskwę, doskonale wiedzą o czym mówię, marmurowe olbrzymie stacje metra, wyrastające jak grzyby po deszczu budowle a la Pałac Kultury, pretensjonalne dworki i sobole futra. Czy wiecie, że w Rosji praktycznie nie ma klasy średniej? To przeświadczenie o etnicznej wyższości wzięło się właśnie z czasów carskich. Władcy imperium uważali, że mają moralne i święte prawo do zasiadania na tronie, które dostali od Boga. Mieli manię wielkości, innych traktowali z przymrużeniem oka lub wręcz wrogo. Bycie carem czy carycą równało się z posiadaniem władzy nieograniczonej. Do tej pory wydawało mi się, że synonimem rozpasania i rozpusty, blichtru i samowoli władców, był francuski Wersal. Okazuje się jednak, że i Rosja miała swoich Ludwików. To co poznajemy oczami przybyłej z Danii księżniczki, jest monumentalne i przytłaczające. Złoto, srebro, diamenty, brokat, drogie futra i egzotyczne drewna są tutaj na porządku dziennym. Ludzie nie robią nic innego tylko się bawią, tańczą, śmieją i wikłają w mniejsze lub większe intrygi. Gortner przedstawia nam Rosję od zupełnie innej, nieznanej mi dotąd strony, Rosję w której faktycznie można się zakochać.Jednak okazuje się, że pod powłoką piękna i dostatku, znajduje się również inna, ciemna strona tego ogromnego kraju. Maria Fiodorowna nie zamyka się na nią. Przekonuje się, że poza murami pałacu również żyją ludzie, choć "żyją" może być tutaj niewłaściwym słowem, lepszym będzie wegetacja. Kobieta im współczuje i pragnie nakłonić cara do tego, by zainteresował się ich losem. Niestety okazuje się, iż życie malutkich nie jest warte zbyt wiele. 

Pewnym jest, że Gortner potrafi pisać. Choć nie przepadam za opisami, a długie ustępy tekstu, pozbawione dialogów, mnie nudzą, tak w przypadku tego autora jestem w stanie wybaczyć wszystko. By napisać dobrą powieść historyczno-obyczajową nie wystarczy wiernie odtworzyć fakty i względnie dokładnie naszkicować tło fabularne. Tego to możemy dowiedzieć się z podręczników. Najważniejsze to podarować książce "duszę". W przypadku "Pamiętnika carycy" tą duszą była sama główna bohaterka, Maria Fiodorowna. Cieszę się, że to właśnie jej oczami mogłam wszystko obserwować. Wraz z nią patrzymy jak zmienia się otaczający nas świat. Polityka, rewolucje, manipulacja, morderstwo, wszystko to jest częścią jej życia. Choć autor bywa nadmiernie szczegółowy i nic się przed nim nie ukryje, tak nie męczyła mnie ta drobiazgowość. Wręcz przeciwnie, dzięki niej wiedziałam że w moje ręce trafiła powieść zrodzona z miłości i pasji, w którą włożono wiele pracy i trudu. 

Rosja jest jednym z największych i najbardziej fascynujących krajów na świecie o bogatej i krwawej historii. Była domem wielu sławnych władców, polityków, artystów a nawet wróżów. Choć Maria Fiodorowna była osobą z "zewnątrz" tak jest doskonałym przykładem na to, jak silnie działa magia tego kraju, charyzmatyczność przywódców i potęga wielkości. Na przestrzeni 600 stron, autor przedstawia nam kobietę, która z młodego, nieopierzonego podlotka stała się wyrachowaną lecz sprawiedliwą, mądrą władczynią i matką ostatniego cara. Kobietą z którą należy się liczyć i nie można przestać podziwiać. Właśnie o takich ludziach powinny być lekcje historii, bo nie można pozwolić by pamięć o nich zaginęła. Książka ta jest jedną z lepszych fabularyzowanych biografii jakie przeczytałam i zdecydowanie ją polecam wielbicielom powieści historycznych, romansów, historii wojennych, tekstów obyczajowych czy nawet poetyckich. Jednym zdaniem jest to powieść dla wszystkich. 

Tytuł : "Maria Fiodorowna. Pamiętnik carycy"
Autor : Christopher W. Gortner
Wydawnictwo : HarperCollins Polska
Data wydania : 20 marca 2019
Liczba stron : 608
Tytuł oryginału : The Romanov Empress. A Novel of Tsarina Maria Feodorovna



Za możliwość przeczytania i zrecenzowania książki serdecznie dziękuję wydawnictwu : 
Z jednego z przeczytanych jakiś czas temu artykułów dowiedziałam się, że strzelaniny w szkołach to w USA norma. Średnio raz w tygodniu ktoś otwiera ogień. 14 lutego tego roku, w Parkland na Florydzie, uzbrojony nastolatek wtargnął na teren szkoły, z której jakiś czas wcześniej został wydalony z powodów dyscyplinarnych. Zginęło 17 osób a 14 zostało rannych. W 2012 roku, w Newtown, 20-letni Adam Lanza po zastrzeleniu swojej matki, pojechał do pobliskiej szkoły, gdzie zastrzelił 26 osób,  większość to dzieci w wieku 6-7 lat. Historia zna wiele takich tragedii a z roku na rok jest ich coraz więcej. Czytamy o nich w gazetach, oglądamy w telewizji, jednak rzadko kiedy zdarza nam się przeczytać coś z punktu widzenia ofiar, szczególnie tych nieletnich. "Kolor samotności" opowiada fikcyjną historię 6-letniego Zacka, któremu udało się przeżyć strzelaninę w szkole. Jednak czy udało mu się przetrwać lata bólu i samotności, które po niej nastąpiły?   Pewnego dnia, tuż przed lekcją matematyki, do szkoły Zacka wpada uzbrojony mężczyzna i zaczyna się strzelanina. Chłopiec wraz z nauczycielem i innymi dziećmi chowa się w szafie. Zabitych zostaje 19 osób, w tym brat Zacka, Andy. Chłopiec nie może zapomnieć o tym wydarzenia. W myślach powracają do niego dźwięki i obrazy, które przywołują traumatyczne wspomnienia. Nie znajduje oparcia ani w przyjaciołach ani w rodzinie. Wszyscy oni pogrążeni są we własnej żałobie i nie mają dla chłopca czasu. Osamotnione dziecko znajduje własny sposób na wyjście z traumy. Ucieka w magiczny świat literatury i sztuki, dzięki któremu próbuje zrozumieć i uporządkować swoje uczucia. Wierzy, że znajdzie sposób na to by pomóc nie tylko sobie, ale również najbliższym.   Zacka poznajemy w dniu kiedy zawalił mu się świat. Jedna z moich amerykańskich przyjaciółek namówiła mnie, żebym koniecznie posłuchała początku książki w formie audiobooka. Tak też zrobiłam. I momentalnie zalałam się łzami. Nawet jak już przerzuciłam się na wersję papierową, w głowie cały czas dźwięczał mi głos narratora, młodziutkiego Kivlighana, znanego z dubbingów telewizyjnych. Jego głos jest tak nasiąknięty emocjami, że jak opowiada o strzelaninie, zamknięciu w szafie, ścisku, ciasnocie, pocie i strachu tak miałam wrażenie, że jestem jednym z uczestników tej masakry. Muszę oddać autorce, że to dzięki jej narracji było to możliwe. Jest ona tak obrazowa, tak przepełniona uczuciami, że czytelnik momentalnie utożsamia się z bohaterami, z brzucha wyrasta mu mentalna pępowina, która swoimi mackami wczepia się w karty książki. Od tej pory czujemy to co Zack, myślimy tak jak Zack, wraz z nim cierpimy i wkraczamy do tunelu, na którego końcu widać światełko nadziei.   Wybranie na narratora powieści 6-letniego chłopca, było zabiegiem ciekawym i dość niecodziennym. Choć zdarzyło mi się przeczytać sporo powieści o strzelaninach w placówkach dydaktycznych, tak ta jest pierwszą opowiedzianą z perspektywy dziecka. Dorośli często wychodzą z założenia, że tragiczne wydarzenia, których uczestnikami są małe dzieci mają mały wpływ na ich rozwój, zostaną szybko zapomniane gdyż małoletni nie do końca rozumieją ich znaczenie i konsekwencje. Nie zdają sobie sprawy, że to w tym wieku kształtuje się nasza osobowość, i traumatyczne wspomnienia z dzieciństwa będę miały wpływ na całe dalsze życie. Dla kogoś kto przeżył tragedię najważniejsza jest pomoc psychologiczna i wsparcie ze strony rodziny. Dziecko musi poczuć się jak w kokonie, pęcherzu płodowym, musi odbudować w sobie poczucie bezpieczeństwa, które zostało zniszczone. O Zacku wszyscy zapomnieli. Pogrążyli się we własnej żałobie, próbowali znaleźć sposób na życie w tych zupełnie nowych okolicznościach. Płakali nad utratą dziecka, walczyli z rodziną mordercy, szukali winnych, podsycali w sobie nienawiść. A gdzieś w tym wszystkim był Zack, który walczył o chwilkę uwagi, której się nie doczekał. Wzruszyła mnie scena, w której babcia chłopca, kupiła banany, uwielbiane przez zabitego brata Zacka. On jedyny je jadł. Owoce wylądowały w koszu na śmieci. Płakałam. Nie rozumiałam jak można w ten sposób traktować własne dziecko. Jedyne co słyszał to : później, nie teraz, nie przeszkadzaj, odejdź. Był przestawiany z kąta w kąt, traktowany przedmiotowo, wykluczony i skazany na cierpienie w samotności. Rodzina się rozpadła, każdy znalazł własną drogę prowadzącą do wyleczenia.   Autorka w przerażający, realistyczny sposób maluje obraz "po tragedii". Jej proza jest pełna życia, uczuć, namiętności i bólu. Opisuje nie historię jednej rodziny, lecz całej społeczności borykającej się ze stratą najbliższych. Ludzie, którzy do tej pory żyli w przyjaźni, zaczynają się od siebie oddalać, stają się nieufni, zamykają drzwi. Świat po masakrze traci barwy, na ziemię spada deszcz smutku. W rodzinie Zacka zamiast miłości pojawia się złość, krzyk, płacz i desperacja. Rodzice nie potrafią ze sobą rozmawiać. Jedynym spokojnym miejscem okazuje się szafa w pokoju brata. Szafa pełna książek, które stają się dla chłopca odskocznią. To właśnie one są inspiracją do wyrażenia siebie za pomocą kolorów, namalowania mapy uczuć gdzie czarny oznacza złość, zielony szaleństwo, żółty szczęście a czerwony zażenowanie. Zack był wyjątkowym, emocjonalnym i inteligentnym dzieckiem. Zachowywał się dorośle. Czasem nie mogłam uwierzyć, że miał dopiero 6 lat. Wydaje mi się, że to właśnie on rozpoczął proces godzenia się z nową rzeczywistością, to dzięki niemu możliwe było podjęcie próby "wyzdrowienia". Książkę tę powinni przeczytać wszyscy rodzice nawet Ci, którzy wiodą na pozór beztroskie i szczęśliwe życie. Autorka na przykładzie małego, niewinnego chłopca pokazuje, jaki wpływ na dziecko mają bezustanne kłótnie rodziców, warczenie na siebie, brak kontaktu fizycznego czy nawet zwykła obojętność. Powinniśmy otworzyć oczy i spojrzeć w dół na tych, których głosik jest najczęściej niesłyszalny. Mama i tata to dwie najważniejsze osoby w życiu dziecka. Symbolizują ciepło, bezpieczeństwo i harmonię. Nie odbierajmy tego dzieciom, nie bądźmy samolubni nawet w obliczu największych tragedii bo w końcu mamy dla kogo żyć.   Nie jest prawdą, że dzieci są "odporne". To, że wspomnienia wyblakną a czas wyleczy większość ran, nie oznacza  że echo wydarzeń z przeszłości nie będzie się odbijać w dorosłym życiu. Pamiętajmy, że dzieci się od nas uczą wzorców zachowań. Odpychając swoje pociechy, żałując im uwagi i miłości, wychowujecie nieczułego robota. Nie każdy jest jak Zack, który okazał się najbardziej odważny i dorosły ze wszystkich. Był jedynym bohaterem tej książki, postacią o której nie zapomnę do końca życia. I wierzcie mi w dzisiejszych czasach takich bohaterów jest wielu, skąd wiecie czy nie kryją się w waszych szafach?   Po każdej nowej strzelaninie politycy w telewizji zapewniają, że myślą o rodzinach ofiar, są z nimi i służą pomocą. Zamiast tych pustych słów powinni wziąć do ręki tę powieść, przeczytać, przemyśleć i wyciągnąć wnioski. Może warto zmienić prawo o swobodnym dostępie do broni palnej? Jak długo jeszcze będziemy czekać, aż strzały będą na porządku dziennym? Aż zamiast szkolnych mundurków nasze dzieci będą nosi kamizelki kuloodporne? "Kolor samotności" to piękna książka. Dobrze napisany, wzruszający i skłaniający do myślenia debiut literacki. Powieść wobec której nie można pozostać obojętnym. Zdecydowanie pierwsza dziesiątka 2018. Polecam.
Książka bierze udział w wyzwaniu czytelniczym :


http://www.posredniczka-ksiazek.pl/2019/01/olimpiada-czytelnicza-2019-zapisy.html
"Mężczyźni, którzy nienawidzą wilków" Lars Lenth

"Mężczyźni, którzy nienawidzą wilków" Lars Lenth

W przedmowie do swojej książki, Lars Lenth, nadmienia iż jej fabuła inspirowana jest wydarzeniami, które zdarzyły się naprawdę, jednak z szacunku dla ich uczestników, autor zmienił ich nazwiska. Muszę przyznać, iż czytając ten eko-kryminał, ciężko było mi uwierzyć w to, iż taka historia miała miejsce. Tak się składa, że los wilków jest mi bliski. Znam liczby, orientuję się w losach europejskich stad, wiem które populacje są zagrożone i gdzie wydaje się zgodę na odstrzał. Numery i fakty, które przytacza autor, są wyssane z palca i nie pokrywają się z rzeczywistością. Nie zgadzają się również wydarzenia historyczne i fakty dotyczące norweskiej populacji tych drapieżników. Jeśli autor nie zadał sobie nawet trudu zdobycia sprawdzonych informacji, to skąd mogę wiedzieć czy również reszta historii nie jest czystym wymysłem? Próbowałam dotrzeć do notatek prasowych i artykułów z norweskich gazet, w których byłaby wzmianka o rozszarpanej przez wilki kobiecie, bez skutku. Szukałam również informacji o zamieszanych w nielegalne polowania politykach, również bez większych rezultatów. Czyżby okazało się, że jedynym co zainspirowało pisarza, było wydanie zgody przez norweski rząd, na odstrzał wilków, w 2016? Jeśli tak, to według mnie troszkę za mało, by traktować tę książkę jako historię na faktach. Zdecydowanie lepiej się sprawdzi jako moralitet i thriller w jednym, gdyż prawdą jest iż te piękne drapieżniki mordowane są na naszych oczach, co powinno być napiętnowane i rozliczone. Jako obywatele XXI wieku powinniśmy wystąpić w ich imieniu i przemówić wilczym głosem. Niech książka ta będzie początkiem czegoś dobrego. 

W norweskich lasach ginie kobieta zagryziona przez wilki. W ostatniej chwili ratuje swojego 5-letniego syna, sadzając go wysoko na gałęzi drzewa. Chłopca przynosi do miasteczka tajemniczy mężczyzna, informując tym samym mieszkańców o pierwszym od ponad 200 lat ataku wilków…
Między obrońcami praw zwierząt a lokalną społecznością wybucha medialny spór. W walce o swoje często sięga się do środków znajdujących się daleko poza prawem.Kto kieruje się szczytnymi ideami, a kto pragnie jedynie zbić polityczny kapitał na sprawie wilków?

Historia wilków w Skandynawii to ciekawa kwestia. Nie wszyscy wiedzą, że nie ma już właściwie wilków pochodzących z tego rejonu – wszystkie one wymarły w latach 60. ubiegłego wieku, na skutek intensywnych polowań. Sytuacja zmieniła się w latach 80-90 , kiedy na północ Skandynawii przywędrowały trzy wilki pochodzenia rosyjsko-fińskiego. To one dały początek nowej populacji.Na chwilę obecną w całej Skandynawii żyje około 450 osobników, z czego zaledwie 60 sztuk, znalazło swój dom w Norwegii. Nie da się ukryć, iż wilk jest drapieżnikiem i by przeżyć musi polować. Rolnicy i hodowcy muszą się nieźle natrudzić, by ochronić swoje stada, jednak nie zawsze zakończone jest to powodzeniem. Owce nadal giną. W samym 2014 roku, rozszarpanych zostało ponad 2000 sztuk ( u autora liczba ta jest zdecydowanie niższa). Ze względu na protesty rolników, rząd Norwegii wydał zgodę na odstrzał ponad 80 procent populacji wilków. Sprawa trafiła do sądu. Muszę przyznać iż w pełni rozumiem Lentha i to, dlaczego zainteresował się tym tematem. Starcie człowiek-zwierzę, czy człowiek-natura od zawsze wzbudza  w nas głębokie emocje i kontrowersje. Jedni mówią, iż musimy wypracować konsensus i podzielić się naszą planetą z braćmi mniejszymi, drudzy uważają iż to człowiek wygrał a zwierzęta padły ofiarą selekcji naturalnej. Jako osoba otwarta i nowoczesna, zawsze staram się wysłuchać argumentów obu stron, i dopiero na ich podstawie wyrobić sobie własne zdanie. Lars Lent od samego początku obrał jeden azymut i konsekwentnie się go trzymał. Książka ta, jest niczym więcej jak wołaniem o to by ludzie się opamiętali, otworzyli serca i nie dopuszczali do rzezi. Autor nie tylko stara się chronić wilki, lecz pokazać jaką rolę zwierzęta te odgrywają w zarówno wielkiej, jak i lokalnej, polityce. Są straszakiem, kartą przetargową, kiełbasą wyborczą. Stały się narzędziem w rękach ludzi. Ze strony na stronę czułam coraz większy gniew. Rozumiem, że my ludzie jesteśmy mistrzami kontroli i manipulacji, lubimy rozstawiać innych po kątach, nie czujemy oporu przed wbiciem przeciwnikom noża w plecy. Jednak to co przeczytałam, wywołało we mnie przerażenie. Nigdy nie wpadłabym na to, jak daleko może posunąć się człowiek, by osiągnąć swoje cele. Potrafimy być bardziej drapieżni niż zwierzęta i cechuje nas coś co im jest obce : jesteśmy wyrachowani. Choć już na samym początku książki to wilki rozszarpały kobietę to w rezultacie winnym okazał się człowiek. Zwierzętom można jedynie współczuć tego, że muszą z nami dzielić planetę. Oczywiście nie myślcie sobie, że po przeczytaniu powieści Lentha, zapiszę się do partii Zielonych czy pojadę do norweskich lasów, by biegać po nich z transparentami. Tak się nie stanie. Cieszę się jednak iż autor otworzył mi oczy na możliwe scenariusze, pokazał, że nic nie dzieje się bez przyczyny a to co z pozoru wydaje się oczywiste, zazwyczaj posiada drugie dno. 

Tym co mnie zachwyciło w tej powieści, były kreacje jej głównych bohaterów, których jest tutaj naprawdę sporo. Dzielą się oni na  trzy grupy : przeciwników wilków, ich obrońców oraz tajemniczego, niebezpiecznego samotnika, który niczym Bruce Willis w Szklanej Pułapce, sam próbuje wymierzyć sprawiedliwość. Muszę przyznać iż tego ostatniego pokochałam najbardziej. Nie da się ukryć iż wszystkie postaci mają karykaturalny wymiar. Nie są to typowi indywidualiści, osobne kreacje do jakich jesteśmy przyzwyczajeni. Każdy z nich symbolizuje zbiór idei i wierzeń typowych dla danych grup społecznych i organizacji. Myśliwi u Lentha to śmierdzący, głośni, agresywni barbarzyńcy, którzy nie szanują niczego i nikogo. Są obleśni, wulgarni i bardzo niebezpieczni. Każdy z nich ma swoją cenę, za którą są w stanie upolować wszystko. Nawet ludzi. Autor przedstawia również ciekawy obraz norweskich polityków, jako środowisko przeżarte korupcją, nepotyzmem i rządzą władzy. Jak już raz dorwą się do koryta, to zrobią wszystko by się przy nim utrzymać, nawet jeśli będzie się to wiązało z czynami kryminalnymi. Z drugiej strony mamy obrońców praw zwierząt, grupę która ma do powiedzenia bardzo mało w tej powieści. Są inteligentni, mają wiedzę i doświadczenie, jednak tak naprawdę nikt się z nimi nie liczy. To typowi badacza, których praca widoczna jest jedynie na papierze. Jeśli myśliwych przyrównamy do wilków, tak biolodzy i obrońcy praw zwierząt, są potulnymi owieczkami.
No i zostaje nam Rino Gulliksen alias Evan, mężczyzna który umarł wiele lat wcześniej, lecz postanowił powrócić i walczyć o słuszną sprawę. Jego domem stał się las, przyjaciółmi zwierzęta i dobrej jakości łuk. Rino doskonale zdaje sobie sprawę z tego, że ani lokalne władze ani skorumpowana i polityczna policja, nie staną w obronie wilków. Mężczyzna bierze sprawy we własne ręce i postanawia pomścić swoich czworonożnych przyjaciół. 
Jak na prawdziwy thriller kryminalny przystało dzieje się tutaj sporo, a atmosfera z każdym rozdziałem się zagęszcza. To książka, której fabuła oparta jest na motywie zabawy w kotka i myszką, gdzie tak naprawdę nie wiadomo kto jest ofiarą a kto katem. Trup ściele się gęsto, i wydawać by się mogło że żadna ze stron nie wychodzi na prowadzenie. Czy jest zatem szansa, że to samotny łowca okaże się górą?

"Mężczyźni, którzy nienawidzą wilków" to książka, która wykracza poza ramy zwykłej powieści kryminalnej. Akcja książki osadzona została w małym miasteczku, co dało autorowi możliwość przedstawienia mentalności norweskiego społeczeństwa. Ludzie żyjący na prowincji są konserwatywni, homofobiczni. Większość z nich to rasiści, którzy nie ukrywają nienawiści do imigrantów. Autor słusznie zauważył, że Ci którzy nienawidzą wilków, nienawidzą również mniejszości etnicznych. Muszę przyznać iż nie zdawałam sobie sprawy z tego, jak zamknięte i ksenofobiczne jest norweskie społeczeństwo, szczególnie w rejonach rolniczych. Wiem, że duża część moich rodaków wyjechała do Skandynawii za chlebem. Część z nich osiadła właśnie w Norwegii. Teraz się zastanawiam, czy naprawdę są tam miele widzianymi gośćmi? A może skandynawski spokój, mindfulness i hygge to tylko przykrywka? Może zwykli obywatele wcale nie chcą u siebie obcych, tylko nauczyli się ukrywać wrzące w nich emocje bo nadal się wstydzą tego, że podczas II Wojny Światowej, kraj sprzyjał ideologii faszystowskiej? I teraz, zapraszając do siebie imigrantów, spłacają zaciągnięty wobec Europy dług. 

"Mężczyźni, którzy nienawidzą wilków" to książka, którą można czytać na wielu płaszczyznach. Jest to znakomity, wciągający i pełny zwrotów akcji thriller, ekologiczna rozprawka i powieść psychologiczna, w której znajdziemy odwołania do wielu filozofów. Powieść ta pełna jest muzyki i dźwięków, obrazów i emocji. Cieszę się iż książka ta trafiła w moje ręce. Lars Lenth napisał powieść oryginalną i niezwykle współczesną, która zmusza do myślenia i skłania do refleksji. Bardzo się cieszę z poniekąd otwartego zakończenia, które daje nadzieję na kontynuację. Z pewnością po nią sięgnę. Serdecznie wam polecam ten niezwykle udany literacki debiut norweskiego autora. W dzisiejszych czasach naprawdę ciężko jest znaleźć dobrą powieść, poruszającą ważne tematy a jednocześnie napisaną z wyczuciem, pasją i dużą dawką humoru.



Tytuł : "Mężczyźni, którzy nienawidzą wilków"
Autor : Lars Lenth
Wydawnictwo : Literackie
Data wydania : 24 kwietnia 2019
Liczba stron : 320
Tytuł oryginału : Menn som hater ulver



Za możliwość przeczytania i zrecenzowania książki serdecznie dziękuję wydawnictwu :  




 
 
 
 
            Książka bierze udział w wyzwaniu czytelniczym :


http://www.posredniczka-ksiazek.pl/2019/01/olimpiada-czytelnicza-2019-zapisy.html

"Siła natury" Jane Harper

"Siła natury" Jane Harper

Jednym z moich marzeń jest podróż do Australii, póki jeszcze nie zmieniła się w spaloną słońcem wyludnioną, pustynię. Jednak w przeciwieństwie do innych turystów, podróżników czy urlopowiczów nie zamierzam zwiedzać opery w Sidney czy opalać się na sławnej Bondai Beach. Mnie fascynuje australijski interior, niezmierzone stepy i wielohektarowe lasy, pełne zwierząt, niebezpiecznych gadów i wolne od cywilizacji. Zawsze się zastanawiałam jak ludzie mogą żyć na tak nieprzyjaznym kontynencie. Na lądzie pełzają najjadowitsze węże świata, w powietrzu latają groźne dla człowieka owady, z gałęzi spadają pająki wielkości dłoni, a w wodzie leniwie krążą rekiny, oczywiście ludojady. Jane Harper zabrała mnie na wycieczkę po tej prawdziwej Australii, znanej z podań aborygenów. Kraj ten w powieści "Siła natury" to mroczne, deszczowe miejsce, pełne wilgoci i wiatru. Miejsce gdzie szumią drzewa a dźwięk ten przeraża. Jednak okazuje się, że to nie zwierzęta czy natura jest dla człowieka największym zagrożeniem, lecz drugi człowiek, a wycieczka do lasu na zwykły wyjazd integracyjny, może zakończyć się tragedią. I to nie jedną.

Korporacyjne wyjazdy integracyjne rzadko należą do przyjemnych rzeczy. Ten szybko zamienia się w koszmar, kiedy okazuje się, że z grupy pięciu współpracowniczek wróciły tylko cztery…
Agent Aaron Falk powraca, by rozwikłać sprawę zaginięcia w australijskim buszu. W noc swojego zniknięcia Alice Russel wykonała tylko dwa telefony – jeden alarmowy i jeden do Aarona. Bardzo szybko okazuje się, że każda z uczestniczek wyprawy przedstawia nieco odmienną wersję wydarzeń. Podczas śledztwa, które prowadzi go w głąb mrocznego lasu, agent Falk odkrywa tajemnice kryjące się w cieniu gór. 

Zanim przejdę do chwalenia tej powieści, a jestem nią naprawdę zachwycona, to muszę wspomnieć o rzeczy, która prawiła, że książkę tę potraktowałam z przymrużeniem oka. Tym czymś jest stworzona przez autorkę firma Executive Adventures. Jestem osobą, która kocha wyzwania. Za małolata służyłam w harcerstwie, kiedy dorosłam wakacyjne obozy ze sprawnościami zmieniłam na wypady survivalowe. Sama również parę z nich zorganizowałam więc wiem, jak to wszystko wygląda od strony kuchni. Executive Adventures, jako firma zajmująca się organizacją obozów przetrwania, nie miałaby prawa istnieć. Choć nie znam się na australijskiej legislacji, to jestem przekonana iż nawet tam, na końcu świata są przepisy dotyczące bezpieczeństwa i zdrowie. Firmy biorą pełną odpowiedzialność za swoich klientów i tym samym, muszą być przygotowane na każdą ewentualność. Potrzebna jest logistyka, sprzęt, zaplecze medyczne, wyszkoleni przewodnicy i plan awaryjny. Executive Adventures posiada jedynie mapy i ostrzeżenia. Uczestnicy obozu zostają dowiezieni na miejsce, poinformowani na czym ma polegać zabawa, a następnie pozostawieni samym sobie w skraju wielkiego lasu. W tym czasie kiedy ósemka ludzi błąka się po "puszczy" organizatorzy wypadu, zamiast monitorować ich postępy i sprawdzać, czy nie potrzebują pomocy, siedzi sobie w domach i gra w karty. Ten scenariusz niestety nie wydaje mi się prawdopodobny. Przypuszczam iż nasi bohaterowie zapłacili mnóstwo pieniędzy za ten wyjazd i ja się pytam za co te opłaty? Za transport i kawałek mapy? Za przechowanie telefonu? Czy poukrywane w obozach kanapki? Oczywiście rozumiem, że autorce chodziło o zbudowanie odpowiedniej, klaustrofobicznej atmosfery, a fakt że za naszymi "obozowiczami" musiała wyruszyć ekipa poszukiwawcza służyło niczemu innemu jak spowolnieniu fabuły, by  wszystko znalazło swoje wytłumaczenie. Paradoksalnie zabieg ten przyniósł odwrotny skutek. Atmosfera choć faktycznie była gęsta i mroczna, tak zabrakło jej realizmu i wiarygodności. Cały czas wiedziałam, że to jedynie fikcja literacka, co sprawiło że nie udało mi się nawiązać więzi z bohaterami. 

Dobrze, koniec narzekania, pora na pochwały. Po pierwsze chciałam podziękować autorce za pokazanie mi Giralang Ranges. Specjalnie użyłam tutaj wyrazu "pokazanie" a nie opisanie, gdyż styl Harper, jest tak plastyczny że miałam wrażenie iż naprawdę znalazłam się w wielkim, australijskim lesie eukaliptusowym. Wpiszcie sobie w Google, Grampians National Park, i waszym oczom ukarze się tło tej niesamowitej powieści. Zapewne każdy z was, choć raz wybrał się na wycieczkę po lesie. Ja uwielbiam chodzić na grzyby i bardzo, często wraz z rodziną, wypuszczam się na piesze wędrówki. Niestety okoliczne lasy są tak przechodzone, że łatwiej tutaj znaleźć drugiego człowieka niż jagodę czy grzyba. Miejsca te odarte zostały z aury tajemniczości. Owszem są jeszcze prastare puszcze, jak Białowieska, jednak i tam coraz wyraźniej widać działalność człowieka. U Jane Harper jest zgoła inaczej. Giralang to sama siła natury, gdzie człowiek nie jest zbyt miło widziany. To miejsce piękne lecz jednocześnie surowe i niebezpieczne. Z każdej strony otaczają nas drzewa, obraz już po kilku godzinach staje się monotonny, coraz trudniej trzymać się szlaku, jak podąża się w jednym wielkim deja vu. Giraland to wprost idealna lokacja na zorganizowanie obozu survivalowego. Choć bardzo chętnie czytałam opisy przyrody i zachwycałam się stworzoną przez autorkę atmosferą, tak nie da się ukryć iż najważniejsi w tej powieści są bohaterowie i przemiany jakie się w nich dokonują, pod wpływem czynników stresogennych. Już na wstępie książki autorka zdradza nam, że jedna z uczestniczek wyprawy, nie wróciła na miejsce zbiórki. Teraz należy się tylko dowiedzieć co się z nią stało. Czy błąka się gdzieś nie mogąc odnaleźć drogi? Jest ranna i czeka na pomoc? A może nie żyje? Autorka zastosowała bardzo ciekawy sposób narracji. Z jednej strony towarzyszymy detektywom, którzy zajmują się poszukiwaniami Alice, a z drugiej jeszcze raz przeżywamy to czego świadkiem były przemierzające puszczę uczestniczki obozu. Było ich pięć i każda z nich skrywała mniej lub bardziej mroczne tajemnice. Napięcie, które towarzyszy lekturze, wzrasta z każdą przewróconą stroną. Praktycznie od samego początku wszystko idzie nie tak jak powinno : pomylona droga, zgubiona latarka, przemoczona zapalniczka, padający deszcz, wypadki oraz dziwne odgłosy dobiegające z lasu. Czytelnik czuje paranoją, której doświadczają bohaterki powieści. Dochodzi do kłótni i rękoczynów. Padają ostre słowa, toczy się walka o przywództwo. Kobiety są głodne, zmarźnięte i przestraszone, a wiadomo człowiek ze strachu robi dziwne rzeczy. Okazuje się, że  łączy je o wiele więcej niż myśleliśmy. Im bliżej punktu kulminacyjnego, tym bardziej zagęszcza się atmosfera. Rozdziały stają się coraz krótsze a ich zakończenia pełne są cliffhangerów. Nie ma szans na to, żebyśmy mogli odłożyć książkę na półkę i spokojnie poszli spać. Jakaś dziwna siła zmusza nas jednak do kontynuowania lektury i dowiedzenia się co się stało z Alice, co takiego wydarzyło się w przeszłości?

 Książka ta porusza bardzo ważny temat, jakim są przestępstwa internetowe. W czasach mojej młodości zagrożeń takich nie było, gdyż "sieć" dopiero się rozwijała. Dziś, by kogoś zniszczyć, wystarczy oczernić go na fb, opublikować nieprzyzwoite fotki czy wyrwane z kontekstu zdania. Dorośli ludzie, doświadczeni i bardziej odporni, są w stanie zachowania takie lekceważyć i się przed nimi bronić, młodzi, szczególnie nastolatkowie, nie mają takich możliwości i często utrata szacunku rówieśników, jest dla nich ciosem po którym nie mogą się podnieść. Choć z początku ciężko mi było w to uwierzyć, tak teraz widzę, iż internetowy hejt stał się bardzo niebezpieczną rozrywką i sięga po niego coraz więcej młodych ludzi. Książka ta uświadamia czytelnikom jak łatwo jest zniszczyć drugiego człowieka, można to zrobić dosłownie w ułamku sekundy. Nie ważne jest wtedy czy jesteśmy popularni czy nie, lubiani czy nienawidzeni, jeśli raz stracimy reputację, to bardzo trudno jest ją z powrotem odzyskać. Internet jest bezlitosny. I pamiętliwy. 

Pewnie sporo z was się zastanawia czy by w pełni cieszyć się lekturą "Siły natury" należy wpierw zapoznać się z tomem pierwszym. Moim zdaniem nie jest to absolutnie konieczne. Sama nawet nie wiedziałam, iż jest to kontynuacja, dopóki nie natrafiłam w tekście na jedno z nielicznych nawiązań do części pierwszej. Ja po "Suszę" sięgnę ponieważ czuję niedosyt prozy Jane Harper i już tęsknię za detektywem Aaronem Falkiem. Jeśli lubicie thrillery, powieści drogi z wątkiem kryminalnym i rozbudowaną wersją obyczajową, to jest to książka dla was. Mało tutaj procedur kryminalistycznych i całej otoczki związanej z pracą policji, dużo jest zatem sekretów, problemów rodzinnych, trudnych relacji i ogólnie "czynnika ludzkiego". "Siła natury" to zdecydowanie jedna z lepszych powieści, które przeczytałam w tym roku. Trzyma w napięciu, intryguje, zachwyca i przeraża jednocześnie. A co najważniejsze czytelnik za przeczytanie jej na jednym posiedzeniu, zostaje nagrodzony rewelacyjnym zakończeniem. Zdecydowanie polecam. 


Tytuł : "Siła natury"
Autor : Jane Harper
Wydawnictwo : Czarna Owca
Data wydania : 24 kwietnia 2019
Liczba stron : 384
                                                      Tytuł oryginału : Force Of Nature



Za możliwość przeczytania książki i jej zrecenzowania serdecznie dziękuję wydawnictwu :  

https://www.czarnaowca.pl/



Książka bierze udział w wyzwaniu czytelniczym :


http://www.posredniczka-ksiazek.pl/2019/01/olimpiada-czytelnicza-2019-zapisy.html
 
"Gwiazdy nadziei" I.M Darkss

"Gwiazdy nadziei" I.M Darkss

     "Gwiazdy nadziei" są już drugą przeczytaną przeze mnie polską książką, której autorka rezygnuje z rodzimych nazwisk i imion, na rzecz tych angielskich, czytaj bardziej światowych. Jednak Darkss posuwa się o krok dalej i fabułę naszej powieści zakotwicza w miejscu, którego nie znajdziemy na żadnej z map, jednak nie dlatego, że nie istnieje, lecz dlatego iż autorka zapomniała podać nam jego nazwy. Jednak już po przeczytaniu kilku pierwszych rozdziałów, twierdzę że akcja powieści musi rozgrywać się gdzieś w Stanach Zjednoczonych, gdyż tylko tam można trafić na tak oryginalne, naiwne  i irytujące postaci, które nie robią nic innego tylko generują coraz to nowe tragedie i dramaty. Na okładce książki można przeczytać, iż pochodząca z Warmii autorka, nie wyobraża sobie dnia bez odpowiedniej dawki cukru. Witać. Niektóre słowa wręcz ociekały słodyczą, fragmenty zlepiły się od wszechobecnego lukru a całość miała konsystencję rozpuszczonego, ciągnącego się żelka. Nie pomogła nawet kawa, oczywiście niesłodzona. 

Amara po latach spędzonych w szkołach z internatem wraca do rodzinnego domu. Nie jest to jednak miejsce, w którym czuje się akceptowana. Nigdy nie zaznała rodzinnego ciepła czy wsparcia. Wróciła tylko z jednego powodu. Dla niego. Dla Jaksa. Pokochała go od pierwszego wejrzenia i nigdy nie potrafiła o nim zapomnieć.Jaks jest mężczyzną z zupełnie innego świata. Zdystansowany i ironiczny właściciel salonu tatuażu, który robi wszystko, by jego relacje z kobietami były krótkie i niezobowiązujące. Nosi w sobie piętno bolesnej przeszłości i wydaje się, że nic i nikt nie jest w stanie się przebić przez pancerz, który przez lata budował.

Książek o nieszczęśliwej miłości i złamanych sercach jest wiele, księgarniane półki wręcz się od nich uginają. Żeby napisać coś oryginalnego i świeżego trzeba się bardzo nagimnastykować, a przynajmniej tak do tej pory uważałam. Jednak ostatnio  w moje ręce trafił niepokojący artykuł. Wynika z niego, iż polskie czytelniczki (rzecz dotyczyła literatury kobiecej), nie zwracają uwagę na to co czytają, ważne by było o miłości, zdradzie, śmierci i patologii. Nie ważny jest styl i język, warsztat i fabuła. Zależy nam na pięknej okładce i szczypcie erotyki. No i oczywiście musi być tradycyjnie, żadnych udziwnień czyli : on, ona i ich problemy. Z sondażu przeprowadzonego na potrzeby powyższego artykułu wynika, iż 60 procent czytelniczek, już po kilku dniach nie pamięta tego, o czym była książka. Jeśli badania te, pokrywają się z prawdą, oznacza to, iż nasi rodzimi autorzy, mają znacznie ułatwione zadanie . Mogą pisać o czym chcą ważne by było słodko, romantycznie , emocjonalnie. No i oczywiście musi być jakaś zagadka czy tajemnica, bo bez niej to zbyt szybko się uśnie przy lekturze. Zastanawiam się czy Darkss również czytała ten artykuł czy po prostu przed przystąpieniem do lektury zbadała rynek. A może wystarczyło przeczytać książki koleżanek, te które się dobrze sprzedają, i od razu wiadomo co kręci polskie czytelniczki? Bo w końcu od dawien dawna wiadomo, że powieści kobiece, są schematyczne i jednopłciowe. A przynajmniej duży ich odsetek. "Gwiazdy nadziei" oparte są na znanym nam już motywie nieodwzajemnionej, zakazanej miłości. Tym razem to on nie chce/nie umie/boi się a ona jest zakochana po uszy i cierpi. Głównym zadaniem dla czytelników jest rozgryzienie, co takiego się stało pięć lat wcześniej, co sprawiła, że Jaks stał się nieufny, ostrożny, egoistyczny i zimny jak głaz. Czytając tę książkę zastanawiałam się, kiedy (i czy w ogóle) autorka postara się nas zaskoczyć, kiedy akcja nabierze pędu, stanie się bardziej dynamiczna, bowiem powieści obyczajowe i romanse bez zwrotów akcji, jak chociażby zdrady, są po prostu nudne. Darkss to nie John Green, znakomity twórca powieści dla młodych dorosłych, który pisze książki ambitne, serwujące czytelnikom wyraźny przekaz. Darkss to również nie Danielle Steel, której wszystko ujdzie na sucho. Liczyłam na to, iż młoda Warmianka bardziej się postara, by zdobyć szacunek i podziw czytelników. Niestety się zawiodłam. Zabrakło tutaj oryginalności, zwrotów akcji, ambicji czy nawet gorącego sexu. Ani to romans, ani to powieść new adult. Czytałam i czytałam, i miałam wrażenie jak bym żuła gumę, która dawno straciła smak.

Choć autorce nie udało się skraść mojego serca, to muszę przyznać iż powieść ta nie była tak do końca zła. Darkss w swojej powieści, porusza ważny i trudny temat dominacji rodzicielskiej i manipulacji. Mam to szczęście, że wychowałam się w rodzinie, w której ceniono samodzielność i niezależność. Znam jednak osoby, które nie były w tak komfortowej sytuacji jak ja. Zamiast wybrać kierunek studiów zgodny z ich pasją oraz umiejętnościami, poddawali się woli rodziców, którzy koniecznie chcieli mieć w rodzinie prawnika czy doktora. Bywając w takich domach widziałam na czym polega proces manipulacji i stopniowego "łamania" człowieka. Naszej autorce doskonale udało się to uchwycić. Amara to córka bogatych rodziców, którzy oczekują tego, że ich dzieci będą idealne : mądre, wykształcone, inteligentne i eleganckie. Nie ma tutaj miejsca na indywidualizm czy szaleństwo. Ubrania mają być proste i szykowne, małżonkowie wybierani według grubości portfela i pozycji a studia według prestiżu jaki daje dyplom. Muszę przyznać iż doskonale rozumiałam naszą bohaterkę. Amara nie pasowała do wizerunku swojej rodziny, była typowym, artystycznym , kolorowym ptakiem , którego nie da się trzymać w klatce. Z jednej strony pragnęła wolności, a z drugiej szanowała swoich rodziców i bała się im przeciwstawić. Sytuacja w jakiej się znalazła była patowa i zastanawiałam się czy dziewczyna znajdzie w sobie tyle siły by się zbuntować. Czytając kolejne rozdziały zaczęłam jednak dochodzić do wniosku, że nasza główna bohaterka jest słaba i podatna na manipulację. Daje sobą rządzić i po prostu lubi być rozstawiana po kątach. Wyobraźcie sobie bowiem taką sytuację : zakochujecie się a obiekt waszych marzeń, mówi wam wprost , że nie jest wami zainteresowany, może co najwyżej się zabawić a i to bez większych zobowiązań. Co byście w takiej sytuacji zrobili? Ja bym uciekała gdzie pieprz rośnie i nigdy więcej się do niego nie odezwała. A co robi nasza bohaterka? Zgadza się na zaproponowany układ, mówi że go kocha i będzie czekać. Nie mogłam w to uwierzyć. Czy to już stalking? A może paranoja lub choroba psychiczna? Bo niestety wszystkiego nie da się zwalić na miłość. Amara, mniej więcej od połowy książki, stawała się coraz bardziej i bardziej żałosna. W końcu zaczęłam się modlić o to by jej zimna jak lód siostra (lub matka) przemówiły jej do rozsądku. 

I.M Darkss to młoda autorka, jednak już na pierwszy rzut oka widać, że ma talent i umie pisać. Oczywiście przez strony jej drugiej książki, przelewa się zbyt dużo wody jednak jak wiadomo praktyka czyni mistrza. Kiedyś na studiach jeden z profesorów, po przeczytaniu jednego z moich rozbuchanych esejów, powiedział że nie ważne jest w jakie słowa coś ubierzemy, tylko to co mamy do przekazania. Tutaj nastąpił zdecydowany przerost formy nad treścią. Wydaje mi się, że głównym celem autorki było stopniowe wzbudzanie w nas emocji, kreowanie silnej więzi z bohaterami powieści, jednak niestety szkielet tej "przyjaźni" musi być oparty na jakimś "kręgosłupie". Tutaj tego zabrakło. Książka ta nie miała czegoś co nazywamy "sercem powieści". Czytałam i czytając zastanawiałam się po co czytam, skoro mnie to nie ciekawi. 

Słyszałam, że I.M Darkss pracuje nad kolejną książką i muszę przyznać, iż jestem jej ciekawa. Dziewczyna ma sporo do powiedzenia, jest spostrzegawcza, obserwuje i potrafi przenieść to na papier. Jej opis relacji rodzinnych i rodowych konfliktów (dynamiki) był trafiony i realistyczny. Stworzone przez nią postaci, choć irytowały, były pełnowymiarowe. Zawiodła niestety warstwa fabularna, a raczej jej brak. Jeśli lubicie opowieści o nieszczęśliwej, niespełnionej miłości, które toczą się wolnym rytmem, bez większych przeskoków czy zwrotów akcji, to gorąco polecam. Jeśli jednak nastawiacie się na burzliwe romanse, sceny erotyczne, zdrady i wszelkiego rodzaju związkowe "patologie" to niczego takiego tutaj nie dostaniecie. Dziełu zdecydowanie bliżej do żującego liście eukaliptusa misia koali niż drapieżnego, szybkiego geparda. Zdecydowanie nie dla mnie.

Tytuł : "Gwiazdy nadziei"
Autor : I.M Darkss
Wydawnictwo : Zysk i S-ka
Data wydania : 2 kwietnia 2019
Liczba stron : 464


Za możliwość przeczytania i zrecenzowania książki serdecznie dziękuję wydawnictwu :  




 
 
 
 
            Książka bierze udział w wyzwaniu czytelniczym :


http://www.posredniczka-ksiazek.pl/2019/01/olimpiada-czytelnicza-2019-zapisy.html
 

"Życie w spadku" Małgorzata Garkowska

"Życie w spadku" Małgorzata Garkowska

Tym co sprawiło, że postanowiłam sięgnąć po tę książkę było nic innego jak nazwisko głównych bohaterów : Sorensen.  Muszę przyznać, iż byłam zaintrygowana, gdyż polscy twórcy wybierają zazwyczaj swojskie imiona, nazwiska czy lokacje. Małgorzata Garkowska postanowiła wyjść przed szereg i zrobić coś do tej pory rzadko spotykanego. Nie dość, że pogardziła Kowalskimi czy innymi Nowakami, to jeszcze akcję powieści przeniosła na inny kontynent, a mianowicie do Stanów Zjednoczonych. Sięgając po tę książkę chciałam sprawdzić czy zagraniczne nazwisko i lokacja będą mieć wpływ na jakość życia naszych bohaterów, ich problemy i dramaty. Okazuje się jednak, że nie ważne czy mieszkamy w słonecznej Hiszpanii, na skutym lodem kole podbiegunowym czy deszczowej Irlandii, wszędzie dopadnie nas coś co nazywamy "życiem". W Chicago i Warszawie, Lizbonie i Moskwie ludzie się zakochują i nienawidzą, wiążą i rozstają, przeżywają radości i smutki. Muszę przyznać iż jestem nieco zawiedziona. Spodziewałam się, że będzie tutaj więcej egzotyki, więcej iście hollywódzkich problemów a dostałam typową, polską powieść obyczajową, którą nic nie wyróżnia z tłumu jej podobnych. Owszem czyta się bardzo dobrze, jednak tej całej Ameryki jest tutaj za mało. 

Damian i Mark Sorensenowie są podobni jak dwie krople wody. Poza tym braci różni wszystko.
Skłóceni w młodości, od lat nie utrzymują ze sobą kontaktu. Damian skutecznie zatarł
jakiekolwiek ślady po swoich powiązaniach rodzinnych. Co nie znaczy, że zapomniał, co się kiedyś wydarzyło...Dla Marka, dyrektora w banku, najważniejsza jest praca. Coraz mniej czasu poświęca swojej żonie, coraz rzadziej z nią rozmawia. Kiedy Klara odkrywa, że spodziewa się dziecka, zwleka z podzieleniem się tą nowiną z mężem.W tym momencie Damian postanawia wrócić do miasta i odegrać się na bracie. Jednak wszystko przebiega zupełnie inaczej, niż sobie zaplanował... 

"Życie w spadku" jest jedną z tych książek, które bardzo ciężko zrecenzować w taki sposób by nie zdradzić zbyt wiele z jej treści. Gdzieś w połowie powieści, następuje zapowiadany przez wydawcę zwrot akcji, który sprawia, że fabuła skręca w zupełnie nowym kierunku.  Zwrot ten, jest jednocześnie punktem kulminacyjnym, gdyż wszystko co dzieje się później, jest bardzo przewidywalne i myślę, że nie znajdzie się nikt, kogo by zaskoczyło zakończenie tej książki. Na pewno nie raz zdarzyło wam się oglądać filmy czy seriale telewizyjne, których scenariusz , oparty był na jednej tajemnicy czy kłamstwie, a głównym celem bohaterów było znalezienie najlepszego możliwego wyjścia z pogmatwanej sytuacji. Tak jest i tutaj. Czytelnik od samego początku wie z czym ma do czynienia, nie ma tutaj ani niewiadomych ani zagadek. Tym, kto musi poznać prawdę są bohaterowie powieści, nam pozostaje jedynie czekać na to, w jakiej formie prawda zostanie wyjawiona lub wyjdzie na jaw. Jak dramatyczne to będzie i czy przyniesie ze sobą jakieś konsekwencje. Dla mnie zachowanie głównych postaci było przewidywalne. Doskonale wiedziałam jaki będzie ich następny ruch. Nie wiem czy przyczyną takiego stanu rzeczy był fakt iż jestem doświadczonym czytelnikiem, który z niejednego pieca chleb jadł, czy też miałam wyjątkowo dobry dzień do zgadywanek. Ważne jest iż przewidziałam dosłownie wszystko, czasem nawet dialogi. 
Czytając, marzyłam o tym, by autorka zrobiła coś szalonego, jednak w pewnym momencie zdałam sobie sprawę, że wspomniany przeze mnie punkt kulminacyjny, był szczytem jej możliwości. Baterie się wyczerpały. Na nic zdały się moje bezgłośne prośby i szeptane modlitwy, na nic zaklinania literackich bożków. Wiało nudą, bohaterowie zachowywali się w zgodzie z logiką, ufoludki nie wylądowały, świąt nie było. "Życie w spadku" to typowa książka dla spragnionych lekkiej, łatwej i przyjemnej lektury pań, które mają ochotę się wzruszyć, czasem spłonąć rumieńcem a czasem powspominać czasy swojej pierwszej miłości, ciąży i tych czasów za którymi tęsknimy. Momentami było swojsko, momentami nostalgicznie jednak nigdy tak do końca nie poczułam ekscytacji czy dreszczyku emocji, a szkoda bo powieść ta i jej bohaterowie mieli potencjał. I to nawet spory. 
Tym co na samym początku zwróciło moją uwagę, była nietypowa kreacja postaci męskich. Zdarzyło mi się już czytać o słodkich love boyach, niegrzecznych chłopczykach czy leniwych opojach kanapowych, jednak jeszcze nigdy nie spotkałam się z powieścią, w której bohaterami była dwójka bliźniaków, na pierwszy rzut oka różniących się od siebie wszystkim, ale przy wnikliwszym przyjrzeniu się, mających bardzo wiele cech wspólnych. I jeden i drugi był uparty, inteligentny, arogancki i zdesperowany. Lecz co najdziwniejsze, żaden z nich nie był postacią, którą dało się z marszu polubić. Kiedy już na wstępie poznajemy dwie, "negatywne" sylwetki to możemy się spodziewać, że może być ciekawie, szczególnie gdy wiemy iż nie pałają do siebie sympatią i zrobią wszystko by się zniszczyć. Szkoda, że autorka nie skorzystała z potencjału tematu "bliźniaczej" nienawiści i rozwiązała go w sposób dość niespotykany. Z czegoś co mogło przerodzić się w ciekawy kryminał czy thriller psychologiczny, zrobiła powieść obyczajową z wątkiem romantycznym. Rozumiem, że to właśnie na takie teksty jej popyt, jednak czy naprawdę nie można było połączyć jednego z drugim? Ja jestem nieco zawiedziona. 

Jednak jest w tej książce coś co sprawiło, że dostanie ode mnie jedną, albo nawet dwie, gwiazdki więcej. A tym czymś jest temat ciąży i macierzyństwa. Ci, którzy śledzą mojego bloga wiedzą, że jestem mamą dwóch dziewczynek. Doskonale pamiętam jak to jest być brzemienną, wszystkie troski i radości związane z tym stanem oraz napięcie w jakim człowiek żył. Nie wiem czy autorka ma dzieci, jednak wydaje mi się, iż tylko osoba posiadająca potomstwo, byłaby w stanie w tak cudowny, rzeczywisty i wiarygodny sposób opisać ten czas oczekiwania, jakim jest ciąża oraz wszelkie rzeczy z nim związane. Jestem przyzwyczajona do tego, że autorzy idą na skróty : najpierw pojawia się brzuch, a dziewięć miesięcy później rodzi się dziecko. Tym razem jest inaczej. Jako obserwatorzy, towarzyszymy naszej bohaterce, przez cały okres ciąży. Razem z nią chodzimy na USG, martwimy się, chorujemy, odczuwamy zmęczenie i słabość. Razem z nią ucinamy sobie drzemki, jemy smaczne zdrowe posiłki i uginamy się w chwilach słabości. Muszę przyznać, iż czytając, miałam wrażenie przeniesienia w czasie, o dwa lata wstecz kiedy sama miałam obolałe plecy i drażliwy nastrój. Jeszcze nigdy nie czytałam tak przekonującego i obrazowego opisu ciąży. Byłam tym bardzo mile zaskoczona i z pewnością gdyby nie ten czar "macierzyństwa" i związane z nim hormony, to doszukałabym się w książce większej ilości niedociągnięć. 

Będąc przy temacie macierzyństwa, pragnę zboczyć w nieco innym kierunku i porozmawiać o "kobiecości", a konkretniej o sylwetkach kobiet w polskiej literaturze kobiecej. Choć zdarzają się wyjątki, tak większość głównych bohaterek, to istoty słabe, zależne od mężczyzn i mdłe. Te ambitne, wyemancypowane i inteligentne, z pazurem, owszem pojawiają się, ale w większości pełnią role drugoplanowe. Niestety, choć z początku wierzyłam że będzie inaczej, autorka powieliła ten schemat i stworzyła kolejną kopię typowej kury domowej. Jedyne co wyróżnia Klarę to artystyczna dusza i fakt, że zarabia własne pieniądze a nie tylko lepi kotlety. Niestety wszystkie inne cechy, pozostały takie same jak u jej koleżanek z innych książek. Klara jest nudna, nie ma własnego zdania, boi się męża, jest naiwna i zakompleksiona. Nie zliczę ile razy w myślach krzyczałam do niej by się ogarnęła, odezwała się, udowodniła, że ona też się liczy. Powiedzieć wam coś szczerze? Dzisiejsze książkowe bohaterki zbyt dużo wybaczają, są za słabe, tym samym szkodzą ich rzeczywistym odpowiednikom. Właśnie tak. My czytelniczki, pochłaniając książki, jednocześnie pochłaniamy wzorce zachowań. Jeśli naczytamy się o tym, że poniekąd patologiczne związki są dobre a rolą kobiety jest służenie mężowi i ciągłe go usprawiedliwianie, to zasady te nieświadomie wprowadzimy do własnego życia. A przecież tak nie powinno być, prawda? Kobiety to mocna płeć i powinniśmy o nią walczyć. 

Choć fabuła książki rozgrywa się w Stanach Zjednoczonych, to jedyne miejsce w tym wielkim kraju, które mi pasuje na tło opisywanych wydarzeń, to "szikagowskie Jackowo". Książka ta jest tak sielska, tak polska że nawet zagraniczne imiona tutaj nie pomogą. Niestety w tym przypadku powiedzenie "dobre bo polskie", nie do końca się sprawdza. Małgorzata Garkowska napisała powieść co najwyżej średnią. Oczywiście można się tutaj dopatrzyć plusów jak chociażby prosty język, który sprawia że powieść się pochłania czy też piękne opisy ciąży i związanych z nią uczuć, jednak rzeczy które działały na niekorzyść tego dzieła jest niestety więcej. Myślę, że czytelniczki lubujące się w literaturze obyczajowej z nutką romansu oraz Ci którzy szukają jedynie rozrywki i chwili relaksu z książką, będą zadowoleni. Jednak Ci, którzy spodziewają się lektury ambitnej i oryginalnej, niech lepiej sięgną po inny tytuł. Polecam fanom gatunku. 


Tytuł : "Życie w spadku"
Autor : Małgorzata Garkowska
Wydawnictwo : Zysk i S-ka
Data wydania : 30 kwietnia 2019
                                                                  Liczba stron : 340


Za możliwość przeczytania i zrecenzowania książki serdecznie dziękuję wydawnictwu :  




 
 
 
 
            Książka bierze udział w wyzwaniu czytelniczym :


http://www.posredniczka-ksiazek.pl/2019/01/olimpiada-czytelnicza-2019-zapisy.html
 
 "Dziewczynka z atramentu i gwiazd"  Kiran Millwood Hargrave

"Dziewczynka z atramentu i gwiazd" Kiran Millwood Hargrave

     Lubicie bajki Disneya ? Zapewne nie znajdzie się nikt, kto na to pytanie odpowie przecząco.  A pamiętacie może jedna z nich, niejaką "Moanę "? Scenariusz tego filmu opowiada o losach młodej córki wodza,  która wyruszyła w podróż by uratować swoją wyspę przed zniszczeniem. Jeśli podobnie jak ja płakaliście rzewnymi łzami nad losem Vaiany, to powieść Hargrave z pewnością przypadnie wam do gustu. Co prawda Isabella nie kradnie lodzi i nie wyrusza w nieznane , jednak podobieństw jest naprawdę sporo. Podobnie jak w disneyowskiej bajce, nasza książkowa bohaterka jest silnie związana ze swoim ojcem, w podróżach towarzyszy jej kura, a woda to rzecz, która i w tej historii odegra znaczącą rolę. "Dziewczynka z atramentu i gwiazd" wprost prosi się o ekranizację. Właśnie takie bajki chcielibyście puszczać swoim dzieciom : piękne, mądre, przepełnione mitami i legendami.

Isabelli przyszło żyć w czasach terroru Gubernatora Adori, który odgrodził jej rodzime miasteczko, Gromerę od reszty wyspy, wygnał część mieszkańców, a reszcie broni dostępu do pobliskiego lasu i rozciągających się za nim Zapomnianych Ziem. Wszystko zmienia się, kiedy w tajemniczych okolicznościach znika córka Gubernatora i szkolna przyjaciółka Isabelli, Lupe. Adori szuka śmiałków do wyprawy poszukiwawczej. Przebrana za chłopca, uzbrojona w tusz, pergamin, wiedzę przekazaną przez Ta i mapę gwiazd, Isa zgłasza się do tej niecodziennej drużyny jako kartograf i przewodnik.

Jak wspomniałam już we wstępie do swojej recenzji, czuć tutaj inspirację disneyowskimi "księżniczkami", studiem Pixar i mitologią. Momentami nawet miałam wrażenie, iż autorka bezwiednie kopiuje scenariusz, korzysta z tych samych schematów, profilów psychologicznych, sylwetek postaci a nawet powiela wydarzenia i opowieści. Napisać coś nowego, szczególnie w konwencji bajki dla dzieci i młodzieży, jest rzeczą trudną. Od Ezopa do czasów współczesnych, powstało bowiem nieskończenie wiele dzieł, dłuższych i krótszych, których głównym celem było przekazanie morału i pokazanie odpowiednich wzorców zachowań. Większość z tych tekstów miało również charakter wychowawczy i służyło za przestrogę. Samych wersji bajki o Królewnie Śnieżce jest kilkanaście (i wciąż powstają nowe) a różnią się jedynie szczegółami. Dlatego sięgając po tę książkę, miejcie na uwadze fakt, iż autorka miała bardzo wysoko ustawioną poprzeczkę. Jej celem było stworzenie czegoś oryginalnego i "nowego" z elementów dobrze nam znanych. Musiała wymyślić świat, jego obraz, religię, język i mieszkańców. Potem przyszła kolej na protagonistów i antagonistów, dobro i zło. Na sam koniec pozostało dopracowanie szczegółów, dodanie morału, wyciągnięcie wniosków i dopisanie happy endu (który wcale nie okazał się taki znowu szczęśliwy). Choć nie obyło się bez "czerpania" z twórczości innych, tak na pewnym poziomie, książkę Hargrave, czuć świeżością.
Często się zastanawiam jak to jest stworzyć "świat", nowe, własne uniwersum. Zazdroszczę twórcom fantazji, wyobraźni i odwagi, tego że mogą pobawić się w Boga, nawet jeśli zabawa ta odbywa się jedynie na papierze. Jako nastolatka zaczytywałam się w twórczości Tolkiena i Jordana, poznawałam zupełnie nowe krainy i rasy. To właśnie dzięki tym autorom pokochałam fantastykę i sięgam po wszystko co trafi na księgarniane półki. Każdego roku odkrywam coś nowego, kolejnych twórców, którzy mnie zachwycają i zaskakują. Sięgając po "Dziewczynkę z atramentu i gwiazd" liczyłam na to, iż jej autorka zabierze mnie w wyprawę na "drugą stronę lustra", do miejsca gdzie wszystko będzie dla mnie nowe . Okazało się, że świat stworzony przez Hargrave, bardzo przypomina ten, który znam z lekcji historii, map i opowieści. Nawet same nazwy kontynentów : Afrik, Indie, Ameryka są mi znajome. Również samej magii jest tutaj jak na lekarstwo. Podobnie jak w "Grze o tron", którą nazywają fantasy bez czarów, tak i tutaj liczą się bardziej umiejętności i mądrość bohaterów oraz ich spryt, niż ich magiczne zdolności czy potężne artefakty. Fabuła książki oparta została na, wymyślonej przez autorkę legendzie, o odważnej Arincie, której udało się oszukać demona. Teraz po setkach lat, potwór powraca by się zemścić i zawładnąć wyspą Moya. Tym kto ma pokonać monstrum oraz jego sługusów, jest oczywiście Isabella oraz jej przyjaciele.

Fabuła książki jest oparta na znanym schemacie walki dobra za złem. Mała, trzynastoletnia dziewczynka, wyrusza w podróż na której końcu stoczy ostateczną walkę z czarnym charakterem. Okazuje się, że takie uproszczenie jest niezwykle krzywdzące dla tego dzieła. Choć nie da się ukryć, iż to Isabella, jest główną bohaterką, tak są tutaj jeszcze inne postaci, które odegrały ważną, jeśli nawet nie decydującą, rolę. Poznajcie Lupę, córkę gubernatora, niezwykle odważną i zdesperowaną dziewczynkę, która chce odpokutować za grzechy swojego ojca i wyrusza na samotną wędrówkę, której celem jest ocalenie swojego ludu i wyspy. Poznajcie Pablo : dzielnego młodego chłopaka, który nie zawaha się chwycić za broń i walczyć za swoich bliskich. Poznajcie samego gubernatora,jego ludzi w niebieskich płaszczach, Panią La, kota Pepe oraz Wygnanych. Wszyscy oni, razem i osobno, walczyli ze złem, które wypełzło spod ziemi. Wielu z nich musiało poświęcić swoje życie.
Muszę przyznać, że jak na książkę dla dzieci i młodszej młodzieży, "Dziewczynka z atramentu i gwiazd" jest powieścią nadzwyczaj "brutalną". Autorka nie stroni od przerażających opisów potworów, zgruchotanych kości, ciał, wyrwanych zębów i innych okropności. Co prawda na mnie, doświadczonego czytelnika to już nie działało, jednak Ci z mniejszą ilością przeczytanych horrorów ode mnie, mogą poczuć lodowaty oddech strachu na karku. Ale w końcu kto powiedział, że bajki nie mogą nas przerażać? Przecież mistrzowie w swoim fachu, bracia Grimm, pisali tak mroczne opowieści, że aż włos jeżył się na głowie. A moja babcia? Ta to dopiero miała historie...

"Dziewczynka z atramentu i gwiazd" to opowieść o miłości i przyjaźni, o tym jak wielką rolę w naszym życiu pełnią inni ludzie. Byłam zachwycona intensywną więzią pomiędzy Isą oraz jej ojcem, tym jak wzajemnie się uzupełniali, jak dzielili wspólne pasje. Troszczyli się o sobie, martwili, radowali własnym towarzystwem i przekomarzali. Również przyjaźń dwóch dziewczynek, Isabelli i Lupe, była prawdziwa. Autorka zamiast ją podkolorować i wyidealizować, postawiła na szczerość. Pokazała, że nawet najlepsi przyjaciele się kłócą, mówią sobie przykre słowa, jednak nigdy nie jest za późno na to by się pogodzić, by przeprosić. Właśnie ta umiejętność żalu za grzechy z jednej strony i wybaczania z drugiej, jest głównym tematem tej książki. Morał jest taki, że nawet najgorszy człowiek może się zmienić i odpokutować za popełnione błędy.

Zgadnijcie czym jest "Dziewczynka z atramentu i gwiazd"? Oczywiście debiutem, kolejnym dobrym początkiem literackiej przygody. Podobało mi się tutaj absolutnie wszystko, nawet jeśli wywoływało efekt deja vu. Zakochałam się w bohaterach, wciągnęła mnie dynamika powieści i niesłabnące tempo akcji, zafascynowały legendy i opowieści z Moya. Na dodatek Wydawnictwo Literackie postarało się o to, by również moje oczy i zmysł estetyczny były zadowolone. Każdą ze stron zdobią szkice kartograficzne a rozdziały poprzedzielane są fragmentami map. Od razu widać iż jest to powieść o gwiazdach, lądach i morzach, dryfujących wsypach oraz o ludziach, których jedynym marzeniem było móc w pokoju i radości, je malować. Zdecydowanie polecam zarówno młodszym (ku nauce) i starszym (dla rozrywki i nadziei) czytelnikom. 


Tytuł :  "Dziewczynka z atramentu i gwiazd"
Autor : Kiran Millwood Hargrave
Wydawnictwo : Literackie
Data wydania : 3 kwietnia 2019
Liczba stron : 260
Tytuł oryginału : The Girl of Ink and Stars


Za możliwość przeczytania i zrecenzowania książki serdecznie dziękuję wydawnictwu :  




 
 
 
 
            Książka bierze udział w wyzwaniu czytelniczym :


http://www.posredniczka-ksiazek.pl/2019/01/olimpiada-czytelnicza-2019-zapisy.html

Copyright © 2014 CZYTANKA NA DOBRANOC , Blogger