"Uzdrawiaczki" Marta Stefaniak

     Obszerne, kilkuset stronicowe powieści historyczne, to coś co uwielbiam. Przyznam, że "Uzdrawiaczki" są pierwszą książką tego typu, napisaną przez polską autorkę, po którą zdarzyło mi się sięgnąć. Dotychczas skupiałam się na zagranicznych autorach. Pewnie jesteście ciekawi, jak nasza rodzima proza ma się do tej światowej? Otóż byłam pozytywnie zaskoczona. Książka Marty Stefaniak trzyma poziom i w niczym nie ustępuje swoim sąsiadom zza granicy. Ciężko jest napisać tak obszerne dzieło, bez kilku wpadek, jednak "Uzdrawiaczkom" w ogólnym rozliczeniu udało się obronić. Jedno jest pewne : w przypadku tej oto powieści czytelnik doskonale wie za co zapłacił.

Zgromadzenie Uzdrawiaczek istniało od wieków i coraz to kolejni władcy nadawali im nowe przywileje. W większych  miastach powstawały dwory, w których mieszkały parające się zielarstwem uzdrowicielki. Pomagały zarówno bogatym jak i biednym nie oczekując  nic w zamian. Sytuacja się zmieniła wraz z nowym cesarzem Nadborem. Ten ogarnięty paranoją, spodziewający się z każdej strony ataku władca, postawił sobie za cel zlikwidowanie profesji Uzdrawiaczek. Ich dwory
zostały spalone a kobiety wymordowane. Aldzie, dzięki pomocy kochanka, udaje się uciec. Wraz z mężczyzną udają się na północ gdzie, dzięki łasce sołtysa, udaje im się znaleźć nowy dom. Jednak w tych niebezpiecznych czasach, gdzie po lasach chowają się buntownicy, poborcy podatkowi zbierają coraz większe daniny na rozbudowę wojska, ciężko jest przeżyć. 

W jednej z recenzji przeczytałam, że książka należy do gatunku fantastyki. Długo zastanawiałam się nad tym stwierdzeniem i muszę przyznać, że jest na poły prawdziwe. Nie da się ukryć, że świat stworzony przez Martę Stefaniak jest fikcją literacką. Zmyślone są miejsca i imiona, profesje i stopnie wojskowe. Uzdrawiaczki, choć swój pierwowzór wzięły od znachorek lub szamanek, również są zmyśloną grupą zawodową. Można by rzec, że jedyne czego brakuje w tym fantastycznym świecie to magii. Od samego początku tej książki wiedziałam, że coś mi przypomina, z czymś mi się kojarzy. Dopiero zastanawiając się nad powyższą tezą uprzytomniłam sobie, że napisana jest podobnie do książek mojej ulubionej autorki : Trudi Canavan. Marta Stefaniak to taka polska Trudi, jednak bardziej nastawiona na historię niż na magię. "Uzdrawiaczki" to monumentalne dzieło obyczajowe, w którym czas i miejsce akcji wzorowane są na późnych wiekach średnich.

Książka ta to również ciekawe studium ludzkiej psychiki. Nadbor, nowy cesarz, jest człowiekiem opętanym przez demony, które znalazły sobie dom w jego głowie. Z rozdziału na rozdział widzimy jak jego paranoja się powiększa wpływając zarówno na kondycję fizyczną jak i psychiczną. Mężczyzna wszędzie widzi wrogów, chowają się po lasach, wioskach, dworach. Taki człowiek bardzo łatwo poddaje się manipulacji, jest podatny na wpływy. Wykorzystują to jego doradcy, którzy dzięki podejmowanym przez władcę decyzjom, starają się ugrać coś więcej dla siebie. Nadbora wraz z biegiem czasu, kiedy jego panowanie naznaczone jest krwią niewinnych ludzi, zaczynają dręczyć wyrzuty sumienia, które objawiają się w chorobie na ciele bardziej niż na duszy. Mężczyzna boi się o własne zdrowie. 
Jest to również powieść o lojalności. Nadbor, w swojej paranoi, ufa tylko władcom swoich wojsk. Jedno krzywe spojrzenie, jeden wysłany do nieodpowiedniego nadawcy list, jeden krok w złą stronę i już poddany znalazł się na czarnej liście. Skazany,  nie ma żadnych szans na ucieczkę. Jego majątek zostaje oddany komuś innemu, rodzina zabita a sojusznicy wytropieni. Zagrożeniem są również chłopi, którzy ukrywają po chatach zapasy i zbiegłe Uzdrawiaczki. Nikt w dzisiejszych czasach nie jest bezpieczny. Jeżdżący po wioskach żołnierze torturują chłopów, którzy gotowi są przyznać się do wszystkiego. Ludzie wydają swoich sąsiadów a nawet własne rodziny. Wioski, są palone, nawet jak nikomu nie udowodniono winy- ku przestrodze. Cesarstwo powoli zaczyna się zmieniać w morze krwi. Lojalność traci na wartości. 

"Uzdrawiaczki" są powieścią niezwykle szczegółową. Widać, że autorka jest wielbicielką wszelkich detali. Wszystkie ruchy naszych bohaterów są opisane z precyzją. Jeśli by wyciąć powtarzające się szczegóły dnia powszedniego z ponad 700 stron wyszłoby około 500. Fabuła troszeczkę przypomina "Chłopów" Władysława Reymonta (z tej dobrej strony), wraz z naszymi bohaterami przeżywamy wiosnę, lato i zimę, uczymy się siać zboża, zbierać plony i hodować zwierzęta. A gdzieś na tym tle toczą się losy całego cesarstwa, również podatne na cykliczność pór roku. Dopiero gdzieś pod koniec książki (powiedzmy, że około 600 strony) akcja dochodzi do punktu kulminacyjnego i nasi bohaterowie zaczynają przechodzić metamorfozę. Jej finał był dla mnie zaskakujący i powiem, że dodał książce pikanterii i smaku. 

Ciężko jest napisać tak obszerne dzieło, które do samego końca będzie trzymało czytelnika w napięciu. Zabiegiem, który sprawił, że tak było w przypadku tej powieści było napisanie jej z kilku różnych perspektyw : ogarniętego paranoją cesarza, ukrywającej się uzdrawiaczki, dowódcy cesarskich wojsk oraz paru innych. Patrząc ich oczami widzieliśmy pogrążające się w mroku królestwo i oczekiwaliśmy nieuchronnej zguby. "Uzdrawiaczki" to dobrze napisana, ciekawa choć nieco przydługa powieść o nieufności i zdradzie lecz również miłości i obowiązku niesienia pomocy potrzebującym. Jest to pierwsza książka Marty Stefaniak, którą przeczytałam jednak wiem, że nie ostatnia. Gratuluję pomysłu i czekam na więcej. Polecam. 

Tytuł : "Uzdrawiaczki"
Autor : Marta Stefaniak
Wydawnictwo : Prószyński i S-ka
Data wydania : 3 kwietnia 2018
Liczba stron : 780


Za możliwość przeczytania i zrecenzowania książki serdecznie dziękuję wydawnictwu :

Copyright © 2014 CZYTANKA NA DOBRANOC , Blogger