czwartek, 29 września 2016

Tytuł : „Dynastia”
Autor : Graham Masterton
Rok wydania : 2015
Wydawnictwo : Albatros
Liczna stron : 768
Tytuł oryginału : Rich











Ziemia obiecana



Grahama Mastertona znam głównie jako autora najwyższej klasy horrorów. Wiem jednak, że kilkadziesiąt lat temu próbował zaistnieć również w innych gatunkach. Pisał między innymi opasłe powieści historyczne. Ludzie, którzy śledzą mojego bloga zapewne pamiętają moją niekoniecznie pochlebną recenzję książki „Imperium”. Wtedy się zawiodłam jednak jeszcze raz postanowiłam dać autorowi szansę. Tym razem wyszło lepiej, nie wiem czy za sprawą autora czy może ja dorosłam do tego typu powieści. 

Johann Cornelius , młody Holender, w początkach XX wieku przypływa do Stanów Zjednoczonych.
Jego specjalnością jest naprawa wszelkich urządzeń mechanicznych jednak jego ambicje sięgają daleko poza zakład naprawczy. Pragnie zostać bajecznie bogaty, marzy mu się bycie milionerem , kariera od pucybuta do milionera. Za pierwsze zarobione pieniądze kupuje bilet na pociąg i jedzie do Texasu gdzie jak grzyby po deszczu wyrastają szyby naftowe. Dzięki brawurze, niezaproszony dostaje się na prywatne przyjęcie gdzie bawi śmietanka towarzyska Broughton. Po zawarciu korzystnych znajomości z najmożniejszymi tutejszej społeczności prosi ich o pomoc w otwarciu własnego biznesu. Niestety nikt nie chce podżyrować pożyczki nieznajomemu. Z pomocą przychodzi mu Beatrice Mulliner, żona bogatego adwokata. Dzięki niej Johann zdobywa upragnione pieniądze jednak zmuszony jest do opuszczenia miasta. Swoją karierę rozpoczyna w Edgar, innym naftowym miasteczku, gdzie otwiera swoje pierwsze zakłady naprawcze. Już po kilku latach staje się milionerem. Jednak pogoń za pieniądzem przysłoniła mu cały świat. W 1903 roku doszło do tragedii w której stracił dwie osoby najbliższe jego sercu : ukochaną i wykupioną z burdelu przyjaciółkę. Jak potoczą się dalsze losy ambitnego Holendra?

Na wstępie powiem, że na pewno nie jest to książka dla każdego. Ponad 700 stron , do tego małym drukiem – to jest wyzwanie samo w sobie. Do tego jak przystało na książkę historyczną pełno tutaj detali i opisów. Książka ma swoisty rytm. Każdy rozdział czy nawet akapit, zaczyna się od długiego opisowego wstępu, by pod koniec przejść do części zdominowanej przez dialogi. Mniej wytrwałym czytelnikom mogę obiecać, że jeśli pominą sceny opisowe i skupią się na samych dialogach to i tak niczego nie stracą. Z drugiej strony fani powieści historycznych będą wniebowzięci. Autor doskonale oddał ducha epoki. Poznajemy Amerykę XX wieku w najdrobniejszych szczegółach. Począwszy od popularnych w tamtym czasie nazw zastaw stołowych a na nowinkach technicznych skończywszy. W tekście widać fascynację autora wszelkiego rodzaju pojazdami począwszy od samochodów a na pociągach skończywszy.
Mnie osobiście ciut przydługie i zbyt szczegółowe opisy każdej wykonywanej przez bohaterów czynności nieco nużyły. Niekoniecznie muszę znać szczegóły ubiory, zawartości walizki czy lodówki. Książka jest wręcz przesycona detalami. A najbardziej denerwujące były opisy prostych ludzkich zachowań w stylu : podniósł rękę, wygładził serwetkę. Czułam się troszkę jak na filmie z dubbingiem dla ślepych, gdzie lektor dokładnie opisuje co się dzieje na ekranie. I przyznam wam się szczerze, że gdzieś w połowie książki opisy czytałam tylko pobieżnie co pewnie zaoszczędziło mi kilku dodatkowych godzin czytania.

Fabuła książki jak w większości sag jest mało zaskakująca. Są setki powieści o życiu bogatych, wielopokoleniowych rodzin. Więc co tę akurat wyróżnia? Otóż proszę państwa : postacie. Uwielbiam Grahama Mastertona właśnie za to, że tak pięknie potrafi zróżnicować ich charaktery. Każdy jest tutaj niepowtarzalny, owszem duża część powieściowych charakterów jest przerysowana jednak nie można powiedzieć żeby nie byli unikatowi. Nie każdy autor pozwala nam zżyć się z osobami, o których losie opowiada. Tutaj poznajemy ich dogłębnie, niekoniecznie musimy pałać do nich sympatią jednak doskonale możemy postawić się w ich pozycji. Znamy ich charaktery, poznajemy namiętności, które nimi targają, jesteśmy za pan brat z ich bolączkami i chwilami szczęscia.

Jak doskonale wiemy, Ameryka XX wieku dla wielu była rajem obiecanym. To właśnie tutaj z pustego i Salomon nalewał, dla wielu była ziemią obiecaną. Autor obrazuje nam proces jak w większości przebiegały kariery ówczesnych milionerów, a wierzcie mi pójście drogą wielkich pieniędzy było tylko dla odważnych i przebojowych ludzi. Trzeba było zapomnieć o moralności i litości, twardo stąpać po ziemi i mieć oczy z czterech stron głowy by wiedzieć z której strony nadchodzi atak. Nie można się było bać działalności na skraju szarej strefy a czasem nawet i w czarnej, korupcja była chlebem powszednim , często jedyną drogą do sukcesu.

Po przeczytaniu tej powieści wiem troszkę więcej o mechanizmach rządzących Ameryką tamtych lat. Mam troszkę za złe autorowi, że praktycznie pominął kryzys 1929 roku i inne wielkie wydarzenia, które wstrząsnęły amerykańskim przemysłem. Z drugiej strony dowiadujemy się jednak innych ciekawych rzeczy. Pomimo abolicji w XX wieku nadal można było handlować ludźmi. Dowiadujemy się jak działał Ku Klux Klan. W tej książce jest absolutnie wszystko co wpłynęło na obraz dzisiejszych Stanów Zjednoczonych. Autor pięknie pokazał jak zmieniała się rola i pozycja kobiet w społeczeństwie. Od typowych kur domowych do wyzwolonych sufrażystek następnego pokolenia.

Oczywiście w powieści było parę pomyłek i jednak z nich utkwiła mi w pamięci. Pewnego razu Johann wychodząc z restauracji nie zostawił napiwku. Kelner wybiegł za nim dopominając się o zapłatę. Nasz bohater odpowiedział mu , że żebrząc nie dorobi się majątku. A co sam zrobił jak przebywał w Broughton i prosił elitę tamtejszego miasteczka o pieniądze? Czy gdyby nie jego prośby i ich dobra wola pożyczenia 10 000 dolarów to stałby się tym kim był?


Pomimo minusów jakimi były : zbyt rozwlekłe i detaliczne opisy, czasem mizerne dialogi i mało innowacyjna fabuła książka sprawiła na mnie dobre wrażenie. Nie wiem czy powodem tego jest sam autor czy moje zamiłowanie do książek historycznych. Jestem zdecydowanie na tak. Jednak od razu zastrzegam, mniej wytrwałych czytelników powieść może po prostu znudzić. 

poniedziałek, 26 września 2016

Tytuł :”Czarne liście”
Autor : Maja Wolny
Rok wydania : 2016
Wydawnictwo : Czarna Owca
Liczba stron : 376









Czarne momenty naszej historii






Ciężko mi jednoznacznie ocenić tę książkę. Po pierwszych kilku rozdziałach miałam ochotę rzucić ją w kąt i od razu napisać nieprzychylną recenzję. Pomieszanie z poplątaniem, retrospekcje, natłok informacji , jednym słowem chaos. Jednak z rozdziału na rozdział było coraz lepiej. I kiedy autorka wreszcie wspięła się na wyżyny znowu wydarzyło się coś złego. Akcja zaczęła się sypać, lecieć z górki na łeb na szyję by zakończyć się upadkiem , niestety śmiertelnym. Jaka szkoda, że zamiast powieści autorka nie napisała dwóch osobnych opowiadań , z pewnością byłyby to czytelnicze perełki. A tak pomimo talentu i warsztatu, pomimo dość wciągającej fabuły wyszło troszkę blado. Jednak przeczytać warto.

Głównymi bohaterkami powieści są dwie kobiety. Julia Pirotte ( postać autentyczna ) żydowska
dziennikarka i fotografka polskiego pochodzenia. Poznajemy ją kiedy jako młoda dziewczyna wraca z Francji ( gdzie działała w komunistycznym podziemiu ) do Polski by tutaj ułożyć sobie życie. Szybko się dowiaduje , że wojna zabrała jej wszystkich bliskich. Dzięki talentowi do fotografii udaje jej się znaleźć pracę w gazecie „Żołnierz polski”. W lipcu 1946 roku zostaje wysłana do Kielc by zrobić reportaż na temat pogromu Żydów. Ta wyprawa zmienia jej światopogląd
Drugą bohaterką jest Weronika Wolny Pani historyk z małej podkieleckiej miejscowości. Jej specjalizacją jest postawa ludności cywilnej wobec mniejszości żydowskiej. W 65 rocznicę pogromu Żydów w Kielcach w tajemniczych okolicznościach znika jej córka Laura. Policja podejrzewa, że padła ofiarą porwania. Jednak nie wiadomo kto za tym stoi. Czy psychicznie chory ojciec dziecka mieszkający w Niemczech? Czy ktoś chce się zemścić na pani profesor za wyjawienie tajemnicy z przeszłości? Rozpoczyna się wyścig z czasem mający na celu odnalezienie dziewczynki.

Jak każdy naród i Polacy mają swoje trupy w szafie. Jednak często staramy się o tych haniebnych czynach jakich dopuścili się nasi przodkowie zapomnieć. Pogromy Ukraińców czy Żydów, są to tematy rzadko omawiane na lekcjach historii, wiadomo ciężko przyznać się do własnych błędów. Pogrom Żydów w Kielcach z jest jednym z takich czarnych momentów w historii naszego kraju. Czytając na okładce, że autorka na tym postanowiła zbudować swoją powieść od razu wiedziałam, że to zbyt ciężki temat na zwykłą obyczajową czy nawet kryminalną książkę. Jest to temat drażliwy dlatego trzeba podejść do niego z wyczuciem i delikatnością. Jednak nie potrzebnie się obawiałam, ponieważ sam temat pogromu był tylko tłem dla akcji poszukiwawczej dziecka. Nie było tutaj ani analizy zdarzenia, ani prób jego interpretacji, czyste fakty które możemy przeczytać w encyklopedii.
Jednak pomimo tego, że autorka nie skupiła się zbytnio na tej masakrze, nadal chcę jej podziękować za to, że wyciągnęła na światło dziennie inne fakty, równie bolesne z historii naszego narodu. I do tego mniej znane. Oczywiście opis pogromu z lipca 1946 roku, znajduje się w podręcznikach do historii i każdy uczeń powinien choć w małym stopniu wiedzieć o tym zdarzeniu. Jednak o tym, że piętnowanie, wydawanie a nawet mordowanie Żydów było na porządku dziennym w powojennej Polsce już mało kto pisze, chyba że specjalistyczne wydawnictwa lub historycy, których nie wszyscy mają czas czytać. A takich przypadków było naprawdę wiele. Jak pisze autorka : udało im się przeżyć wojnę. Udało się przeżyć obozy koncentracyjne by w końcu zostać zamordowanym we własnym kraju, w drodze do domu. Aż łza się w oku kręci. Jak ludzie ludziom mogli zgotować ten los.

Nie za bardzo rozumiem sformułowanie z okładki książki „ splotą się ze sobą losy dwóch kobiet”. Po pierwsze te dwie kobiety żyły w zupełnie innych czasach, po drugie ich historie na dobrą sprawę ze sobą nic nie łączy. Postać i cały wątek Julii Pirotte jest książce zupełnie zbędny. Totalnie nic do niej nie wnosi, no dobrze może oprócz tego że mogliśmy bliżej przyjrzeć się tej historycznej postaci. Jednak moim zdaniem lepiej by wypadło napisanie jej osobnej biografii gdyż z pewnością jest to postać fascynująca. Jednak tutaj jej nie zrozumiałam. Nie rozumiałam jej czynów, nie przemówiła do mnie jej metamorfoza a cały wątek został w pewnym momencie urwany.

Dużo lepiej wyszło w przypadku Weroniki choć jest to dla mnie postać pełna sprzeczności i na domiar złego nie wydaje mi się autentyczna. Jej córka znika i nikt nie wie co się z nią dzieje. Jestem matką i doskonale wiem, że jak by moje dziecko nie wróciło do domu to bym świat postawiła na głowie byle tylko ją odnaleźć. Weronika, pomimo to nam opowiada o swoich uczuciach i swoim cierpieniu bardziej skupia się na sobie i na swoich kwiatach niż przejmuje losem córki. Jest w stanie pójść na obchody rocznicy pogromu, chodzić po kwiaciarniach jak chorują jej orchidee, szukać nowego mężczyzny a na domiar złego jak policjant jej proponuje pojechać w miejsce gdzie ostatnio widziano jej córkę to odmawia. Czy tak zachowuje się kochająca matka.

Można powiedzieć, że w dużej mierze ta książka jest więziach rodzinnych. Nasza główna bohaterka, kiedy dowiedziała się o zbrodni z przeszłości której dopuścili się jej rodzice zrywa z nimi wszelkie kontakty. Ok, to jeszcze mogę zrozumieć. Ale dlaczego odwraca się od wszystkich? Co jej bracia mieli z tym wspólnego? Dlaczego i oni muszą odpokutować za błędy swoich starszych?
Rzeczą która bardzo mi się nie podobała była straszna stronniczość. Autorka opowiada nam historię tylko z jednej strony, ze strony poszkodowanych. A co z ludźmi którzy do końca życia musieli żyć z przeświadczeniem ,jakich okropnych czynów się dopuścili? A był tutaj potencjał. Wystarczyło parę rozdziałów, parę postaci więcej by wykreować pełen obraz.

Fabuła książki moim zdaniem jest rewelacyjna jednak nie została do końca wykorzystana. W pewnym momencie miałam do czynienia z rewelacyjnym kryminałem, mnóstwem wątków które można było wykorzystać by całość wypadła naprawdę dobrze. A tutaj każdy wątek został zabity już w zarodku. Wątek mściwych deweloperów? Zabity. Wątek nacjonalistyczny? Zabity.
To samo było z bohaterami, byli byli, wypowiadali się, poznawaliśmy ich czasem nawet zdążyliśmy polubić , a tu bach i koniec , odeszli w niebyt, nie starczyło dla nich kartek w książce.

A najbardziej rozczarował mnie sam koniec powieści. Naciągany, płytki , jak by autorkę goniły terminy albo po prostu nie miała pomysłu.

Nie chcę jednak być niesprawiedliwa ponieważ powieść która wyciska łzy z oczy nie może być zła. Godziny spędzone przy tej książce nie uważam za stracone. Naprawdę się wzruszyłam, dużo się nauczyłam i na pewno część z tej książki pozostanie w moim sercu na zawsze. Dlatego pomimo błędów, ciężkich dialogów, wiejącej miejscami nudy nadal ją polecam. 

sobota, 24 września 2016

Tytuł : „Dziecko Odyna”
Autor : Siri Pettersen
Wydawnictwo : Rebis
Rok wydania : 2016
Liczba stron : 648
Tytuł oryginału : Odinsbarn


Co jest z wami nie tak?



Jestem miłośniczką książek fantasy. Ten gatunek ma to do siebie, że jest niezwykle schematyczny i trzeba naprawdę geniuszu by wymyślić coś nowego. Ostatnią powieścią jaka mnie naprawdę zaskoczyła i wniosła coś nowego do kanonu fantasy był „Malowany człowiek” Petera W.Bretta. W stosunku do „Dziecka Odyna” miałam wielkie oczekiwania. Uwielbiam skandynawską mitologię i myślałam, że będzie ona inspiracją dla autorki do napisania czegoś nowego co zatrzyma dech w płucach i odmieni oblicze fantasy. Niestety nowością nie powiało. Autorka zamiast kreatywnością wykazała się niezłym zmysłem kopiowania i powielania. W gruncie rzeczy nie powinnam się dziwić, w końcu ciężko jest prześcignąć mistrzów. Jednak w tym wypadku można było się bardziej postarać.

Hirka, jako jedyna z gatunku Aetlingów urodziła się bez ogona. Do momentu kiedy ukończyła 15 rok
życia ojciec karmił ją bajkami, że została pozbawiona ogona przez wilki. Dopiero teraz, w przeddzień Rytuału Widzącego ojciec postanawia wyjawić jej prawdę. Hirka jako niemowlę znaleziona została wewnątrz kamiennego kręgu, bramy do świata Ślepych. Nie jest Aetlingiem tylko dzieckiem Odyna, zgnilizną, której dotyk powoduje stopniowe umieranie. Po wyjawieniu prawy Hirka boi się wziąć udział w Rytuale, teraz dopiero wyjaśniło się czemu nie jest w stanie pobierać magii z otoczenia jak inni Aetlingowie. Jest po prostu Obca. Z pomocą przychodzi jej kolega z dzieciństwa, młody mężczyzna należący do jednego z rodów rządzących. Zauroczony dziewczyna postanawia jej pomóc oszukać Radę sprawującą pieczę nad Rytuałem.

Książka należy ponoć do nurtu New Adult fantasy i w mojej opinii są to tylko zdania recenzentów. Ani sam wydawca nie skłania się ku temu gatunkowi ani autorka. Ja również uważam, że to powieść dla czytelników w każdym wieku, co z tego, że jej głównymi bohaterowie są młodzi aetlingowie? Te postaci częściej się zachowują jak dorośli ludzie niż moi rówieśnicy ( jestem po 30stce). Owszem język dialogów może być momentami infantylny jednak nie przeszkadza to w odbiorze. Mnie osobiście bardzo denerwowało stwierdzenie „co jest z wami nie tak?” , ale kiedy pomyślałam, że główną bohaterką jest 15 letnia dziewczyna to dałam autorce dyspensę.

Najbardziej mnie dotknęło to, że autorka zamiast wymyślić coś nowego, czerpać garściami ze skandynawskiej mitologii i wierzeń powieliła obowiązujące schematy. Owszem nie ma tutaj elfów czy krasnoludów jak w przeważającej części literatury fantasy jednak temat powieści jest podobny. To tak jak pisze się opowiadanie czy pracę na studiach, wiadomo nie można skopiować tekstu z wikipedii bo od razu wpadnie na to program sprawdzający. Autorka zaczerpnęła po troszku od każdego z autorów. Widzę tutaj motywy z „Koła czasu” Jordana, „Gry o tron” Martina, „Trylogii Zdrajcy” T. Cavanan a nawet ze „Zmierzchu” Mayer. Podobnie jak w większości książek fantasy mamy tutaj wyraźny podział na dobro i na zło, mamy tutaj mur który te obie rzeczy oddziela. Mamy bogatych członków rady sprawującej władzę nad światem i zupełnie nieświadomą swojej mocy dziewczynę. Ale to wszystko już było.

Znając schemat zaczęłam liczyć na to, że autorka zaskoczy mnie formą. I tutaj też nie wyszło najlepiej. Przez pierwsze sto stron zupełnie nie wiedziałam o co chodzi, co z czym jeść. Zapewne dla niektórych czytelników był to ciekawy zabieg – w końcu każda zagadka została w końcu rozwiązana. Ja jednak należę do czytelników, którzy wolą mieć gotowe danie na talerzu. To jest A a to jest B. Przez pierwsze 100 stron błądziłam by następnie znać całą fabułę od początku do końca. Dlaczego? Gdyż stała się niezwykle przewidywalna.
Wiem, że to debiut autorki dlatego wstrzymam się przed bezwzględną krytyką. Jednak bywały takie momenty , że miałam ochotę odłożyć książkę na półkę i nigdy już do niej nie wracać. Kiedy tylko tak się działo i przewracałam kolejną stronę znowu coś przykuwało moją uwagę, coś mnie zainteresowało i kolejnych parę rozdziałów czytałam z zapartych tchem. To właśnie świadczy, te momenty nieustannego przewracania stron, że autorka ma talent i ma warsztat tylko trzeba nad tym jeszcze popracować.
Co do samego stylu to najgorsze były przemyślenia głównych bohaterów. Autorka za bardzo skupiła się na ich bolączkach na czym bardzo ucierpiało tempo akcji. Jeśli sobie przypominacie ostatnią część „Władcy pierścieni” - pożegnanie z bohaterami jak odpływali do krainy Valarów. Podobnie było tutaj, zbyt długi , przewidywalny, pewnie mający wyciskać łzy z oczu koniec. I to właśnie on jest najgorszą częścią całej tej powieści.

Jak pisałam wcześniej bardzo żałuję, że autorka nie zaczerpnęła więcej ze skandynawskiej mitologii oprócz kruków i Bifrostu nie mamy tu praktycznie nic. Żałuję również, że nie wykorzystała całej magii i kolorów świata fantasy. Jej książka jest w całości w odcieniach czerni i bieli z dodatkiem złota i czerwieni krwi. Pełna otchłani i przepaści zupełnie jak by pisana przez człowieka cierpiącego na lęk wysokości.

Ogólnie rzecz biorąc zabrakło mi tutaj innowacyjności. Jak gdzieś wyczytałam autorce pomimo wielkich starań nie udało stworzyć się nowego świata. Wykreowana przez nią rasa jest tak ludzka, że już bardziej się nie da. Jedynym czym się od nas różnią są ogony. Zupełnie niezrozumiała była dla mnie magia którą władają. Po przeczytaniu 600 stron nadal nie wiem co to znaczy „czerpać”, co da się zrobić z tym czerpaniem , jak je wykorzystać. Słabo również wyszła postać Widzącego i ślepych, praktycznie nic się o nich nie dowiadujemy, ale może ma to być temat na tom drugi?

Cykl kruczy zdobył wielką popularność w Skandynawii, chodzą słuchy że na jego podstawie ma powstać film. Ciężko mi jest wyrazić moją opinię odnośnie do tej książki. Być może jest to spowodowane tym, że zbyt wielu klasyków fantasy już w życiu przeczytałam i ciężko będzie sprostać moim wymaganiom. Po pierwszej części przyszła czas na kolejną , którą już trzymam w dłoniach. Potem się okaże czy skuszę się na tom trzeci czy zakończę spotkanie z norweską autorką.




środa, 21 września 2016

Tytuł : „Mężczyzna w białych butach”
Autor : Michał Larek, Waldemar Ciszak
Wydawnictwo : Czwarta Strona
Rok wydania : 2016
Liczba stron : 328







Odgrzewany kotlet



Ciężko jest recenzować książkę, która nie dość że jest w połowie reportażem to do tego została napisana przez dwójkę autorów. Zawsze jeden z nich będzie tym poszkodowanym, tym który zawiódł i dlatego powieść leży i kwiczy. Tak właśnie było w tym przypadku. Już pierwsze akapity zabiły tą książkę a kolejne były mniej lub bardziej udaną próbą jej reanimacji.

Z pewnością większość z dorosłych czytelników pamięta sprawę pedofila-mordercy grasującego w Polsce na początku lat 90. Chodzi o Tomasza Kwaśniaka zwanego Ręcznikowym dusicielem. Jego ofiarami byli młodzi chłopcy, których zwabiał do domu podrobionymi dokumentami. Dopuścił się pięciu morderstw, i dwóch usiłowań zabójstw. Dopuszczał się również pedofilii. 22 kwietnia 1991 dzięki telefonie od dyrektorki jednej z poznańskich podstawówek mężczyzna został ujęty i osadzony w areszcie. Podczas przesłuchań przyznał się do wszystkich czynów karalnych. Osadzony w więzieniu powiesił się a sprawę umorzono. Jednak pamięć o tym przetrwała.

Ciężko jest mi określić „czym” tak naprawdę jest ta książka. Mamy do czynienia z takim miksem
form, że jednoznaczne określenie gatunku nie jest niestety możliwe. Częściowo kryminał, częściowo thriller. Doszukamy się tu również elementów reportażu a nawet wywiadu. Możemy poczytać o rzeczywistych wspomnieniach oraz zapoznać się z wycinkami z gazet. Jedno wiem na pewno : połączenie tych wszystkich form i treści stworzyło potrawę bardzo ciężkostrawną nawet dla najbardziej cierpliwych czytelników. Gdzieś wyczytałam, że ta książka musi być „żartem” ze strony autorów , żartem z czytelników. I po części się z tą opinią zgadzam. Kiedyś słyszałam żart żeby w niedzielę w restauracji nie jeść zup bo będzie to przegląd resztek z całego tygodnia. Ten przykład doskonale obrazuje tę książkę.

Jak napisałam wyżej najgorszy jest początek. Krótkie rozdziały, czasem po kilka zdań. Pomieszanie form, brak wyraźnych sylwetek bohaterów co prowadzi do tego, że czytelnik się gubi i totalny chaos, zupełny brak pomysłu na jakąkolwiek fabułę. A na dodatek toporne dialogi. Nie lubię książek gdzie przekleństwa mają dodawać pikanterii, temat jest na tyle poważny i szokujący, że obroni się bez wulgaryzmów.

Ale to był początek....a potem coś się zmieniło.

W połowie książki pomyślałam tak : chyba na scenę wkroczył drugi autor. Rozdziały zwiększyły swoją objętość do nawet kilku kartek. Dialogi nabrały życia a postacie kolorów. Już nie mamy do czynienia z suchym przedstawianiem faktów . Nareszcie dochodzi do ich analizy. Nareszcie możemy poznać bohaterów i ich emocje. Jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki żaba zmieniła się w królewicza , a książka ze zwykłego przeciętnego reportażu ( myślę, że nawet by nie zasłużył na wydrukowanie w Super Expressie ) stała się naprawdę dobrym czytadłem.

Kupując tę książkę czytelnik ma swoje oczekiwania . Doskonale wiedziałam jaki był finał całej tej sprawy, detale mogłam doczytać sobie w Wikipedii czy w archiwach gazet. To czego oczekiwałam to analiza , profil psychologiczny psychopaty. Liczyłam, że autorom udało się dojść do faktów nie znanych wcześniej, że czymś nas zaskoczą. Bo jeśli nie to po co odgrzewać ten jakże stary temat? Niestety nie dość, że książka nie niesie ze sobą żadnych rewelacji , a jest zwykłym opisem zdarzeń to jeszcze odniosłam wrażenie , że autorzy zmuszają nas do współczucia. W tej książce Kwaśniak nie jest psycholem i zwyrodnialcem a ofiarą. Człowiekiem z problemami. Sama złapałam się na tym, ja osoba twardo stąpająca po ziemi i nie mająca przebaczenia dla pedofilów, że mu współczuję , ba w pewnym sensie nawet go polubiłam! Skandal.

Wychowana na kryminałach Agathy Christie a potem wielka fanka skandynawskich powieści kryminalnych jestem zawiedziona. Tak wiele tu można było powiedzieć, z tak wiele punktów widzenia. Cały aspekt pracy policji , pracy dochodzeniowej, konfliktów między oddziałami- to wszystko zostało pominięte. Jeśli pedofil- morderca grasował by na szwedzkiej ziemi to byłoby to wielkie zdarzenie, wielkie poruszenie we wszystkich jednostkach, i we wszystkich gazetach. Wszyscy postawieni na nogi, burza mózgów, pościgi, przesłuchania tutaj spokój i sielanka, picie kawy i jedzenie pączków.

Jest to na pewno jedna z gorszych powieści jakie kiedykolwiek przeczytałam. Tak zwany odgrzewany kotlet. Na pewno nie dowiedziałam się nic nowego więc była to strata czasu mojego i na dodatek dwóch autorów.


niedziela, 18 września 2016

Tytuł : „Dziewczyna z Bostonu”
Autor : Anita Diamant
Rok wydania : 2016
Wydawnictwo : WAB
Tytuł oryginału : The Boston Girl
Liczba stron : 352







Nuda w Bostonie




Wciąż pod wrażeniem „Czerwonego namiotu” , który przeczytałam już jakiś czas temu, jak tylko zobaczyłam w księgarni najnowszą książkę Anity Diamant, wprost nie mogłam się doczekać aż zagłębię się w jej lekturze. Poprzednie książki oraz artykuły autorki były dobrym przykładem literatury feministycznej. Świetnie napisane, zmuszające do myślenia perełki literatury. Już od pierwszych stron wiedziałam, że „Dziewczyna z Bostonu” nie wytrzyma krytyki. Laicki, dziecinny język, brak fabuły, nieciekawe postaci wszystko to złożyło się na dość przeciętną powieść, której wydanie możemy zawdzięczać tylko i wyłącznie sławie autorki.

Rodzice Addie Baum wyemigrowali do Stanów zjednoczonych w ostatnich latach XIX wieku. Nasza młoda bohaterka urodziła się już w Ameryce. Los emigrantów w tamtych czasach był niezwykle ciężki. Problemy ze znalezieniem pracy, niskie zarobki w połączeniu z wysokimi czynszami, wszystko to sprawiło, że dwie starsze siostry Addie już jako nastoletnie dziewczynki były zmuszone do podjęcia pracy zarobkowej. Dziewczynce , szczęśliwym zrządzeniem losu zostało to oszczędzone, i mogła pójść do szkoły. Dzięki sobotnim kółkom czytelniczym, na które uczęszczała poznała osoby, dzięki którym w dorosłym życiu mogła zrobić karierę.



Jako, że sama jestem emigrantką lubię czasem poczytać o ludziach, których los zmusił do opuszczenia swojego kraju urodzenia. Jednak powiem wam jak najłatwiej zepsuć książkę. Po pierwsze wybór postaci. Zupełnie nie wiem dlaczego większość autorów upiera się na Żydów. Temat nieco wyświechtany, szczególnie jeśli mamy do czynienia z młodą , piękną ( a jakże ) żydówką pochodzącą z biednej polskiej rodziny. Kolejnym gwoździem do trumny jest uczynienie z tej żydówki pisarki czy dziennikarki. Często się zastanawiałam co jest takiego fascynującego w tych zawodach, że większość książkowych emigrantów właśnie taką ścieżkę kariery wybiera. Czemu nie zostają prawnikami, lekarzami albo chociaż hydraulikami? Jednym słowem najlepszym sposobem na zniszczenie książki jest „powielenie” fabuł dzieł innych autorów.

Najsłabszą stroną powieści jest jej fabuła, a konkretnej mówiąc jej brak. Historia opowiadana jest z perspektywy 85-letniej staruszki, która opowiada o swoim życiu swojej wnuczce. W przypadku opowieści poniekąd biograficznych ( choć o postaciach fikcyjnych ) zawsze oczekuję, że dana osoba ma coś ciekawego do przekazania. Jakieś tragedie z przeszłości, niezdradzone tajemnice, lub chociażby karierę tak niesamowitą, że aż żal się nią nie pochwalić. Tutaj nic takiego nie było. Życie Anny to typowy los amerykańskich imigrantów. Nie mamy tutaj zbrodni, nie leje się krew, nie ma tajemnic, nie ma nawet seksu. Po prostu wieje nudą. Na okładce książki możemy przeczytać „ Jedno życie, w czasie którego zmieniły się nie do poznania świat i los kobiet”. Czytając to spodziewałam się, że nasza bohaterka miała jakiś wpływ na te zmiany, jednak większość czasu autorka poświęca młodości dziewczyny. Dopiero z ostatnich kilku stron , w bardzo lakonicznej formie, czytelnik dowiaduje się kim tak naprawdę stała się Addie .

Ameryka XX wieku to nie kraina mlekiem i miodem płynąca. Prohibicja, sieroce pociągi, epidemia grypy, lincze na czarnoskórych tak w rzeczywistości wyglądała ta ziemia obiecana. Oddam honor autorce , że nie starała się wybielić obrazu tego jakże wielkiego kraju. Jednak zabrakło tutaj dynamiczności. Takie sceny powinny wzbudzać w czytelniku uczucia strachu, współczucia. Powinniśmy płakać rzewnymi łzami nad niesprawiedliwością. Chociaż bardzo się starałam nie uroniłam ani jednej łzy. Spokojnie mogłam zajadać biszkopty czytając o ukrzyżowanych czarnoskórych, umierających dzieciach , ofiarach wojen światowych , konkretniej pierwszej bo o drugiej nie było nawet wzmianki. Doskonałym przykładem tego braku demoniczności była scena, kiedy jeden z bohaterów został zabity siekierą by w kolejnej scenie poniekąd sprawczynie tego linczu mogły spokojnie zasiąść do jedzenia szarlotki.
Tutaj potencjał nie został wykorzystany. A przecież tyle mogło zostać napisane. Był to czas rodzących się w Stanach ruchów na rzecz zmian, rodziła się sprawiedliwość społeczna.

Powodem tego, że książka nie wzbudziła we mnie żadnych emocji był zapewne styl jakim została napisana. Przyzwyczajona do liryczności prozy autorki, do stylu który zmusza czytelnika do przemyśleń, byłam bardzo zaskoczona, kiedy dostałam powieść napisaną językiem nastolatki. Prosty styl, mało skomplikowane słownictwo i gramatyka. Wstyd mi było, że spod pióra tak znakomitej pisarki wyszło tak marne dzieło.

Ciężko mi oceniać tę książkę ponieważ nadal nie mogę uwierzyć , że została ona napisana. Toporny, dziecinny język, totalny brak fabuły, nudna główna bohaterka. Ciekawi mnie czemu do głównej roli w tej powieści autorka wybrała właśnie Abby, dziewczynę już amerykankę, która nigdy nie była w kraju swojego pochodzenia. Dlaczego wątek wiecznie utyskującej matki, która tęskniła za krajem nie został bardziej rozbudowany? Czasem zdawało mi się, że postać matki została wprowadzona tylko i wyłącznie po to, żeby kobieta mogła się z kim kłócić, a wiadomo bez kłótni nie ma dramatu. Czemu główną bohaterką nie została jedna z przyjaciółek Abby? Może wywodząca się z biednej rodziny odnosząca sukcesy prawniczka? Albo artystka, która wyjechała do Nowego Meksyku uczyć się sztuki garncarskiej od starej Indianki? Z pewnością ich życie było ciekawsze.


Mam nadzieję szybko zapomnieć o tej książce, i wymazać ją z dorobku jednej z moich ulubionych autorek. Nadal z niecierpliwością czekam na jej kolejne powieści, które mam nadzieję zetrą z moich ust niesmak jaki pozostawiła po sobie ta jakże gorzka potrawa. 

sobota, 17 września 2016

Tytuł : „Wstyd”
Autor : Helen FitzGerald
Data wydania : 2016
Wydawnictwo : Burda Publishing Polska
Tytuł oryginału : Viral
Liczba stron : 296







Internetowi kalecy



Powiem szczerze, książka „Wstyd” trafiła do mnie zupełnym przypadkiem. Nie wiem, że zawiniła księgarnia internetowa czy ja, jednak kiedy otworzyłam paczkę znajdowała się na samym wierzchu. Zamiast zrobić karczemną awanturę i kłócić się o zwrot pieniędzy postanowiłam dać jej szansę. I stało się jak w przypadku pewnie niejednego z was. Już pierwszy akapit wbił mnie w fotel. Tak to jest kiedy pierwszymi słowami głównej bohaterki są jej perypetie seksualne , szczególnie jeśli dotyczą więcej niż dwóch osób. Zaczynało się ciekawie, i przyznam z pewnym zaskoczeniem równie ciekawie się skończyło. Troszeczkę gorzej było w środku jednak ogólnie jestem na tak.

Su Oliphant-Brotheridge tuż po urodzeniu została porzucona na progu koreańskiego sierocińca. Po roku czasu adoptowała ją szkocka rodzina, która pomimo starań nie doczekała się własnego potomka. Kiedy dziewczynka zjawiła się na wyspie Beth, świeżo upieczona mamusia , dowiedziała się że jest w ciąży. Po roku urodziła się kolejna córka. Przez pierwszych kilkanaście lat dziewczynki były papużkami nierozłączkami, jednak kiedy weszły w okres dojrzewania zaczęły się od siebie oddalać. Leah, młodsza z dziewcząt zaczęła unikać swojej skośnookiej siostry. Po ukończeniu szkoły średniej Leah w ramach nagrody wybłagała na rodzicach pozwolenie na wyjazd na Majorkę. Warunkiem jednak było zabranie Su. Leah by nie wstydzić się swojej adoptowanej siostry postanowiła zmienić ja z szarej, nieatrakcyjnej kujonki w imprezowego wampa. Podczas imprezy w clubie Coconut Lounge, znanym z perwersyjnych zabaw, pijana i nafaszerowana extasy Su uprawia sex oralny z 12 mężczyznami. Jeden z nich nagrywa filmik, który ląduje na YouTube. Kiedy następnego dnia, dziewczyna odkrywa, że online zobaczyło ja kilka tysięcy ludzi a liczba ta ciągle idzie w górę, postanawia nie wracać do domu i kupuje bilet na najbliższy prom do Barcelony.

Zacznę od minusów. Najpewniej najsłabszą stroną tej powieści są bohaterowie. Już już wydaje nam się, że znamy ich profil osobowościowy, by na następnej stronie zrobili coś co do nich zupełnie nie pasuje. Zastanawiam się czy zabieg tego swoistego rozdwojenia jaźni był celowy czy raczej wyszło to zupełnie przypadkowo. Atrakcyjna, cicha i zamknięta w sobie kujonka przeobraża się w dyskotekowego wampa, by w następnej chwili stać się agresywną outsiderką, na mściwej desperatce kończąc. Leniwa, mało ambitna, chamska młoda dziewczyna zamienia się w posłuszną córeczkę, która gdzieś po drodze gubi pazur i staje się zwykłymi ciepłymi kluchami. Pani sędzia, która w życiu nie złamała żadnego prawa, w jedynym dniu łamie ich całą masę , a na dodatek nie zdaje sobie sprawę z konsekwencji prawnych. Troszkę to naciągane. Jedyną osobą, która wydawała się prawdziwa i którą dało się polubić był ojciec dziewczynek. Kojarzył mi się z panem Dulskim. Taka cicha woda co brzegi wrze. Niby taka szara eminencja ale jak huknął to aż mu zaczęłam bić brawo.

A jeśli już jesteśmy przy bohaterach, może skupmy się na ich emocjach. Mamy tutaj do czynienia z niezwykle dysfunkcjonalną rodziną. Może nas dziwić to jak wyglądają imprezy na Majorce, mogą nas dziwić zabawy w stylu słoneczka, jednak moim zdaniem to co się stało było wypadkową wychowania. Wychowania bezstresowego. W tej rodzinie sam sobie rzepkę skrobie. Oprócz niedzielnych obiadków , z których jedna córa jak najszybciej dawała nogę a druga bała się rozmawiać, nie ma tutaj relacji dziecko-rodzic. Bo czyż troskliwi lub choćby interesujący się losem dziecka rodzice nie zauważali, że dziecko chodzi pijane? Czy każda normalna rodzina daje niepełnoletnim alkohol do obiadu? Czy jak rodzic znajduje pochowaną po kątach marihuanę to ją wyrzuca do kosza i udaje, że nic się nie stało? A kiedy dochodzi do tragedii to nadal wszyscy robią wszystko na własną rękę. Kuriozum było dla mnie wysłanie 17-latki samej na Majorkę by odszukała siostrę. Tego wszystkiego było troszkę za dużo. Czułam się jak bym nie miała do czynienia z rodziną tylko z jakiegoś rodzaju komuną lub kibucem. I te emocje. Albo były przesadzone albo nie było ich w ogóle.

Cieszę się, że dorastałam w czasach kiedy internet nie był jeszcze popularny. Siedziało się cały dzień na trzepaku. Rzucało kamieniami w okno koleżanki żeby wyszła na dwór. Teraz jak patrzę na młodych ludzi, to nawet będąc w grupie nie potrafią się odkleić od ekranów telefonów komórkowych. Serwisy społecznościowe, emaile, gry w stylu pokemonów, teraz to internet kieruje naszym życiem. Co chwilę sprawdzamy liczbę lajków, smucimy się gdy nasze nowe selfie nie zostało zauważone. A negatywny komantarz lub inne hejty nie raz już doprowadziły do samobójstwa. Właśnie o tym opowiada ta książka. O tym , jak sprytnie pozbawiono nas wolności i prywatności, i tylko nieliczni potrafią nie żyć mainstreamowo. I właśnie tego powinno być nam wstyd.

Książka to również doskonałe studium psychologiczne na temat współczesnej rodziny. Dużo się zmieniło od czasów kiedy byłam młoda. Nastąpił rozpad więzi rodzinnych. Rodzice zajęci są robieniem kariery kosztem własnych dzieci, a one pozostawione samym sobie zmuszone są dorosnąć szybciej. Jednak to przyśpieszone dojrzewanie jest wbrew naturze i może mieć czasem tragiczne konsekwencje.

Książka ta w doskonały sposób pokazuje jak egocentryczną i egoistyczną istotą jest jednostka ludzka. Nawet kiedy dzieje się tragedia myślmy tylko i wyłącznie o sobie. O własnym wstydzie, o tym jak to wpłynie na postrzeganie nas przez innych. I niestety musimy być ze sobą szczerzy, dla większości z nam sami jesteśmy centrum wszechświata. Może właśnie to wytyka nam autorka? Radzi nam rozejrzeć się wokół? Uniezależnić się od tego co powiedzą inni?

Lubię książki, które dają do myślenia, dlatego dziękuję autorce za tę powieść. Nie dość, że wspaniale spędziłam przy niej czas bo jest doskonale napisana i da się ją przeczytać za jednym posiedzeniem to jeszcze zmusza do wyciągnięcia wniosków i jest wspaniałym wstępem do szerszej dyskusji. 

czwartek, 15 września 2016

Tytuł : „ Sługi boże”
Autor : Adam Forman
Rok wydania : 2016
Wydawnictwo : Agora
Liczba stron : 360






Blaszany termos



Uf chyba pierwszy raz w życiu udało mi się przeczytać książkę tuż przed jej filmową adaptacją, i tym oto sposobem pewnie zaoszczędziłam parę groszy. Patrząc na okładkę ( nie śmiejcie się ale z początku myślałam, że to książka fantasy ) pomyślałam, że w końcu dorobiliśmy się nowego polskiego superbohatera, odmłodzoną wersję niezłomnego porucznika Borewicza. Ten chód, kwaśna mina i nieodłączny pistolet. Niestety nic z tego nie będzie. Pomimo sporego potencjału ( bardzo ciekawa fabuła ) nasz bohater wyszedł raczej blado. Pewny chód wydaje mi się przykrywką dla rozchwiania emocjonalnego, kwaśna mina .. no to zobaczycie sami, a pistolet zamieniłabym na nieodłączny termos.

Policyjna, niemiecka analityczka Ana Wittesch po nieudanej akcji, której celem było rozbicie kartelu narkotykowego, zostaje wysłana do Polski, by dać swoim przełożonym czas na wyciszenie skandalu. We Wrocławiu ma się skontaktować ze swoim krewnym, proboszczem jednego z wrocławskich
kościołów. Duchowny wpadł na trop machlojek dotyczących wykupu ziem należących do Kościoła, które w czasach komuny zostały mu odebrane. To właśnie młoda kobieta ma dojść do tego kto był zamieszany w ten proceder. Kiedy Ana dojeżdża na miejsce z wieży Kościoła, w którym dostała swoją cele skacze młoda niemiecka obywatelka. Policja podejrzewa, że nie było to samobójstwo. Ana postanawia włączyć się w śledztwo, któremu przewodzi znany we wrocławskich kręgach ze swojej porywczości, Waldemar Warski.

Zacznę od języka. Na wstępie akcja książki rozgrywa się w Berlinie. Niemiecka policja usiłuje zgarnąć szajkę handlującą kokainą. Niemieccy komisarze, rozmowa oczywiście po niemiecku a jednak ponieważ przeciętny polski czytelnik niemieckiego nie zna całość zręcznie przetłumaczona na język polski. Wszystko to się zmienia kiedy Ana przekracza granicę naszego kraju. Od tego momentu autor za wszelką cenę stara nam się utrudnić czytanie. Oczywiście zdajemy sobie sprawę, ze język polski Any, pomimo polskich korzeni, nie jest perfekcyjny. Jednak połączenie niemieckiego ( tutaj już niestety go nie przetłumaczono ) z polskim, do tego niepoprawnym gramatycznie jest ciężkim orzechem do zgryzienia. Niektórych dialogów wprost nie da się zrozumieć. I do tego nasza pani komisarz nie jest wyjątkiem. Watykański wysłannik, również ma problemy z naszym językiem co autor oczywiście musiał podkreślić. Wygląda to groteskowo, i takie jest też w odbiorze.

Idąc za ciosem ciśnie mi się na usta pytanie. Czy ta książka została napisana tylko z myślą o czytelnikach z Wrocławia i okolic ? Tam język niemiecki jest z pewnością popularniejszy niż w innych częściach naszego kraju – dlatego niemieckie wtrącenia jeszcze jestem w stanie zrozumieć, choć mam wrażenie, że to sam autor pragnie się pochwalić znajomością języka, ale na Boga dlaczego zostałam pokarana nauczeniem się na pamięć topografii tego jakże pięknego miasta? Czytamy tak : skręcił w ulicę Łazienniczą, zaparkował przy Zamkowej , poszedł do kawiarni przy jakiejś tam. Czy naprawdę Adam Forman myśli, że ktoś czyta książkę w drugiej ręce przewijając Google Street Maps? To czego się spodziewałam to opisy , legendy z życia tego miasta a dostałam atlas drogowy w wersji pisanej , również użyteczny jak narty zimą.

Jak nadmieniłam we wstępie książka ma spory potencjał, a fabuła momentami wciąga tak, że człowiek zapomina o bożym świecie. Jednak odniosłam wrażenie, że autor pisał powieść wiedząc, że będzie ona podstawą dla scenariusza filmowego. Gdzieś od połowy cała akcja przyśpiesza tak, że opisy zdarzeń zostają zastąpione równoważnikami zdań. Podam przykład :

Asporant toczek pomylił korytarze.
Ana biegnie,
Grotecki dopiero zaczyna bieg na górę.

Nikt nie powie , że jest to styl pisania, którego oczekuje wymagający czytelnik, bo zamiast ciekawego opisu akcji dostajemy kolaż zupełnie do siebie nie pasujących obrazów.
Na domiar złego mam wrażenie, że sam autor pogubił się w swojej intrydze. Nie wiem czy zabrakło tu wiedzy czy też zdolności pisarskich ale wątek kościoła i jego dóbr doczesnych był dla mnie zupełnie niezrozumiały, przypuszczam, że dla autora również gdyż poniekąd użył go jako tła nigdy nie doprowadzając do końca.

Oprócz naszej głównej bohaterki, Any, reszta wypada strasznie blado. Reszta czyli Waldemar Warski. Niby taki kozak co strzałami w głowę pozbywa się kłopotów ( aż dziwne, że nie został zawieszony ), a z drugiej strony zwykły nękany tragediami z przeszłości, impulsywny były alkoholik. Nie takiego bohatera się spodziewałam, i szczerze powiedziawszy bardzo bym chciała żeby „Sługi boże” nie były częścią żadnej większej serii.

Ponadto uważam, że autor ma kompleks mniejszości i czytając tą książkę w wielu miejscach odnosiłam wrażenie, że Polska to taki niemiecki 51 stan. My nie przeprowadzamy lustracji, oni nadal rozpracowują dokumenty Stasi, u nas szczytem luksusu jest nowa Skoda Oktawia kiedy niemiecka policjantka rozbija się Porsche. Nawet centra handlowe u nas pachną smażonymi pierogami i kapucha, zamiast perfumami i lansem. Mało brakowało a poczułabym się gorsza. Całe szczęście to wszystko wierutne bzdury.

Na pocieszenie dodam, że jest to debiut autora i na całe szczęście ma się od kogo nauczyć , przecież to właśnie w Wrocławia jest mój ulubiony polski autor kryminałów marek Krajewski. Panie Marku : może jakieś korepetycje?





wtorek, 13 września 2016

Tytuł : „Harda”
Autor : Elżbieta Cherezińska
Rok wydania : 2016
Wydawnictwo : Zysk i S-ka
Liczba stron : 591







Dumna z kniei




Pragnę podzielić się z wami moimi wrażeniami po moim pierwszym spotkaniu z twórczością Elżbiety Cherezińskiej. Przyznam szczerze, że do tej pory się bałam sięgnąć po jej wcześniejsze powieści. Po pierwsze niezbyt przepadam za fabularyzowanymi książkami historycznymi ( szczególnie o osobach, których istnienie może być mitem ) po drugie przerażała mnie sama objętość dzieł autorki. Tym razem postanowiłam zrobić wyjątek. Skłoniła mnie do tego postać Świętosławy, o której czytałam kiedyś jeden ze skandynawskich mitów, gdzie jej postać mnie oczarowała.

Akcja rozpoczyna się w roku 966 kiedy książę Mieszko po ślubie z czeską księżniczką Dobrawą przyjmuje Chrzest. Księstwo polskie jest wtedy bardzo rozległe a dzielny władca dzięki swojej waleczności jak i dyplomacji z roku na roku powiększa jego ziemie przyłączając coraz to nowe krainy. Mieszka ma jednego syna i cztery córki i to właśnie one stają się gwarantem spokoju. Jednak to właśnie Świętosława, córka Dobrawy była największą kartą przetargową księcia. To jej zamążpójście miało przysporzyć mu mocnych sojuszników. Już jako nastolatka Świętosława się zakochała w jednym z synów północy. Czy dane będzie jej poślubić swojego wybranka, czy jej ojciec zaplanował dla niej inny mariaż?


Z początku obawiałam się ( jak w przypadku każdej książki historycznej ), że nie nadążę za ilością dat, nie strawię opisów krwawych bitew czy nie doczytam dialogów z nudnych narad wojennych. Jednak moje obawy okazały się płonne. Książka została doskonale sfabularyzowana i w większości opowiada o losach naszej „Hardej”. Oczywiście ważny jest też motyw Mieszka i jego podbojów oraz wątek jego syna Bolesława – przyszłego króla polski. Mamy tu tez ogrom wątków pobocznych, które dają nam pełny obraz ówczesnej Europy.
Chociaż na lekcjach historii nigdy nie zdarzyło mi się zasnąć, dopiero teraz zdałam sobie sprawę jak dużo z nich zapomniałam. Czytając tę powieść odniosłam wrażenie jak bym cofała się w przeszłość, kiedy pojęcie „państwa” nie było jeszcze znane. Nie mamy do czynienia z Polską jaką znamy teraz, nasz ówczesny kraj był zbitkiem dzielnic, ziem czy prowincji i każda z nich miała swojego pana. Sojusze zmieniały się z dnia na dzień, krew lała się strumieniami , a dobry władca cechował się nie tylko zręcznością w walce, musiał być również dobrym strategiem i analitykiem.
Zawsze myślałam, że to właśnie synowie panujących byli najmocniejszym ogniwem dynastii bo dzięki nim mogła być zachowana ciągłość władzy. Myślałam, że kobiety-córki były raczej wypadkiem przy pracy. Jednak jak się okazuje to właśnie one bardzo często były gwarantem pokoju. Oddawane za żony swoim sojusznikom a czasem i wrogom zjednywały sobie ich poparcie. Z jednej strony jest to piękne a z drugiej pokazuje nam jak strasznie przedmiotowo je traktowano. Otaczane dworem i służbą, rozpieszczane w dzieciństwie pięknymi strojami i klejnotami , tak naprawę były niczym innym jak przedmiotem targu. Wszystko było zależne od ich panów ojców, a w szczególności to z kim pójdą do alkowy.

Właśnie przez to uprzedmiotowienie kobiet czułam się dumna, że istniały ( podobno ) takie kobiety jak nasza Harda ( czy z duńska Storrada co znaczy dumna ). Owszem nawet podlegała woli ojca, przez to złamano jej serce, jednak się nie poddała. Pojechała sama jedna, na daleką północ, z dala od rodziny i przyjaciół , do męża którego wcześniej nawet nie widziała na oczy. Jednak znalazła w sobie siłę by lud się w niej zakochał a mąż traktował jak równorzędną partnerkę. Spalenie swoich zalotników, otwarte i szczere rozmowy ze swoim mężem, odwaga i siła , która nie przystawała kobietom tamtych czasów- to cechy które mnie zachwyciły. Jednak widziałam też drugą stronę medalu. Były momenty w których nasza harda królowa zachowywała się jak mała dziewczynka. Chociażby to, że nazwała swojego syna imieniem dawnego ukochanego, czy sam fakt jak odzywała się do swoich rysi- zupełnie jak by były jej dziećmi – troszkę mnie to śmieszyło.
Jednak motywów 'zwierzęcych” jest w książce dużo więcej. Koty, wielbłądy, jastrzębie, sokoły , cały ten inwentarz na kartach książki zostaje spersonifikowany.

Powieść ta jest doskonała książką historyczną. Oh jakże ja żałuję, że nie dane mi było z takich podręczników uczyć się historii naszego kraju. Wiem wiem, zanim by ją uczniowie przeczytali to pewnie by się skończył semestr. Jednak opisy obrzędów i kultów dawnych bogów, noce sobótkowe i wielkanoc wszystko to czytało się jak legendę. Ciężko sobie teraz wyobrazić, że kiedyś nasi przodkowie modlili się do pomników starych bogów, że skandynawowie wraz ze swoimi zmarłymi władcami chowali również ich żony , które mogły cieszyć się jak najlepszym zdrowiem.
Jednak uczymy się nie tylko historii polski, poznajemy również zwyczaje szwedzkie , norweskie czy duńskie. Berserków, wikingów i barbarzyńców. Smucimy się patrząc na ubogiego króla Anglii Ethelreda i radujemy patrząc jak rośnie w siłę cesarstwo saskie ( no może nie wszyscy się radują patrząc na historię ostatniego stulecia ).

W książce były jednak pewne zgrzyty, chociażby fakt że szlochano całą noc, a z oczu nie popłynęła żadna łza- to trzeba mieć talent. Albo słowa Storrady „ te rysie nie są oswojone” , i mówi to kiedy jej słóżka prowadzi je na smyczy. Widać momentami autorce zabrakło konsekwencji.

Wiem, że spodziewamy się drugiego tomu już jesienią i jestem z tego powodu bardzo rada. Na początku książka opowiadała o losach wielu bohaterów, jednak ich wątek w pewnym momencie się urwał. Co się działo z Bolesławem, który znika gdzieś w połowie książki? Co się dzieje w Wolinie czy w Jom? Tam też zostawiliśmy ciekawych bohaterów, mam nadzieję że w następnym tomie spotkamy się z nimi znowu.

Harda” to ciekawa opowieść historyczna , którą można porównać do „Królów przeklętych” , choć napisana z nieco mniejszym rozmachem i troszkę mniej elokwentnym językiem. Z drugiej strony ciężko jej nie przyrównać do „Gry o tron”. Choć to nie pojawiają się smoki to mamy do czynienia z wieloma bogami, czarami i wróżbami. W istocie jest tutaj wszystko dla wymagającego czytelnika. A jednak czegoś mi zabrakło. Lektura mnie porwała jednak nie do końca. A najdziwniejsze jest, że nie wiem dlaczego. Może wy mi coś podpowiecie?

piątek, 9 września 2016

Tytuł : "Cień eunucha"
Autor : Jaume Cabre
Rok wydania : 2016
Wydawnictwo : Marginesy
Liczba stron : 496
Tytuł oryginału : L'ombra de l'eunuc









Drukowane muzyką




Do tej pory przeczytałam wszystkie przetłumaczone na język polski książki Jaume Cabre i w jednym muszę się z autorem zgodzić. Jest to jego jak do tej pory najlepsza pozycja. Dlatego cieszę się, że po (moim zdaniem) nieudanym „Jaśnie Panie” dałam autorowi kolejną szansę. Tym razem byłam wprost zafascynowana książką. Nie wiem czy wpływ na to miała sama fabuła ( uwielbiam sagi rodzinne ) czy po prostu zmieniłam podejście do samego autora ( poprzednią jego książkę przeczytałam już jakiś czas temu ). Jedno wiem na pewno, te kilkanaście godzin spędzonych z tą pozycją było nie dość, że czasem przyjemnie spędzonym to jeszcze czułam się jak bym obcowała z prawdziwą sztuką , i wierzcie mi nie chodzi tylko o literaturę.

Po pogrzebie najbliższego kolegi Bolosa, Miquel Gensana zostaje zaproszony przez koleżankę z pracy na kolację. Pragnie ona dowiedzieć jak najwięcej o życiu tego zmarłego polityka, by napisać o nim pożegnalny artykuł. Zrządzeniem losu lokal do którego pojechali okazał się domem rodzinnym Miquela, przerobionym na ekskluzywną restaurację. Przytłoczony wspomnieniami z dzieciństwa, młodości jak również wieku średniego mężczyzna zaczyna swój monolog, w którym opowiada historię swojego niekoniecznie szczęśliwego życia. Opowiada o 200 latach historii swojej rodziny, o jej sekretach i ludziach którzy byli mu bliscy lub których z całego serca nienawidził. Dokonuje swoistego rozliczenia z przeszłością, przechodzi wewnętrzne katharsis.

W paru recenzjach przeczytałam, że minusem tej książki jest zbyt dużo odnośników do muzyki. Na pierwszy rzut oka widać, że twórcy tych komentarzy nie mieli wcześniej żadnej styczności z autorem. U Cabrego w każdej książce widać jego muzyczną pasję. Przyznam szczerze nie jestem fanką muzyki klasycznej, znam tylko to co powinnam, żeby nie było wstyd w towarzystwie. Pojawiające się w książce nazwiska, nazwy symfonii czy arii niezbyt wiele mi mówiło. Podczas czytania pojawiła się myśl : Ile ja był dała, żeby być obeznaną z tymi wielkimi muzycznymi działami, ile więcej radości mogłabym wyciągnąć z tej powieści, gdybym słyszała podkład muzyczny. W pewnym momencie chciałam włączyć youtube i wyszukiwać klasyków po kolei. Jednak zdałam sobie sprawę , że jest to karkołomny wyczyn i musiałam się obejść smakiem, wygrywając w duszy oberki lub marsze Mendelsona. Ale faktycznie odnośników do muzyki jest tutaj całe mnóstwo. Chociażby 8 Wielkich symfonii, osiem krzywd które dotknęły wuja Miquela.

Zaskoczył mnie sposób prowadzenia narracji. Cała akcja powieści toczy się przy jednym restauracyjnym stoliku gdzie bohater opowiada dzieje swojego życia, wplatając w to opowieści swojego wuja o historii rodziny Gensana. Powiem szczerze, że pierwszy raz w życiu spotkałam się z tak dziwnym sposobem prowadzenia narracji. Początki rozdziałów, czy czasem nawet akapitów pisane są w trzeciej osobie ( Miquel Gensana Zazdrosny zrobił) by w dalszym tekście gładko przejść do narracji pierwszoosobowej. Z początku może się to wydawać denerwujące jednak po kilku stronach dochodzimy do wniosku, że jednak jest to coś nowego, wyjątkowego.
Książka jest podzielona na rozdziały. Naprzemiennie czytamy opowieść o życiu Miquela by w kolejnym rozdziale opowiadał nam wuj głównego bohatera. Wprowadza to niepotrzebny chaos , szczególnie, że imiona Maurycy i Miquel , chociaż zupełnie różne , w druku wyglądają niezwykle podobnie. Może nam zając troszkę czasu by dojść do tego kto akurat zabiera głos. Jednak taki defekt to nie wada, ćwiczy naszą cierpliwość i spostrzegawczość.

Powiem szczerze, że fabuła nie jest wysokich lotów. Mamy do czynienia ze zwykłą sagą rodzinną. Owszem pełną sekretów ( to normalne w wielopokoleniowej rodzinie, której udało się przetrwać obie wojny światowe) jednak żaden z nich nie jeży nam włosów na głowie. Ot zwykłe problemy, zdrady i kłamstwa jak w większości polskich domów. Spodziewałam się, że fabuła pójdzie w innym kierunku, w końcu Miquel był święcie przekonany, że jego kolega Bolos został zamordowany, jednak tej zagadki nie udało nam się rozwiązać. Również sam koniec powieści pozostawia dużo do życzenia, pozostawia nas z setką pytań na które łakniemy odpowiedzi. Autor pozostawił otwarte zakończenie chociaż dobrze wiedział, że kontynuacji nie będzie.

Jednak to nie fabuła jest mocną stroną tej powieści tylko ładunek emocjonalny jaki ze sobą niesie. To książka o przyjaźni i miłości, o ciemnych stronach życia rodzinnego i o ludzkim przeznaczeniu. Z jej kart wypływa smutek, który przechodzi na czytelnika. Miałam wrażenie, że jestem spowiednikiem osoby bardzo nieszczęśliwej, tuż nad skrajem przepaści. To opowieść o tym jak nasze uczynki w przeszłości kształtują naszą przyszłość. Wiem, że to banalne ale autor w piękny sposób daje nam do zrozumienia, że nie da się cofnąć czasu. Jest to dla nas przestroga a jednocześnie drogowskaz. Mamy tutaj walkę dobra ze złem, ścierania się tych dwóch czynników w umyśle człowieka. Jest to książka pełna wyrzutów sumienia a zarazem pełna nadziei.

Mogą razić powtórzenia, te same historie opowiadane po wielokroć, może razić zaburzona chronologia czy dodawanie przezwisk ( Miguel Gensana Wojownik, Miguel Che Gensana ), chociaż mi to się akurat podobało gdyż odzwierciedlało stan duchowy bohatera w danym okresie jego życia, jednak całość robi dobre wrażenie. Książka ma też ciekawy rys historyczny. Epoka buntu przeciwko generałowi Franko czy bunt studentów 1968 roku ( nawet nie wiedziałam, że Hiszpania też w tym brała udział ). Poznajemy życie prawdziwych ludzi, ich codzienną walkę z reżimem, jakże podobną do tego czego doświadczyła polska.


Wszystkim polecam tę niesamowitą, pełną tajemnic książkę, gdzie z kart płynie muzyka klasyków.   

wtorek, 6 września 2016

Tytuł : „Stół króla Salomona, Poszukiwacze”
Autor : Luis Montero
Rok wydania : 2016
Wydawnictwo : Rebis
Tytuł oryginału : La mesa del rey Salomón. Los buscadores
Liczba stron : 528





Chcesz poznać tę historię
zapewniam, że jest niezła”





W życiu każdego z nas z pewnością nastaje taki czas, że mamy ochotę przeczytać coś lekkiego, jak by było inaczej to powieści przygodowe w stylu Dana Browna nie cieszyły by się taką popularnością. Sięgając po „Stół króla Salomona” zdawałam sobie doskonale sprawę, że zaczynam zabawę z Indianą Jonesem, tylko na papierze. Dostałam wszystko to czego oczekiwałam. Tajemnicę, szybką akcję, przygodę i ciekawych bohaterów z również ciekawym poczuciem humoru. Muszę przyznać, że te kilka godzin jakie spędziłam z powieścią nie należą do straconych. Co prawda nie była to żadna intelektualna rozrywka jednak nawet dorosłym ludziom potrzeba w życiu czasu beztroskiej zabawy.

Tirso Alfaro, doktorant na wydziale sztuki, dostaje miejsce na praktykach w muzeum Canterbury.
Przedmiotem jego pracy doktoranckiej jest Patena z Canterbury, legendarne naczynie wywiezione przed wiekami z Hiszpanii. Kiedy po miesiącach oczekiwań Muzeum wyraża zgodę by Tirso mógł obejrzeć z bliska eksponat, młody mężczyzna jest wniebowzięty. Kiedy po godzinach otwarcia udaje się na miejsce by sfotografować Paterę jest świadkiem jej kradzieży. Na jej miejsce podłożony zostaje falsyfikat. Nikt nie wierzy w zapewnienia Alfaro, że drogocenne naczynie zostało skradzione. Mężczyzna traci miejsce na praktykach i pracę w muzeum. Z braku środków do życia zmuszony jest wrócić do rodzinnego Madrytu. Już na miejscu trafia na enigmatycznie zredagowane ogłoszenie o pracę. Zaintrygowany postanawia wziąć udział w procesie rekrutacyjnym. Troszkę dzięki szczęściu a troszkę wiedzy i doświadczeniu zdobywa posadę w Narodowym Korpusie Poszukiwaczy – grupie ludzi, którzy na zlecenie hiszpańskiego rządu trudnią się odzyskiwaniem wywiezionych z kraju dzieł sztuki. Tym razem chodzi o listę Baileya, z której przedmioty mają ujawnić miejsce ukrycia mitycznego Stołu Króla Salomona.

Na początek pragnę zwrócić uwagę na naszych głównych bohaterów. Autor zadał sobie dużo trudu by każda postać była prawdziwym indywidualistą. Mamy tutaj do czynienia z prawdziwym przekrojem grup społecznych. Mamy tutaj do czynienia z zapalonym, bałaganiarskim acz genialnym informatykiem, dla którego internet i jego mroczna strona nie mają żadnych tajemnic. Jest też wynalazcą. Jest również inteligentny młody człowiek, którego wiedza książkowa jest w stanie rozwikłać każdą zagadkę a uroda zapewnia misji powodzenia. Poznajemy introwertyczną sekretarkę, która wie wszystko o wszystkich a jej przenikliwość nie zna granic. Żołnierza wyrzuconego ze szkockiej armii, który wetując sobie tę stratę kieruje się w życiu własną czasem egoistyczną ideologię. Mięśniaka, który sprawia wrażenie tępego osiłka jednak w rzeczywistości jest inteligentnym zastępcą szeryfa. I słodką, piękną Danny- młodą damą, znawczynię sztuki która nie lęka się niczego. Jednak moimi ulubionymi bohaterami była para bliźniaków Alfa i Omega- jubilerzy współpracujący z Poszukiwaczami. Ich wtrącenia po łacinie i mowa wierszem mogła być męcząca jednak dla mnie była to niesłychana gratka.
Na sam koniec zostawiłam sobie naszego Tirso. Postać, która ma więcej szczęścia niż rozumu, aż dziw bierze , że udało mu się przeżyć do końca książki. Ten ponad trzydziestoletni mężczyzna jest wiecznym studentem, który nie wie co chciałby robić życiu. Z jednej strony rozważny i inteligentny z drugiej rzuca się z gołymi rękami na uzbrojonych przestępców. Dzięki matce , znanej hiszpańskiej pani archeolog interesuje się sztuką i ma szeroką wiedzę encyklopedyczną , aż dziw bierze, że tak rzadko z niej korzysta. W pewnym momencie jego wpadki mogą męczyć. Jednego za to nie możemy mu odmówić dobrego poczucia humoru.
Wydawałoby się, że każdą z postaci znamy na wylot, jednak zdarzają się wpadki. Na przykład czemu znana całemu światu archeolog Jordan myli gwiazdę Dawida z symbolem króla Salomona? Dlaczego mądry Bańka kryje przestępcę ( przeczytajcie się a dowiecie się o co chodzi bo to wielka nieścisłość w książce ) udają, że był z nim na strzelnicy? Takie przypadki pozostawiły we mnie delikatny niesmak jednak nie miały większego wpływu na mój odbiór powieści.

Wielkim plusem książki był jej rytm i język. Brak przesadzonych opisów , ciekawe często zabawne dialogi. Od razu widać, że autor wie o czym pisze. Widać , że z zawodu jest historykiem. I to cieszy. Z powieści dużo możemy dowiedzieć się o hiszpańskich artefaktach, historii czy architekturze. Pięknie wplecione opowieści i legendy czy to o Salomonie czy ataku wojsk mauretańskich dodają książce autentyczności. Zwroty akcji, jej szybkie tempo i przeświadczenie o tym jak dużo jest jeszcze do odkrycia, to wszystko każe nam z zainteresowaniem i zaciekawieniem przewracać kolejne strony.

Spotkałam się z opiniami, że fabuła jest płytka i przewidywalna. Owszem autor już od początku daje nam dużo wskazówek, naprowadza na konkretne tropy, pozwala się się samemu domyślić finału historii. Praktycznie od pierwszych stron wiemy kto jest zdrajcą. Ale czy ta nasza wiedza ma rzeczywisty wpływ na rozwój wydarzeń? Weźmy pod uwagę, że „Stół króla Salomona” to dopiero pierwsza część trylogii, zagadka nie została rozwiązana do końca, więc jeszcze możemy być zaskoczeni ostatecznym finałem.

Powieść spełniła moje oczekiwania. Troszkę przygody, zdrady, morderstwa a nawet kapka miłości, całe szczęście obyło się bez burzliwego romansu. Tak samo jak polubiłam przygody Lary Croft na komputerze tak samo polubiłam naszych Kawalerów Poszukiwaczy bo cóż nas utrzymuje przy życiu?
Oczywiście
Tajemnica.


niedziela, 4 września 2016

Tytuł : „Wersal, Prawo krwi”
Autor : Elizabeth Massie
Rok wydania : 2016
Wydawnictwo : Książnica
Liczba stron : 304
Tytuł oryginału : Versailles: Le rêve d‘un roi


Spanie na WERSAL-ce





Sięgając po tę książkę doskonale wiedziałam czego mogę się spodziewać. Jednak w głębi duszy
liczyłam, że mnie czymś zaskoczy. Nigdy wcześniej nie czytałam książki bazującej na fabule serialu, czasem zdarzyło mi się obcować ze scenariuszami czy książkami inspirowanymi dziełami sztuki filmowej, dlatego to spotkanie było dla mnie nowym doświadczeniem. Do zwrócenia uwagi akurat na tę pozycję skłoniła mnie również lektura trylogii „Królowie przeklęci”, która jest jedna z ważniejszych perełek w mojej biblioteczce. Jednak co dobre szybko się kończy, a ja chciałam jeszcze więcej i więcej. Łudziłam się, że „Wersal” opowie mi dalszą część tej historii.

XVII wiek, dwór króla Ludwika, zwanego Królem Słońce, przenosi się z Paryża do Wersalu. To właśnie tutaj monarcha zamierza zbudować nową stolicę Europy, która swoim pięknem przyćmi wszystkie inne królewskie siedziby i będzie dumą Francji. Sam jest architektem i pomysłodawcą projektu, zarówno pałacu jak i otaczających go ogrodów. Cała szlachta zmuszona została opuścić niemodny już Paryż, i zamieszkać niedaleko króla. Nie każdemu się to jednak podoba. Wariackie i egoistyczne pomysły Ludwika zjednują mu wrogów na dworze, ludzi którzy zawiązują spisek mający na celu odsunięcie go od władzy. Również pozycja Francji w Europie jest zagrożona. Z jednej strony zagraża jej Hiszpania, z drugiej rosnące w siłę Cesarstwo. W powietrzu wisi wojna.

Książkę można porównać do scenariusza filmowego. Subtelnie zakreślone tło i czytelne dialogi. Nie znajdziemy tutaj ani głębokiej analizy psychologicznej ( jedynie to co odmalowało by się na twarzach filmowych postaci ) and malowniczych opisów. Dostajemy wyłącznie suche fakty. Liczyłam na to, zasugerowana tytułem książki, że dowiem się czegoś więcej o samym Wersali, jego historii czy związanych z nim ciekawostkach. Jednak z okrojonych opisów ciężko było wyłonić choćby szkielet tej jakże fascynującej budowli. Zdarzają się autorzy, którzy potrafią tak pięknie malować słowami, że w trakcie czytania obrazy same stają nam przed oczami. Tutaj albo autorce zabrakło warsztatu, albo goniły terminy albo forma powieści na to nie pozwalała.

„Wersal” kojarzy mi się z kalendarzem. Co, kto, gdzie i kiedy. Brakuje tutaj zarówno żywiołowości jak i spontaniczności. Króciutkie rozdziały, czasem raptem kilka zdań. Ten zrobił to , ta zrobiła tamto. Wypunktowane plany działań, zero analizy. Wyobraźcie sobie radę wojenną, która trwa 5 min. Czy to naprawdę odbywało się w taki sposób? Czy naprawdę najważniejsze było zdanie króla, czasem wręcz jego kaprysy, a reszta członków rady tylko potakiwała głowami? Gdybym nie znała historii, to ta książka byłaby dla mnie również nie zrozumiała. Król w swoich wizjach , widzi swoją matkę. Jednak autorka nie mówi nam czy to przestroga? Czy może koszmar z dzieciństwa? Nie wiemy co się stało z matką, jakie były relacje między nią a jej synem. Nic. I tak traktowana jest każda postać w tej książce. Bezosobowo. Mogę wręcz powiedzieć, że jest to pierwsza książka z którą się spotkała, gdzie nie ma głównych bohaterów. Owszem mamy tutaj Ludwika i jego brata Filipa, królową Marię Teresę i cały dwór, jednak oprócz tego jaka poszczególni ludzie zajmują pozycję nie wiemy o nich praktycznie nic. Są jak kartki papieru dopiero czekające na zapisanie. Nie znamy ich portretów psychologicznych, nic nie wiemy o ich uczuciach, lękach czy oczekiwaniach.

„Wersal” w dużej mierze jest książką opowiadającą o walce między braćmi, między królem który posiada władzę wręcz absolutną a jego młodszym bratem, który nie ma praktycznie nic do gadania tylko dlatego, że urodził się o parę lat za późno. Jest również książką opowiadającą o intrygach, pokazuje, że życie rządzących nie było usłane różami, z każdej strony mogli się spodziewać ataku, czasem nawet z ręki najbliższych przyjaciół. Książka pokazuje nam, jak podniecająca jest władza i ile ludzie są w stanie zrobić by ją osiągnąć.
Czytając opis na okładce spodziewałam się jednak więcej. Tych „pikantnych szczegółów z życia na dworze Ludwika XIV” było jak na lekarstwo. Nie oglądałam serialu jednak wydaje mi się, że bardziej „pikantna” byłą chociażby „Gra o tron”. Tutaj owszem mamy zdrady małżeńskie, hazard, homoseksualizm jednak to wszystko jest ułagodzone i podane w takiej formie, że nie wahała bym się dać tę książkę do przeczytania niepełnoletnim.

Nie wiem czy moja niepochlebna opinia jest wywołana samą książką, czy może faktem, że przeczytałam wcześniej piękną, grubą, pełną opisów i wyrazistych postaci trylogię Maurice Druon. Z pewnością teraz ciężko będzie mi dogodzić, przynajmniej jeśli chodzi o powieści historyczne.

Uważam, że pisanie książki wzorowanej na serialu nie jest dobrym pomysłem. To co może pięknie wyglądać na ekranie, niekoniecznie musi się nadawać do czytania. Wiem, że autorka zapowiedziała kolejne, jednak wiem że po nie nie sięgnę.