piątek, 28 kwietnia 2017

 Tytuł : "Listy do pałacu"
 Autor : Jorge Diaz
 Wydawnictwo : Rebis
 Rok wydania : 2017
 Liczba stron : 480
 Tytuł oryginału : Cartas a Palacio 




 Wzrusza i uczy

W końcu mi się poszczęściło i trafiłam na książkę, która całkowicie spełniła moje oczekiwania. Kolejny raz nie zawiodłam się na hiszpańskich pisarzach. Jorge Diaz zapewnił mi świetną rozrywkę i do tego lekcję historii, którą powinien poznać każdy europejczyk. Z takich książek powinniśmy się uczyć o losach naszego kontynentu. Informacje podane w przystępnej formie, ciekawa fabuła, interesujące postaci. Za to właśnie uwielbiam obyczajowe powieści historyczne. 

Zbliża się ślub Bianki, kiedy dziewczyna dowiaduje się, że jej przyszły mąż ma kochanki. Zamiast sakramentalnego "tak" przed ołtarzem oczernia swojego kochanka, odkrywając przed wszystkimi gośćmi jego prawdziwą naturę. Kobieta postanawia zrobić coś nowego z własnym życiem. Urodzona w wysoko sytuowanej, szlacheckiej rodzinie od najmłodszych lat była przygotowywania do pójścia w ślady jej matki.
Jej jedynym obowiązkiem było znaleźć męża i brylować na parkietach. Bianca ma jednak inne plany. Szokuje swoją matkę, kiedy wyjawia jej, że postanawia iść do pracy. Dzięki znajomościom ojca dostaje posadę w nowo otwartym Urzędzie ds. Ochrony Jeńców. W Europie trwa I Wojna Światowa. Wielu ludzi nie zna losu swoich bliskich. Do pałacu królewskiego napływają listy z prośbami o pomoc. Hiszpania jako państwo neutralne nie bierze udziału w wojnie, jednak król postanawia zaangażować się osobiście w niesienie pomocy pokrzywdzonym rodzinom. Głównym zadaniem Urzędu jest dbanie o los jeńców wojennych i umożliwienie im kontaktu z pozostawioną w krajach rodziną. 
Blance pomaga Manuel, madrycki anarchista, który pod fałszywym nazwiskiem ukrywa się w stolicy. 

Fani powieści historycznych (szczególnie tych hiszpańskich autorów) zapewne wiedzą, że ich znakiem rozpoznawczym jest mnogość bohaterów i ich historii. Każdej postaci poświęconych jest wiele stron, bardzo często losy wszystkich bohaterów się łączą, często w bardzo zaskakujący sposób. Muszę przyznać, że na początku książka wydawała mi się nieco chaotyczna. Narracja prowadzona jest w czasie teraźniejszym. Rozdziały są krótkie i każdy opowiada o losach innych bohaterów. W pierwszych kilkunastu rozdziałach poznajemy tylu bohaterów, że mamy mętlik w głowie. Mniej uważni czytelnicy łatwo mogą zgubić wątek. Potem jednak jest coraz lepiej. Autor daje nam czas na poznanie i polubienie naszych bohaterów. Każda postać jest tutaj inna, każda ma inne atrybuty, jednak są one jak najbardziej prawdziwe. Nie mamy tutaj do czynienia z czarno-białymi charakterami, tylko ze wszystkimi odcieniami szarości. Nikt nie jest tylko dobry, czy tylko zły, zupełnie jak w życiu. Właśnie ta wiarygodność sprawiła, że książkę czytało mi się niezwykle przyjemnie.
Przejdźmy teraz do naszych postaci. Mamy tutaj Blancę, odważną młodą kobietę, która postanawia walczyć o wolność kobiet do pracy i stanowieniu o własnym życiu- co było bardzo nowatorskie w Hiszpanii początków XX wieku. Poznajemy Manuela Camposa, anarchistę, który pragnie obalenia monarchii i poprzez sztuki teatralne i wystąpienia uświadamia ludzi jak niesprawiedliwy jest ustrój w którym żyją. Jest i Gawriło Princip, Serb, który zabił Franciszka Ferdynanda w Sarajewie, Alvaro Giner, przyjaciel króla Alfonsa XIII, kierownik Urzędu ds. Ochrony Jeńców, Jean-Marie Huguet hiszpański malarz zakochany w cygance i wiele wiele innych często kontrowersyjnych postaci. Mamy tutaj prawdziwy przekrój hiszpańskiego społeczeństwa.

Co mnie najbardziej zachwyciło w książce, to pomysł zbudowania jej na zasadzie kontrastów. W jednym rozdziale znajdujemy się w pałacu w Madrycie, gdzie z czterech stron otacza nasz przepych i zbytek, by w następnym poczuć smród okopów na zrujnowanej wojną francuskiej prowincji. Możemy pić kawę w jednej z uroczych paryskich kawiarenek a w następnej chwili przenosić kamienie w obozie jenieckim. Autor pokazuje nam wojnę z każdej strony. Widzimy ją zarówno oczami rządzących jak i walczących, zaangażowanych i tych przyglądających się z dystansu. Książka przepełniona jest bólem i cierpieniem, przyznam że parokrotnie zwilgotniały mi oczy. Jednak takich kontrastów jest tutaj więcej. Przyjrzyjmy się samemu Madrytowi gdzie obok siebie żyje tak wiele klas społecznych. To europejskie miasto jest doskonałym przykładem tego jakie wielkie nierówności społeczne panowały w Europie na początku wieku. Przyznajmy jednak szczerze, że niezbyt wiele się od tego czasu zmieniło. Razem z autorem chodzimy korytarzami pałaców i ulicami dzielnic biedoty, gdzie małe dzieci nigdy nie widziały zabawki. Zajadamy się canard a la presse lub kombinujemy jak zdobyć kawałek chleba. 

Poruszony jest tutaj również ważny temat jakim jest wolność obywatelska i równość społeczna. Ludzie domagają się większych swobód i praw. Czują się wykorzystywani przez elity społeczne. Panuje głód, nędza, ulice pełne są przestępców różnego asortymentu i morderców. Jest to dobry grunt na powstanie i działanie ruchów anarchistycznych, dążących do obalenia monarchii. Również kobiety zaczynają walczyć o swoje prawa, szczególnie te z elit społecznych. Już nie chcą być dodatkiem do swojego męża, elementem dekoracyjnym. Są wykształcone i niezależne, chcą podobnie jak mężczyźni pracować i mieć głos, który się liczy i jest słyszany.
Przyznam się szczerze, że czytając ten powieść zdałam sobie sprawę z ogromnych luk w mojej wiedzy na temat historii powszechnej. Wiem, że autor inspirował się faktami historycznym. Nie zdawałam sobie sprawy z istnienia Urzędu ds. Ochrony Jeńców, gdzie ludzie mogli napisać list z prośbą o pomoc w odnalezieniu zaginionych na froncie członków rodziny. Powstanie tej instytucji było pięknym gestem hiszpańskiego monarchy. 

Książka napisana jest prostym i przystępnym stylem. Warsztat autora, z zawodu dziennikarza i scenarzysty, nie pozostawia nic do życzenia. Zachowany jest balans pomiędzy dialogami i opisami, nic czytelnika nie przytłacza. Nie ma tutaj nudy tak częstej w powieściach historycznych. Jedyna rzecz, której mogę się przyczepić to przedstawienie faktów historycznych w zbyt podręcznikowy sposób, jednak zdarzało się to tylko fragmentami. Język autora jest niezwykle plastyczny a przedstawione miejsca zdarzeń są bardzo realnie opisane. Niezbyt często mi się zdarza czytając książkę, czuć zapachy i słyszeć dźwięki. Obraz był oddany w sposób tak rzeczywisty, że z łatwością udało mi się wkroczyć w przedstawiany nam świat. Dosłownie wczuć się w bohaterów, przeżywać razem z nimi historię. Momentami to aż bolało.
No i te dialogi. Wspaniałe. Rozmowy króla z Ginerem to był po prostu majstersztyk. Takie ironiczne, pełne życia.

Książka nie ma zawrotnej fabuły, nie roi się w niej od zwrotów akcji, jest typowym przykładem historycznej powieści obyczajowej w stylu "Katedry w Barcelonie". Przyznam, że jest to jedna z lepszych książek jakie przeczytałam w tym roku. Ciężko mi się było od niej oderwać i z każdą przewracaną stroną czułam żal, że już niedługo się skończy. Obawiałam się, że całość przytłoczy wątek miłosny, jednak nie mamy tutaj przesady. Za to śmiałe sceny erotyczne i pewien naturalizm, który cechuje prozę pisarza na pewno nadają powieści smaczku. 
Polecam fanom powieści historycznych, fanom romansów i obyczajówek. każdy znajdzie tutaj coś dla siebie. Bardzo dobra lektura, która wzrusza i uczy.

wtorek, 25 kwietnia 2017

 Tytuł : "Naznaczeni śmiercią"
 Autor : Veronica Roth
 Wydawnictwo : Jaguar
 Rok wydania : 2017
 Liczba stron : 534
 Tytuł oryginału : Carve The Mark


 Świat stereotypów

Jest to moje pierwsze spotkanie z autorką i nie wyszłam z tego bez uszczerbku na psychice. Doskonale zdaję sobie sprawę, że sukces "Niezgodnej" i pozostałych części będzie miał wpływ na czytelników. Ja podeszłam do tej powieści z czystą kartą, którą zapisałam moimi własnymi komentarzami, niestety niezbyt pozytywnymi. Książka ma tyle wad, ile luk w fabule, a ciągnie się jak
toffi, niestety nie jest tak słodka. 

Akos wraz z bratem zostają porwani przez wojowników Shotet- buntowników nie uznawanych przez Galaktyczne Zgromadzenie. Trafiają na dwór Ryzeka, gdzie od tej pory mają pełnić służbę. Jeden z braci, którego los został już odkryty i przekazany w galaktycznych Wiadomościach jest wyrocznią, osobą która przepowiada losy świata. Władcy Shotetów, który boi się niepowodzenia i śmierci, jest on potrzebny do wskazania drogi, którą ma się kierować by osiągnąć pełnię władzy i nie zostać pokonanym. Ryzek boi się przyszłości bo również zna swoje przeznaczenie i wierzy, że mając wyrocznię po swojej stronie będzie w stanie zaplanować każdy swój krok i zapobiec nieszczęściu. 
Przez Galaktykę przepływa nurt, magiczny strumień, który odpowiedzialny jest za "dary", którymi naznaczeni się ludzie. Dary te są nieprzewidywalne, i objawiają się w najmłodszych latach życia. Nikt nie jest w stanie przewidzieć co komu się trafi. Ryzek trafił niezwykle dobrze, oprócz swojego daru wykradania wspomnień, ma również siostrę która jest jego "biczem".Przez Cyrę przepływa mroczny strumień daru, który powoduje, że dziewczyna jest w stanie ciągłej agonii. Jak ktoś jej dotknie to jej ból przechodzi na niego, paraliżuje i rani. 
Cyra poznaje Akosa, który chociaż z innego plemienia Thuvhe, jest remedium na jej cierpienie. Jego darem jest tłumienie daru innych. Akos zostaje jej służącym, jednak szybko się okazuje, że łączy ich dużo więcej.

Oh jak ciężko było napisać tę krótką notkę, choć i tak myślę, że dałam z siebie więcej niż wydawca. Na dobrą sprawę inaczej się tej książki streścić nie da gdyż pozbawiona jest ona jakiejkolwiek fabuły. Czytelnik od samego początku się domyśla, że naszymi głównym bohaterami będą brutalna wojowniczka z rodu Sothetów i pokojowo nastawiony chłopak- syn wyroczni. Od razu możemy się też domyślać, że połączy ich coś więcej niż przyjaźń, i w sumie nie mamy czemu tu się dziwić. Jak bym była w ciągłym bólu, to trzymałabym się go jak pies kości.

Ale zacznijmy od początku. Fabuła naszej powieści osadzona jest w kosmosie, w nieznanej nam Galaktyce, gdzie ludzie podróżują pomiędzy planetami wielkimi statkami kosmicznymi. Przeczytałam w swoim życiu wiele książek sf i mniej więcej wiem jak wygląda schemat i jak budowane są inne światy. Nasza autorka chociaż umiejscowiła swoich bohaterów w kosmosie, nie podzieliła się z nami jego atrybutami. Jej świat jest prosty, brakuje tutaj objaśnień, opisów, czegokolwiek co przybliżyłoby nam realia, w których funkcjonują nasi bohaterowie. Często zadawałam sobie pytanie : po co osadzać fabułę w kosmosie, skoro nie korzysta się z jego przymiotów? Jeśli tę powieść napisałaby Ursula Le Guin dostałabym wielkich rozmiarów tomiszcze z wszelkimi możliwymi szczegółami. A tutaj dostałam zaledwie szkic. Choć kto wie? Może w następnym tomie okaże się, że to wszystko wymysł chorego umysłu, i tak naprawdę nasi bohaterowie znajdują się na Brooklynie , a wszystkie te wizje były konsekwencją brania kwasa? Never say never. 
Więc póki co mamy kosmos, którego zupełnie nie czujemy, za to czujemy dość dosadnie elementy typowe dla literatury fantasy. A jak wiecie połączenie fantasy z sf to coś czego osobiście nie znoszę, jak na przykład cykl "Millenium" uwielbianej przeze mnie Trudi Canavan. Zresztą myślę, że właśnie ta autorka była inspiracją dla Veronici Roth. 
Wyobraźcie sobie, że żyjecie w świecie hologramów, ledowych wyświetlaczy, statków kosmicznych. Jak ten świat według was wygląda? Czy nie kojarzy się z nowoczesnością? Metalem i betonem? Bronią laserową i biologiczną? Skafandrami bioaktywnymi i jedzeniem w pigułkach? Tego się spodziewałam. A co dostałam? Drewniane domy, z których wystają gwoździe, ludzi walczących kijami i mieczami, i doskonale rozbudowaną alchemię ( ten wątek kwiatowy był akurat niezwykle interesujący). Jeśli, jak pisałam wyżej, nasza autorka nie chciała skorzystać z atutów kosmosu i przestrzeni galaktycznej to czemu nie osadziła powieści w realiach fantasy? Powieść by na sto procent na tym zyskała, a mało trzeba by zmieniać.

Kolejną rzeczą, która mnie osobiście uwiera jest akcja powieści. Toczy się tak wolno jak nurt samego daru przesiąkającego naszych bohaterów. Pierwsze dwadzieścia stron coś się dzieje, a potem długo długo nic. Czytelnik na setnej stronie zaczyna się zastanawiać : co jest grane? A nasza autorka jak by wyczuwa, że za chwilkę ciśniemy książkę w kąt, to nam na zachętę rzuci jakiś ochłap akcji. Wszystko to było nudne jak flaki z olejem. Rozumiem, że celem było pokazanie rozwijającej się relacji pomiędzy dwójką ludzi, jednak czy to musiało być aż tak monotonne? Na kilkaset stron książki może kilkadziesiąt jest wartych przeczytania, reszta to tylko mało wnoszące do fabuły dialogi.

Na sam koniec zostawiłam sobie naszych kochanych bohaterów. Darem Cyry jest wieczne odczuwanie bólu świata. Czyżby fizyczny Weltschmertz? Przypuszczam, że autorka nie zdaje sobie sprawy co tak naprawdę znaczy chroniczny ból. Nasza bohaterka pomimo tego, że cierpi, uczy się, walczy, czyta, bierze udział w przedstawieniach i zabawach. Nie, nie, i jeszcze raz nie. Ktoś kto żyje w cierpieniu, nie wychodzi z pokoju, wariuje w samotności i w końcu ten ból doprowadza go do szaleństwa. Wyobraźcie sobie, że was boli ząb, czy bylibyście w stanie wytrzymać z tym całe życie? 
A na dodatek jak matka zabiera ją do szpitala, to dziewczyna dowiaduje się, że to jej wina, gdyż to ona sama chce ten ból świata brać na siebie. Że co? 
Do tego gwałci ją okrutny brat, bo jakże inaczej nazwać, władowanie w nieświadomą niczego dziewczynę swoich okropnych wspomnień, w zamian za jej - czyste i niewinne? A ona jeszcze mu służy jak "Bicz Ryzeka?" tego było już dla mnie za wiele.
I Akos, postać jednocześnie silna i nijaka. Niby widać tutaj potencjał a jednak nie został on wykorzystany.

Książka jest napchana stereotypami. Tutaj nie mam miejsca by się nad tym wszystkim rozwodzić, jednak uważniejszy czytelnik zauważy, że świat Roth jest odwzorowaniem naszej planety i panujących na niej stosunków. Biali są dobzi a czarni źli. Szczerze to po to sięgam po książki tego gatunku by się od tego odciąć. Chciałabym poznać nowe światy a nie zawoalowaną kalkę naszego. 

Niestety nie była lektura dla mnie. Jak zwykle spodziewałam się więcej a dostałam powiastkę dla młodzieży o średniej fabule. Mogłam poczekać na ekranizację-straciłabym mniej czasu.

niedziela, 23 kwietnia 2017

Tytuł : "W ciemnym, mrocznym lesie"
Autor : Ruth Ware
Wydawnictwo : Świat Książki
Rok wydania : 2017
Liczba stron : 376
Tytuł oryginału : In dark, dark wood



Indywidua

Czytając notatkę wydawcy spodziewałam się naprawdę znakomitego thrillera, czegoś nowego co zdoła wywołać u mnie gęsią skórkę. Angielski wydawca poszedł nawet dalej zaliczając tę powieść do gatunku horror. Wszystko przemawiało za tym, żer w końcu trafiłam na książkę, po której przeczytaniu będę się bała zasnąć. Czy tak było? To nie będzie jedna z tych agresywnych recenzji jakie można przeczytać na goodreads, gdzie praktycznie mieszają autorkę z błotem. Będę
wyrozumiała biorąc po uwagę, że mam do czynienia z debiutem. A po drugie, pomimo wielu wielu i jeszcze raz wielu rzeczy, które mnie drażniły uważam, że należy dać jej szansę, a na pewno sięgnąć po kolejne powieści (te już zachwalane przez angielskich czytelników).

Pewnego dnia Nora, zamknięta w sobie autorka kryminałów zostaje zaskakującego e-maila. Nadawcą jest Florence, imię to nic kobiecie nie mówi. Do listu załączone jest zaproszenie na wieczór panieński Clare, przyjaciółki Nory z czasów szkolnych. Kiedy przegląda listę pozostałych odbiorców wpada jej w oko nazwisko przyjaciółki z którą od czasu do czasu wypada na drinka. Razem uzgadniają, że pojadą w nieznane, do domu w środku lasu. Kiedy dojeżdżają na miejsce spotykają resztę gości. W miarę rozwoju wieczoru atmosfera staje się coraz bardziej napięta, wychodzą na jaw tajemnice z przeszłości. W końcu do chodzi do tragedii. Czy Nora, która obudzi się w szpitalnym łóżku, pod ochroną policjantów, zdoła przypomnieć sobie wydarzenia ostatnich dni?

Początek książki zapowiada się naprawdę rewelacyjnie, jak rasowy thriller. Mamy biegnącą przez las dziewczynę, która nie wie czy zdąży.. ale na co? Pierwszy rozdział zakończony jest takim cliffhangerem, że aż nie mogłam się doczekać aż przerzucę kartkę. W kolejnym rozdziale spotykamy Norę w szpitalnym łóżku, Norę która nic nie pamięta. Nadal to wszystko wygląda bardzo obiecująco, ponieważ to właśnie ona będzie narratorem naszej powieści. Autorka zastosowała zabieg, który bardzo lubię- stopniowe odzyskiwanie pamięci przez naszego głównego bohatera- lubię jak fragmenty układają się w piękną mozaikę. Jednak czy naprawdę była to ciekawa podróż przez tajniki pamięci. Niestety nie bardzo. Zaczęło się rewelacyjnie a potem wpadłam w błoto, z którego ciężko było się wydostać.

Zdecydowanie najsłabszą stroną tej powieści były postacie. Takiego panteonu to jeszcze nie widziałam. Mamy tutaj do czynienia z lekarką, której głównym celem jest obrażanie każdego i wieczne wszczynanie kłótni, jest również reżyser, oczywiście gej-narkoman, postać równie ironiczna i niestety bardzo szablonowa, matka 6-miesięcznego dziecka, która nie robi nic innego oprócz łapania zasięgu bądź siedzenia na telefonie stacjonarnym by przekazać wskazówki co do karmienia swojemu mężowi..i dalej : Flo, dziwaczka, psychopatka, osoba na której widok każdy normalny człowiek by spakował walizki i uciekł gdzie pieprz rośnie oraz Clare- przyszła panna młoda- postać niezwykle niewyraźna, że aż zdaje się drugoplanowa, postać której nie zrozumiałam. No i oczywiście jest nasza główna bohaterka Nora, przy której zatrzymam się na dłużej.

Nora jest indywidualistką która stroni od ludzi. Najlepiej się czuje we własnym londyńskim mieszkanku gdzie czas jej upływa na pisaniu kryminałów. Wydawać by się mogło, że autorka paru książek będzie dość znaną postacią, niestety nasza Nora jest wstydliwym szaraczkiem. Nora nie ma męża, ostatniego faceta miała dwa lata temu, a dlaczego? Otóż nie może się pogodzić z utratą szkolnej miłości, facetem który zerwał z nią SMSem ponad dziesięć lat temu. Czy autorka robi sobie z nas żarty? Dorosła kobieta, która nie może się otrząsnąć po pierwszej miłości? I do tego pamięta jak się nazywało pierwsze zwierzątko jej byłego ze szkoły? W to po prostu nie mogłam uwierzyć. Wszystko to by jakoś przeszło, gdyby akcja powieści toczyła się kilka lat po ukończeniu szkoły ale dekada? Nie, po prostu NIE!
I te oto indywidua spotykają się w środku lasu by opijać czyjeś zamążpójście. Kolejny zupełnie nieprawdopodobny wątek. Jeśli ja bym dostała e-mail z zaproszeniem na wieczór panieński osoby, którą znałam w podstawówce to szybko wylądował by w koszu. Nie znasz ludzi i się pchasz do lasu? na dodatek kiedy jesteś osobą zamkniętą w sobie i raczej nie podejmującą wyzwań?

Skupmy się teraz na akcji powieści. Powiem wam szczerze mam już dosyć porównywania książek do "Dziewczyny z pociągu". Mówię temu stanowcze nie! (Zresztą książka średnio mi się podobała, jednak jestem w stanie zrozumieć dlaczego ma tylu fanów). Jak pisałam wyżej początek książki jest naprawdę rewelacyjny, a potem następuje coś co tę akcję spowalnia. To tak jak by na zachętę dostać powieść Agathy Christie, na przykład "Dziesięciu murzynków" by potem znaleźć się w realiach Pretty Little Liars. Mamy tutaj do czynienia z naprzemiennie następującymi po sobie rozdziałami, z Norą w szpitalu i z retrospekcjami. Radzę wszystkim czytelnikom ominięcie motywów szpitalnych, bo dostaniecie gorączki od ciągłego biadolenia naszej głównej bohaterka "jak to ona nic nie pamięta". Więc skip. 
Na dobrą sprawę do 120 strony się nic nie dzieje. Dostajemy opis dość nudnych zabaw na wieczorze panieńskim i czujemy się znowu jak w szkole średniej. Nawet dialogi wioną tandetą. Akcja troszkę przyśpiesza w okolicach 150 strony, choć nadal czekamy na to nasze okładkowe morderstwo. I tak brniemy przez to błoto, nie czujemy ani dreszczyku, ani emocji, ani zżycia się z bohaterami, po prostu odbywamy swoją drogę krzyżową przez błoto. Nie oszukujmy się było po prostu nudno. A jak już zrobiło się ciekawie, to również przewidywalnie. I zapewne każdy z czytelników już gdzieś w połowie książki odgadnie jej zakończenie.

No to sobie troszkę psów powieszałam, a czy coś mi się podobało? Uważam, że sam pomysł na fabułę nie był zły jednak troszkę zabrakło tutaj dopracowania. Autorka zbyt skupiła się na naszej głównej bohaterce zapominając o jej otoczeniu. Zwalam to na karb tego, że jest to debiut literacki. Wierzą, że nikt nie jest tak zamknięty by nie czytać recenzji swoich książek i nie wyciągać z nich wniosków. Ja na pewno sięgnę po następne powieści. Uważam, że jest tutaj potencjał, gdyby ktoś inny wziął się za napisanie tej książki to mogłaby się nawet znaleźć w dziale "moje ulubione". Uważam, że może się spodobać czytelnikom dopiero zaczynającym z gatunkiem. Głowa do góry pani Ware, trzeba pisać dalej bo wierzę, że w końcu trafi się perełka. 

środa, 19 kwietnia 2017

 Tytuł : "Dollbaby"
 Autor : Laura Lane McNeal
 Wydawnictwo : Świat Książki
 Rok wydania : 2016
 Liczba stron : 408
 Tytuł oryginału : Dollbaby


Historia bez historii

Sięgając po tę książkę miałam nadzieję na kolejną fenomenalną powieść w rodzaju "Służących" czy "Sekretnego życia pszczół", niestety troszkę się rozczarowałam. Zamiast dokładnie przemyślanej, dojrzałej powieści, która w końcu porusza trudny temat, dostałam powieść new adult, powieść bez konkretnej struktury, gdzie poszczególne wątki często prowadzą donikąd. Powieść przesączoną
dialogami (które uwielbiam), z których to dowiadujemy się całego tła historycznego. Autorka poszła troszkę na łatwiznę. Myślę, że dorośli czytelnicy będą zawiedzeni, jednak dla młodszych amatorów książek może to być uzupełniającą lekcją historii Stanów Zjednoczonych.

Ibby Bell, której ojciec ginie w wypadku rowerowym, zostaje odesłana z Waszyngtonu na południe kraju. Ma zamieszkać wraz ze swoją babcią, o której istnieniu dowiedziała się kilka miesięcy wcześniej. Matka dziewczynki znika, by uporządkować swoje życie. Fannie Bell, babcia Ibby, jest ekscentryczną dziwaczką mieszkającą w wiktoriańskim domu. Posiada ona czarnoskórą służbę, Queenie i Dollbaby- matkę i córkę, które zajmują się sprzątaniem, gotowaniem i opiekowaniem się staruszką. 
Historia dzieje się w latach 60 i 70 XX wieku. Oczami dorastającej dziewczyny, widzimy Nowy Orlean w okresie zmian. Stosunki pomiędzy czarną i białą ludnością są napięte, nadal słychać echa niewolnictwa, a przedział rasowy jest bardzo wyraźny. Jest to okres protestów i zamieszek na ulicach.
Dziewczynka stopniowo odkrywa tajemnicę rodziny, dowiaduje się dlaczego jej ukochany tata musiał opuścić południe i uciec wraz z żoną do Waszyngtonu. 

Moim największym zastrzeżeniem co do tej książki jest jej tytuł "Dollbaby". Ta czarnoskóra służąca nie jest nawet postacią pierwszoplanową, a jej wątek to pojawia się to znika. To tak jak by "Kubusia Puchatka" nazwać "Krzyś". Zastanawia mnie dlaczego autorka się na to zdecydowała. Czy miał być to hołd oddany czarnoskórym walczącym o prawa obywatelskie? Czy po prostu Dollbaby brzmiało lepiej niż Ibby? Czy chciała zachęcić większe grono czytelników, sugerując, że książka będzie napisana z punktu widzenia czarnej służącej? 
Tytuł powinien brzmieć Ibby lub nawet Liberty Bell. Przecież to też piękne i posiadające dużo znaczeń imię. I to właśnie nasza 11-letnia Ibby jest naszą główną bohaterką, to przez nią poznajemy ówczesny Nowy Orlean, to jej losem się martwimy. 
Albo czemu książki nie nazwać po prostu "Doll", byłby to bardzo odpowiedni tytuł, jednocześnie odnoszący się do porzuconej jak szmaciana lalka dziewczynki, i czarnoskórej dziewki służebnej. Prawda, że trafne?

Wiecie z czym skojarzyła mi się ta powieść? Z garnkiem sobotniej zupy. Do wody wrzucamy wszystko co nam zostało z poprzedniego tygodnia licząc na to, że stanie się cud i stworzymy arcydzieło. Był taki wierszyk dla dzieci : 

Babcia zupę gotowała
I do garnka powrzucała:
Dwie marchewki, trzy pietruszki,
Sól i cztery kurze nóżki,
Garść guzików, pół ziemniaka,
Trzy gazety i buraka,
Ząbek czosnku, kości cztery,
Trzy pluskiewki, dwa selery,
Kłębek nici, motek wełny,
Aż się garnek zrobił pełny!
Gotowała siedem dni
A te zupę zjesz dziś ty!  

Dokładnie to samo zrobiła nasza autorka. Krok po kroku opisywała nam to co robią nasi bohaterowie. Jak się prasuje serwetki, jak się robi zupę z karmazyna, jakie tenisówki ma na sobie Ibby. Z początku to wszystko ładnie pachniało, i miałam nadzieję że jak dojdzie do opowiadania o kontekście historycznym to dowiem się wielu nowych faktów. Niestety tak się nie stało. Jak przyszło co do czego byłam wielce rozczarowana. Mało tego. Proza autorki wydawała się bardzo stronnicza. Protesty czarnej ludności nie były przekonujące, więcej dowiadywaliśmy się z dialogów a nie z samej powieści. Autorka potraktowała cały problem po macoszemu starając się go jak najbardziej "wybielić" i to w sensie dosłownym :) Wszystkie te protesty, walki o wolność obywatelską, wszystko to było niezwykle sztuczne. Liczyłam na to, że poczuję tutaj duch tak zwanej "black power", poznam uczucia ludzi, którzy nie okłamujmy się, nadal byli traktowani jak tworzywo gorszego sortu. Nic takiego nie dostałam. Miałam wrażenie, że autorka nieco zdystansowała się od problemu. Zresztą czego można się spodziewać po książce, której bądź co bądź główną bohaterką jest jednak biała dziewczynka z Północy. 

Teraz skupmy się na chwilkę na naszej głównej bohaterce. Postaci, która nie wydała mi się wiarygodna. Przez 11 lat swojego życia mieszkała w Waszyngtonie, w mieście postępu i swobód obywatelskich. Mieście oddalonym o tysiące kilometrów od miejsca z którego pochodzili jej rodzice. Graham i Vidrine uciekli z południa i za wszelką cenę starali się od niego odciąć. Wybrali Północ, zapomnieli o swoim nowoorleańskim akcencie i wychowywali swoją córkę na nowoczesną nastolatkę. A tu już pierwszego dnia nasza główna bohaterka przyjeżdża do nowego domu i wygłasza takie frazy jak "przystojny naszyjnik". Kolokwializm rodem z południa. Oczywiście każdy w końcu nabierze akcentu ludzi z którymi zmuszony jest przebywać, ale czy to następuje tak szybko? Ibby by powiedziała "piękny naszyjnik", "wspaniały naszyjnik" ale na pewno nie określiłaby go przystojnym.
I takich ptaszków w książce jest bardzo dużo. 

Zresztą książka była pełna nieścisłości. Po pierwsze policjant Kennedy- postać która pojawia się wszędzie- dosłownie jak anioł stróż. Co prawda nie żyłam w tamtych czasach ale wydaje mi się, że już w latach 70 Nowy Orlean był dużym miastem, gdzie na ulicach strzegło prawa wielu policjantów, do tego służby miejskie i gwardia obywatelska. Autorka zrobiła z tego miasta prowincję jednego szeryfa, do którego się dzwoni jak kot sąsiadów wlazł na drzewo. Naciągane i jeszcze raz naciągane!
Druga sprawa to Fannie Bell. Zastanawia mnie skąd wzięła fortunę. Zanim poznała swojego męża była zwykłą, szarą obywatelką jak pewnie większość z nas. Jej mąż również nie był człowiekiem, którego można by nazwać krezusem. Jako kapitan statku był zapewne człowiekiem dość majętnym jednak nie na tylko by pozostawić jej w spadku 700 000 dolarów gotówki (i to w latach 60!), a do tego ufundować parę budynków w mieście, sygnowanych jego nazwiskiem. Czyżby już wtedy było Lotto tylko autorka zapomniała nadmienić o tym jakże istotnym fakcie?

Pomimo tematu który porusza książka jest bardzo optymistyczna i bezpieczna. Autorka niestety omija niesmaczne i bolesne aspekty bycia afrykańskim amerykaninem lat 60. Wszyscy jej bohaterowie są  trzymani pod kloszem i nigdy nie dzieje im się krzywda (pewnie dlatego, że Kennedy czuwa). Wydaje mi się, że postać Fannie Bell, była bardzo przerysowana. Nie chce mi się wierzyć, że ludzie południa Stanów, naznaczeni historią i wieloletnią tradycją, nawet w dzisiejszych czasach są tak otwarci i optymistycznie nastawieni. Zresztą do końca nie wiem dlaczego Fannie miała taki sentyment. Czy byłą taka z natury? Czy chciała być inna niż wszyscy? 

Jeśli by założyć, że niewolnictwo w Stanach byłoby fikcją i wymysłem literackim wtedy mogłabym tę książkę uznać za wartościową powieść fantasy. Jednak znam historię i znam straszne konsekwencje ludzkich działań, w tym kontekście książka wydała mi się niewiarygodna, a tego nie lubię. Dostaliśmy tu płytką opowiastkę, pełną pytań bez odpowiedzi, pełną niedokończonych wątków.

Komu się spodoba? Na pewno młodym czytelnikom, którzy nie znają historii lub znają ją tylko z lekcji prowadzonych przez nielubianych nauczycieli. Polecam również fanom powieści historyczno-obyczajowych którzy liczą tylko na dobrą rozrywkę. Bo pomimo tego, że nie jest to lektura dla mnie książka nie nudzi, powiem nawet że wciąga.




poniedziałek, 17 kwietnia 2017

 Tytuł : "Hardcorowi bibliotekarze z Timbuktu"
 Autor : Joshua Hammer
 Wydawnictwo : AGORA SA
 Rok wydania : 2017
 Liczba stron : 340


 Nie dajmy zapomnieć


Czytając notkę wydawniczą miałam wrażenie, że to zwykła fikcja literacka, troszkę zwariowana książka, na poły przygodowa (w stylu Indiany Jonesa) a troszkę komediowa. Byłam bardzo zaskoczona kiedy okazało się, że opowiada ona o losach człowieka, który zrobił tak wiele dla naszej kultury i spuścizny literackiej. Mowa tutaj o niezwykłym człowieku, Abdel Kader Haidara, który podjął osobistą, cichą wojnę z islamskimi terrorystami. Nigdy wcześniej o nim nie słyszałam jednak
po przeczytaniu tej skromnej książki wiem, że był naprawdę wielkim bohaterem, który ocalił setki tysięcy manuskryptów przed zniszczeniem. Ta książka powinna znaleźć się w absolutnie każdej bibliotece. 

Tytuł książki pochodzi od grupy bibliotekarzy, którzy sprzeciwili się Al-Kaidzie w islamskim Maghrebie, potajemnie przewieźli 377 000 manuskryptów w miejsce gdzie były bezpieczne. Musieli przeprawić się przez strefę wojenną a terroryści nie byli jedynym czyhającym na nich zagrożeniem. Rozstawiane na drogach wojskowe blokady rządowe, pełne skorumpowanych i niebezpiecznych żołnierzy, również były czymś co mogło spowodować niepowodzenie całej misji. 
Nie myślcie jednak, że książka opowiada nam tylko tę jedną historię. Autor pokazuje nam szerszy konspekt. "Hardkorowi bibliotekarze z Timbuktu" to udane połączenie reportażu z powieścią przygodową. Autor w przystępny sposób przedstawia nam historię i sytuację polityczną w Mali i północno-zachodniej Afryce, gdzie toczy się akcja powieści. Z dumą prezentuje nam historię miasta Timbuktu, w którym przechowywane jest wiele artefaktów życia kulturowego.

W dzisiejszych czasach, my ludzie Zachodu, postrzegamy Afrykę jako kontynent, którym zawładnęła bieda i wojna. Kontynent, z którego ludzie uciekają, gdzie wciąż panuje niewolnictwo a tysiące ludzi umiera z głodu. Jakże łatwo nam zapomnieć to, że kiedy Europa pogrążyła się w "ciemnych wiekach", to właśnie Timbuktu było miejscem kulturalnego oświecenia świata muzułmańskiego. To właśnie tu zjeżdżali się poeci, inżynierowi czy filozofowie by debatować i dzielić się pomysłami. Trwało do od XIII do XVII wieku. Ta wymiana poglądów poświęcona była tysiącom manuskryptów napisanych w języku arabskim oraz różnych językach afrykańskich.
Złoty wiek kultury Timbuktu nastąpił w XVI w. kiedy to populacja miasta osiągnęła 100 000 mieszkańców z czego 1/4 była studentami z różnych części świata islamskiego. Oprócz studiowania tekstów religijnych zajmowali się oni poezją, algebrą, medycyną, botaniką, geografią i astronomią. Wszystko to było możliwe dzięki tolerancyjnej ideologi sufizmu, która cechowała rządzących Timbuktu.
Jednak w Afryce, ówczesnych czasów, były również inne ideologie, które zdobywały coraz szersze grono zwolenników. Radykalni konserwatyści islamscy uważali manuskrypty za herezję. Również okupacyjne siły francuskie, które zajęły tę część świata w XIX wieku, uważały podania za grabież. Właśnie wtedy, by zapobiec konfiskacie, która zakończyła by się zniszczeniem tych dóbr kultury, ludzie zaczęli je ukrywać. Mieszkańcy Timbuktu zaczęli ukrywać dokumenty w swoich domach i pustynnych jaskiniach. Do XX wieku wszystkie zniknęły z widoku publicznego, stały się niewidoczne dla świata. Jednak nie wszyscy o nich zapomnieli. 

W latach 80 XX wieku starano się z powrotem zebrać wszystkie manuskrypty w nowo powstałych bibliotekach. Zostały one sfinansowane przez Arabię Saudyjską i inne kraje arabskie bogate w ropę naftową. Założony został Instytut Ahmeda Baba. Książka to opowiada historię jednego z kolekcjonerów manuskryptów Abdel Kader Haidara. 
W marcu 2012 nastąpiła inwazja na Timbuktu. Miasto zaatakowały połączone siły AQIM i Tuaregów, uzbrojone w broń pozostałą po upadku rządów libijskiego dyktatora Muammara El-Qaddafiego. Islamiści początkowo zajęli się ubiorem, muzyką i kulturą, tym samym nie zauważywszy przemieszczającego się zbioru manuskryptów. dzięki temu do 2013 roku, kiedy zostali wyparci z Mali, udało im się zniszczyć jedynie kilka tysięcy cennych dzieł. 
Paradoksalnie to właśnie atak islamistów otworzył światu oczy na literackie dziedzictwo Timbuktu i umożliwił jego skatalogowanie. 

Pomimo niezwykle sugestywnego tytułu , tylko w mniej więcej 20 procentach jest to opowieść o słynnych bibliotekarzach. Spotkałam się z opiniami, że w całej historii powinno być więcej treści. Osobiście się z tym nie zgadzam. Uwielbiam reportaże, uwielbiam dowiadywać się czegoś nowego. A to co przeczytałam było dla mnie wielkim zaskoczeniem. Autor w dużej mierze skupia się na tym jak doszło do okupacji Timbuktu, analizuje sposób w jaki przywódcy grup islamistycznych się radykalizowali. Myślę , że jest to bardzo współczesne i można z tego wyciągnąć wnioski na przyszłość, byle tylko nie dopuścić do powtórki z historii. Czasem ciężko było dogonić autora w jego przemyśleniach, książka jest dość cieńka, wiele faktów zostało tu pominiętych, jednak jest wiele źródeł gdzie możemy poszerzyć naszą wiedzę. 

Książka dużo mówi o prawie szarijatu, prawie które ma na celu upokorzenie człowieka. Dostajemy tutaj dokładny opis zła, które może uczynić. W dzisiejszych czasach panuje przekonanie, że wszyscy muzułmanie są źli. Jednak autor uzmysławia nam, że są ludzie zupełnie inni od terrorystów, ludzie tolerancyjni, pokojowo nastawieni. Mieszkańcy Mali i większa część ludów Afryki Północnej nie popiera ruchów ekstremistycznych. Prawo szarijatu ich zabija i niszczy marzenia. Cieszę się, że Hammer nam to pokazał, jednak myślę że dużo wody w rzece upłynie byśmy w to uwierzyli i zmienili nasze przekonania.

Uważam, że każdy powinien sięgnąć po tę książkę. Uczy nas historii, uczy nas pokory a jednocześnie przedstawia fakty , które większości nie były znane. Nie martwcie się, nie zostaniecie zasypani datami i wydarzeniami jak z rękawa czarodzieja. To prawdziwa książka przygodowa z historycznym światem, która odkrywa przed nami historię ludzi, którzy zrobili wiele by ocalić nasze dziedzictwo.
Nie pozwólcie by świat o nich zapomniał. Must read 

niedziela, 16 kwietnia 2017

 Tytuł: "Chwila na miłość"
 Autor : Joanna Stovrag
 Wydawnictwo : Replika
 Rok wydania : 2017
 Liczba stron : 368

 Wojenny tygiel

Będę szczera, sięgnęłam po tę książkę zachęcona samymi pozytywnymi komentarzami. Czy się opłaciło? Książka porusza ważny temat jakim jest konflikt bałkański, opowiada o miłości i rozstaniu podczas wojny. Ciężko jest komentować książki, których autorzy są bohaterami powieści, do recenzji podchodzimy z dużym dystansem, gdyż nie mamy do czynienia z pisarzami, którzy w swoim dorobku mają kilka pozycji a ich nazwisko coś znaczy w literackim światku. Pomimo gatunku,k który nie jest mi bliski uważam, że warto sięgnąć po tę pozycję, choć nie jest arcydziełem ale również nie aspiruje do tego miana.

Książka opowiada o losach Joanny, studentki slawistyki na Uniwersytecie Jagiellońskim. W trakcie
studiów wyjechała na stypendium do Sarajewa, gdzie została do końca studiów. Tam też poznała miłość swojego życia Sejo. Po ukończeniu studiów kobieta wróciła do Polski , gdzie jej ukochany miał ją odwiedzić. Wtedy też mieli myśleć gdzie zamieszkają w przyszłości. Wybuch wojny w byłej Jugosławii pokrzyżował ich plany. Sarajewo zostało otoczone wrogą armią, do miasta nie mógł przedostać się nikt, nawet pokojowe konwoje pomocy humanitarnej. Jeszcze gorzej było z niego uciec. Na pobliskich wzgórzach rozstawieni byli snajperzy, którzy strzelali do każdego, kto pojawił się w ich zasięgu.
Książka opowiada o próbach Joanny wydostania swojego ukochanego z bombardowanego miasta. Kobieta pragnie sprowadzić go do Polski gdzie będą mogli zacząć prowadzić normalne życie.

Od samego początku widać, że autorka nie jest doświadczoną pisarką. Odniosłam wrażenie, że nie miała pomysłu na formę powieści. Początkowe sto stron czyta się jak przewodnik turystyczny (jeden zresztą wydała), pełno tutaj nazw, opisów miejsc. Poznajemy w skrócie fascynującą historię Sarajewa, tygla kulturowego, gdzie w zgodzie żyją ze sobą wyznawcy kilku głównych wyznań. Sarajewo to kosmopolityczne i tolerancyjne miasto, pełne życzliwych i chętnych do niesienia pomocy ludzi. Sarajewo to miasto z bogatą historią, pełne wspaniałych zabytków.
Przez te pierwsze sto stron przemierzamy z Joanna miasto, poznajemy jego legendy, jest to ciekawa wycieczka krajoznawcza. Jednak zbyt dużo tutaj nazw własnych, razi natłok faktów i bohaterów. 
Kiedy Joanna poznaje Sejo książka przekształca się w romans. Lepiej poznajemy naszych głównych bohaterów. Teraz do naszej wycieczki dołączyła się jeszcze jedna osoba. 
Najciekawiej się robi kiedy nasza bohaterka wraca do Krakowa. Tutaj dostajemy coś na miarę książki obyczajowej połączonej z reportażem. Przyznam się bez bicia : oczywiście wiedziałam o konflikcie na Bałkanach, gdyż jest to temat ze szkolnych podręczników, jednak nie do końca rozumiałam jego podłoże. Autorka w przystępny sposób opisała nam przyczyny konfliktu. Bez osądzania i politycznych dygresji. W swojej książce skupiła się na ludziach, na cywilach których wojna w Jugosławii dotknęła najbardziej. 
W telewizji można było zobaczyć głównie maszerujące wojska, gruzowiska i statystyki, troszkę więcej mówiono o mordzie w Srebrnicy, jednak te wszystkie informacje były pozbawione ludzkiej twarzy. W tej książce widzimy to wszystko oczami człowieka, który widział to wszystko na własne oczy. Widział Sarajewo bez gazu, prądu czy wody. Miasto gdzie ludzie głodowali, tracili dachy nad głową, gdzie wyjście po chleb mogło się okazać tym ostatnim. Widzimy Sarajewo, które jest miastem gruzów, niegdyś tak piękne i otwarte zieje dziurami po bombach. 
W ostatniej części książki autorka zabiera nas w podróż po zniszczonej Jugosławii. Poznajemy kolejnych ludzi, statystów w tym wielkim pokazie siły jaką była wojna. Zwykłych szarych zjadaczy chleba, których życie nikogo nie obchodzi. Powiem szczerze: parę razy łzy zakręciły mi się w oczach. Podobnie było jak czytałam listy dwojga zakochanych ludzi, listy pełne miłości, nadziei a jednocześnie strachu i rozpaczy. W swojej książce autorka zamieściła oryginalne listy swojego męża, żałuję tylko że były okrojone- chętnie przeczytałabym całość.

Książka zbudowana jest na zasadzie kontrastu. Jednego dnia chodzimy po pięknej słonecznej alei, która następnego zmienia się w Aleję Snajperów. Jednego dnia kupujemy baklave na straganach uginających się pod wszelkiego rodzaju słodkościami, by następnego zobaczyć tych samych sprzedawców żebrzących o kawałek chleba. Joanna pokazała nam okrucieństwo wojny w całej swojej krasie, pokazała jak odbiera ludziom człowieczeństwo i wszystkie marzenia.

Jest to niezwykle smutna powieść o miłości, którą przez większość czasu czyta się z zapartym tchem. Kto nie zna tej historii z poprzedniego wydania myślę, że powinien jak najszybciej po nią sięgnąć. Właśnie takie powieści lubię, napisane z pasją przez ludzi, którym udało się przeżyć koszmar. Jednak osoby, które czytały "Jeszcze żyję" mogą sobie lekturę darować, gdyż nie zawiera zbyt wielu nowych informacji.

piątek, 14 kwietnia 2017

 Tytuł : "Diabolika"
 Autor : S.J Kincaid
 Wydawnictwo : Otwarte
 Rok wydania : 2017
 Liczba stron : 412
 Tytuł oryginału : The Diabolic




 Ludzka Diabolika


 Wow, zastanawia mnie dlaczego ta powieść dostała tak dobre recenzje. I to nie tylko na rodzimych portalach. Goodreads ocenia ją na ponad cztery gwiazdki na pięć. Dla mnie powieść ta wypadła blado. Nie ma w niej nic co czyniłoby ją lepszą od innych powieści z gatunku New Adult SF. Mamy tu do czynienia z utartych schematem, nawet dystopijny świat który poznajemy wydaje się nam znajomy. Oczywiście do przewidzenia było, że pojawi się również wątek miłosny. Więc co takie czytelnicy znaleźli w tej książce, że aż tak są nią zachwyceni? Niestety nie jestem w stanie odpowiedzieć na to pytanie.

Nemezis jest Diaboliką. Sztucznie wyhodowanym ludzkim bytem, jednak ze zmienionym kodem genetycznym. Jej hodowcy zaprogramowali ją tak by mogła służyć tylko i wyłącznie jednej osobie. Miała jej strzec przed wszystkimi czyhającymi niebezpieczeństwami. Diaboliki są większych rozmiarów niż normalni ludzie, mają też więcej siły, są prawdziwymi drapieżnikami z rozbudowanym instynktem łowieckim. Jednak dla osób, którymi się opiekują są gotowe oddać swoje życie. Tylko ich kochają , tylko wobec nich są lojalni, potrafią nawet zabić członków rodziny swoich
podopiecznych, jeśli wyczują że im zagrażają.
Właścicielką Nemezis została Sydonia, córka senatora, osoby bardzo kontrowersyjnej, będącej w zatargu z rządzącym Galaktyką cesarzem. Senator oskarżany jest o Herezję, a nad jego domem zbierają się czarne chmury. Pewnego razu Sydonia wyzwana zostaje na dwór cesarski by stawić się przed sądem. matka dziewczyny, wiedząc , że jej córka nie ma wystarczająco dużo temperamentu i odwagi postanawia zamiast niej wysłać jej Diabolikę. Nemezis oprócz zabiegów mających upodobnić ją do istoty ludzkiej, pobiera lekcje etykiety. Kiedy jest gotowa statek zabiera ją w sam środek galaktyki, gdzie ma udawać swoją Panią i zadbać o to by jej imię pozostało nieskalane.

Super. Wszystko to brzmi bardzo zachęcająco. Naprawdę liczyłam na to, że dostanę książkę inną niż wszystkie. Jednak już wcześniej powinnam zacząć coś przeczuwać. Kilka lat temu dostałam pierwszy tom serii "Selekcja" Kiery Cass. Przyznam szczerze, że nie udało mi się dobrnąć nawet do połowy. Potem przyszła pora na "Niezgodną"- i to samo, następnie "Obca"- trzydziesta strona i koniec. A wszystkie te pozycje dostawały bardzo wysokie noty. Potem przez jakiś czas dałam sobie spokój z tym gatunkiem. Gdy zobaczyłam okładkę "Diaboliki" miałam przeczucie, że to jest to. Niestety. 
Dostałam kolejny odgrzewany kotlet, powielony schemat, na którego czoło wysuwa się wątek miłosny. I to właśnie on zabił całą książkę.

Od samego początku książki, ba od samej okładki, autorka wmawia nam że nasza główna bohaterka nie jest człowiekiem, tylko specjalnie wyhodowanym humanoidem, którego głównym celem jest ochrona swojego Pana. I powiem, że na początku Nemezis była dla mnie bardzo wiarygodna. Wszystko co robiła miało na celu służenie Sydonii, zwracała uwagę na otoczenie, przewidywała zagrożenia, była jak czujny pies myśliwski. Krytycy zarzucają książce, że jest zbyt brutalna. Moim zdaniem Diaboliki powinny być brutalne, powinny nie mieć skrupułów i nie wahać się przed skręceniem karku wrogom swoich właścicieli. Więc o co cały ten szum?
Jednak w połowie książki coś się zmieniło. Istota, która miała nie znać uczuć , nagle zaczyna je odczuwać. WTF?? Czuje strach, smutek, żal, złość.  Co się stało z tym drapieżnym stworzeniem? Czy coś poszło nie tak w procesie tworzenia? Czy nastąpiło jakieś zwarcie? Ale przecież Nemezis nie jest cyborgiem. Czy akurat ta Diabolika była nieudanym egzemplarzem? A może każda by się taka stała jeśli dać jej taką możliwość? Może to te lekcje etykiety uczyniły ją bardziej ludzką? Na to pytanie niestety nie jestem w stanie odpowiedzieć. Ale jedno wiem na pewno, w tym momencie bohaterka straciła dla mnie wszelką wiarygodność i zaczęłam podchodzić do książki z destansem i sceptycyzmem, i to się nie zmieniło do samego końca.

Jak już wiemy nasza Nemezis ( może za sprawą religii- ważny element w książce- czy Bóg wie czego jeszcze ) ma uczucia. Ba, pomijając te podstawowe, ma jeszcze uczucia wyższe - kocha. I to był już totalny gwóźdź do trumny. Mogłam jej jeszcze wybaczyć pewne wybryki ale tego, że się zakochała niestety nie jestem w stanie. Wątek romansu zabił tę książkę, a najgorsze jest to, że bez niego fabuła by zyskała i to bardzo dużo. Na prawdę, wystarczyło zmienić parę wątków i dialogów i powieść by zyskała na autentyczności.

Widać, że autorka dużo czerpała od innych pisarzy gatunku sf czy New Adult. Świat, który nam przedstawia nie był dla mnie nowy ani zaskakujący. Cała książka była raczej dość schematyczna, i troszeczkę naciągana. Nie potrafiłam sobie wyobrazić, jak to wszystko miało wyglądać. Wiemy, że ludzkość zawładnęła wszechświatem, wiemy że planeta ziemia nie ma już większego znaczenia i żyją na niej wyrzutki społeczeństwa. Wiemy, że elita planety nie robić nic tylko pije i się bawi, a ponad to korzysta ze zdobyczy technologicznych swoich przodków. Ci bogatsi żyją na wielkich statkach kosmicznych, którymi sterują maszyny, które naprawiają maszyny, a żeby to wszystko działało to muszą być kolejne maszyny by naprawiać te maszyny itd itd. Problem jest taki, że technologia się starzeje , maszyny psują a nie ma kto ich naprawiać, gdyż nie kształci się specjalistów ani inżynierów, bo wiedza jest zakazana. yyyy.. co? Nie bardzo zrozumiałam dlaczego uczenie się miało by być złe? I tym samym fabuła była dla mnie nieco niezrozumiała. Skoro wszyscy zdawali sobie sprawę, że bez wiedzy wszystko to upadnie już w najbliższej przyszłości to dlaczego zamiast to zmienić to zwolenników tzw herezji ( czyt. nauki ) skazywali na śmierć? Chyba tylko i wyłącznie po to by książka zyskała jakąś fabułę. 

Oj ciężko się to czytało nie powiem, co prawda udało mi się dobrnąć do końca ( choć od połowy już go przewidziałam ) jednak było to nie lada osiągnięcie. Płytcy, mało wiarygodni bohaterowie, którzy działają bez zastanowienia. Świat, który ( choć dobrze odmalowany ) również nie jest wiarygodny. Koniec , który niczym nie zaskakuje. Jeszcze pierwsza połowa książki była znośna , potem było tylko pod górkę. I te nudy. Nie polecam i sama na pewno nie sięgnę po drugi tom .

wtorek, 11 kwietnia 2017


 Tytuł : "Masakra"
 Autor : Krzysztof Varga
 Wydawnictwo : Wielka Litera
 Rok wydania : 2015
 Liczba stron : 544


Jak śliwka w kompot


Jak wiecie nie przepadam za polską literaturą. Na półkach w księgarniach pełno słodko-gorzkich powiastek miłosnych bądź obyczajowych napisanych na kolanie przez sfrustrowane kury domowe. Dlatego jakże się zdziwiłam, jak w moje ręce wpadła taka perełka- diametralnie różna od miałkiej prozy, którą się otaczam. Już od pierwszej strony wpadłam jak śliwka w kompot. Brawo dla autora, brawo dla wydawcy za niesamowitą okładkę i brawo dla mojej przyjaciółki, która mnie zmusiła do sięgnięcia po tę rewelacyjną książkę. Dziękuję.

Stefan Kołtun budzi się po kilkudniowym melanżu. Żona z dziećmi zniknęła, podobnie jak karty
kredytowe, portfel, pieniądze oraz telefon. Jednak wszystko to jest nie ważne. Naszego bohatera męczy kac, którego zabić da się klinem. Mieszkając w Warszawie, i będąc znanym kiedyś muzykiem na pewno trafi na osoby, które zlitują się nad umęczoną duszą. Stefan wyrusza w podróż przez Warszawę w poszukiwaniu ratunku. Na swojej drodze spotyka znajomych z przeszłości : atrakcyjną wiedźmę, kochankę sprzed lat, niedocenionego Poetę, Docenta, magistra Wątrobę oraz tajemniczego Pana Lucjana. 

Przymierzałam się do napisania tej recenzji już po przeczytaniu pierwszych kilkudziesięciu stron książki. Tak rzadko zdarza mi się trafić na coś tak wyjątkowego, że będą tu tylko same ochy i achy ( wiem wiem, ale to w końcu moja subiektywna ocena). Nie jestem typową matką Polką, mam dziecko, jednak mam też swoje życie, które nie zakończyło się jak miała kilkanaście lat. Doskonale wiem jak to jest się obudzić z kacem, doskonale wiem jak to jest zbierać pieniądze na piwo i doskonale wiem jak samotni możemy czuć się w życiu. Może przez te wszystkie "Wiem" udało mi się w stu procentach utożsamić z naszym głównym bohaterem.
Wydawca pisze, że książka jest powieścią drogi, ja jednak aż tak daleko bym się nie zapędzała w opisie. W końcu droga naszego bohatera to zwykły spacer, choć z drugiej strony jest to prawdziwa droga przez mękę. Wyobraźcie sobie spacer w upale, bez grosza przy duszy, kiedy każda komórka waszego ciała woła o wodę o umysł woła o zwykłe zimne piwo by zaleczyć kaca. Jest to owszem powieść drogi jednak w metafizycznym tej drogi rozumieniu. 
Mamy tu do czynienia ze znaną postacią, kiedyś sławnym muzykiem, który odrywa kupony. Oczywiście młodość przemija, gusta się zmieniają i kiedyś popularni odchodzą w niepamięć. Jednak czy tak się dzieje naprawdę?
Nasz bohater wędrując spotyka postacie z przeszłości, osadzone w teraźniejszych realiach. Książka można by powiedzieć jest konfrontacją tego co przeminęło z teraźniejszością. Nie potrzeba tu się zbytnio wyznawać na polityce, czy znać historię polskiej sceny muzycznej. To jest tylko i wyłącznie wędrówka naszego bohatera i to on musi się zmierzyć z nowoczesnym światem, dopiero teraz otwiera sobie na niego oczy. A to co nam przedstawia jest niestety niezwykle smutne.

Oczami naszego bohatera widzimy społeczeństwo, które goni za pieniądzem. W którym ideały, bohaterowie, wieszczowie zeszli na dalszy plan. Liczy się tylko to co jest tu i teraz. Bardzo zasmuciła mnie scena dialogu między Stefanem a pomnikiem Prusa- przeczytajcie a będziecie wiedzieć dlaczego. Również nasza muzyka, kiedyś tak piękna i podziwiania została sprowadzona do minimum- ważne jest tylko to by był bit i by się dobrze przy tym tańczyło.

Podobało mi się to, że nasz bohater, choć na kacu a potem zawiany , zachował pełnię władz umysłowych, która bądź co bądź cechuje prawie wszystkich alkoholików. Ludzie, którzy opowiadają się za prawą stroną sceny politycznej raczej tą książką zachwyceni nie będę, ludzie którzy obchodzą miesięcznice, pewnie ją zbojkotują, ale dlaczego po prostu nie podejść do niej jak do majaczeń chorego człowieka? Czy nie taki był zamysł?

Jestem rodowitą warszawianką i dziękuję autorowi za tę książkę. Dzięki niemu mogłam poznać Warszawę z zupełnie innej strony. Warszawę zarówno współczesną jak i tę dawno z lat kiedy byłam totalną gówniarą co zbierała karteczki i żuła gumę turbo. Warszawa w powieści Vargi jest piękna i słoneczna, pomimo tego, że przesycona alkoholem.

Dziękuję autorowi za tę powieść, było to niesamowite przeżycie, pełne wrażeń i kolorów. Czy autor odnalazł swoją rodzinę? Czy jej w ogóle szukał? Czy się martwił? A może właśnie nie o to chodzi? Może czas nas samych postawić na pierwszym planie zanim zaczniemy troszczyć się o innych?

POLECAM KAŻDEMU

niedziela, 9 kwietnia 2017

 Tytuł : "Śpij spokojnie"
 Autor : Rachel Abbott
 Wydawnictwo : Filia
 Seria : Mroczna Seria
 Rok wydania : 2017
 Liczba stron : 400
 Tytuł oryginału : Sleep tight









 Ewoluująca proza




Sięgając po książkę Rachel Abbott wiedziałam, że mogę się spodziewać dobrego kryminału. Typowego pochłaniacza czasu i do tego napisanego językiem prostym, przyjemnym i mało wymagającym od czytelnika. I właśnie to dostałam. Widać, że autorka dobrze się czuje w temacie przemocy domowej. Z początku myślałam, że dostanę odgrzewany na wszelkie możliwe sposoby kotlet, jednak kolejny raz autorce udało się mnie porwać.

Olivia Brookes dzwoni na policję by zgłosić zaginięcie męża i trójki dzieci. Wyszli na pizzę i nie wrócili. Kobieta ma prawo przypuszczać, że stało się coś złego, gdyż już wcześniej doświadczyła podobnej tragedii. Parę lat wcześniej jej partner wyszedł z domu i nigdy nie wrócił pozostawiając kobietę samą z kilkumiesięcznym dzieckiem. Kilka miesięcy później rodzice Olivii udusili się tlenkiem węgla śpiąc we własnym domu.
Tym razem mąż z dziećmi wracają. 
Kilka lat później sytuacja się odwraca. Mąż Olivii, zgłasza na policji jej zaginięcie. W czasie kiedy przebywał w delegacji, kobieta spakowała całą czwórkę i zniknęła. 
Sprawę komplikuje fakt, że w domu nie pozostało ani jedno zdjęcie zaginionych.

Spotkałam się z opiniami, że książka ta jest takim gniotem, że nie warto po nią sięgać. Niektórzy pokusili się nawet o stwierdzenie, że przewidzieli całą fabułę od początku do końca. Ja widać nie jestem aż tak doświadczonym detektywem książkowym, bo dla mnie zakończenie pozostało do końca zagadką. Pierwsza część książki to typowy kryminał policyjny. Część, która żadnego czytelnika z nóg nie zwali. Czytamy o tym jak wygląda policyjne postępowanie, jakie kroki podejmują. Autorka w tej części bardziej się skupia na bohaterach z poprzednich części cyklu w tym na poruczniku Tomie Douglasie. Jednak dodam, że Ci którzy nie czytali poprzednich części nie będą czuli się zgubieni bo powieść ta tworzy zupełnie odrębną całość.
Druga część, dla mnie o niebo lepsza, daje nam wgląd w psychikę bezpośrednio zaangażowanych w toczący się dramat. Poznajemy tutaj Olivię i jej męża- i to oni w kolejnych rozdziałach są naszymi bohaterami. Zabieg świetny. Bo o niebo lepiej zrozumieć pobudki naszych bohaterów mając wgląd w ich uczucia niż opierać się tylko na policyjnym śledztwie.

Uwielbiam postacie jakie stworzyła nasza autorka. Inni recenzenci uważają je za płytkie lub mało wiarygodne. Ja uważam, że stworzenie takiej charakterystyki było celowe. Czytelnik musi mieć wrażenie , że bohaterowie nie są wzięci z kosmosu, że taka tragedia mogła dotknąć naszych przyjaciół czy znajomych. Olivia jest właśnie taką osobą z sąsiedztwa. Na pozór wszystko wygląda idealnie a tak naprawdę rodzina skrywa straszne tajemnice. Również mąż Olivii jest jak najbardziej wiarygodną postacią, i chociaż nie jestem psychopatką jak najbardziej mogłam zrozumieć jego motywy.
Tylko jedno mam za złe autorce. Uważam , że nie jest to spojlerem ale Ci którzy wolą mniej informacji niech pominą ten akapit. Nie wiem po co autorka zamieściła w książce wątek włamania do domku letniskowego Toma. Przez kilkaset stron liczyłam na to, że zagadka będzie rozwiązana, że dowiemy się jakie mroczne sekrety skrywały dokumenty jego brata. Niestety. Po przeczytaniu książki wiem tyle samo co na początku. czyżbym musiała czekać na kolejną część? Myślę, że jest to dość nie trafiony sposób na zmuszenie czytelników do zakupienia kolejnego tomu. Jest to dopuszczalne dla powieści, które nie zawierają osobnego wątku, ale w cyklach kryminalnych? Pierwszy raz się z czymś takim spotkałam i jestem troszkę zażenowana. Niestety.

Jak napisałam w nagłówku książka opowiada o przemocy domowej. Tym razem mamy do czynienia z bohaterką, której mąż miał nad nią pełną kontrolę. Był szantażystą i manipulatorem. Inwigilował ją na każdym kroku. Zamontował w domu kamery mające śledzić każdy jej krok, zamontował tablicę , gdzie jej obowiązkiem było uzupełnianie planu zajęć, które wykonywała. W pewnym momencie zaczęłam się zastanawiać dlaczego nasza Olivia po prostu nie odejdzie, czemu nie zrobi tego czy
tamtego i za każdym razem autorka dawała mi odpowiedź. Jak by dokładnie oczekiwała, że zadam to konkretne pytanie. Piękne. Rachel Abbott doskonale zaplanowała fabułę książki, przeanalizowała jej słabe punkty i dzięki specyficznej narracji udało jej się prawie wszystkie wyeliminować. Widać, że włożyła dużo pracy w to by uczynić książkę wiarygodną i naprawdę jej się to udało.

A najbardziej zaskoczył mnie ostatni rozdział powieści. Już prawie zaczęłam opowiadać mężowi jak się skończyła, a tu nagle bum. Rzadko się zdarza, że nie mam nic do powiedzenia, ale tym razem byłam jak wmurowana. Wszystko zburzyło się jak domek z kart. Na pewno jest to jedno z lepszych zakończeń z jakimi miałam do czynienia.

Komu polecam? Na pewno miłośnikom kryminałów, miłośnikom thrillerów również, ponieważ autorka ma niesamowity dar do budowania napięcia.Widać, że styl Rachel Abbott ewoluuje z każdą napisaną powieścią. Nie mamy już tutaj do czynienia z prozą bulwarową, warsztat jest coraz lepszy, dialogi nabrały głębi. Czekam na więcej, bo wiem na pewno, że kiedyś dostanę prawdziwą perełkę, którą zachowam na półce dla córki.

czwartek, 6 kwietnia 2017



Tytuł : "Mroczny zaułek"
Autor : Louise Doughy
Wydawnictwo : Burda Książki
Rok wydania : 2017
Liczba stron : 350 
Tytuł oryginału :  Apple Three Yard



 Brudny Gray


Jak by ktoś kazał mi zrecenzować tę książkę po pierwszych 200 stronach to miałabym wielki problem. Zaczęła się rewelacyjnie, potem tempo zwolniło aż do przysłowiowego żółwiego. I w pewnym momencie trafia piorun. Pisarka dostaje skrzydeł, akcja nabiera tempa i kolorów. Zupełnie jak by w połowie książki zmienił się autor. Na sam koniec dostałam niesamowitą powieść od której
nie sposób było się oderwać.

Yvonne Carmichael jest kobietą sukcesu. Ma wszystko czego chcielibyśmy od życia : kochającą rodzinę, tytuł naukowy, pieniądze i piękny dom na przedmieściach. Jednak czegoś w życiu jej brakuje. Pewnego dnia w Pałacu Wesministerskim, gdzie udzielała prelekcji z zakresu genetyki, poznaje mężczyznę. Wybucha między nimi gwałtowny romans. Spotykają się w najmroczniejszych zakątkach Londynu gdzie oddają się szybkiej i gwałtownej miłości.
Pewnego dnia Yvonne bierze udział w przyjęciu na terenie Uniwersytetu na którym wykłada, przyjęcie zorganizowane jest przez odchodzącego rektora. Pijana pada ofiarą przemocy. 
Nie potrafi zdobyć się na to by powiedzieć o wszystkim mężowi. Jedyną osobą, która jest w stanie ją zrozumieć jest jej kochanek.
Kilka miesięcy później do jej drzwi puka policja. Kobieta zostaje aresztowana i oskarżona o współudział w morderstwie. 

Wydawać by się mogło, że wydawca opisał nam dokładnie całą książkę. Z góry wiemy na czym będzie się opierała fabuła. Yvonne poznajemy już na sali sądowej w momencie kiedy składa zeznania. Jednak nadal nie wiemy jak do tego doszło, co nią powodowało. Nie wiemy nic o jej uczuciach, jest dla nas czystą kartą, którą autorka z każdą kolejną kartą powieści stara się wypełnić.
Poznajemy więc Yvonne. Matkę dwojga dzieci, z których jedno, już dorosłe choruje na chorobę dwubiegunową. Yvonne jest wykształconą kobietą, której udało się zrobić akademicką karierę. Jest światowej sławy genetykiem, ekspertem zapraszanym na sympozja i prelekcje, wykłądowcą uniwersyteckim, pracuje w sławnym Instytucie Beuforta. Ma kochającego męża, również genetyka, który pomimo przelotnego romansu, ją kocha i zawsze stoi u jej boku. Wydaje się, że życie Ivonne jest poukładane i szczęśliwe. Co więc skłoniło tę kobietę do nawiązania romansu? Do spotykania się z nieznajomym mężczyznom w mrocznych i brudnych uliczkach gdzie w pośpiechu uprawiają sex? 
Poznajemy zupełnie inną Yvonne, nie stateczną i szanowaną genetyczkę, a śmiałą i wyzwoloną kobietę, która nie zawaha się okłamać najbliższych. Jaka naprawdę jest Yvonne? czy taka metamorfoza jest możliwa? Czy każdy z nas ma swoją zwierzęcą bezwzględną naturę? 
Cieszę się, że książka nie została opowiedziana przez wszystkowiedzącego autora. Naszą narratorką jest sama Yvonne, co czyni z powieści niesamowitą literaturę psychologiczną. Mamy wgląd w uczucia bohaterki, wiemy co nią powodowało. Chociaż zmieniła się o 180 stopni to ta metamorfoza przynajmniej dla mnie była wiarygodna. Zresztą czy nie jest możliwe, że pewnego dnia na naszej drodze stanie człowiek, bratnia dusza , któremu oddamy się bez reszty?

Inną sprawą jest postać naszego kolejnego bohatera, kochanka Yvonne, którego ona sama nazywa Panem X. jego imię poznajemy na samym końcu powieści. Ten bohater, pomimo szczerych chęci pisarki nie był dla mnie zbyt realistyczny. Po pierwsze autorka okryła go tajemnicą niczym Jamesa Bonda. Jednak nie do końca zrozumiałam czemu jego postać miała być zagadką, czemu nie mogliśmy poznać chociaż jego imienia, czemu jego życie opisywane było tylko fragmentarycznie. Po drugie, niezbyt uwierzyłam w jego zaangażowanie w związek i tym samym w finał całej historii. Pan X owinął sobie Yvonne wokół palca. Była na każde jego zawołanie, czekała na smsy, praktycznie błagała o spotkania. On zawsze starał się trzymać na uboczu, jak dochodzący kochanek, który akurat nie ma nic lepszego do roboty. Czy taka osoba, naprawdę popełniła by zbrodnię o jaką został oskarżony, w imię kobiety, którą widział kilkanaście razy w życiu?Możliwe jeśli był psychopatą, ale wierzcie mi na pewno nim nie był.
Jak pisałam wyżej książka podzielona jest na dwie części. Pierwsza relacjonuje życie Yvonne i jak doszło do tego , że wylądowała na sali sądowej. Mamy tutaj do czynienia z dramatem psychologicznym, bohaterka krok po kroku opowiada o tym dlaczego uwikłała się w związek z nieznajomym. Jak się czuła, co czuła do niego. Ta część książki dla niecierpliwych czytelników może wydać się nudna i zbyt przegadana. Ja jestem dość cierpliwą osobą i bardzo się cieszę, że czytałam dalej.
W części drugiej mamy do czynienia z dramatem sądowym w stylu Johna Grishama. I to właśnie misie lubią najbardziej. Siedzieć na sali sądowej i słuchać o tym jak związek Yvonne był postrzegany z zewnątrz. Czy ludzie o nim wiedzieli? Czy też udało im się zachować tajemnicę? 
A potem spada na nas lawina, od książki wprost nie można się oderwać. A sam koniec ? Jest wprost zachwycający. Myślimy, że już wiemy wszystko a okazuje się, że autorka ma dla nas kolejną niespodziankę. Takie zakończenia lubię, gdyż na długo zapadają w pamięć.

Książkę polecam fanom thrillerów psychologicznych jak również fanom dramatów sądowych. Polecam ją fanom erotyki, ponieważ gorących scen jest tutaj naprawdę bez liku. Brudnych , mrocznych i jednocześnie fascynujących, rodem z Graya.


niedziela, 2 kwietnia 2017

 Tytuł: "Błękitna godzina"
 Autor : Douglas Kennedy 
 Wydawnictwo : Świat Książki
 Rok wydania : 2016
 Liczba stron : 352
 Tytuł oryginału : The Heat of Betrayal







 Bez komórki


Thriller, sensacja, kryminał. Do takich gatunków wydawca przyporządkowuje tę powieść. Ja bym tu
jeszcze dodała : romans, przygoda, literatura obyczajowa, powieść psychologiczna. Czy to troszkę nie za dużo? Wręcz przeciwnie. Ten zbitek gatunków świadczy nie o tym, że autor nie miał pomysłu na powieść. Świadczy o tym, że w nasze ręce wpadła ciekawa książka, która spodoba się fanom praktycznie każdego gatunku. Moim zdaniem troszkę gorsza od innych książek Kennediego jednak podobnie jak poprzednie wciąga od samego początku do końca. 

Robin, długo nie mogła znaleźć swojego powołania. Próbowała publicystyki i dziennikarstwa jednak trudno jej było się w tym odnaleźć. W wieku trzydziestu lat skończyła kurs księgowości i otworzywszy własną firmę zaczęła grzebać w finansowym życiu obcych jej ludzi. Jednym z jej klientów został niefrasobliwy, żyjący z dnia na dzień artysta-malarz, Paul Leuen. Kiedy do niej przyszedł toną w długach. Zamiłowanie do hulaszczego trybu życia, drogich win i zagranicznych wycieczek doprowadziło go na skraj przepaści. Para zakochuje się w dobie od pierwszego wejrzenia, kilka lat później biorą ślub. 
Robin zdaje sobie sprawę z upływającego czasu i wie , że teraz, kiedy jest tuż przed czterdziestką a jej mąż jest starszy od niej o prawie dwadzieścia lat, jest ostatni moment by począć dziecko. Paul się zgadza i rozpoczynają starania.
Pewnego dnia Paul przychodzi do domu i proponuje Robin wycieczkę do Maroko. Nie na weekend , czy tydzień tylko na cały miesiąc. Ma to mu pomóc w znalezieniu weny twórczej. Sentyment do afrykańskiego kraju został mu z dawnych lat gdy jako wykładowca pracował na tamtejszym uniwersytecie. Robin, która nigdy nie opuściła Stanów Zjednoczonych, traktuje wypad jako egzotyczną przygodę.
Kiedy dojeżdżają na miejsce, od razu zakochuje się w przesyconym słońcem i zapachami kraju. Pierwsze trzy tygodnie są jak idylla. Do czasu kiedy kobieta, dostaje e-mail od swojego wspólnika, w którym ten ujawnia faktury jej męża. Z nich dowiaduje się, że Paul poddał się zabiegowi wazektomii. Robin czuje się oszukana. Pisze do męża list , w którym życzy mu śmierci i idzie na spacer. Kiedy wraca do hotelu Paul zniknął, na ścianach zostały krwawe smugi krwi a pokój wygląda jak po przejściu huraganu. Na miejscu znajduje się już policja, która zaczyna podejrzewać kobietę o zabójstwo męża. Robin udaje się uciec. Od znajomego jej męża dowiaduje się o strasznej tajemnicy, którą ten ukrywał przez lata. Postanawia ruszyć jego tropem i wszystko wyjaśnić. Jednak droga przez subsaharyjską Afrykę jest wielce niebezpieczna.

Chciałam podziękować autorowi, że za scenerię wybrał właśnie Maroko. Nigdy nie byłam  w tym egzotycznym kraju, jednak dzięki tej książce na pewno kiedyś się tam wybiorę. Opisy ( których zazwyczaj nie lubię) były piękne i bardzo rzeczywiste. Autorowi dzięki kilku słowom udało się przenieść czytelnika w zupełnie nowy świat. Świat wilgotny i gorący gdzie bez ustanku świeci słońce. Świat przeciwieństw. Bogatych, luksusowych kurortów z jednej strony a z drugiej suchej i niebezpiecznej Sahary. Magicznych i urokliwych miasteczek nad brzegiem Atlantyku i wielkich , brudnych metropolii. Wąskich , zapiaszczonych dróg nad skrajem przepaści i wielkich autostrad. Świat biedy i świat luksusu. Coś co jest obce dla przedstawicieli kultury zachodniej. 
Nawet ludzkie charaktery są tutaj przedstawione na zasadzi kontrastu. Czasem wydawało się to zbyt czarno-białe. Trafiamy tutaj albo na bardzo oddanych i wiernych altruistów albo przepełnionych nienawiścią i rządzą zdemoralizowanych osobników. Co wrażliwszy czytelnik może się przerazić tym obrazem i omijać ten piękny kraj szerokim łukiem lub zamknąć się w pięciogwiazdkowym kurorcie. Jednak ten kontrast wynika z fabuły i zapewne był wynikiem przypadku niż zamierzeniem autora. 

Przejdźmy teraz do naszej głównej bohaterki a zarówno narratorki całej powieści. Z żalem muszę przyznać, że od samego początku nie przypadła mi do gustu, co jednak nie przeszkodziło mi w czytaniu. Robin poślubiła mężczyznę, który był jej zupełnym przeciwieństwem, zdawała sobie sprawę z wszystkich jego wad. I od początku wiedziała, że pomimo jej usilnych starań ten człowiek się nie zmieni. Więc czy warto budować związek na braku zaufania, dobrym seksie i obietnicy dziecka? Już na pierwszych kartach powieści dowiadujemy się o zegarze biologicznym, który tyka. Akurat w ostatniej godzinie nasza bohaterka natrafiła na osobę, która może uczynić ją brzemienną więc chwyciła się jej jak tonący brzytwy. Skazując się na los cierpiętnicy. Kiedy kłamstwa Paula wyszły na wierzch Robin powinna spakować manatki, wsiąść w najbliższy samolot i polecieć do domu. Niestety nasza anty-heroina postanawia ruszyć śladem zaginionego męża. Nawet kiedy dowiaduje się, że cały ich związek oparty był na kłamstwie już od samego początku. Przemierza praktycznie całe Maroko, poszukiwana przez policję, byle tylko obwieścić mu , że to koniec ich małżeństwa. Żałosne troszkę prawda? A dlaczego tak robi? Ponieważ go kocha. Brak logiki. 

Jednak dzięki temu, że mamy tak naiwną i dziecinną główną bohaterkę dostaliśmy całkiem ciekawą powieść. Spotkałam się z opiniami, że fabuła książki jest mało wiarygodna. Oczywiście, też się z tym zgadzam. Jednak nie powinniśmy zapominać, że mamy do czynienia z fikcją literacką. Od momentu kiedy nasza bohaterka opuszcza As-Suwajrę gdzie zatrzymała się z mężem akcja nabiera niesamowitego tempa. Aż dziwne , że jedna kobieta mogła tyle przeżyć. Poznaje fałszerza dokumentów, zastaje napadnięta i pozostawiona na pustyni, trafia do plemienia Berberów, poszukiwana jest listem gończym , przemierza autobusami góry atlas, spotyka żydowskiego jubilera, z wędrownym handlarzem objeżdża cały kraj. I to wszystko w przeciągu zaledwie paru tygodni. Prawdziwy Indiana Jones. I pomimo tego, że fabuła wydaje się lekko naciągana naprawdę mamy ochotę dowiedzieć się jaki koniec szykuje dla nas autor. Osobiście nie mogłam oderwać się od tej powieści, a zakończenie było dokładnie takie jakie powinno być. I o dziwo naszej głównej bohaterce w końcu wyrosły "jaja" brawo, na sam koniec naprawdę dało się ją polubić, i mało tego w końcu okazała się konsekwentna . 

Widać, że książka napisana jest przez autora, który zna się na rzeczy. Wie gdzie można troszkę zwolnić akcję, a gdzie ją przyśpieszyć by utrzymać czytelników w napięciu. Również jego warsztat pisarski nie pozostawia nic do życzenia. Zwroty akcji są naturalne a akcja rozkręca się jak dobry film by w punkcie kulminacyjnym czytelnik był na jak najwyższych obrotach. Jednak jak napisałam wyżej nie jest to typowy thriller czy kryminał. Książka ma głębszy przekaz na temat człowieczeństwa. Chociaż nie polubiłam Robin to charakterystyka jej postaci i uczuć była wprost fenomenalna. Czasem zdarza nam się spotkać z bohaterkami, które są aż tak głupie czy aż tak naiwne, że nieprawdopodobieństwem jest by istniały w rzeczywistym świecie. Z Robin było inaczej, spokojnie mogłam sobie wyobrazić, że jest moją sąsiadką. Książka ta ukazuje jej metamorfozę, z małego brzydkiego kaczątka w pięknego łabędzia. 
Książka opowiada o wyborach, których musi dokonać człowiek postawiony pod ścianą i dokładnie analizuje ich konsekwencje. 

Gorąco polecam wymagającym czytelnikom a nie fanom taniej sensacji. Oczywiście książka nie jest idealna : czasem wydaje się zbyt nieprawdopodobna, czasem akcja jest zbyt napakowana zdarzeniami , drażnić mogą francuskie sentencje na co drugiej stronie. Jednak nadal jest to kawałek dobrej i wcale nie kobiecej literatury.

P.S Bohaterom, którzy wyjeżdżają za granicę polecę zabranie ze sobą telefonów komórkowych, znacznie by to ułatwiło sprawę :)