środa, 19 kwietnia 2017

"Dollbaby" Laura Lane McNeal

 Tytuł : "Dollbaby"
 Autor : Laura Lane McNeal
 Wydawnictwo : Świat Książki
 Rok wydania : 2016
 Liczba stron : 408
 Tytuł oryginału : Dollbaby


Historia bez historii

Sięgając po tę książkę miałam nadzieję na kolejną fenomenalną powieść w rodzaju "Służących" czy "Sekretnego życia pszczół", niestety troszkę się rozczarowałam. Zamiast dokładnie przemyślanej, dojrzałej powieści, która w końcu porusza trudny temat, dostałam powieść new adult, powieść bez konkretnej struktury, gdzie poszczególne wątki często prowadzą donikąd. Powieść przesączoną
dialogami (które uwielbiam), z których to dowiadujemy się całego tła historycznego. Autorka poszła troszkę na łatwiznę. Myślę, że dorośli czytelnicy będą zawiedzeni, jednak dla młodszych amatorów książek może to być uzupełniającą lekcją historii Stanów Zjednoczonych.

Ibby Bell, której ojciec ginie w wypadku rowerowym, zostaje odesłana z Waszyngtonu na południe kraju. Ma zamieszkać wraz ze swoją babcią, o której istnieniu dowiedziała się kilka miesięcy wcześniej. Matka dziewczynki znika, by uporządkować swoje życie. Fannie Bell, babcia Ibby, jest ekscentryczną dziwaczką mieszkającą w wiktoriańskim domu. Posiada ona czarnoskórą służbę, Queenie i Dollbaby- matkę i córkę, które zajmują się sprzątaniem, gotowaniem i opiekowaniem się staruszką. 
Historia dzieje się w latach 60 i 70 XX wieku. Oczami dorastającej dziewczyny, widzimy Nowy Orlean w okresie zmian. Stosunki pomiędzy czarną i białą ludnością są napięte, nadal słychać echa niewolnictwa, a przedział rasowy jest bardzo wyraźny. Jest to okres protestów i zamieszek na ulicach.
Dziewczynka stopniowo odkrywa tajemnicę rodziny, dowiaduje się dlaczego jej ukochany tata musiał opuścić południe i uciec wraz z żoną do Waszyngtonu. 

Moim największym zastrzeżeniem co do tej książki jest jej tytuł "Dollbaby". Ta czarnoskóra służąca nie jest nawet postacią pierwszoplanową, a jej wątek to pojawia się to znika. To tak jak by "Kubusia Puchatka" nazwać "Krzyś". Zastanawia mnie dlaczego autorka się na to zdecydowała. Czy miał być to hołd oddany czarnoskórym walczącym o prawa obywatelskie? Czy po prostu Dollbaby brzmiało lepiej niż Ibby? Czy chciała zachęcić większe grono czytelników, sugerując, że książka będzie napisana z punktu widzenia czarnej służącej? 
Tytuł powinien brzmieć Ibby lub nawet Liberty Bell. Przecież to też piękne i posiadające dużo znaczeń imię. I to właśnie nasza 11-letnia Ibby jest naszą główną bohaterką, to przez nią poznajemy ówczesny Nowy Orlean, to jej losem się martwimy. 
Albo czemu książki nie nazwać po prostu "Doll", byłby to bardzo odpowiedni tytuł, jednocześnie odnoszący się do porzuconej jak szmaciana lalka dziewczynki, i czarnoskórej dziewki służebnej. Prawda, że trafne?

Wiecie z czym skojarzyła mi się ta powieść? Z garnkiem sobotniej zupy. Do wody wrzucamy wszystko co nam zostało z poprzedniego tygodnia licząc na to, że stanie się cud i stworzymy arcydzieło. Był taki wierszyk dla dzieci : 

Babcia zupę gotowała
I do garnka powrzucała:
Dwie marchewki, trzy pietruszki,
Sól i cztery kurze nóżki,
Garść guzików, pół ziemniaka,
Trzy gazety i buraka,
Ząbek czosnku, kości cztery,
Trzy pluskiewki, dwa selery,
Kłębek nici, motek wełny,
Aż się garnek zrobił pełny!
Gotowała siedem dni
A te zupę zjesz dziś ty!  

Dokładnie to samo zrobiła nasza autorka. Krok po kroku opisywała nam to co robią nasi bohaterowie. Jak się prasuje serwetki, jak się robi zupę z karmazyna, jakie tenisówki ma na sobie Ibby. Z początku to wszystko ładnie pachniało, i miałam nadzieję że jak dojdzie do opowiadania o kontekście historycznym to dowiem się wielu nowych faktów. Niestety tak się nie stało. Jak przyszło co do czego byłam wielce rozczarowana. Mało tego. Proza autorki wydawała się bardzo stronnicza. Protesty czarnej ludności nie były przekonujące, więcej dowiadywaliśmy się z dialogów a nie z samej powieści. Autorka potraktowała cały problem po macoszemu starając się go jak najbardziej "wybielić" i to w sensie dosłownym :) Wszystkie te protesty, walki o wolność obywatelską, wszystko to było niezwykle sztuczne. Liczyłam na to, że poczuję tutaj duch tak zwanej "black power", poznam uczucia ludzi, którzy nie okłamujmy się, nadal byli traktowani jak tworzywo gorszego sortu. Nic takiego nie dostałam. Miałam wrażenie, że autorka nieco zdystansowała się od problemu. Zresztą czego można się spodziewać po książce, której bądź co bądź główną bohaterką jest jednak biała dziewczynka z Północy. 

Teraz skupmy się na chwilkę na naszej głównej bohaterce. Postaci, która nie wydała mi się wiarygodna. Przez 11 lat swojego życia mieszkała w Waszyngtonie, w mieście postępu i swobód obywatelskich. Mieście oddalonym o tysiące kilometrów od miejsca z którego pochodzili jej rodzice. Graham i Vidrine uciekli z południa i za wszelką cenę starali się od niego odciąć. Wybrali Północ, zapomnieli o swoim nowoorleańskim akcencie i wychowywali swoją córkę na nowoczesną nastolatkę. A tu już pierwszego dnia nasza główna bohaterka przyjeżdża do nowego domu i wygłasza takie frazy jak "przystojny naszyjnik". Kolokwializm rodem z południa. Oczywiście każdy w końcu nabierze akcentu ludzi z którymi zmuszony jest przebywać, ale czy to następuje tak szybko? Ibby by powiedziała "piękny naszyjnik", "wspaniały naszyjnik" ale na pewno nie określiłaby go przystojnym.
I takich ptaszków w książce jest bardzo dużo. 

Zresztą książka była pełna nieścisłości. Po pierwsze policjant Kennedy- postać która pojawia się wszędzie- dosłownie jak anioł stróż. Co prawda nie żyłam w tamtych czasach ale wydaje mi się, że już w latach 70 Nowy Orlean był dużym miastem, gdzie na ulicach strzegło prawa wielu policjantów, do tego służby miejskie i gwardia obywatelska. Autorka zrobiła z tego miasta prowincję jednego szeryfa, do którego się dzwoni jak kot sąsiadów wlazł na drzewo. Naciągane i jeszcze raz naciągane!
Druga sprawa to Fannie Bell. Zastanawia mnie skąd wzięła fortunę. Zanim poznała swojego męża była zwykłą, szarą obywatelką jak pewnie większość z nas. Jej mąż również nie był człowiekiem, którego można by nazwać krezusem. Jako kapitan statku był zapewne człowiekiem dość majętnym jednak nie na tylko by pozostawić jej w spadku 700 000 dolarów gotówki (i to w latach 60!), a do tego ufundować parę budynków w mieście, sygnowanych jego nazwiskiem. Czyżby już wtedy było Lotto tylko autorka zapomniała nadmienić o tym jakże istotnym fakcie?

Pomimo tematu który porusza książka jest bardzo optymistyczna i bezpieczna. Autorka niestety omija niesmaczne i bolesne aspekty bycia afrykańskim amerykaninem lat 60. Wszyscy jej bohaterowie są  trzymani pod kloszem i nigdy nie dzieje im się krzywda (pewnie dlatego, że Kennedy czuwa). Wydaje mi się, że postać Fannie Bell, była bardzo przerysowana. Nie chce mi się wierzyć, że ludzie południa Stanów, naznaczeni historią i wieloletnią tradycją, nawet w dzisiejszych czasach są tak otwarci i optymistycznie nastawieni. Zresztą do końca nie wiem dlaczego Fannie miała taki sentyment. Czy byłą taka z natury? Czy chciała być inna niż wszyscy? 

Jeśli by założyć, że niewolnictwo w Stanach byłoby fikcją i wymysłem literackim wtedy mogłabym tę książkę uznać za wartościową powieść fantasy. Jednak znam historię i znam straszne konsekwencje ludzkich działań, w tym kontekście książka wydała mi się niewiarygodna, a tego nie lubię. Dostaliśmy tu płytką opowiastkę, pełną pytań bez odpowiedzi, pełną niedokończonych wątków.

Komu się spodoba? Na pewno młodym czytelnikom, którzy nie znają historii lub znają ją tylko z lekcji prowadzonych przez nielubianych nauczycieli. Polecam również fanom powieści historyczno-obyczajowych którzy liczą tylko na dobrą rozrywkę. Bo pomimo tego, że nie jest to lektura dla mnie książka nie nudzi, powiem nawet że wciąga.