"Eremita" Thomas Rydhal

 Tytuł : "Eremita"
 Autor : Thomas Rydahl
 Wydawnictwo : Czarna owca
 Data wydania : 27 września 2017
 Liczba stron : 480
 Tytuł oryginału : Eremitten



 Coś więcej niż kryminał



Za co uwielbiam skandynawskich pisarzy? Skandynawskie kryminały wyróżnia osobliwy klimat. Akcja powieści najczęściej toczy się w małych, odizolowanych miasteczkach gdzie żyją zwykli szarzy ludzie. Policjanci to nie eleganciki z MI5 tylko pijący hektolitry kawy i jedzący cynamonowe bułeczki twardzi mężczyźni w powyciąganych zimowych swetrach. Łatwiej jest poznać te kryminały niż wymienić ich cechy szczególne. Choć "Eremita" z całą pewnością wpasowuje się w kanon gatunku nordic noir tak autor zadbał o wprowadzenie elementów dzięki którym powiało świeżością. Dla niektórych fanów gatunku, szczególnie tych, którzy lubią szybką akcję zabieg ten wyda się nieudany. Ja odebrałam go jako próbę popchnięcia kryminału skandynawskiego na inne tory? Czy udaną? Według mnie tak, tylko czy czytelnicy są gotowi na tę zmianę?


Erhardt, stroiciel fortepianów i taksówkarz w jednej osobie, 18 lat wcześniej opuścił Danię by
osiedlić się na słonecznej Fuertaventurze w archipelagu wysp kanaryjskich. Do tej pory prowadził spokojne, ustabilizowane życie, z dala od zgiełku i przemocy wielkich metropolii. Jednak pewnego dnia, na plaży, odnaleziony został samochód z martwym noworodkiem na tylnym siedzeniu. Dziecko owinięte było w duńskie gazety. Poproszony przez policję zgodził się podjąć współpracę jako tłumacz. Kiedy kilka dni później policja odnalazła matkę dziecka, która okazała się lokalną prostytutką, Erhardt nie mógł w to uwierzyć. Postanowił na własną rękę rozwikłać zagadkę niemowlęcia i jego nagłego pojawienia się na wyspie. 

Podczas lektury tej książki zostałam totalnie zaskoczona, i to co najmniej dwukrotnie. Po pierwsze rzadko się zdarza by akcja skandynawskiego kryminału osadzona była w rajskiej scenerii wysp kanaryjskich. Jestem przyzwyczajona do typowo mroźnych i wietrznych klimatów północnej części Europy. Białe plaże, słońce i roznegliżowane turystki, niezbyt mi pasują do tego gatunku. Jednak po kilkudziesięciu stronach zdałam sobie sprawę, że upalny klimat i krótkie spodenki nie odejmują nic z grozy i mroku jakim spowita jest ta powieść. Ba, czytelnik ma wrażenie, że Fuertaventura to nie jest raj dla turystów, tylko enklawa przemocy i korupcji, miejsce gdzie rodzą się fałszywe przyjaźnie, a turyści traktowani są jak niczego nieświadome bydło, źródło łatwego zarobku, i powód do żartów przy piwie. Wydaje mi się, że autor darzy tę wyspę wielkim sentymentem i zadał sobie wiele trudu by poznać realia tam panujące. Dzięki głównemu bohaterowi poznajemy wyspy kanaryjskie od kuchni : pachnące smażonymi rybami i tanim alkoholem. Odwiedzamy chaty z wyglądu przypominające brazylijskie favele, zaglądamy do tanich spelunek w których roi się od dziwek zniszczonych przez narkotyki i choroby weneryczne. Bywamy w miejscach gdzie nie zapuścił by się żaden szanujący swoje życie turysta. Jednak Fuertaventura to również miejsce gdzie żyją Ci prawdziwie bogaci, właściciele kasyn i głowy rodzin mafijnych. Miejsca gdzie nadal sprowadzana jest służba z Afryki. To kraina szybkich samochodów, drogich alkoholi i płatnego sexu. I wszystko to opisane jest w najdrobniejszych szczegółach, już na samym początku książki zauważamy że nasz autor ma słabość do detali i symboliki. 

Kolejnym zaskakującym elementejest postać naszego głównego bohatera. Przywykłam do tego, że to policjanci wiodą pierwsze skrzypce w większości skandynawskich kryminałów. Tutaj policja śledztwo ucina, bojąc się powtórki z "Madelaine" co rzekomo miałoby wpływ na turystykę. Osobą, która na własną rękę postanowiła kontynuować śledztwo jest stary taksówkarz erotoman. "Czteropalczasty" przybysz z Danii, który żyje samotnie od prawie dwudziestu lat a jego,wydawałoby się jedynym problemem, jest brak partnerki. Będę szczera i przyznam, że nie jest to postać, do której można zapałać szczerą miłością. Jak się dowiedziałam, że to właśnie on spędzi ze mną najbliższe 400 stron to się złapałam za głowę. No bo co takiego do zaoferowania ma podstarzały taksówkarz, eremita który mieszka w oddalonej od ludzi chacie a za przyjaciół ma dwie kozy? Czy naprawdę uda mu się rozwiązać zagadkę, nie mając żadnych znajomości ani pieniędzy? Choć do końca książki nie udało mi się go polubić, tak muszę przyznać, że postać ta mnie zafascynowała a momentami wątek jego przeszłości wydawał się bardziej interesujący niż sam wątek odnalezionego noworodka. Co skłoniło tego człowieka do opuszczenia Danii? Dlaczego nadal wysyła swojej żonie (byłej?) połowę wypłaty? Dlaczego stracił palca? Czemu jest sam? Wszystkie te pytania całkowicie zajęły moją głowę wypychając z niej wątek główny. Muszę przyznać, że duży wpływ na to miał fakt ciągłego przybywania z naszym głównym bohaterem. Na pewno powieść nie należy do gatunku tych w których akcja pędzi na łeb na szyję. Tutaj wszystko rozgrywa się powoli, czytelnik czuje jak gorące powietrze ma wpływ na tempo i styl życia naszych głównych bohaterów. No i do tego ta dbałość o szczegóły. 

Nie często się zdarza (dla mnie był to pierwszy raz), że nordic noir przeładowane jest detalami i symboliką. Zazwyczaj to właśnie tempo, rytmika i krótkie zdania są cechami szczególnymi tego gatunku. Tutaj wszystko zostało wywrócone na drugą stronę. Tempo narracji (w większości trzecioosobowej) jest powolne, co momentami skutkuje tym, że po prostu wieje nudą. Brak tu rytmiki, zdania są wielokrotnie złożone, przeładowane symbolami, często łapałam się na tym że miałam wrażenie przesytu, przerostu formy na treścią. Jednak czytałam dalej. A dlaczego? Pomimo osobliwego języka autorowi nadal udało się utrzymać w formie i zachować klimat powieści noir. Zagadka jest mroczna, skomplikowana. W połowie książki nie próbowałam nawet zgadywać jakie może być rozwiązanie. Jest to na pewno trudna powieść, aspirująca do miana tych z tak zwanej wyższej półki. 

Czy warto? Warto, gdyż jest to coś nowego. Czy się przyjmie w gatunku? Na pewno nie każdy autor ma taką lekkość pisania tak skomplikowanych zdań i nie każdy zrobi to w formie, która nie zamęczy czytelnika. Skandynawskie kryminały nastawione są na to by dostarczać czytelnikom rozrywki i nigdy nie aspirowały do tego by stać na półce razem z "klasyką". Tutaj widać aspiracje, jednak poparte talentem. "Eremita" to coś więcej niż kryminał i tak trzeba do tej książki podejść. Polecam. 


Za możliwość przeczytania i zrecenzowania książki serdecznie dziękuję wydawnictwu : 



Copyright © 2014 CZYTANKA NA DOBRANOC , Blogger