środa, 16 marca 2016

Autor : Nina George
Tytuł : Księżyc nad Bretanią
Rok wydania : 2015
Wydawnictwo : Otwarte
Tytuł oryginału : Die Mondspielerin
Liczba stron : 320






Cukrowa  Bretania 



Jest to moje pierwsze spotkanie z Nina George, i pomimo tego, że lubie dawać kolejne szanse, nie
tylko pierwsze, obawiam się że w tym wypadku zrobię wyjątek. Przyznam się bez bicia, musiałam zmuszać się by owe "dzieło" doczytać do końca. A dlaczego? Ponieważ już na 80 stronie ( a może nawet wcześniej ) poznałam zakończenie. Kolejne kilkaset stron książki było więc niczym innym jak mozolną droga a wręcz przedzieraniem się przez mozolne opisy, wraz z nudną, nieciekawą a czasami wręcz żalosną bohaterką.

Marianne jest sześćdziesiecioletnią Niemką żyjacą w cieniu swojego męża, sknery i despoty, dla ktorego liczy się tylko i wyłącznie kariera zawodowa. Pewnego dnia Marianne ma dość i decyduje się popelnić samobojstwo. Idealnym miejscem na odebranie sobie życia wydaje się Paryż. Kobieta podczas wycieczki do miasta zakochanych skacze z mostu do Sekwany. Wbrew jej nadziejom i oczekiwaniom zostaje uratowana. Trafia do szpitala psychiatrycznego gdzie zmuszona jest do rozmowy z psychologiem. Podczas wędrówki po szpitalu w jej ręce wpada porcelanowy kafelek z ręcznie namalowanym obrazkiem przedstawiającym nadmorską miejscowość Kerdruc. Zafascynowana widokiem kobieta za ostatnie pieniądze kupuje bilet na pociąg do Bretanii. Kiedy dostaje się na miejsce postanawia , że to właśnie małe portowe miasteczko będzie świadkiem jej śmierci. Jednak splot nieoczekiwanych okoliczności całkowicie odmieni jej plany. Pomimo nieznajomości języka już pierwszego dnia dostaje pracę i zakwaterowanie w hotelu. Poznaje też nowych przyjacioł dzięki  ktorym odnajdzie sens życia. 

Już od pierwszych zdań zaczęłam żałować , że próba samobójcza głownej bohaterki zakończyła się niepowodzeniem. Dawno nie spotkałam tak żałosnej, niewyraźnej i głupiej postaci pierwszoplanowej. Gdyby nie seria zbiegów okoliczności, które wydawały się wprost nierealne ( zdzwilibyście się jak dużo osób mówi po niemiecku w zapadłych wioskach Francji ) to nasza bohaterka umarłaby zapewne z głodu a nie pławiła się jak pączek w maśle. Wiedzieliście na przykład, że pracując jako pomoc kuchenna we Francji nie musicie posiadać żadnego zaświadczenia z tamtejszego sanapiedu ani chociażby ksiażeczki zdrowia? Niebywale.Ba nie musicie nawet znać Francuskiego. I to mi się wydawało najbardziej żenujace. Przecież ten biedny kucharz musiał rwać sobie włosy z głowy, bo pewnie drugie tyle czasu co na gotowaniu musiał spędzać na tłumaczeniu kobitce z zagranicy jaka jest rożnica między selerem naciowym a zwykłym, ba i to jeszcze nie wiadomo w jakim języku, bo na migi to pewnie dość cieżkie. 
Powiem wprost zaskoczyła mnie mnogość pozytywnych recenzji tej książki, gdyż nie było w niej absolutnie nic nowego, odkrywczego . Ot zwykła powieść dla znudzonych życiem kucht domowych, ktore od książki oczekują tego by wycisnęła łzy z oczu. Mnie tym razem to nie przekonało. Takich kobiet jak nasza główna bohaterka jest wiele, wystarczy włączyć pierwszy lepszy kanał w telewizji. Do tego samo tempo narracji jak dla mnie było zbyt powolne. Momentami zdawało mi się, że autorka ma wyznaczony jakiś target liczby stron, które koniecznie musi zapełnić. Stąd mnogość opisów, dokoptowane do fabuły odrębne opowieści, ktore zdawały się nie pasować do kanonu powieści obyczajowej. Spodziewałam się tego, że autorka bardziej się skupi na opisaniu Bretanii. Jednak to co dostałam zupełnie mnie zawiodło. Zamiast rzetelnego opisu ( wiem wiem to nie reportaż ) dostałam zbiór ochow i achow . Jeszcze na poczatku książki miałam ochotę pojechać kiedyś do Kardruc jednak teraz obraz tego miejsca wydaje mi się tak przesłodzony, że będę się od niego trzymać z daleka.

Niestety jestem zmuszona dać tej pozycji jedną gwiazdkę.