niedziela, 18 września 2016

"Dziewczyna z Bostonu" Anita Diamant

Tytuł : „Dziewczyna z Bostonu”
Autor : Anita Diamant
Rok wydania : 2016
Wydawnictwo : WAB
Tytuł oryginału : The Boston Girl
Liczba stron : 352







Nuda w Bostonie




Wciąż pod wrażeniem „Czerwonego namiotu” , który przeczytałam już jakiś czas temu, jak tylko zobaczyłam w księgarni najnowszą książkę Anity Diamant, wprost nie mogłam się doczekać aż zagłębię się w jej lekturze. Poprzednie książki oraz artykuły autorki były dobrym przykładem literatury feministycznej. Świetnie napisane, zmuszające do myślenia perełki literatury. Już od pierwszych stron wiedziałam, że „Dziewczyna z Bostonu” nie wytrzyma krytyki. Laicki, dziecinny język, brak fabuły, nieciekawe postaci wszystko to złożyło się na dość przeciętną powieść, której wydanie możemy zawdzięczać tylko i wyłącznie sławie autorki.

Rodzice Addie Baum wyemigrowali do Stanów zjednoczonych w ostatnich latach XIX wieku. Nasza młoda bohaterka urodziła się już w Ameryce. Los emigrantów w tamtych czasach był niezwykle ciężki. Problemy ze znalezieniem pracy, niskie zarobki w połączeniu z wysokimi czynszami, wszystko to sprawiło, że dwie starsze siostry Addie już jako nastoletnie dziewczynki były zmuszone do podjęcia pracy zarobkowej. Dziewczynce , szczęśliwym zrządzeniem losu zostało to oszczędzone, i mogła pójść do szkoły. Dzięki sobotnim kółkom czytelniczym, na które uczęszczała poznała osoby, dzięki którym w dorosłym życiu mogła zrobić karierę.



Jako, że sama jestem emigrantką lubię czasem poczytać o ludziach, których los zmusił do opuszczenia swojego kraju urodzenia. Jednak powiem wam jak najłatwiej zepsuć książkę. Po pierwsze wybór postaci. Zupełnie nie wiem dlaczego większość autorów upiera się na Żydów. Temat nieco wyświechtany, szczególnie jeśli mamy do czynienia z młodą , piękną ( a jakże ) żydówką pochodzącą z biednej polskiej rodziny. Kolejnym gwoździem do trumny jest uczynienie z tej żydówki pisarki czy dziennikarki. Często się zastanawiałam co jest takiego fascynującego w tych zawodach, że większość książkowych emigrantów właśnie taką ścieżkę kariery wybiera. Czemu nie zostają prawnikami, lekarzami albo chociaż hydraulikami? Jednym słowem najlepszym sposobem na zniszczenie książki jest „powielenie” fabuł dzieł innych autorów.

Najsłabszą stroną powieści jest jej fabuła, a konkretnej mówiąc jej brak. Historia opowiadana jest z perspektywy 85-letniej staruszki, która opowiada o swoim życiu swojej wnuczce. W przypadku opowieści poniekąd biograficznych ( choć o postaciach fikcyjnych ) zawsze oczekuję, że dana osoba ma coś ciekawego do przekazania. Jakieś tragedie z przeszłości, niezdradzone tajemnice, lub chociażby karierę tak niesamowitą, że aż żal się nią nie pochwalić. Tutaj nic takiego nie było. Życie Anny to typowy los amerykańskich imigrantów. Nie mamy tutaj zbrodni, nie leje się krew, nie ma tajemnic, nie ma nawet seksu. Po prostu wieje nudą. Na okładce książki możemy przeczytać „ Jedno życie, w czasie którego zmieniły się nie do poznania świat i los kobiet”. Czytając to spodziewałam się, że nasza bohaterka miała jakiś wpływ na te zmiany, jednak większość czasu autorka poświęca młodości dziewczyny. Dopiero z ostatnich kilku stron , w bardzo lakonicznej formie, czytelnik dowiaduje się kim tak naprawdę stała się Addie .

Ameryka XX wieku to nie kraina mlekiem i miodem płynąca. Prohibicja, sieroce pociągi, epidemia grypy, lincze na czarnoskórych tak w rzeczywistości wyglądała ta ziemia obiecana. Oddam honor autorce , że nie starała się wybielić obrazu tego jakże wielkiego kraju. Jednak zabrakło tutaj dynamiczności. Takie sceny powinny wzbudzać w czytelniku uczucia strachu, współczucia. Powinniśmy płakać rzewnymi łzami nad niesprawiedliwością. Chociaż bardzo się starałam nie uroniłam ani jednej łzy. Spokojnie mogłam zajadać biszkopty czytając o ukrzyżowanych czarnoskórych, umierających dzieciach , ofiarach wojen światowych , konkretniej pierwszej bo o drugiej nie było nawet wzmianki. Doskonałym przykładem tego braku demoniczności była scena, kiedy jeden z bohaterów został zabity siekierą by w kolejnej scenie poniekąd sprawczynie tego linczu mogły spokojnie zasiąść do jedzenia szarlotki.
Tutaj potencjał nie został wykorzystany. A przecież tyle mogło zostać napisane. Był to czas rodzących się w Stanach ruchów na rzecz zmian, rodziła się sprawiedliwość społeczna.

Powodem tego, że książka nie wzbudziła we mnie żadnych emocji był zapewne styl jakim została napisana. Przyzwyczajona do liryczności prozy autorki, do stylu który zmusza czytelnika do przemyśleń, byłam bardzo zaskoczona, kiedy dostałam powieść napisaną językiem nastolatki. Prosty styl, mało skomplikowane słownictwo i gramatyka. Wstyd mi było, że spod pióra tak znakomitej pisarki wyszło tak marne dzieło.

Ciężko mi oceniać tę książkę ponieważ nadal nie mogę uwierzyć , że została ona napisana. Toporny, dziecinny język, totalny brak fabuły, nudna główna bohaterka. Ciekawi mnie czemu do głównej roli w tej powieści autorka wybrała właśnie Abby, dziewczynę już amerykankę, która nigdy nie była w kraju swojego pochodzenia. Dlaczego wątek wiecznie utyskującej matki, która tęskniła za krajem nie został bardziej rozbudowany? Czasem zdawało mi się, że postać matki została wprowadzona tylko i wyłącznie po to, żeby kobieta mogła się z kim kłócić, a wiadomo bez kłótni nie ma dramatu. Czemu główną bohaterką nie została jedna z przyjaciółek Abby? Może wywodząca się z biednej rodziny odnosząca sukcesy prawniczka? Albo artystka, która wyjechała do Nowego Meksyku uczyć się sztuki garncarskiej od starej Indianki? Z pewnością ich życie było ciekawsze.


Mam nadzieję szybko zapomnieć o tej książce, i wymazać ją z dorobku jednej z moich ulubionych autorek. Nadal z niecierpliwością czekam na jej kolejne powieści, które mam nadzieję zetrą z moich ust niesmak jaki pozostawiła po sobie ta jakże gorzka potrawa.