"Obietnica poranka" Romain Gary

"Obietnica poranka" Romain Gary

     Wstyd się przyznać, że dopóki w moje ręce nie trafiła książka "Obietnica poranka", nie zdawałam sobie sprawy z istnienia Romaina Kaceva, znanego francuskiego pisarza publikującego pod pseudonimem Romain Gary. Jest to tym bardziej dziwne, gdyż autor ten, jako jedyny w historii, dwukrotnie zdobył Nagrodę Goncourtów, był również mężem znanej francuskiej autorki. "Obietnica poranka" to nie tylko powieść autobiograficzna, to również przepiękne studium miłości i poświęcenia, pomiędzy matką a synem. W przeciwieństwie do bohaterów romantycznych, Romain Gary nie pragnął umrzeć dla idei, tylko zrobił wszystko by udało mu się przeżyć. Jedna złożona w dzieciństwie obietnica, była siłą napędową całego jego życia. Wszystkie literackie sukcesy, zostanie ambasadorem, wysokie odznaczenia wojskowe za zasługi wojenne, wszystko to było wynikiem ciężkiej pracy Garyiego oraz fantazji i marzeń jego rodzicielki. Ta dwójka ludzi jest doskonałym przykładem na to, że odcięta przy porodzie pępowina, nabiera głębszego wymiaru, i zostaje z nami do końca życia. 

Romain Gary urodził się w Wilnie 1914 roku. We wczesnym dzieciństwie został osierocony przez ojca. Jego wychowaniem zajęła się matka, której głównym celem stało się sprawienie by jedynemu synowi niczego nie zabrakło. Jednym z wielu jej marzeń było zobaczenie potomka w roli francuskiego dyplomaty i artysty, cieszącego się sława u boku pięknej i bogatej żony. Kiedy Romain miał 8 lat przeprowadzili się do Warszawy, gdzie chłopak ukończył szkołę i po raz pierwszy wystąpił na deskach teatru w przedstawieniu "Konrad Wallenrod". W wieku 14 lat, dzięki rezolutności i przedsiębiorczości matki, rodzinie udało się wyjechać do wymarzonej Francji. W czasie wojny służył  jako pilot i dorobił się odznaczenia za odwagę. W latach powojennych dostał nominację na ambasadora. Spełniło się również drugie marzenie jego matki, którym była publikacja książki. Dziś, prawie 40 lat po śmierci, uważany jest za jednego z najlepszych francuskich pisarzy. 

Choć "Obietnica poranka" jest książką autobiograficzną to nie mogłam się oprzeć wrażeniu, że poprzez opowiedzenie swojej historii, autor składa hołd najbliższej swojemu serca osobie, swojej rodzicielce. Jest ona obecna w każdym rozdziale, zdaniu a nawet słowie książki. Jest jej motorem, siłą napędową, pokuszę się nawet o stwierdzenie, że gdyby nie ona i jej fantazje, to Romain Gary, nadal żył by w Wilnie a jego egzystencja byłaby kopią losów zwykłych szarych ludzi. Jeśli kiedykolwiek będziecie się zastanawiać nad charakterystyką typowej "matki polki"(wszak rodzina miała polskie korzenie) to sięgnijcie po tę powieść. Jest ona doskonałym przykładem miłości rodzicielskiej w najlepszym a jednocześnie najgorszym wydaniu. Paradoks? Okazuje się, że jeśli jest mowa o uczuciach to musimy odejść od schematów i podziałów na czarne i białe. Matka Romaina była osobą przedsiębiorczą, silną, odważną i z głową na karku. Była gotowa sprzedać siebie, sąsiadów, ba, nawet to czego nie ma , byle tylko jej syn dostał to co najlepsze. Nie było dla niej rzeczy niemożliwych. Sama wyjadała chleb z tłuszczem z patelni, na której smażył się stek dla chłopca. Kłamała, bawiła się ludzką próżnością, otworzyła salon kapeluszy sygnowany imieniem znanego francuskiego artysty, który nic o tym nie wiedział. Była dobrą organizatorką. Zawsze w biegu, zawsze o dwa kroki naprzód. Z drugiej strony Romain nie miał szansy na posiadanie własnych marzeń, gdyż musiał spełniać te, które zrodziły się w głowie rodzicielki. Biegał od malarzy do muzyków czy tancerzy w poszukiwaniu talentu, spędził długie godziny na wymyślaniem pseudonimu literackiego, kończył szkoły, które miałyby mu ułatwić zostanie dyplomatą. Wszystko to by uszczęśliwić swoją ukochaną. Nie mogłam się oprzeć wrażeniu, że pomiędzy tą dwójką bohaterów, było coś więcej niż miłość matki do dziecka i odwrotnie. Widziałam tutaj uczucie na poły kazirodcze, takiej namiętności mogłabym się spodziewać raczej po parze kochanków. Momentami było to aż niesmaczne. Jednak pomimo tej silnej więzi, Romain nie stał się maminsynkiem czy pantoflarzem. Wyrósł na odważnego mężczyznę, pełnego pasji i miłości do kobiet, które odgrywały dużą rolę w jego życiu. Był pełen empatii i wrażliwości. 

Książka podzielona jest na 3 części. Pierwsza opowiada o latach dzieciństwa i wczesnej młodości autora i to właśnie ona najbardziej przypadła mi do gustu. Jest najzabawniejsza, najbardziej lekka i ciekawa. Śmiałam się do łez czytając o perypetiach młodego Romaina, który był wychowywany na wielkiego człowieka. Gnębiony przez rówieśników, zmuszany przez własną matkę do przemocy fizycznej w obronie jej honoru, pracujący ponad siły by wydobyć na wierzch talent, już od najmłodszych lat był niezwykle interesującą postacią. W sumie muszę przyznać rację jego matce, która wiedziała (nie wierzyła, a wiedziała, była przekonana), że jej syn zdobędzie sławę. Ktoś kto jest tak zdesperowany, odważny i nie boi się ciężkiej pracy musi odnieść sukces. Pewnie się zastanawiacie dlaczego tak się śmiałam? Przecież to co piszę to zbrodnia to dziecięcej niewinności i dzieciństwie. Jednak wszystko to było napisane w tak zabawny sposób, że nie znajdzie się nikt kto powstrzyma się przed chichotem. Widać, że autor ma dystans do samego siebie, i choć czasem trafiamy na nutkę rozpaczy i tęsknoty za czymś utraconym, to w powieść ta jest celebrą życia i miłości. Jest to typowe dla osób, którym udało się przeżyć wojenną zawieruchą. To właśnie ich cechuje ten słodko gorzki humor, któremu wprost nie udaje się oprzeć. 
Część druga opowiada o "latach francuskich". Romain zaczyna studia i nadchodzi czas na opuszczenie domu rodzinnego. Jest to również okres, kiedy autor poświęca się pisaniu i poszukiwaniu wydawcy. Początki są niezwykle trudne. Dochodzi nawet do tego, że przez kilka dni nic nie je, mdleje z głodu, jednak boi się przyznać matce do tego, że jego sztuka jest niedoceniana. Jak większość młodych mężczyzn tak i Romain interesuje się kobietami. Autor nie boi się pisać o ludzkiej cielesności i stosunkach seksualnych, choć brak tutaj erotycznych podtekstów. W latach studenckich spotykał się z kobietami i choć związki te trwały krótko, to zostały zapamiętane do końca życia. Każda "miłość" wniosła coś nowego, lekcję na przyszłość. 
Część trzecia to lata wojenne. Wyjazd do Afryki, dezercja i powrót w chwale. Te rozdziały były zdecydowanie mniej interesujące. Mamy tutaj więcej przemyśleń a mniej wydarzeń. Akcja zwalnia, momentami wręcz wieje nudą. Jednak zakończenie wynagrodziło mi wszystko. Płakałam a moje łzy były tak samo prawdziwe jak wydarzenia, które je wyzwoliły. 

"Obietnica poranka" jest dobrą powieścią opowiadającą o losach interesującego człowieka i wielkiego pisarza. Jej akcja kończy się tuż po wojnie, kiedy Romain wraca z frontu do domu rodzinnego. Ponieważ pisarz już nie żyje i kolejny tom nie powstanie, na własną rękę postanowiłam poznać jego dalsze losy. Okazało się, że były równie kolorowe. Jeszcze jako młody mężczyzna wyjechał do Stanów Zjednoczonych gdzie kontynuował karierę dyplomatyczną. Spełniał się również jako autor powieści. Dwukrotnie żonaty, w drugim związku oskarżył swoją żonę o romans z Clintem Eastwoodem. Kobieta popełniła samobójstwo. Rok później, w 1980 roku, Romain oddał strzał, który zakończył również jego życie. Jak widać sukces i sława nie gwarantują szczęścia, kiedy jedna kobieta sprawiła że chciał żyć i spełniać jej życzenia, tak druga wyprawiła go na tamten świat. 

Choć ma wady, "Obietnica poranka" jest z pewnością jedną z mądrzejszych i najbardziej "ludzkich" książek jakie dane było mi przeczytać. W historii tej, autor dzieli się z czytelnikiem swoimi poglądami na świat, miłość i wojnę, Czuć tutaj ból, jednak jest on rozrzedzony humorem. Książka ta budzi w nas, dawno zapomnianą, delikatność. Polecam tym co lubią śmiać się przez łzy.

Tytuł : "Obietnica poranka:
Autor : Romain Gary
Wydawnictwo : Prószyński i S-ka
Data wydania : 17 lipca 2018
Liczba stron : 368
Tytuł oryginału : La Promesse De L'aube


Za możliwość przeczytania i zrecenzowania książki serdecznie dziękuję wydawnictwu : 




https://www.proszynski.pl/
 
"Tappi i poziomkowa przygoda" wspaniała gra planszowa

"Tappi i poziomkowa przygoda" wspaniała gra planszowa

     Seria gier i książek o wikingu Tappim i trollu Gburku jest jedną ulubionych mojej czteroletniej córki. Marcin Mortka doskonale wie jak pisać dla dzieci, żeby słuchały z otwartymi ustami. Kiedy przy innych bajkach i baśniach moja pociecha usypia już po kilku minutach, tak Tappi może być czytany na okrągło i wciąż jest tak samo interesujący. Podobnie jest z grami. 
Jak tylko powiedziałam Julii, że już do nas idzie nowa planszówka, to codziennie stała przed furtką czekając na listonosza. I w końcu się doczekała. Wydawnictwo Zielona Sowa jak zwykle nie zawiodło i w nasze ręce trafił produkt najlepszej jakości. Już samo pudełko, dzięki niezwykłej, kolorowej szacie graficznej z zabawnymi bohaterami sprawia, że chce nam się bawić. Jednak wiadomo, że zabawki mają nie tylko dostarczać rozrywki lecz również trenować zdolności manualne, przemycać morały i uczyć. Dziecko grając nawet nie zdaje sobie sprawy jakich umiejętności opanowuje. Uczy się przegrywać, dowiaduje czym jest cierpliwość jak trzeba zaczekać na własną kolejkę lub wyrzucenie odpowiedniej liczby oczek. 

Przed przystąpieniem do gry należy się do niej przygotować. Nasi bohaterowie oraz tytułowe poziomki trzeba "wyłuskać" z kartonowych plansz, co samo w sobie jest świetną zabawą. Następnie przychodzi czas na złożenie choinek i udekorowanie ich malutkimi skrzatami i ptasimi gniazdami. Potem wybieramy bohatera. Jest ich paru : sowa (ulubiona mojej córki), jelonek, dzik, borsuk czy zajączek. Tutaj muszę nadmienić, że plansza, pionki oraz wszystkie inne elementy są wykonane z najlepszej jakości materiałów, odpornych na wodę (oczywiście w rozsądnych ilościach) oraz trwałych. Z pewnością gra ta, wystarczy nam na długie godziny. A te rysunki? Są wprost przepiękne. Zabawne, kolorowe, aż miło popatrzeć. 

Gra oferuje nam dwie przygody. Pierwszą z nich jest wyścig o poziomki, gdzie wygrywa gracz, który dojdzie do mety z największą liczbą owoców. W drugiej musimy jak najszybciej zbudować mostek, zebrać pięć poziomek oraz jedną choinkę. Oczywiście kto pierwszy ten lepszy. Czuć tutaj ducha rywalizacji, który motywuje do szybkiego rzutu kostką. Autorka gry pozostawiła miejsce na naszą kreatywność i zezwoliła na to by postaci mogły się poruszać w dowolnym kierunku. 
Gra ta rozwija również umiejętność liczenia. Co prawda tylko do sześciu, tyle ile oczek na kostce. Mojej córce sprawiało frajdę samo liczenie pól. Przesuwała również pionki innych graczy. 
Dodatkowo figurki choinki mogą wam posłużyć do zabawę w teatrzyk. Wierzcie mi dzieci są bardzo kreatywne w wymyślaniu scenariuszy. 

"Tappi i poziomkowa przygoda" to gra przeznaczona dla dzieci w wieku 4-5 lat, jednak przyniesie sporo frajdy również i starszym pociechom. Jest to doskonały sposób na spędzanie wolnego czasu dla całej rodziny. Gra jest na tyle elastyczna, że można wymyślać własne zasady. Niektóre dzieci nie lubią czekać, aż wyrzucą konkretną liczbę oczek, więc zamiast tej kary (kiedy spotkamy trolla) można dać dziecku inne zadanie do wykonania. Na przykład cofnąć się o kilka pól. Samo wymyślanie zasad jest świetną zabawą. 

Przygody Wikinga Tappiego z pewnością spodobają się waszym dzieciom i są jak najbardziej odpowiednie do tego by stać się pierwszą rodzinną grą planszową. Bawią, uczą kreatywności, rozwijają zdolności manualne oraz wzbudzają ducha walki. Gorąco polecamy tę oraz wszystkie poprzedniczki. I oczywiście nie zapomnijcie o książkach z tej samej serii.  

Bardzo dziękujemy wydawnictwu Zielona Sowa za udostępnienie egzemplarza gry w zamian za opinię. 


http://www.zielonasowa.pl/
 


"Bez opamiętania" Tina Mouneimné Van Roeyen

"Bez opamiętania" Tina Mouneimné Van Roeyen

     Tina Mouneimné Van Roeyen to osoba wybitnie utalentowana i choć "Bez opamiętania" jest jej beletrystycznym debiutem literackim (autorka do tej pory zajmowała się literaturą naukową) to nie macie się czego obawiać, jest to debiut na najwyższym, światowym poziomie. Książek o złamanych sercach, zdradach czy rozwodach na polskim rynku wydawniczym jest bez liku. Ciężko tutaj o oryginalność. Muszę się wam przyznać, że dość mam płaczliwych, przesiąkniętych zapachem szarlotki, powieści obyczajowych, gdzie czterdziestoletnie kury domowe wylewają żale nad mężem, który wybrał młodszą, kochankiem który odszedł czy przyjaciółką, która zdradziła. Chciałam się dowiedzieć co się dzieje w wielkim świecie, jak z problemami natury sercowej radzą sobie wykształcone europejki, które pod ręką nie mają tabunów babć, cioć i innych psiapsiółek od serniczka i miętowej herbatki. Miałam ochotę na literaturę bez kapci, taką na szpilkach. I właśnie to dostałam. 

Bohaterka naszej powieści ciężko przeżyła rozwód z mężem, z którym spędziła jedne z najlepszych lat swojego życia. Na początku była rozpacz i niedowierzanie, potem faza wyparcia, by na końcu kobieta wzięła sprawy swoje ręce i zaczęła życie od nowa. W tej niewielkich rozmiarów książce nasza protagonistka szuka recepty na szczęście i dobre życie. Poznaje smak przygody, podróżuje, poznaje coraz to nowych ludzi. Nie poddaje się w drodze do nowej, lepszej i pełniejszej egzystencji. 

"Bez opamiętania" jest książką mądrą, napisaną przez mądrą autorkę i opowiadająca historię mądrej bohaterki. Już na pierwszy rzut oka widać, że mamy do czynienia z osobą, która dopiero po rozwodzie zdała sobie sprawę, że  dotychczas żyła w konformistycznej klatce osadzonej w skomercjalizowanym świecie. Podróżując w głąb umysłu bohaterki mamy wrażenie, że to właśnie w naszej obecności opadły jej klapki z oczu i ujrzała rzeczywistość wraz ze swoimi wadami i zaletami. Kiedy wraz z mężem powoli zamieniała się w "homo kanapus" rodem z produkcji Polsatu "Świat według kiepskich", świat i ludzie przechodzili nieustającą metamorfozę. Przegapiła moment, kiedy media społecznościowe z nośnika ważnych informacji i ciekawostek, zmieniły się w promocyjną tablicę informacyjną, klaser ze zdjęciami śliniących się bobasów i ich kupek, oraz fikcyjnych kont dawno zapomnianych szkolnych bohaterów, którzy zamiast w sławę obrastają w tłuszcz. Staliśmy się za bardzo facebookowi, instagramowi, tweeterowi. Interesują nas plotki, jak ta o lekarzu co mając raka spłodził dziecko dwóm lesbijkom, kolorowe magazyny i równie kolorowe programy o celebrytach. Zamiast mózgu zaczęliśmy używać oczu. Pochłonęło nas morze konsumpcjonizmu, tylko nikt nie dał nam koła ratunkowego. Autorka zwraca uwagę na fakt, że dziś już nikt nie sprawia sobie drobnych przyjemności, wszystko ma swój cel. Nawet wyjście do spa ma sprawić, że będziemy ładniejsi, jędrniejsi, szczęśliwsi. Jak kupujemy książkę to znajomi zamiast spytać o czym była, lub czy nam się podobała, pytają czy złapaliśmy ją w promocji. Przechodząc z jednego końca centrum handlowego na drugie, uzbieramy całą kieszeń ulotek reklamowych. Nasze życie zmieniło się w ciągłą pogoń za dobrami doczesnymi. Zastanówcie się, z czym wam się kojarzą święta, i okres tuż przed nimi? Czy będzie to religijna zaduma, zapach kadzidła i kolędy, czy może pogoń za prezentami, kredyty gotówkowe by sprawić radość najbliższym i "Kevin sam w domu"? My, czytelnicy, to wszystko wiemy. W końcu żyjemy w tym świecie, obcujemy z nim. Nasza bohaterka dopiero go dostrzega. I obraz ten wywołuje w niej smutek. Żałuje nie tego, w jakim kierunku poszła cywilizacja tylko tego, że praktycznie nie ma już alternatywy na inne życie. Choć w głębi serca odrzuca dzisiejsze ideały, to wie, że musi się do nich dostosować. Mieszka więc w designerskim mieszkaniu, poddaje się peelingowi kawitacyjnemu, choć nie wie z czym to się je, odwiedza mode kawiarnie i restauracje i jednocześnie pozostaje sobą.

Po rozwodzie nasza bohaterka zdała sobie sprawę, że świat nie ogranicza się do jednego miasta ani nawet jednego kraju. Odkryła w sobie pasję do podróży. Afryka, Ameryka Południowa, Indie, które pokochała, to miejsca do których wracała wielokrotnie. Opisy tych podróży były tak realistyczne, że sama zapragnęłam wziąć plecak i wyruszyć w drogę. Nie były to typowe wakacje dzisiejszych dorobkiewiczów, którzy rozwalają cielska na brzegu basenu i z drinkiem w ręku patrzą w ekrany smartfonów. Nasza bohaterka podróżowała bez makijażu, bez znajomości języka, często nie wiedząc gdzie będzie nocować ani co jeść. Były to typowe spontany wypełnione rozmowami z przypadkowymi ludźmi i lekturą książek. W końcu udało jej się rozwinąć skrzydła i spełniać na wielu frontach. Wyjazd na Islandię w ramach wolontariatu, obrona pracy doktorskiej, kurs języka portugalskiego, to tylko niektóre z przykładów aktywności naszej bohaterki. Zdała sobie sprawę, że jej życie przed rozwodem było gnuśne i asekuranckie. Teraz dzięki terapii psychologicznej oraz rodzinie i przyjaciołom wygrała na nowo swoje życie. 
Co uwielbiałam w naszej bohaterce to jej niezwykły intelekt, zdolność analizy oraz sarkazm. Wyobraźcie sobie wszystkie cechy, które nie pasują do kobiet, pomóżcie je razy dwa, i upchnijcie w kobiece ciało. Taka właśnie jest nasza protagonistka. Totalne przeciwieństwo typowej "matki polki, wyzwolona, wulgarna, oczytana i twardo stąpająca po ziemi. Nie boi się przyznać, że nie lubi dzieci, za to marzy o szybkim sexie, nie umie rozpalić ogniska rodzinnego, za to fascynują i podniecają ją zupełnie obcy ludzie. Muszę przyznać, że jest to jedna z bardziej wyrazistych, fikcyjnych postaci kobiecych jakie dane mi było poznać. Ktoś, z kim mogę się utożsamiać. 

"Im fasada piękniejsza, tym dramaty większe", zdanie to jest jednym z wielu pięknych cytatów, którymi jest napakowana książka. Autorka zadaje czytelnikowi wiele pytań, zmusza go do zastanowienia i prowokuje do dyskusji. Kim jesteśmy? Co nas motywuje? Co sprawia, że jesteśmy szczęśliwi?





https://sztukater.pl/
"Listy (nie)miłosne" Natalia Sońska

"Listy (nie)miłosne" Natalia Sońska

     Przygody z polską powieścią kobiecą ciąg dalszy. Choć wieść gminna niesie, że Natasza Sońska pisać umie a jej powieści wzbudzają skrajne emocje, to mnie niestety nie była w stanie porwać. Pomysł wydał mi się oklepany, młoda kobieta zostawiona przez mężczyznę, wpada w ramiona innego, który pomoże jej się wylizać i wyleczyć złamane serce. W przypadku takich scenariuszy mogą być tylko dwa zakończenia : powrót starego albo rozkwit nowej miłości. Na próżno czekać na zwroty akcji, momenty kulminacyjne, dreszczyk emocji czy chociażby zabawne pomyłki. Jest to typowa powieść obyczajowa jakiej spodziewają się tysiące polskich czytelniczek. Rodzima autorka jak zwykle nie zawodzi, a pozytywne komentarze sypią się jak z rękawa. Czemu ja w takim razie podchodzę do tej powieści z dystansem i sceptycyzmem? 

Zosia została porzucona przez mężczyznę, który wydawał się być miłością jej życia. Igor odszedł pozostawiając po sobie list i mnóstwo wspomnień. Po kilku miesiącach od rozstania, dziewczyna zaczyna spotykać się ze Staszkiem, który jest w niej bezgranicznie zakochany. By pozbyć się wspomnień razem próbują zrealizować wszystkie punkty ze specjalnej listy, którą Zosia stworzyła wraz z byłym chłopakiem. Ma to być formą terapii, która pozwoli dziewczynie odnaleźć się w nowej rzeczywistości bez Igora. Czy Staszek dostanie swoją szansę na szczęście u boku ukochanej? Czy jest on jedynie "plastrem" na złamane serce"? 

Choć zdążyłam się przyzwyczaić do faktu, że większość kobiecych bohaterek w polskiej literaturze obyczajowej, jest mało rozgarniętych, nudnych i stylizowanych na typowe, nowoczesne, matki polki, to za każdym razem kiedy spotykam kogoś kto wpasowuje się w ten schemat, nie mogę oprzeć się westchnieniu. Dlaczego ja nie znam takich kobiet? Dlaczego moje koleżanki czy przyjaciółki nie umawiają się na herbatki, nie jedzą szarlotki, nie chodzą wcześnie spać bo je głowa boli i nie są takie flegmatyczne? Tym razem nie dość, że nasza główna bohaterka jest dwudziestoletnią "babcią" to na domiar złego jest nieczuła i egoistyczna. Rozumiem, że rozstanie, szczególnie w przypadku długoletniego związku, może poważnie nadszarpnąć psychikę, jednak czy od razu musimy zadawać ból innym? Po co Zofia spotykała się ze Staszkiem, skoro wszyscy dookoła (nawet on sam) wiedzieli, że go nie kocha i traktuje jak "wróbla w garści". Tylko po to by nie chodzić samej do kina czy móc z kim wyprowadzać psa? Nie rozumiem dlaczego autorka w ogóle wprowadziła motyw tego związku. Nie wystarczyło połączyć Zofię i Staszka przyjaźnią? Byłoby bardziej wiarygodnie i mój stosunek do protagonistki z pewnością by był bardziej pozytywny. Chociaż fakt pozostawania w związku bez "miłości" nie jest jedyną rzeczą, która wpłynęła na mój odbiór bohaterki. Zosia jest istotą leniwą, niesamodzielną i dziecinną. Ma 24 lata a nadal bierze pieniądze od matki, wraca do domku wczesnym wieczorem i zamiast szukać pracy, zawraca głowę swoim, nieco bardziej zorganizowanym i odpowiedzialnym znajomym. W sumie się nie dziwię, że jak w końcu znalazła sobie posadkę, to najbliżsi wyprawili jej przyjęcie. Kolejna rzecz do korekty to zdolności kucharskie głównej bohaterki. Jedną z rzeczy na (nie)miłosnej liście jest ugotowanie skomplikowanej potrawy. Kiedy ten punkt jest omawiany Zofia przyznaje się, że nie potrafi gotować i przypala nawet wodę...nie za bardzo wiem jak to się ma do tego, że przygotowała kilkudaniową kolację dla swojego brata i jego dziewczyny oraz kilkukrotnie w tekście chwalone są jej zdolności kulinarne? Czyżby talent wrodzony, który ujawnił się znienacka? 
Zabrakło mi tutaj perspektywy Igora. O ileż pełniejszy byłby obraz i wydźwięk tej powieści gdyby i on został dopuszczony do głosu. Ponieważ autorka na początku nie zdradza nam przyczyny zerwania to wymyślałam w głowie różne, nawet te nieprawdopodobne, scenariusze. Może był gejem? Może chorował na HIV i nie chciał zarazić partnerki? Niestety powód okazał się banalny i jedyne co wywołał to uniesienie brwi. Reszta bohaterów (oprócz naiwnego pantoflarza Staszka,nad którym nie zamierzam się rozwodzić) to postaci epizodyczne, którym nie zostało poświęcone zbyt wiele czasu. Może w kolejnych tomach?

"Listy (nie)miłosne" są zdecydowanie książką o miłości a konkretnie o jej braku. Zofia, by zapomnieć o  byłym narzeczonym, poddaje się dość zadziwiającej terapii, jaką jest pisanie listów do ukochanego, który ją zostawił. Na dobrą sprawę, by poznać całą fabułę tej książki i co najważniejsze wszystkie myśli kłębiące się w głowie głównej bohaterki, wystarczyło przeczytać właśnie te epistoły. Drugim elementem terapii było zrealizowanie wyzwań wymyślonych wspólnie z byłym. Nie wiem kim trzeba być, jak bardzo głupim czy zakochanym człowiekiem, by się na coś takiego zgodzić. Spełniać marzenia swojego poprzednika i do tego czerpać z tego przyjemność. Pomysł co prawda był ciekawy, choć nieco ściągnięty z powieści Greena "Papierowe miasta", lecz wydał by się o wiele bardziej wiarygodny jeśli Staszek byłby jedynie przyjacielem. Rozumiem, że autorka chciała przedstawić proces narodzin miłości, jednak nie wydaje mi się, żeby człowiek był w stanie to uczucie w sobie wyhodować. A czy naszej bohaterce się udało? Tego wam oczywiście nie zdradzę. 
Pozytywną postacią w książce była mama Zofii, kobitka w sile wieku, zamożna wdowa, która postanowiła otworzyć się na świat i czekające na nią możliwości. Zakochała się i postanowiła walczyć o swoje. Muszę przyznać, że była dowodem na to, że człowiek zakochany głupieje, jednak w jej przypadku było to raczej zabawne i pocieszne niż śmieszne i żałosne. Postać ta przekazuje nam czytelny sygnał, że nigdy nie jest za późno na zmiany. Daje nadzieję i wiarę w lepsze jutro. 

Ciężko jest recenzować książkę, która praktycznie nie ma fabuły, bo parę wyjść do knajpy i wyjazdów w plener nie można nazwać wciągającym scenariuszem. Liczyłam na to, że język i styl autorki, okażą się czymś wyjątkowym, w końcu setki czytelniczek nie mogą się mylić. I choć książka została napisana poprawnie to w większości opierała się na ciągłych powtórzeniach i monotonii. Jednak trudno się temu dziwić w przypadku, kiedy nasza główna bohaterka, jest postacią raczej depresyjną. Zastanawiam się jaka treść znajdzie się w następnych tomach, gdyż jedyne co przychodzi mi do głowy to kolejne nudne sprawozdanie z kolejnych nudnych dni z życia nieciekawych bohaterów. Już w "Na Wspólnej" się więcej dzieje. Niestety ja odpadam. Myślę jednak, że i bez mojej rekomendacji, książka ta znakomicie się sprzeda i poradzi na rynku. To jest to co lubią polskie czytelniczki a gusta ciężko jest zmienić. I nie warto o nich dyskutować. 


Tytuł : "Listy (nie)miłosne"
Autor : Natalia Sońska
Wydawnictwo : Czwarta Strona
Data wydania : 5 września 2018


Za możliwość przeczytania i zrecenzowania książki serdecznie dziękuję wydawnictwu : 



http://czwartastrona.pl/
 




"Czerń kruka" Ann Cleeves

"Czerń kruka" Ann Cleeves

     Szetlandy to miejsce, które zawsze chciałam odwiedzić, mroczne, surowe, pełne mitów, legend i duchów. Dlatego, jak tylko się dowiedziałam, że Ann Cleeves wybrała właśnie te wyspy na miejsce akcji swojej najnowszej powieści, to od razu wiedziałam, że książka ta musi trafić w moje ręce. Nie rozczarowałam się. W pierwszej części cyklu poznałam ciekawych, barwnych bohaterów, których mam nadzieję spotkać i w kolejnych tomach. Akcja jest utrzymana na stałym tempie a jej zwroty i fałszywe tropy zmuszają czytelnika do ciągłego trzymania ręki na pulsie. Książka ta zainspirowała mnie do obejrzenia jej telewizyjnej adaptacji nakręconej przez platformę Netflix. I choć różni się ona w detalach to muszę przyznać, że filmowcy odwalili kawał dobrej roboty, więc również polecam. Kochani nie wahajcie się przed sięgnięciem po tę lekturę. Polecam wszystkich wielbicielom zagadek i kryminałów, które są czymś więcej niż krwawą sieczką. 

Podczas powrotu do domu, Fran Hunter, znajduje zwłoki swojej nastoletniej sąsiadki, Catheriny Ross. Dziewczyna padła ofiarą dusiciela a jej ciało porzucono na śniegu. Podejrzenia małej, wyspiarskiej społeczności, spadają na samotnika Magnusa. Na miejsce zbrodni dociera Jimmy Perez, który upiera się by przeprowadzić pełne dochodzenie. Okazuje się, że nie jest to pierwsza zbrodnia, popełniona na wyspie. 8 lat wcześniej zaginęła mała dziewczynka, której ciała nigdy nie odnaleziono. Obie ofiary zamieszkiwały ten sam dom. Czy sprawcą jest jedna i ta sama osoba? Po raz pierwszy od lat sąsiedzi Catherine nerwowo ryglują drzwi, zdając sobie sprawę, że pośród nich mieszka morderca.

Ann Cleeves, jest pisarką znaną i cenioną, również na polskim rynku wydawniczym. Jej niesamowita seria z inspektor Verą Stanhope zdobyła sobie wielu wielbicieli, ludzi którzy z niecierpliwością czekają na kolejne tomy. Tym razem autorka przyszła do nas z czymś nowym. Kolejnym cyklem zatytułowanym "Kwartet szetlandzki", którego głównym bohaterem jest Jimmy Perez. Choć nazwisko ma hiszpańskie, postać ta jest jak najbardziej lokalna. Urodzony na małej wysepce, która staje się miejscem akcji pierwszego tomu, opuszcza dom rodzinny by spełniać się zawodowo na kontynencie. Jimmy jest rozwodnikiem, który mieszka wraz z przybraną córką. Łączy go silna więź z matką, która namawia go do powrotu do domu. Choć wątek ten nie do końca został rozwinięty w tym tomie, następne mogą przynieść odpowiedzi na dręczące nas pytania, między innymi : jakie relacje panują pomiędzy inspektorem a jego rodzicielką? Czemu kobieta tak nalega na powrót syna. 
Jimmy Perez to postać silna, odważna i sprawiedliwa, to właśnie on jest motorem tej powieści, czymś co sprawia, że nie możemy się od niej oderwać. Założę się, że nie znajdzie się nikt kto publicznie skrytykuje inteligentnego i cierpliwego detektywa. To postać, która automatycznie wzbudza naszą sympatię. W krajach angielsko języcznych taką osobę jak Jimmy nazywają "people person". W dzisiejszej literaturze kryminalnej rzadko zdarza nam się trafić na śledczego, który stara się zrozumieć ofiary i im współczuć. Taki dla którego nie są najważniejsze statystyki tylko dotarcie do prawdy. Perez kieruje się empatią i zrozumieniem, śledztwo opiera na próbie zrozumienia psychiki ofiary co, w jego mniemaniu, jest kluczem do sukcesu. Jedną z jego wielu zalet jest umiejętność rozmowy z ludźmi dotkniętymi tragedią. Sama jego obecność sprawia, że zaczynają oni mówić. I choć do samego końca możemy odczuć, że społeczność traktuje go jak outsidera, to zdobył on powszechny szacunek i akceptację.
Kolejną postacią, która mnie zafascynowała jest Magnus Tait, zamknięty w sobie starszy mężczyzna, mieszkający na uboczu samotnik, którego jedynym zajęciem jest wyglądanie przez okno i cotygodniowe zakupy w miasteczku. Jest on doskonałym przykładem na to, że boimy się odmienności. To właśnie on, stał się głównym podejrzanym. Jednak im bardziej poznawałam jego historię tym mocniej w nią wsiąkałam, aż na końcu nie pozostało we mnie nic innego jak współczucie dla tego bohatera. Choć powinnam, nie mogłam zmusić się do nienawiści.

Szetlandy to niezwykle ponura, szara i niegościnna kraina, która jest wprost idealną scenerią dla kryminału. To miejsce pogrążone w mroku przez 365 dni w roku. Atmosfera powieści Cleeves, nieubłaganie kojarzyła mi się ze świetnymi kryminałami Louise Penny, których akcja również rozgrywała się w małych klaustrofobicznych miejscowościach. Podobnie jak tam, również i tutaj poznaliśmy wielu mieszkańców miasteczka, których życie pełne było tajemnic i sekretów. Wraz z rozwojem powieści pojawiało się coraz więcej poszlak, tropów i potencjalnych morderców. Jest to typowy kryminał, w stylu Agathy Christie, gdzie głównym zadaniem dla czytelnika jest rozwiązanie zagadki : kto jest mordercą? Jedyne czego mi brakowało to mapy miejsca akcji,. O wiele łatwiej by mi było śledzić poczynania bohaterów, jeśli bym wiedziała gdzie na dany moment się znajdują i jaki fragment miasteczka widać z czyjego okna.  Zależności i więzi łączące poszczególnych mieszkańców możemy porównać do włókien sznura. Zadaniem Ann Cleeves jest ten sznur rozplątać. 
Podobał mi się klimat w jakim utrzymana była powieść. Już po pierwszych kilkunastu stronach na własnej skórze odczułam, że nie jestem mile widzianym obserwatorem. Mała wyspiarska społeczność, jest podejrzliwa w stosunku do przybyszów z zewnątrz i chociaż wyspy znajdują się pod szkocką jurysdykcją to bliżej im do kultury norweskiej. Akcja powieści toczy się podczas przygotowań do święta świateł, Up-Helly_Aa. Festiwal ten nawiązuje do najazdów rabunkowych przybyszów ze Skandynawii, których osady na Szetlandach zaczęły powstawać ponad tysiąc lat temu. Nazwy wielu miejscowości do dziś świadczą o napływie wikingów na te tereny. W takim miejscu możemy odczuć kontrast pomiędzy nowoczesnością a tradycją. 

Choć  w "Czerni kruka" nie znajdziemy wielu zwrotów akcji a fabuła może wydawać się przewidywalna, to uważam, że jest warta przeczytania chociażby ze względu na warstwę obyczajową oraz elokwentny język, jakim posługuje się autorka. Jest to głęboka powieść o nastoletnich przyjaźniach i szaleństwach młodości. Autorka nie opisuje lecz maluje obrazy przed oczami czytelników. Historia, dzięki czystej narracji, jak dywan, rozwija się przed naszymi oczami. Śledztwo opisane jest w sposób szczegółowy i misterny. Czytając tę książkę miałam prawdziwe wrażenie miejsca i czasu, co jest rzeczą dość rzadką w thrillerach. Sekrety były dobrze ukryte, wręcz zakorzenione w małej, wyspiarskiej społeczności. 

Nie jest to pierwsza książka Ann Cleeves, którą czytałam, jednak zdecydowanie jedna z najlepszych. Nie bez powodu właśnie ona została wybrana na odcinek premierowy serialu. Jeśli znudziły was krwawe, brutalne kryminały, których akcja toczy się na ulicach wielkich miast, jeśli lubicie zagadki, których rozwiązań należy szukać w psychice bohaterów i nie boicie się surowego, zimnego klimatu Szetlandów, to jest to książka dla was. Dla mnie była to powieść wyraźna, dobrze napisana i z satysfakcjonującym zakończeniem. Polecam.


Tytuł : "Czerń kruka"
Autor : Ann Cleeves
Wydawnictwo : Czwarta Strona
Data wydania : 22 sierpnia 2018
Tytuł oryginału : Raven Black



Za możliwość przeczytania oraz zrecenzowania książki serdecznie dziękuję wydawnictwu :


http://czwartastrona.pl/

"Terapia ketonowa" Bruce Fife

"Terapia ketonowa" Bruce Fife

     Jeszcze w czasach liceum byłam bardzo zdziwiona, kiedy po powrocie z wakacji, zobaczyłam w szkolnej ławce koleżankę z klasy, chudszą o 20 kilogramów. Moje zdziwienie było jeszcze większe jak mi powiedziała, że źródłem jej sukcesu była dość kontrowersyjna dieta, polegająca na jedzeniu samych tłustych rzeczy : kiełbas, boczków, mięsa. Jadła i chudła. Wtedy nie mogłam w to uwierzyć, dziś wiem, że specjalnie wprowadziła się w stan ketozy, kiedy to stężenie wyprodukowanych z tłuszczów ciał ketonowych jest większe niż stężenie glukozy. Dieta ta nie dość, że pomaga schudnąć to jest również sojusznikiem w walce z chorobami neurodegeneracyjnymi jak Alzheimer czy choroba Parkinsona. Doktor Bruce Fife, zebrał cały dostępny materiał na temat terapii ketonowej, i umieścił do w książce, która szczęśliwie trafiła w moje ręce. Można się z niej dowiedzieć wielu interesujących rzeczy zarówno o budowie naszego organizmu i procesach metabolicznych, jak i o właściwościach produktów, które spożywamy. 

Głównym celem tej książki jest udowodnienie czytelnikowi, że dieta ketogeniczna jest dobra na wszystkie dolegliwości i choroby. Już na samym wstępie dostajemy długą listę przypadłości, w walce z którymi może okazać się niezwykle pomocna. Dla przykładu podam zaledwie kilka z nich : nowotwory, padaczka, cukrzyca, choroba Retta, autyzm. Jest ich jednak zdecydowanie więcej, dlatego uważam, że jest to poradnik uniwersalny. Każdy z nas znajdzie w swojej rodzinie choć jedną osobę z daną jednostką chorobową, którą można znaleźć na liście. Czy zatem wszyscy powinniśmy przerzucić się na dietę? 
Ciała ketonowe powstają w efekcie rozpadu kwasów tłuszczowych i są głównym źródłem energetycznym dla większości narządów, w tym mózgu i nerek. Do ich powstania potrzebujemy "dobrych" tłuszczów, które znajdują się wyłącznie w produktach z najwyższej półki. Są nimi olej kokosowy, olej z awokado, olej MCT i wiele innych dostępnych na półkach w naszych marketach. Człowiek mieszkający na prowincji, może mieć problem z kupnem odpowiednich składników (choć dziś sklepy internetowe docierają wszędzie), gdyż część z nich, w Polsce, nadal zaliczanych jest do towarów luksusowych. Kolejnym składnikiem niezbędnym w diecie ketogenicznej jest mięso. Również i ono musi być dobrej jakości, a co za tym idzie będzie nas więcej kosztowało. Od kiedy badania potwierdziły, że spożycie odpowiedniej ilości łyżek oleju kokosowego dziennie, pozwala na modyfikację diety i zwiększenie limitu spożywanych węglowodanów, stała się ona mniej restrykcyjna (człowiek już nie musi się budzić w nocy i jeść w celu produkcji ciał ketonowych) i mniej nuda. Możemy jeść więcej owoców i warzyw i choć liczbę węglowodanów należy ograniczyć do minimum, zapomnieć o śmieciowym jedzeniu czy słodyczach, to w internecie pojawia się wiele ciekawych przepisów, które pozwolą na zróżnicowanie diety i przełamanie jej monotonii. 

Autor w ciekawy i przystępny sposób (choć i tu nie obyło się od akademickich wtrąceń i definicji) przedstawia nam schemat działania ludzkiego organizmu. Szczegółowo opisuje proces metabolizmu i wymienia składniki odżywcze, których potrzebujemy do dobrego funkcjonowania. Jednak nie mogłam się oprzeć wrażeniu, że książka to ma jednego głównego bohatera i jest nim olej kokosowy. Jest on remedium na dosłownie każdą dolegliwość. Autor posunął się nawet do tego, że wyszczególnia ile łyżek tego specyfiku powinniśmy zażywać w przypadku konkretnych chorób, ciąży czy po prostu profilaktycznie. Choć jest to książka o diecie ketogenicznej, ludzie, których historie poznaliśmy, zamiast skupiać się na samej diecie, w większości opowiadali o tym jak to olej kokosowy wpłynął na ich zdrowie, komfort psychiczny oraz jakość życia. W pewnym momencie zdałam sobie sprawę, że ciągle czytam o tym samym. Zmieniały się jedynie nazwy chorób i imiona bohaterów a reszta pozostała ta sama. Ciągłe peany na temat oleju oraz "dobrych" tłuszczów. Samej diety było tutaj jak na lekarstwo. Oczywiście sięgając po tę książkę wiedziałam, że ma ona omawiać pewne mechanizmy i procesy zachodzące w naszym organizmie a nie być źródłem przepisów, jednak spodziewałam się że autor choć  wspomni co można jeść a czego należy się wystrzegać. 

Rak to jedna z najgroźniejszych współczesnych chorób, która rokrocznie zabija tysiące ludzi. Prawie codziennie dowiadujemy się, że ktoś z naszych bliskich lub bliskich naszych bliskich zachorował czy umarł. Jest to choroba podstępna, która często nie daje żadnych objawów, a jak poznajemy diagnozę często jest już zbyt późno na leczenie. Dlatego robimy wszystko by nie dopuścić do siebie choroby. Stosujemy terapie, uprawiamy sporty czy zmieniamy styl życia, zrobimy wszystko byle tylko uciec przed rakiem. Książka ta będzie z pewnością źródłem inspiracji dla osób, które stosują metodę zapobiegania. Autor rzetelnie opisuje na jakiej zasadzie działają komórki nowotworowe, czym się żywią i co powoduje ich  wzrost. Jedną z przyczyn dla których dieta ketogeniczna pomaga chronić nas przed nowotworem jest fakt iż ketony pobudzają nasz układ immunologiczny. Dostarczamy sobie również mniejszą ilość cukrów, a wiadomo, że rak lubi jak jest słodko. Jednym ze sposobów walki z tym podstępnym skorupiakiem jest zagłodzenie.

Nie da się ukryć, że terapia ketogeniczna (dieta plus olej kokosowy) ma więcej zalet niż wad, jednak tych drugich nie należy lekceważyć. Zdziwiło mnie, że autor nie wspomniał by przed przejściem na dietę, która w diametralny sposób zmienia nawyki żywieniowe, zasięgnąć porady lekarza i dietetyka.Nie jest to dieta dla każdego i raczej nie powinna stanowić modelu żywieniowego w przypadku ludzi zdrowych. Do największych zalet należą : szybko widoczne efekty, brak napadów głodu, zwiększenie wydajności mózgu i systemu immunologicznego, widoczne efekty poprawy zdrowia u pacjentów z różnymi schorzeniami w tym padaczką czy nowotworami. Z najczęstszych wad warto wymienić jej restrykcyjność, kosztowność, częste oddawanie moczu i możliwość powstania kamicy nerkowej czy porfirii. Do was należy wybór co przeważy w tej walce. 

"Terapia ketonowa" (choć samej terapii mamy tutaj jak na lekarstwo), to poradnik, którego autor zdaje sobie sprawę, że nie wszyscy czytelnicy mają choćby podstawową wiedzę z zakresu funkcjonowania ludzkiego organizmu. Autor przekazuje wyniki swoich badań i analizę zebranego materiału, w sposób przystępny i ciekawy. Znajdziemy tutaj sporo ciekawostek oraz historii z życia wziętych. Książka ta może nam dać nadzieję na poprawę, nawet w najbardziej beznadziejnych przypadkach. Choć jedyną dietą na której byłam jest kopenhaska, tak czytając o tym jaki zbawienny wpływ na funkcjonowanie naszego organizmu mają ciała ketonowe, zastanawiam się czy nie podjąć wyzwania i nie wybrać się do sklepu mięsnego po kawałek wołowego antrykotu. Jednak póki co wypiję łyżeczkę lub dwie oleju kokosowego, zaszkodzić nie zaszkodzi a efekty może mieć wymierne. Polecam. 



Tytuł : "Terapia ketonowa" 
Autor : Bruce Fife
Wydawnictwo : Vital
Data wydania : 11 maja 2018
Liczba stron : 472
Tytuł oryginału : Ketone Therapy: The Ketogenic Cleanse and Anti-Aging Diet


Za możliwość przeczytania i zrecenzowania książki serdecznie dziękuję portalowi :
https://sztukater.pl/
Nie jest ona przeznaczona dla każdego i nie może stanowić podstawowego modelu żywnościowego, jednak z powodzeniem nadaje się na redukcję oraz stosowanie w celu złagodzenia objawów insulinooporności.

http://bonavita.pl/dieta-ketogeniczna-poznaj-jej-zalety-i-wady
Copyright © 2014 CZYTANKA NA DOBRANOC , Blogger