"Znikająca ziema" Julia Phillips

"Znikająca ziema" Julia Phillips

     Kilkanaście lat temu oglądałam rewelacyjny film pod tytułem "Amores perros ". Głównym motywem tej produkcji, wokół którego skupiona była cała fabuła, był pewien wypadek samochodowy, który już na zawsze połączył  ze sobą losy kilku bohaterów. Podobnie jak w tej hollywoodzkiej  produkcji, tak i tutaj, mamy do czynienia z równie ważnym, tragicznym wydarzeniem, które miało wpływ na życie i los wielu ludzi . Wydarzeniem tym było porwanie dwóch małych dziewczynek wracających z plaży. Choć na świecie codziennie giną setki dzieci, tak na dobra sprawę nigdy nie zastanawiałam się jaki ma to wpływ na społeczeństwo i jakie ta tragedia zatacza szerokie kręgi. Wyobraźcie sobie kamień rzucony z wysokości do wody. Jak zetknie  się z tafla to na jej powierzchni powstają rozszerzające się kręgi.  Właśnie na takim schemacie zbudowana jest niniejsza powieśc. Czytelnik wprost z epicentrum wydarzeń, którym jest uprowadzenie małych bohaterek, wybiera się w podróż na peryferia fabularne gdzie poznaje cała społeczność,  która pośrednio lub bezpośrednio została doświadczona przez to tragiczne wydarzenie . Autorka opowiada historię która jest czymś więcej niż opowieścią o zaginionych dziewczynkach.  To książka o Rosji, stosunkach społecznych, homofobii, przemocy i niesprawiedliwosci , która dotyka ludzi , a w szczególności kobiety, każdego dnia.

Pewnego sierpniowego popołudnia w zatoce na półwyspie Kamczatka znikają bez śladu dwie siostry, ośmioletnia Sonia i jedenastoletnia Aliona. Mijają tygodnie, potem miesiące, a policyjne śledztwo utyka w martwym punkcie. Zaginięcie dziewczynek odbija się szerokim echem wśród lokalnej społeczności, a strach i poczucie utraty są szczególnie dojmujące dla kobiet.

Muszę przyznać iż jeszcze nigdy nie czytałam książki której fabuła rozgrywa się na Kamczatce. Zwiedziłam praktycznie cala Skandynawię, Szetlandy a nawet Islandię  czy Grenlandie jednak do tej pory ta odizolowana od świata część lądu pozostawała dla mnie tajemnica. Jedyne ci kojarzyło  mi się z tym niedostępnym regionem to sezonowa oferta strzelania do krów z Bazuki,  a której słyszałam przy okazji czytania któregoś z artykułów na temat rosyjskich mitów i absurdów. Kamczatka, jaką pokazała mi autorka, okazała się miejscem mrocznym, surowym, pozbawionym słońca. Pozbawionym nadziei. Choć akcja powieści toczy się w czasach nam współczesnych, to czytając miałam ciągłe poczucie przesunięcia w czasie, powrotu do przeszłości. Sama mieszka w mieście, którego aglomeracją czy nawet metropolią nikt by nie nazwał, jednak na każdym kroku czuję, że żyję w XXI wieku. Na ulicach wszędzie widać telefony komórkowe, zewsząd atakują nas komunikaty z social mediów, budynki wybuchają kolorami reklam a rynek usług rozrasta się z dnia na dzień robią z nas społeczeństwo coraz bardziej konsumpcyjne. Kamczatka i jej największe miasto, Pietropawłowska, stanęły w miejscu. Pomimo obalenia komunizmu, wprowadzenia "demokracji", postępu technologicznego i rozluźnienia społecznego, jest tutaj praktycznie tak samo jak za czasów naszych babć. Obywatele tego surowego regionu są doskonałym przykładem na to, że ludzi się nie da tak łatwo zmienić, że tradycja i obyczaje są trudne do wyrugowania, a czasem wręcz niemożliwe. Autorka, która spędziła dwa długie lata na półwyspie Kamczackim, zbudowała swoją powieść na zasadzie kontrastów, które się niezmiennie przenikają. Z jednej strony mamy tutaj atmosferę wielkiego kilkutysięcznego, nowoczesnego i pełnego "białych" Rosjan, miasta a z drugiej mroźną, skutą lodem i zapomnianą przez Boga i świat prowincję, gdzie nadal żyje rdzenna ludność. To właśnie tereny gdzie przeważają Czukcze, Ewenowie, Koriacy i Itelmeni, którzy od wieków trudnią się hodowlą, rybołówstwem czy uprawą roli. Czytając tę książkę miałam okazję poznać realia Kamczatki, które są ściśle związane z porami roku. Kiedy kończy się szkoła a zaczynają wakacje, całe rodziny rdzennych mieszkańców zaczynają wędrować. Prowadzą swoje stada na dalekie łąki, codziennie przemierzając dziesiątki kilometrów. Wiele miesięcy żyją w drodze, często jedzą korzonki, śpią pod gołym niebem, nie myją się. Dla współczesnych nastolatków zapewne jest to nie do wyobrażenia. Na Kamczackiej tundrze nie ma zasięgu, telefonów, mediów społecznościowych czy McDonalda. Jest step, droga, wiatr i pustkowia. Kamczatka to miejsce gdzie bardzo ciężko się dostać. Od północy jej granic strzegą góry, południe wschód i zachód oblewają morza. Na samym półwyspie jest zaledwie 300 kilometrów dróg, nie ma kolei a większość transportu odbywa się przy pomocy wojskowych śmigłowców. Muszę przyznać, że bardzo ciężko było mi to sobie wyobrazić. 

Z początku myślałam, że "Znikająca ziemia"będzie typową powieścią kryminalno-obyczajową, skupioną wokół tematu porwanych dziewczynek. Michaelangelo Antonini, znany włoski reżyser, w 1960 roku nakręcił film "Przygoda". W obrazie tym grupa młodych i bogatych Rzymian wybiera się łodzią na bezludną, wulkaniczną wyspę niedaleko Sycylii. Młoda kobieta o imieniu Anna oddala się od grupy i znika bez śladu. Szukając jej, chłopak Anny i jej najlepsza przyjaciółka zakochują się i zaczynają romans. Frustrujące jest to, że Antonioni nigdy nie ujawnia, co się stało z Anną. Z tego powodu i powolnych, pustych scen filmu L’Avventura była wyśmiewana podczas premiery na festiwalu filmowym w Cannes w 1960 roku. Pomimo niepochlebnych opinii recenzentów, widzowie film pokochali, wręcz nazwali arcydziełem. Uświadomili sobie, że nie chodzi o to, co stało się z Anną, ale o to, jak jej zniknięcie wpłynęło na najbliższych rodziny, jej przyjaciół a nawet społeczność, z której się wywodziła. Byłą to również błyskotliwa analiza włoskiego społeczeństwa przepełnionego strachem, w którym ludzie to niewiele więcej niż zwierzęta, zdolne do najbardziej brutalnej przemocy psychicznej i seksualnej. Coś podobnego dzieje się w wyjątkowej debiutanckiej powieści Julii Phillips „Znikająca Ziemia”. Na samym początku znikają dwie małe dziewczynki.
Przez kilka pierwszych rozdziałów czytelnik odnosi wrażenie, że dziewczyny nigdy nie zostaną odnalezione. W końcu, jak mówi później ich matka, "zaginione dzieci nie wracają. Brakujące dziewczyny to martwe dziewczyny". Phillips zamiast skupić się na odnalezieniu ośmioletniej Sofii i jedenastoletniej Aliony, wycofuje się do pozornie nieistotnych postaci kobiecych, przechodząc od jednej do drugiej, jeden rozdział na każdy miesiąc, przez rok czasu po zaginięciu sióstr. Widzimy jak zniknięcie sióstr "niszczy" przyjaźń pomiędzy innymi nastolatkami, które zmuszone przez rodziców do pozostania w domu, nie mogą dłużej utrzymywać kontaktów. Inna historia opowiada o losach młodej studentki, która jest codziennie kontrolowana przez swojego zaborczego chłopaka. Każdego wieczoru musi się meldować przez telefon z własnego mieszkania. Porwanie dwóch dziewczynek sprawiło, że ludzie zaczęli być wobec siebie nieufni, więzi społeczne zaczęły się rozluźniać. Wraz z upływem czasu winą za tragedię obarczona została samotna matka dziewczynek, która nie potrafiła ich upilnować.
Zniknięcie dziewcząt uwypukla również bardziej zindywidualizowane aspekty osobliwej rosyjskiej mentalności. Jednym z moich ulubionych rosyjskich słów jest sudba, co oznacza przeznaczenie. Dla Rosjan wszystko, co dzieje się w życiu, to albo sudba, albo ne sudba. To albo ma być, albo nie powinno być. Popularnym zwrotem jest także ot sudbi ne udyesh: nie możesz walczyć z losem.W powieści poznajemy matkę, która w wypadku traci swoje drugie dziecko. Kolejny raz sytuacja się powtarza. Załamana kobieta mówi : "To jest przeznaczenie. Nasze cierpienie jest przeznaczeniem". Właśnie ta nieuchronność losu jest głównym tematem tej powieści.
Jak pisze Phillips: „Ten świat został zbudowany dla ludzi cierpiących”. To może być motto Rosji.

Kamczackie społeczeństwo jest niezwykle ksenofobiczne, co jest typowe dla regionów odizolowanych od reszty świata. Nie dziwi więc iż zniknięcie  sióstr Gołosowskich obudziło skrywane postawy rasistowskie. Biali Rosjanie podejrzewają, że to właśnie ciemnoskóry cudzoziemiec, migrujący pracownik fizyczny czy też jeden z autochtonów z Północy, jest odpowiedzialny za owo porwanie. W książce pojawia się typowy dla Rosjan sentyment do czasów radzieckich. Jedna z matek, nawet głośno mówi, że "coś takiego byłoby nie do pomyślenia za dawnych, radzieckich czasów". Zarzuca, że to otwarcie granic i napływ pracowników z zewnątrz spowodowały, że w kraju zrobiło się niebezpiecznie. Jednak rasizm działa w obie strony. Również rdzenni mieszkańcy Kamczatki nie pałają miłością do "białych", nazywając ich obcokrajowcami. 
Zniknięcie dziewcząt wzbudziło  również w ludziach  do tęsknotę za dawnym dobrobytem Związku Radzieckiego. Za czasów ZSRR zasoby na Kamczatce były bogate, a wiele baz wojskowych i projektów budowlanych miało na celu zbudowanie bezpiecznej placówki przeciwko Stanom Zjednoczonym. Przed "upadkiem" dzieci wychowywano w „silnym domu, idyllicznej wiosce” i „narodzie socjalistycznym o wielkich osiągnięciach”. Ale „ten naród upadł. Nic nie pozostało w miejscu, które zajmowało. ”Po "upadku" społeczności rozpadły się,czyniąc je łatwymi miejscami do zapomnienia, łatwymi miejscami do zniknięcia.

Phillips wyciąga na światło dzienne wiele "dolegliwości", które dręczą nie tylko Rosję, lecz cały współczesny świat. "Znikająca Ziemia" jest pod tym względem podobna do "Przygody", jednak jest o wiele miej frustrująca. To czego zabrakło w filmie Antoniniego to zakończenie, tutaj jest wręcz przeciwnie, autorka swoim finishem wręcz mnie znokautowała. Używając języka samej Phillips koniec :  rozrywa klatkę piersiową, łamie żebra, ściska ten muskularny organ jakim jest serce i wyciska z niego rzeczy, które czytamy, żeby poczuć fikcję. Absolutnie polecam. 


Tytuł : "Znikająca ziemia"
Autor : Julia Phillips
Wydawnictwo : Literackie
Data wydania : 4 września 2019
Liczba stron : 336
Tytuł oryginału : Disappearing Earth 


Za możliwość przeczytania i zrecenzowania książki serdecznie dziękuję wydawnictwu :  




            Książka bierze udział w wyzwaniu czytelniczym :


http://www.posredniczka-ksiazek.pl/2019/01/olimpiada-czytelnicza-2019-zapisy.html
 

"Ramen. Zupa szczęścia i miłości" Tove Nilsson

"Ramen. Zupa szczęścia i miłości" Tove Nilsson

    Wiecie co jest jednym z najdroższych dań, serwowanych w odwiedzonej przeze mnie nowojorskiej restauracji? Grillowana polska kiełbasa (zresztą pośredniego sortu) z cebulką i ziemniakami. Aż dziw bierze, że to właśnie nasza rodzima toruńska czy podwawelska zawojowała świat. Czemu na przykład nie bigos, albo pierogi? Mam znajomych Irlandczyków, którzy zajadają się tymi potrawami. Jednak prawdą jest iż polska kuchnia, nie stoi najwyżej w światowej czołówce. jemy tłusto, niezdrowo, monotonnie a do tego "śmierdząco". Po naszych potrawach się beka i pierdzi, ma wzdęcia a do ładu może nas doprowadzić jedynie espumisan (reklama niezamierzona). Dlatego nie dziwi fakt, iż coraz bardziej popularne w naszym kraju stają się kuchnie azjatyckie : lekkie, zdrowie i do tego kolorowe. A, że my, Polacy, jesteśmy wielkimi tradycjonalistami, i kochamy zupy, to i Ramen trafiło tutaj na wielce podatny grunt. No bo ile czasu można jeść tę samą pomidorową czy ogórkową prawda? Szczególnie dziś, kiedy przestaliśmy się bać eksperymentować z nowymi smakami, kiedy otworzyły się granica i świat kulinarny stanął przed nami otworem.

Ramen to obok sushi największy kulinarny towar eksportowy Japonii, który od lat robi furorę na całym świecie.Niewiele dań jest równie uzależniających jak ramen, a różnorodnych połączeń smakowych - od tych najprostszych do najbardziej złożonych - możesz doświadczyć zarówno w zapyziałym barze w Tokio, jak i najmodniejszej knajpie w Los Angeles.

Pamiętacie co mówiły wasze mamy i babcie? "Nie śpiesz się, jedz powoli, gryź dokładnie". Japoński szef kuchni, patrząc na nasze przeżuwające każdy kęs przodkinie, załamałby ręce. Ramen je się bowiem szybko, wręcz pośpiesznie tak, by cała mięsno-warzywno-jajeczna zawartość miski, zniknęła w przeciągu pięciu minut. Wiadomo, rosół jest najlepszy-gorący. Teraz pewnie Ci, którzy nie znają tej potrawy, otworzą szeroko oczy ze zdumienia. Rosół? To całe zamieszanie jest przez zupę, którą znamy na wylot? Okazuje się, że my Polacy, choć lubimy sobie dobrze podjeść jesteśmy raczej tradycjonalistami i nie wykazujemy tendencji do eksperymentowania, szczególnie w kuchni. Chińczycy (tak, tak wiem, o japońskości ramen będzie w kolejnych akapitach) mieli zdecydowanie więcej fantazji. Istnieje kilkadziesiąt typów tego dania i z dnia na dzień ich przybywa. To już nie jest zwykła zupa, wywar z kurczaka, kaczki czy też gołębia, która od wieków gościła na naszych stołach. Ramen to pełny posiłek, filozofia życiowa i styl życia w jednym.
Choć powszechnie przyjęło się uznawać Ramen za potrawę japońską, tak w rzeczywistości danie to wywodzi się z Chin."Ramen" to nazwa makaronu, który od tych znanych nam z rodzimej kuchni różni się tym, że wyrabiany jest bez użycia jajek. Składniki, które wykorzystywane są do zrobienia idealnych, elastycznych i gumiastych (bardzo pożądana cecha) klusek, to  woda, mąka oraz kansui, czyli woda alkaliczna, odpowiedzialna za odpowiednia "fakturę" makaronu. Zapewne każdy z was kiedyś widział chińskich czy japońskich mistrzów kuchni, którzy podrzucają noodle, obracają je w rękach i kroją w powietrzu, sztuczki te możliwe są właśnie dzięki kansui. W kuchni japońskiej oprócz ramenu wykorzystuje się również inne rodzaje makaronów, chociażby popularny udon, który w swoim składzie ma jedynie wodę, mąkę i sól -czyli jeszcze bardziej oszczędnie. W swoje książce autorka podaje przepisy na najpopularniejsze noodle. Ich przygotowanie bywa czasochłonne, dlatego Nilsson doradza nam korzystanie z robota kuchennego, który zdecydowanie przyśpieszy proces tworzenia. Jeśli takiego nie posiadacie to pozostaje wam gniecenie, rozrywanie, ugniatanie i wałkowanie masy, która jest średnio podatna na wasze zabiegi. Na pocieszenie dodam, że świeżo zrobiony makaron może poleżeć w lodówce nawet do tygodnia i nadal będzie smaczny.

Jak już przestaną was boleć ręce i będziecie zdolni do pracy, to czas na krok drugi czyli wywar. Dobry "rosół" jest podstawą ramenu. Na przestrzeni kilkuset lat powstało wiele przepisów, można powiedzieć iż każdy kucharz dodaje coś od siebie, zmienia, modyfikuje tworząc kolejne wariacje na temat ramen. By troszeczkę ułatwić nam rozeznanie wyróżnione zostały cztery główne rodzaje ramenu : 

1. shio-ramen- rosół gotowany na drobiu lub wieprzowinie, który najbardziej przypomina znane nam ze sklepowych półek zupki chińskie
2. tonkotsu-ramen - gotowany na wieprzowych kościach. W efekcie posiada gęstą konsystencję i jest dość tłusty. Do zupy dodaje się niewielkich ilości warzyw i czasem mięsa. Często serwowany jest z pastą z nasion sezamu
3. shōyu-ramen - rosół z kurczaka, czasem z dodatkiem wieprzowiny lub wołowiny. Doprawia się sosem sojowym, przez co jest ciemniejszy od innych rodzajów.
4. miso-ramen - silnie zjaponizowana odmiana potrawy, pochodząca z Hokkaido. Przyrządzana jest na bazie mięsa z kurczaka i ryb oraz silnie przyprawiana pastą miso.

Jak widzicie, ramen jest potrawą niezwykle uniwersalną, która trafi w gusta nawet najbardziej wybrednych degustatorów. Nilsson podaje nam przepisy na wszystkie rodzaje dań, począwszy od tych znanych z azjatyckich barów szybkiej obsługi, a skończywszy na tych bardziej wyrafinowanych, które trzeba gotować przez kilka godzin a często nawet dni. 

Ramen nie jest tylko i wyłącznie zupą. To pełny, sycący i kaloryczny (choć są też wersje low-cal) posiłek, który zapewni nam energię na cały dzień. Do zupy często się dodaje spory kawał mięsa, zazwyczaj są to tłuste, aromatyczne kawałki jak boczek czy stek, warzywa, makaron, owoce morza, wodorosty czy jajka. A czasem wszystko naraz. Do tego restauracje oferują nam całą gamę przekąsek i przystawek, które zjadamy przed lub tuż po głównym daniu. Są to na przykład sezamowe paluszki, jajka marynowane w sosie sojowym czy też różnego rodzaju placuszki lub typowo japoński kimchi. Autorka zadbała o to byśmy dostali przepis na wszystko. 

Jak przystało na dobrą książkę kucharską, również i ta pełna jest pięknych fotografii, które samym swoim widokiem sprawiają, że napływa nam ślinka do ust. Obrazy sycących zup, białych makaronów, japońskich restauracji czy barów szybkiej obsługi, zdobią praktycznie każdą stronę. Są utrzymane w przyjemnej, ciemnej tonacji, bywają i czarno-białe, jednak każdy jest istnym dziełem sztuki. Właśnie takie książki lubię najbardziej, kiedy również mój zmysł estetyczny może się najeść do syta.  

Moim zdaniem "Ramen" (zarówno książka jak i dania) powinien zagościć w każdym domu. Z pewnością będzie to przyjemna odmiana po tłustych kotletach, wigilijnym bigosie czy noworocznym schabie ze śliwką. Jednym z moich noworocznych postanowień będzie wypróbowanie przynajmniej dwudziestu przepisów z tej książki. I chociaż nie mam ani hebla ani mandoliny ( urządzenia przydatne podczas robienia ramenu) to myślę, że dam sobie radę. Wam również polecam, w końcu jeśli mamy się od czegoś uzależnić, a potrawa ta ponoć tak działa, to dlaczego nie od dobrego jedzenia, szczególnie jeśli ma przynieść szczęście i miłość?


Tytuł : "Ramen. Zupa szczęścia i miłości"
Autor : Tove Nilsson
Wydawnictwo : Prószyński i S-ka
Data wydania : 22 października 2019
Liczba stron : 152
Tytuł oryginału : Ramen 


Za możliwość przeczytania i zrecenzowania książki serdecznie dziękuję wydawnictwu :
 


https://www.proszynski.pl/
 
 
A dostępna jest w salonach lub sklepie internetowym sieci :  
 
https://www.empik.com/zbyt-blisko-daniels-natalie,p1227335289,ksiazka-p
 

"Świetnie się bawię w twoich snach" Izabela Skrzypiec-Dagnan

"Świetnie się bawię w twoich snach" Izabela Skrzypiec-Dagnan

     Z czym wam się kojarzy ten motyw : dwoje ludzi, którzy nie mogą ze sobą być? Mi osobiście z całą literaturą romantyzmu, Romeo i Julią, Tristanem i Izoldą i wieloma bohaterami, których (przynajmniej tak sądzą nasi nauczyciele) powinniśmy pamiętać. Jest jeden wspólny mianownik, który ich łączy : to nie z ich winy wplątali się w nieudane związki, tragicznie zakochali czy też znaleźli w sytuacji bez wyjścia. Zawsze winne były okoliczności, rodzina, znajomi cz też życie, po prostu. W literaturze współczesnej sytuacja jest zgoła odmienna. Większość bohaterów romansów sama dokonuje wyborów, nikt na nich nie naciska, nie wpływa. To oni decydują się na kontynuowanie związku, rozpoczęcie romansu czy też terminację małżeństwa. Dziś głównym zadaniem czytelnika nie jest współodczuwanie Weltschmerz wraz z Werterem, lecz dopingowanie dwójce (nawet dojrzałych już ) nastolatków w tym, by w końcu otworzyli oczy i zdali sobie sprawę, że jednak muszą być razem. Bo taka jest forma romansu, zawsze musi się kończyć happy endem. "Świetnie się bawię w twoich snach" choć tytułem obiecuje "dużo", to tak naprawdę jest kolejnym romansem, jakich pełno w księgarniach. Więc postaram się zrobić wszystko by choć ta recenzja nie okazała się kopią innych.


Jak jeden nieprzemyślany krok może wpłynąć na nasze życie? Jula kocha Krystiana, Krystian kocha Julę. Wydawałoby się – prosta historia. A jednak nie potrafią być razem. Ona próbuje ukoić smutek, choć nie do końca jej się udaje. On tęskni, ale stara się ułożyć sobie życie na nowo. Na drodze obojga pojawia się ktoś inny. Każde z nich stanie przed pytaniem, czy warto postawić wszystko na jedną kartę


Na pewno każdy z nas zna przysłowie : stara miłość nie rdzewieje. Muszę przyznać, iż Ci co wymyślali dane powiedzenia mieli rację. Jeśli raz się kogoś pokocha, to bardzo ciężko jest go później zapomnieć. Przypuszczam, że jak by mój mąż teraz przeczytał te słowa, to od razu by wystąpił o rozwód. Jednak kierowanie się emocjami w tym wypadku byłoby krzywdzące dla obu stron. Jak każdy miałam swoją pierwszą miłość. Kogoś przy kim moje serce podskoczyło i zamiast opaść uniosło się na skrzydełkach. Niestety, jak to często z pierwszą miłością bywa, skrzydełka szybko opadły, związek się rozpadł i każdy poszedł swoją drogą. Dziś, w dobie mediów społecznościowych, z łatwością mogę sprawdzić czym zajmuje się mój "pierwszy" i za każdym razem jak widzę jego post to czuję mrowienie straconych skrzydełek. I wiem, że tak już będzie zawsze. To oczywiście nie znaczy że nie kocham mojego męża, bo KOCHAM, nad życie. I choć nigdy nie będzie tym pierwszym, tak pozostanie ostatnim. Ale czemu w ogóle o tym piszę? Ponieważ to  jest tematem niniejszego romansu. Nasi główni bohaterowie to ludzi, którzy już przeżyli swoją pierwszą miłość i po związku pełnym emocji, każdy poszedł w inną stronę. Jak to bardzo często bywa w przypadku ludzi, którzy spędzili ze sobą dużo czasu, którzy mają wspólną (w większości szczęśliwą) przeszłość, Jula i Krystian nie potrafią o sobie zapomnieć. Dziewczyna jak sposób na uśmierzenie bólu wywołanego rozstaniem, rzuca się w wir nocnego życia. Imprezuje, nadużywa alkoholu, zawiera przygodne znajomości. Pewnego dnia poznaje sporo od siebie starszego Rafała, mężczyznę, który ma dość luźnych związków i poszukuje stabilizacji. Julia natomiast zdecydowanie należy do tych osób, które nie chcą i nie potrafią być same. Postanawia zaangażować się w nowy związek, nawet pomimo tego że ciągle myśli o Krystianie. Można śmiało powiedzieć, iż głównym tematem tej książki są właśnie związki : te dawno skończone, te raczkujące, nieprawdopodobne, potencjalne i toksyczne. Wraz z naszymi bohaterami przeżywamy ich wzloty i upadki, zakochujemy się, cierpimy, wzruszamy i unosimy szaleństwem, a czasami nawet głupotą. Muszę przyznać iż dla mnie tej ostatniej było nieco za dużo. Rozumiem, że są ludzie którzy zachowują się podobnie do bohaterów tej książki, jednak w większości są to nastolatkowie, a nie osoby już dojrzałe. Więc albo społeczeństwo z dnia na dzień robi się coraz bardziej infantylne, albo autorkę nieco poniosło w kreacji swoich bohaterów. A może po prostu właśnie takich słodko-gorzkich, prostych książek oczekują dzisiejsi czytelnicy romansów? W końcu sięgając po tego typu literaturę nie nastawiamy się na coś ambitnego, wymagającego myślenia czy chociażby zastanowienia. 

"Świetnie się bawię w twoich snach" jest książką, którą da się przeczytać w jeden wieczór, a dla tych którzy czytają szybko wystarczą dwie, góra trzy godzinki. Pamiętam jak lata temu w moje ręce trafiła książka Dana Browna "Kod da Vinci". Była to pierwsza powieść, której rozdziały często były krótsze niż pół strony.  A ponieważ autor wiedział, że by zatrzymać czytelników przy sobie należy notorycznie dawać im marchewkę, tak każdy akapit kończył się cliffhangerem. Dzięki tej technice podziału czytało się szybko, wręcz pochłaniało strony. Tutaj jest podobnie. W pewnym momencie zaczęłam się nawet zastanawiać czy głównym targetem zarówno autorki jak i wydawcy są dorośli ludzie. Osobiście, jako doświadczony czytelnik, mam pewne wymagania wobec książek po które sięgam. Podobnie jak nie lubię zbyt kwiecistego, metaforycznego języka, tak i nie przepadam za mową trywialną, zbyt prostą, totalnie pozbawioną opisów czy wyrażeń stylistycznych. Powieść ta bardziej przypomina pamiętnik nastolatki (i to takiej która niezbyt lubi pisać) niż dzieło osoby dorosłej. Oczywiście zdaję sobie sprawę, że jest to debiut literacki jednak w tym przypadku uważam iż moja krytyka nie dość, że nie jest krzywdząca to tylko może pomóc. Nie każdy musi umieć wymyślać barwne opisy jednak podstawowe informacje na temat naszych bohaterów, ich przeszłości, otoczenia czy przyjaciół, powinny znaleźć się w każdej książce. Autorzy nie powinni okradać czytelników z tła fabularnego. Czyniąc to pozbawiają tych z mniejszą wyobraźnią możliwości wizualizacji, co idzie ze szkodą dla książki. Tutaj opisów praktycznie nie ma, pani Skrzypiec-Dagnan postawiła na dialogi i monologi wewnętrzne. Być może zdałoby to rolę, jeśli byśmy mieli do czynienia z  bohaterami z krwi i kości, indywidualistami, postaciami które cechuje oryginalność. Jednak Julia, Rafał i Krystian to postacie, które możemy spotkać wszędzie, zarówno w pracy, pubie jak i w innych książkach. Nic mnie tutaj nie zaskoczyło. Od razu poczułam się z nimi swobodnie i wiedziałam czego się mogę spodziewać. Oczywiście ta familiarność z protagonistami zaowocowała tym, że szybko poznałam zakończenie książki, i to na dużo przed końcem lektury. 

 "Świetnie się bawię w twoich snach" jest książką obyczajową i pojawia się tutaj większość z tego co może nas spotkać w realnym życiu. Parokrotnie złapałam się na tym, że po cichu marudziłam "przecież to wszystko już było". No bo taka jest prawda. W co drugiej książce obyczajowej ktoś traci pracę, zachodzi w niechcianą ciążę, zatrudnia się na nowo i rozstaje z partnerem. To nie thriller gdzie musi dojść do jakiejś bardzo "oryginalnej", mrocznej tragedii, by akcja ruszyła z kopyta. Tutaj zamiast zwrotów akcji mamy emocje, które są motorem tej powieści. A tych emocji jest naprawdę sporo, co jest typowe dla nowych, rozwijających się związków. Jak się tworzy coś nowego to nigdy nie obejdzie się bez tarć i kłótni. Szczególnie jeśli ludzie jeszcze nie okrzepli po rozstaniu. Moim zdaniem bohaterowie nie dali sobie wystarczająco dużo czasu, za wcześnie zaczęli na nowo się angażować. Nigdy do końca nie mogłam uwierzyć w tę historię. Niestety. 

Ktoś kiedyś powiedział, że "śpiewać każdy może, jeden trochę lepiej a drugi trochę gorzej". Kiedyś usłyszałam ten cytat w wersji sparafrazowanej , która brzmiała że owszem śpiewać może, ale nie każdy powinien. Podobnie jest z pisaniem i warto sobie to uświadomić już na początku kariery literackiej. Są autorzy, którzy już swoim debiutem literackim zdobywają szczyty, są tacy którzy potrzebują trochę czasu by rozkwitnąć i tacy, którym się to nigdy nie uda. Izabela Skrzypiec-Dagnan najbliżej do tej ostatniej kategorii. Nie wydaje mi się by była mnie w stanie czymkolwiek zaskoczyć, zdziwić, wyrosnąć ponad tłum jej podobnych. Nasz rynek wydawniczy jest już przesycony taką literaturą i nie wiem czy potrzebujemy kolejnej Michalak, Frączak czy Gołębiewskiej. To już zależy od czytelników, czy będą chcieli wydać kolejne pieniądze na to samo. Ja osobiście nie polecam, w księgarniach jest mnóstwo książek o podobnej tematyce, lepiej napisanych, zabawniejszych ,bardziej emocjonujących i z o wiele lepszym tytułem.

Tytuł : "Świetnie się bawię w twoich snach"
Autor : Izabela Skrzypiec-Dagnan
Wydawnictwo : Zysk i S-ka
Data wydania : 17 września 2019



Za możliwość przeczytania i zrecenzowania książki serdecznie dziękuję wydawnictwu :  




 
 
 
 
            Książka bierze udział w wyzwaniu czytelniczym :


http://www.posredniczka-ksiazek.pl/2019/01/olimpiada-czytelnicza-2019-zapisy.html
"Morze ciemności" Elżbieta Sidorowicz

"Morze ciemności" Elżbieta Sidorowicz

     Znacie Winstona Grooma? Pewnie teraz się zastanawiacie o kim ja mówię. Dlatego wam ułatwię : czy mówi was coś pseudonim Forrest Gump? Już wyobrażam sobie wasze miny, facepalmy i "notaki". Ten znany z filmu pod tym samym tytułem mężczyzna, powiedział zdanie które zapamiętam na zawsze : "Życie jest jak pudełko czekoladek - nigdy nie wiesz, co ci się trafi". Moim zdaniem cytat ten jest skondensowaną w pigułce kwintesencją człowieczego bytu. Kiedy ktoś powołuje się na słowa Forresta to w mojej głowie zapala się czerwona lampka. Karolina uważaj, coś się będzie działo. Jednak kiedy cytat jest przeinaczony, do błyskającej diody dochodzi głośny sygnał syreny alarmowej. Któż bowiem ma czelność parafrazować mistrza? Czyżbym trafiła na coś jeszcze lepszego od śmiesznej opowieści idioty? No cóż w przypadku "Okruchów Gorzkiej Czekolady" zabawnie zdecydowanie nie będzie. Jednak jest coś co łączy tytułowego Forresta z bohaterką niniejszej książki, a tym czymś jest zdolność wyzwalania w odbiorcy uczuć i emocji, nad którymi ciężko jest zapanować. I nie ważne czy jest to smutek czy też radość, przerażenie czy beztroska, ważne w ogóle jest że jakaś struna w nas została poruszona, bo o to bardzo ciężko w dzisiejszych spopularyzowanych, facebookowych czasach.

Rodzice nastoletniej Ani decydują się kupić stary, zrujnowany dworek na peryferiach miasta. Gdy rozpoczynają remont i modernizację domu, wszystko zdaje się iść ku dobremu. Jednak nic nie jest w stanie zatrzymać biegu wydarzeń...Ania, uzdolniona uczennica liceum plastycznego, zostaje zupełnie sama w wielkim, pustym, nienadającym się do życia domu. Bez wody, gazu, telefonu. I bez kogokolwiek bliskiego. Świat malarstwa, muzyki, poezji, wszystko, co było dla niej ważne, przestaje istnieć. Jak pogodzić się ze stratą? Jak żyć?

Podobnie jak Ania jestem jedynaczką. Podobnie jak ona jestem (byłam) rozpuszczona jak dziadowski bicz. Rodzice od zawsze trzymali mnie pod kloszem, roztoczyli nade mną parasol ochronny, który miał ustrzec mnie przed złem czyhającym tuż za rogiem. Na początku byłam zadowolona. Miałam wszystko to co chciałam : kochających rodziców, duże kieszonkowe, wygodny dom i wielkiego psa, o zabawkach, kosmetykach i designerskich ubraniach nie wspominając. Jednak wraz z wiekiem zaczynały zmieniać się moje priorytety. Przestały być ważne markowe kiecki, droga biżuteria czy reklamowany w telewizji błyszczyk. Bardziej niż ku rzeczom, zwróciłam się ku ludziom. Zaczęłam spędzać więcej czasu z rodziną, doceniłam czas jaki bliscy mi poświęcają, nastawiłam się na pracę i naukę. Wiecie kiedy nastąpiła ta wewnętrzna przemiana? Jak miałam ponad dwadzieścia lat, wcześniej byłam zwykłą, nieco szaloną, rozpuszczoną nastolatką. Nasza bohaterka nie miała możliwości samodzielnego odkrycia nowych priorytetów, ona została do tego zmuszona przez tragiczne okoliczności. Jej rodzice zginęli w wypadku samochodowym, zostawiając ją samą w wielkim, niewyremontowanym i zimnym domu. Dziewczyna postanowiła tam zostać. Tutaj dochodzimy do fragmentu, który kazał mi potraktować tę książkę z przymrużeniem oka. Jako osobie niepełnoletniej ani ośrodek pomocy społecznej ani żadne inne urzędy, nie pozwoliłyby zamieszkać samej w budynku bez bieżącej wody, ogrzewania czy mediów. Szybko by się ktoś zainteresował dlaczego siedemnastolatka musi uczyć się palić w kominku, nosić wodę wiadrami, a przede wszystkim spędzać czas samej, skoro ma rodzinę. Owszem ciotka, która jej została jest zołzą do kwadratu, jednak państwo nie za bardzo zwraca uwagę na wady czy zalety opiekunów prawnych. Mogą nie być najmilsi, ważne jest by chcieli i potrafili się zająć dzieckiem, co w tym przypadku byłoby proste, szczególnie że Ania była już niemalże dorosłą kobietą. Do pełnoletności brakowało jej zaledwie kilku miesięcy. No ale do rzeczy. Choć ciotka dziewczyny pojawia się w tej powieści, tak w sprawach związanych z domem, utrzymaniem oraz nauką i przetrwaniem, naszej bohaterce pomagają obcy, nowo poznani ludzie, którzy są żywo zainteresowani losem dziewczyny. Muszę przyznać iż Ania miała niesamowite szczęście trafiając akurat na tę zabawną i przepełnioną miłością i empatią grupkę. Zdecydowanie najlepszą  i wzbudzającą natychmiastową sympatię postacią, była nauczycielka, dzięki której każdy kolejny dzień w szkole (a również poza nią) dawało się jakoś znieść. Pomagała również sąsiadka oraz jej syn (tak, tak będzie tutaj element rozkwitającego romansu) oraz paru innych mieszkańców miasteczka. Cały czas miałam wrażenie, że dziewczyna trafiła do enklawy szczęścia i miłości, gdzie każdy jest dobry. Oczywiście było to troszkę przesadzone, jednak głównym celem autorki było zapewne pokazanie, że jak człowiek znajdzie się na samym dnie, to już może być tylko lepiej, że nie warto się poddawać, gdyż  zawsze obok jest ktoś, kto poda nam pomocną dłoń. Z tym nie sposób się nie zgodzić, jednak czy nawet mając po swojej stronie całą wioskę, jesteśmy w stanie szybko zapomnieć o wielkiej stracie jaka nas spotkała? 

Każdy z nas w inny sposób przeżywa żałobę. Ja w tej kwestii ( dzięki Bogu) mam małe doświadczenie. Jedyną osobą z mojej najbliższej rodziny, która odeszła był mój dziadek, jednak zmarł kiedy miałam zaledwie kilka lat, więc mało co z tamtego okresu pamiętam. Cała moja rodzina i bliscy znajomi żyją i mają się dobrze, i nawet nie chcę się zastanawiać nad tym "co by było gdyby". Jednak zapewne należę do nielicznych osób, które mają takie szczęście. W gazetach codziennie pojawiają się nowe nekrologi. Moi pracownicy przychodzą ze smutnymi wieściami o śmierci ich najbliższych. Z telewizji co kilka dni dowiadujemy się o zamordowanych, utopionych, powieszonych. Na każdym kroku możemy obserwować jak ludzie przeżywają żałobę. Dzięki książce "Morze ciemności", możemy poznać jedno świadectwo, opis przeżyć z tego trudnego okresu, jaki następuje po śmierci najbliższej osoby. Jeśli ktoś powiedział by Annie, że "czas leczy rany" pewnie by w to nie uwierzyła. Nigdy nie wierzymy, obojętne czy zerwie z nami chłopak, czy stracimy pracę czy złamiemy rękę. Nasza główna bohaterka jest zarazem naszą narratorką, i to właśnie jej myśli zajmują wiele stron tej książki. Co prawda nie jest to pamiętnik, jednak czasami powieść ta przyjmuje jego formę. Ania dzieli się z nami tym co czuje i przeżywa. Opowiada o samotności z którą przyszło jej się zmierzyć, o stracie która stała się jej udziałem. Z każdego słowa czujemy miłość i tęsknotę za rodzicami. Czujemy, że dla tej nastolatki czas na moment stanął w miejscu. Jednak my, czytelnicy, już wiemy że może być tylko lepiej. I będzie. Zagubiona dziewczyna dopiero musi do tego dojść. I tutaj na scenę wkraczają kolejni bohaterowie. Z każdą kolejną stroną widzimy budzącą się do życia nadzieję, obserwujemy jak dziewczyna przezwycięża żałobę, godzi się z nią, jak przechodzi przez wszystkie fazy z nią związane : zaprzeczenie, gniew, negocjacje, depresję i w końcu akceptację. Na samym początku się zastanawiałam czy "Morze ciemności" jest książką dla mnie. Niezbyt bowiem przepadam za smutnymi, melodramatycznymi powieściami, które zostawiają czytelnika ze zranionym sercem. Dookoła jest tyle zła, że przynajmniej bohaterowie w książkach powinni wieść spokojne i beztroskie życie. Jednak pomimo moich wątpliwości postanowiłam zaryzykować i muszę przyznać, iż się nie zawiodłam. Elżbieta Sidorowicz napisała książkę, która z pewnością wzruszy czytelnika, jednak go nie zdołuje. Pojawią się tutaj zarówno fragmenty które wywołają w nas łzy jak i takie, które nas rozbawią czy też pobudzą struny emocji : strachu, przerażenia, złości czy zdziwienia. 

Elżbieta Sidorowicz jest artystką. Ja co prawda po raz pierwszy miałam do czynienia z jej twórczością, jednak już po stylu pisania można poznać, że autorka jest istotą wrażliwą, emocjonalną i niezwykle empatyczną. Ponieważ nasza główną bohaterkę również ciągnie w kierunku sztuki (pięknie śpiewa, jednak to malarstwo jest jej konikiem) zaczęłam się zastanawiać czy w powieści tej pojawiły się jakieś nuty biograficzne. Oczywiście w Internecie nie znalazłam na ten temat żadnych informacji jednak ciekawość pozostała. W tekście pojawiają się piękne opisy, znakomicie skomponowane zdania, wtrącenia na temat malarstwa i sztuki w ogóle. Tylko człowiek zorientowany w temacie mógłby tak dobrze to wszystko opisać, bez nadęcia, zbytniej encyklopedyczności i przynudzania. Tutaj słowa i emocje rozkwitały niczym kwiaty.

Jeśli lubicie książki o uczuciach i pisane uczuciami to "Morze ciemności" jest zdecydowanie lekturą dla was. Co prawda portale literackie uważają, że jest to książka dla młodzieży, jednak ja uważam iż prawdy w niej zawarte są uniwersalne i ważne dla czytelników w każdym wieku. Ponieważ jest to pierwszy tom, to z oceną poczekam na przeczytanie całości. Jedno mogę powiedzieć : jest to zdecydowanie literatura, która skupia się na ludzkim wnętrzu a nie tym co poza nim. Duża część tej powieści rozgrywa się w głowie naszej bohaterki więc Ci co liczą na szybką akcję czy zwroty fabularne będą zawiedzeni, bo tym względem książka wypada ubogo. Jednak jeśli chodzi o uczucia, wzruszenia i emocje z nimi związane, to jest zdecydowanym strzałem w dziesiątkę. Polecam. 


Tytuł : "Morze ciemności"
Autor : Elżbieta Sidorowicz
Wydawnictwo : Zysk i S-ka
Data wydania : 17 września 2019



Za możliwość przeczytania i zrecenzowania książki serdecznie dziękuję wydawnictwu :  




 
 
 
 
            Książka bierze udział w wyzwaniu czytelniczym :


http://www.posredniczka-ksiazek.pl/2019/01/olimpiada-czytelnicza-2019-zapisy.html
"Lanny" Max Porter

"Lanny" Max Porter

Recenzenci, szczególnie Ci zagraniczni, nazywają Maxa Portera- geniuszem. Muszę się z nimi  zgodzić, jednak jest on również niezrozumiały, wymagający, przegadany, śmieszny, straszny, zbyt ambitny, dziwaczny i szalony w całej swojej genialności. A dlaczego? "Lanny" jest niczym innym, jak nowelą o zaginionym chłopcu. Książek o dzieciach, które zostały porwane, wyszły i nie wróciły czy też po prostu zniknęły ze swojego pokoju są setki, więc co jest takiego nadzwyczajnego w tej, że aż dostała nominację do Nagrody Bookera? Otóż w swoim życiu przeczytałam wiele thrillerów, książek obyczajowych a nawet horrorów (ukłony dla Stephena Kinga), w których pojawił się motyw "zaginionych dzieci", jednak jeszcze nigdy nie trafiłam na wariację na temat samego zaginięcia, utwór utrzymany w klimacie realizmu magicznego, gdzie starodawne wierzenia łączą się z magią współczesności. Jestem w pod wielkim wrażeniem, jak z pozornie prostej i oklepanej historii, autor stworzył coś wielkiego i oryginalnego, poruszającego wszystkie zmysły i budzącego w nas nasze pierwotne instynkty. 


O godzinę drogi od Londynu znajduje się wioska, w niczym nieróżniąca się od wielu innych: pub, kościół, domy z czerwonej cegły, kilka budynków urzędowych, na obrzeżach parę większych posiadłości. Wszędzie — co normalne — posłyszeć można ludzi mówiących o miłości, trudach dnia codziennego, pracy, umieraniu i wyprowadzaniu psów. Wioska należy do swych mieszkańców, a także do okolicy i jej przeszłości.Należy również do Praszczura Łuskiewnika, mitycznej postaci, którą dzieci w szkole zwykły rysować jako zieloną i liściastą, z wyrastającymi z ust wiciami.

 Każde miasto, miasteczko czy wieś ma związaną z nią jakąś legendę. Kraków chwali się Smokiem Wawelskim, Warszawa Bazyliszkiem a osady położone nad jeziorem Loch Ness- tajemniczą Nessie. Jednak oprócz znanych wszystkim baśni, podań i urban legends, są też przekazywane z ust do ust legendy o bytach prastarych, starszych niż ludzkość. W krajach słowiańskich jednym z takich bóstw był Leszy, bóg lasu, istota która chroniła wszystkie leśne stworzenia i tych którzy przemierzali mroczne ostępy. Ten Dziad Leśny stronił od ludzi i często jak stanęli na jego drodze to przyjmował wrogą postawę. Często przyjmował postać omszałego starca z gałęziami zamiast włosów, bladolicego podróżnika pachnącego ziemią czy też jelenia albo wilka. Zmiennokształtność nie była dla niego problemem. Żył w lesie i rzadko kiedy go opuszczał. W "Lannym" poznajemy postać, która nieco przypomina naszego rodzimego Borutę. Jest nią Praszczur Łuskownik, prastary byt który widzi i słyszy wszystko. Po kilkuset latach się zbudził, wstał ze swojego ukrytego głęboko w lesie posłania i ruszył na poszukiwanie swojego przeznaczenia, ku misji która na niego czeka. Praszczur jest jednym z narratorów naszej książki i muszę przyznać iż obcowanie z jego umysłem było dla mnie dość niecodziennym, dziwnym i szalonym doświadczeniem. Wyobraźcie sobie wielki pokój w którym postawiono kilkaset włączonych radiowych odbiorników. Każde radio nastawione jest na inny kanał. W jednym gra muzyka klasyczna, w drugim rozrywkowa, gdzie indziej ktoś gada czy melorecytuje, kłóci się czy coś reklamuje. Jednym słowem stoimy w samym środku rzeczywistego medialnego szumu, w którym jego dźwięki dopływają do nas jedną wielką falą uderzeniową. Tak właśnie funkcjonuje Praszczur Łuskownik. Nastraja się na ludzi, otwiera pory swojego prastarego jestestwa i chłonie. Docierają do niego wszystkie rozmowy, wszystkie myśli mieszkańców wioski. Czytelnik dostaje istną kakofonię wyrwanych z kontekstu zdań, równoważników zdań czy po prostu wyrazów, które nie łączą się w spójną całość. To tak jak byśmy czytali nagłówki gazet codziennych : gdzieś ktoś kogoś dźgnął nożem, tam się urodziło dziecko, kilka kilometrów dalej ktoś wylał śmierdzący nawóz a jeszcze gdzie indziej obrodziło w grzyby. Czytając zaczęłam się zastanawiać nad tym jak płytkie i marne życie prowadzimy, o jakich głupotach i truizmach rozmawiamy. Powiedzmy sobie szczerze, większość dyskusji prowadzonych w naszych domach jest o przysłowiowej dupie Maryni. 
Autor w swojej książce bawił się nie tylko słowem lecz również farmą. Nie mamy tutaj do czynienia z typowymi akapitami, znakami przystankowymi, wyodrębnioną narracją. Zdania napływają do nas z góry, z boku i od dołu strony. Są zakręcone, pogrubione, zdublowane czy przerwane w połowie. Bohaterowie nie mówią lecz dzielą się z nami swoimi punktami widzenia i przemyśleniami. Pojawia się również wszystko wiedzący narrator, który stara się wprowadzić trochę ładu w to morze chaosu, jednak z góry wiadomo iż zabieg ten skończy się fiaskiem. "Lanny" jest książką dla cierpliwych i mających dużo czasu czytelników. Zdecydowanie nie jest to powieść, którą się połknie "na raz", chociaż ma zaledwie dwieście kilkadziesiąt stron. Tutaj każde słowo wymaga zastanowienia, każde zdanie niesie jakieś ukryte przesłanie. A na dodatek treść jest tak przesiąknięta baśniowością i metaforami, że podążanie głównym szlakiem fabularnym jest naprawdę utrudnione. 

Jak pisałam już wcześniej, głównym motywem książki jest zniknięcie kilkuletniego chłopca, Lannego. Młodzieniec ten znany był ze swojej wielkiej wrażliwości i empatii. Każdy kogo spotkał od razu dostawał się pod jego urok. Z pewnością kiedyś w swoim życiu poznaliście osobę, która zdaje się nie pasować do "swoich czasów". Jest za mądra, za bardzo staroświecka, zbyt grzeczna, po prostu inna. Choć Lanny był z pozoru normalnym, posiadającym wielu kolegów chłopcem, tak jego rodzice czuli że nie jest taki jak jego rówieśnicy. By ukierunkować jakoś jego wrażliwość matka chłopca zapisała go na lekcję rysunku do mieszkającego w pobliżu znanego niegdyś malarza, dziś zwanego Szalonym Petem. Chłopiec lubił spędzać czas w towarzystwie starszego mężczyzny, powoli zaczęli się zaprzyjaźniać i tych spotkań było coraz więcej. Wcale więc nie dziwi fakt, że jak Lanny zniknął pierwsze podejrzenia zarówno policji, jak i całej małomiasteczkowej społeczności, padły na Peta. A jak na kogoś padnie "cień pedofilii" to bardzo ciężko jest się go pozbyć. Bardzo mi się podobało to, jak autor opisał typową angielską miejscowość, prawdopodobnie "sypialnię" jednego z większych brytyjskich miast. Nasi główni bohaterowie do swojego nowego domu, sprowadzili się niedawno. te kilka lat to zdecydowanie zbyt krótki okres by kogoś uznać za swojego. W książce tej przedstawiony jest stosunek "rdzennych" członków danej społeczności do przybyszy z zewnątrz, którzy nigdy w pełni nie zostaną zaakceptowani i wzięci za swoich. Ciekawi mnie czy była to aluzja do polityki otwartych granic, dzięki której Wielka Brytania stała się domem dla setek tysięcy emigrantów ze Wschodu. Czy jest to zawoalowana i ambitna próba wyrazu sprzeciwu przeciwko rządowej polityce. Czy autor tak naprawdę jest nacjonalistą, który uważa że "kiedyś było jakoś lepiej?" Nie da się ukryć iż w tekście czuć tęsknotę za dawnymi czasami, za dawnym patriotyzmem, ludźmi którzy potrafili walczyć za wolność. Dziś społeczeństwo i cały świat rządzi się własnymi prawami. Żyjemy w jednej wielkiej globalnej wiosce, podniecając się coraz to nowymi aferami. Kiedy zaginął Lanny, media od razu zwietrzyły sensację. Gazety rozpisywały się o "starym" pedofilu, nieodpowiedzialnych rodzicach czy też narkotyzującym się chłopcu. Im bardziej kontrowersyjny był artykuł, tym stawał się bardziej poczytny. Kiedy po kilku dniach dziecko nadal nie zostało odnalezione, jednak nie przybywało żadnych faktów czy wskazówek co do tego, co mogło się stać z chłopcem, wszyscy zaczęli się sprawą nudzić. Wozy transmisyjne pojechały goniąc za inną sensacją, innym "zaginionym" dzieckiem. Jedynymi, którzy nadal martwili się losem chłopca, byli jego rodzice i szalony Pete. Każdy z nich wymyślał w swojej głowie scenariusze, z których jedne były niepokojące, inne dawały nadzieję a jeszcze inne szokowały. Bo kto by pomyślał, że ojciec chłopca może życzyć mu śmierci a matka odczuwać zarówno wielkie przerażenie jak i swojego rodzaju ulgę? "Lanny jest książką" która odsłania wszystkie nasze słabości, wystawia je na światło dzienne i ośmiesza nas jako gatunek ludzki. 

Pomimo faktu, iż powieść ta ma szczęśliwe zakończenie, choć w tym wypadku szczęście to pojęcie względne, to ja po jej przeczytaniu nadal czuję niepokój i pewnego rodzaju brak satysfakcji, który mi towarzyszy przy świeżo zakończonej lekturze. Jeszcze żadna książka nie wzbudziła we mnie takich emocji jak Lanny. Była przerażająco piękna w swojej prostocie, odrażająca w czynach naszych bohaterów i pogmatwana jeśli chodzi o ich myśli. Można ją czytać na wielu przeplatających się poziomach i myślę, że za każdym razem odkryjemy w niej coś nowego. To zarówno satyra na dzisiejsze czasy, jak i współczesna baśń czy przerażający thriller. 

Jak wiemy Max Porter, za swoją powieść, nie dostał nagrody Bookera. Nawet nie dostał się do szóstki wyróżnionych finalistów. Miałam okazję przeczytać kilka z nominowanych książek i muszę przyznać iż w tym roku poziom był zdecydowanie nie wyrównany. Autor który ma na swoim koncie zaledwie dwie książki musiał walczyć z takimi wyjadaczami jak rewelacyjna Margaret Atwood czy niezastąpiony Salman Rushdie. Moim zdaniem i tak wielkim osiągnięciem było dostanie się na listę trzynastu "nominowanych". "Lanny" zdecydowanie zasłużył na swoje miejsce i wierzę, że któraś z kolejnych powieści autora, zdobędzie sam szczyt. Szczerze tego panu Porterowi życzę, gdyż rzadko zdarzają się autorzy o takiej wrażliwości i talencie. Polecam. 


Tytuł : "Lanny"
Wydawnictwo : Zysk i S-ka
Data wydania : 17 wrześnie 2019
Liczba stron : 220
Tytuł oryginału : Lanny


Za możliwość przeczytania i zrecenzowania książki serdecznie dziękuję wydawnictwu :  




 
 
 
 
            Książka bierze udział w wyzwaniu czytelniczym :


http://www.posredniczka-ksiazek.pl/2019/01/olimpiada-czytelnicza-2019-zapisy.html

"Wielkie polowanie" Robert Jordan

"Wielkie polowanie" Robert Jordan

Wiecie co? Uwielbiam oldschoolowe fantasy. Moja sympatia wynika zapewne z dwóch powodów : po pierwsze sama jestem troszkę oldschoolowa (czytaj-nie pierwszej daty) a po drugie mam wrażenie, że dawniej autorzy fantastyki poświęcali więcej czasu w proces tworzenia. Spójrzcie chociażby na dzieła Tolkiena czy też Martina (tak tak, tego ostatniego też zaliczam do starej szkoły, gdyż "Gra o tron" pisana była i jest do tej pory już od kilkudziesięciu lat). Cykle tych autorów nie można nazwać inaczej niż monumentalnymi. Stworzyli oni oryginalne, zbudowane od podstaw światy, pełnokrwistych bohaterów i historie, które znane są kilku pokoleniom czytelników. Tolkien wymyślił nawet kilka własnych języków, jak chociażby elficki, które są poprawne zarówno pod względem fonetycznym jak i gramatycznym. Czy wyobrażacie sobie coś takiego w dzisiejszych czasach? W XXI wieku mało który autor wysila się ponad to by stworzyć ciekawą historię. Fakt faktem ciężko jest dziś wymyślić coś oryginalnego jednak nadal dziwi to, że mało kto próbuje. Dlatego też czytelnicy oldschoolowi, tacy jak ja czy mój tata, muszą wyszukiwać takie perełki jak Koło Czasu Roberta Jordana i od nowa się zachwycać. Bo przecież już to czytaliśmy...ale kolejny raz nadal bawi i cieszy, może nawet bardziej. 

Rand al’Thor i jego przyjaciele wyruszają na Wielkie Polowanie, by zdobyć upragniony Róg Valere, a wraz z nim sławę i władzę nad światem. Szlak wyprawy wiedzie przez nieznane miasta i krainy, krzyżujące się i rozchodzące drogi, gdzie czekają go potyczki ze Sprzymierzeńcami Ciemności i trollokami. Walka o Róg toczy się w aurze magii, reliktów innych Wieków, eksperymentów z jedyną Mocą, ale również w atmosferze przyjaźni i miłości.

Nie da się ukryć iż konikiem Roberta Jordana są powieści, które "nigdy się nie kończą". "Wielkie Polowanie" to drugi w kolejności tom cyklu koło czasu, przez wielu czytelników i recenzentów uznawany za najlepszy. Ponieważ kilkanaście lat temu udało mi się przeczytać wszystkie części i (uwaga, uwaga) zrobiłam to w języku angielskim, chciałabym przyznać im rację, niestety nie mogę. Po pierwsze dlatego iż uważam, że książek Jordana nie powinno się oceniać samodzielnie, jako pojedynczych tomów, lecz jako całość. Owszem jedne są lepsze, inne gorsze, jednak każda coś wnosi, coś buduje i jest nieodzowną częścią cyklu. Po drugie czytając tę historię w języku angielskim, który nie jest moim pierwszym, nie byłam w stanie wyłapać wszystkich niuansów czy gier słownych, więc poniekąd w porównaniu do czytelników anglojęzycznych byłam troszkę poszkodowana. Zdecydowanie sporo rzeczy mi umknęło, części nie zrozumiałam a jeszcze inne zapomniałam. Dlatego też bardzo się cieszę, że wydawnictwo Zysk i S-ka dało mi możliwość ponownego przeczytania tego cyklu. Dziś, jako osoba dorosła inaczej postrzegam świat, wiem dużo więcej na temat gatunku fantasy a literaturę nie czytam tylko dla rozrywki, lecz by coś z niej wyciągnąć, nauczyć się, zapamiętać. Tom drugi Koła Czasu rozpoczyna się dokładnie tam gdzie zakończył się pierwszy i, jak większość powieści tego gatunku, głównym motywem fabularnym jest pogoń, tym razem za złodziejem starożytnego potężnego artefaktu. Bohaterowie pragną zdobyć Róg Valere, który ma im dać władzę nad światem. Jeśli lubicie fantasy drogi, jak chociażby tolkienowy Hobbit, to "Wielkie polowanie" z pewnością przypadnie wam do gustu. Oprócz pierwszych powiedzmy 20 procent książki, całość jest jedną wielką wędrówką/pościgiem. Robert Jordan przyzwyczaił nas do tego, że nie przywiązuje zbytniej wagi do tempa narracji. Choć jest to autor, który uwielbia bawić się słowami, to nie zawsze używa ich do tego by popchnąć akcję do przodu. Jest tutaj sporo przegadanych fragmentów, niepotrzebnych opisów oraz powtórzeń, które mają wpływ na nasz komfort czytania. Te spowolnienia wybaczyłam jedynie dlatego, że cała historia jest wprost niesamowita oraz oczywiście dlatego, że trzeba szanować autorów, którzy swoich dzieł nie piszą na kolanie, tylko poświęcają im czas. A wierzcie mi by napisać z sensem ponad 1000 stron to naprawdę trzeba troszkę nad tym posiedzieć. 
Podobnie jak w pierwszej części tak i tutaj autor rozpoczyna z przytupem. Jest akcja, są fajerwerki i wzruszenia, dzieje się naprawdę dużo, co pozytywnie nastraja czytelnika. Mniej więcej od jednej trzeciej książki, czyli mniej więcej ta gdzie konkurentki zbliżają się ku końcowi, fabuła spowalnia. Momentami miałam wrażenie, że nasi bohaterowie drepczą w miejscu. Autor bardziej skupia się na wykreowanych przez siebie sylwetkach i ich problemach, niż na samej wędrówce. Karawana niby nadal posuwa się do przodu, jednak jej tempo zdecydowanie zmalało. Jednak nie martwcie się, zazwyczaj jest tak, że po przestoju i chwilowym odpoczynku, czeka na nas wielka niespodzianka. To nie jest tak, że autor zupełnie odbiega od tematu i próbuje zanudzić czytelnika na śmierć, co to to nie. Tutaj przez cały czas budowana jest atmosfera, która ze strony na stronę się zagęszcza. Czytając wiedziałam, że zbliża się coś wielkiego i się nie pomyliłam. Ostatnie kilkaset stron było literackim i gatunkowym majstersztykiem. 

Skupmy się teraz na bohaterach. Większość z nich poznaliśmy już w pierwszym tomie, jednak dopiero tutaj możemy obserwować jakie przemiany w nich zachodzą, jak dorastają i uczą się, często na swoich błędach. Główną postacią jest Rand al'Thor, który budził we mnie mieszane uczucia. Wielu czytelników i znawców literatury fantasy przyrównuje tego młodego chłopaka do Frodo z Władcy Pierścieni. Podobnie jak znany hobbit, Rand również miał misję, od której zależało ocalenie świata i podobnie jak on, zebrał swoją drużynę, która miała mu w tym pomóc. Tych podobieństw jest zdecydowanie więcej. Obaj są konsekwentni, uparci i czasami podejmują dziwne, często tragiczne w skutkach decyzje. Wielokrotnie się irytowałam postawą Randa, który (podobnie jak Frodo), chciał wszystko dźwigać na własnych barkach i nikomu nie chciał wyjawić sekretów. Jego niechęć do podejmowania niektórych działań, choć w końcowym rozliczeniu i tak musiał to zrobić, sprawiała że dłonie mi się zaciskały w pięści. Lubię upartych bohaterów o ile upór ten, nie jest tożsamy z głupotą. 
Jednak nawet w momentach kiedy byłam wściekła i zła na to co wyrabia Rand i spółka, czułam że ich postawa była zrozumiała. Sama, gdyby przyszło mi wejść w ich skórę, pewnie położyłabym się na ziemi i zaczęła płakać. 
Jak napisałam wyżej, duża część tego tomu, skupia się na psychice naszych bohaterów i jej rozwoju. Czytelnik jest w stanie dokładnie poznać osobowość postaci, co jest bardzo pożyteczne, gdyż przed nami jeszcze kilka opasłych tomów. Tak naprawdę to przygoda się dopiero zaczyna, więc warto wiedzieć z kim mamy do czynienia, warto poznać ich myśli, wady i zalety, wyrobić sobie własne zdanie, pokochać bądź też znienawidzić. W tomie tym pojawia się sporo nowych postaci i żadna z nich nie jest potraktowana po łebkach. Jordan uwielbia tworzyć i każdy z bohaterów jest dopracowany w najdrobniejszych szczegółach. Nikt tutaj nikogo nie przyćmiewa, każdy jest oryginalny, złożony.  Co prawda nadal moimi ulubionymi postaciami (pomimo wszystko) byli Rand i Loial, jednak inni, jak chociażby Lan czy Perrin, również zasłużyli na uwagę. 


Krytycy zarzucali Jordanowi, że w budowaniu swojego realmu, za bardzo wzoruje się na Tolkienie. Po przeczytaniu pierwszego tomu, nie można nie przyznać im racji. Jednak na usprawiedliwienie autora powiem, że ciężko jest się na "mistrzu fantasy" nie wzorować, bo Tolkien praktycznie wymyślił ten gatunek, więc wszystko po nim będzie w jakimś stopniu kopią. Mniejszą lub większą. W tym tomie Jordan jest zdecydowanie bardziej oryginalny. Świat, który przemierzają nasi bohaterowie jest rozbudowany i dopracowany w najdrobniejszych szczegółach. Da się go chłonąć jak gąbka. Urzekł mnie ciekawy i nowatorski system magiczny, zachwyciły proroctwa i przepowiednie. Nawet nazwy cięć mieczem miały oryginalne, choć nieco pokręcone, nazwy. 

Przed przystąpieniem do lektury tej książki radzę się wam dobrze przygotować, wyciszyć i znaleźć w sobie pokłady cierpliwości. Nie da się ukryć iż proza Jordana może czytelnika wymęczyć, jest jak bieg maratonu truchtem, niby zbliżamy się do mety, jednak długo nie jest ona w naszym zasięgu. Po prostu musimy się przyzwyczaić do szczegółowych opisów czy nadmiernych przemyśleń bohaterów. Niektórzy powiedzą, że dużo tutaj słów, lecz mało treści. Jest w tym ziarenko prawdy, ale taki właśnie jest styl autora i dzięki temu jest niepowtarzalny. Po przeczytaniu zakończenia tego tomu zdałam sobie sprawę, że tak naprawdę jestem dopiero na początku wielkiej przygody. I muszę przyznać iż bardzo mnie to odkrycie ucieszyło. Już się nie mogę doczekać aż będę mogła czytać dalej. A wam polecam zacząć od początku. 


Tytuł : "Wielkie polowanie"
Autor : Robert Jordan
Wydawnictwo : Zysk i S-ka
Data wydania : 30 września 2019
Tytuł oryginału : The Great Hunt 


Za możliwość przeczytania i zrecenzowania książki serdecznie dziękuję wydawnictwu :  




 
 
 
 
            Książka bierze udział w wyzwaniu czytelniczym :


http://www.posredniczka-ksiazek.pl/2019/01/olimpiada-czytelnicza-2019-zapisy.html

Copyright © 2014 CZYTANKA NA DOBRANOC , Blogger