poniedziałek, 9 stycznia 2017

 Tytuł : "Lion.Droga do domu"
Autor : Saroo Brierley
Rok wydania : 2016
Wydawnictwo : Znak Literanova
Liczba stron : 272
Tytuł oryginału : A long way home






 Pociąg do Australii


Wspaniała historia o człowieku, który zgubiwszy się jako dziecko, po 25 latach poszukiwań odnalazł swoją
rodzinę. Książka na pewno należy do tych , które wycisną wam łzy z oczu, a historia pozostanie na zawsze w waszych sercach. Nawet brak warsztatu pisarskiego autora jest tutaj skromnym atutem gdyż dodaje książce wiarygodności i nie razi tak bardzo jak w przypadku pisarzy z "zawodu". Krótkie dzieło, które warto przeczytać. Na pewno nie będzie to czas stracony. Jedna z lepszych książek obyczajowych jakie przeczytałam w zeszłym roku.

Saroo urodził się w małej indyjskiej wiosce. Ojciec zostawił rodzinę, kiedy chłopiec miał zaledwie kilka lat. Matka miała na utrzymaniu jeszcze pozostałą trójkę rodzeństwa. Było ciężko a zdarzały się takie dni, że brakowało jedzenia. Starsi bracia Saroo często wyruszali pociągiem do pobliskich miast by tam żebrać lub dopuszczać się kradzieży byle tylko utrzymać rodzinę. Pewnego dnia pięcioletni Saroo poprosił brata o zgodę na wzięcie udziału w takiej wyprawie. Zaskoczony jego zgodą, wraz z nim wsiadł w pociąg i pojechali do pobliskiego miasta. Tam, na stacji kolejowej, brat kazał mu usiąść ma ławce i czekać na niego. Pod żadnym pozorem miał się nie ruszać z dworca. Obudziwszy się w nocy sam chłopiec spanikował i postanowił poszukać brata. Zaczął od pociągów , które stały na peronach. Wsiadł do najbliższego i usiadł na ławce. Ze względu na zmęczenie i późną porę zapadł w sen. Obudził się w rozpędzonym pociągu mknącym w nieznane. Po kilkudziesięciu godzinach jazdy dotarł do Kalkuty. Kilka miesięcy spędził na ulicach tego miasta, żywiąc się odpadkami i kradnąc. W końcu trafił do domu dziecka i został oddany do adopcji. Trafił do rodziny z Tasmanii, która zdecydowała się na adopcję nie ze względu na to, że nie mogli mieć własnych dzieci. Uważali , że świat i tak już jest przeludniony i trzeba pomagać dzieciom które są w krytycznej sytuacji. Nowa rodzina nie chciała by Saroo zapomniał o swoich korzeniach. Jego pokój by urządzony na indyjską modłę. Figurki, mapy, dywaniki wszystko przypominało mu o swoim pochodzeniu. Być może dlatego przez te wszystkie lata nie zapomniał o swojej rodzinie na innym kontynencie. Już jako dorosły człowiek postanowił ich odszukać. 

O historii Saroo, pomimo jej wielkiego rozgłosu w Australii, nie słyszałam nigdy wcześniej. O tym, że powstał film dowiedziałam się z okładki książki. Jednak jest to historia, która powinna zostać opowiedziana gdyż daję nadzieję i zmienia spojrzenie na świat. Jest niezwykle pozytywna i daje wiarę w to, że są na świecie jeszcze ludzie, którzy bezinteresownie starają się pomóc innym. W świecie gdzie codziennie, czy to w pracy czy na ulicy, mamy do czynienia z wampirami energetycznymi to lektura jest naprawdę obowiązkowa. Zresztą ja osobiście uwielbiam książki, oparte na faktach historie, które z jednej strony wywołują uśmiech na twarzy a z drugiej wyciskają łzy z oczu. I ta właśnie taka jest.

Saroo Brierley nie jest pisarzem, jest sklepikarzem- podobnie jak jego australijska rodzina. Książka ta, plus film, były jego jedyną szansą na opowiedzenie swojej historii. Coś raz opowiedziane potem już nie interesuje odbiorców. Wiadomo, nie odgrzewa się starych kotletów. Gdybym była na miejscu autora zrobiłabym wszystko by mój debiut wypadł jak najlepiej. Poszukałabym kogoś kto się zna na pisaniu, skorzystała z pomocy edytorów i dała do przeczytania mój tekst nie tylko rodzinie i znajomym, ale także znajomym krytykom. Niestety nasz autor tak nie zrobił dlatego książka , nie dość że pełna błędów gramatycznych ( czytałam w oryginale ) to jeszcze stylistycznie też nie jest fenomenem, a nie które fragmenty wręcz są ciężkie do strawienia.
Najbardziej podobała mi się pierwsza część książki opowiadająca o życiu indyjskiej rodziny. Ostatnio skończyłam czytać fenomenalną książkę, której akcja również toczy się w Indiach "Shantaram" , dlatego mimowolnie porównywałam do siebie obie te opowieści. W "Shantaram" mieliśmy do czynienia z człowiekiem, który uciekł z australijskiego więzienia i ukrywał się w Indiach. Był dorosły, zaradny i doskonale się odnalazł w tym kraju biednych ludzi. W książce tej poznaliśmy Indie na wylot, od slumsów Mumbaju, przez spokój wsi na apartamentach bogatych przywódców politycznych czy indyjskiej mafii kończąc. W "Lion" poznajemy Indie tylko z jednej perspektywy. Patrzymy oczami małego chłopca, który może jeszcze nie mieszka w slumsach, jednak prawie. Widzimy biedę dnia codziennego, czujemy burczenie w brzuchu . Praktycznie byłam w stanie sobie wyobrazić jak pięcioosobowa rodzina żyje na kilkumetrowym skrawku powierzchni bez mebli czy naczyń kuchennych. Bez światła i bez elektroniki. Autor przedstawił nam Indie takimi jakie są naprawdę. Przerażający był obraz Kalkuty- miast bezdomnych, walczących na ulicach dzieci. Miast w którym jeden krok w złą stronę jest krokiem w przepaść. Ten obraz Indii mnie poruszył, a jego brutalność mną wstrząsnęła.Jednocześnie opis przygód pięcioletniego chłopca był najlepszą, najbardziej interesującą częścią książki. Potem niestety było gorzej.
Odwrotnie do naszego więźnia, Saroo z Indii trafia do fantastycznej australijskiej rodziny, która postanowiła go zaadoptować. Ta część książki to już nie same proste opisy przeżyć głównego bohatera ale opis jego walki z własnymi lękami i opis jego poszukiwań drogi do domu. Przez kilka stron czytelnik musi czytać jak nasz bohater przeszukiwał Google Earth w poszukiwaniu podobnej stacji kolejowej. I tak dniami i miesiącami, strona po stronie a my wraz z nim. Było to niezwykle nużące. W pewnym momencie złapałam się na tym , że po prostu bezwiednie przerzucam strony nawet nie skupiając się na tym co czytam. Już na samym początku książki wiemy jakie będzie jej zakończenie, zresztą możemy dowiedzieć się go z internetu, gdyż historia Saroo jest szeroko komentowana na całym świecie, dlatego autor powinien dać nam coś nowego a nie swoją historię eksploracji googla. Nawet zaczęłam się zastanawiać czy sam Google nie płacił naszemu autorowi za reklamę, tak często w książce słyszymy o tej wyszukiwarce. Google- znajdź z nami swoją rodzinę, wystarczy, że pamiętasz jaki mają płot za domem. Dokładnie coś w tym stylu.

Miałam wrażenie , że autor w pewnym momencie swojej historii się pogubił. Rozumiem, że pewne fakty z życia prywatnego chciał zachować dla siebie, jednak w pewnym momencie historia wydała mi się przejaskrawiona. Na samym początku mamy szczegółowy opis wędrówki małego chłopca ( swoją drogą wydaję mi się troszkę dziwne, że pięcioletni chłopczyk, zostawiony sam, pewnie w głębokim szoku, jest w stanie tyle zapamiętać) by potem nie dostać praktycznie nic. Tym dobrym ludziom, którzy pod swój dach przygarnęli dwie indyjskie sieroty, przeznaczono bardzo mało miejsca, brat Saroo wspomniany jest tylko pobieżnie, a sylwetkę bohatera mamy cały czas zamazaną. Z jednej strony odniosłam wrażenie, że autor chce się z nami podzielić swoją historią a z drugiej, że jest już zmęczony jej opowiadaniem i chce dać czytelnikowi znać " zostaw mnie w spokoju". 

Powtórzenia, autoanaliza, i wkradająca się wraz z nimi na karty książki nuda, odebrały tej książce jej czar. Dobry edytor byłby w stanie skrócić ją do około 60 stron, jednak wtedy prawdopodobnie nigdy nie została by wydana, ewentualnie można by zaryzykować wydanie albumu ze zdjęciami i zarysowaną historią. 
Uważam, że to historia powinna być usłyszana dlatego cieszę się, że jednak doszło do publikacji. Jest to jedna z tych powieści na jedno posiedzenie, które wchłaniają człowieka bez reszty. Ciekawa historia, zwykłego człowieka który miał wiele szczęścia w życiu. Z pewnością to gratka dla wielbicieli powieści obyczajowych. Książka dla osób w każdym wieku. 
Naprawdę polecam