"Rak to nie choroba a mechanizm uzdrawiania. Jak zrozumieć i wyeliminować przyczyny zmian nowotworowych" Andreas Moritz

"Rak to nie choroba a mechanizm uzdrawiania. Jak zrozumieć i wyeliminować przyczyny zmian nowotworowych" Andreas Moritz

     My Polacy, jesteśmy narodem silnie uzależnionym od różnego rodzaju lekarstw, środków przeciwbólowych i suplementów diety. W jednym z programów na temat zdrowego żywienia dowiedziałam się, że przepisy regulujące wprowadzenie na rynek nowego specyfiku nie-medycznego, są niezwykle elastyczne i praktycznie każdy z nas może stać się producentem "cudownego specyfiku". Wystarczy odpowiednia receptura, chwytliwa nazwa oraz 10.000 złotych i po kilku tygodniach wynajęte przez nas laboratorium wypuści na rynek stworzony przez nas suplement. Czy zastanawialiście się kiedyś co by się stało, gdyby okazało się, że wszystkie leki to jedno wielkie placebo? Kolorowe pastylki wyprodukowane przez firmy farmaceutyczne tylko po to by zwiększyć ich zyski? A co jeśli źródło zdrowia jest w nas samych a choroby, w tym te najcięższe, to jedynie reakcja naszego organizmu na niezdrowy tryb życia? Nasz autor uważa, że medycyna naturalna jest jedynym remedium na nasze bolączki ale czy ma rację? 

Andreas Moritz w swojej książce "Rak to nie choroba a mechanizm uzdrawiania. Jak zrozumieć i wyeliminować przyczyny zmian nowotworowych" stawia popularną w środowiskach związanych z medycyną wschodu tezę. Zakłada mianowicie, że nowotwór nie jest chorobą tylko reakcją obronną organizmu. Kiedy zaburzona zostanie homeostaza czyli równowaga komórkowa, nasze ciało zaczyna się bronić. Zaczynają namnażać się komórki rakowe, które zdolne są do życia w środowisku beztlenowym. To nie wirusy, bakterie czy wadliwe geny odpowiedzialne są za powstanie nowotworu tylko nasz styl życia. Stres, "śmieciowa dieta", zabiegi medyczne takie jak zdjęcia rentgenowskie czy tomografia, zrezygnowanie z kąpieli słonecznych czy używanie silnie chemicznych kosmetyków, mają duży wpływ na nasze zdrowie i są silnymi czynnikami kancerogennymi. One wszystkie powodują powstawanie "zatorów" w naszym organizmie między innymi złogów płytki miażdżycowej czy zatorów limfatycznych. Wszystko to jest nam dobrze znane. Lekarze i specjaliści od żywienia już od wielu lat ostrzegają nas przed fast foodami. Dietetycy proponują różnego rodzaju diety, których głównym założeniem jest ograniczenie szkodliwych substancji. Rezygnujemy więc z tłuszczy trans, białek, węglowodanów na rzecz owoców, warzyw i dobrych tłuszczy nasyconych. Trudno jest się nie zgodzić z czymś, czego uczą nas już w szkole. Gorzej zmienić nasze nawyki. W tym kontekście teza jakoby rak nie był chorobą tylko reakcją organizmu na toksyny i inne szkodliwe czynniki zewnętrzne, spokojnie może się obronić. Jak pisze sam autor, najważniejszym lekarstwem jest nasza własna wiara. Chorzy powinni uwierzyć, że to z czym walczą jest jedynie jednym z symptomów braku równowagi w ich ciele. Im lepsze samopoczucie tym większa szansa na wyzdrowienie. 

Jednak im dalej w las tym robi się coraz mroczniej i niebezpieczniej. Andreas Moritz poszedł o krok za daleko i zaczął oskarżać wszystko i wszystkich, nie posiadając ku temu odpowiednich przesłanek. Według autora książki od 80 do 95 procent wszystkich zabiegów medycznych, nie zostało zatwierdzonych przez WHO jako skuteczne, a lekarstwa produkowane przez koncerny farmaceutyczne mają znikomy wpływ na wyleczenie. Moritz na kilku wybranych przykładach, próbuje nam udowodnić, że ludzie nie przyjmujący leków, lub nie korzystający z chemioterapii żyją tyle samo a często nawet i dłużej. Próbuje nas przekonać, że to medycyna sprawia, że zaczynamy częściej chorować. To tomografy, fale rentgenowskie, kosmetyki, kuchenki mikrofalowe czy telefony komórkowe, sprawiają że nasze komórki rakowe się uaktywniają. Według niego jako społeczeństwo jesteśmy przyzwyczajeni do symboli, katar jest dla nas równoznaczny ze sprejem do nosa, kaszel z syropem, rak piersi z mastektomią itd,itp. W drodze do zdrowia powinniśmy pozbyć się tego toku myślenia i otworzyć na nowe, zrezygnować z medycyny tradycyjnej i otworzyć się na tę naturalną. Jednym słowem wyjść ze szpitali na słońce. Choć jestem osobą tolerancyjną i uważam, że każdy ma prawo decydowania o sobie i swoim życiu, to takie podejście mi się nie podoba. To, że jestem w stanie uwierzyć, że krem przeciwsłoneczny może przyczynić się do powstawania czerniaka jeszcze nie świadczy o tym, że całkowicie odwrócę się od zdobyczy nowoczesnej medycyny. Nie podążę tropem autora i nie zrezygnuję ze szczepienia mojego dziecka zdając sobie sprawę, że może to doprowadzić do epidemii. Trzeba przyznać, że Moritz zna się na rzeczy, pisze z pasją i używa słów , które brzmią niezwykle przekonująco. Pełno tutaj odnośników do innych książek, badań czy statystyk. Jednak wystarczy wpisać w googlach nazwisko autora i znajdziemy mnóstwo naukowych publikacji czy blogów, krytykujących jego tezę i podejście do medycyny. Niektórzy wręcz oskarżają go o morderstwo. Sama śmierć Moritza w 2012 nastąpiła w dość tajemniczych okolicznościach, a przyczyna zgonu nigdy nie została podana. W sieci znajdziemy spekulacje, że zmarł on właśnie na raka, którego przecież nie traktował jako jednostkę chorobową. 

Autor stara się nas przekonać do przejęcia nowego stylu życia, całkowicie odmiennego od tego, który proponuje nam telewizja czy internet. Mówi, że tylko weganie i ci, którzy całkowicie zrezygnują z dostępnych cudów techniki jak telefony komórkowe czy komputery, będą całkowicie wolni od nowotworów. To cywilizacja, postęp i wyścig szczurów sprawiają, że człowiek żyje w ciągłym stresie. Autor idzie nawet dalej sugerując nam byśmy zrezygnowali z pracy wieczorami, gdyż jest to czas przeznaczony na naszą regenerację. W lato zaś powinniśmy przebywać na otwartym słońcu bez ochrony w postaci filtrów. 
Jestem osobą, która wierzy głęboko w fakt, że każda medycyna czy to tradycyjna czy naturalna, przynosi wymierne korzyści. Ważne jest byśmy potrafili oddzielić ziarno od plew i nie ufali ślepo wszelkiego rodzaju kaznodziejom i znachorom. Andreas Moritz ma z pewnością dużo racji w tym co pisze, jednak bezgraniczna wiara w jego holistyczną wizję świata może być równie niebezpieczna co sama choroba. Czytajcie, uczcie się jednak pamiętajcie o zdrowym rozsądku. I dużo zdrowia wam życzę, obyście nigdy nie musieli wybierać sposobów leczenia. 


Tytuł : "Rak to nie choroba a mechanizm uzdrawiania. Jak zrozumieć i wyeliminować przyczyny zmian nowotworowych"
Autor : Andreas Moritz
Wydawnictwo : Vital
Data wydania : 16 lutego 2018



Za możliwość przeczytania i zrecenzowania książki serdecznie dziękuję portalowi : 


https://sztukater.pl/
 


"Moc kryształów. Jak wykorzystać proste układy kryształów do uzdrawiania, ochrony i inspiracji"  Kiera Fogg

"Moc kryształów. Jak wykorzystać proste układy kryształów do uzdrawiania, ochrony i inspiracji" Kiera Fogg

Kim jest Kiera Fogg? Przed założeniem własnej firmy pracowała w telewizji. Z wykształcenia jest specem od marketingu i komunikacji. Zainspirowana religią i kulturą wschodu zaczęła interesować się medytacją i wpływem kamieni półszlachetnych na życie i zdrowie człowieka. Jest trenerem Reiki, pisarką oraz spirytystką. Już jako matka trójki dzieci postanowiła założyć własną firmę i tak powstało Little Box of Rocks, sklep wysyłkowy oferujący swoim klientom "bukiety" kamieni. W 2017 roku wzięła udział w kanadyjskiej wersji programu Dragon's Den. Dzięki znanym aktorkom Cameron Diaz oraz Gwyneth Paltrow, trafiła na łamy takich magazynów jak Vogue czy Forbes. Ta młoda, przedsiębiorcza kobieta, jest żywym dowodem na to, że wszystko można sprzedać jeśli znamy choć podstawy storytellingu, photoshopa oraz tworzenia stron internetowych. A same kryształy? Nie martwcie się o nich też będzie mowa.

Litoterapia, czyli leczenie kamieniami szlachetnymi, jest znana i wykorzystywana na całym świecie od wieków. A co z tymi skałami, które szlachetne nie są?  Okazuje się, że i ona znajdą swoje zastosowanie. W swojej debiutanckiej książce Kiera Fogg przyrównuje moc kamieni do starożytnych talizmanów. Już pojedynczy kryształ jest bardzo potężnym narzędziem, który może mieć wpływ na nasze życie. Pomyślcie więc jaką moc dostarczy nam kilka kamieni ułożonych na specjalnej siatce stworzonej w oparciu o świętą geometrię? W swojej książce autorka zamieściła 30 gotowych ustawień (siatek) kryształów, które możemy wykorzystać. Jest to z pewnością zestaw dla początkujących. W Internecie możemy znaleźć kolejne szablony oraz przykłady tworzenia siatek trójwymiarowych, mandali czy układów medytacyjnych z wykorzystaniem kamieni.

Już od najmłodszych lat wyrabiana jest w nas umiejętność zbierania czy nawet kolekcjonowania, tworzenia zbiorów. Zabawa ta, w latach późniejszych może przekształcić się w pasję, a nawet sposób życia. Dzieci zbierają shopkinsy, naklejki czy magazyny, starsi porcelanowe figurki czy znaczki. Na genialny pomysł wpadli twórcy biżuterii Pandora, wymyślając charmy. Każdy z tych nawlekanych na bransoletkę koralików ma coś symbolizować. Cała bransoletka obrazuje jakiś okres w naszym życiu, z wyszczególnionymi najważniejszymi wydarzeniami.W swojej książce Kiera Fogg próbuje nas zachęcić do tego byśmy zainteresowali się kryształami. One nie tylko opowiadają historię, ale mogą nas uleczyć i spełnić nasze marzenia. Kryształy są dobre na wszystko, trzeba tylko zadać sobie troszkę trudu i nauczyć się jak je  stosować. Chociaż w książce opisane są metody tworzenia siatek i łączenia ze sobą odpowiednich minerałów, tak wiedzy na temat samych kamieni jest tutaj mało. Tym, którzy chcą bardziej zgłębić temat polecam zajrzeć na stronę internetową autorki, gdzie dokładnie opisuje ich działanie i dzieli się inspiracjami. Można tam również stworzyć doskonały prezent dla najbliższych lub zaopatrzyć się w piękne kamienie na własny użytek. Przyjadą one do nas prosto z Kanady w małym drewnianym pudełeczku. Taka mała rzecz a nie dość, że cieszy oko to jeszcze może zrobić dużo dobrego. 

Każdy z nas ma jakieś marzenia. Niektórzy proszą o zdrowie, inni o szczęście a jeszcze inni o pokój na świecie. Jeden ze znajomych chirurgów  powiedział mi kiedyś, że wszelkiego rodzaju amulety na pewno nie zaszkodzą, a wręcz przeciwnie, jeśli gorąco wierzymy w ich moc, mogą zrobić dużo dobrego. Podobnie jest z kryształami. Jednak zanim zaczniemy tworzenie siatek i "zabawę" z kamieniami, autorka radzi nam byśmy wsłuchali się w nas samych i odkryli jakie są nasze prawdziwe pragnienia. Intencje, w imię których tworzymy siatki, muszą być szczere i wypływać z naszego wnętrza, sama siatka zaś ma opierać się na idei symetrii i harmonii, tylko wtedy zadziała prawidłowo. Lecznicza siatka krystaliczna składa się z kryształów, które połączone ze sobą tworzą mapę energetyczną, dzięki której będziemy w stanie osiągnąć zamierzone cele i wprowadzić rzeczywiste zmiany w naszym życiu. Oczywiście zmian na lepsze. Ważne jest aby każda siatka dotyczyła jednego pragnienia-intencji. Jako osoba nie zorientowana w temacie kryształów, nie wiedziałabym od czego zacząć. Książka Kiery Fogg jest przydatnym poradnikiem dzięki któremu zrozumiemy naturę kamieni i świętej geometrii. Ważne jest bowiem by nie tworzyć przypadkowych i nieprzemyślanych układów. Nie musimy być jasnowidzami czy spirytystami by korzystać z mocy minerałów jednak by zacząć potrzebna jest nam chociaż podstawowa wiedza na ich temat. Ta książka ma na celu sprawić byście poczuli się komfortowo projektując własne siatki. Autorka przedstawia nam sześć podstawowych kategorii kryształów, z których każda ma inne, unikalne znaczenie i właściwości energetyczne. Jedne się odpychają, inne przyciągają czy wzmacniają. Nasza siatka oprócz kryształów, może składać się z przedmiotów nam bliskich (jak zdjęcia czy biżuteria) lub symboli (kwiaty, pióra, rysunki). Kiedy zrozumiemy istotę sześciu podstawowych energii krystalicznych sam proces tworzenia siatki będzie dla nas czynnością rutynową. 

W "Moc kryształów. Jak wykorzystać proste układy kryształów do uzdrawiania, ochrony i inspiracji" autorka zachęca nas do stworzenia własnej kolekcji kryształów i poznania technik tworzenia siatek od samych podstaw. Poradnik ten pokaże nam gdzie umieszczać kryształy i jak personalizować sieci. Dzięki stworzonym przez nas talizmanom będziemy w stanie wzbogacić nasze życie. Dobrze wykonane siatki podziałają na nasze zdrowie, zapewnią szczęście w związku małżeńskim czy poprawią naszą kondycję finansową. Najważniejsze jest aby nasze intencje były prawdziwe, szczere i duchowo do nas dopasowane, by posiadały jakąkolwiek moc. Zmieniamy po jednym nawyku czy rzeczy na raz, dlatego musimy pamiętać byśmy byli dokładni w wyrażaniu swoich próśb. 

Kiera Fogg opracowała piękny poradnik, który nie dość że przekazuje nam wartościowe treści to zachwyca również oko. Aż trudno uwierzyć, że większość zdjęć została zrobiona na kuchennym blacie autorki. Choć nie jestem zwolenniczką medycyny naturalnej, a w talizmany przestałam wierzyć już jako mała dziewczynka, to zapoznanie się z tą lekturą było dla mnie prawdziwą przyjemnością. Nawet jeśli sama nie zacznę tworzyć geometrycznych siatek czy medytować otoczona solą himalajską to wiem komu mogę sprezentować małe drewniane pudełeczko. A jeśli prawdą jest to co mówią, że wszystko we wszechświecie jest zbudowane z tych samych brył geometrycznych i oparte na tych samych wzorach matematycznych ( spirale, liczba Fi) to może naprawdę mamy bardzo dużo wspólnego z kamieniami? Nawet tymi nie szlachetnymi? Polecam to sprawdzić. 


Tytuł : "Moc kryształów. Jak wykorzystać proste układy kryształów do uzdrawiania, ochrony i inspiracji" 
Autor : Kiera Fogg
Wydawnictwo :  Wydawnictwo Kobiece
Data wydania : 14 września 2018
Tytuł oryginału : Crystal Gridwork


 Tę, oraz więcej ciekawych książek, znajdziecie na półce z Poradnikami księgarni internetowej 



https://www.taniaksiazka.pl/
 


"Księżna jeleń" Andrés Ibáñez

"Księżna jeleń" Andrés Ibáñez

    Andrés Ibáñez, jest urodzonym w Madrycie ,1961 roku, hiszpańskim pisarzem i muzykiem jazzowym. Za swoją powieść "Lśnij, morze Edenu" nagrodzony został Premio Nacional de la Crític, jednym z najważniejszych odznaczeń literackich w kraju. Kiedy na rynek wydawniczy trafiła najnowsza powieść autora, zewsząd słychać było słowa krytyki. Jeden z najbardziej znanych hiszpańskich literackich dzienników opiniotwórczych uznał "Królową jeleń" za zmarnowanie wyobraźni na pisanie o magii, czarach, szkoleniu na maga, wojnie i niewolnictwie. Jako wielbicielka literatury fantasy postanowiłam sprawdzić czy naprawdę autor wykazał się aż takim marnotrawstwem. Teraz, świeżo po lekturze, mam mieszane uczucia. Jako książka fantastyczna nie wyróżnia się niczym szczególnym, jednak jeśli ktoś skusi się na analizę tej powieści w kontekście psychologicznym, to będzie miał trudny orzech do zgryzienia. 

Syn władcy jednego z mało znaczących królestw, Hjalmar, skuszony obietnicą wyszkolenia na wielkiego wojownika gwardii królewskiej, trafia do Irundast, stolicy kraju. Jednak zamiast rozpocząć szkolenie na giermka, sprzedany zostaje do zamkowych kuchni, gdzie do jego obowiązków będzie należało obracanie rożna. Pewnego dnia spotyka niezwykłą księżną Pasquis, w której zakochuje się do szaleństwa. Dzięki szczęściu i kaprysowi jednego z arcymagów udaje mu się opuścić kuchnie. Rozpoczyna trening magiczny pod okiem nekromanty Samsara de Oldena. Wkrótce wyruszy w podróż, która będzie miała wpływ na jego dalsze życie. 

Jeśli sięgając po tę książkę liczycie na coś nowego i oryginalnego, to będziecie zawiedzeni. Widać, że gatunek fantasy nie jest dla autora pierwszyzną. Dużo czytał, oglądał i czerpał inspiracji z dzieł swoich swoich kolegów po fachu. Drgają tutaj wagnerowskie nuty z "Pierścienia Nibelunga", możemy wyczuć J.R.R Tolkiena ukrytego w murach wieży Irundast i historiach rodem z "Silmarillionu". Również Ursula Le Guin, i jej fantastyczne książki, znajdą swoje odbicie w "Księżnej jeleń". Jednak to "Loba" Veroniki Murgii zrobiła na autorze największe wrażenie i wręcz "zmusiła" do spróbowania się z gatunkiem fantasy. Również jednorożec Milczenie, na którego natykamy się w powieści Ibáñeza, ma swój literacki wzorzec, a jest nim magiczny koń z "La puerta de los pajaros" autorstwa Gustava martina Garza. Jednak nie tylko literatura zainspirowała autora do napisania niniejszej powieści. Pomysł pojawił się podczas podróży do Wielkiej Brytanii, gdzie Ibáñez zwiedził kamienny krąg w Avebury. To właśnie tam wiatr wyszeptał mu do ucha historię Hjalmara i Olchy. Sam autor przyznaje, że gatunek fantasy pozwala na niczym nieograniczoną swobodę. Nie działają tutaj prawa fizyki czy grawitacji. Powstaje prawdziwe dzieło sztuki, którego nadrzędną cechą jest wolność. Pisząc dzieło literackie, jednocześnie reprodukujemy własne życie, doświadczenia, zmartwienia i cały świat, który nas otacza. Ma to wiele wspólnego z medytacją, subtelną rzeczywistością i mentalną transformacją z filozofii Junga. Magia w "Księżnej jeleń" nie polega na czarach bojowych, brutalnej sile i ognistych pociskach, to poszukiwanie wewnętrznej równowagi polegające na introspekcji i poznawaniu własnej jaźni. Mag wchodząc w ciało zwierzęcia odkrywa nowe perspektywy, inną rzeczywistość i doznania, dzięki czemu jest w stanie żyć w harmonii ze światem i władać siłami natury. Magia Ibáñeza to magia druidów, medytacja i alchemia. 
Choć nie jestem wielką fanką łączenia świata fantasy z science fiction i jest niewielu autorów, którym takie połączenie uchodzi bezkarnie (na przykład wspomniana Ursula le Guin), tak hiszpański pisarz, spajając oba gatunki odwalił kawał dobrej roboty. Latające, świetliste spodki mają charakter metaforyczny, symbolizują siły wyższe, Bogów, którzy nam się przyglądają. Podobnie jest z domem pełnym wanien, jako symbol oczyszczenia i nowego jutra. 

Podoba mi się to jak autor pisze o miłości i pożądaniu. Jeśli byłaby taka okazja to chętnie bym wysłała nasze rodzime, produkujące romanse na zamówienie, autorki na lekcję stylu. Jeszcze nigdy niewinny pocałunek dwóch kobiet nie wywołał we mnie takich dreszczy emocji, takiego podniecenia. A wierzcie mi, jestem osobą w stu procentach heteroseksualną. Naprawdę jest prawdziwą sztuką, pisanie o kobiecej łydce i tym jakie uczucia wywołuje w mężczyźnie, na ponad pięciu stronach. Choć autor nie boi się seksu i zwierzęcej strony naszej duszy, tak miłość na kartach tej powieści jest uczuciem czystym i doskonałym. Jest to coś co odbieramy wszystkimi zmysłami. Kiedy wraz z Hjalmarem zamieniłam się w małego ptaszka i pofrunęłam na parapet podglądać wybrankę jego serca, to naprawdę się w niej zakochałam. Czułam jej zapach, tęskniłam za śmiechem, wspominałam posłane w moją stronę spojrzenia. Wraz z innym bohaterem, bardem wypatrywałam dziewczyny z jego snów, która całkowicie zawładnęła naszym wspólnym sercem. Oddawałam się ziemskim rozkoszom czując się jak w niebie choć przeczuwałam tragicznie romantyczny koniec.  Choć brakło tutaj trzynastozgłoskowca i rymów to czułam się jak bym czytała poezję. W zupełności zgadzam się z autorem, który uważa że nasze ziemskie życie pełne jest bólu i cierpienia i to właśnie sztuka ma nam dostarczać światła i przyjemności tam gdzie ich nie ma. Po przeczytaniu tej książki poczułam się jak nowo narodzona, szczęśliwa, pełniejsza. Choć opowiada zdarzenia baśniowe, fikcyjne tak emocje w niej zawarte są jak najbardziej prawdziwe. 


Andrés Ibáñez to prawdziwy mistrz budowania tła. Opisy bohaterów, ich ubrań i fizjonomii czy przyrody i otoczenia były tak szczegółowe i barwne, że nie sposób było uniknąć skojarzenia ze scenicznymi didaskaliami, typowymi dla filmowych czy teatralnych scenariuszy. Jeśli jakiś reżyser kiedykolwiek pokusi się o sfilmowanie "Księżnej jeleń", nie będzie musiał się martwić charakteryzacją i kostiumami. Wszystko ma podane jak na tacy. Wystarczy znaleźć odpowiednich aktorów i rekwizyty. Malując przed oczami czytelnika nowe miejsce czy postać, autor skupiał się na najdrobniejszych detalach. Nie zapominał o sprzączkach przy butach czy historii rodzinnej. Dzięki temu stworzył dzieło kompleksowe, istną szkatułkę w której jedna opowieść prowokowała następną. Było barwnie, magicznie, baśniowo i w zdecydowanie dobrym stylu. 

Dzieło Andrésa Ibáñeza nie jest wolne od rozważań filozoficznych. Autor posiłkuje się koncepcjami Carla Gustava Junga. Cała magia w książce to tak naprawdę alchemia rozumiana jako ścieżka inicjacyjna do zrozumienia własnej nieświadomości. Alchemicy, trudząc się nad dziełem, w rzeczywistości badali własną psychikę. Według nich najlepszą i jednocześnie najszybszą drogą do poznania były marzenia senne i to właśnie one odgrywają dużą rolę w tej powieści. Sny naszych bohaterów mają duży wpływ na ich życie i potrafią kształtować rzeczywistość. Autor sugeruje, że prawdziwym kamieniem filozoficznym jest mądrość i umiejętność zespojenia się z otoczeniem. Kiedy to mag posiądzie tę umiejętność, nie będzie dla niego rzeczy niemożliwych.

"Księżna jeleń" to piękna opowieść o wojnie, miłości i utraconej nadziei. Choć momentami zabawna, to w rzeczywistości przedstawia smutny los naszych bohaterów, którzy są niewolnikami przeznaczenia. Ich los został z góry przesądzony a oni nie mają ani siły ani potrzebnych narzędzi by go zmienić. Choć schemat powieści fantasy został podtrzymany, tak powieść ta jest zupełnie inna od swoich konkurentek. Jest ambitna,  napisana barwnym elokwentnym językiem, porusza ważne społeczne tematy. Jest zdecydowanie kawałkiem literatury z wyższej półki, książki w której przypadku nie należy sugerować się gatunkiem, gdyż nawet fantasy może nieść uniwersalne wartości i sprowokować do dyskusji tych, którzy twardo stąpają po ziemi. Polecam.


Tytuł : "Księżna jeleń"
Autor : Andrés Ibáñez
Wydawnictwo : Rebis
Data wydania : 16 październik 2018
Liczba stron : 304
Tytuł oryginału : La duquesa ciervo



Za możliwość przeczytania i zrecenzowania książki serdecznie dziękuję wydawnictwu :  



https://www.rebis.com.pl/
 

"Pogrzeb na zamówienie" Anthony Horowitz

"Pogrzeb na zamówienie" Anthony Horowitz

     Anthony Horowitz, angielski pisarz i scenarzysta, jest z pewnością osobą niezwykle utalentowaną i charyzmatyczną. To właśnie on zaskarbił sobie sympatię rodziny innego wybitnego twórcy, Arthura Conana Doyla, która wyraziła zgodę na kontynuowanie dzieła zmarłego pisarza. W 2011 roku  nakładem wydawnictwa Rebis ukazała się jego książka Dom Jedwabny, opisująca nowe przygody Sherlocka Holmesa. Dziś, chciałam wam przedstawić najnowsze dzieło autora"Pogrzeb na zamówienie". Podobnie jak Quentin Tarantino, którego nie może zabraknąć w reżyserowanych i produkowanych przez niego filmach, tak i Horowitz postanowił skorzystać z autopromocji i stworzył postać na swój wzór i podobieństwo. Z początku obawiałam się, że wyjdzie narcystycznie, jednak nic bardziej mylnego. Książkowy Horowitz jest niczym doktor Watson w Sherlocku Holmesie. Jednocześnie zabawny i działający na nerwy pisarz, który nadaje smaku całej zagadce. 

Pewnego wiosennego poranka Diana Cawper, zamożna matka znanego autora, odwiedza jeden z zakładów pogrzebowych, by zaplanować własną, pośmiertną już, ceremonię. Sześć godzin później, znaleziona zostaje martwa, uduszona sznurkiem do firan, we własnym domu. Na scenę wkracza Daniel Hawthorne błyskotliwy choć nieco ekscentryczny detektyw. Na swojego pomocnika i jednocześnie kronikarza, wybiera Anthony'ego  Horowitza. Wkrótce to właśnie pisarz, wbrew własnej woli, znajduje się w samym centrum wydarzeń. Szybko się okazuje, że również Howthorne skrywa mroczne sekrety, 

Anthony Horowitz to jeden z najbardziej poczytnych i najlepiej zarabiających współczesnych, angielskich pisarzy. Mieszka w Londynie, w pięknym penthousie w przerobionej fabryce bekonu. Rewelacyjnie prawda? Nie zdziwiło mnie, że osoba ekscentryczna na tyle by zamieszkać w tak ciekawym, choć jednocześnie dziwacznym miejscu, postanowiła uczynić z siebie jednego z głównych bohaterów powieści. Był to do tej pory najbardziej zuchwały krok autora. Nie każdy ma odwagę by to właśnie siebie umieścić w samym centrum zdarzeń. Zabieg ten można uznać za próbę stworzenia metafikcji czyli dzieła traktującego o naturze literatury. W wywiadach Horowitz przyznał, że bał się jak jego najnowsza książka zostanie odebrana przez krytyków i publiczność. W "Pogrzebie nie życzenie" mamy do czynienia z czymś więcej niż zagadką, zbrodnią i fikcją literacką. Książka opowiada również o samym procesie powstawania książek, scenariuszy telewizyjnych i produkcji filmowych. Znajduje się tutaj znakomita scena rozmowy Stevena Spielberga i Petera Jacksona, którzy omawiają scenariusz Horowitza do filmu "Tintin". Spotkanie takie odbyło się naprawdę. Można śmiało powiedzieć, że najnowsza książka autora to połączenie fikcji literackiej z reportażem na temat pracy pisarskiej, literatury oraz filmu. Uważam, że autor, w którego dorobku znajduje się aż 46 pozycji, ma moralne prawo i obowiązek do dzielenia się własnym doświadczeniem i przekonaniami z czytelnikami i kolegami po fachu. Jeśli chcecie poznać kulisy tworzenia i pracy redaktorskiej to koniecznie musicie sięgnąć po tę powieść. Horowitz już od dłuższego czasu planował napisanie poradnika na temat procesu tworzenia powieści, jednak uznał ten pomysł za zbyt nudny i arogancki. Całe szczęście gdyż dzięki tej zmianie planów w moje ręce dostał się nie tylko ciekawy kryminał lecz również narzędzie, które pozwoliło mi zrozumieć proces twórczy i zasady planowania powieści oraz kreowania bohaterów. Może kiedyś z tej wiedzy skorzystam? 

"Pogrzeb na zamówienie" jest czymś więcej niż przeciętną powieścią kryminalną jakich wiele na księgarnianych półkach. Wpływ na to ma narracja (narratorem jest właśnie Horowitz), która dzięki swojej interaktywności, angażuje czytelnika i daje mu wskazówki do samodzielnego rozwiązania zagadki. Kolejnym plusem książki jest postać detektywa Hawthorne'a . Jest to jeden z najbardziej antypatycznych i homofobicznych bohaterów literackich jakiego miałam okazję poznać. Ten były oficer policji, został zwolniony ze służby z powodu tajemniczego incydentu, do którego doszło kilka lat wcześniej. Ta, oraz kilka innych podstawowych informacji, to wszystko czego udaje nam się dowiedzieć o tej postaci. Liczę, że w kolejnych tomach autor rzuci więcej światła na detektywa Hawthorne'a i znajdę w nim coś co wykrzesa we mnie choć odrobinkę sympatii. Muszę przyznać, że stworzenie tak antypatycznej i odrzucającej postaci, jest prawdziwą sztuką, możliwą do wykonania tylko dla najlepszych i najbardziej doświadczonych twórców. Na samym początku książki, Horowitz buntuje się przed pisaniem dzieła, którego głównym bohaterem będzie osoba, która w jawny sposób okazuje brak szacunku wszystkim dookoła. szczególnie osobom o odmiennej orientacji seksualnej. Pisarz w końcu decyduje się na napisanie książki licząc na to, że odkryje tajemnicę detektywa i pozna powody , dla których stał się on chamem i malkontentem. Żałuję troszkę, że temat ten został porzucony kosztem głównego wątku i po skończeniu powieści nadal nie wiem co stało u podłoża problemów Hawthorna i było motywem jego nienawiści do innych. Brak wyjaśnienia tej kwestii jest jedyną łyżką dziegciu w beczce miodu. 

Anthony Horowitz już kolejny raz stworzył intrygującą powieść detektywistyczną, potwierdzając tym samym, że jest mistrzem gatunku. W perfekcyjny wręcz sposób połączył fikcję literacką z rzeczywistością, tworząc coś co jest jednocześnie trudne do wytłumaczenia i bardzo proste do śledzenia i czytania. Muszę podziękować autorowi za to, że wpuścił mnie za kulisy i pozwolił poznać proces tworzenia książki przez jednego z największych "specjalistów" w tej dziedzinie. Dziękuję również za solidną dawkę angielskiego humoru, który jest wspaniale ironiczno-sarkastyczny. Związek pomiędzy Horowitzem i Hawthornem oraz ich słowne potyczki i docinki, były rozegrane w sposób fenomenalny a autorowi udało się uniknąć kolein narracyjnych. Widać, że bardzo pracował nad tym, by zdobyć lojalność czytelników. Dramatyczny koniec i zabawny finałowy zwrot akcji sprawił, że otworzyłam szeroko usta ze zdziwienia i zaskoczenia. Jednak najlepsze było to, że cała historia wciągnęła mnie na tyle, że sama zaczęłam kombinować nad rozwiązaniem zagadki opierając się tylko na wskazówkach dostarczanych przez narratora. Mówię wam, czytając tę książkę, naprawdę świetnie się bawiłam, moje szare komórki również. 

Nie da się ukryć, że jedną z największych inspiracji dla autora, jest twórczość Agathy Christie. W jednym z wywiadów przyznaje, że kocha tę wielką pisarkę i choć jego powieści również wykorzystują staroświecki format zagadki to naszpikowane są również nowoczesną technologią. To właśnie to połączenie starego z nowym sprawia, że książki Horowitza są jedyne w swoim rodzaju. "Pogrzeb na zamówienie" to zabawna, absorbująca i trudna do odłożenia książka, która spełni wymagania nawet najbardziej wymagających miłośników gatunku. Polecam z całego serca. 

Tytuł : Pogrzeb na zamówienie"
Autor : Anthony Horowitz
Wydawnictwo : Rebis
Data wydania : 16 października 2018
Liczba stron : 344
Tytuł oryginału : The Word Is Murder




Za możliwość przeczytania i zrecenzowania książki serdecznie dziękuję wydawnictwu :  



https://www.rebis.com.pl/
"Vincent Boys" Abbi Glines

"Vincent Boys" Abbi Glines

     "Vincent Boys" to kolejna książka new adult, której nie poleciłabym żadnemu młodemu dorosłemu. Choć opowiada historię, która jest jak najbardziej wiarygodna, sama mogę wymienić kilka przykładów z licealnego życia, to powieść ta zawiera negatywne wzorce zachowań, które mogą źle wpłynąć na rozwój psychiczny nastolatków. Na początku myślałam, że Abbi Glines te zachowania napiętnuje i przemyci, skierowany do czytelników, morał. Niestety wraz z rozwojem fabuły, nie dość że atmosfera robiła się coraz bardziej niepokojąca i niesmaczna, to główna bohaterka, która odpowiedzialna była za taki rozwój wypadków, była sukcesywnie przez autorkę wybielana. Na to się zgodzić nie mogę. Żałuję, że tak dobra fabuła, oparta została na tak wątłych i żenujących podstawach. 


Kiedy chłopak Ashton wyjeżdża z rodzicami na wakacje, dziewczynie wpada w oko jego kuzyn, seksowny i przystojny Beau. Para zna się jeszcze z dzieciństwa, jednak ich drogi rozeszły się ponad trzy lata temu, kiedy dziewczyna związała się z Sawyerem. Ashton i Beau zaczynają się spotykać. Kiedy chłopak młodej kobiety wraca wcześniej do domu próbują trzymać się od siebie z daleka i zachować romans w tajemnicy. Jednak im dalej są od siebie tym bardziej się pragną...

Zdrada to czyn hańbiący, który potrafi skreślić człowieka. Doświadczyłam jej na własnej skórze i to w niejednej postaci. Po latach od tych wydarzeń, mogę śmiało stwierdzić, że najłatwiej jest wybaczyć zdradę fizyczną.  Zwierzęta, do których rodziny zalicza się również człowiek, są poligamiczne. To, że żyjemy w parach jest związane z naszą kulturą, tradycją i religią. Zresztą wyznawcy Islamu mogą posiadać cztery żony, o ile ich na to stać. Dlatego jestem w stanie zrozumieć naszą główną bohaterkę. Jej partner wyjechał i wpadła na dawnego przyjaciela z dzieciństwa, niezwykle przystojnego rozrabiakę, który okazał się typowym "owocem zakazanym". Znudzona poprawnym i przewidywalnym związkiem dziewczyna uwikłała się w gorący romans. Zdarza się i zapewne znajdzie się niewielu takich, którzy pierwsi rzucą kamieniem. To to co wydarzyło się dalej sprawiło, że zarówno główna bohaterka, jak i cała książka, wzbudziły mój niesmak. Otóż, chłopak Ashton wraca z wakacji i co? I nic. Dziewczyna jak gdyby  nic się nie wydarzyło nadal się z nim spotyka, choć za plecami wzdycha do innego. Porywy ciała i serca jestem w stanie zrozumieć, jednak gdy jedna osoba wyrządza drugiej krzywdę, tylko dlatego bo tak jest jej wygodnie, nie zrozumiem nigdy. Młoda kobieta tęskni za swoim kochankiem, żałuje że nie może go mieć. A ja czytając się zastanawiam : Ashton co jest z Tobą nie tak? Po co ta cała drama? Przecież wystarczyło pójść, porozmawiać, powiedzieć że to koniec i zaoszczędzić każdemu bólu i wstydu. Zdrady zdarzały się, zdarzają i zdarzać będą. Zresztą są one w pewien sposób usprawiedliwione nawet z punktu widzenia genetyki. No ale to temat na inną rozprawkę. 
Zdecydowanie trudniej jest wybaczyć zdradę w przyjaźni. Proszę państwa, nasi bohaterowie znali się od piątego roku życia. Byli przyjaciółmi. Beau i Sawyer to kuzyni i to w pierwszej linii. Czy ktoś z was jest mi w stanie powiedzieć, jakim cudem tak zżyci ze sobą ludzie są w stanie zrobić sobie takie świństwo? Odbić dziewczynę bratu? WTF? Tak się po prostu nie robi. I choć nie wszystko było winą Ashton, to właśnie ją oskarżam o całe zło tego świata. Chciała czegoś nowego? Chciała się pobawić? Fajnie, tylko dlaczego rozbiła coś tak trwałego jak przyjaźń? Przez cały czas czekałam, aż spotka ją zasłużona kara. Nadaremnie. Część czytelniczek usprawiedliwia Ashton mówiąc, że żyjąc w "nudnym" związku musiała w końcu wybuchnąć. Naprawdę? Ile z nas jakoś sobie radzi chociaż pierwsze zauroczenie już dawno przeszło? Czy od razu zdradzamy, odchodzimy, ranimy innych? Nasza bohaterka wybrała najprostszą i najbardziej tchórzliwą drogę i tym samym sprawiła, że nie podałabym jej ręki lecz zdecydowanie pokazała środkowy palec.

Jak często się zdarza w literaturze new adult i tutaj było dość schematycznie, przynajmniej jeśli chodzi o głównych bohaterów. Jeden z "chłopców Vincent" Sawyer to typowy dobrze ułożony, zdolny, ambitny i "równy" synek bogatego tatusia. Wie czego chce, ma zapewnioną przyszłość a jedyne czego mu brakuje to pięknej dziewczyny do dopełnienia wizerunku młodzieńca sukcesu. Takich panów znamy z amerykańskich filmów o młodzieży. Jednak nasz Sawyer oprócz zalet i talentów posiada również wady. Największą z nich jest naiwność. Nie potrafiłam zrozumieć jakim cudem jego związek z Ashton doszedł do skutku i trwał przez całe trzy lata. Znając dziewczynę od przedszkola doskonale zdawał sobie sprawę jakie z niej ziółko. Wiedział co wyczyniała będąc dzieckiem i czego się można po niej spodziewać. Czy naprawdę wierzył, że się zmieniła w aniołka? Że to właśnie on zadziałał jak czarodziejska różdżka? I jeszcze jedno pytanie. Czy naprawdę mam uwierzyć w to, że podczas tak długiego związku, chłopak zaliczył tylko pierwszą bazę? Naprawdę? 
Kolejnym bohaterem jest Beau. Ciekawostką jest znaczenie tego imienia : chłopak (w sensie boyfriend), gagatek, absztyfikant, piękniś, dandys i muszę przyznać, że każde z tych określeń doskonale do niego pasuje. Beau jest  przystojnym sportowcem, lokalnym kasanową i tak zwanym, "złym chłopcem", za którym szaleją wszystkie dziewczyny. Na początku myślałam, że to właśnie on okaże się tym dobrym bohaterem, który otworzy Ashton oczy lub też kopnie ją w tyłek. Niestety się pomyliłam i okazał się równie patetyczny jak cała reszta.
Na koniec zostawiłam sobie ostatni kąt trójkąta miłosnego czyli Ashton, najbardziej niewiarygodną i irytującą postać literatury NA. Jaką okrutną i zakłamaną trzeba być osobą, by po kilku dniach odnowionej starej znajomości, wskoczyć komuś do łóżka, a konkretniej zaliczyć szybki numerek w furgonetce (czy tam na trawie obok), jeśli przez trzy lata trzymało się własnego faceta na dystans? Sam fakt tej nagłej rozwiązłości dyskredytuje tę bohaterkę w moich oczach. Potem było niestety jeszcze gorzej. Koniec. 

Siedzę i zastanawiam się na plusami tej powieści i muszę przyznać, że kilka znalazłam. Po pierwsze jest bardzo dobrze napisana. Choć recenzenci na portalu goodreads narzekają na błędy gramatyczne i merytoryczne, to zdecydowanie muszę pochwalić pracę włożoną w tłumaczenie. Wyszło poprawnie, logicznie i zgrabnie. Po drugie Abbi Glines umie pisać i swoją prozą jest w stanie porwać czytelnika, niezależnie czy ma on lat 15 czy 55. Momentami było gorąco, momentami dramatycznie lecz jedno jest pewne : nie było tutaj czasu na nudę. Nawet opisy zwykłego pocałunku sprawiały, że miałam gęsią skórkę. 

"Vincent Boys" jest pierwszym tomem serii o tym samym tytule, jednak już teraz wiem, że nie sięgnę po kolejne "odcinki". Dla mnie było to po prostu niesmaczne. Fakt oparcia fabuły na tak haniebnym czynie jakim jest zdrada od razu wzbudził moją złość i rozczarowanie. Podczas lektury nie potrafiłam wybić sobie z głowy tego, jak okrutni są bohaterowie o których czytam. Jak zakłamani. To nie była tylko łyżeczka dziegciu w miodzie, to była cała szklanka goryczy, którą musiałam wypić. Osobiście nie polecam, jednak wiem że moja opinia będzie w zdecydowanej mniejszości.  


 
 Tę, oraz więcej ciekawych książek, znajdziecie na półce z Bestsellerami księgarni internetowej 
 
https://www.taniaksiazka.pl/
 





"Fatum" Michał Larek

"Fatum" Michał Larek

     Dopóki istnieć będzie gatunek ludzki, dopóty popełniane będą zbrodnie. Dopóki popełniane będą zbrodnie, dopóty pisarze będą mieć niewysychające źródełko inspiracji. Choć osobiście wolę "autorskie" fabuły tak zbrodnia stulecia, czyli napad na konwój wiozący pieniądze do Swarzędzkiej Fabryki Mebli, zdecydowanie zasługuje na osobny rozdział. Michał Larek jest z zawodu dziennikarzem, pisarzem i wykładowcą, jednak jego prawdziwym konikiem jest zjawisko storytellingu czyli sztuki świadomego budowania relacji, poprzez oddziaływanie na emocje i wyobraźnię słuchacza za pomocą opowieści. Po kimś kto bada tę dość nową dziedzinę marketingu, a do tego nie jest debiutantem literackim, spodziewałam się naprawdę wiele. Na dodatek, kiedy przeczytałam o jego fascynacji Henningiem Mankellem, jednym z moich ulubionych pisarzy, to wiedziałam że koniecznie muszę "sprawdzić" nowego dla mnie autora. I jakie wrażenia po lekturze? Było zdecydowanie szybko, intensywnie, nostalgicznie i poznańsko.

Marzec 1993 roku. Czterech mężczyzn napada na konwój przewożący pieniądze przeznaczone na premie dla pracowników fabryki czekolady. Ciało, porwanej wraz z samochodem kasjerki, znalezione zostaje w pobliskim lasie. Kobieta została zgwałcona i zamordowana. Policjanci z komendy wojewódzkiej rozpoczynają żmudne śledztwo. Emocje sięgają zenitu, gdy nagle znika Katia, młoda, ambitna posterunkowa, która trafiła na ślad zbrodniarzy. "Fatum" jest trzecim tomem cyklu Dekada.


Nie lubię zaczynać cyklów od tak zwanego "środka" jednak w tym przypadku nie miało to większego znaczenia gdyż "Fatum" może spokojnie robić za samodzielną książkę. Historia opowiedziana przez Michała Larka zainspirowana jest prawdziwymi wydarzeniami. 10 sierpnia 1983 roku, grupa mężczyzn zaplanowała i doprowadziła do skutku napad na furgonetkę przewożącą ponad 5 miliardów starych złotych. Pieniądze przeznaczone były na premie dla pracowników Swarzędzkiej Fabryki Mebli. Napastnicy zaopatrzyli się w podrobione uniformy oraz broń. Udało im się oszukać ochroniarzy w fabryce i wraz z kasjerką udali się do banku. Wypłacone pieniądze zostały ukradzione a furgonetka spalona. Zakładników puszczono wolno. Wszystkich sprawców napadu złapano.
Michał Larek dobrze odrobił pracę domową. Autor znany jest z miłości do reportaży, dbania o szczegóły i drobiazgowego gromadzenia materiału. W jednym z wywiadów powiedział, że fascynuje go policyjna "robota". Zresztą trudno jest się temu dziwić, biorąc pod uwagę fakt, że jeden z bliskich przyjaciół Larka, wspólnie z którym napisał książkę, jest byłym prokuratorem. Dostęp do akt, research w internecie, oraz rozmowy ze świadkami i policjantami - właśnie na tym autor opiera fabułę swoich książek. To nie narracja i rozbudowane dialogi są najważniejsze a sceny. "Fatum" przypomina scenariusz filmowy, kryminał złożony z kadrów, z których każdy musi nieść jakieś wydarzenie, zagadkę czy fałszywy trop. Nie ważne co, ważne by się działo.
By nie było za łatwo i tendencyjnie, autor nie poprzestał na samym sfabularyzowaniu napadu na konwój. Owszem 90 procent fabuły książki to dosłowne odtworzenie wydarzeń historycznych, jednak to pozostałe 10 świadczy o wyjątkowości tej pozycji.  W naszej powieści dochodzi do morderstwa jednej z uprowadzonych ofiar. Choć wiemy, że rzeczywistym przestępcom zależało jedynie na gotówce, tak w przypadku tego kryminału, zaczynamy się zastanawiać dlaczego fikcyjni bohaterowie popełnili makabryczną zbrodnię. Kto za tym wszystkim stał? Kim jest ten, który pociąga za sznurki? Kolejny raz okazało się, że to życie pisze najlepsze scenariusze, trzeba tylko mieć odrobinę wyobraźni i chęci by wszystko podkręcić i sprzedać.

Dobrze, skoro już wiemy, że autor odrobił swoją pracę domową z historii oraz udowodnił nam, że ma fantazję i jest pomysłowy, to pora na kolejny sprawdzian. Zastanawia mnie, czy jako ekspert od storytellingu, sam stworzył powieść, która trzyma się zasad tego marketingowego trendu. Czy dzięki swojemu produktowi, którym jest książka, udało mu się zaskarbić sobie sympatię kolejnego czytelnika, w tym przypadku : moją? Pora na analizę.

Jedną z głównych zasad storytellingu jest ustalenie targetu odbiorców. W przypadku "Fatum" są to osoby lubiące kryminały, książki w których dużo się dzieje, powieści osadzone w latach 90 ubiegłego wieku. No i oczywiście mieszkańcy wielkopolski, gdyż wszędobylski slang może skonfundować niejednego "obcego". Ja, choć do Poznania mam daleko, nadal czuję się targetem, szczególnie że czasy wczesnej demokracji darzę wielkim sentymentem. Mamy więc pierwszy plus.
Kolejną zasadą jest wiarygodność. Nie da się ukryć, że książka Larka ma swoje oparcie w historii a dodana do niej warstwa fikcyjna jest jak najbardziej prawdopodobna. Z łatwością jestem w stanie wyobrazić sobie posterunek z naszą książkową obsadą. Policyjne śledztwo jest jak najbardziej w porządku, a dialogi (często bardzo proste, wręcz drewniane) dodają wszystkiemu wiarygodności. Tak właśnie rozmawiają zwykle ludzie, na zwykłej polskiej ulicy. Czasem przykro tego słuchać, jednak właśnie taka jest nasza smutna, polska rzeczywistość.
Następną zasadą jest oszczędność w używaniu schematów. Z tym było troszeczkę trudniej, gdyż cała fabuła oparta została na wydarzeniu, które jest schematyczne : popełniona została zbrodnia i wszczęto policyjne śledztwo. Mamy tutaj policjantów i złodziei, ciało i prowadzące do niego ślady. Jest motyw i są pieniądze. Jak w przypadku większości kryminałów chodzi o to, by rozszyfrować zagadkę, kto za tym wszystkim stoi. Więc tak, schematy są, jednak nie dało się ich uniknąć. Nie w czasach, kiedy chyba wszystko już zostało napisane.
Kolejna zasada : nie przynudzaj ! Autor, chyba właśnie tę, wziął sobie najbardziej do serca. Zdecydowanie nie ma tutaj miejsca na nudę. Książka jest tak napakowana akcją i dialogami, że nie sposób odłożyć jej na półkę i pójść zaparzyć herbatę. Dzieje się szybko, intensywnie i ciekawie. Muszę przyznać, że jest to jeden z nielicznych kryminałów proceduralnych, które mnie nie znużyły. Zapewne wpływ na to miał zarówno styl autora, prosty i przystępny, lecz również krótkie rozdziały i mnóstwo dialogów, gdyby je wyciąć to zostalibyśmy z kilkoma luźnymi kartkami w ręku. Na dobrą sprawę, gdzieś w połowie książki zorientowałam się, że tam praktycznie w ogóle nie było opisów.
Jest jeszcze wiele innych zasad na których bazuje storytelling, jednak nie starczy mi ilości znaków by wszystkie omówić. Szczególnie, że nie ma takiej potrzeby, gdyż jestem zdecydowanie na tak. Dałam się kupić, więź została zbudowana i maszeruję sobie do księgarni po poprzednie tomy.


"Fatum" to dobra, szczera i nieskomplikowana powieść, która dostarczy czytelnikom wiele rozrywki. Mamy tutaj wszystko co powinien posiadać rasowy kryminał : morderstwo, pieniądze i dobrą policyjną ekipę. Cykl Dekada docelowo ma się składać z 10 książek i życzę by autorowi nie zabrakło na nie pomysłów. Nie mogę się również doczekać thrillera erotycznego, o którym fantazjuje lecz jego powstanie jak na razie objęte jest tajemnicą.

P.S Mam tylko jedno zastrzeżenie : LITERÓWKI!!! Ściąć edytorowi głowę. 



Tytuł : "Fatum"
Autor : Michał Larek
Wydawnictwo : Czwarta Strona
Data wydania : 17 października 2018




Za możliwość przeczytania i zrecenzowania książki serdecznie dziękuję wydawnictwu :



http://czwartastrona.pl/

sztuka świadomego budowania relacji, poprzez oddziaływanie na wyobraźnię i emocje słuchacza za pomocą opowieści „z życia wziętych” i metafor.. Przeczytaj więcej na: https://sprawnymarketing.pl/zasady-storytelling/
sztuka świadomego budowania relacji, poprzez oddziaływanie na wyobraźnię i emocje słuchacza za pomocą opowieści „z życia wziętych” i metafor.. Przeczytaj więcej na: https://sprawnymarketing.pl/zasady-storytelling/sztuki
sztuka świadomego budowania relacji, poprzez oddziaływanie na wyobraźnię i emocje słuchacza za pomocą opowieści „z życia wziętych” i metafor.. Przeczytaj więcej na: https://sprawnymarketing.pl/zasady-storytelling/
"Trzecia siostra" Joanna Marat

"Trzecia siostra" Joanna Marat

Musicie mi uwierzyć, że się starałam, nawet bardzo. Wpompowałam w siebie hektolitry kawy, zaopatrzyłam się w pudełko zapałek by podpierać opadające powieki a nawet starałam się sobie wyobrazić, że czytam o losach własnej rodziny. Niestety moje zabiegi w niczym nie pomogły i nie udało mi się dokończyć lektury.Nie czytałam wcześniejszych książek autorki jednak z przeprowadzonych z nią wywiadów oraz pozytywnych recenzji wyrobiłam sobie dobry obraz jej twórczości. Spodziewałam się czegoś nowego, barwnej powieści obyczajowej z feministycznym wydźwiękiem, opowiadającej o losach kobiet, którym udało się przeżyć piekło wojennej zawieruchy, marazm czasów komunizmu oraz szalony pęd współczesności. I choć wszystko to dostałam to niestety forma w jakiej zaserwowane mi to danie, przerosła jego smak. Zapowiadało się rewelacyjnie, wyszło raczej średnio. 

Nathalie, po przeszło dziesięciu latach, wraca do kraju na pogrzeb swojej dawno nie widzianej matki. Na lotnisku spotyka swoją najmłodszą siostrę, zakonnicę Brygidę, która zjawiła się by ją powitać. Druga siostra, choć również stawiła się w hali przylotów, zawstydzona i goniona alkoholowym pędem , wróciła do domu. Czy trzem kobietom uda się odnaleźć wspólny język? Czy trwająca lata wojna zakończona zostanie podpisaniem rozejmu? Czy jest jeszcze szansa na scalenie rodziny? "Trzecia siostra" to opowieść o braku kobiecej solidarności, powtarzalności rodzinnych historii i o tym, że czasem należy dokończyć niedokończone, wyrzucić trupa z rodzinnej szafy i przestać uciekać. 


Choć tytuł powieści wskazuje (zresztą notka wydawnicza również), że będziemy mieć do czynienia z trzema głównymi bohaterkami, to nie jest to do końca prawda. Postaci jest tutaj mnóstwo, samych pierwszoplanowych około dziesięciu, a tych epizodycznych kolejnych kilkanaście. Jednak skupmy się na naszych siostrach. Najstarsza Nathalie to zmanierowana artystka, hollywoodzka autorka, która do matki mówiła po imieniu a do sióstr nie czuła nic innego oprócz zazdrości i odrazy. Mieszka w Stanach Zjednoczonych, gdzie ze względu na słowiańskie rysy oraz niezaprzeczalnie słowiański akcent, gra trzeciorzędne role rosyjskich gospodyń domowych czy sprzątaczek. Nathalie skrywa przed siostrami sekret, i zrobi wszystko byle nie wyszedł on na jaw. Druga w kolejności jest Agata, znana warszawska neurolog, która zdradzona przez męża obudziła się z ręką w nocniku. W walce z problemami i dojmującą samotnością pomaga jej alkohol, który stał się jej najbliższym przyjacielem. W ramach rozrywki wikła się również w na poły kazirodcze związki, jednak mężczyźni raczej nie lecą do niej jak pszczoły do miodu. Najmłodsza z sióstr to Emilia alias Miłka czy siostra Brygida. Siedzę i zastanawiam się co takiego mogę napisać o tej postaci oprócz tego, że jest okrutna, samolubna i zakłamana. Miłka jest zakonnicą, nosi sutannę jednak pod nią skrywa żądze i emocje. Wejście w stan kapłański było dla niej nie tyle powołaniem co ucieczką, i to właśnie z tego względu nie udało jej się zaskarbić mojej sympatii. Była nijaka, na siłę kreowała problemy. Jedna matka, trzech ojców i trzy siostry, z których każda jest do granic antypatyczna. Jestem w stanie zrozumieć, że każdego z nas dosięgają problemy. Jednych większe, drugich mniejsze. Początek książki sugerował, że nasze bohaterki nie miały łatwego życia. Spodziewałam się wielkich sekretów, zdrad małżeńskich, romansów, chorób i śmierci. A co dostałam? Tak naprawdę to sama nie wiem. Fabuła książki jest nijaka, problemy wyolbrzymione a pesymistyczny i malkontencki klimat budowane na siłę. Każda z naszych bohaterek jest nieszczęśliwa. Jedna pociesza się operacjami plastycznymi, pieniędzmi i sławą, druga alkoholem a trzecią raduje nieszczęście innych i zbereźne myśli o zakazanym mężczyźnie. I choć przeczytałam ponad trzy czwarte książki, to nadal nie wiem nad czym te panie tak rozpaczały. Miały zdrowie, pieniądze, kariery. A to, że mąż odszedł do innej? Zdarza się. Ktoś nie dostał pierwszoplanowej roli? Są gorsze problemy. Jeszcze ktoś kiedyś wierzył a nagle przestał? W końcu sutanna ma guziki i można ją zrzucić. Zabrakło mi tutaj dramatu czy nawet odrobiny melodramatyzmu. Wszystko było suche, pozbawione emocji. Czasem miałam wrażenie, że słucham krzyku zmęczonego, marudnego dzieciaka. I choć było intensywnie to raczej na pokaz.

Wspomniałam, że powieść ma wielu bohaterów i właśnie to jest jej największym minusem. W końcu jest to obyczajówka a nie książka telefoniczna. W jednej z recenzji ktoś napisał, że by prześledzić losy wszystkich wymienionych postaci i się nie pogubić, trzeba rozpisać drzewo genealogiczne (z didaskaliami, gdyż w fabule pojawiają się również osoby spoza rodziny). Muszę przyznać, że nie trudno się z tą osobą nie zgodzić. Gubiłam się w tym chaosie. Nie wiedziałam kto jest kim, komu przypadła chwilowo rola narratora, kim jest Lodzia? A może Władzia? Kto pisał pamiętniki? I skąd się wziął ich adresat Piotruś? Fabuła powieści oprócz czasów nam współczesnych, toczy się również w przeszłości, zaczynając od końcówki pierwszej wojny światowej i opowiada o losach dwóch rodzin, jednej niemieckiej i jednej polskiej, które zostały ze sobą połączone za pomocą pewnego węzła małżeńskiego. Potem zaczęły się rodzić dzieci, część z nich umierała a część miała swoje dzieci. I tak sobie wszyscy żyli nienawidząc się nawzajem, obrażając i psiocząc na czym świat stoi. W pewnym momencie już nie wiedziałam kto z kim i dlaczego. Były zdrady, była wojna. Pojawiali się czyściciele kamienic ludzie za zamkniętymi drzwiami i nieślubne dzieci z chromymi nogami. Ze zdrowymi zresztą też. Naprawdę działo się całkiem sporo, jednak autorce nie udało się mnie zainteresować. Chciała powiedzieć za dużo, przekazać mało interesujące fakty z życia mało interesujących rodzin. 

Książka porusza sporo ważnych, współczesnych tematów, jednak giną one gdzieś pod natłokiem wydarzeń z życia naszych bohaterów. Jest to z pewnością powieść, która opowiada o kobietach oraz ich roli w społeczeństwie. Większość naszych bohaterek to kobiety silne i odważne, te które odniosły sukces. Jednak żadna z nich nie jest szczęśliwa. Jest mało książek, którym udało się zepsuć mój dobry nastrój. "Trzecia siostra" to typowy wampir energetyczny, dzieło które sprawiło że powoli zaczęłam wpadać w depresję. To obraz namalowany w czarno-szarych barwach, pełen lęków, obsesji, smutku i rozczarowania. 

Nie wiem czy mam prawo do oceny tej książki kiedy nie udało mi się dobrnąć do jej końca. Jednak wiem, że nawet najlepsze zakończenie nie miałoby wpływu na moją opinię. W jednym z wywiadów przeczytałam, że autorka nie bierze sobie do serca "krytyki" blogerek (nie wiem dlaczego użyta została forma żeńska) i dalej robi to co lubi czyli pisze. Taka postawa jest jak najbardziej na medal, szczególnie że tych "negatywnych" głosów będzie z pewnością niewiele. "Trzecia siostra" do mnie nie przemówiła, nie skłoniła do przemyśleń czy podjęcia dyskusji. Po tych trzystu stronach czuję się jedynie wyczerpana i wypruta z wszelkich emocji . A może to po prostu jesienny spleen? 


Tytuł : "Trzecia siostra"
Autor : Joanna Marat
Wydawnictwo : Prószyński i S-ka
Data wydania : 23 sierpnia 2018
Liczba stron : 456



Za możliwość przeczytania i zrecenzowania książki serdecznie dziękuję wydawnictwu : 


https://www.proszynski.pl/
 
"Niebezpieczna sekwencja" Aleksandra Marinina

"Niebezpieczna sekwencja" Aleksandra Marinina

     Najnowsza książka Aleksandry Marininy udowodniła mi, że Rosja to nie tylko wielki, postkomunistyczny kraj, to również szczególny stan umysłu. Na wstępie mojej recenzji zaznaczę, że "Niebezpieczna sekwencja" jest tym szczególnym typem kryminału, który spodoba się tylko gronu wybrańców, lubujących się w policyjnych procedurach i drobiazgowych śledztwach. Ja byłam zafascynowana. Wielkie wrażenie zrobił na mnie nakład pracy, jaki autorka włożyła, w tę książkę, bo napisać powieść, która na ponad 700 stronach, skupia się na analizowaniu poszlak, zwiedzaniu ślepych zaułków i przesłuchiwaniu niezbyt wiarygodnych świadków, w imię rozwiązania zagadki jaką było morderstwo  szarego obywatela, naprawdę nie jest łatwo. Okazuje się, że nawet zwykli ludzie potrafią skrywać niezwykłe sekrety.

Na parkingu w centrum Moskwy, zastrzelony zostaje trener łyżwiarstwa figurowego Michaił Bołtienkow. Był on człowiekiem legendą, który doprowadził na podium niejednego mistrza. Podejrzanym jest dawny przyjaciel trenera, Walerij Lamzin, z którym ofiara miała zatarg. To właśnie u niego przed blokiem dokonano morderstwa. Walerij zostaje aresztowany i czeka na proces. Podczas gromadzenia materiału dowodowego, śledczy Anton Staszys i jego podwładny Roman Dziuba, trafiają na ślady, które kierują śledztwo na inne tory. Zaczynają wątpić czy aresztowano faktycznego sprawcę morderstwa. Wraz z prywatną detektyw, Nataszą Kamieńską odkrywają kolejne zbrodnie i kolejnego podejrzanego.

Jeśli lubicie kryminały z wartką akcją, strzelaninami, pościgami samochodowymi lub chociażby mrocznym, krwawym klimatem to się srogo zawiedziecie. "Niebezpieczna sekwencja" jest książką, której fabuła rozkręca się powoli, szczegóły policyjnego śledztwa są analizowane do granic możliwości, mnogość bohaterów wprowadza chaos i zamieszanie a liczna fałszywych tropów wystarczyłaby na samodzielną powieść. Mi się podobało. Napisać coś tak skomplikowanego i nie popełnić błędu, jest naprawdę sztuką. Jako osobie nie znającej języka rosyjskiego, niejaką trudność sprawiły imiona naszych bohaterów, a szczególnie naprzemienne używanie ich oryginalnych wersji i przydomków. Czasem łapałam się na tym, że nie wiem czy mowa o policjancie czy może o ofierze, brzmiały bardzo podobnie. Wrażenie chaosu potęguje również fakt, że bohaterów głównych i pobocznych jest naprawdę wielu i większość z nich obraca się w hermetycznym środowisku łyżwiarzy i trenerów. W przypadku kryminałów proceduralnych, gdzie mamy do czynienia z dużą liczbą przesłuchań, nie da się uniknąć powtórzeń. Również tutaj, ten sam temat poznawaliśmy z wielu punktów widzenia i często skopiowane były całe zdania, do których dodawany był jeden malutki szczególik. I właśnie na te detale czytelnik powinien zwracać baczną uwagę, gdyż jeśli choć raz stracimy wątek, lub zamyślimy się i zaczniemy czytać bez zrozumienia, to trudno będzie nam się odnaleźć w fabule.Całość została skomponowana w ten sposób, że każdy nowy świadek czy postać, opowiada samodzielną, rozbudowaną historię, która obrazuje szerszy krajobraz. "Niebezpieczna sekwencja" to tak naprawdę kolorowy kolaż opowiadań, które za pomocą umiejętnej ręki, zostają połączone w dopracowaną w najdrobniejszych szczegółach całość. 

Zdecydowanie największym bohaterem tego kryminału jest łyżwiarstwo figurowe w całej swojej krasie. Nie wiem na ile przedstawione realia są prawdziwe a ile to fikcja literacka, jednak nawet jeśli znikomy procent tego co pisze autorka jest prawdą, to jest się czym martwić. Rosyjscy sportowcy wykluczeni zostali z ostatniej olimpiady zimowej ze względu na aferę dopingową. Aleksandra Marinina pokazuje, że problem z niedozwolonymi substancjami jest jedynie wierzchołkiem góry lodowej. Sport ten trawi korupcja, wyniki są ustawiane a łyżwiarze sprzedawani niczym bydło. 
Kariera łyżwiarza rozpoczyna się bardzo wcześnie i trwa zazwyczaj krótko. Już 5-latkowie, u których dostrzeżono talent lub posiadają dobre warunki fizyczne, rozpoczynają wyczerpujące treningi pod okiem swojego pierwszego trenera. Rozpoczyna się katorżnicza praca na lodowisku, nawet po kilka godzin dziennie i "rozjeżdżanie" coraz to nowych łyżew, które trwa nawet kilka miesięcy. Upadki, wysiłek fizyczny i stres mają wpływ na zdrowie sportowca. Jednak jeśli myślicie, że dzięki ciężkiej pracy udaje im się stanąć na podium i zdobyć złoty medal, to jesteście w błędzie.  Sukces składa się z wielu czynników i sam łyżwiarz jest zaledwie do niego dodatkiem. Prawdziwymi kowalami sukcesu sportowca są trenerzy, urzędnicy, członkowie Federacji Łyżwiarskiej czy nawet rodzina. Miejsca na podium są kupowane, sędziowie dobierani według potrzeb. Ograniczony jest dostęp do "lodu" dla trenerów, którzy nie są darzeni sympatią. Jeśli sportowiec pragnie wyjechać za granicę, gdzie ma realną szansę na dalszy rozwój kariery, decydenci często nie wyrażają na ten wyjazd zgody. Inaczej sprawy się mają, jeśli łyżwiarza stać na to by się "wykupić". Łyżwiarstwo figurowe to także arena walk pomiędzy trenerami, którzy dosłownie "wyszarpują" sobie co bardziej utalentowanych uczniów. Często się zdarza, że po udanym występie dany solista czy para, nie dostają się na podium, ponieważ miejsca medalowe były z góry "zarezerwowane" dla tych trenerów (zauważcie, że nie chodzi o samych sportowców), którzy oddali Federacji przysługi. Mam wielką nadzieję, że to jak autorka widzi scenę rosyjskiego łyżwiarstwa figurowego, jest jedynie fikcją literacką lub reliktem minionej epoki (mowa o czasach komunizmu). Chcę wierzyć, że sukcesy drugich najlepszych łyżwiarzy na świecie, są efektem ich talentu i włożonego wysiłku a nie kupionych not sędziowskich. Jednak jak jest naprawdę zapewne nie dowiem się nigdy.

Jak napisałam we wstępie do mojej recenzji Rosja jest stanem umysłu. A dlaczego? Akcja książki dzieje się w 2012 roku, czyli niespełna 7 lat temu, lecz równie dobrze mogłoby to być lat 70. Czytając Marininę odnosiłam wrażenie, że pomimo wprowadzonego ustroju demokratycznego, nic się tam nie zmieniło. Nadal rządzi korupcja, nepotyzm i kolesiostwo. Według najnowszych danych z roku na rok wzrasta liczba wręczanych łapówek, rośnie też ich wielkość. Nawet śledztwo nie może być prowadzone bez "przysług". Adwokaci w Rosji mają ciężką pracę, gdyż apart policyjny utrudnia im dostęp zarówno do oskarżonych czy świadków jak i dokumentów. Często muszą czekać tygodniami, po wypełnieniu ton papierów. Żeby obejrzeć miejsce zbrodni potrzebna jest zgoda dzielnicowego, oczywiście pokwitowana łapówką. Zresztą wszystko działa zdecydowanie sprawniej i szybciej, jeśli podlane zostanie odpowiednią ilością zupy rublowej (i wódką). 
Jak już mówiłam "Niebezpieczna sekwencja" jest kryminałem proceduralnym, jednak w przeciwieństwie do swoich angielskich czy amerykańskich koleżanek, śledztwa rosyjskie to raczej metoda dedukcji i przesłuchania świadków, niż analiza miejsca zbrodni czy materiałów. Brak tutaj linii papilarnych, dowodów rzeczowych czy badań laboratoryjnych. Technologia do Rosji jeszcze nie dotarła. Gdyby nie dwóch hakerów komputerowych, to śmiało mogłabym umiejscowić akcję tego kryminału w latach 50. Szczególnie jeśli nasi bohaterowie chodzą w dresach ortalionowych i piją herbatę ze szklanek. A wyzwolone kierowniczki w korporacjach nie myślą o niczym innym tylko o gotowaniu dla obcych mężczyzn, żeby tylko czasem nie zgubili brzuszka. Dla mnie to totalna fantasmagoria. 

"Niebezpieczna sekwencja" to książka do której trzeba mieć sporo cierpliwości, jednak jeśli damy jej szansę to odwdzięczy się nam z nawiązką. Mnie zdecydowanie zachwyciła i nawet fakt powolności fabuły, chaosu oraz zbyt dużej liczby mało rozpoznawalnych bohaterów, nie miał znaczącego wpływu na jej odbiór. Było ciekawie, zabawnie a co najważniejsze poznałam masę faktów z życia łyżwiarzy i całej dyscypliny sportowej, faktów jednocześnie fascynujących i zatrważających. Zdecydowanie polecam tym , którzy nie boją się grubych książek. Reszcie zresztą też.

P.S Czy uwierzycie mi jeśli powiem, że to już 31 tom? Ja byłam pod wrażeniem.

Tytuł : "Niebezpieczna sekwencja"
Autor : Aleksandra Marinina
Wydawnictwo : Czwarta Strona
Data wydania : 3 października 2018
Liczba stron : 648
Tytuł oryginału : Ангелы на льду не выживают




Za możliwość przeczytania i zrecenzowania książki serdecznie dziękuję wydawnictwu : 
http://czwartastrona.pl/
"Era dinozaurów. od narodzin do upadku. Nowe odkrycia o zaginionym świecie" Steve Brusatte

"Era dinozaurów. od narodzin do upadku. Nowe odkrycia o zaginionym świecie" Steve Brusatte

Czy jest wśród nas ktoś, kogo nie fascynują dinozaury? Ktoś kto nie oglądał "Parku Jurajskiego" z szeroko otwartymi czy przeglądając encyklopedię nie zatrzymywał się na "tym" rozdziale troszeczkę dłużej? Wielkie kilkutonowe gady, które przez miliony lat rządziły światem pasjonują nas od setek lat. Steve Brusatte paleontolog włoskiego pochodzenia, zabiera na w podróż w przeszłość, do czasów kiedy dinozaury znajdowały się na dnie łańcucha pokarmowego, stopniowo ewoluowały by w końcu stać się królami permu. Wraz z nimi przeżywamy zderzenie z asteroidą i post apokaliptyczne lata, które nastąpiły po tym wydarzeniu. Na sam koniec autor daje nam nadzieję, że nie wszystko stracone. Ewolucja nie próżnowała i kolejny raz potwierdziło się powiedzenie, że nic w naturze nie ginie. Dinozaury przetrwały i spotykamy się z nimi codziennie, choć nawet nie zwracamy na to uwagi. A wystarczy tylko wyjrzeć przez okno. 

Steve Brusatte to jednen z bardziej znanych amerykańskich paleontologów. Specjalizuje się w badaniu morfologii i filogenezy archozaurów. Zajmował się również karbońskimi ramienionogami i paleozoicznymi rybami chrzęstnoszkieletowymi. W swojej książce "Era dinozaurów. od narodzin do upadku. Nowe odkrycia o zaginionym świecie", pragnie się podzielić z czytelnikami swoją pasją i szeroką wiedzą oraz doświadczeniem z wykopalisk i przeprowadzonych badań. Nie jest jednak samolubny, jak zdarza się w przypadku naukowców, i dostrzega innych specjalistów. W swojej pracy wspomina odkrycia osób, bez których paleontologia stałaby w miejscu, a kości dinozaurów, które możemy oglądać w muzeach, nadal tkwiłyby głęboko pod ziemią. Simon Conway Morris, Walter Alaverez (guru Brusatte, z którym wiąże się śmieszna anegdota, którą przytoczę w dalszej części recenzji), Barnum Brown czy Grzegorz Niedźwiedzki to tylko jedne z nielicznych nazwisk, które pojawiają się w książce. Może nas dziwić bardzo niska liczba kobiet w gronie paleontologów. I choć podnoszą się głosy krytykujące Brusatte za seksizm, to należy pamiętać, że ta dziedzina nauki od zawsze zdominowała była przez białych mężczyzn. Dopiero w ostatnich dziesięcioleciach również płeć piękna zaczęła odgrywać coraz większe znaczenie. Autor zauważa ogrom pracy włożony przez kobiety-naukowców i docenia ich osiągnięcia. Ci, którzy krytykują ten aspekt jego książki, albo nie czytali albo nie zrozumieli jego intencji. 
"Era dinozaurów" opowiada nie tylko o tych wielkich gadach i ich ewolucji. To również historia paleontologii oraz ludzi, którzy się nią zajmowali. Steve Brusatte fascynował się dinozaurami od lat dziecięcych. Jako nastolatek zdobył numer guru paleontologii Waltera Alvareza i zadzwonił zadać mu pytanie odnośnie pewnego regionu we Włoszech, gdzie wraz z rodziną wybierał się na wakacje. Okazało się, że naukowiec zapamiętał młodego człowieka, i po latach spytał go, czy udało mu się dotrzeć na miejsce. 
Paleontologia to nie tylko bieganie z pędzelkiem po wykopaliskach i kompletowanie szkieletów. W ciągu ostatnich dziesięcioleci, dzięki postępowi technicznemu, nauka ta zrobiła wielkie postępy. Badanie węglem, tomografia komputerowa, wizualizacja czy morfologia to tylko nieliczne z technik, które wykorzystywane są do badania kości, zachowanych tkanek i skamielin. Dzięki tej książce dowiedziałam się, że odkrywanych jest ponad 50 nowych gatunków dinozaurów rocznie oraz, że te wielkie gady często posiadały pióra i skrzydła, które zamiast do latania pełniły rolę grzewczą i odstraszającą przeciwników. 

Miliony lat temu Ziemia wyglądała zupełnie inaczej niż dziś. Był jeden kontynent zwany Pangeą. Jeszcze w czasach triasu, kiedy zaczęły pojawiać się pierwsze dinozaury, były one zaledwie małymi gadami, które znajdowały się na dnie łańcucha pokarmowego. Królowały wtedy kilkutonowe salamandry czy dziwne, przypominające psy drapieżniki. Dopiero zmiany klimatyczne sprawiły, że to właśnie dinozaurom udało się wybić na szczyt i stać królami świata zwierząt. Naukowcy nie są do końca zgodni, co za tym stało. Pojawiają się hipotezy, że to dzięki płucom (gady te mogą zaczerpnąć powietrze zarówno przy wdechu jak i wydechu) udało im się przeżyć w niekorzystnych warunkach. Pozostało mnóstwo pytań, na które wciąż poszukiwane są odpowiedzi. W niniejszej książce autor poddaje analizie różne zagadnienia z zakresu paleontologi. Rozważa co było przyczyną wielkiego wzrostu dinozaurów lub dlaczego to właśnie one przetrwały niekorzystne zmiany klimatyczne. 
Cały osobny rozdział poświęcony jest T-rexowi, największemu drapieżnikowi wszech czasów, który fascynował zarówno naukowców jak i producentów filmowych. Dzięki najnowszym badaniom dowiedziono, że skóra tych dinozaurów pokryta była piórami a one same polowały w stadach. Symulacje komputerowe udowodniły, że dorosłe osobniki, ze względu na strukturę kostno-szkieletową oraz wagę, nie były w stanie rozwijać znacznych prędkości. Ze względu na wysoki iloraz inteligencji oraz zdolność widzenia głębi, kilkunastoletnie tyranozaury, zamiast ścigać zwierzynę, zastawiały na nią pułapki. Takich smaczków, ciekawostek i nowych odkryć jest w tej książce mnóstwo. W przeciwieństwie do innych książek "Era dinozaurów" jest napisana przystępnym, opisowym językiem, łatwym do przyswojenia nawet dla laików. Dzieło to można nazwać książką akademicką w wydaniu popkulturowym.

Najbardziej działające na  wyobraźnię były rozdziały opisujące kres ery dinozaurów czyli moment zderzenia naszej planety z asteroidą bądź kometą. Drgania, deszcz płonących głazów, kwaśne deszcze czy gigantycznych rozmiarów tsunami, to tylko niektóre z kataklizmów, które dotknęły ziemię. Dinozaury ze względu na swoje rozmiary oraz zapotrzebowanie na pokarm (kilka kilogramów mięsa dziennie lub kilka sporej wielkości krzewów) zaczęły wymierać. Kilkaset tysięcy lat po zderzeniu, na Ziemi pozostały jedynie gnijące resztki. Jednak naukowcom udało się udowodnić, że i tym razem zadziałała ewolucja. Dinozaury owszem, nie przetrwały w znanej nam postaci, jednak ich geny możemy odnaleźć w łańcuchach DNA ptaków, z którymi mają bardzo dużo wspólnego. Choć teza ta nie jest jeszcze zbyt popularna, Steve Brusatte, stara się nam ją przybliżyć poddając głębokiej analizie.

"Era dinozaurów" to z pewnością jedna z lepszych książek popularnonaukowych jakie przeczytałam. Steve Brusatte jest pasjonatem i jego fascynację dinozaurami widać w każdym akapicie książki. Ciężko jest przedstawić losy stworzeń, które wyginęły wiele milionów lat temu. Autor pokusza się o coś więcej, maluje przed naszymi oczami historię ich ewolucji od czasów prehistorycznych aż do dnia dzisiejszego. "Era dinozaurów" to książka dla każdego, począwszy od nastoletniego pasjonata, na zapalonych odkrywcach i naukowcach kończąc. To zbiór zabawnych anegdot, ciekawych historii, faktów i pięknych fotografii, który powinien znaleźć się na półce w każdym ceniącym literaturę i naukę domu. Polecam.


Tytuł : "Era dinozaurów. Od narodzin do upadku. Nowe odkrycia i fakty o zaginionym świecie"
Autor : Steve Brusatte
Wydawnictwo : Znak Horyzont
Data wydania : 17 września 2018
Tytuł oryginału : The Rise and Fall of the Dinosaurs: A New History of a Lost World



Za możliwość przeczytania i zrecenzowania książki serdecznie dziękuję wydawnictwu :  



https://www.wydawnictwoznak.pl/wydarzenia/wydawnictwo/znak-horyzont


"Skradzione małżeństwo" Diane Chamberlain

"Skradzione małżeństwo" Diane Chamberlain

Diane Chamberlain to autorka, która skradła serca polskich czytelniczek. Jej twórczość jedni nazwą zbyt melodramatyczną i przesadzoną, drudzy zbyt prostą i naiwną, jednak nie da się ukryć, że książki amerykańskiej autorki, od lat znajdują się na najwyższych miejscach list bestsellerów. Spotkałam się z opiniami, że "Skradzione małżeństwo" to najlepsza powieść Chamberlain. Po przeczytaniu muszę przyznać autorowi tej opinii rację, z pewnością jest to książka o której długo się nie zapomni a emocje jakie wyzwoliła nadal we mnie buzują. Diane Chamberlain wie czego oczekują od niej czytelniczki, wie jak wzruszać i zaskakiwać. Zdaje sobie sprawę, że dobry romans to nie tylko sex, miłość, zdrady i oskarżenia. To co się sprzedaje najlepiej to odrobina suspensu, rodzinne sekrety i nienawiść. Lubimy spotykać bohaterów doświadczonych przez los, z którymi możemy wspólnie cierpieć i przeżywać ich życie. "Skradzione małżeństwo" to rewelacyjna książka obyczajowa, pełna wyrazistych bohaterów, której akcja zaskoczy niejednego czytelnika.

Rok 1944. Tess DeMello i Vincent Russo znają się od lat. Vincent niedawno został lekarzem a Tess kończy szkołę pielęgniarską. Na wiosnę przyszłego roku, młodzi planują ślub. Kiedy w Chicago wybucha epidemia polio Vincent, który wciąż nie ma oficjalnej praktyki, zgłasza się na ochotnika do pomocy w szpitalu. Obiecuje swojej narzeczonej, że jego wyjazd nie potrwa dłużej niż dwa tygodnie. Jednak kiedy po miesiącu mężczyzna nie wraca, rozgoryczona Tess, postanawia wyjechać z przyjaciółką na weekend do Waszyngtonu, by się zabawić. Ta jedna noc zmienia całe życie dziewczyny. Kiedy z poznanym tam mężczyzną zachodzi w ciążę, zmuszona jest do opuszczenia swojego domu rodzinnego i wyjazdu do Hicory, miasteczka w Karolinie Północnej. Niestety nikt tam nie czeka na nią z otwartymi ramionami, a jej nowy małżonek okazuje się skrywać mnóstwo sekretów. Czy kobieta jeszcze kiedyś odnajdzie miłość i szczęście?

Fikcja historyczna nie jest to gatunek po który sięgam najchętniej, szczególnie jeśli fabuła powieści rozgrywa się w latach wojny. Zazwyczaj wiem czego po takich książkach mogę się spodziewać : gorączki wojennej, opisów działań wojennych i tęsknoty rodzin pozostałych w kraju. Inne tematy zostają zepchnięte na boczny tor jako mało istotne w wojennej zawierusze. Tym razem było inaczej. Choć nie dało się pominąć całkowicie tematu wojny to autorka skupiła się na innej tragedii, która w latach czterdziestych XX wieku dotknęła Stany Zjednoczone. A była nią epidemia polio.Choroba Heinego-Medina to wirusowe porażenie dziecięce charakteryzujące się stopniowym zanikiem wszystkich mięśni zakażonego. Może ono prowadzić do całkowitego kalectwa i śmierci. Największa liczba światowych zachorowań przypada na połowę XX wieku. W Polsce sądzono, że podobnie jak stonka, wirus został wysłany w kontenerach z ubraniami, przez amerykańskich imperialistów. Niestety, podobnie jak reszta świata, również Stany Zjednoczone bardzo ucierpiały na skutek następstw spowodowanych przez wirusa polio. "Skradzione małżeństwo" opowiada historię zbudowanego od podstaw, w 54 dni szpitala, dla chorych na Heinego Medina. W czasie 9-miesięcznego okresu działania tej placówki, przyjęła ona 663 chorych. Szpital taki istniał naprawdę, i sporo wiadomości (choć często mało wiarygodnych), można znaleźć na jego temat w internecie. Największym osiągnięciem tej placówki, było ograniczenia liczby zgonów do zaledwie 12, najmniej w całym kraju. Należy pamiętać, że w 1944 roku, nadal obowiązywała segregacja rasowa. Szpital w Hickory był miejscem w którym czarnoskóre dzieci, były przyjmowane do sal zajmowanych przez ich białoskórych kolegów. Był to ewenement na skalę krajową. Jeśli chcecie dowiedzieć się więcej o epidemii oraz polowym szpitalu w Hickory, zapraszam na oficjalną stronę https://www.ndsu.edu/pubweb/~rcollins/elliott.htm.
Choć podręczniki uczą nas o chorobach, które dzięki szczepionkom udało się wyeliminować, tak rzadko słyszymy o pierwszych metodach walki z nowymi wirusami i ich powikłaniami. Polio to straszna, śmiertelna choroba, na którą przez kilkadziesiąt lat (a nawet kilkaset, gdyż już malowidła naścienne w Egipcie przedstawiały ludzi chorych na zanik mięśni) nie było lekarstwa. Wraz z postępem choroby mięśnie odmawiały posłuszeństwa i potrzebne był liczne zabiegi mające zwiększyć komfort pacjenta. Jednym z nich było zawijanie chorego w wilgotne, nagrzane do 50 stopni prześcieradła, które owijano ceratą. Tych najbardziej cierpiących, których płuca niezdolne były do pompowania powietrza, wkładano w metalowe tuby ułatwiające oddychanie. Książka ta z pewnością powiększy naszą wiedzę o tych metodach oraz o udręce i trudzie lekarzy i pielęgniarek, którzy w dzień i w nocy zajmowali się sparaliżowanymi ludźmi. 

Nasza główna bohaterka Tess, doświadczyła w życiu dużo złego. Niektórzy stwierdzą, że sama była sobie winna. W końcu miała wszystko, rodzinę, pieniądze, wykształcenie i kochającego narzeczonego. Na własną prośbę zdradziła go, zaszła w ciążę i związała się z mężczyzną, który trzymał ją na dystans. Jednak wraz z rozwojem fabuły czytelnik powoli zaczyna współczuć bohaterce widząc, że otrzymała należną jej karę. Już sam przyjazd do Hickory i zmiana otoczenia był dla niej szokiem. Znalazła się w miejscu gdzie nikt nie darzył jej sympatią, wręcz przeciwnie, nowa rodzina oraz sąsiedzi odzywali się do niej z wrogością. Uważali, że kobieta uwiodła Henry'ego, związała się z nim ze względu na pieniądze i usidliła za pomocą dziecka. Również rodzina mężczyzny, matka oraz siostra, dawały jej do zrozumienia, że nie jest mile widziana. Ostracyzm się nasilił gdy jeden z obywateli miasteczka umarł, i to właśnie Tess została uznana winną jego śmierci. Czy potraficie sobie wyobrazić, jak musiała się czuć ta młoda dziewczyna kiedy okazało się, że jest zupełnie sama? Że nie może liczyć na niczyje wsparcie, nawet własnego męża? Szybko bowiem okazało się, że mężczyzna skrywa mroczne sekrety i to ze względu nie jest chłodny i zdystansowany. Nawet podczas własnej nocy poślubnej zamiast sexu wolał czytać książkę. Sytuacja się zmieniła dopiero wtedy, kiedy otwarto szpital dla chorych na polio. Tess, jako pielęgniarka, znalazła w nim zatrudnienie. Dzięki wysiłkowi, trosce i miłości, które wkładała w opiekę nad chorymi, obywatele miasteczka zaczęli patrzeć na nią łaskawiej a nawet darzyć sympatią. Podobał mi się wątek z pastorem Samem, lokalnym medium (inspirowany był on postacią prawdziwą), który był jednym z nielicznych bohaterów, życzliwych naszej protagonistce.  

Diane Chamberlain posiadła prawdziwy dar budowania napięcia.  Od samego początku wiemy, że za chwilkę wydarzy się katastrofa, przeczuwamy jej nadejście. Jedno przykre zdarzenie goni drugie. Nasza główna bohaterka dostaje się w samonapędzającą się spiralę nieszczęść. Aż dochodzimy do punktu kulminacyjnego. Od teraz może być już tylko lepiej. I tak jest w istocie. Choć nadal jest to bardzo emocjonująca książka, i nadal mamy sporo sekretów do odkrycia, to w pewnym momencie zaczynamy przewidywać zachowania naszej bohaterki i dalsze jej losy. Zakończenie, jak zwykle u Chamberlain, okazuje się happy endem a poziom melodramatyzmu sięga zenitu. Ale tego właśnie chcemy : wzruszyć się, popłakać, zaciskać pięści ze złości. Potrzebujemy udowodnić sobie, że są ludzie (nawet jeśli to postacie fikcyjne), którzy mają gorzej od nas. 

Diane Chamberlain to pisarka, która szanuje swoich czytelników i angażuje ich w proces powstawania swoich powieści. Na profilu facebookowym autorki, często pojawiają się pytania skierowane do jej obserwatorów. Podczas zbierania materiałów do "Skradzionego małżeństwa" Chamberlain zwróciła się do swoich fanów o podanie imion i nazwisk ich przodków, którzy żyli w czasach, kiedy miała rozgrywać się fabuła. Podane dane pojawiły się w książce, co ucieszyło wiele osób. W końcu fajnie jest zobaczyć imię swojej babci w książce prawda? I to w międzynarodowym bestsellerze. Na końcu powieści znajduje się również wykaz pytań, które mają sprowokować czytelników do dyskusji. Jest to doskonała pomoc dla różnego rodzaju klubów dyskusyjnych podczas przygotowań do rozmów na temat książki. Wierzcie mi na pewno będzie o czym deliberować.

"Skradzione małżeństwo" to piękna, emocjonująca i dająca do myślenia książka, której tło tworzą prawdziwe wydarzenia historyczne. To jedna z tych powieści, przy których nie wystarczy jedno opakowanie chusteczek higienicznych. Osoby, która znają autorkę oraz jej inne dzieła wiedzą, że przed lekturą należy się upewnić czy nie mamy nic ważnego do zrobienia, gdyż książka ta, to prawdziwy pożeracz czasu. Autorka porusza tak ważne tematy jak : problemy rasowe, etniczne, duchowość czy przemoc w rodzinie. "Skradzione małżeństwo" to prawdziwy dramat obrazujący lekcje życia. Polecam.


Tytuł : "Skradzione małżeństwo"
Autor : Diane Chamberlain
Wydawnictwo : Prószyński i S-ka
Data wydania : 18 września 2018
Liczba stron : 560
Tytuł oryginału : The Stolen Marriage



Za możliwość przeczytania oraz zrecenzowania książki serdecznie dziękuję wydawnictwu : 
https://www.proszynski.pl/

"Moja słodka Audrina" Virginia C. Andrews

"Moja słodka Audrina" Virginia C. Andrews

Kilkanaście lat temu Virginia C.Andrews wydała książkę "Kwiaty na poddaszu", która wstrząsnęła światowym rynkiem wydawniczym. Opowiadała ona o losach rodzeństwa, przetrzymywanych w tajemnicy na strychu. Kiedy dzieci dorosły weszły w kazirodczy związek. Mieli nawet dzieci. W kolejnych tomach związków kazirodczych, przemocy, okrucieństwa i brzydoty, było jeszcze więcej. Jednak pomimo faktu, że książki amerykańskiej autorki, wzbudzają niesmak, to czyta się je z rosnącą fascynacją. To tak jak byśmy jedli zakazany owoc, który jest słodki i gorzki jednocześnie. W swojej nowej (choć wydanej już w 1995 roku) książce Andrews wzbiła się na wyżyny absurdu. Jest tutaj dosłownie wszystko, czego może chcieć uwielbiający melodramaty czytelnik. Dramaty, tragedie i gorszące historie to nisza, którą autorce udało się szczelnie wypełnić. Zdecydowanie jest to powieść, którą można albo pokochać albo znienawidzić.

Audrina Adare chce być tak dobra jak jej siostra, jednak zdaje sobie sprawę, że jej nigdy nie dorówna. Nigdy nie zaskarbi sobie uczucia ojca, dla którego zmarła córka była oczkiem w głowie i jego jedyną miłością. Nawet po śmierci, imienniczka Audriny, nawiedza młodą dziewczynę. Jak zginęła? Kim była i kim miała się stać? Co kryło się za tajemnicą, którą znali wszyscy z wyjątkiem Audriny?

"Moja słodka Audrina" jest książką, która sprawi, że szeroko otworzycie oczy a z waszych ust wyrwie się niejedno przekleństwo.  Mnie zastanowiło, co trzeba mieć w głowie, ile chorych myśli i pomysłów, by napisać coś tak szalonego i przerażającego. W książce, która liczy 536 stron, jest dosłownie wszystko to, co mogłoby się znaleźć w kronice kryminalnej. Beznoga kobieta? Jest. Przerażający dom pełen mrocznych sekretów? Jakże mogłoby być inaczej. Gwałt zbiorowy? No pewnie. Terapia elektro-szokowa? Oczywiście. A na dokładkę autorka zaserwowała nam również : zakazaną miłość, poronienie na orientalnym dywanie, duchy, morderczego penisa (który nie jest taki straszny jak nam się wydaje), kuzynkę z łamliwymi kościami i dużo dużo więcej. Jednym słowem nie będziecie się nudzić. Czytając zastanawiałam się, jakim cudem autorce udało się to wszystko zebrać w przemyślaną i dobrze skomponowaną całość, która choć przesadzona, to czyta się łatwo i przyjemnie. W końcu każdy z nas lubi chodzić do cyrku czy muzeum osobliwości. A tutaj tych osobliwości jest z pewnością wiele, chociażby moja ukochana Vera, na której skupię się w kolejnym akapicie. A tymczasem mogę wymieniać dalej? Żeby nie było zbyt wesoło to znajdziemy tutaj : kontrolę umysłów, zabójczą klatkę schodową, która widziała już kilka zgonów, kazirodczego ojca, handel ludźmi, próbę morderstwa i dużo, dużo więcej. A znajdujemy się dopiero gdzieś w połowie książki. Wasza głowa niedługo eksploduje, czytacie pod kołdrą przy zapalonej latarce, nie jecie kolacji. Cieszycie się i płaczecie zarazem, gdyż książka te wyzwala wiele niekontrolowanych emocji. I wyliczacie dalej : próba morderstwa, kolejny zgon na klatce schodowej, kanibalizm, śpiączkę. I dużo dużo więcej. Aż w końcu dochodzicie do ostatniej strony i jest wam źle, że to już. Wy chcecie więcej, sprawdzacie kiedy będzie kolejny tom, gdyż nie da się ukryć iż proza amerykanki jest cholernie (przepraszam za kolokwializm) wciągająca.

Tytułowa Audrina jest jedną z najbardziej denerwujących bohaterek o jakich zdarzyło mi się czytać. Przez większą część książki spędza czas bujając się w fotelu na biegunach lub snując się po posiadłości skrzętnie omijając promienie słoneczne, których kolory ją przerażają. Zaręczyła się w wieku 13 lat i kilka lat później, w noc poślubną, z przerażeniem patrzy na przyrodzenie swojego męża, bojąc się, że owo monstrum zrobi jej krzywdę. Rozochocony mężczyzna nic sobie nie robi z jej lęków i dokonuje penetracji. Choć Audrinie niezbyt to się podoba to zaciska zęby i pozwala mu skończyć, a wszystko to w imię wielkiej miłości. Nawet gdy jej ukochany, zaczyna interesować się jej siostrą, Audrina jest przekonana, że to jej wina-widać nie dawała mu seksualnej satysfakcji. Jak widzicie nasza główna bohaterka jest postacią raczej irytującą, więc czytelnik od razu szuka kogoś komu uda się uratować fabułę, a nawet całą książką. W tym wypadku padło na Verę, która jest moją zdecydowaną faworytką. Vera to typ dziewczyny , którą kochamy nienawidzić. Jej pierwowzorów jest tak wiele w kinie, telewizji czy książkach, że powoli stała się ona archetypem. Jest  o wiele bardziej interesująca niż słodka, nudnawa Audrina. Kuzynka naszej głównej bohaterki jest mistrzynią manipulacji. Jest nieustraszona i brutalna a jednocześnie bardzo krucha i niewinna. To typ osoby, która z uśmiechem na ustach jest w stanie zmusić kogoś do popełnienia samobójstwa. Vera cierpi na wrodzoną łamliwość kości. Za każdym razem gdy w coś się uderzy, potknie lub z czegoś spadnie kończy się to złamaniem. Tylko nogę łamie w książce aż cztery razy. Wydawałoby się, że tak doświadczona przez los osoba będzie uległa i nieszczęśliwa. Nic bardziej mylnego. Vera jest zboczona, wyuzdana, brudna i nieprzyjemna w ten fantastyczny sposób, który kręci i podnieca czytelnika. Ta niecodzienna osoba jest niczym żywioł. To ona napisała tę książkę i tylko dzięki niej dało się ją czytać i sprawiło, że lektura ta okazała się tak fascynująca. 

"Moja słodka Audrina" jest przykładem komediowego geniuszu, gdyż nie da się ukryć, że duża część wątków, była napisana specjalnie po to by zszokować a jednocześnie rozbawić czytelnika (jeśli zamierzenie było inne to autorkę serdecznie przepraszam). W końcu niezbyt często możemy czytać o seksie na grobie zmarłej siostry, czy łyżwiarce figurowej z amputowanymi nogami, która wyglądała identycznie jak Elizabeth Taylor. W przypadku innych książek już dawno dałabym sobie spokój, gdyż dawka absurdu, osiągnęła level krytyczny już po kilkudziesięciu stronach. Z powieściami Andrews jest jednak inaczej. Jakaś dziwna siła zmuszała mnie do czytania dalej. Był to niesamowicie smaczny koktajl w którym w odpowiednich proporcjach wymieszano : dramę, dziwactwo, horror i groteskę. Autorka nakarmiła mnie aż po sam korek i muszę przyznać, że nie dostałam po tym daniu niestrawności. Ale niestety nie mogę zapewnić, że każdemu czytelnikowi będzie równie dobrze smakowało. 

"Moją słodką Audrinę" polecam tym co mają nerwy ze stali, duże poczucie humoru i nie boją się kontrowersji i perwersji. Jest to powieść intensywna, brudna, niepokojąca i odrażająca, czyli dokładnie taka jakiej mogliśmy się spodziewać po Virginii C.Andrews. Autorka ma niesamowity talent do budowania napięcia. Od samego początku czytelnik pragnie poznać tajemnicę strasznego domu i rodziny, lecz jednocześnie wie, że będzie ona przerażająca. Teraz, już po lekturze, nie pozostało mi nic innego jak siedzieć i czytać inne książki licząc na to , że choć parę okaże się tak intensywnych, emocjonalnych i gotyckich. Ale w końcu nadejdzie ten dzień, kiedy w moje ręce wpadnie kontynuacja i znowu zniknę na długie godziny. Wam też polecam taką odskocznię od rzeczywistości. Poznajcie Audrinę i jej "przyjaciół".

Tytuł : "Moja słodka Audrina"
Autor : Virginia C.Andrews
Data wydania : 20 września 2018
Wydawnictwo : Prószyński i S-ka
Liczba stron : 536
Tytuł oryginału : My Sweet Audrina



Za możliwość przeczytania i zrecenzowania książki serdecznie dziękuję wydawnictwu :  



https://www.proszynski.pl/Nowosci-po-3-1-16-.html
Copyright © 2014 CZYTANKA NA DOBRANOC , Blogger