niedziela, 25 czerwca 2017

"Making faces" Amy Harmon

 Tytuł : "Making Faces"
 Autor : Amy Harmon
 Wydawnictwo : Editio
 Data wydania : 5 stycznia 2017
 Liczba stron : 344
 Tytuł oryginału : Making Faces


 Płytki świat

Mam wielki problem z tą książką. Na wstępie zaznaczę, że na wszystkich portalach, większości blogów i stronach księgarni internetowych zbiera same pozytywne noty. Ponad 4 gwiazdki na Goodreads.com- to się rzadko zdarza nawet w przypadku klasyków. Samo to zmusza czytelnika do napisania pozytywnej opinii. Z jednej strony mamy tutaj wszystko to co cechuje dobrą książkę obyczajową : powolną jednak ciekawą fabułę, prawdziwych bohaterów i wulkan emocji. Przyznam się, że niejednokrotnie zakręciła mi się łezka w oku. Jednak zawsze musi być to ale. Czym było ono tym razem? Pomimo ładunku emocjonalnego, który ze sobą niesie, książka ta jest po prostu płytka. Z jednej strony porusza ważne tematy, jednak odnosiłam wrażenie, że zostały one potraktowane po macoszemu. Na pewno nie jest to zła lektura jednak zabrakło tu tła, które jest dla mnie równie ważne co zdarzenia.

Fern od najmłodszych lat jest zakochana w Ambrose- młodym zapaśniku, niezwykle przystojnym
chłopcu, który jest obiektem westchnień większości dziewczyn w szkole. Dziewczyna wie, że jej miłość nigdy nie zostanie odwzajemniona. No bo czy jest możliwe by najprzystojniejszy chłopak w szkole zwrócił uwagę na małą, rudowłosą, piegowatą dziewczynę, która na domiar złego nosi okulary i aparat ortodontyczny? 
Po ukończeniu szkoły Ambrose wraz z przyjaciółmi z maty zapaśniczej decyduje  wyjechać na wojnę do Iraku. Wydarzenia z 11 września sprawiły, że poczuli się w obowiązku walczyć za własny kraj. W wyniku zasadzki na drodze czwórka z nich ginie. Do domu wraca tylko Ambrose. Jednak nie jest już tym przystojnym, młodym mężczyzną. Pocisk wycelowany w ich pojazd zmasakrował mu prawą stronę twarzy. Policzki przecinają mu blizny, stracił widoczność w jednym oku i ogłuchł na jedno ucho.
Czy Fern jest w stanie nadal kochać bestię?

Od razu zaznaczę, że nie jest to gatunek książek po który sięgam w pierwszej kolejności. Mało tego zazwyczaj omijam je szerokim łukiem. Zrobiłam wyjątek ze względu na samą autorkę. Miałam okazję czytać jej wcześniejsze powieści (przegrana w zakładzie) i głęboko zapadły mi w pamięć. Jestem przyzwyczajona do thrillerów i kryminałów gdzie akcja pędzi na łeb na szyję a człowiek nie robi nic innego jak tylko czeka na rozwiązanie zagadki. W przypadku powieści obyczajowych zwracam uwagę na coś innego : na bohaterów i to co mają nam do przekazania. Tym razem było tego sporo. Od samego początku wiedziałam, że ta powieść niesie ze sobą duży ładunek emocjonalny. Wystarczyło mi tylko poznać naszych głównych bohaterów. Mamy tu do czynienia z walką ze śmiertelną chorobą, która z góry skazana jest na niepowodzenie. Razem z bohaterami wyjeżdżamy na wojnę, która pochłonie mnóstwo ludzkich istnień.Jesteśmy bici i poniżani przez własnego męża. Z przystojnego mężczyzny zmieniamy się w potwora. Leżymy twarzą w rowie pełnym błota walcząc o oddech. To po prostu nie ma prawa nie poruszyć czytelnika. Na pewno fabuła jest najmocniejszą stroną tej powieści. Szczególnie biorąc pod uwagę, że jej targetem są młodsi czytelnicy. 
Wiem jakie było zmierzenie autorki. Ta książka miała wzruszać a jednocześnie uczyć. Uczyć tego, że należy się cieszyć każdą chwilą. Dziękować za te wszystkie małe rzeczy, które dostajemy od losu każdego dnia. Nie patrzeć na urodę człowieka tylko zaglądać we wnętrze drugiej osoby. Wszystko to piękne przesłania ale jednocześnie puste frazesy. W tej książce bohaterom wszystko przychodziło za łatwo. Każdy był pogodzony z własnym losem. Ba, autorce po prostu udało się ujarzmić śmierć i nadać jej ludzkie oblicze. Zaśmiać się jej w twarz. Dla mnie to wszystko było za proste. Tak dużo przeżyłam z naszymi bohaterami, że po prostu nie mogłam się z pewnymi faktami pogodzić i przejść nad nimi do porządku dziennego. Może za mało we mnie wiary? Bo to właśnie ona pełni dużą rolę w tej książce. 

Pomimo faktu, że pokochałam głównych bohaterów nie byli oni postaciami wiarygodnymi. Fern, którą poznajemy jako wkraczającą w dorosłość osobę, praktycznie się nie zmieniła od momentu kiedy miała 10 lat. Jest tak samo infantylna i naiwna jak kiedyś. Ambrose myśli, że wyjazd do Iraku na wojnę jest tym samym co pojechanie na szkolną wycieczkę i w jednej minucie namawia do tego swoich najbliższych znajomych. Rita, kobitka raczej swobodnych obyczajów, jak się budzi z ręką w nocniku to przypomina sobie że był ktoś taki jak Bailey i że żałuje, że nie ma tyle siły by z nim być. A sam Bailey? On był najwspanialszą postacią w tej książce. Sarkastyczny, inteligentny, zabawny. Wprost go uwielbiam. Tylko on ratuje ten cały panteon. Jednak jak widzimy można pokochać nawet niewiarygodnych superbohaterów.

W książce tej poruszono sporo niezwykle ważnych wątków. Motyw zamachu terrorystycznego na World Trade Centre, wojna w Iraku, Zespół Szoku Pourazowego, przemoc w rodzinie. Niestety żaden z nich nie został rozwinięty. Książka zaczyna się w momencie jak cała klasa ogląda w telewizji walące się wieże w Nowym Yorku. Ja jako zainteresowany czytelnik spodziewałam się tego, że przeczytam jak to wpłynęło na umysły młodych ludzi... niestety. Kolejny etap : wojna w Iraku. Oprócz taplania się w basenie i żartów w bazie nie dostałam praktycznie nic....oprócz aktu końcowego. A co się działo w domu Rity? Też nic. Co się działo w głowie Ambrosa? Tu dostajemy troszkę więcej, jednak temat i tak nie został wyczerpany. 
Doskonale zdaję sobie sprawę, że książka obyczajowa nie może być zbyt długa, bo na litość boską, jak długo możemy czytać o losach zwykłych ludzi. W tym tkwi problem. W tym przypadku nie mamy do czynienia ze zwykłymi ludźmi. To chodzące kłębki emocji i problemów, dla których wypadało by poświęcić parę dodatkowych stron by uczynić ich bardziej realnymi. Wtedy i przesłanie książki by było bardziej dosadne. 

Ciężko mi ocenić tę pozycję. Uważam, że niesie ważne przesłanie jednak podane w zbyt prozaicznej formie. Pokochałam bohaterów jednak tylko na papierze bo pomimo usilnych starań nie potrafiłam przenieść ich do rzeczywistości. Jednak to pewnie ja się mylę patrząc na recenzje. Może to ja nie jestem targetem tej powieści a młodym ludziom jest ona potrzebna. Z pewnością zachowam egzemplarz dla mojej córki, za kilka lat zobaczymy co mi powie i napiszę recenzję okiem nastolatki.

Za możliwość przeczytania i zrecenzowania książki serdecznie dziękuję :