"Punkt widzenia" Małgorzata Rogala

"Punkt widzenia" Małgorzata Rogala

     Kilka dni temu skończyłam czytać "Zapłatę" Małgorzaty Rogali i od razu postanowiłam wziąć się za następną książkę z cyklu o Tomczyku i Górskiej. Niestety nie posiadałam tomu drugiego więc rzuciłam się od razu na głęboką wodę i korzystając z uprzejmości wydawnictwa Czwarta Strona, sięgnęłam po tom szósty, który wczoraj trafił do księgarni. Muszę przyznać, że przeskoczenie kilku części było ciekawym doświadczeniem. Mogłam zobaczyć jaką metamorfozę przeszedł styl autorki i jak wiele się przez ten czas nauczyła. Już czytając poprzednie książki wiedziałam, że Rogala ma talent i to "coś" co sprawia, że czytelnik automatycznie staje się wielbicielem. Mi nie pozostaje nic innego jak przejść się do księgarni i nadrobić zaległości. A więc zaczynajmy.

Jeden z sędziów, znany z kontrowersyjnych wyroków, dostaje e-mail, na którym jego córka jest gwałcona i mordowana. Wyjaśnienie tej zbrodni staje się priorytetem dla policji, dlatego Agata Górska musi przerwać urlop i pilnie wrócić do Warszawy. Gdy śledcza zagłębia się w sprawę, odkrywa gęstą sieć zależności i tajemniczych koneksji. Jaką rolę w sprawie odegra przeszłość jej partnera – Sławka Tomczyka? Czy Agata będzie mogła nadal mu ufać?

Poprzednią książkę autorki przeczytałam w zaledwie trzy godziny, z tą zeszło mi się dłużej. Jednak nie martwcie się, to nie dlatego, że była nudna. Zagadka jest tutaj o wiele bardziej skomplikowana, czcionka mniejsza, a fabuła nie dość że dostarcza dużej dawki rozrywki to jeszcze skłania do przemyśleń. Tematy poruszane w książce są współczesne, kontrowersyjne i wymagające  przegadania. Kilka lat temu oglądałam rewelacyjny film z Kevinem Spacey i Kate Winslet "Życie za życie", o karze śmierci w Stanach Zjednoczonych. Fabuła niniejszej książki od razu skojarzyła mi się z tym obrazem. Co prawda głównym tematem nie jest krzesło elektryczne a niesprawiedliwe wyroki dla przestępców, czy wręcz wypuszczanie ich na wolność, jednak nie mogłam się oprzeć wrażeniu, że te dwa dzieła mają ze sobą duże wspólnego. I tam i tutaj wszystko poszło nie tak.
Muszę przyznać, że autorka miała pomysł, i ani razu nie zboczyła z wybranej przez siebie ścieżki. Napięcie było cały czas na najwyższym poziomie, pojawiły się również brutalne sceny, których zabrakło mi w pierwszym tomie. To już nie jest literatura dla kobiet, które mają ochotę przeczytać coś mocniejszego, tylko "rzecz" dla prawdziwych fanów kryminału. Podoba mi się to, że autorka odważyła się wyjść poza utarty schemat. Jest tutaj mniej miłosnych dramatów i warstwy obyczajowej. Pojawiła się za to dobra policyjna robota, wnikliwe śledztwo. Rogala zdecydowanie skręciła w kierunku kryminału proceduralnego i chwała jej za to. Podobnie jak we wcześniejszym tomie rysy psychologiczne bohaterów, zarówno tych głównych jak i pobocznych, są nieco rozmazane jednak jest to dość częste w tym gatunku. Rogala liczy na to, że przez sześć tomów zdążyliśmy poznać naszych bohaterów i się z nimi zaprzyjaźnić. Ja osobiście nie miałam tej przyjemności i byłam bardzo zdziwiona tym , co się w międzyczasie wydarzyło. Szczęka mi opadła i zadzwoniła o podłogę. Jednak właśnie to lubię najbardziej. Jak wszystko się zmienia i płynie. Bohaterowie dorastają. Czytając ten tom obiecałam sobie, że kupię poprzednie i nadrobię wszelkie zaległości. Koniecznie. Co prawda autorka wspomina co się wydarzyło w przeszłości, jednak ja chcę więcej detali, szczegółów i szczególików. Naprawdę polubiłam Górską i Tomczyka. Może dlatego, że są bardzo naturalni, prawdziwi i wielowymiarowi. Każdy z nas by chciał mieć takich przyjaciół.

Na koniec pierwszego tomu rozstałam się z naszymi bohaterami, kiedy byli na dobrej drodze do znalezienia wielkiej miłości. Górska zaczęła się spotykać z taksówkarzem Michałem a Tomczyk z przyjaciółką swojej partnerki, fotografką Justyną. Wyglądało na to, że taki stan rzeczy zastanę w kolejnych tomach. Byłam bardzo zdziwiona kiedy okazało się, że wszystko wylądowało do góry nogami. Michał nie żyje??? Agata wylądowała w ramionach kolegi z pracy a Justyna wyjechała za granicę do swojej nowej miłości? Minęło dopiero kilka lat, dwa może trzy, a tutaj takie zmiany. Widać, że autorka nie próżnowała w poprzednich tomach. W recenzji "Zapłaty" zwróciłam uwagę na to, że element romansu i dramatów osobistych bohaterów nie przytłaczał fabuły. Cieszę się, że Rogala poszła za ciosem i potrafiła zachować umiar i w kolejnych częściach. Co prawda każdy rozdział, każde kolejne spotkanie z protagonistami sprawia, że poznajemy ich coraz lepiej, jednak to zabójstwo i zagadka nadal są motywem głównym książki. A tym razem działo się naprawdę wiele.
Zamordowana została córka sędziego, który kilka lat wcześniej wypuścił na wolność człowieka oskarżonego o gwałt. Zwalniając go z aresztu z powodu braku wystarczających dowodów skierował na siebie falę nienawiści, która w szczególności rozlała się po forach internetowych. Książka Rogali porusza ważny temat jakim jest sprawiedliwość i odpowiedzialność sędziowska. Niektórzy nazywają sędziów bogami, gdyż mają w rękach władzę prawie absolutną. Decydują o czyimś przyszłym życiu a czasem nawet i śmierci. Nie możemy jednak zapominać, że każdy może się mylić. Źle zinterpretować dowody, poddać się presji opinii publicznej, pokierować się sympatią czy skusić na łapówkę. Ta książka pokazuje nam, że prawda zawsze wyjdzie na jaw a winni zostaną ukarani, jednakże droga do sprawiedliwości może być długa i krwista. Zagadka morderstwa nastolatki jest skomplikowana. Okazuje się, że grono osób mających powód do pozbycia się dziewczyny z każdą stroną się powiększa. Mógł to być zazdrosny chłopak, wściekła przyjaciółka lub ktoś z otoczenia ojca ofiary, kto nie zgadzał się z zasądzonym wyrokiem. Dziś, kiedy każdy ma dostęp do internetu, znalezienie mordercy jest naprawdę trudne. Sieć pozwala nam zachować anonimowość i doskonale przygotować się do zbrodni, którą chcemy popełnić. Internet może zniszczyć człowieka. Fala hejtu ma moc rujnowania karier i życia. Autorka w dosadny sposób uświadamia nam jak brutalni i bezwzględni potrafią być ludzie, jeśli zapewni się im anonimowość.  

To co zwróciło moją uwagę w "Zapłacie" to nadmierne używanie nazw własnych. Kocham Warszawę, gdyż jest to moje miasto rodzinne, jednak jestem w stanie zrozumieć ludzi, którzy tutaj nie byli, nie znają topografii, i czy rzecz się dzieje na ulicy Kochanowskiego czy Dzielnej, jest im zupełnie obojętne. Tym razem autorka powstrzymała się od podawania dokładnej lokalizacji a nazwy własne zastąpiła ogólnymi jak : sąd, komisariat czy park. Moim zdaniem wyszło o niebo lepiej a czytelnicy nie muszę korzystać z żółtego ludzika Google by sprawdzać gdzie w danym momencie znajduje się bohater i mogą skupić na intrydze kryminalnej.

Małgorzata Rogala kolejny raz udowodniła, że jest znakomitą pisarką. Jest otwarta na krytykę, uczy się na błędach i cały czas doskonali swój warsztat. Aż się boję pomyśleć co będzie za kilka lat, może nawet dostanie się do panteonu moich ulubionych twórców.  Póki co jej książki zapewniają mi świetną rozrywkę do białego rana. "Punkt widzenia" ociera się momentami o gatunek thrillera psychologicznego i zaciskam kciuki by autorka skręciła w tym kierunku. Z tyloma pomysłami, znakomitym stylem i pasją będzie w stanie stworzyć coś bardzo dobrego. Polecam.   


Tytuł : "Punkt widzenia"
Autor : Małgorzata Rogala
Wydawnictwo : Czwarta Strona
Data wydania : 30 stycznia 2019
Liczba stron : 335 




Za możliwość przeczytania i zrecenzowania książki serdecznie dziękuję wydawnictwu : 
 
 
 
 
Książka bierze udział w wyzwaniu czytelniczym :


http://www.posredniczka-ksiazek.pl/2019/01/olimpiada-czytelnicza-2019-zapisy.html
 

"Odium" Katarzyna Grzegrzółka

"Odium" Katarzyna Grzegrzółka

   Odium : uczucie niechęci lub nienawiści do kogoś, kogo obarcza się winą za coś. Ta słownikowa definicja zwróciła moją uwagę. Można by się spodziewać, że autor używając właśnie tego słowa , zamierza podkreślić i nadać znaczenie, wydarzeniom które doprowadził do tragedii. W lesie znaleziono ciało młodej dziewczyny, była gwałcona, torturowana, cięta nożem. Na jej ciele znaleziono wypalony znak krzyża. Osoba zdolna do takiego bestialstwa albo jest psychopatą albo przeżyła w życiu coś szokującego, co sprawiło że jedynym sensem jej istnienia pozostała zemsta. Sięgając po tę książkę, spodziewałam się mrocznej tajemnice z przeszłości, przerażającej prawdy, która wyjdzie na jaw. Myślałam, że "odium" będzie mieć mocne podstawy. Niestety historia, którą opowiada autorka nie jest czymś co zaskakuje. Mało tego, wydarzenia które rozegrały się w przeszłości, mogłyby być udziałem wielu z nas. Owszem są przykre jednak nie wystarczające by usprawiedliwić konsekwencje. Jako czytelnik czuję się troszkę zawiedziona, szczególnie że przez cały czas czekałam na wielki finał a dostałam tylko list pożegnalny. 

W lasku znalezione zostają zwłoki młodej, zmasakrowanej i zgwałconej dziewczyny. Na miejscu zbrodni pojawia się komisarz Bury. Charakter i liczba obrażeń świadczą o niepohamowanej, wręcz szaleńczej nienawiści zabójcy do swojej ofiary. Obok ciała leży pomięta kartka z rozmazanym napisem "Odium". Niestety wszystko wskazuje na to, że ta zbrodnia to dopiero początek koszmaru, a każdy dzień zwłoki w odnalezieniu sprawcy może poskutkować kolejną bestialsko zamordowaną ofiarą.

Kolejna książka i kolejny mocny początek. Ciasne pomieszczenie, klatka, i dwójka zamkniętych w nim ludzi. Młoda kobieta i kilkuletnie dziecko. Oboje drżą z przerażenia, pragną się uwolnić, lecz wiedzą, że gdzieś za drzwiami czyha potwór. Kolejny akapit. Ciało znalezione w lesie. Zmasakrowane, sponiewierane, zbezczeszczone. Już wiemy że kobiecie się nie udało znaleźć drogi wyjścia. I jeszcze ten krzyż wypalony na ciele. Czy zamordowana była ofiarą w krwawym rytuale? Czy morderca działał w imię "Boga"? A może sam za takiego się uważa. I ten napis...słowo "Odium" znalezione przy ofierze. Co ono symbolizuje? Nienawiść? Rządzę zemsty? Muszę przyznać, że zaczęło się naprawdę ciekawie. Autorka nie szczędziła nam krwawych detali, opisów sekcji zwłok czy miejsc zbrodni. Choć przyzwyczaiłam się, że polskie pisarki tworzą kryminały w wersji "light" tak tym razem było brutalnie, mrocznie i typowo po męsku. Na dodatek nie jest to książka "jednego ciała" i jednej zbrodni. Trup ściele się gęsto i nigdy nie wiadomo z której strony nadejdzie kolejny cios. Komisarz Bury wraz ze swoją ekipą będą mieć trudny orzech do zgryzienia. Nad dynamiką akcji czuwa również prokurator i "Stary", nadzorujący śledztwo. Śledczy muszą się śpieszyć z rozwiązaniem zagadki, i to właśnie ten pośpiech sprawia, że kryminał na odpowiednie tempo. Czytało się naprawdę dobrze. Autorka ma lekką rękę, potrafi zainteresować i zaintrygować czytelnika. Przez cały czas myślałam, że mam do czynienia z jakąś wielką sprawą, czymś na miarę "Czerwonego smoka" Thomasa Harrisa (książkę polecam), wprost nie mogłam doczekać się zakończenia.  Jednak jak przyszło co do czego to poczułam się oszukana. Jest to jedna z tych książek, które nie mają punktu kulminacyjnego. Wyobraźcie sobie rozpędzający się pociąg, lokomotywę mozolnie wspinającą się pod górę. Spodziewamy się, że jak zdobędzie szczyt to runie z pędem w dół. Niestety okazuje się, że wyjechała na równinę i spokojnie odjeżdża w siną dal. Tak właśnie było z "Odium" przez 3/4 książki autorka wspaniale budowała napięcie, posadziła mnie na krawędzi krzesła i naprawdę zainteresowała. Dziś, kiedy czasem mam wrażenie, że wszystko zostało już napisane, jest to naprawdę sztuką. Jednak pod koniec książki odniosłam wrażenie, że Grzegrzółce wyczerpały się pomysły. Autorka pisząc zakończenie poszła drogą na skróty. Owszem dostaliśmy odpowiedzi na wszystkie nasze pytania jednak nie było to wynikiem policyjnego śledztwa. Paradoksalnie książka mogła się składać wyłącznie z początku i zakończenie, bo cała reszta to po prostu dodatek do fabuły. Co prawda interesujący i wciągający, jednak w ogólnym rozrachunku bez większego znaczenia. 

Tym co mi się podobało to warstwa obyczajowa. Narracja w książce prowadzona jest dwutorowo. Poznajemy tutaj zajmującego się śledztwem komisarza Burego, oraz Aśkę, młodą barmankę. Fabuła podzielona jest na czas rzeczywisty i to co zdarzyło się kilka miesięcy wcześniej, zbudowana jest na zasadzie kontrastu. Z jednej strony mamy brutalne morderstwo, okaleczone ciało i ukrywającego się psychopatę, który nie powiedział jeszcze ostatniego słowa, a z drugiej lejący się w barze alkohol, pączkującą miłość, pikniki i kąpiele w jeziorze. Przez cały czas towarzyszy nam jednak niepokój. Wiemy, że ta szczęśliwa, uśmiechnięta i spokojna barmanka, trzymająca się na uboczu normalna dziewczyna, nie żyje. I zastanawia nas co się wydarzyło. Czy mordercą jest nowo poznany, uroczy chłopak? A może natrętny klient lub były partner? Nieco mniej prawdopodobne wydaje nam się, żeby za nóż mogła chwycić najbliższa przyjaciółka, ale przecież w dzisiejszych czasach wszystko jest możliwe. Atmosfera strachu budowana jest stopniowo. Aśka pada ofiarą prześladowcy. Ktoś stoi pod jej blokiem, puka do drzwi, nie odzywa się w słuchawce telefonu. Dziewczyna czuje się obserwowana, dyskomfort się pogłębia, paranoja narasta. Te same uczucia buzują w czytelnikach. Ręczę wam, że jeśli będziecie czytać tę książkę wieczorową porą, to nie raz zjeżą wam się włoski na karku. Jak na debiut literacki to muszę przyznać, że wyszło bardzo dobrze, gęsto i klimatycznie. "Odium" to książka z pogranicza powieści kryminalno-obyczajowej i thrillera, czyli dokładnie to co lubię. 
Zachwycił mnie również komisarz Bury, którego mam nadzieję spotkać w kolejnych częściach. Jest to człowiek doświadczony, inteligentny, spokojny i z mocnym kręgosłupem moralnym. Oczywiście nie obyło się bez złamanego serca, nieudanego związku i problemów osobistych, jednak nikt przecież nie jest doskonały. Wprowadzając dość rozbudowaną warstwę obyczajową autorka tworzy dobre podstawy do kolejnych części. Ta jest jedynie wieczorkiem zapoznawczym. Ja to zdecydowanie kupiłam. Bury mnie zaciekawił, a jego miłosne perypetie nie przytłoczyły fabuły. Ciekawi mnie jak dalej potoczą się jego losy, bo życzę mu jak najlepiej. Liczę również na to, że w kolejnych częściach lepiej poznam innych śledczych i ich życie prywatne. 

"Odium" czyta się bardzo szybko. Mi zajęło to zaledwie kilka godzin. Duże litery, mnóstwo dialogów i prosty język sprawiają, że książkę wręcz się pochłania. Nie ma tutaj rozbudowanych opisów, oprócz tych dotyczących sekcji i miejsc zbrodni, dokładnych portretów psychologicznych czy monologów wewnętrznych bohaterów. Jest dokładnie tak jak w dobrym kryminale : szybko, mocno i ostro. To jest jedna z tych książek nad którymi nie musicie się zbytnio zastanawiać, ponieważ autorka prowadzi was po nitce do kłębka nie zostawiając miejsca na przemyślenia czy analizę. Zresztą nie ma się zbytnio nad czym tutaj zastanawiać. 


Katarzyna Grzegrzółka to osoba, o której ciężko jest znaleźć jakiekolwiek informacje w internecie. Nie wiem czy jest matematykiem czy biologiem, a może dziennikarzem czy technikiem, nie wiem czy kończyła warsztaty pisarskie czy może jest samoukiem. Jedno wiem na pewno, jest doskonałym przykładem na to, że zawsze warto spróbować swoich sił, w każdej dziedzinie. Iść za głosem serca. "Odium" to dobry debiut. Owszem zakończenie rozczarowuje, retrospekcje momentami wprowadzają chaos i spowalniają fabułę, jednak całość zrobiła na mnie dobre wrażenie. Myślę, że powinniśmy dać szansę autorce i zmotywować ją do napisania kolejnych tomów. Komisarz Bury ma przed sobą przyszłość. A ja chcę się dowiedzieć co się stało z Baśką. Dajcie im szanse. Polecam.


Tytuł : "Odium"
Autor : Katarzyna Grzegrzółka
Wydawnictwo : Zysk i S-ka
Data wydania : 29 stycznia 2019
Liczba stron : 320 



Za możliwość przeczytania i zrecenzowania książki serdecznie dziękuję wydawnictwu :  




 
 
 
 
            Książka bierze udział w wyzwaniu czytelniczym :


http://www.posredniczka-ksiazek.pl/2019/01/olimpiada-czytelnicza-2019-zapisy.html
 

"Zapłata" Małgorzata Rogala

"Zapłata" Małgorzata Rogala

Kilka miesięcy temu po udanej pierwszej randce z autorką, kiedy miałam przyjemność przeczytać "Kopię doskonałą" obiecałam sobie, że koniecznie musimy to powtórzyć. Sięgając po "Zapłatę" mniej więcej wiedziałam czego mogę się spodziewać : szybkiej akcji, prostego języka i ciekawych bohaterów. I właśnie to dostałam. W swoim życiu przeczytałam sporo kryminałów i thrillerów. Jedne przeraziły mnie swoją mroczną atmosferą jeszcze inne trzymały w napięciu i sprawiały, że obgryzałam paznokcie. Tutaj nie było aż takich emocji, niemniej jednak czytało się przyjemnie. Zagadka nie jest skomplikowana, wzmianki o moim rodzinnym mieście jak zwykle cieszą oczy a romanse nie zdominowały fabuły, czego się obawiałam. Jednym słowem było przyjemnie. To zdecydowanie jedna z tych książek, które można przeczytać na jednym posiedzeniu, bez zbytniego angażowania szarych komórek. Takiej literatury też potrzebujemy, szczególnie pod koniec męczącego dnia. Rogala bardzo dobrze wypełnia tę niszę.


Starsza aspirant Agata Górska i komisarz Sławek Tomczyk wezwani zostają na miejsce zbrodni, do jednego z warszawskich night clubów. Ofiarą okazuje się młody prawnik. Jeden z przyjaciół mężczyzny odnalazł jego ciało w toalecie. Prawdopodobną przyczyną śmierci było otrucie. prawa może mieć związek ze śmiertelnym pobiciem sprzed ośmiu lat. Śledztwo staje się łamigłówką, której początek tkwi w przeszłości. Ktoś nie chciał, żeby prawda ujrzała światło dzienne i bardzo się postarał, żeby zatrzeć ślady zbrodni.

Muszę przyznać, że "Zapłata" jest jedną z tych książek, które szokują już na samym początku. W pierwszym rozdziale poznajemy nastoletnią dziewczynkę, molestowaną przez lekarza-pedofila. Naprawdę mocne prawda? Autorka na wstępie zrzuca bombę a potem, już do samego końca, rażeni jesteśmy jej odpryskami. Co prawda motyw pedofilii jest jedynie wydarzeniem z przeszłości, które pozwala nam lepiej poznać naszą główną bohaterkę, jednak sam wątek główny jest równie wstrząsający. Ktoś morduje z zimną krwią. Nie używa do tego żadnych skomplikowanych narzędzi czy broni. Wybrał dość niekonwencjonalną metodę : trucizny. I to te ogólnodostępne, rosnące w przydomowych ogródkach. Czytając tę książkę przypomniałam sobie moją fascynację botaniką i przestrogi mojej babci : tego nie jedz, to jest trujące, to powoduje wysypkę a to ślepotę. Przerażające jest to, jak łatwo możemy kogoś otruć. Przepisy na śmierć w męczarniach dostępne są w Internecie. Nie trzeba chodzić po aptekach, bojąc się że zostaniemy rozpoznani, nie musimy trudzić się i zacierać dowodów. Wystarczy jeden, własnoręcznie przyrządzony, napar i dobra okazja, i załatwione. Trup na miejscu. Dziś wiedza gromadzona przez zielarki czy szeptuchy, jest ogólnie dostępna.  Książka ta skłoniła mnie do tego by lepiej poznać florę naszego kraju. Teraz, kiedy mam małe dzieci, bardziej zwracam uwagę jakie rośliny są w moim otoczeniu i co ewentualnie może trafić do małych buź. To, że rosnący na łąkach tojad może doprowadzić do uduszenia to wiedza podstawowa, jednak czy wiedzieliście, że trujące są nawet kwiaty doniczkowe, tak popularne w naszych domach? Piękne monstery mogą powodować choroby dróg oddechowych, cisy i niektóre inne rośliny, które sadzimy w ogródkach, mogą doprowadzić do nagłej śmierci. W sumie to cieszę się, że nie mieszkam w Australii czy którymś z krajów azjatyckich gdzie trujących przedstawicielek flory jest jeszcze więcej.
Muszę przyznać, że pomysł na mordercę-truciciela, który zamiast laboratoryjnie skomponowanych mieszanek, podał swoim ofiarom coś ogólnodostępnego jest dla mnie innowacyjny. Niektórzy autorzy dwoją się i troją, wymyślają skomplikowane receptury, a tutaj proszę, wystarczyło otworzyć atlas botaniczny i mamy gotowy pomysł na truciznę. A że roślinek o "morderczych" właściwościach jest sporo to i trupów można namnożyć. A wiadomo im więcej ciał tym ciekawszy kryminał. Wierzcie mi, tutaj się nudzić nie będziecie.


Małgorzata Rogala ma talent do kreowania postaci. Na całe szczęście nigdy ne musiałam utrzymywać bliższych kontaktów z przedstawicielami służb mundurowych, jednak jeśli by ktoś mnie spytał jak ich sobie wyobrażam to opisałabym dokładnie Sławka i Agatę. Ona, nieco postrzelona, inteligentna, skoncentrowana na pracy i lojalna, on twardo stąpający po ziemi, łasuch o dobrym sercu i stalowych nerwach. W parze tworzyli naprawdę zgrany i wzajemnie się dopasowujący duet. Na początku się troszkę obawiałam, że autorka zagoni ich do wspólnego łóżka, jednak dość szybko odeszła od tego pomysłu. Choć z pewnością w pracy do siebie pasują tak prywatnie są raczej dobrymi przyjaciółmi niż materiałem na małżeństwo. Zresztą Rogala miała inne plany co do ich samotności więc nie martwcie się. Jak to mówią : każda potwora znajdzie swojego amatora. Wszyscy wielbiciele polskiej literatury obyczajowej, kryminalno-obyczajowej i kryminalnej, pisanej przez kobiety, wiedzą, że wątek romansu jest czymś koniecznym, bez którego nie ma prawa powstać żadna dobra powieść. Rogala odrobiła lekcję i mamy tutaj i miłość, i mizianie i sex, jednak wszystko to jest tak ciekawie i zgrabnie wkomponowane w fabułę, że nie razi po oczach i nie przytłacza.
"Zapłata" nie jest typowym kryminałem proceduralnym, choć dość dużo czasu spędzamy na analizowaniu materiału dowodowego i oglądaniu miejsc zbrodni. Autorka oszczędziła nam jednak krwawych opisów i nieprzyjemnych szczegółów, a skupiła na samym śledztwie.Akcja z rozdziału na rozdział staje się coraz bardziej dynamiczna, poznajemy nowe wątki i dajemy się zapędzić w ślepe zaułki. Z początku myślałam, że rozwiązanie zagadki morderstwa będzie banalnie łatwe. Ba, spodziewałam się że to jedna z tych książek w których od samego początku znamy sprawcę i to od kłębka dochodzimy do nitki a nie na odwrót. Okazało się jednak inaczej a doprze zaplanowany zwrot akcji doprowadził do mocnego punktu kulminacyjnego. Samo zakończenie również okazało się zadowalające a ostatni akapit daje nam nadzieję na kolejne spotkanie z bohaterami. Już się nie mogę doczekać. 

Jako warszawianka lubię czytać książki, których fabuła osadzona jest w moim rodzinnym mieście. Każda nazwa własna, każda ulica czy miejsce przywoływało mnóstwo wspomnień. Saska Kępa, ulica Chmielna, popularne niegdyś lokale kojarzą mi się z intensywnym studenckim życiem, które niestety mam już za sobą. Rozumiem jednak, że dla czytelnika nie zorientowanego w topografii miasta, nazwy te mogą nic nie znaczyć. Tak samo jak mnie nie interesują zaułki Sztokholmu czy Moskwy. Tej lokalnej geografii było tutaj zdecydowanie za dużo. 

Małgorzata Rogala swoją przygodę z pisarstwem rozpoczęła od powieści obyczajowych, jednak dość szybko przerzuciła się na kryminały. My czytelnicy powinniśmy być jej za to wdzięczni. Autorka ma głowę pełną pomysłów i nic nie wskazuje na to by miały się one skończyć. Książki Rogali to kryminały ze średniej półki, coś niezobowiązującego do poczytania w autobusie czy wygodnym fotelu. Są jak kolejny odcinek ulubionego serialu, który cieszy lecz wiemy, że nie zapadnie w pamięć na długo. Już nie mogę się doczekać kolejnej odsłony i zobaczyć jak potoczą się losy nowo poznanych bohaterów. Całe szczęście autorka nie wystawiła mojej cierpliwości na próbę. Polecam.


Tytuł : "Zapłata"
Autor : Małgorzata Rogala
Data wydania : 14 listopada 2018
Liczba stron : 351




Za możliwość przeczytania i zrecenzowania książki serdecznie dziękuję wydawnictwu : 
 
 
 
 
Książka bierze udział w wyzwaniu czytelniczym :


http://www.posredniczka-ksiazek.pl/2019/01/olimpiada-czytelnicza-2019-zapisy.html
 
 



"Zraniony pianista" Maria Ernestam

"Zraniony pianista" Maria Ernestam

Na jednym z zaprzyjaźnionych blogów trafiłam na post, którego autorka uważa iż to właśnie "Zraniony pianista" zasługuje na miano najciekawszej i jednocześnie najlepszej książki 2018 roku. Po takiej rekomendacji nie mogłam zrezygnować z przeczytania tej powieści. Dodatkowym bodźcem była również postać samej autorki, które zachwyciła mnie swoim debiutem "Córki marionetek". A tym co przekonało mnie do tego by po dzieło to sięgnąć poza kolejnością, był fakt iż Maria Ernestam, czerpała inspirację z rzeczywistości a pierwowzorem tytułowego pianisty jest znany i ceniony Murray Perahia, którego powinni znać wszyscy, którzy interesują się muzyką klasyczną. Kiedy zsumujemy  ze sobą te trzy elementy powinniśmy dostać przepis na powieść doskonałą. Niestety czasem nawet najlepszy kucharz, może się pomylić i źle zmiksować składniki. Tutaj wyszło raczej słodko, jednak z odrobinką goryczy.

Veronika i Marieka przyjaźnią się od dzieciństwa. Kiedy umiera Klara, ukochana ciotka Veroniki, kobiety wpadają w wir wydarzeń, które podważą ich przyjaźń i odmienią całe życie. Porządkując mieszkanie zmarłej, kobiety odnajdują zdjęcia z odległych miejsc oraz tajemnicze zapiski. Postanawiają wyruszyć drogą wspomnieć. Trafiają do Malezji i San Francisco starając się odkryć drugą naturę Klary. Na swojej drodze spotykają  Jamesa, enigmatycznego i znanego pianistę, który budzi w nich prawdziwą fascynację. Przyjaciółki wikłają się w skomplikowaną relację, a rywalizacja między nimi prowadzi do tragicznego momentu, z którego nie będzie odwrotu.

Kiedy przeczytałam na okładce książki, że jej fabuła będzie się rozgrywać na kilku kontynentach, to pomyślałam sobie w duchu, że zapowiada się ciekawie. Lubię podróże, lubię Azję, Tajlandię, Malezję, a Stany Zjednoczone to miejsce gdzie planuję się wybrać na wakacje mojego życia. Już się nie mogłam doczekać aż autorka zabierze mnie z mokrej, zimnej i deszczowej Skandynawii wprost w tropiki. Chciałam poczuć słońce, zaduch, wilgoć, upał. Kąpać się w morzu, obcować z przyrodą jeść egzotycznie wyglądające potrawy i obserwować tubylców, a raczej tambylców. Okazało się jednak, że Ermestam nie przygotowała dla mnie żadnych atrakcji. Gdyby nie wzmianka o podróży samolotem i obco brzmiąca nazwa miejsca docelowego, w życiu bym się nie domyśliła, że opuściliśmy Europę, a nawet Szwecję. Langkawi mogłoby być absolutnie każdym miejscem na ziemi, gdyż nic go nie wyróżnia. Podobnie jak wszędzie gdzie jest dostęp do morza i plaży mamy tutaj turystów, hotele, zabawę, żaglówki i muzykę. Ani razu nie odniosłam wrażenia, że jestem w Azji, na dodatek w tak ciekawym kraju jakim jest Malezja. Zabrakło mi tutaj opisów, wprowadzenia w klimat. Ta książka nie ma ani smaku ani zapachu. Są tylko bohaterowie i ich problemy, a tło zostało ograniczone do minimum. Ciekawi mnie czy było to celowym zabiegiem autorki czy raczej brakiem znajomości tamtej części świata. Myślę, że jednak to drugie, gdyż fragmenty rozgrywane w Stanach Zjednoczonych były zdecydowanie lepiej udokumentowane. Chociaż i tutaj momentami nie mogłam uwierzyć, że znajduję się w Kalifornii, a nie powiedzmy Nowym Yorku. Atmosfera San Francisco była mroźna, wietrzna, można by śmiało powiedzieć, że bardzo skandynawska. Choć Ernestam podała kilka nazw ulic i lokalów, choć można było poczuć "jankeskiego" ducha, to Stany Zjednoczone z kart "Zranionego pianisty" są bardzo karykaturalne.
Zabrakło mi tutaj również muzyki, co może dziwić patrząc chociażby na sam tytuł książki. Owszem nie mogę powiedzieć, że jest jej tutaj brak absolutny, jednak spodziewałam się większej ilości dźwięków, utworów czy chociażby samych rozmów o tych wielkich i małych rzeczach związanych z muzyką. Często jak czytam powieści, w których autorzy dzielą się z nami tytułami lub nazwami dzieł symfonicznych lub po prostu ulubionych melodii, wyszukuję te utwory w internecie i służą za doskonały podkład do lektury. Tym razem mi tego zabrakło. Faktycznie był tutaj pianista, jednak zabrakło samego pianina. Muszę przyznać, że ta cisza bardzo bolała, szczególnie że wydarzenia rozgrywające się w książce były bardzo dramatyczne i wymagały muzycznego podkreślenia. 


To czego nie udało się oddać w przypadku klimatu, doskonale wyszło z bohaterami. Postaci, jakie poznajemy w tej powieści, są prawdziwe, szczere oryginalne i wielowymiarowe. Uważni czytelnicy będą w stanie zobaczyć w nich swoje własne odbicie. Trochę dobrzy, trochę źli, szczęśliwi i rozgoryczeni, naiwni i sfrustrowani, są wszystkim tym co cechuje gatunek ludzki w całej swojej różnorodności. "Zraniony pianista" to ciekawa książka obyczajowa z interesującym i rozbudowanych wątkiem psychologicznym. Naszą główną bohaterką jest Marieke, pisarka, żona i matka nastoletniego syna. Kobieta podróż do Malezji i Stanów Zjednoczonych by pomóc koleżance, traktuje poniekąd jako oczyszczającą podróż w głąb siebie. Poruszone są tu tematy takie jak : przyjaźń, miłość, partnerstwo czy zaufanie. Za pomocą swojej powieści autorka stara się dowieść, jak mało wiemy o otaczających nas osobach. Nawet Ci najbliżsi mogą skrywać mroczne, lub też te jaśniejsze, sekrety. Mogą zakładać maski i przechodzić metamorfozy. To jak postrzegamy innych nie jest obiektywne, często chcemy widzieć daną osobę jako kogoś innego. Nie zwracamy uwagi na jej wady, przymrużamy oczy na złośliwości, które nam wyrządza. Przyjaźń przedstawiona w tej książce, nie jest bezpiecznie ulokowanym uczuciem. Również i ona może być pozorowana i fałszywa. Niestety w przypadku najbliższych osób strasznie długo zajmuje nam otworzenie oczu na prawdę. Czasem wolimy tkwić w nieszczęśliwych związkach, bojąc się zmian. I to właśnie te "zmiany" są motywem wiodącym tej książki. Po śmierci Klary zmienia się bowiem cały świat, cała rzeczywistość. Okazuje się, że do grobu trafia osoba zupełnie inna od tej którą znaliśmy na co dzień, bardziej szalona, kolorowa, roześmiana, taka która ma przyjaciół na całym świecie i nie boi się z nimi tańczyć przy blasku księżyca. Jeśli Klara potrafiła mieć dwie zupełnie różne osobowości to może i w życiu jej siostrzenicy czas na zmiany? A te z kolei mogą namieszać w życiach innych, bliskich jej osób. To niesamowite jak wielki wpływ na innych ludzi, ma "śmierć". Historia, którą przedstawia autorka jest tragiczna, miłość nieszczęśliwa i niespełniona,a lekturę zakończyłam z silnym przeświadczeniem, że nie ważne co zrobimy dosięgnie nasz przeznaczenie. Choć scenariusz, który przypadł w udziale naszym bohaterom, nie jest tym którego bym im życzyła to nie wyobrażam sobie, że ich losy mogłyby się potoczyć inaczej. Wiem dlaczego moja znajoma określiła tę książkę jako najlepszą w 2018, bo pomimo wad , wzbudza tyle emocji, że przetrawienie ich może być trudne dla zwykłego zjadacza chleba.Przed przystąpieniem do czytanie uzbrójcie się w niezmierzone pokłady współczucia i empatii.

Z pewnością wisienką na torcie jest fakt, że główną inspiracją do powstania tej powieści jest postać znanego amerykańskiego pianisty, pedagoga i dyrygenta, Murraya Perahii. Choć autorka zaznacza, że historia jest, tylko i wyłącznie, fikcją literacką, tak trudno się oprzeć wrażeniu, iż zarówno "zraniony pianista" jak i znany muzyk, mają ze sobą bardzo dużo wspólnego. Zaczęli grać i tworzyć mając zaledwie cztery lata, oboje przeszli operację palca u ręki, i to właśnie choroba miała ogromny wpływ na ich twórczość. Bardzo lubię takie "inspirowane" powieści. Szczególnie jeśli do tych "prawdziwych" postaci dokooptowane są równie interesujące sylwetki fikcyjne. Na tym polu wszystko się zgrało, historia jest świeża a jednocześnie tak dobrze wszystkim znana a jej dramatyzm sprawia, że nie możemy oderwać się od czytania. 

Maria Ernestam tworzy ciekawe, barwne a jednocześnie bardzo smutne i przejmujące historie, które zachwycą każdego wrażliwego czytelnika. Nie są to powieści przepełnione akcją, zagadkami i tajemniczością a pomimo to trzymają w napięciu. Autorka w cudowny sposób kreśli sylwetki bohaterów sprawiając, że czytelnik nawiązuje z nimi naturalną więź. "Zraniony pianista" to piękna, wzruszająca i smutna powieść. To historia pewnej miłości, pewnej przyjaźni i pewnego związku, które pogubiły się w pozorach. Polecam.


Tytuł : "Zraniony pianista"
Autor : Maria Ernestam
Wydawnictwo : Kobiece
Data wydania : 10 grudnia 2018
Liczba stron : 360
Tytuł oryginału : Den sårade pianisten



 Tę oraz wiele innych książek znajdziecie na półce z Nowościami księgarni internetowej :
https://www.taniaksiazka.pl/

[PRZEDPREMIEROWO]"Rozterki śmierci" Jose Saramago

[PRZEDPREMIEROWO]"Rozterki śmierci" Jose Saramago

Hola, hola, hola... ja się chcę spytać co się stało z Panem Saramago? Pamiętam jak zachwycałam się "Miastem ślepców" dlatego tym bardziej nie mogę uwierzyć, że coś tak słabego wyszło spod pióra tego ambitnego i zdolnego portugalskiego autora. Opis książki brzmi niezwykle zachęcająco. Zmęczona ludzkością i jej rozterkami śmierć, postanawia porzucić swoje zajęcie. Mieszkańcy pewnego miasta stają się nieśmiertelni. Co prawda nadal się starzeją, cierpią i chorują, jednak nie mogą przejść na drugą stronę. Powoli zmieniają się w kupę bezrozumnego, kalekiego mięsa. Prawda, że brzmi cudownie? Z taką fabułą można zrobić praktycznie wszystko : znakomity horror, powieść społeczno-obyczajową, thriller science-fiction. Autor poszedł jednak w zupełnie innym kierunku i zamiast skupić się na grotesce swojego scenariusza, cały wysiłek włożył w zabawę językiem, badanie cierpliwości czytelników i stawianie retorycznych pytań. Potencjał powieści został zmarnowany i z bólem serca muszę przyznać, że była to jedna z gorszych książek z jakimi miałam do czynienia. 

Znienawidzona przez ludzkość, sfrustrowana Śmierć postanawia porzucić swoje zajęcie. To zaskakujące wydarzenie początkowo wydaje się błogosławieństwem, by później odsłonić skomplikowane zależności pomiędzy Kościołem, Państwem i zwykłym codziennym życiem.
Wychodząc od nieprawdopodobnego zdarzenia, autor podąża naprzód, prowadząc czytelnika za rękę w rozważaniach o życiu, śmierci, miłości, sensie – lub jego braku – naszego istnienia. Śmierć, jako punkt wyjścia i główny bohater powieści, pozwala autorowi z właściwym dla siebie humorem i ironią zastanowić się nad życiem i kondycją współczesnego człowieka. 

Jak zwykle przed zrecenzowaniem danej pozycji zajrzałam na portal Goodreads, poczytać sobie opinie innych czytelników. Muszę przyznać, że nie byłam zaskoczona, że większość z nich była niepochlebna. I to skrajnie. Poniekąd poczułam ulgę bo już zastanawiałam się czy to ze mną jest coś nie tak, że nie potrafiłam docenić powieści Saramago, czy po prostu tym razem mu nie wyszło. Okazało się, że największą wadą książki, zarówno dla użytkowników portalu jak i dla mnie, było coś z czego słynie autor, a mianowicie jego niekonwencjonalna interpunkcja i monstrualnie długie zdania. To co w przypadku "Miasta ślepców" było dla mnie czymś nowym i oryginalnym, tym razem działało mi na nerwy i niezwykle irytowało. Choć liczyłam, że w końcu się przyzwyczaję i "opatrzę" tak tym razem nie starczyło mi cierpliwości. Czasem miałam ochotę usiąść i wyć do księżyca. Zastanawiałam się w jakim celu autor tak mnie doświadcza? Chce sprawdzić czy wystarczająco uważam na lekcji? "Rozterki śmierci" jest bowiem książką, która wymaga wyłączności, spokoju, ciszy i maximum uwagi. Jeśli zamierzacie wybrać ją na lekturę po wyczerpującym dniu w pracy odradzam. Musicie bowiem być wypoczęci, mieć otwarty i sprawny umysł i niewyczerpane pokłady energii i cierpliwości. Ciężko jest bowiem czytać książkę, której język jest dla nas nie lada wyzwaniem, bohaterowie nie próbują nawiązać z nami więzi, a fabuła gubi się pod natłokiem rozważań filozoficznych i pytań, na które od wieków poszukujemy odpowiedzi. 
Styl Saramago jest specyficzny i to co na początku wzięłam za kaprys, okazało się konsekwentnym zabiegiem. Autor za nic ma interpunkcję, płynność i złożoność zdań, rytmikę wypowiedzi i porządek utworu. Jego powieść jest jak woda, zalewa nas niczym tsunami i nic nie stoi na przeszkodzie temu żywiołowi. Czasami pojawiają się "nieśmiałe" przecinki, gdzie indziej równoważniki zdań. Jednak słowa, które czytamy zlewają się w jednolitą masę. Największy problem miałam z dialogami. Nie wiedziałam czy to jeszcze wypowiedź bohatera czy może już jego przemyślenia. Rozmowy mogły toczyć się przez wiele stron i jeśli nie daj boże coś wytrąciło nas z równowagi to przepadliśmy z kretesem i mieliśmy tylko dwa wyjścia : albo zacząć od początku albo dać sobie spokój i czytać dalej. Ja postawiłam na to drugie rozwiązanie. "Rozterki śmierci" po raz pierwszy zostały wydane w 2005 roku, czyli do nowości nie należą. Jednak w porównaniu do młodszego o 6 lat "Miasta ślepców" możemy zauważyć, że język Saramago wyewoluował w groteskowy koszmar językowych purystów. Myślę, że gdybym to tę powieść przeczytała jako pierwszą, to autor od razu by trafił na moją czarną listę. 

"Rozterki śmierci" powieść straconego potencjału. Muszę przyznać, że jeszcze nigdy nie spotkałam się z tematem "śmierci", która zaczyna strajkować. Pomysł rodem z Terrego Prachetta. Od razu muszę zaznaczyć, że dzieło Saramago nie jest książką science-fiction. Fakt nieśmiertelności obywateli i personifikacji kostuchy, która okazuje się być kobietą, jest wprowadzony odgórnie, jako coś stałego, i nie został on do końca wyjaśniony. Nieśmiertelność jest tutaj punktem wyjścia dla wielu pytań natury egzystencjalnej czy społeczno obyczajowej. Autor wchodzi w spór z Kościołem i polityką momentami wykazując się wielką ignorancją. Brak tutaj wiedzy i obycia, a temat potraktowany jest po macoszemu. Usiądźcie wygodnie, zamknijcie oczy i wyobraźcie sobie kraj ludzi nieśmiertelnych. Kraj przepełnionych szpitali, błąkających się niczym zombie ślepców. Kraj kryzysu ekonomicznego, demograficznego i bankowego. Powoli zaczyna brakować wody, jedzenia, pracy, pieniędzy, łóżek, jednym słowem wszystkiego. Ludzie zaczynają wywozić swoich bliskich za granicę, by mogli spokojnie umrzeć na obczyźnie. Rozpoczyna się emigracja śmierci, która działa również w drugą stronę. Do krainy wiecznego życia docierają Ci, którzy panicznie boją się przejścia na drugą stronę. Mając tak świetne filary powieści, trzeba było się naprawdę postarać by to wszystko popsuć. Saramago się to udało. Zamiast wziąć przykład z Marca Elsberga i jego znakomitej powieści "Blackout", gdzie ludzkość staje na skraju zagłady, autor postanowił strywializować temat, wplątać się w dyskusję bez interlokutorów. Zapewne jego celem było zszokowanie czytelników, zmuszenie ich do myślenia, jednak pytania które stawia nie są niczym nowym. Liczyłam na apokalipsę a dostałam rozterki właścicieli zakładów pogrzebowych i nagonkę na Kościół. Głównym pytaniem, które postawił przed nami autor było to o sens istnienia instytucji religijnych. Dla mnie to było troszkę za mało. 

"Rozterki śmierci" to powieść, która mnie rozczarowała. Po zdobywcy Nagrody Nobla spodziewałam się zdecydowanie więcej. Zaczęła się jako ciekawy eksperyment, a skończyła na dość zagmatwanej, naiwnej historii miłosnej z łatwym do przewidzenia zakończeniem. Czasem zastanawiałam się czy sam autor wiedział co chce nam przekazać. Było tutaj za dużo politykowania a za mało treści. Żaden z bohaterów nie zdobył mojej sympatii, miałam wrażenie, że postaci wręcz dystansują się od czytelnika a narracja jest jakby "oderwana". Bardzo trudno się to wszystko czytało. Było za ambitnie, wyszukanie, wymyślnie i skomplikowanie. Nie polecam. 


Tytuł : "Rozterki śmierci"
Autor : José de Sousa Saramago
Wydawnictwo : Rebis
Data wydania : 5 lutego 2019
Liczba stron : 272
Tytuł oryginału : As intermitencias da morte



Za możliwość przeczytania i zrecenzowania książki serdecznie dziękuję wydawnictwu : 



Kings of the Wyld



Książka bierze udział w wyzwaniu czytelniczym :


http://www.posredniczka-ksiazek.pl/2019/01/olimpiada-czytelnicza-2019-zapisy.html
 
 
"Bezcenny dar" Jim Stovall

"Bezcenny dar" Jim Stovall

Jestem bardzo wdzięczna autorowi Jimowi Stovell, za napisanie tak mądrej, wzruszającej, i otwierającej oczy książki. Te niespełna 200 stron było cudownym darem jaki otrzymałam na dobry początek nowego roku. Już od najmłodszych lat, najpierw w domu, a potem w szkole, wpajano mi że to nie pieniądze i "rzeczy nabyte" stanowią o naszym szczęściu, tylko jakość naszego życia, dobro które czynimy. W dzisiejszych czasach można to nazwać karmą, która ponoć zawsze wraca. Poznałam w swoim życiu ludzi, którzy z dóbr materialnych mieli mają naprawdę wszystko : wielkie domy, jachty, szybkie samochody, błyszczące brylanty. Jednak im grubszy portfel i wystawniejsze życie, tym większa pustka w sercu. To właśnie dla takich czytelników jest ta książka, dla tych co pogubili się w życiu i zapomnieli co jest najważniejsze. Dla młodych i starszych, kobiet i mężczyzn, słabych i silnych, jest to z pewnością jedna z najbardziej uniwersalnych książek jakie zdarzyło mi się czytać. Treści, które zawiera również są uniwersalne. I ważne.


Młody Jason otrzymuje od swojego stryjecznego dziadka szereg instrukcji, które mają doprowadzić do tego, że egoistyczny i arogancki chłopak przemyśli swoje życie i pojmie, co w nim naprawdę najważniejsze. Pomagają mu w tym nowi przyjaciele, między innymi siedmioletnia Emily, z niezwykłą pogodą ducha zmagająca się z ciężką chorobą. Jeżeli Jasonowi uda się wykonać wszystkie zadania, na końcu drogi czeka na niego bezcenny dar.


Wielu ludzi jako jedyną miarę swojego sukcesu przyjmuje ilość posiadanych pieniędzy. Gromadzą i wydają, szastają i się chwalą, inwestują i rozdają. Niektórzy pracują po kilkanaście godzin na dobę, jeszcze inni korzystają z fortun zgromadzonych przez przodków. W naszych czasach najważniejszym słowem jest "mieć". Wydaje nam się, że chodząc w markowych ciuchach, rozmawiając przez telefony najnowszych generacji stajemy się fajni i ważni, jednym słowem cool. Zapominamy o innych ludziach, nie potrafimy nawiązywać prawdziwych, głębokich relacji, wszystko jest powierzchowne i nastawione na zysk. Nasz główny bohater jest rozpuszczonym 24 latkiem, który ma wszystko czego zapragnie, a jedyne czego pragnie to mieć jeszcze więcej. Jest zadufany w sobie, nie wie czym jest wdzięczność i szacunek. Jest arogancki, brak mu współczucia dla innych, jest chciwy. Jednak  to właśnie w nim umierający mężczyzna dostrzegł światełko nadziei i postanowił go ocalić. Jason z początku nie miał najmniejszej ochoty brać udziału w grze. Podobnie jak reszta rodziny czekał na to, co mu skapnie z pańskiego stołu. Niechętnie ale jednak godzi się wypełnić ostatnią wolę dziadka i zrealizować 12 celów postawionych przez zmarłego. Niczym Herkules, Jason dostał 12 prac i 12 miesięcy na ich wypełnienie. Nagrodą ma być jego część spadku. Każde nowe zadanie stanie się kamieniem milowym na drodze w subtelnej podróży ku całkowitej transformacji psychiki naszego bohatera. Przejdzie on metamorfozę, która będzie mieć znaczący wpływ na jakość jego przyszłego życia. Choć większość z comiesięcznych wyzwań, okaże się dla nas czymś oczywistym, czymś co robimy na co dzień, to dopiero czytając o tym zdacie sobie sprawę z ich wagi. Autor otwiera nam oczy, pokazuje jak powinniśmy kierować naszym życiem by stało się pełniejsze. "Bezcenny dar" to książka, która zmusza czytelników do analizowania, myślenia i ewaluacji.

Każda próba przez którą musi przejść nasz bohater związana jest z jednym z darów. Tych podstawowych jest tutaj dwanaście. Do najważniejszych z nich należą : dar pracy, przyjaciół, nauki, przezwyciężania problemów, snów, dawania, miłości. To co chce nam przekazać autor może wydawać się zbyt trywialne i nadmiernie moralizatorskie. Każdy z nas przecież wie, że praca uszlachetnia człowieka, rodzina jest najważniejszą wartością a dbanie o innych sprawi, że i oni się o nas zatroszczą. Dlatego uważam, że książka w szczególności skierowana jest do tych młodszych czytelników, tych u progu dorosłości, których priorytety nie są jeszcze do końca ustalone. W dzisiejszych czasach telewizja pokazuje nam sławnych i bogatych, tacy ludzie jak matka Teresa czy działacze organizacji charytatywnych, trzymani są w cieniu, kamery ich nie lubią. Ważne jest by się świeciło, by lał się szampan i błyskały flesze. Na topie są sukienki od modnych projektantów warte kilkadziesiąt tysięcy euro. Młody, oglądający telewizję człowiek, pragnie tego co posiadają jego idole. Ważne jest by taka osóba, zanim dołączy do wyścigu szczurów, usiadła i zastanowiła się nad tym co jest naprawdę ważne. Ta książka ma mu w tym pomóc. Jeszcze raz przypomnieć co stanowi istotę naszego istnienia. O wiele ważniejsza od trafiającej na nasze konto wypłaty jest  satysfakcja z tego co robimy. Rzeczy które są dla nas czymś mało istotnym mogą zmienić życie innych. Taki prawd dla niektórych świeżo odkrytych, a dla innych powtórzonych, jest tutaj naprawdę sporo. Każdy dar to jednocześnie lekcja w długim procesie samodoskonalenia. Choć książka nie jest poradnikiem to nie da się ukryć, że autor poniekąd zabawił się w kaznodzieję, moralizatora. Pokazuje nam drogę, którą uważa za słuszną. Piętnuje ludzkie słabości i wady, wytacza ciężkie działa przeciwko dzisiejszemu konsumpcyjnemu społeczeństwu. "Bezcenny dar" to książka, która namawia nas byśmy wrócili do źródeł, kierowali się w życiu empatią, miłością i zrozumieniem. Żebyśmy zauważyli innych ludzi i otworzyli się na świat. 

Ponieważ dzieło Stovalla jest książką dość niewielkich rozmiarów to nie dziwi, że każdy z tematów jest raczej pobieżnie potraktowany niż dokładnie zgłębiony. Na początku każdego z rozdziałów Jason spotyka się z adwokatem, który przekazuje mu kolejne zadanie i list. Miesiąc mija i kolejny raz protagonista ląduje na kozetce by podzielić się swoimi dokonaniami i doświadczeniami. Przeżyciami. Nie da się ukryć, że postępy Jasona są galopujące. Były tutaj momenty gdzie płakałam, były takie które wprawiły mnie w zadumę, były jednak i takie gdzie brakowało mi głębszej analizy procesów zachodzących w psychice bohatera. Jason się uczył, odkrywał siebie na nowo, otworzył oczy na świat i wszystko to przychodziło mu z łatwością. Choć momentami tragiczna książka była przewidywalna. Dostarczyła dużo emocji, w większości tych pozytywnych, jednak żałuję że autor nie poświęcił jej więcej czasu. Brakowało mi tutaj rozbudowanych charakterystyk i głębi fabularnej. 

Jim Stovall umie pisać, potrafi dotrzeć do czytelnika i sprawić by ten na chwilkę się zatrzymał i zamyślił. "Bezcenny dar" to jednocześnie przypomnienie i mapa drogowa, która pomoże nam w osiągnięciu szczęścia i odnalezieniu celu w życiu. Książka skierowana jest do czytelników w każdym wieku, każdej płci i każdego zawodu. Nie ważna jest pozycja, grubość portfela czy fakt posiadania rodziny. Każdy znajdzie tutaj coś dla siebie. Zdecydowanie polecam zarówno książkę, jak i jej filmową adaptację.



Tytuł : "Bezcenny dar"
Autor : Jim Stovall
Wydawnictwo : Replika
Data wydania : 14 stycznia 2018
Liczba stron : 204
Tytuł oryginału : The Ultimate Gift



Za możliwość przeczytania i zrecenzowania książki serdecznie dziękuję wydawnictwu :


https://replika.eu/



Książka bierze udział w wyzwaniu : Olimpiada Czytelnicza 2019

http://www.posredniczka-ksiazek.pl/2019/01/olimpiada-czytelnicza-2019-zapisy.html

"Letnia noc" Dan Simmons

"Letnia noc" Dan Simmons

Kiedy tylko dowiedziałam się, że to właśnie "Letnia noc" Dana Simmonsa, była inspiracją dla twórców rewelacyjnego serialu Stranger Things, od razu wiedziałam że muszę ją przeczytać. Dodatkowym bodźcem była również sylwetka samego autora, za którym wprost przepadam. Jego znakomity "Drood" jest to tej pory jedną z moich ulubionych książek. Tutaj już od początku wiedziałam, że również "Letnia noc" uplasuje się na bardzo wysokiej pozycji. Za małolata uwielbiałam książki Stephena Kina (te nowsze darzę już mniejszą miłością), szczególnie te gdzie bohaterami była grupka nastolatków. To właśnie klown z "To" sprawił, że przez tydzień nie mogłam zmrużyć oczu. Teraz czytając powieść Simmonsa cofnęłam się do starych dobrych czasów. Tematyka, styl, bohaterowie wszystko tak przypomina moje ukochane powieści szczeniackich lat, że miałam wrażenie przeniesienia w czasie. Szkoda, że nie mogłam tam zastać na zawsze i delektować się upojną letnią nocą.

Elm Heaven, Illinois, ostatni dzień roku szkolnego. Jeszcze tylko kilka godzin dzieli grupkę przyjaciół od opuszczenia budynku i rozpoczęcia długo wyczekiwanych wakacji. Beztroskę letnich dni przerywa jednak zaginięcie jednego z uczniów. Garstka dzieciaków odkrywa tajemnicę związaną z budynkiem ich szkoły oraz z pewnym dzwonem, którego złowieszcze dźwięki rozlegają się po nocach w całym miasteczku. Od tej chwili zło zdaje się deptać im po piętach, a dzieci nie mają wiele czasu – opracowują plan działania i stają do nierównej walki z siłami, o których istnieniu nie zdawały sobie dotąd sprawy.

Bardzo rzadko zdarzają się książki w których pokochałam absolutnie wszystkie postaci, cały rowerowy patrol. Pewnie stało się tak ponieważ głównymi bohaterami były dzieci, a jak wiadomo to właśnie one są najbardziej prawdziwe w swojej niewinności. Co prawda wiadomo, że jak to nastolatkowie, również i nasz gang miał sporo za uszami, jednak wszyscy jego członkowie wzbudzają w czytelniku sympatię, szacunek, podziw a czasami współczucie. Poznajcie więc ekipę w której skład wchodzą : Dale, Mike, Duane, Harlen, Kevin, Lawrence i Cordie. Oczywiście nie są to zwyczajni nastolatkowie, lecz postaci stworzone specjalnie na potrzeby książki. Spotkałam się z opiniami, że ich sylwetki są przerysowane, przesadzone i nijak nie pasują do ich przedziału wiekowego. Nie zgadzam się z tym. To, że większość z nich potrafiła uruchomić samochód i go prowadzić, na wsiach czy w małych miasteczkach, jest raczej dość często spotykane. Każdy kto ma gospodarstwo rolne doskonale zdaje sobie z tego sprawę. Od dzieci oczekuje się by pomagały swoim rodzicom w domowych obowiązkach. Taka jest prawda , i to że 11-sto latek kosi trawnik, jeździ kombajnem czy karmi zwierzęta, nie jest niczym zaskakującym. Każdy z chłopców, których tutaj poznajemy jest inny, oryginalny i jedyny w swoim rodzaju. Jedni pochodzą z bogatych rodzin, drudzy mieszkają w slumsach niedaleko wysypiska śmieci. Jedni wychowują się w kochających, pełnych i szczęśliwych rodzinach gdy inni trwają w patologii. Obserwując tych chłopców obserwujemy również obraz społeczeństwa amerykańskiego lat 60-tych. Na podstawie ich zachowania byłam w stanie wyobrazić sobie klimat panujący w miasteczku. Niektórzy z naszych bohaterów są wzorowymi uczniami z wysokim ilorazem inteligencji, jeszcze inni szkolnymi rozrabiakami. Spotykamy tu i ministranta i młodocianego przestępcę, zwykłego szaraczka ze szkolnej ławki i odważną 11-latkę spacerującą ze strzelbą. Jednak oni wszyscy mają wspólny mianownik a jest nim ciekawość świata, cechująca jedynie młodych ludzi. W ich żyłach buzuje żądza przygody. Cieszę się, że cała historia opowiedziana została z perspektywy nastolatków. Dzięki temu nie było tutaj głębokich przemyśleń, zadęcia i paranoi. Dzieciaki poszły na żywioł korzystając ze swojego sprytu i rozwijających się talentów. Stanowili grupę, której wszyscy członkowie wzajemnie się uzupełniali. Taka przyjaźń i zgranie możliwe jest jedynie w latach szkolnych. 

Kolejną rzeczą tak często-gęsto krytykowaną przez czytelników i blogerów jest tempo fabuły i zbytnia opisowość. Ci, którzy znają Dana Simmonsa wiedzą, że jest to autor "długich form". Większość jego powieści ma ponad 500 stron. Pisząc tak obszerne dzieła Simmons stara się wprowadzić czytelnika w odpowiedni klimat. Nie boi się korzystać z języka do opisywania świata. Nie mylą się Ci, którzy twierdzą że autor korzysta z obszernych motywów obyczajowych. Dla mnie było to dodatkowym atutem. Kiedy w książce pojawiają się tak fenomenalne postaci jak nasz rowerowy patrol, to wiadomo że czytelnicy chcą poznać wszystkich na wylot. Ciekawi nas ich historia, teraźniejszość, pasje i zainteresowania. Poza tym obrazując zwykłą, szarą rzeczywistość dnia codziennego, w małym amerykańskim miasteczku autor sprawił, że tragiczne, niepokojące i przerażające wydarzenia, których jesteśmy świadkami, nabierają jeszcze głębszego wymiaru. Wyobraźcie sobie gorący, słoneczny dzień. Siedzicie ze znajomymi na boisku kopiąc bez zapału piłkę kiedy nagle zza zakrętu wyłania się pędząca wprost na was ciężarówka lub bawicie się w chowanego kiedy do waszej kryjówki podchodzi dziwny mężczyzna ubrany w mundur z czasów I Wojny Światowej. Owszem może i tempo akcji nie jest najszybsze a fabuła rozkręca się powoli jednak sam klimat powieści ze strony na stronę robi się coraz mroczniejszy i duszny. Kolejną rzeczą są opisy przyrody, miasteczka i okolicy, częste używanie nazw własnych oraz imion. Zgadzam się z tymi, którzy uważają, że zabrakło tutaj mapki. Z drugiej strony rozumiem autora, który poprzez te zabiegi zmusza nas do wizualizacji i skupienia, który pragnie by Elm Heaven stanęło wprost przed naszymi oczami. Muszę przyznać, że jestem zaskoczona faktem iż ani razu nie pomyliłam bohaterów i zawsze wiedziałam przy kim w danym momencie jesteśmy. Było to możliwe dzięki detalom z ich życia codziennego, które sprawiły że postaci nabrały głębi i wyrazistości. 

Uwielbiam książki Dana Simmonsa za to, że przekraczają pewne ustalone przez gatunek granice. "Letnia noc" przez wydawcę uznana została za horror jednak w rzeczywistości jest czymś więcej. Rozbudowana warstwa obyczajowa, analiza społeczeństwa, żartobliwy język, elementy gore i mistery, wszystko to sprawiło że w moje ręce trafiła naprawdę kompleksowa powieść. Było dokładnie tak jak lubię. Autor w wyrafinowany sposób dozował mi napięcie, nigdy nie wiedziałam czego mogę się spodziewać. Zwykły piknik mógł się przerodzić w krwawą jatkę a podróż spacerkiem do domu w morderczy wyścig z psychopatą. Również sama fabuła była oparta na solidnych podstawach. Mamy tutaj Bogów starożytnego Egiptu, dzwon należący do rodziny Borgiów a nawet Ku Klux Klan i samosądy na czarnoskórej ludności. Książka ta porusza wiele ważnych tematów dotyczących Stanów Zjednoczonych tuż po II Wojnie Światowej. Możemy zobaczyć jakie nastroje panowały na ulicach, jak traktowano kościół , jak wyglądało życie codzienne.  Jednak musimy pamiętać, że przede wszystkim jest to rewelacyjny, trzymający w napięciu i momentami bardzo brutalny horror. Jest to powieść dla dorosłych, doświadczonych i odważnych czytelników, dla których nie ma tematów tabu. Myślę, że wszyscy miłośnicy fantasy, morderczych stworzeń z trzewi ziemi, duchów, zombie i wszelkiego rodzaju zjawisk nadprzyrodzonych będą więcej niż zadowoleni. 

Kolejny raz Dan Simmons mnie nie zawiódł i kolejny już raz jego powieść wędruje na sam szczyt mojej listy bestsellerów. Na pewno często macie tak, że po przeczytaniu książki, odkładacie ją na półkę z przeświadczeniem, że to był dobrze zainwestowany czas. Te ponad 700 stron dało mi tyle rozrywki, co kilkanaście odcinków rewelacyjnego serialu platformy Netflix. Ze strony na stronę czytałam coraz wolniej, coraz bardziej delektowałam się każdym kolejnym akapitem i bolałam nad tym jak szybko zbliżam się ku końcowi. Są na tym świecie autorzy, na których dzieła czeka się z wytęsknieniem. Ja tak mam z Danem Simmonsem. Czekam na więcej. Polecam. 




Tytuł : "Letnie noc"
Autor : Dan Simmons
Wydawnictwo : Zysk i S-ka
Data wydania : 29 listopada 2018
Liczba stron : 727
Tytuł oryginału : Summer Of Night



Za możliwość przeczytania i zrecenzowania książki serdecznie dziękuję wydawnictwu :  




 
 
 
 
Książka bierze udział w wyzwaniu czytelniczym :


http://www.posredniczka-ksiazek.pl/2019/01/olimpiada-czytelnicza-2019-zapisy.html
 
 

"Całkiem sama" Mary Higgins Clark

"Całkiem sama" Mary Higgins Clark

Sposobów na napisanie dobrego thrillera czy powieści kryminalnej jest naprawdę mnóstwo. Niektórzy autorzy poruszają się w klimatach noir, inni korzystają z elementów gore. Natkniemy się na książki pisane z humorem i te, które wywołają dreszcz na naszych plecach. Ilu autorów tyle stylów. Mary Higgins Clark jest z pewnością autorką, która umie pisać i cały czas trzyma ten sam, wysoki poziom. Można śmiało powiedzieć, że znalazła swoją niszę, a jej powieści kryminalne bardziej przypominają zagadki Sherlocka Holmesa niż horrory Stephena Kinga. "Całkiem sama" to powieść dla wszystkich czytelników. To jedna z tych książek po które sięgamy mając ochotę na coś mało wymagającego a jednocześnie trzymającego w napięciu. Książka idealnie pasująca do kubka gorącej herbaty i puchatego koca. Jeśli odrzucimy na bok wysokie oczekiwania i nastawimy się tylko i wyłącznie na rozrywkę, to obiecuję że czas spędzony z tą pozycją będzie bardzo dobrze wykorzystany a my wyjdziemy z tego spotkania zadowoleni. 

Celia Kilbride, specjalistka od szlachetnych kamieni i biżuterii, postanawia popłynąć w podróż luksusowym statkiem wycieczkowym, mając nadzieję, że dzięki temu uniknie natrętnego zainteresowania mediów po strasznym, upokarzającym przeżyciu, gdy w przeddzień ślubu jej narzeczony został aresztowany. Na statku spotyka osiemdziesięciosześcioletnią lady Emily Heywood, właścicielkę bezcennego szmaragdowego naszyjnika. W trzecim dniu podróży lady Em zostaje znaleziona martwa w swojej kabinie… a naszyjnik znika.


Dacie wiarę, że to już 11 tom cyklu o Alvirah i Willym? Mary Higgins Clark jest z nami już prawie 20 lat. To właśnie na jej powieściach uczyłam się języka angielskiego. Teraz, mieszkając za granicą i posługując się tym językiem na co dzień, chciałabym podziękować autorce za pomoc. Niektórzy, złośliwi ludzie powiedzą, że z roku na rok, z książki na książkę, powieści Clark są coraz słabsze. Spotkałam się nawet z opinią, że to nie autorka lecz jej wnuki, wzięły się za pisanie kolejnych tomów. Nie wiem czy to ze względu na sentyment czy po prostu taki mam gust, jednak uważam, że nie jest to prawdą. Autorka trzyma poziom i choć zagadki są dość schematyczne a pomysły na fabułę, wykorzystane już przez innych, to Clark zrobiła wszystko co mogła by nadać im pozorów oryginalności i nowości. Temat  morderstwa, gdzie podejrzanymi jest grupka, przebywających w tym samym miejscu ludzi, jest naprawdę oklepany. Bawiła się w to już Agatha Christie i wielu autorów po niej. Jakiś czas temu czytałam rewelacyjną książkę "Dziewczyna z kabiny numer 10", gdzie również doszło to morderstwa na statku. Moim zdaniem takie powieści są fascynujące, gdyż czytelnik od samego początku zna mordercę, przebywa z nim, słucha go, jedynie nie potrafi rozpoznać. Napisanie takiej powieści musi być rzeczą niezwykle trudną i nie każdy autor będzie sobie w stanie z tym poradzić. Musimy pamiętać, że przez cały czas Clark musiała kłamać, udawać, robić czytelnika w bambuko. Nasz morderca musiał zachowywać się normalnie, wtopić w tło, podtrzymywać tajemnicę i się nie zdradzić. Zawsze jak wpada mi w ręce książka, której akcja rozgrywa się na małej przestrzeni, to boję się że będzie tutaj mnóstwo nudy, powtórzeń i sztampowości. Szczególnie jeśli mamy do czynienia z powieścią, której głównym założeniem będzie wykrycie przestępcy. No bo ileż możemy przesłuchiwać i podejrzewać tych samych ludzi? Okazało się, że niepotrzebnie się obawiałam. Mary Higgins Clark napisała powieść pełną tak ciekawych, często kontrowersyjnych bohaterów, że samo przebywanie z nimi było przyjemnością i stanowiło ważną część fabuły. To nie zagadka morderstwa grała tutaj pierwsze skrzypce tylko motyw psychologiczny. Zawsze się cieszę jak autorzy wchodzą do głów naszych bohaterów i często na siłę wyciągają z nich najmroczniejsze sekrety. "Całkiem sama" jest również doskonałym thrillerem psychologicznym.


Mary Higgins Clark przyzwyczaiła nas do tego, że jej powieści są dynamiczne, rozdziały krótkie a fabuła pełna bohaterów. Tak było i tym razem. Statek pełen jest ludzi, którzy zdecydowali się na rejs tym ekskluzywnym liniowcem, z sobie tylko znanych powodów. Nasza główna bohaterka ucieka przed wstydem, zaserwowanym przez własnego narzeczonego, który na dzień przed ślubem został aresztowany i wtrącony do więzienia. Na pokładzie spotkamy również nieszczęśliwe małżeństwo, w którym mąż zmęczony życiem postanawia wyskoczyć za burtę. Bardzo barwną i interesującą postacią, choć nie dane jest nam przebywać z nią zbyt długo, jest Lady Emily, posiadaczka fortuny i klejnotów, które zamierza oddać w darowiźnie. Koło niej kręci się przebiegły asystent, niezła szuja, która zamienia prawdziwe kamienie na tanie podróbki. Nie możemy oczywiście zapomnieć o samych Alvirah i Willym, bo choć nie są głównymi bohaterami, to pełnią znaczącą rolę w śledztwie. Ciekawa jestem jak szybko uda wam się domyślić kto jest mordercą? Mi to troszkę zajęło, jednak już pod koniec książki wszystko zaczęło mi się układać w logiczną a jednocześnie dość przewidywalną całość. Zakończenie nie okazało się dla mnie zaskoczeniem. 
Mary Higgins Clark umie pisać w taki sposób by czytelnik cały czas siedział jak na szpilkach. Jest mistrzynią budowania atmosfery. Postaci, które stworzyła są wielowymiarowe, nigdy nie wiedziałam czego mogę się po nich spodziewać, komu mogę zaufać. Jedynym stałym punktem programu byli Alvirah i Willy, znani mi już z poprzednich części cyklu. Cała reszta znajdowała się w "szarej strefie". Nie było tutaj skrajnie złych i bajecznie dobrych postaci. Cały czas czekałam na to by każdy zdjął maskę i odsłonił swoje prawdziwe oblicze. Często okazywały się one karykaturalne i przerysowane, jednak miałam nieodparte wrażenie, że autorka cały czas trzyma się wybranego przez siebie schematu. Nie ważne czy fabuła toczy się w kamiennych, angielskich posiadłościach czy na pokładzie statku, spotykamy tutaj bohaterów o podobnych rysach psychologicznych, którzy mają do rozwiązania średnio skomplikowaną zagadkę. 

Jeśli lubicie powieści w stylu Agathy Christie, tylko osadzone w czasach nam współczesnych, to z pewnością będziecie zadowoleni. Na dzisiejszym rynku wydawniczym pełno jest książek epatujących przemocą i erotyką, dlatego cieszę się, że są jeszcze autorzy dla których najważniejsza jest sama zagadka i jej rozwiązanie niż bezsensowna brutalność czy próba zszokowania czytelnika. Mary Higgins Clark po raz kolejny zrobiła rewelacyjny kogel mogel, gdzie bogactwo spotyka się z biedą, empatia z obłudą, zbrodnia z miłością. Jest to książka dla czytelników z różnych grup wiekowych. Mogą ją przeczytać zarówno nastolatkowie jak i osoby starsze. Ot, taka książka łącząca pokolenia. 

Moja przygoda z Mary Higgins Clark rozpoczęła się pod koniec lat 90-tych i trwa w najlepsze. Nic nie wskazuje na to, że miałaby się kiedyś skończyć. Wiadomym jest, że nawet najlepsi autorzy mają swoje gorsze i lepsze pozycje. Często do druku kierowane są książki, które by nie przeszły w przypadku początkujących twórców. "Całkiem sama" plasuje się gdzieś pośrodku. Nie jest ani najlepszą ani najgorszą powieścią autorki. Co prawda obserwowanie bogatych, sławnych i wielkich tego świata nie wzbudza już we mnie takich emocji jak kiedyś, jednak nadal czyta się całkiem przyjemnie. Polecam.



Tytuł : "Całkiem sama"
Autor : Mary Higgins Clark
Wydawnictwo : Prószyński i S-ka
Data wydania : 22 listopada 2018
Liczba stron : 312
Tytuł oryginału : All by Myself, Alone




  Za możliwość przeczytania i zrecenzowania książki serdecznie dziękuję wydawnictwu :


 
 
 
 
Książka bierze udział w wyzwaniu czytelniczym :


http://www.posredniczka-ksiazek.pl/2019/01/olimpiada-czytelnicza-2019-zapisy.html
 
 
 
"Neverworld wake" Marisha Pessl

"Neverworld wake" Marisha Pessl

W jednej z recenzji na Goodreads.com przeczytałam, że "Neverworld wake" nieco przypomina bestseller Blake'a Croucha pod tytułem "Mroczna materia", książkę która byłam moim numerem jeden 2016 roku. Jak sami widzicie nie mogłam nie skorzystać z okazji. Oczywiście zdawałam sobie sprawę, że to jednak powieść dla młodzieży a nie mroczny thriller scence fiction,spodziewałam się że znajdę tutaj więcej melodramatyzmu, jednak nie miało to wpływu na moją decyzję. Teraz, już po lekturze, jestem niczym kot który wypił spodek tłustej śmietany. Było smacznie. Elementy fantastyki nie zawładnęły fabułą, pętla czasu była logiczna a całość pełna zwrotów akcji i dynamiki. Wcale się nie dziwię, że producenci Netflix od razu wykupili prawa do ekranizacji. Książka Pessl jest bowiem gotowym scenariuszem na serial.  I wierzcie mi będzie to spektakularny obraz. Nie tylko dla młodzieży.

Beatrice Hartley i pięcioro jej najlepszych przyjaciół tworzyli świetną ekipę. Ale wszystko zmieniła śmierć Jima, geniusza muzycznego i chłopaka Beatrice.Rok po zakończeniu szkoły Beatrice wraca do Wincroft – nadmorskiej posiadłości, gdzie spędzili razem wiele wieczorów, dzielili się tajemnicami i planowali zmienić świat. Beatrice ma nadzieję, że pozna odpowiedzi na mroczne pytania dotyczące okoliczności śmierci Jima. Podejrzewa, że jej przyjaciele wiedzą znacznie więcej, niż chcą zdradzić. Beatrice czuje, że nigdy nie pozna prawdy.

Ostatnio coraz częściej sięgam po powieści new adult. Czy powodem tego jest moje "zdziecinnienie" czy może gatunek dla młodzieży przeszedł ostatnio metamorfozę? Jak byłam wieku "targetowym" dla  książek NA, to czytało się dzieła Lucy Maud Montgomery, próbowało zrozumieć Tolkiena lub wykradało książki z biblioteki rodziców. Dziś, młodzi dorośli, doczekali się własnych thrillerów, własnej fantastyki a nawet własnych horrorów. Nie ma czemu się tutaj dziwić. Wystarczy wyjrzeć przez okno i zobaczymy, że zmienił się również świat. Dzisiejsza młodzież szybciej wkracza w okres dorastania, szybciej rozpoczynamy życie seksualne, to co kiedyś było tabu dziś jest na porządku dziennym. Nie szokują nas już tak bardzo nastolatki z brzuchami czy imprezy halloweenowe dla młodych, organizowane w środku lasu. Często sami rodzice kupują dzieciom alkohol. Kiedyś chowałam się pod kołdrą by czytać Stephena Kinga, dziś widzę dwunastolatków z książkami mistrza w autobusie. Literatura new adult musiała ewoluować by sprostać tej przemianie. Stała się bardziej, mroczna, bardziej spektakularna i oczywiście bardziej dorosła. Na dobrą sprawę, jedynym co odróżnia ją od powieści dla dorosłych, jest fakt że nadal porusza tematy typowe dla środowiska młodych, jeszcze niedoświadczonych ludzi. Nadal jej zadaniem jest pokazywanie dobrych wzorców i nauka odpowiednich zachowań, choć charakter dydaktyczny z roku na rok spada na coraz dalszy plan. Już niedługo pozostanie sama rozrywka. Pessl napisała świetną książka, którą zachwyceni będą zarówno młodsi jak i starsi czytelnicy. Mało tego, motyw fantastyczny, na którym opiera się książka, nie jest dominujący. Owszem pojawia się tutaj pętla czasu, z której muszą się wyrwać bohaterowie, jednak działania jakie w tym celu podejmują bardziej pasują do kryminału czy suspensu niż typowej powieści scence fiction. Więc, drodzy czytelnicy, nie obawiajcie się przekombinowanej, pseudo-naukowej gadaniny, wyskakujących znikąd potworów czy skomplikowanych podróży w czasie. Choć autorzy często gubią się w tworzonych przez siebie powieściach z motywem czasu zapętlonego, tak tym razem wszystko wyszło spójnie. Brak tutaj chaotyczności a całość jest łatwa do zrozumienia. Czyta się lekko i przyjemnie, i muszę przyznać, z niesłabnącym zainteresowaniem. Co prawda jestem nieco zawiedziona zbyt prostym zakończeniem, dla droga do niego była naprawdę fascynująca.

Na okładce książki możemy przeczytać, że fabuła opowiadać będzie o losach grupki znajomych, którzy nieoczekiwanie wpadają w pętlę czasu. Każdego dnia, przez kilkanaście godzin powtarza się ten sam scenariusz. Jednak żaden wydawca (ani polski ani zagraniczny) nie wspomniał o najlepszym. Mianowicie pod koniec każdego dnia, bohaterowie zmuszeni zostają do wyboru jednej osoby, która ma umrzeć. Decyzja ta musi zostać podjęta jednogłośnie. Prawda, że teraz brzmi to o wiele lepiej? Nie dość, że zapowiada się niezła zabawa to jeszcze pojawia się element dreszczyku. "Neverworld wake" to zresztą doskonały thriller psychologiczny, zmuszający czytelników do przemyśleń nad sensem istnienia i tym , ile warte jest ludzkie życie. Paradoksalnie najważniejszym pytaniem , które pada w tej książce nie jest : kto ma umrzeć lecz "dlaczego to ja mam przeżyć". A na to jest już trudniej odpowiedzieć. Grupka naszych bohaterów poznała się w szkole i wszystko wskazywało na to, że przyjaźń ta przetrwa do końca życia. Stało się jednak inaczej, a to wszystko za sprawą tajemniczej śmierci kochanego przez wszystkich Jima. Każdy inaczej poradził sobie z tą stratą lecz nikt nie chciał uwierzyć, że było to samobójstwo. Po roku od tego smutnego wydarzenia młodzi ludzie spotykają się ponownie, dawne rany zostają na powrót otworzone. Choć fabuła książki dzieje się w czasie teraźniejszym to by w pełni zrozumieć rozgrywającą się przed naszymi oczami historię potrzebne są retrospekcje. To właśnie z tych wybiegów w przeszłość poznajemy najmroczniejsze sekrety tych, których uważaliśmy za przyjaciół. Często nie są oni tym za kogo się podają. Nie da się ukryć, że powieść pełna jest tajemnic i dramatów nastolatków, którzy za wszelką cenę starają się je ukryć. Cały czas zdajemy sobie sprawę z faktu, że mamy do czynienia z młodymi, narwanymi ludźmi, którzy zachowują się zgodnie ze swoją metryką. Często wpadają w szał, denerwują się i obrażają zostawiając główną bohaterkę samej sobie. Momentami tych fochów było aż za wiele. Razi również to, że postaci są niezwykle stereotypowe. Gej jest po prostu gejem, komediant komediantem, fajtłapa fajtłapą. Ludzie Ci nie mają żadnej osobowości. Są jak statystyki i opisy sylwetek na kartach z "Magii i Miecz" czy innej gry planszowej. Robią dokładnie to co jest od nich wymagane i nic ponad to. Zastanawiam się również dlaczego autorka nie wykorzystała do końca całego potencjału swojego pomysłu. Mamy tutaj podróże w czasie, trudne wybory i grę o życie, a bohaterowie zamiast całkowicie się w to zaangażować, usilnie próbują rozwikłać zagadkę śmierci kolegi. Kogoś, kogo czytelnik nawet nie poznał. Postaci, która jest nam obojętna. Co prawda, nadal było ciekawie i tajemniczo , jednak cały czas czekałam na jakiś wielki punkt kulminacyjny, kluczowe wydarzenie, które zatrzęsie całą fabułą. I nadal czekam...

Abstrahując od fabuły i bohaterów w oczy rzuciła mi się jedna rzecz. Autorka często podejmuje temat schizofrenii i choroby dwubiegunowej. Zdarza się, że stosuje obie te nazwy zamiennie, choć są to zupełnie inne schorzenia. Często miałam wrażenie, że choroby umysłowe były przedmiotem żartów. Zabrakło tutaj wyczucia i delikatności. Rozumiem, że naszymi bohaterami są nastolatkowie, których komentarze często są niestosowne i potrafią ranić, jednak niektóre dialogi były niesmaczne i przesadzone. Chociażby rozmowa o psie cierpiącym na depresję i zaburzenia osobowości czy pisanie eseju o "dwubiegunowej mamusi" przyrównanej do kosmitki. Jako dorosły czytelnik byłam w stanie przez to przebrnąć jednak boję się, że u nastolatków może to spowodować swojego rodzaju znieczulicę.

Jak do każdej z książek gatunku new adult, tak i do tej, podeszłam bez większych oczekiwań. Nie nastawiałam się na bestseller, choć muszę przyznać że notka wydawnicza mnie zaintrygowała. Choć dostałam więcej niż się spodziewałam, tak nadal mamy tutaj do czynienia z literaturą, która służyć ma jedynie rozrywce. I właśnie tego dostarcza. Marisha Pessl umie pisać, można ją wręcz nazwać mistrzynią. Jej teksty są przemyślane i logiczne. Nie boi się używać detali w celach ozdobniczych. Autorka doskonale wie jak dozować akcję i jak sprawić by całość wyszła dynamicznie. Było dobrze, było ciekawie czyli dokładnie tak jak chciałam. A to, że po tygodniu zapomnę o czym ta książka była? To już mniej ważne. Polecam. Ku rozrywce.




Tytuł : "Neverworld wake"
Autor : Marisha Pessl
Wydawnictwo : Jaguar
Data wydania : 16 stycznia 2019
Liczba stron : 364
Tytuł oryginału : Neverworld Wake




Za możliwość  zrecenzowania książki serdecznie dziękuję wydawnictwu : 
 
 
 
Książka bierze udział w wyzwaniu czytelniczym :


http://www.posredniczka-ksiazek.pl/2019/01/olimpiada-czytelnicza-2019-zapisy.html
 
 
"Żyj przytulnie" Melissa Alvarez

"Żyj przytulnie" Melissa Alvarez

Hygge, Wabi-Sabi, norweski life stale to trendy bardzo popularne w ostatnich latach. Pamiętacie jeszcze czasy, kiedy cały świat zwariował na punkcje feng shui? Bogaci wydawali ogromne pieniądze na architektów i dekoratorów wnętrz, by z ich lokum zrobić miejsce harmonii i szczęśliwości. Ci biedniejsi kupowali wahadełka do wykrywania żył wodnych i na własną rękę robili przemeblowanie. Dziś jest łatwiej. Mamy Internet, specjalistów od stylu życia i fachową literaturę. Wystarczy przejść się do księgarni i zaleje nas powódź książek rodem ze Skandynawii. Każdy z nas chce być jak nasi sąsiedzi z północy. Meble z Ikei już nam nie wystarczą. Pragniemy również ich stylu życia. Wszystkie książki o mindfulness, hygge i innych obecnie obowiązujących trendach, z jakimi się spotkałam, zawsze wnosiły coś nowego do mojego życia, pogłębiały moją widzę. Jednak cały czas obawiałam się, że w końcu nadejdzie taki dzień, że trafię na taką pozycję, która uświadomi mi że nic nowego już się nie dowiem. I miałam rację, szkoda że trafiło na Melissę Alvarez, gdyż muszę przyznać, że miałam duże oczekiwania co do tej książki. W końcu, kto z nas nie lubi jak jest przytulnie?

"Życie" w dzisiejszych czasach jest  prawdziwym wyzwaniem. Trwa nieustający wyścig szczurów, ludzie spędzają po kilkanaście godzin w pracy, dzielnice-sypialnie w dzień świecą pustkami, siłownie tętnią adrenaliną w środku nocy. W Japonii dzieci praktycznie od urodzenia mają zaplanowane całe życie, w Irlandii matka dowiadując się o ciąży może zapisać nienarodzone jeszcze dziecko do szkoły, którą rozpocznie za 6 lat. Najważniejsze w dzisiejszych czasach stały się słowa "mieć", "zdobyć", "osiągnąć". Jest za dużo ludzi a za mało atrakcyjnych miejsc pracy, co prowadzi do niekończącego się wyścigu, który trwa do końca życia. Bo zdobycie czegoś niekoniecznie wiąże się z posiadaniem. Nawet nie zdajemy sobie sprawę z tego, że codziennie walczymy. Każdego dnia nowe państwa, regiony, miasta, społeczności wkraczają na globalny rynek i zasilają światową wioskę. Już nawet  ludzie mieszkający w afrykańskich lepiankach rozsiadają się na skórzanych kanapach, przypływających w kontenerach z Europy, a Jay Z przywozi im słuchawki do Iphoneów, które też w końcu do nich dotrą. Co prawda przykłady te wzięłam z własnej głowy jednak autorka również dostrzegła problemy, które wiążą się z globalizacją. Nie skupiła się tylko i wyłącznie na swoim własnym podwórku. Alvarez z wnikliwością analizuje panujące na świecie trendy i przedstawia współczesne zagrożenia. Robi to z wyczuciem, sprytem i przenikliwością, jednak wnioski które przedstawia nie są dla czytelnika niczym nowym. Owszem znajdziemy tutaj garść ciekawostek, które świetnie służą zobrazowaniu trendów takich jak hygge czy szwedzkie lagom, jednak nie ma tutaj nic, o czym średnio zorientowany w temacie czytelnik, by nie wiedział. Jednym słowem jest to książka dla początkujących, dla zupełnych laików, poszukujących miejsca gdzie należy zacząć. "Żyj przytulnie" może być punktem wyjścia dla poszukiwaczy szczęścia, harmonii i spokoju we własnym życiu. To właśnie z tej książki dowiemy się co jest obecnie na czasie, w jakim kierunku zmierza społeczeństwo, co może zrobić zwykły szary człowiek, by się odnaleźć w dzisiejszych czasach. Muszę przyznać, że liczyłam na coś więcej. Dostałam receptę na "życie" zamiast metod zapobiegania. Autorka zakłada, że nas wszystkich dotknęła "gorączka posiadania", że wszyscy żyjemy w biegu i nie mamy czasu by się zatrzymać i spokojnie wypić kawę czy kieliszek wina. Napisała więc książkę, która ma nam pomóc wprowadzić w swoje życie harmonię, przeorganizować je na nowo. A co z tymi ludźmi co walczą i jeszcze nie dali się omotać konsumpcyjnemu trybowi życia. Czy dla nich nie ma żadnych rad? Czy koniecznie trzeba zapaść na tę chorobę by dostać receptę? Autorka na dobrą sprawę nie promuje nowego stylu życia, nie pokazuje nam nowych dróg, którymi możemy pójść tylko sprzedaje sposoby na poprawę tego co mamy, którym dokleiła etykietkę hygge i "cozy", bo to się akurat sprzedaje.


Spoglądając na sam spis treści możemy zauważyć, że autorka nie wykazała się innowacyjnością. Każdy z nas zdaje sobie sprawę z istnienia ogólnie dostępnych technik relaksacyjnych, które pozwolą nam na złapanie oddechu. Wiemy,że spacery po lesie nas wyciszę, gorąca kąpiel rozluźni mięśnie a "dobry", kontrolowany oddech zmniejszy nasz poziom stresu. Autorka w kolejnych rozdziałach przedstawia nam listę ćwiczeń, które jeśli wykonywane poprawnie i konsekwentnie, będą miały cudowny wpływ na nasz dobrostan. Posiłkując się przykładami z całego świata, Alvarez zaleca nam spędzenie tygodnia bez dostępu do nowoczesnych technologii czy oddanie się medytacji bądź kolorowaniu. Wszystko to ma sprawić, że zwolnimy i przewartościujemy swoje życie. Dobrze państwo wiedzą, że głównym założeniem skandynawskich trendów lifestylowych jest prostota i umiar. Część poradników doradza nam wręcz życie w ascezie. Nikt oczywiście nie zastanawia się nad tym ile kosztuje zbudowanie tego "prostego" , minimalistycznego domu czy chociażby szwedzkiego kominka. Bo hygge to nie tylko nasz rozwój duchowy, to również budowanie przestrzeni wokół nas. Nowy skandynawski trend uczy jak osiągnąć szczęście, żyjąc w zgodzie z naturą, skromnie, niewielkim kosztem, wśród własnoręcznie wykonanych przedmiotów. To szwedzka sztuka równowagi. Wyraża się w stonowanym byciu pomiędzy skrajnościami, unikaniu przesady, docenianiu tego, co jest. A jak to wszystko działa w praktyce? Na to pytanie książka Alvarez już niestety nie odpowiada. Ponoć działa, jednak czy te "style życia" nie są po prostu modą? Kolejnym trendem za którym podążają rzesze lemingów? Bo czyż technik i ćwiczeń autorki nie możemy stosować w naszych własnych domach? Niekoniecznie surowych i bezosobowych? Niekoniecznie modnych.

Autorka dużo czasu poświęca samej idei hygge. Więc kolejny już raz musiałam czytać o tym, czym tak naprawdę jest ta duńska sztuka osiągnięcia wewnętrznej, równowagi, harmonii i bezpieczeństwa. Muszę przyznać, że po tytule spodziewałam się czegoś więcej a nie kolejnego odgrzewanego kotleta. Chciałam małej rewolucji, nowości, ciekawostek, odkryć. Niestety autorka powiela schematy, spisuje wiedzę oczywistą, kopiuje słowa dawno już napisane. Nie było tutaj nic czego bym nie wiedziała, żadne z ćwiczeń nie było autorskie a cała książka to po prostu wierne odtworzenie dzieł innych autorów. Jak każda książka tego rodzaju, również i "Żyj przytulnie" jest przyjemną lekturą, która sprawia, że czytając czujemy się komfortowo. Wtłoczona zostaje w nas energia, chcemy działać już-teraz. Zaczynamy poszukiwać nowych przepisów na "hygge" kolacje, postanawiamy częściej wychodzić z domu, na zakupach wkładamy do koszyka nowe kieliszki i góry świeczek (a gdzie ten minimalizm?), być może wejdziemy nawet na jakąś stronę poświęconą technikom medytacji i mindfulness, by zobaczyć z czym to się je. Im więcej czasu poświęcimy książce Alvarez, tym dłużej w naszych żyłach będzie krążył optymizm. Jednak jak to bywa w przypadku wielkiego zapału, zazwyczaj jest on słomiany. 

Uważam, że powinniśmy czytać wszelkiego rodzaju poradniki, gdyż można zaczerpnąć z nich sporo inspiracji, nauczyć się czegoś nowego i poznać świat oczami kogoś innego. Niestety tym razem nic mnie nie zaskoczyło. Było poprawnie i tyle. Myślałam, że autorka zaproponuje nam coś nowego, kolejny trend, który można zaimplementować w naszym życiu. Okazało się jednak, że "żyć przytulnie" znaczy po prostu, żyć po skandynawsku. A to już było. Polecam wszystkim tym, którym udało się przegapić wszystkie podobne książki.




Tytuł : "Żyj przytulnie"
Autor : Melissa Alvarez
Wydawnictwo : Kobiece
Data wydania : 16 stycznia 2019
Liczba stron : 240
Tytuł oryginału : The Simplicity of Cozy: Hygge, Lagom & the Energy of Everyday Pleasures




 Tę oraz wiele innych książek znajdziecie na półce z Nowościami księgarni internetowej :
https://www.taniaksiazka.pl/


Copyright © 2014 CZYTANKA NA DOBRANOC , Blogger