[PREMIEROWO] "Miasteczko Surrender" Caleb Carr

[PREMIEROWO] "Miasteczko Surrender" Caleb Carr

     "Alienistę" (recenzja tutaj) pokochałam. Do dziś uważam, że jest jedną z lepszych książek wydanych w 2018 roku. Serial również jest w porządku. Po takim początku z niecierpliwością czekałam na ciąg dalszy. Właśnie te wielkie oczekiwania sprawiły, że teraz, świeżo po przeczytaniu kolejnej książki Caleba Carra czuję niedosyt i rozczarowanie. Ciężko mi uwierzyć, że autor rewelacyjnego "Alienisty" napisał również tę powieść. Muszę przyznać, że gdyby nie zobowiązanie do napisania rzetelnej recenzji, odłożyłabym tę książkę na półkę. Zagadka fabularna w "Miasteczku Surrender" nie jest ani wciągająca ani skomplikowana. Już w mniej więcej połowie książki miałam wszystko rozpracowane. Niestety w przypadku tej powieści sprawdza się stare powiedzenie, że nawet najwięksi pisarze potrafią pisać śmieci. 

W miasteczku Surrender, położonym kilka godzin jazdy od Nowego Jorku, odnalezione zostają okaleczone ciała młodych osób. Okazało się, że ludzie ci popełnili samobójstwo, jednak cała scena upozorowana została na morderstwo. Doktor Trajan Jones, kryminalny profiler i internetowy wykładowca, którego pasją jest Laszlo Kreizler, odkrywa, że za zaimprowizowanymi samobójstwami mogą stać bogaci mieszkańcy Nowego Jorku. Wraz ze swoimi pomocnikami, posługując się opracowaną przez XIX wiecznego doktora metodą, zbliża się do rozwiązania zagadki. Jednak jeszcze nie wie, że im bliżej końca, tym chmury nad jego głową stają się coraz ciemniejsze. 

Wiecie za co pokochałam "Alienistę"? Za klimat. XIX wiek, dorożki, wybrukowane ulice, laski i długie płaszcze. Ameryka, która dopiero staje się mocarstwem, raczkująca kryminalistyka, śledztwa oparte na drobiazgowej analizie dowodów, rozmowach ze świadkami. Iście sherlockowski kryminał, który dzięki dbałości o szczegóły i drobiazgowe odwzorowanie epoki, wywarł na mnie duże wrażenie. Sięgając po "Miasteczko Surrender" miałam nadzieję, że autor znowu zabierze mnie w podróż do "przeszłości". Na początku wszystko wskazywało na to, że akcja powieści kolejny raz rozgrywa się w XIX wieku. Byłam mocno zdziwiona kiedy okazało się, że bohaterowie są równie współcześni jak ja czy mój małżonek. Pomyślałam wtedy, że prawdopodobnie nasz protagonista jest 80 letnim staruszkiem z pompatyczną  wymową. Jednak i tym razem nie miałam racji. TJ ma około 40 lat i daleko mu do egzaltowanego mędrca. Wtedy naszło mnie przeczucie, że to jedna z tych książek, w których mamy do czynienia z irytującym bohaterem. Cóż zdarza się i tak, lecz jeśli fabuła jest porywająca to nawet denerwujący narrator jej nie zaszkodzi. Niestety. Tutaj nie tylko bohater i jego wymowa grała mi na nerwach. Cała książka była pompatyczna, dialogi bezsensowne, zbyt duża liczba  przekleństw sprawiała, że całość wyszła kolokwialnie i groteskowo. Na dokładkę dodam, że rozwój postaci tutaj nie nastąpił, za co paradoksalnie dziękowałam, gdyż domorosłej psychologii miałam tutaj pod dostatkiem. 

Książka rozpoczyna się od sporu pomiędzy zwolennikami rozwoju nowoczesnej kryminalistyki oraz policyjnymi psychologami, do których zalicza się nasz bohater. Jest on przekonany, że nowoczesne metody śledcze są niedoskonałe, niepotrzebne i wymagają zbyt dużych nakładów finansowych. Prawdziwi śledczy powinni polegać na sprawdzonych metodach detektywistycznych, modnych już w XIX wieku. Propaguje on pogląd, że nie każda zbrodnia popełniona jest z premedytacją i właśnie na tej tezie opiera swoje dość kontrowersyjne działania. Akcja "Alienisty" rozgrywała się w XIX wieku, sam Laszlo Kreizler był postacią wykształconą, elegancką i traktowaną z szacunkiem przez ówczesne elity intelektualne. Kryminalistyka była w powijakach i każdy próbował czegoś nowego. Dziś, kiedy większość spraw kryminalnych rozwiązywana jest w laboratoriach, spór o skuteczność metod śledczych jest bezsensowny. Przypuszczam, że istnieje on jedynie w głowie autora. Zresztą skąd ta nienawiść do rozwiązań rodem z CSI? Nie ważne przecież jak, ważne żeby działało. Po co się cofać jak można iść do przodu? Przez większą część książki miałam wrażenie, że znajduję się na terenie prywatnej wojenki naszego głównego bohatera. Walczy on z każdym, kto tylko podniesie rękawicę : z nowojorska policją, FBI, zwolennikami forensyki czy ze służbami socjalnymi. Trudno się dziwić, że ta wrodzona nienawiść i malkontenctwo doprowadziły go do ściągnięcia na siebie kłopotów. 

"Miasteczko Surrender" to książka, której fabuła jest oparta na zagadce grubymi nićmi szytej. Ofiarami "morderstw" są porzucone, wyrzucone z domów dzieci, których rodzicom znudziło się macierzyństwo. Władze państwowe oraz opieka społeczna, chcąc ukryć ten tragiczny proceder, podrzucają policji trop fikcyjnego, seryjnego mordercy. Jednak zastanawia mnie w jakim celu? Po co ukrywać coś co jest doskonale znane opinii publicznej? Już w 1972 roku powstała organizacja Covenant House, pomagająca nieletnim bezdomnym w Stanach Zjednoczonych. Od tego czasu ludzie Ci stali się prawdziwą epidemią. Panie Carr, mamy rok 2018, nie 1918. Statystyki są nieubłagane, telewizja dociera wszędzie, żyjących na ulicy nieletnich nie da się ukryć. W książce pojawia się również NAMBLA (North American Man/Boy Love Association) postulująca o depenalizację pedofilii. Choć stowarzyszenie to nie ma nic wspólnego z ruchem LGBT autor sugeruje, że polityczne środowiska gejowskie próbują zatuszować zbrodnie popełnione przez NAMBLĘ. Jak dla mnie to stanowczo zbyt wiele. Czy w moje ręce wpadła książka science fiction? Do tego wszystkiego w śledztwo wplątany zostaje nastolatek, który często jest ojcem takich złotych myśli i przemyśleń, że chapeau bas. Gdyby faktycznie w dzisiejszych czasach ten młody chłopak był narażany na takie niebezpieczeństwo jak podczas asystowania naszym kryminologom, to prokurator już by pukał do ich drzwi. Zastanawiający jest również fakt, jak dwójka napiętnowanych przez środowisko zawodowe, internetowych wykładowców była w stanie wyposażyć i utrzymać prawdziwe kryminalistyczne laboratorium. I to w Stanach Zjednoczonych XXI wieku. 

Czytając tę książkę czułam się jak bym patrzyła jak schnie farba, tudzież rośnie trawa w miesiącach suszy. Nasi bohaterowie sprawnie otworzyli pokój z ciałem (przenośnia) jednak przejście do następnych drzwi zajęło im ponad sto stron. Owszem każdemu autorowi zdarzają się wpadki (czytaj "Worek kości"Stephena Kinga) dlatego mam nadzieję, że Caleb Carr wróci do formy z czasów "Alienisty". Więcej pokazywania niż mówienia nigdy nie jest dobrym wyjściem. Jestem przekonana, że jak któryś z bohaterów powie "cześć" to czytelnik nie będzie wymagał objaśnienia tej czynności. Choć nie jestem zwolenniczką sugerowania się recenzjami innych to tym razem mi zaufajcie i oszczędźcie sobie rozczarowania. Niestety, "Miasteczko Surrender" jest pozycją, która nie zachwyca. 

Tytuł : "Miasteczko Surrender"
Autor : Caleb Carr
Wydawnictwo : Rebis
Data wydania : 21 sierpnia 2018
Liczba stron : 800
Tytuł oryginału : Surrender, New York


Za możliwość przeczytania i zrecenzowania książki serdecznie dziękuję wydawnictwu :



https://www.rebis.com.pl/
"Wbrew grawitacji" Julie Johnson

"Wbrew grawitacji" Julie Johnson

     

Kto śledzi mój blog doskonale wie, że raczej rzadko sięgam po książki new adult romans. Po "Until November", której absolutnie nie dało się czytać, na dość długi czas dałam sobie spokój z tym gatunkiem.  Jednak jako, że moja przygoda z literaturą to niezmienne dawanie kolejnych szans, to postanowiłam sięgnąć po  debiut literacki Julie Johnson. Zdecydowanie jest to pozycja dla tych czytelniczek, które lubią kiedy książkową okładkę zdobi goła klata klasycznego "hottie". Podobny jest również schemat całej powieści : ona dziewczyna po przejściach, on lider zespołu rockowego. jest miłość, jest pożądanie, tajemnica i zawiedzione nadzieje. Niby klasyka gatunku, jednak muszę przyznać, że jak na tytuł od którego nie oczekiwałam zbyt wiele, to czytało się całkiem przyjemnie. Nadal nie jest to literatura z wyższej półki jednak zdecydowanie będzie się wyróżniać na tle gatunku. 

Dwudziestoletnia dziś Brooklyn, czternaście lat temu była świadkiem morderstwa swojej matki, na parkingu sklepu spożywczego. Do dziś nie może się pozbierać po tym traumatycznym wydarzeniu. Dzieciństwo spędziła w domu dziecka by po latach trafić do rodziny zastępczej. Kobietę poznajemy na studiach.  Pewnego dnia pada ofiarą wypadku z hydrantem. Z opresji wybawia ją najprzystojniejszy na całym kampusie chłopak, lider zespołu i zawadiaka, Finn. Dziewczyna zupełnie nie jest przygotowana na zaloty mężczyzny. Musi zmierzyć się z własnymi wspomnieniami i lękami oraz rozegrać śmiertelną grę z niebezpiecznym stalkerem. 

99 procent książek z gatunku new adult, zbudowana jest na podobnym schemacie. Główną bohaterką jest zazwyczaj młoda dziewczyna z traumatyczną przeszłością, samotnica nie potrafiąca nawiązywać kontaktów towarzyskich. Na drugim biegunie mamy za to chłopaka, za którym szaleje cała żeńska część studenckiej braci. Przystojny, inteligentny, zawadiacki i do bólu seksowny. Mężczyzna, który nie potrzebuje munduru by kobiety ustawiały się do niego w kolejce. Zresztą już od jakiegoś czasu zauważyłam, że zmienił się model kobiecych preferencji. Już nie liczy się siła i władza bijąca od mężczyzny. Teraz obiekt naszych westchnień może być nieco zniewieściały (pewnie stąd te wygolone okładkowe klaty) byle tylko potrafił grać na gitarze, a jak na dodatek umie ładnie śpiewać i ma porwane jeansy to tym lepiej. Teraz to właśnie muzycy są na topie. I oczywiście nie jacyś tam Justyni Bieberzy. Króluje rock and roll. Mamy więc otoczoną murem Brooklyn i dzierżącego gitarę zamiast kilofa Finna, który stara się ten mur rozkruszyć. Muszę przyznać, że w przeciwieństwie do innych książkowych bohaterów, Finn ma wyobraźnię, finezję i cierpliwość. Myślę, że dość spora część czytelniczek, to właśnie w nim zobaczy ideał "chłopaka". Drogie Panie, pragnę jednak zwrócić uwagę, że tacy mężczyźni nie istnieją. Od samego początku miałam nieodparte wrażenie, że kreacja naszego głównego bohatera jest dość kontrowersyjna. Z jednej strony bohaterka pragnie stworzyć typowego "manwhore" , faceta który traktuje kobiety przedmiotowo, ma wianuszek swoich wielbicielek i co noc uszczęśliwia inną. Z drugiej strony Finn jest najbardziej czułym, cierpliwym, kochanym i uroczym facetem jakiego poznałam (szkoda, że tylko w książce). Takich cech raczej oczekujemy po klasowej fajtłapie niż facecie z rockowego boysbandu. Ta dwubiegunowość psychiki naszego bohatera wywoływała w moim odczucie zgrzyty. Podobnie było z postacią Brooklyn. Nigdy nie dotknęła mnie żadna większa tragedia. Nie wiem co znaczy stracić rodzica. Nie wyobrażam sobie co musi czuć osoba, która jest świadkiem morderstwa  najbliższej osoby. Jednak wiem jedno : czas leczy rany. Niestety nie w przypadku Brooklyn. Kobieta ta ciągle żyje wydarzeniami z przeszłości, ciągle siedzi na kozetce u psychologa. Analizuje, rozpamiętuje, walczy z demonami. Pomimo całej mojej sympatii do głównej bohaterki często ciężko było mi uwierzyć w jej traumę. Wszystko było na wyrost. Przesadzone. 

Brooklyn miała trudne dzieciństwo. W wieku 6 lat została osierocona. Na jej oczach zabito jej matkę, jedyną bliską osobę jaką miała. Trafiła do sierocińca, potem do wielodzietnej rodziny zastępczej. W wyniku traumatycznych przeżyć dziewczynka zamknęła się w sobie i przestała komunikować werbalnie. Tutaj dochodzimy do tematu sesji terapeutycznych, którym poddawane było dziecko. Bardzo zaniepokoił mnie fakt, że autorka podeszła do tematu po macoszemu. Społeczność dziecięcych psychologów powinna poczuć się oburzona. Brooklyn zwierza się swojemu przyjacielowi z faktu, że jej "mutyzm" wywoływał frustrację i złość jej terapeutów. Zastanawia mnie dlaczego osoby, specjalnie wyszkolone do pracy z dziećmi, miały by się denerwować jeśli terapia nie przynosi rezultatów. Rodzic, którego dziecko nie mówi z wyboru lub w wyniku traumatycznych przeżyć, nie daj boże przeczyta tę książkę (lub też usłyszy od kogoś kto potraktuje ją zbyt serio), może z niej wyciągnąć wniosek, że nie warto zabierać dziecka do psychiatry ponieważ to banda opętanych, agresywnych szarlatanów, którzy zrobią więcej złego niż dobrego. To nieprawda. Żeby zostać psychologiem nie wystarczy świstek papieru. To latach studiów, praktyki i przygotowania zawodowego. Ludzi dla których zawód ten nie jest pasją są sukcesywnie odsiewani. Reszta wie co robi, wie jak pomóc i rozmawiać z dzieckiem. Jeśli terapia nie przynosi rezultatów to trzeba zacząć z innej strony, wprowadzić coś nowego. Psychologowie pomagają i warto z tego korzystać. Bardzo proszę autorów by nie tworzyli fałszywych stereotypów. 

"Wbrew grawitacji" to książka w której oprócz romansu mamy również "suspens" oraz lekką warstwę kryminalną. Można powiedzieć, że każdy znajdzie tutaj coś dla siebie. Oczywiście wszystko jest w wersji "soft". Nie ma tutaj ostrych scen erotycznych są za to do bólu słodkie i wzruszające sceny pełne namiętności. Nie ma monumentalnych zagadek tylko rodzinne tajemnice z przeszłości. Nie ma krwawych morderstw tylko szalony i momentami przerażający tajemniczy wielbiciel, który obserwuje Brooklyn i zasypuje ją prezentami. 
Zasadniczo  jest to książka o miłości, o pokochaniu samego siebie zanim będziemy w stanie pokochać drugą osobę. Brzmi pięknie jednak wcale nie jest takie proste. Brooklyn żyje przeszłością. Po utracie matki postanowiła, że już nigdy nikogo do siebie nie dopuści. Jak to zazwyczaj bywa w przypadku powieści new adult dziewczyna ma jedną przyjaciółkę, której powierza swoje sekrety. Muzyka, studia i szalona Lexi to cały świat naszej głównej bohaterki. Kiedy przez prawie 15 lat dokładaliśmy coraz to nowe cegiełki do murów naszej obronnej fortecy, to dziwnym się może wydać fakt, że pierwszy lepszy, przystojny facet już po kilku dniach może zacząć kruszyć nasze mury. W moim odczuciu akcja potoczyła się zbyt szybko, zbyt lekko. Bohaterka, która przez tyle lat ciągle na nowo przeżywała traumatyczne wydarzenia, nagle otworzyła się na całkowicie obcą osobę. Zabrakło mi tutaj głębi, kilkudziesięciu stron więcej, które dodałyby książce wiarygodności. Podobał mi się za to fakt, że to właśnie Brooklyn była główną narratorką naszej powieści. Skoki z teraźniejszości w przeszłość były udane i znakomicie nadawały klimat całej powieści. A  fakt, że nadal sporo fragmentów z życia Finna pozostało nieodkrytych, może świadczyć o tym, że autorka planuje napisanie powieści tym razem "jego oczami". Co prawda "Wbrew grawitacji" jest samodzielną książką jednak duża część czytelniczek byłaby zachwycona możliwością ponownego spotkania z naszymi bohaterami. 

Wydana kilka lat temu w Stanach Zjednoczonych (a w tym roku w Polsce) powieść, jest debiutem literackim Julie Johnson. Książka spotkała się z bardzo ciepłym powitaniem a 27-letnia autorka od tego czasu zdążyła już wydać kilka cyklów romansów skierowanych do młodych czytelniczek. "Wbrew grawitacji" również w Polsce wywołała falę zachwytów. Zdecydowanie nasz rynek wydawniczy niczym gąbka chłonie takie historie i nic nie wskazuje na to, żeby coś się miało w tej materii zmienić. Mamy tutaj sceny przerażające, zabawne, wzruszające. Ogrom uczuć rodzących się pomiędzy naszymi bohaterami może przytłoczyć czytelnika. Są one opisane w niezwykle plastyczny i sugestywny sposób. Julie Johnson sprawia, że czujemy empatię, współczucie a co najważniejsze więź z postaciami, co powoduje, że nie jesteśmy w stanie odłożyć tej książki aż do samego końca. Jest to lektura lekka jednak nie banalna. Idealna na końcówkę wakacji.


Tytuł : "Wbrew grawitacji"
Autor : Julie Johnson
Wydawnictwo : Kobiece
Data wydania : 13 lipca 2018
Liczba stron : 320
Tytuł oryginału : Like Gravity

Tę oraz wiele innych nowości i bestsellerów znajdziecie w księgarni internetowej :
https://www.taniaksiazka.pl/


"Gorszy" Piotr Górski

"Gorszy" Piotr Górski

"Gorszy" to bezpośrednia kontynuacja "Kruka", debiutanckiej powieści Piotra Górskiego. Książka ta opatrzona została mylącym tytułem, gdyż w porównaniu do swojej starszej siostry jest zdecydowanie lepsza. Udany debiut może być kwestią przypadku. Mogło się zdarzyć, że autor całe życie dopracowywał jeden pomysł i na kontynuację zabrakło weny twórczej. W tym przypadku Górski ewoluuje, rozwija się. Fabuła staje się coraz bardziej kompleksowa, zagadka rozbudowana, postaci bardziej trójwymiarowe. Autor już nie próbuje swoich sił tylko udowadnia czytelnikom, że jest poważnym graczem na rynku literatury kryminalnej. Choć "Gorszy" nie zmieni wizerunku współczesnego kryminału, choć nadal bazuje na utartych schematach, to jest to książka po którą warto sięgnąć. Chociażby dla rozrywki. 

Prokurator Marta Krynicka siedzi w areszcie. Oskarżona została o zabójstwo mężczyzny. Świadkowie zeznali, że widzieli ją jak z bronią w ręku wybiegała z domu denata. Komisarz Kruk, choć nie darzył Krynickiej sympatią, nie czuje satysfakcji. Uważa, że kobieta jest niewinna i postanawia przeprowadzić prywatne śledztwo. Każda zebrana przez niego informacja rodzi kolejne pytania i wątpliwości. Najbardziej zastanawia fakt, dlaczego rodzice młodej pani prokurator, wycofują się, nie udzielając córce potrzebnego wsparcia. Komu zależało na wrobieniu Marty? Kruk dostaje odpowiedzi na swoje pytania, jednak zwycięstwo ma gorzki posmak porażki. 

Kolejny kryminał równa się kolejny komisarz z "przeszłością". Tym razem rozwodnik. Choć czytałam pierwszą część książki to wiedząc, że przede mną drugi tom postanowiłam poczekać z jego recenzją. Po lekturze "Gorszego" mam pełniejszy obraz naszego głównego bohatera. Z początku wydawało mi się, że jest on zwykłym policjantem "na służbie". Ani zbyt sprytnym, ani zbyt inteligentnym czy przebiegłym. Po prostu służbistą jakich wielu. Dobrym w swoim fachu rzemieślnikiem, któremu zależy na tym by na jego podwórku panował spokój. Może jest nieco zbyt brutalny, za mało wyrafinowany i nieco kontrowersyjny jednak jednego jestem pewna : jest skuteczny. Po wnikliwszej analizie , jakiej poddałam Sławomira Kruka, nadal uważam, że nie jest on typem dwudziestowiecznego detektywa, jednak w drugim tomie dodane zostały mu atrybuty, które cechują najlepszych książkowych śledczych : dedukcję i logikę. Inaczej niż w pierwszym tomie, tutaj zamiast brutalnej siły mamy rasowe policyjne dochodzenie oparte na analizie, obserwacji, przesłuchaniach i wyciąganiu wniosków. Ten do tej pory nadpobudliwy komisarz, którego kariera wisiała na włosku, choć nadal jest niebezpieczny i wulgarny to przestał tryskać, na lewo i prawo, testosteronem. Czyta się o niebo lepiej. Choć osobiście uwielbiam mocne filmy akcji, horrory gore czy mroczne thrillery to uważam, że w książkach o wiele lepiej czyta się o komisarzach, którzy mają do pokazania coś więcej niż własną przewagę, czy w kwestii siły czy władzy. Film angażuje oczy, książka zmysły. Autorzy mają większy potencjał i możliwości zaskoczenia czytelnika. Lubiłam Kruka w wersji "hard", również wersja "soft" przypadła mi do gustu. 

Pierwszy tom był typowym przykładem liniowego, schematycznego kryminału, gdzie główny bohater idzie po nitce do kłębka napotykając po drodze na różnego rodzaju przeciwności losu. "Gorszy" jest książką subtelniejszą, bardziej rozbudowaną i napisaną z większą fantazją. Po "Kruku" choć napisanym poprawnie, można było odczuć, że jest debiutem literackim. Autor postawił na mało skomplikowaną fabułę, finezję policyjnego śledztwa zastąpił brutalnością, krwią i siłą. Te zabiegi miały odwrócić uwagę czytelnika od drobnych, pojawiających się w książce, niedociągnięć. Powieść została odebrana pozytywnie. Oczywiście nie obeszło się bez krytyki jednak opinie "na plus" przeważyły. Mile połechtany sympatią odbiorców, Górski odrzucił na bok wszelkie kompleksy. Postanowił wypłynąć na głęboką wodę. W powieści co i rusz pojawiały się nowe wątki, nowi bohaterowie. Z  początku miałam wrażenie, że całość jest zbyt chaotyczna, jednak już w połowie książki, zauważyłam pewien wzór, wokół którego budowana jest fabuła. Autor zadbał o to by wszystkie luźne końce zręcznie wpleść w dywan kryminalnej historii. W przypadku tak rozbudowanego dzieła trudno jest nie wpaść w pułapkę przewidywalności. Autorowi się jednak udało i efekt końcowy zaskoczy nawet najbardziej wybrednych czytelników. 

"Gorszy" to powieść osadzona w typowo polskich realiach. Choć już nie tak krwawa i brutalna jak "Kruk" to paradoksalnie jest bardziej mroczna. Poznajemy nasz rodzimy półświatek. Autor zabiera nas w najbrudniejsze, najniebezpieczniejsze zakamarki Gdańska gdzie splatają się interesy mafii, polityki i showbiznesu. Właśnie tam obraca się Sławomir Kruk. Skłoniło mnie to do pewnych przemyśleń. Czy moralnym jest korzystanie z pomocy przestępców w imię większych korzyści? Czemu policja przymyka oko na działalność drobnych złodziejaszków czy dilerów? Czy utrzymanie wierzchniej warstwy "półświatka" paradoksalnie chroni nasze społeczeństwo? Nie spodziewałam się, że po przeczytaniu kryminału dostanę odpowiedź na moje pytania. Oczywiście nie była ona podana wprost, jednak po faktach, które podał mi autor byłam w stanie wyciągnąć logiczne wnioski. I wyłonił się z tego przerażający obraz kraju w którym kwitnie korupcja, bezprawie i nepotyzm. 

"Gorszy" to dobry kryminał, z akcją która dość szybko posuwa się do przodu, bez zbędnego meandrowania. Autor nie zapuszcza się na teren powieści obyczajowej. Jest oszczędny w słowach. Każde zdanie, każdy wyraz, kropka czy przecinek, są starannie zaplanowane. Krótkie rozdziały zachęcają do szybszego czytania. Jeszcze jeden rozdział na dobranoc i po chwili się orientujemy, że przeczytaliśmy całą książkę. Ciekawe dialogi, zawoalowany,, często czarny humor i szybkie tempo narracji sprawiają, że ta typowo męska lektura, wchodzi lekko niczym zmrożony kieliszek wódki. Polecam. Nawet kobietom. 

Tytuł : "Gorszy"
Autor : Piotr Górski
Wydawnictwo : HarperCollins Polska
Data wydania : 20 lipca 2018
Liczba stron : 416


Za możliwość przeczytania książki serdecznie dziękuję wydawnictwu :



http://www.harpercollins.pl/
"Milion smutnych atomów" Jagoda Wochlik

"Milion smutnych atomów" Jagoda Wochlik

     Książek o miłości jest tyle ile rodzajów tego uczucia. Literatura klasyczna opiewa miłość tragiczną, współczesne powieści obyczajowe skupiają się na jej elemencie toksycznym, kiedy uczucie to wręcz zamienia się w obsesję. Jagoda Wochlik przedstawia nam miłość smutną, pełną a jednocześnie niespełnioną. Jest to miłość, która zamiast budować, niszczy. Powieść tej młodej autorki to ciekawie przedstawiony związek dwójki ludzi, którzy znaleźli się na zakręcie. W pewnym momencie nie wiedzą w którą stronę powinni iść oraz czy ich dalsza wędrówka razem ma jeszcze jakikolwiek sens. Dawno nie czytałam tak smutnej i nostalgicznej książki, która pozostawiła we mnie uczucie głębokiego niepokoju. Piękna w swoim smutku i otwierająca oczy. 

Ona, ekspedientka w księgarni, animatorka i blogerka, on, dyrektor domu kultury i autor bajek dla dzieci. Oboje, małżeństwo z trzyletnim stażem. Amelię i Józefa poznajemy w momencie kiedy ich związek przechodzi kryzys. Ci, którzy do tej pory wydawali się być dla siebie stworzeni, gubią wspólny język i coraz bardziej się od siebie oddalają. Ich mieszkanie powoli staje się dwubiegunowe z jednym łóżkiem w sypialni a drugim na kanapie. Kryzys ten zbiega się w czasie z wprowadzeniem się do mieszkania obok nowego sąsiada, który szybko, dzięki zamiłowaniu do książek, znajduje wspólny język z Amelią. Również Józef poznaje kogoś nowego. W Domu Kultury zatrudniona została nowa asystentka, śliczna i młoda kobieta, która wydaje się być zainteresowana swoim przełożonym. Czy małżonkom uda się odbudować związek czy też rzucą się w wir pozamałżeńskiej namiętności? 

Muszę przyznać, że jest to jedna z nielicznych książek, których tytuł w stu procentach oddaje ducha całej powieści. "Milion smutnych atomów" to tak przeraźliwie melancholijna, depresyjna, nostalgiczna, po prostu bardzo smutna opowieść o dwójce ludzi, którzy walczą na kilku frontach związku, który stworzyli. Jak mówi przysłowie "serce nie sługa". Człowiek nigdy nie wie kiedy trafi go strzała amora i z kim związany zostanie jego los. Światem rządzi chemia i symfonia zmysłów. Amerykańscy naukowcy podobno udowodnili, że za wzajemne przyciąganie odpowiedzialna jest gama feromonów, które tworzą specyficzny zapach wydzielany przez nasze ciało. To właśnie on sprawie, że stajemy się atrakcyjni dla pewnych konkretnych osobników. Brzmi to nieco jak z lekcji biologii jednak jestem skłonna poprzeć tę tezę. Mam swój określony typ mężczyzn, na których
częściej zawieszam oko: blondyni, z mocno umięśnionymi łydkami, długimi rzęsami i koniecznie z tatuażem. A im tych tatuaży więcej tym lepiej. Mój małżonek dla odmiany jest brunetem, sport jest gdzieś daleko na liście jego zainteresowań co ciało odczuwa, rzęsy ma raczej przeciętnej długości i boi się igieł co wyklucza wszelkiego rodzaju naskórne malunki. Co mnie do niego przyciąga jeśli nie specyficzne feromony? Tylko ja w przeciwieństwie do moich fikcyjnych bohaterów, trafiłam na osobę z którą dzielimy podobne zainteresowania i wspólną wizję przyszłości. Zasady i reguły dotyczące współżycia ustaliliśmy już na samym początku co sprawiło, że dziś, po kilku latach związku, nie jesteśmy rozczarowani.  Amelia i Józef są jak ogień i woda. Ona to zamknięta w sobie domatorka, której jedyną pasją są książki. Amelia nie lubi życia. Nie tylko swojego tylko w szerszym kontekście. Uważa, że przyszłe pokolenia nie zasługują na to by się narodzić w tym smutnym, pozbawionym przyszłości świecie. To postać niezwykle depresyjna, opryskliwa, pełna kompleksów, złośliwa,  trudna we współżyciu. Ponoć kiedyś była inna, niestety jako czytelnik nie jestem w stanie wyobrazić sobie Amelii z uśmiechem na ustach. Na drugiej stronie szali znajduje się Józef, tryskający optymizmem i humorem młody mężczyzna. Bohater pełen pomysłów, pasji i wiary w siebie. Kocha swoją rodzinę i to właśnie z najbliższymi pragnie podzielić się swoim szczęściem, drobnymi wydarzeniami z życia codziennego, które wywołały uśmiech na jego twarzy. Józef to mężczyzna, o którym marzy każda kobieta. Czuły, dający prezenty, pamiętający o rocznicach. Jednak dla Amelii jest on "niewystarczający". Choć na chwilę z żaby zamienił się w księcia to nadal wychodzi z niego odór szlamu i oblepiającej, wciągającej w bagno, mazi. Kobieta czuje się osaczona, ubezwłasnowolniona.  Znalazła się w pułapce własnej miłości.

"Milion smutnych atomów" to powieść zbudowana na zasadzie odbijania piłeczki. Narratorami są naprzemiennie Amelia i Józef, którzy dogłębnie analizują swój związek. Zmuszają nas byśmy stanęli po czyjejś stronie. Muszę przyznać, że mecz jest w miarę wyrównany. Oboje mają bród za paznokciami i parę grzeszków na sumieniu. Od samego początku się zastanawiałam jak ślepa musi być miłość, że połączyła ogień z wodą. I czy ta dwójka ludzi będzie w stanie ujrzeć się w dymie, który sami stworzyli. Miałam wrażenie, że piłeczka częściej znajduje się po stronie Józefa. To on "bardziej" kocha, bardziej się stara, rozumie. Potrafi wszystko wybaczyć. Jednak gdzieś w tyle głowy wciąż kołatała się myśl, że Amelia miała powody by być rozgoryczoną, że na jej miejscu zachowałabym się tak samo. Nasi bohaterowie znaleźli się w sytuacji, gdzie nie było wygranych. Oboje przegrali swoje życie i swój związek, kwestia tylko jak bardzo dostali po łapach od życia, jaki był wynik ich małżeństwa kontra rzeczywistość. Zastanawiam się, czy celowym zabiegiem było wykreowanie bohaterów, którzy zdawali się być zmęczeni życiem, typowych emerytów emocjonalnych, czy po prostu wyszło tak przypadkiem. Cały czas musiałam sobie powtarzać : oni mają tylko trzydzieści lat, 5 lat mniej niż Ty. Czy naprawdę nieudany związek potrafi postarzyć człowieka? Ja, spełniona w związku, matka dwójki dzieci, nadal czuję się jak nastolatka. 

"Milion smutnych atomów" to książka, którą warto przeczytać, chociażby ku przestrodze. Znam masę ludzi, którzy tkwią w związkach bez przyszłości. Ich spoiwem zazwyczaj są dzieci lub strach przed nieznanym. Niestety boimy się opuścić "comfort zone". Autorka na przykładzie swoich bohaterów pokazała, do czego może doprowadzić lęk przed podjęciem ostatecznych decyzji. Jest to książka, która w dogłębny i sprawiedliwy sposób analizuje psychikę naszych bohaterów. Ze względu na dwugłos niemożliwością było całkowite wyeliminowanie powtórzeń. Każde wydarzenie jest prześwietlane na wylot, rozmontowywane na części pierwsze, przedstawione z każdej perspektywy. Dialogi są oszczędne i rozwleczone w czasie. Odpowiedź na zadane pytanie może się pojawić kilka stron dalej. Akcja jest w zaniku, ważna jest retrospekcja. W teraźniejszości panuje marazm i zwątpienie. I nad wszystkim wisi pytanie : co dalej? 

Książka Jagody Wochlik to dobrze napisana powieść obyczajowa dwójki bohaterów, rozgrywająca się w obszarze ich umysłów. Fakt, niektóre wysnute przez nich wnioski, są trywialne jednak takie właśnie jest życie zwykłych szarych ludzi. Amelia i Józef mogą być naszymi sąsiadami. On siedzi na kanapie z piwem, ona robi sobie manicure. Choć razem wyglądają na zadowolonych z życia oglądając premiery teatralne, to teatr ich życia jest tragiczną pantomimą. "Milion smutnych atomów" to książka o miłości, sztuce, dobrych uczynkach i trudzie podejmowania decyzji. Smutna i przytłaczająca, jednak warta spędzonych nad nią godzin i wylanych łez. Polecam. 

Tytuł : "Milion smutnych atomów"
Autor : Jagoda Wochlik
Wydawnictwo : Replika
Data wydania : 20 lipca 2018

Za możliwość przeczytania książki serdecznie dziękuję wydawnictwu :

 


https://replika.eu/







"Wielka samotność" Kristin Hannah

"Wielka samotność" Kristin Hannah

     Ci, którzy znają twórczość autorki, wiedzą czego się spodziewać po jej kolejnej książce i oczywiście ich oczekiwania zostaną spełnione. Ci, którzy szukają emocjonalnej, wzruszającej lektury, niech się nie wahają i sięgną po tę pozycję. Osobiście na tyle cenię autorkę, że kilka jej powieści przeczytałam w oryginale. To jedna z tych pisarek, których styl i wartość merytoryczna książek ewoluują w drodze ku dziełu doskonałemu. Kristin Hannah przeszła długą drogę od typowych powieści romantycznych do monumentalnych dzieł psychologiczno-obyczajowych. Co prawda nadal trzyma się kurczowo pewnego schematu (o tym w dalszej części) jednak tym razem zmieniły się proporcje. Wielka samotność to w 70 procentach powieść obyczajowa a w 30 procentach opera mydlana. Końcówka nieco zbyt melodramatyczna jednak jako całość rzecz ta jest warta polecenia.

Ernt Allbright, jeniec wojenny, wraca z Wietnamu jako inny człowiek. Jest dręczony przez koszmary i demony przeszłości, przed którymi nie sposób jest uciec. Kiedy zostaje wyrzucony z kolejnej pracy postanawia diametralnie zmienić życie swojej rodziny. Wraz z żoną i 13-letnią córką wyrusza w podróż na Alaskę, gdzie zamierza osiedlić się w odziedziczonym po przyjacielu domu. Ma nadzieję,
że właśnie tam, odnajdzie szczęście. Początkowo wszystko wydaje się być jak w czasach "przed wojną". Jednak kiedy dni stają się coraz krótsze, słońce chowa się za chmurami i wszystko wskazuje na zbliżającą się zimę, stan psychiczny Ernta pogarsza się. Leni i jej matka poznają straszliwą prawdę: są same. Na zewnatrz nie ma nikogo, kto by mógł je uratować.

 Zdecydowanie rzeczą, która w pierwszej kolejności zwraca uwagę, jest kompleksowość psychiki naszych głównych bohaterów. W najbardziej "samotnym" miejscu na świecie mogą żyć tylko ludzie, którzy mieszkają tutaj z wyboru lub przed czymś uciekają. A może są też tacy, którzy nie mieli innego wyboru?  Matka Leni padła ofiarą toksycznej miłości. Jest rok 1974, to jeszcze czasy, kiedy kobiety chcąc sobie wyrobić kartę kredytową musiały przynieść do banku pisemną zgodę męża. To czasy kiedy na samotną matkę patrzono jak na zdemoralizowaną istotę, której nie chciał żaden mężczyzna. Kobieta taka narażała się na ostracyzm, ciężko było jej znaleźć pracę czy pomoc w życiu codziennym. Cudem było znalezienie mieszkania do wynajęcia. Nie dziwię się, że nasza główna bohaterka wybrała włóczęgę z własnym mężem, który przemierzył praktycznie całe Stany Zjednoczone w poszukiwaniu wolności od dręczących go demonów. Przez lata patrzyła jak osoba, którą kochała się stacza, znika za zasłoną oparów alkoholowych. Zdecydowanie była ofiarą przemocy domowej, jednak doskonale zdawała sobie sprawę, że nikt nie przyjdzie jej z pomocą. Nauczyła się żyć w lęku, czekając na "jaśniejsze" dni, takie jak przed wojną. Matka Leni to jedna z najsmutniejszych i jednocześnie najbardziej samotnych bohaterek z jakimi się spotkałam w literaturze współczesnej. Samotna wśród mroźnej głuszy, samotna pod błękitnych niebem, w związku, w rodzinie, w nadziei. Popada w marazm i rutynę. Skupia się na przetrwaniu za wszelką cenę. Jest to postać "jednego czynu", który ją określi już do końca. 
Leni to nastolatka, która nigdzie nie pasuje. Zresztą czy możemy oczekiwać od dziecka, że się odnajdzie wśród rówieśników, jeśli rodzice często zmieniają miejsce zamieszkania? Nie można zapuścić korzeni w drodze. To kolejna samotna postać. Jednak Leni ma dopiero trzynaście lat, jest w niej wiara i nadzieja. I nieustanne pragnienie bliskości i miłości. By poznać siebie, własne ciało, potrzeby i oczekiwania wobec świata, człowiek musi przebywać wśród ludzi. Pierwsze przyjaźnie i miłości definiują nas na całe życie. Książka ta pokazuje nam studium pączkującego uczucia i złamanego serca. Każdy z nas dostrzeże cząstkę siebie w tej młodej, dojrzewającej dziewczynie. Ja poczułam nostalgię, tęsknotę za czasami dzieciństwa. Oczywiście nie mam moralnego prawa porównywać się do naszej głównej bohaterki, jednak odnoszę nieodparte wrażenie, że coś nas łączy.
Ernt Allbright to weteran wojenny, który wrócił do domu z ranami odniesionymi na psychice. Cierpi na PTSD, Zespół Stresu Pourazowego, chorobę nie skatalogowaną w 1974 roku. Ciężko jest leczyć coś, co jeszcze nie zostało nazwane, a walka z demonami na własną rękę, jest z góry skazana na niepowodzenie. Najgorsze jest to, że nasz bohater, naprawdę chciał żyć jak normalny człowiek. Chciał pracować, kochać, cieszyć się. Dopóki nie zaszło słońce. Ernt walczy ze sobą i własnymi słabościami i niestety przegrywa. Jednego dnia potrafi być kochającą głową rodziny by następnego przekształcić się w krwiożerczego potwora. Póki miał cel, jakim było zapewnienie przetrwania swojej rodzinie, przez okres srogiej zimy, jego choroba trwała w uśpieniu. Kiedy tylko wkroczył w "comfort zone" obudziło się szaleństwo. 

Z pewnością każdy ze starszych czytelników pamięta świetny serial "Przystanek Alaska". Mała miejscowość, grupa sympatycznych bohaterów, śnieg i wysokie góry- istna sielanka z przyjemnym reniferem w tle. Alaska u Kristin Hannah to miejsce mroczne i survivalowe, miejsce gdzie obcy traktowani są z dystansem i podejrzliwością. Gdzie można z zimną krwią zabić w obronie własnego terytorium. Nie ma tutaj policji, straży pożarnej, sądów. Każdy musi sobie radzić na własną rękę. Jest to miejsce gdzie przetrwają tylko najsilniejsi. Ludzie, którzy nie boją się ciężkiej pracy, myśliwi którzy potrafią oprawić upolowane zwierzę, znają się na tropieniu i uprawie, sami są w stanie zbudować dom. I co najważniejsze : nie boją się samotności. Rodzina Allbrightów wprowadza się do domu z przeciekającym dachem. Bez elektryczności, kanalizacji, mediów i wody w kranie. Z początku, kiedy słońce jest wysoko na niebie, wszystko wydaje się być jedną wielką przygodą, takim obozem przetrwania. Sytuacja zmienia się kiedy dociera do nich, że to nie wakacje, które się kiedyś skończą. Alaska stała się ich nowym domem, miejscem gdzie zostaną do końca życia. Czyli jak długo? Stany Zjednoczone w 1974 roku to państwo będące w głębokim kryzysie ekonomicznym. W narodzie rozlewa się fala krytyki wobec władz, drożeje jedzenie i ropa. Na ulicach pojawiają się inwalidzi wojenni o których wszyscy zapomnieli. Kristin Hannah krytykuje. Agituje przeciwko wojnie. W szczery i bezpośredni sposób pokazuje jej konsekwencje. Słychać tutaj błaganie o pokój, o zachowanie tego co w dzisiejszych czasach jest tak kruche. 

"Wielka samotność" porusza ważny temat jakim jest PTSD. Muszę przyznać, że autorka odrobiła zadanie domowe. Ernt jest doskonałym przykładem tej choroby psychicznej. Jeśli kiedykolwiek miałabym komuś opisać jak wyobrażam sobie zachowanie osoby cierpiącej na Zespół Stresu Pourazowego to przytoczyłabym opis właśnie tego mężczyzny. Ernt pojechał na wojnę sam a wrócił z pasażerem, który zamieszkał w jego umyśle. To właśnie on zsyła mu wizje i głosy. Zmusza do zagłuszania ich alkoholem, pod którego wpływem mężczyzna traci kontrolę. Walka z nim jest beznadziejna i tylko najmocniejsze jednostki są w stanie znaleźć odpowiednią broń. Paranoja Ernta staje się coraz bardziej skondensowana, coraz intensywniejsza. To właśnie ona wytycza główny kierunek tej książki. 

Jak pisałam we wstępie autorka w swoich powieściach konsekwentnie trzyma się pewnego schematu. Praktycznie w każdej książce mamy do czynienia ze słabymi postaciami kobiecymi oraz przemocą domową, która staje się kanwą fabuły. Tak było i w tym przypadku. "Wielka samotność" to książka o różnych formach miłości, jej postrzeganiu oraz sposobach wyrażania. To również przejmujące studium o odcieniach samotności. Kristin Hannah napisała przejmującą powieść z pogranicza obyczajowości i romansu, w której skupiła się na psychologii bohaterów. Już na samym początku wiemy, że wszystko to, co czytamy prowadzi do wielkiego finału, którego przesłanki znajdujemy po drodze. Ostatnie kilka rozdziałów to prawdziwy emocjonalny rollercoaster. Z początku myślałam, że tych emocji i wydarzeń z nim związanych jest zbyt wiele, że autorka nie zostawiła nam czasu na przemyślenie, analizę czy zadumę. Jednak po przeczytaniu książki wiem, że zostanie ona ze mną na długo i tego czasu będę mieć mnóstwo. Jak dla mnie "Wielka samotność" to książka, której warto poświęcić uwagę a z pewnością wam się odwdzięczy. Typowy "must read". Polecam.


Tytuł : "Wielka samotność"
Autor : Kristin Hannah
Data wydania : 23 maja 2018
Wydawnictwo : Świat Książki
Liczba stron : 512
Tytuł oryginału : The Great Alone


Za możliwość przeczytania i zrecenzowania książki serdecznie dziękuję wydawnictwu :
https://www.swiatksiazki.pl/

"Osiem minut" Darren O'Sullivan

"Osiem minut" Darren O'Sullivan

     Po przeczytaniu opinii innych recenzentów uważam, że "Osiem minut" jest zdecydowanie niedocenionym thrillerem na polskim rynku wydawniczym. Serwis Goodreads.com jest nieco łaskawszy jednak i tam można natrafić na falę krytyki. Co jest tego przyczyną? Tym razem czytając starałam się na bieżąco analizować i wyszukiwać mankamenty i minusy w powieści, wytykane przez czytelników. Doszłam do wniosku, że to nie autor i sama książka są winni takiemu stanowi rzeczy. Zostaliśmy przyzwyczajeni do innego rodzaju thrillera. Musi być z dreszczykiem, musi być szybko i musi być tajemniczo. W pewien sposób zaszufladkowaliśmy ten gatunek i każde odstępstwo od ustalonego kanonu jest piętnowane. A szkoda, gdyż te sztywne kryteria, nie dają szans naprawdę wyjątkowym książkom. Osobiście uważam, że "Osiem minut" to kawał dobrego thrillera psychologicznego, gdzie nie ważna jest ilość akcji tylko jej jakość. Ja jestem jak najbardziej na tak.

Chris cierpi po śmierci żony. Czuje się winny, a jedynym zadośćuczynieniem jest oddanie własnego życia. Decyduje się popełnić samobójstwo. Wszystko jest dokładnie przygotowane, data wybrana, wybrana godzina i pociąg który przyniesie mu śmierć. Kiedy osiem minut przed czasem staje na peronie pociągu zaczepia go Sarah. Dziewczyna nie od razu zorientowała się, że uratowała samobójcę. Po tym zdarzeniu czuje się za niego odpowiedzialna. Chris staje się jej obsesją. Odwiedza go w domu, śledzi. Za wszelką cenę dąży do zacieśnienia znajomości. Jeszcze nie wie, że Chris ma powód do bycia "niedostępnym" a przekraczając ustalone granice Sarah wkracza na śmiertelnie niebezpieczną ścieżkę. 

Wprost uwielbiam kiedy już od samego początku autor rzuca nas w sam środek fabuły. Morderstwo się dokonało, Julia nie żyje. Chris zamierza niedługo do niej dołączyć. Przyznam rację krytykom : już po kilkudziesięciu stronach wiedziałam kto jest mordercą. Zastanawiam się nawet czy autor  specjalnie nie podał nam tego na tacy. Jednak nie ważne jest kto zabił tylko dlaczego i jakie to miało konsekwencje. Chris spotkał mordercę swojej żony, został przez niego zaszantażowany. Musi milczeć inaczej innym członkom jego rodziny i przyjaciołom stanie się krzywda. Chris staje się samotny, odwraca się od otoczenia chcąc je chronić. Kłamie, że Julia wyjechała za granicę, do rodziny. Jednak kłamstwo ma krótkie nóżki a ciągłe życie w paranoi może zniszczyć nawet najsilniejsze jednostki. "Osiem minut" to prawdziwy thriller psychologiczny gdzie największy nacisk został położony na to co się dzieje w głowach naszych bohaterów. Tutaj nie akcja jest najważniejsza tylko sam klimat. Nie zwroty akcji tylko narastająca paranoja budują nastrój całej powieści. Pamiętacie "Psychozę" Hitchcocka, albo "Lśnienie"? To filmy o podobnej strukturze, powolnej fabule i fenomenalnych bohaterach. Owszem nie można debiutu, i do tego książkowego, porównywać do kinowych gigantów, jednak jest w tej książce coś, co nie pozwala się od niej oderwać. Jest to jeden z nielicznych "slow-burnów", którego nie mogłam odłożyć i przeczytałam za jednym posiedzeniem. 

"Osiem minut" to opowieść o dwójce zdewastowanych ludzi. Chris tęskni, kocha, nie może się pogodzić ze stratą. Żyje wspomnieniami, w lęku, nie zna dnia ani godziny. Zdesperowany postanawia wziąć sprawy w swoje ręce. Rocznica ślubu, starannie wybrany pociąg bez pasażerów, gdyż nie chce po sobie zostawiać traumatycznych wspomnień, list i postanowienie że dołączy do żony. Zastanawiałam się czy to naprawdę tęsknota za ukochaną powodowała naszym bohaterem? A może tak było łatwiej? Poddać się niż żyć dalej z oddechem mordercy na karku. W końcu próbował, wytrzymał dziesięć miesięcy. Po tym czasie ból po stracie żony powinien przygasnąć jednak strach będzie do końca życia. 
Sarah nie ma szczęścia w życiu. Poznajemy ją kiedy wraca z mieszkania swojego ex chłopaka. Kolejnego. Spędziła z nim noc, licząc na to, że po zdradzie przeprosi, będzie się kajał i prosił o wybaczenie. Ten jednak tylko podziękował za udaną noc. Nie poczuwał się do winy, nie miał wyrzutów sumienia. To nie pierwszy chłopak, który zdradza. Nie pierwszy któremu Sarah oddała swoje serce a ten je zdeptał glanami. Ale może to dziewczyna wymaga zbyt wiele? Za bardzo się przywiązuje, ogarnięta potrzebą bliskości zmienia się w wysysającą soki witalne hubę? W końcu czy znacie kogoś kto praktycznie bez powodu zaczyna śledzić całkowicie obcą osobę, narzuca się skoro wie, że jej towarzystwo nie jest mile widziane? 
Tak naprawdę jest to książka bez pozytywnych bohaterów. Są to ludzie zmęczeni życiem. Ludzie pełni lęków i obsesji. Postaci walczące z własnymi demonami. Autor wybrał najlepszą opcję z możliwych i wprowadził dwutorową narrację. Dzięki temu możemy śledzić fabułę zarówno oczami Chrisa jak i Sarah. Czasem pojawia się również Steve - przyjaciel Chrisa. "Osiem minut" to powieść pełna retrospekcji. To właśnie dzięki nim poznajemy życie naszych bohaterów, pojawiają się również fragmenty pamiętnika Julii, stwarza to wrażenie trójwymiarowości, tak rzadkie w powieściach kryminalnych. Teraz, kiedy lektura książki jest już za mną, myślę że wiem co podtrzymywało moje emocje. Ciągle czekałam na to co się wydarzy pomiędzy Chrisem a Sarah. Czy się do siebie zbliżą? Czy dojdzie do tragedii? To właśnie związek tej dwójki był prawdziwa "istotą", kwintesencją powieści.

Powieść O'Sullivana to udany debiut, który wykroczył poza ramy typowej powieści kryminalnej. To książka, która wymaga od czytelnika cierpliwości jednak nagrodą za nią jest zaskakujące zakończenie. To jedna z tych powieści, która wywołuje grymas zaskoczenia na ustach czytelnika, jedna z tych gdzie nie wszystko idzie zgodnie z planem a jej finał nie dla wszystkich jest szczęśliwy. "Osiem minut" to długo oczekiwana odmiana po tych wszystkich dziewczynach z pociągu, w pociągu i na pociągu. Autor postawił na psychologiczny aspekt powieści i zdecydowanie miało to dobry wpływ na jej klimat. Wydawnictwo HarperCollins już wydało kolejną książkę autora w Wielkiej Brytanii, więc mam nadzieję że na polskie tłumaczenie nie będziemy czekać zbyt długo. 

Mam praktycznie tylko jedno zastrzeżenie a mianowicie jest to projekt okładki. Niestety ani nie przyciąga wzroku ani nie oddaje klimatu powieści. Kiedy angielska zachwyca, tak nasza przechodzi niezauważona. A szkoda gdyż duża część czytelników zwraca baczną uwagę na oprawę i estetykę. Mimo wszystko nie zniechęcajcie się. Naprawdę warto przeczytać tę powieść. Polecam. 

Tytuł : "Osiem minut"
Autor : Darren O'Sullivan
Wydawnictwo : HarperCollins Polska
Data wydania : 11 lipca 2018
Liczba stron : 336
Tytuł oryginału : Our Little Secret


Za możliwość przeczytania książki serdecznie dziękuję wydawnictwu : 


http://www.harpercollins.pl/plan-wydawniczy

 


"Niedobry pasterz" Przemysław Borkowski

"Niedobry pasterz" Przemysław Borkowski

     Ostatnio czytałam artykuł, którego autor na postawie kilku przykładów udowodnił, że część morderstw kwalifikowanych jest jako samobójstwo. Często są to tak zwane "zbrodnie doskonałe", kiedy nie ma motywu, nie ma świadków a jest ciało. Ofiara zazwyczaj jest osobą samotną, bez rodziny, która mogłaby się o nią upomnieć. W takich przypadkach prokurator, pomimo oczywistych dowodów wskazujących na zabójstwo, stwierdza zgon samobójczy. Statystyki idą w górę podobnie jak liczba rozwiązanych i zamkniętych spraw. A co jeśli do morderstwa przyznaje się więcej niż jedna osoba? Tak było w przypadku "Niedobrego pasterza". Dwóch winnych a Zygmunt Rozłucki nadal szuka kogoś pasującego do profilu mordercy. Zapowiada się nieźle prawda? Wszak od przybytku głowa nie boli.

W podolsztyńskim lesie w brutalny sposób zamordowana zostaje piętnastoletnia dziewczyna. Po kilku dniach policja aresztuje lokalnego pijaka, który przyznaje się do winy. Sprawa wydaje się być zamknięta dopóki na komisariat nie przychodzi ksiądz z okolicznej parafii. Informuje policjantów, że to nikt inny, tylko on zabił dziewczynę. Do śledztwa włącza się przybyły z Warszawy psycholog Zygmunt Rozłucki, który uważa że prawdziwy morderca nadal ukrywa się na wolności. 

Przyzwyczajona do książek, w których pierwsze skrzypce pełnią komisarze czy detektywi, podczas czytania "Niedobrego pasterza" poczułam powiew świeżości. Co prawda wykorzystanie psychologa w roli głównego bohatera nie jest niczym nowym, jednak nadal jest dość rzadkie. A jeśli do duetu dokooptujemy mu ambitną dziennikarkę to zapowiada się ciekawie i oryginalnie. Takie polskie "Millenium" Stiega Larssona choć fabuła jest dużo mnie rozbuchana. Muszę przyznać, że troszkę żałuję, że nie przeczytałam tomu pierwszego cyklu o Zygmuncie Rozłuckim. Kolejny raz plułam sobie w brodę, choć już dawno sobie przyrzekłam, że serie będę zaczynać od początku. Teraz w mojej głowie jest sporo luk, które może załatać nadrobienie zaległości lub moja własna wyobraźnia. Co prawda nadal nie przeszkadza to w śledzeniu fabuły jednak wnikliwy czytelnik może poczuć pewien dyskomfort. Więc kochani, sięgnijcie po tom pierwszy, jeśli jest choć w połowie tak dobry jak ten, to warto przeczytać. Przemysław Borkowski zdecydowanie umie pisać i posiada coś o czym marzy wielu pisarzy, nawet tych bardziej doświadczonych. Potrafi połączyć wielowątkową fabułę z warstwą obyczajową w taki sposób, że zachowany zostaje odpowiedni balans. Część krytyków będzie narzekać, że w książce jest za mało akcji. Ja uważam, że sięgając po rasowy kryminał nie powinniśmy się nastawiać na mnogość zwrotów akcji i nagłe skoki adrenaliny. Jeśli właśnie tego poszukujemy to polecam włączyć telewizor i poszukać filmu akcji, których jest masa. Inni krytycy doszukają się braku krwistych zbrodni lub zbyt małej ilości momentów wywołujących dreszcze na karku. Ci powinni sięgnąć po typowe thrillery. "Niedobry pasterz" to kryminał i moim zdaniem jest idealnym przedstawicielem swojego gatunku. Mamy tutaj morderstwo, policyjne śledztwo, wątki psychologiczne oraz rozterki głównych bohaterów, związaneh z ich przeszłością. Znajdzie się również wątek romantyczny oraz poruszone zostaną kontrowersyjne w dzisiejszych czasach tematy, chociażby sex z nieletnimi. 

Ciekawą, choć nieco żałosną i kontrowersyjną postacią, jest nasz główny bohater Zygmunt Rozłucki.  Jest to człowiek z "przeszłością", który ciągle walczy z zamieszkującymi jego głowę demonami. Krąży opinia, że właśnie psychologowie najczęściej zapadają na różnego rodzaju choroby umysłowe. Nasz bohater jest doskonałym przykładem na poparcie tej tezy. Jest alkoholikiem. Nie pijakiem, nie degustatorem, nie kimś kto lubi okazyjnie się napić. Jest to typowy przykład choroby alkoholowej, która nieleczona w gwałtowny sposób się rozwija, mając wpływ na każdy aspekt życia dotkniętej nią osoby. Alkoholikowi jest obojętne co pije i gdzie pije. Ważne by szło w głowę a w rezultacie i w nogi. Najczęściej zaczyna się niewinnie od "jednego" piwka do obiadu. Potem przychodzi czas na inne, mocniejsze trunki. Ci wybrani, których na to stać mogą raczyć się alkoholami z górnej półki jednak prawda jest jedna : nie ważne czy pijesz denaturat czy cognac, choroba jest ta sama i zazwyczaj ma tragiczny finał. Nasz bohater jest na równi pochyłej i choć jego umysł jeszcze w miarę dobrze funkcjonuje to widać po nim zgubne skutki alkoholu. Lubi pić, lubi o tym opowiadać. "Niedobry pasterz" to poniekąd wariacja na temat picia i następującego po nim kaca. Sporo można się nauczyć. Skojarzyło mi się to z rewelacyjną książką Krzysztofa Vargi "Masakra", w której opisany jest jeden dzień z życia artysty, który stacza się na dno. 

Kiedy ofiarą zbrodni pada dziecko lub nastolatek reagujemy zupełnie inaczej niż w przypadku osoby dorosłej. Pojawiają się pytania : dlaczego Bóg na to pozwala? Co komu zawiniło dziecko? Czemu świat jest taki niesprawiedliwy? Nasz umysł wchodzi na wyższe obroty i czytamy z zainteresowaniem chcąc jak najszybciej rozwiązać zagadkę. A jeszcze jeśli zbrodnia jest wyjątkowo brutalna, to do naszej wzmożonej ciekawości dochodzi gniew i złość. Książka Borkowskiego ma prawie 500 stron więc możemy się domyślać, że śledztwo będzie długie, żmudne i skomplikowane. Szczególnie jeśli mamy do czynienia z dużą liczbą podejrzanych. Przyznam szczerze, że aż do samego końca nie udało mi się samodzielnie rozwiązać zagadki, choć cały czas byłam skupiona a szare komórki analizowały na bieżąco fabułę, tak zakończenie pozostało dla mnie niemałym zaskoczeniem. 

Przemysław Borkowski, dziennikarz i polonista, ma na swoim koncie już kilka udanych powieści. "Niedobry pasterz" z pewnością znajdzie się w czołówce. Poprawnie napisana, obszerna, z ciekawą i zaskakującą fabułą powieść zadowoli nawet wybrednych czytelników. Plusem są nieszablonowe, choć momentami irytujące (stosunek Rozłuckiego do kobiet) postaci, które warto poznać. Pod koniec książki autor zostawił nam widoczne przesłanki do tego by czekać na kolejny tom. I tak właśnie zrobię, a póki co to pora rozejrzeć się za poprzednim. Polecam. I pamiętajcie : zacznijcie od samego początku. 


Tytuł : "Niedobry pasterz"
Autor : Przemysław Borkowski
Wydawnictwo : Czwarta Strona
Data wydania : 9 maja 2018
Liczba stron : 485



Za możliwość przeczytania i zrecenzowania książki serdecznie dziękuję wydawnictwu :

http://czwartastrona.pl/
 


"Złodziej kości" Luca Veste

"Złodziej kości" Luca Veste

Choć Luca Veste jest dość znanym angielskim pisarzem, dopiero "Złodziej kości" doczekał się swojego polskiego tłumaczenia. Jest to również moje pierwsze spotkanie z autorem, jednak zachęcona opiniami  kolegów, którzy czytali książki w oryginale, postanowiłam dać mu duży kredyt zaufania. Szczególnie, że akcja najnowszej powieści dzieje się w Liverpoolu, mieście które darzę ogromnym sentymentem (drużynę piłkarską również). Dodatkowym wabikiem była informacja, że bohaterami książki jest czwórka chłopców, którzy postanawiają odwiedzić opuszczony tunel w poszukiwaniu Kościucha. Moje pierwsze skojarzenie : "To" Stephena Kinga, kanały, przyjaciele, tajemnica i niebezpieczeństwo. Choć nie spodziewałam się, że ktoś napisze lepszą powieść od mojego literackiego idola to nastawiłam się na prawdziwą jazdę bez trzymanki.

Czwórka nastolatków wyruszyła do lasu w poszukiwaniu Kościucha, potwora z dziecięcej rymowanki. Wróciło ich tylko troje. Dwadzieścia lat później policja znajduje błąkającą się kobietę, która twierdzi, że uciekła potworowi z "lasu". Detektyw Henderson jest przekonana, że te dwie sprawy coś łączy. Kiedy odnalezione zostaje kolejne ciało jest już przekonana, że tajemnicze monstrum z lasu jest człowiekiem z krwi i kości. 

Jak mówią "każda legenda ma w sobie ziarno prawdy". Psychopaci również znają bajki, byli kiedyś dziećmi, którym mama czytała do poduszki. Przyznam, że pomysł napisania książki o seryjnym mordercy, dla którego wzorem i inspiracją była postać z bajki jest przerażający. Takie historie mają straszyć naszych podopiecznych, grać na ich uczuciach, zmuszać do posłuszeństwa. Ich celem nie jest przerażanie. Zarówno my rodzice, jak i dzieci, choć zdadzą sobie z tego sprawę dopiero w pewnym wieku, wiedzą, że jest to tylko urban legend. Umyjemy zęby czy posprzątamy pokój i już Kościuch nie przyjdzie, A nawet jak będziemy troszkę niegrzeczni to i tak mama nas obroni. A co jeśli Kościuch jest prawdziwy? Co jeśli to nasza mama stanie się jego ofiarą? Jeśli zwykły straszak na drobne nieposłuszeństwa okaże się prawdziwym horrorem? Swoja drogą długo się zastanawiałam czy ta książka w wersji typowej powieści grozy miałaby inny, może nieco głębszy wymiar? Zastanawia mnie dlaczego autor powołał Kościucha do życia, ożywił legendę, pozbawił go mityczności zamiast postawić na przenikanie się dwóch światów : tego rzeczywistego, który znamy, z tym mrocznym światem naszych koszmarów. Do właśnie takich książek przyzwyczaił mnie Stephen King. Na tym samym pomyśle bazowała świetna produkcja Netflixa, "Stranger Things". Oczywiście thriller również jest gatunkiem, po który sięgam chętnie, jednak przez cały czas lektury czekałam na coś, co wiedziałam, że nie nastąpi, na prawdziwego Kościucha.

Już zdążyłam się przyzwyczaić, że detektywi w powieściach wszystkich gatunków, to zazwyczaj osoby pokrzywdzone przez los, nękane przez demony lub po prostu tacy którym nie wyszło (w życiu, miłości, kartach, wpisz odpowiednie). Również Louise Henderson to osoba, która ma przeszłość przez duże P. To typowy samotnik. Jej jedynym przyjacielem jest partner (oczywiście ten w pracy) Paul Shipley. Często zadawałam sobie pytanie czy Louise jest odpowiednią osobą na odpowiednim miejscu. Pomimo całego współczucia, którym ją obdarzyłam, niestety nie udało mi się wzbudzić do niej sympatii. Mało tego. Zaczęłam się zastanawiać, co jest prawdą a co wymysłem detektyw Henderson. Oczywiście, przekonanie kogoś, że Kościuch nabrał ludzkich kształtów i pałęta się po lesie, kiedy za jedyny dowód mamy zbrodnię sprzed lat, może być zadaniem karkołomnym, jednak momentami mi się zdawało, że nasza pani detektyw posuwa się za daleko. I niestety spełnił się smutny scenariusz : jeśli nie zaskoczyło pomiędzy czytelnikiem a głównym bohaterem, to jest jedynie mały procent szans na to, że książka mi się spodoba. Co prawda czytałam z zainteresowaniem jednak bardziej było to skakanie z wątku na wątek niż prawdziwe zaangażowanie. Najbardziej jednak boli fakt, że "Złodziej kości" miał jeden z najbardziej mrocznych, przerażających i wywołujących dreszcze na karku, początków. Z ręką na sercu mogę przyznać, że pierwsze kilka stron wywołało u mnie głęboki niepokój. Niestety potem to uczucie stopniowo odpuszczało. Przy zakończeniu adrenalina delikatnie podskoczyła jednak nie był to skok spektakularny. Niestety książka ta była przegadana i nudnawa. Zabrakło tej iskry, która powinna cechować dobre kryminały. Było dziwnie, ale nic ponad to. Jest jedno angielskie słowo, które doskonale odda klimat tej powieści : creepy, co znaczy jednocześnie powolny i przyprawiający o gęsią skórkę. 

Luca Veste, zanim napisał tę samodzielną powieść, był autorem cyklu kryminalnego. Choć nie czytałam poprzednich książek to z przykrością muszę stwierdzić, że stworzenie dzieła pełnego i zwartego, niestety przewyższyło jego możliwości. Chociażby postać detektyw Henderson. Przez cały czas trwania powieści coś ukrywała, jakiś mroczny sekret, który do końca nie został odkryty. Wydawała się zimna i antypatyczna. Do tej pory nie wiem kim była nasza główna bohaterka i wiedząc że nie będzie kontynuacji, nigdy się tego nie dowiem. Na plus dodam, że osoby które znają Liverpool będą zachwycone. Widać, że jest to miasto, które autor kocha miłością szczerą i wielką (a szczególnie jego południową stronę). Przypomniał mi o miejscach, które odwiedziłam, anegdotkach, które usłyszałam i ludziach, którzy stamtąd pochodzą. Właśnie za  te parę przywołanych wspomnień ocena książki pójdzie o stopień wyżej. 

Zaczęło się z siłą wodospadu a skończyło ciurkaniem z kranu. Autor powieści wie co robi, ma świetny warsztat, słownictwo i potrafi oddać klimat powieści. Środek lasu był naprawdę środkiem prawdziwego, mrocznego, przerażającego lasu, niby blisko od cywilizacji a w rzeczywistości bardzo od niej daleko. Jednak zabrakło tutaj wigoru, wiarygodności, całość wydawała się rozlazła. Zabójstwa były przypadkowe, wręcz losowe, trudno było znaleźć jakiekolwiek połączenie pomiędzy ofiarami. I właśnie chyba tylko to, to poszukiwanie wspólnego środka, zmuszało mnie do przewracania stron. Polecam wytrwałym.


Tytuł : "Złodziej kości"
Autor : Luca Veste
Wydawnictwo : Filia
Data wydania : 25 kwietnia 2018
Liczba stron : 464
Tytuł oryginału : The Bone Keeper


Za możliwość przeczytania i zrecenzowania książki serdecznie dziękuję wydawnictwu : 


http://www.wydawnictwofilia.pl/


"Naznaczona" Adelia Saunders

"Naznaczona" Adelia Saunders

Jak tylko przeczytałam, że główną bohaterką "Naznaczonej" jest dziewczyna, która widzi tajemnicze napisy na ciele innych ludzi, poniekąd opowiadające ich historię, to już wiedziałam, że w moje ręce wpadła interesująca powieść oparta na oryginalnym pomyśle. Odrobina magii, ciekawi, dobrze rozwinięci bohaterowie, tajemnica z przeszłości a na dokładkę wspaniały Paryż sprawiły, że książka Adelii Sounders trafiła prosto do mojego serca. Dodatkowym plusem była warstwa psychologiczna książki. Autorka zadawała pytania, skłaniała do przemyśleń i wyciągania wniosków. Takie połączenie rozrywki z grą umysłową lubię najbardziej. 

Magdalena obdarzona została nietypowym darem. Widzi napisy na ciele innych ludzi. Są to szczegóły z życia, zarówno banalne jak i te istotne : imiona, daty, wydarzenia a nawet godziny śmierci. Pewnego dnia, w Paryżu, poznaje Neila, u którego dostrzega wypisane na policzku swoje imię. Mężczyzna, zauroczony urodą Magdaleny, zakochuje się. W stolicy Francji przebywa również ojciec mężczyzny, który przyjechał odkryć prawdę o swojej zmarłej matce, słynnej pisarce. Pewnego dnia drogi całej trójki krzyżują się. 

Bohaterowie, bohaterowie i bohaterowie. To właśnie oni są najmocniejszych ogniwem tej powieści. Jak widzicie po opisie, mamy tutaj do czynienia z nietypową, bo z elementami magii, powieścią obyczajową, a jak wiadomo książki tego gatunku raczej nie słyną z szybkości akcji czy mnogości jej
zwrotów. W zamian za to dostaliśmy powieść wielowątkową, której akcja rozwija się powoli jednak w dość nieoczekiwanym kierunku. Autorka posłużyła się tutaj metodą małych kroczków. Powolutku dokładając puzzel do puzzla wyłania nam się obraz większej całości widziany z trzech perspektyw. Każdy z naszej trójki bohaterów czegoś szuka, pozostaje pytanie : czy uda im się to znaleźć?
Zdecydowanie najbardziej barwną i wywołującą emocje postacią była Magdalena. Jeśli ktoś by mnie spytał, co do niej poczułam, już podczas pierwszego spotkania, to bez wahania bym powiedziała, że współczucie. Wyobraźcie sobie, że posiadacie dar (lub przekleństwo) widzenia wypisanych na skórze innych, wyrazów. Jeśli to nazwa miejsca, imię ukochanej osoby czy data ważnego wydarzenia to jest wam łatwo przejść nad tym do porządku dziennego. Gorzej jeśli napis opowiada historię smutną bądź przerażającą. Wyobraźcie sobie, że na klatce piersiowej waszego męża lub żony widnieje data jej śmierci i nie możecie zrobić nic żeby temu zapobiec. Kochacie wiedząc, że wasze szczęście będzie krótkotrwałe. Zamiast na miłości skupiacie się na odmierzaniu czasu do tej strasznej godziny zero. Magdalena miała wyrzuty sumienia po śmierci przyjaciółki. To właśnie siebie obwiniała za to co się stało. Wie, że mogła zapobiec tragedii, przecież miała wypisane wszystko czarno na białym. Historia Magdaleny to próba odnalezienia spokoju duszy, otrząśnięcia się po tragicznych wydarzeniach. Kobieta nienawidzi daru z którym przyszło jej żyć. Czuje się naznaczona, wyobcowana, a wszechobecne wyrazy pogłębiają jej paranoję. Pewnego dnia przestaje nosić, zalecone przez lekarza okulary. W konsekwencji słowa są rozmazane. Świat również. Jednak woli pozbawić otoczenia szczegółów a zachować zdrowie psychiczne. Droga Magdaleny to droga trudnych wyborów. 
Postać Neila, najsłabsza w całej książce, wydaje mi się przerysowana, momentami karykaturalna. Owszem jego też pokochałam jednak z większym dystansem i przymrużeniem oka. Oczywiście każdy z nas wie, że istnieje coś takiego jak miłość od pierwszego wrażenia. Co prawda 99 procent ludzkości nigdy tego nie doświadczy ale możemy się cieszyć szczęściem tego jednego procenta. Jednak czy człowiek, nawet ten co się momentalnie zakochał, od razu traci rozum? Na przykładzie Neila widać, że istotnie tak się dzieje, bo chłopak przemierza pół Europy, by stanąć u drzwi kobiety, którą widział raz w życiu. Nieprawdopodobne jest to o tyle, że posiadał jej numer telefonu więc zamiast jechać w ciemno mógł się przecież umówić? Takich "spontanów", jak przystało na rasowego studenta historii, jest tutaj o wiele więcej, co daje czytelnikowi okazję się przyzwyczaić.
I oczywiście Richard. Jego historia opowiedziana jest w pierwszej osobie i to właśnie on jest tak naprawdę głównym bohaterem powieści. W tej części autorka mogła się pochwalić lirycznością swojego języka, znakomitym warsztatem i stylem. Richard przeżywa swoje dzieciństwo,brak obecności matki, która nawet "nigdy na niego nie spojrzała". Od razu po porodzie wyjechała do Paryża by brylować na salonach i pławić się w blasku reflektorów. Dla dla nich były jej uśmiechy i uwaga. Dorosły już mężczyzna przyjeżdża do Paryża w poszukiwaniu fotografii buta. Znalezienie trzewika z jego odległych wspomnień ma mu udowodnić, że jego matka choć raz wróciła do domu. Widział ją siedząc pod stołem i patrząc na czerwone pantofelki. Dlaczego wróciła? Czemu siedziała z ciotką przy kuchennym stole? Jaką tajemnicę skrywa ta scena? Muszę powiedzieć, że czytając historię Richarda płakałam. Ból odrzucenia przez matkę musi być niewyobrażalny. Sama mam dwie córki i kiedy starsza wyjeżdża do dziadków to mam wrażenie, że w walizce zabrała cząstkę mnie. Nie wiem jak można odwrócić się od własnego dziecka, zostawić na pastwę krewnych czy domu dziecka. Pozwolić by widziało cię w gazetach, w objęciach innych. Książka z pewnością dostarczyła mi masę emocji i niektóre z nich do głębi mnie poruszyły.  

Trzeba zaznaczyć, że "Naznaczona" jest lekturą dla dorosłych, dojrzałych czytelników, ze względu na zawarte w niej szokujące treści, nieodpowiednie dla młodszych odbiorców. Próby samobójcze, napaści na tle seksualnym, inwigilacja-to właśnie te tematy stanowią tak zwane "mięso" powieści. Sam "dar" Magdaleny zajmuje w książce dość mało miejsca, odnosi się głównie do wydarzeń z przeszłości oraz połączeń pomiędzy poszczególnymi bohaterami. "Naznaczona" to kompleksowa powieść przypominająca swoją budową "Atlas Chmur". Mamy tutaj bardzo dużo odnośników do przeszłości, czasem wręcz odnosiłam wrażenie, że bohaterowie wprost są w niej zakotwiczeni. Wprost nie mogłam uwierzyć, że fabuła toczy się w 2008 roku bo nie ma tutaj nic z wszechobecnej nowoczesności. Pomimo pięknej okładki, która stwarza wrażenie, że mamy będziemy mieć do czynienia z lekką powieścią kobiecą, książka ta jest naprawdę trudna, depresyjna jednak niezwykle ważna i szlachetna. To rzecz, nad którą trzeba przysiąść, zadumać się. To przede wszystkim wspaniała książka o ludziach i ich wewnętrznych przemianach. Już dawno nie spotkałam się z tak dobrze przedstawionymi profilami psychologicznymi postaci i ich metamorfozami. Dlatego jeszcze raz przypomnę : bohaterowie, bohaterowie, bohaterowie. 

Jeśli uważacie, że ze względu na szczególny, magiczny dar naszej głównej bohaterki, wolicie sobie tę lekturę odpuścić bo jest zbyt "fantastyczna" to robiąc tak bardzo dużo stracicie. Widzenie słów potraktujcie jako osobliwy dodatek, motor całej powieści a nawet jej symbol. Jednak to nie on jest tutaj ważny tylko wędrówka naszych bohaterów ku wolności i szczęściu. "Naznaczona" to złożona, dobrze napisana choć nieco "przypadkowa" powieść o miłości, stracie i odkrywaniu tego kim naprawdę jesteśmy. Polecam wymagającym czytelnikom. Zdecydowanie była to jedna z piękniejszych przeczytanych przeze mnie w tym roku książek. 


Tytuł : "Naznaczona"
Autor : Adelia Saunders
Wydawnictwo : Wydawnictwo Kobiece
Data wydania : 13 lipca 2018
Tytuł oryginału : Indelible 


Tę oraz wiele innych, wspaniałych pozycji kupicie tu : 

https://www.taniaksiazka.pl/
 
"Bambi" Mons Kallentoft, Marcus Lutteman

"Bambi" Mons Kallentoft, Marcus Lutteman

     "Bambi" to trzecia książka znakomitego szwedzkiego cyklu o Zacku Herry. Ci co śledzą mój blog dobrze wiedzą, że poprzednie części podbiły moje serce a Mons Kallentoft i Marcus Lutteman znaleźli się w czołówce moich ulubionych skandynawskich pisarzy i zdecydowanie są najlepszym autorskim duetem w gatunku powieści kryminalnych.  Kolejny raz ta dwójka stanęła na wysokości zadania i w moje ręce trafiła naszpikowana akcją powieść. Jeśli lubicie kiedy czytając książkę czujecie się jak w kinie to "Bambi" będzie pozycją dla was. Narkotyki, oszustwa, zemsta i morderstwa, wszystko to co charakteryzuje dobry thriller zostało zebrane pomiędzy tymi dwoma okładkami. 

Kiedy policjanci trafiają na miejsce zbrodni ich oczom ukazuje się z goła surrealistyczny widok. Wygląda na to, że hedonistyczna impreza młodych bogaczy zamieniła się w krwawą jatkę. Kiedy kolejny raz dochodzi do masowego samobójstwa wciąż nie odnaleziono żadnych tropów. Do akcji wkracza Zack Herry, który uważa, że tajemnica samobójstw tkwi w małych różowych tabletkach z Bambim. Choć dotknięty osobistą tragedią detektyw rzuca się w wir śledztwa. 

Trzeci tom cyklu inspirowany jest mitem o łani kerynejskiej, której odnalezienie i schwytanie było trzecią pracą Herkulesa (według niektórych źródeł czwartą). Trzeci tom i trzecie zadanie? Zapowiada się ciekawie. Co prawda upolowane przez greckiego herosa zwierzę uciekło zanim trafiło do menażerii króla Eurysteusza ,jednak sam fakt, że Herkulesowi (bądź też Heraklesowi) udało się dokonać niewykonalnego świadczy o jego sprycie, inteligencji i przebiegłości. Czy Zackowi i tym razem uda się rozwiązać zagadkę? Czy podobnie jak w greckim micie sprawcom uda się uciec? Choć zakończenia wam nie zdradzę to muszę powiedzieć, że droga do niego jest niezwykle długa, wyboista i intensywna. Jak czytam książki dwójki naszych autorów to odnoszę wrażenie, że sam proces twórczy sprawia im wiele przyjemności. Wyobrażam sobie dwóch mężczyzn w sile wieku siedzących przy kawiarnianym stoliku, raczących się dobrą whisky i prześcigających się w wymyślaniu coraz to nowych wątków akcji i coraz brutalniejszych zbrodni. Choć Skandynawia jest kolebką kryminału i to właśnie stamtąd Europę zalewa fala morderczych opowieści, to muszę przyznać jest to również kraina gdzie pomysły rosną na drzewach. Bo stworzyć coś oryginalnego w czasach kiedy często mam wrażenie, że wszystko już zostało napisane, jest czymś niezwykle trudnym. Naszym autorom się udało i "Bambi" jest oryginalną, ciekawą powieścią, doskonałym przedstawicielem swojego gatunku. Kryminał szwedzki nie bez powodu nazywany jest "kobiecym". W tym wypadku ta kobieta ma naprawdę wielkie, mówiąc kolokwialnie, cochones. Autorzy nie boją się używać języka, nawet tego rynsztokowego i wychodzą z założenia, że jeśli czytelnik sięga po thriller,  musi liczyć się z tym, że może natrafić na krwawe opisy zbrodni lub ich miejsc. To z pewnością nie jest książka dla małych dziewczynek. 

Muszę przyznać, że w tej części cyklu rozbudowana została również warstwa obyczajowa. Doskonale znamy przeszłość Zacka. Jeszcze kilka lat wcześniej był ćpunem i bawidamkiem, wylądował na dnie, jednak dzięki pomocy narzeczonej udało mu się wrócić do ludzi. Postanowił się zmienić, dla dobra swojego i dziecka, które jest w drodze. Pewnego dnia wydarzyła się tragedia, która sprawiła, że mężczyzna kolejny raz się załamuje. Wraca do narkotyków. Co prawda jest ktoś kto wyciąga do niego pomocną dłoń, jednak nasz bohater nie wie czy powinien z niej skorzystać. Jedyną rzeczą, która sprawia że ma wystarczający powód do wstania z łóżka, jest pragnienie zemsty. Zemsty za wydarzenie sprzed lat. Podsumujmy. Mamy tutaj zbiorowe samobójstwo młodych ludzi, którzy wcześniej wzajemnie okaleczyli własne ciała, tragedię rodzinną Zacka, porachunki z przeszłości i matkę, która tak naprawdę okazuje się oszustką. Śmiało można powiedzieć, że gdyby nie prawdziwie mocny wątek kryminalny to mielibyśmy do czynienia ze szwedzką telenowelą. I właśnie to miałam na myśli mówiąc, że będzie intensywnie.  Mi to odpowiada. Lubię jak się dużo dzieje. Przyzwyczaiłam się do tego, że detektywi w powieściach kryminalnych to zazwyczaj ludzie z problemami natury różnorakiej. Natłok wątków pobocznych w przypadku cykli książkowych nie razi a wręcz sprawia, że czytelnik czuje się zobowiązany sięgnąć po kolejny tom. Bo oczywiście pewne wątki nie zostały pociągnięte do końca. Czytelnikom, którzy mają ochotę na spotkanie z Zackiem również polecam trzymać się porządku chronologicznego, gdyż tylko wtedy dostaniecie pełen obraz sytuacji i okoliczności. Poznacie również naszego bohatera z każdej strony, i tej złej i tej troszkę lepszej.

Dużą rolę w książce (jeśli w ogóle nie bohatera pierwszoplanowego) stanowią narkotyki. I to  pastylki szczególne, z podobizną słodkiego, znanego z bajek i książek jelonka. Swoją drogą czy tylko mi się wydaje, że producenci używek poszli o krok za daleko? Doskonale wiadomo, że większość narkotyków, napojów wyskokowych czy innych używek trafia do młodych ludzi. A młodzież niestety kupuje oczami. Im bardziej się błyszczy, im ładniej wygląda, bardziej kolorowo, designersko, tym ma większe wzięcie. Stworzenie tabletki z podobizną Bambi jest grą na uczuciach potencjalnego kupca. Wizerunek jelonka ma mu przypomnieć o przyjemnych chwilach z dzieciństwa i dać obietnicę, że producent dołożył wszelkich starań, by za sprawą narkotyku mógł się przenieść w czasie i na powrót stać beztroskim dzieckiem. I choć jest to fikcja, to podobnych przykładów jest bez liku. Smakowe wódki, pachnące papierosy w przyciągających wzrok opakowaniach, hipnotyzujące,barwne kolory "legalnych" dopalaczy. Aż strach pomyśleć, że nawet na czarnym rynku trzeba walczyć o klienta, naprawdę konkurencja jest aż tak wielka? Boimy się jaki będzie następny krok producentów i dilerów. Czym jeszcze będą kusić nas i nasze dzieci, i co najważniejsze czy uda nam się obronić przed tą zmasowaną perswazją romansującą z naszym sentymentem?

Cykl o Zacku Herry w oryginale brzmi Herkulesserien i odnosi się do mitycznego, rzymskiego herosa. Znany był on z tego, że wyrocznia delficka nałożyła na niego karę za wymordowanie rodziny. Kara ta składała się z 12 prac, których wypełnienie miało przewyższyć siły jednego człowieka. Chciałabym by cykl ten, podobnie jak prace Herkulesa, składał się również z dwunastu części. Jak na na razie każda kolejna jest lepsza od poprzedniej więc jest spore prawdopodobieństwo, że ostatnia okaże się czytelniczą Nirvaną. Jeśli jeszcze nie zaczęliście swojej przygody z Zackiem to zachęcam do szybkiego nadrobienia zaległości.  

Tytuł : "Bambi"
Autor : Mons Kallentoft, Marcus Lutteman
Wydawnictwo : Rebis
Data wydania : sierpień 2018
Tytuł oryginału : Bambi


Za możliwość przeczytania i zrecenzowania książki serdecznie dziękuję wydawnictwu :


https://www.rebis.com.pl/
 
"Małgośka" Anna Nejman

"Małgośka" Anna Nejman

     Jako matka pracująca na emigracji, lubię czytać książki o losach ludzi, którzy zdecydowali się, podobnie jak ja,  opuścić swój kraj by szukać szczęścia gdzie indziej. W przypadku Małgośki była to nie do końca jej decyzja, jednak będąc już na miejscu usamodzielniła się i wzięła stery w swoje ręce. Książka ta skłoniła mnie do przemyśleń nad losem emigrantów. Historie "uciekinierów" w większości są do siebie podobne. Z początku jest wielka tęsknota za domem, strach, chaotyczne poszukiwanie pracy i nowych przyjaciół, uciecha z pierwszych zarobionych pieniędzy. Stopniowo nowe miejsce staje się nowym domem, już nie przeliczamy euro czy dolarów na złotówki, nie planujemy wakacji w Polsce, bo przecież trzeba odwiedzić rodzinę, nie porównujemy systemu nauczania "tu" i w Polsce, myśląc o edukacji naszych pociech. Patrząc na Maryśkę, tak naprawdę widziałam siebie. Dziękuję Annie Nejman, za wzięcie mnie w tę sentymentalną podróż, naprawdę dużo dla mnie znaczyła. 

Wychowana w małej, polskiej wsi Anna, po ukończeniu 20 roku życia wyjeżdża do Stanów Zjednoczonych. W wyniku przeprowadzonych testów okazuje się, że jako jedna z nielicznych osób w rodzinie, może być dawcą szpiku dla chorego na białaczkę stryja. Kiedy pojawia się w Trenton, w hrabstwie Delaware, okazuje się że jej wujostwo już tam nie mieszka. Bazyli umarł nie doczekawszy przeszczepu a dom został wystawiony na sprzedaż. Czy dziewczyna poradzi sobie sama na obcej ziemi? 

Tak naprawdę "Małgośka" to historia nie jednej a dwóch kobiet. Tytułową bohaterkę poznajemy poprzez pisarkę Elizę, która zbiera materiały do nowej książki. Zainspirowała ją postać swojej przyjaciółki, kobiety dla której "amerykański sen" nadal trwa jednak nie zawsze przybiera kolorowe barwy. Druga historia to właśnie opowieść o Elizie i jej amerykańskim mężu. Również ich związek nie jest bajkowy. Poznali się mając oboje prawie 50 lat. Po krótkim okresie narzeczeństwa stanęli na ślubnym kobiercu. Mając 48 lat Eliza urodziła swoje pierwsze dziecko Dustina. Drugi z braci bliźniaków zmarł jeszcze w łonie matki. Sama urodziłam swoje córki, mając ponad trzydzieści lat i wiem, że granica wieku kobiet decydujących się na posiadanie dzieci idzie coraz bardziej w górę. We Włoszech przekroczyła 35 lat. Decyzję  na zajście w ciążę praktycznie na progu menopauzy jedni nazwą odwagą a inni głupotą. Faktem jest, że rodzicom "późnych" dzieci często trudno jest pogodzić się z nowym stanem rzeczy. Tak było w przypadku naszych głównych bohaterów a śmierć jednego z chłopców jeszcze bardziej pogłębiła uczucie rozpaczy i zagubienia. Małżeństwo stopniowo zaczęło się od siebie oddalać. Połóg uniemożliwiał zbliżenie fizyczne, śmierć i żałoba psychiczne. Na horyzoncie pojawiła się kobieta z przeszłości, symbol wolności i czasów, kiedy Lenny był odpowiedzialny tylko i wyłącznie za siebie. Z jednej strony na mężczyznę czekała w domu kochająca żona a z drugiej gorąca kochanka, która nie pragnie nic więcej oprócz łóżkowej przygody. Czy starczy mu sił by dotrzymać małżeńskiej przysięgi? Analizując tę historię muszę przyznać, że zabrakło mi tutaj głębi. Owszem autorka opowiada o uczuciach, jednak nasi bohaterowie nie okazują sobie tej miłości. Tak naprawdę czytelnikowi jest obojętne czy dojdzie do zdrady czy nie, gdyż zdrada boli tylko wtedy gdy mamy do czynienia z prawdziwym uczuciem. Tutaj widziałam jedynie dwójkę skupionych na sobie, walczących z depresją osób, którzy na siłę starają się naprawić związek, popełniając przy tym masę błędów. Zachowywali się stereotypowo i muszę przyznać, że do końca nie wiem czy im się udało wyjść na prostą czy odpuścili. Tak naprawdę ta książka jest prequelem wydanej wcześniej powieści "Migdałowy aromat", więc może to właśnie z niej dowiem się czegoś o ich dalszych losach i samym miejscu zwanym "Ustroniem"?

O wiele ciekawsza była historia Małgośki. Tutaj co prawda jest więcej żaru, uczuć i akcji jednak często odnosiłam wrażenie, że autorka się zagalopowała. Podczas lektury parokrotnie miałam ochotę powiedzieć :"really"? Emigracja jest dla mnie chlebem powszednim. Za granicą mieszkam ponad 10, znam ludzi, którzy żyją tu jeszcze dłużej. Wyjechałam z Polski w wieku 23 lat i, podobnie jak naszej książkowej bohaterce, by zacząć godne życie na obczyźnie skorzystałam z pomocy rodaków. Muszę jednak przyznać, że nie wszyscy okazali się być tak uczciwi. Poznałam również parę osób, które z chęcią by mi wbiły nóż w plecy. Oczywiście jeśli by się z tym wiązały jakieś korzyści. Małgośka widać jest w czepku urodzona gdyż na jej drodze pojawiają się sami dobrzy ludzie. Można wręcz powiedzieć, że jak tylko dziewczyna napotyka na jakiś problem to od razu pojawia się Polak chętny go rozwiązać. Nie ma mieszkania? Pstryk i jest. Nie ma pracy? Pstryk i jest. Ta magia działała również na zwykłe codzienne czynności jak skombinowanie puszki sardynek czy podwózkę do pracy. Prawdziwy amerykański sen tylko w o niebo mniejszej skali. Oczywiście nasza bohaterka jak przystało na dziewczynę z małej, polskiej wsi, wpakowała się po uszy w kłopoty jednak nawet spotkanie z rosyjską mafią nie wyczerpało jej limitu szczęścia. Gdzieś w połowie książki zaczęłam się zastanawiać dokąd to wszystko zmierza. Wiadomo, książki obyczajowe mają to do siebie, że ich fabuła skupiona jest na życiu codziennym, opowiadają historię większej całości. Gdyby tę powieść przyrównać do uwielbianych  przez Lennego gołąbków, to określiłabym, że zabrakło w nich farszu. Cały wypłynął podczas gotowania. Owszem poznaliśmy nasze bohaterki i ich historie jednak nie było tutaj nic co by mnie wzruszyło, zachwyciło czy chociaż zjeżyło włoski na karku. Myślę, że znam sporo innych opowieści, i to z życia wziętych, z których dałoby się zrobić bardziej "mięsistą" książkę.

Choć sama historia mnie nie zachwyciła to muszę przyznać, że Anna Nejman, absolwentka warszawskiego Wydziału Chemii UW i poetka, posługuje się łatwym w odbiorze językiem, który sprawia że powieść czytało się sprawnie, szybko i z uwagą. Nie brak tutaj humoru (choć wątki wyśmiewające biedną dziewczynę z prowincji, która nie potrafiła odróżnić suszarki od pralki są już raczej żartami z długą brodą) a całość utrzymana jest w lekkim typowo wakacyjnym stylu. Można zauważyć, że książka została napisana przez osobę, która od wielu lat mieszka w Stanach Zjednoczonych. Czuć tutaj tę pasję i miłość do tego wielkiego kraju, chęć podzielenia się drobnymi ciekawostkami i wielkimi odkryciami. Moim zdaniem autorka miała naprawdę dobry pomysł. Niektóre wątki rozwijały się bardzo swobodnie i naturalnie, jak przystało na powieść obyczajową, jednak zabrakło tutaj tej iskry, która powinna pchać fabułę do przodu. 

"Małgośka" to powieść dla tych, którzy mieszkają lub mieszkali za granicami naszego pięknego kraju. Czytelnicy Ci poczują się jak w krzywym zwierciadle ich własnych historii, dostrzegą w oczach naszej tytułowej bohaterki ich samych, kiedy pierwszy raz postawili stopę na obcej ziemi. Dla mnie ta książka miała o wiele większy wymiar sentymentalny niż rozrywkowy. Obudziła wspomnienia, wywołała potrzebę przejrzenia albumów ze zdjęciami. Też kiedyś byłam taką Małgośką a mój amerykański sen trwa nadal, choć na europejskiej ziemi. 

Tytuł : "Małgośka"
Autor : Anna Nejman
Wydawnictwo : Zysk i S-ka
Data wydania : 16 lipca 2018


Za możliwość przeczytania i zrecenzowania książki serdecznie dziękuję wydawnictwu :


http://www.zysk.com.pl/
 

Copyright © 2014 CZYTANKA NA DOBRANOC , Blogger