Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ocean. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ocean. Pokaż wszystkie posty
"Pieśń syreny" Alexandra Christo

"Pieśń syreny" Alexandra Christo

     Według starożytnych Greków, syreny były hybrydami, powstałymi z połączenia ptaka i ryby, drapieżnymi stworzeniami zamieszkującymi morskie głębiny, których głównym celem było odbieranie ludzkiego życia. W mitologii rzymskiej, syrena wyobrażana jest jako kobieta z rybim ogonem. W "Odysei" Homera Syreny mieszkały na wyspie znajdującej się między wyspą Kirke a Skyllą i Charybdą. Siedziały na łące i śpiewały, ten kto usłyszał ich pieśń zostawał zauroczony. Potwory okradały statki a nieszczęśników pożerały. W dzisiejszych czasach, szczególnie dzięki wytwórni filmów Walta Disneya, nasze postrzeganie syren się zmieniło. Słysząc nazwę tego stworzenia przed oczami staje nam urocza, zwinna Arielka, która nikomu nie byłaby w stanie zrobić krzywdy. Alexandra Christo, pisząc swoją książkę, chciała nam przypomnieć dawne wierzenia i potęgę tych przeklętych, morskich stworzeń. Sprytnie połączyła mitologię z fantastyką, tworząc oryginalne dzieło, które z pewnością nie jest lekturą dla grzecznych dziewczynek. 

 Księżniczka Lira to najskuteczniejsza morska morderczyni. Serca siedemnastu lądowych książąt to trofea, dzięki którym zdobyła respekt w głębinach. Jednak kiedy niefortunnie zabija jedną z syren, jej matka nie ma dla niej litości. Królowa Mórz zmienia ją w istotę, którą gardzi najbardziej na świecie – człowieka. Lira ma teraz tylko jeden cel – odzyskać dawną, syrenią postać. Żeby to osiągnąć musi dostarczyć królowej serca księcia Eliana.Dziedzic lądowego królestwa, Książę Elian, to najskuteczniejszy i bezwzględny pogromca syren.Kiedy na środku oceanu ratuje tonącą kobietę, nie ma pojęcia, że właśnie pomógł komuś, na kogo poluje. Skuszony obietnicą pomocy w wyplenieniu syreniego rodu, dobija niebezpiecznego targu z nieznajomą. Czy jednak powinien jej ufać? Który z dwóch największych zabójców wygra tę ryzykowną grę?

Muszę przyznać, iż sam początek książki, jest jednym z najlepszych, z jakimi do tej pory się zetknęłam, jeśli mowa o gatunku New Adult Fantasy. Nie spodziewałam się aż takiego mocnego wejścia, takiej brutalności. Naszą bohaterkę, Lirę, poznajemy z najgorszej możliwej strony, kiedy wybiera się wraz z kuzynką na łowy. Jednak ich celem nie będą rybki czy krewetki, czy czym tam się żywią syreny, lecz ludzie. Choć Lira, na sposób amerykański, nie jest jeszcze pełnoletnia, to jest wytrawną morderczynią, która ma na swoim koncie kilkanaście wyrwanych, i to w dosłownym tego słowa znaczeniu, serc. Tym razem chce pomóc swojej kuzynce, a zarazem bratniej duszy. Wraz z nią atakują królewski okręt i zabijają zarówno księcia, jak i jego matkę. Obie dziewczyny, po dokonaniu tej zbrodni, nie mają większych wyrzutów sumienia. Lira cieszy się, że młody chłopak, a przynajmniej jego serce, już na zawsze z nią pozostanie. Po takim wstępie moje oczekiwania co do tej powieści wykładniczo wzrosły. Liczyłam na lekturę krwawą, brutalną i bez happy endu, powieść która by nam pokazała, że zło może czasem wygrać, szczególnie gdy ma śliczną buzię. Przecież to takie życiowe prawda? Jednak szybko się okazało, że zamysł autorki był inny, i nie chciała zbytnio odbiegać od utartego schematu. W końcu książki dla młodzieży mają uczyć i pokazywać dobre wzorce zachowań i nie odwzorowywać świat. Już od drugiego rozdziału wiemy, co będzie głównym tematem książki oraz łatwo możemy przewidzieć jej zakończenie.  Wiemy, że skazana na "banicję" Lira, będąc w ludzkiej postaci, zacznie przechodzić metamorfozę, która sprawi, że zakocha się w swojej ofierze i zechce żyć zupełnie inaczej niż ją nauczono. 
Teraz wypada się zastanowić czy fakt, że książki dla młodzieży są przewidywalne, ma jakikolwiek wpływ na przyjemność, jaką czerpiemy z lektury? Moim zdaniem jeśli takowy istnieje to jest niewielki. Młodych czytelników bardziej interesuje akcja, wątek romantyczny czy przygody niż zgadywanie co będzie na końcu, a Ci starsi, są już przyzwyczajeni. Dziś już wiem, że powieści new adult mają nam coś konkretnego przekazać i zrobić to w jak najbardziej przystępnej formie. Tym razem, autorka decyduje się na kolejny ze znanych nam tematów, czyli walkę dobra za złem. Oczywiście to pierwsze zawsze musi wygrać. Dlatego od samego początku wiedziałam, że Lira przejdzie metamorfozę. Z krwiożerczego potwora zmieni się w kochającą, dobrą, młodą dziewczynę, której głównym celem będzie zaprzestanie rozlewowi krwi. W międzyczasie oczywiście się zakocha, zostanie odrzucona, przeżyje mnóstwo przygód, a nawet "pokłóci" się z własną matką (w tym przypadku użyte przeze mnie słowo jest jednym wielkim eufemizmem). Więc choć możemy przewidzieć zakończenie książki, tak co będzie w jej środku pozostaje jedną wielką niewiadomą. A wierzcie mi będzie się działo, zarówno na morzu jak i na lądzie.

Autorka włożyła bardzo dużo pracy w budowę "nowego", "oryginalnego" świata, jednak jej wysiłek, został po części źle ukierunkowany. Oczywiście rozumiem, że czytelnik musi poznać tło fabularne, otoczenie i rządzące realmem prawa, jednak w przypadku jednotomówek, autorzy powinni ograniczyć się do prostych, krótkich opisów, a jak najbardziej skupić na akcji i bohaterach. To w końcu oni są najważniejsi, nie drzewa pałace, oceany czy nieprzebyte lasy. Alexandra Christie ma wyobraźnię i czytając jej książkę możemy ją zobaczyć w pełnej krasie. Stworzyła krainy, które wymykają się wszelkiej klasyfikacji, miejsca kolorowe i oryginalne a jednocześnie je opisując, zapomniała o czymś takim jak historia. Bo co z tego, że przeczytamy o państwie miłości, którego obywatele nie potrafią kłamać a dzień spędzają na słodzeniu sobie i jedzeniu ciasteczek z lukrecją, kiedy miejsce to nie ma żadnego punktu wyjścia? Wzięło się znikąd , niczym deus ex machina. Oczywiście książki fantasy dla młodzieży są w stanie bardzo dużo wybaczyć, jednak jeśli autorka aspiruje do tego, by jej powieść zakwalifikować do gatunku zwanego "high fantasy" to jest to niedopuszczalne. Wiem, że nie każdy jest w stanie, stworzyć dzieło na miarę Tolkiena, jednak warto się starać i nie zapominać o tym, że czytelnicy są istotami ciekawskimi, którzy lubią gromadzić i analizować informacje, gdyż pomagają nam one w procesie wizualizacji, więc choć nie doczekałam się opowieści i historii, to może chociaż warto było pomyśleć o jakiejś mapce? Żebym wiedziała gdzie co jest, jaką trasę przemierzali nasi bohaterowie. 
No dobrze koniec narzekania, pora powiedzieć coś pozytywnego. Świat u Christo ma ogromny potencjał i liczę na to, że autorka jeszcze z niego skorzysta. W jednym z wywiadów przeczytałam iż planowane jest wydanie zbioru opowiadań, których akcja będzie się toczyć w świecie Liry i Eliana. Muszę przyznać, iż jest to bardzo dobre rozwiązanie, dla tych czytelników, którzy chcą poznać ten realm lepiej, a kontynuacja w tym wypadku nie ma zbytniego sensu. Ja jeszcze raz z chęcią bym się zanurzyła w morzu Diavolo, odwiedziła zamek Keto, wspięła na Górę Obłoków czy wypiła piwo w lokalnej tawernie w Midas. Chętnie bym się dowiedziała więcej na temat królowej Galeny, która posiada dar "charyzmatycznego" dotyku, poznała więcej przygód pirata Kye i Madrid czy znowu spojrzała w kolorowe oczy Liry. Już teraz wiem, że będę tęsknić za tym pełnym kolorów światem.

Książka ta porusza bardzo ważne tematy, a jednym z nich jest przemoc w rodzinie. Nie da się ukryć, iż Lira nie miała beztroskiego, szczęśliwego dzieciństwa. Jako córka przerażającej i brutalnej królowej, musiała robić wszystko byle tylko zadowolić swoją rodzicielkę. To właśnie dla niej, na swoje dwunaste urodziny rozszarpała pierwszą ofiarę i wyrwała jej serce. Matka dziewczyny nie ma serca. Liczy się dla niej jedynie siła, potęga i władza. Historia Liry jest bardzo smutna i chwyci za serce niejednego czytelnika i jeśli głębiej się jej przyjrzymy, to z łatwością znajdziemy podobieństwa do historii o jakich czytamy w gazetach. Nie tylko syreny manipulują swoim potomstwem, znęcają się nad nim czy zmuszają do złych rzeczy. Robią tak też zwykli ludzie, dla których jedyną "mocą" nadprzyrodzoną jest fizyczna przewaga nad własnym dzieckiem. Z dorosłym by już nie poradzili. Książka ta pokazuje, że nawet zmanipulowana, złamana osoba może znaleźć w sobie siłę do walki, że nigdy nie jest za późno na zmiany. 
Alexandra Christo zdaje sobie sprawę z tego, że tuż pod naszym okiem, rośnie nowe pokolenie, które będzie odpowiedzialne za losy świata. Ludzie, którzy są dziś w szkołach, grają w koszykówkę na zajęciach z w-f, czytają tę książkę, to również Ci, którzy będą decydować o naszych sprawach za kilka czy kilkanaście lat. Ważne jest więc to, by jak najlepiej ich wyedukować, przekazać jak najlepsze wzorce zachowań, nauczyć sprawiedliwości i tolerancji. I właśnie to jest głównym celem tej książki.

"Pieśń syreny" to cudowna, magiczna opowieść o świecie innym od tego który znamy z kolorowych produkcji telewizyjnych. Książkowa "arielka" to przerażająca istota, z pazurami niczym szpony, zabójczym głosem i urodą, która zniewala nawet najbardziej zbuntowanych książąt. Na jej tle Elian wygląda nieco blado jednak sytuacja ta się odwróci, kiedy dziewczyna straci rybie łuski. Czy pomiędzy tą dwójką możliwa jest przyjaźń, a może nawet miłość? Czy będą w stanie oboje sobie zaufać i stanąć ramię w ramię w wojnie przeciwko temu samemu wrogowi? Ja to już wiem i teraz jest wasz czas, na rozpoczęcie tej cudownej, trzymającej w napięciu przygody, która zabierze was wprost z morskich głębin aż na oblodzone szczyty. Polecam. 


Tytuł : "Pieśń syreny"
Autor : Alexandra Christo
Wydawnictwo : Kobiece
Seria : Young
Data wydania : 14 sierpnia 2019
Liczba stron : 416
Tytuł oryginału : To kill a kingdom



Za możliwość przeczytania i zrecenzowania książki serdecznie dziękuję wydawnictwu : 
Książka bierze udział w wyzwaniu czytelniczym :



http://www.posredniczka-ksiazek.pl/2019/01/olimpiada-czytelnicza-2019-zapisy.html
"Całkiem sama" Mary Higgins Clark

"Całkiem sama" Mary Higgins Clark

Sposobów na napisanie dobrego thrillera czy powieści kryminalnej jest naprawdę mnóstwo. Niektórzy autorzy poruszają się w klimatach noir, inni korzystają z elementów gore. Natkniemy się na książki pisane z humorem i te, które wywołają dreszcz na naszych plecach. Ilu autorów tyle stylów. Mary Higgins Clark jest z pewnością autorką, która umie pisać i cały czas trzyma ten sam, wysoki poziom. Można śmiało powiedzieć, że znalazła swoją niszę, a jej powieści kryminalne bardziej przypominają zagadki Sherlocka Holmesa niż horrory Stephena Kinga. "Całkiem sama" to powieść dla wszystkich czytelników. To jedna z tych książek po które sięgamy mając ochotę na coś mało wymagającego a jednocześnie trzymającego w napięciu. Książka idealnie pasująca do kubka gorącej herbaty i puchatego koca. Jeśli odrzucimy na bok wysokie oczekiwania i nastawimy się tylko i wyłącznie na rozrywkę, to obiecuję że czas spędzony z tą pozycją będzie bardzo dobrze wykorzystany a my wyjdziemy z tego spotkania zadowoleni. 

Celia Kilbride, specjalistka od szlachetnych kamieni i biżuterii, postanawia popłynąć w podróż luksusowym statkiem wycieczkowym, mając nadzieję, że dzięki temu uniknie natrętnego zainteresowania mediów po strasznym, upokarzającym przeżyciu, gdy w przeddzień ślubu jej narzeczony został aresztowany. Na statku spotyka osiemdziesięciosześcioletnią lady Emily Heywood, właścicielkę bezcennego szmaragdowego naszyjnika. W trzecim dniu podróży lady Em zostaje znaleziona martwa w swojej kabinie… a naszyjnik znika.


Dacie wiarę, że to już 11 tom cyklu o Alvirah i Willym? Mary Higgins Clark jest z nami już prawie 20 lat. To właśnie na jej powieściach uczyłam się języka angielskiego. Teraz, mieszkając za granicą i posługując się tym językiem na co dzień, chciałabym podziękować autorce za pomoc. Niektórzy, złośliwi ludzie powiedzą, że z roku na rok, z książki na książkę, powieści Clark są coraz słabsze. Spotkałam się nawet z opinią, że to nie autorka lecz jej wnuki, wzięły się za pisanie kolejnych tomów. Nie wiem czy to ze względu na sentyment czy po prostu taki mam gust, jednak uważam, że nie jest to prawdą. Autorka trzyma poziom i choć zagadki są dość schematyczne a pomysły na fabułę, wykorzystane już przez innych, to Clark zrobiła wszystko co mogła by nadać im pozorów oryginalności i nowości. Temat  morderstwa, gdzie podejrzanymi jest grupka, przebywających w tym samym miejscu ludzi, jest naprawdę oklepany. Bawiła się w to już Agatha Christie i wielu autorów po niej. Jakiś czas temu czytałam rewelacyjną książkę "Dziewczyna z kabiny numer 10", gdzie również doszło to morderstwa na statku. Moim zdaniem takie powieści są fascynujące, gdyż czytelnik od samego początku zna mordercę, przebywa z nim, słucha go, jedynie nie potrafi rozpoznać. Napisanie takiej powieści musi być rzeczą niezwykle trudną i nie każdy autor będzie sobie w stanie z tym poradzić. Musimy pamiętać, że przez cały czas Clark musiała kłamać, udawać, robić czytelnika w bambuko. Nasz morderca musiał zachowywać się normalnie, wtopić w tło, podtrzymywać tajemnicę i się nie zdradzić. Zawsze jak wpada mi w ręce książka, której akcja rozgrywa się na małej przestrzeni, to boję się że będzie tutaj mnóstwo nudy, powtórzeń i sztampowości. Szczególnie jeśli mamy do czynienia z powieścią, której głównym założeniem będzie wykrycie przestępcy. No bo ileż możemy przesłuchiwać i podejrzewać tych samych ludzi? Okazało się, że niepotrzebnie się obawiałam. Mary Higgins Clark napisała powieść pełną tak ciekawych, często kontrowersyjnych bohaterów, że samo przebywanie z nimi było przyjemnością i stanowiło ważną część fabuły. To nie zagadka morderstwa grała tutaj pierwsze skrzypce tylko motyw psychologiczny. Zawsze się cieszę jak autorzy wchodzą do głów naszych bohaterów i często na siłę wyciągają z nich najmroczniejsze sekrety. "Całkiem sama" jest również doskonałym thrillerem psychologicznym.


Mary Higgins Clark przyzwyczaiła nas do tego, że jej powieści są dynamiczne, rozdziały krótkie a fabuła pełna bohaterów. Tak było i tym razem. Statek pełen jest ludzi, którzy zdecydowali się na rejs tym ekskluzywnym liniowcem, z sobie tylko znanych powodów. Nasza główna bohaterka ucieka przed wstydem, zaserwowanym przez własnego narzeczonego, który na dzień przed ślubem został aresztowany i wtrącony do więzienia. Na pokładzie spotkamy również nieszczęśliwe małżeństwo, w którym mąż zmęczony życiem postanawia wyskoczyć za burtę. Bardzo barwną i interesującą postacią, choć nie dane jest nam przebywać z nią zbyt długo, jest Lady Emily, posiadaczka fortuny i klejnotów, które zamierza oddać w darowiźnie. Koło niej kręci się przebiegły asystent, niezła szuja, która zamienia prawdziwe kamienie na tanie podróbki. Nie możemy oczywiście zapomnieć o samych Alvirah i Willym, bo choć nie są głównymi bohaterami, to pełnią znaczącą rolę w śledztwie. Ciekawa jestem jak szybko uda wam się domyślić kto jest mordercą? Mi to troszkę zajęło, jednak już pod koniec książki wszystko zaczęło mi się układać w logiczną a jednocześnie dość przewidywalną całość. Zakończenie nie okazało się dla mnie zaskoczeniem. 
Mary Higgins Clark umie pisać w taki sposób by czytelnik cały czas siedział jak na szpilkach. Jest mistrzynią budowania atmosfery. Postaci, które stworzyła są wielowymiarowe, nigdy nie wiedziałam czego mogę się po nich spodziewać, komu mogę zaufać. Jedynym stałym punktem programu byli Alvirah i Willy, znani mi już z poprzednich części cyklu. Cała reszta znajdowała się w "szarej strefie". Nie było tutaj skrajnie złych i bajecznie dobrych postaci. Cały czas czekałam na to by każdy zdjął maskę i odsłonił swoje prawdziwe oblicze. Często okazywały się one karykaturalne i przerysowane, jednak miałam nieodparte wrażenie, że autorka cały czas trzyma się wybranego przez siebie schematu. Nie ważne czy fabuła toczy się w kamiennych, angielskich posiadłościach czy na pokładzie statku, spotykamy tutaj bohaterów o podobnych rysach psychologicznych, którzy mają do rozwiązania średnio skomplikowaną zagadkę. 

Jeśli lubicie powieści w stylu Agathy Christie, tylko osadzone w czasach nam współczesnych, to z pewnością będziecie zadowoleni. Na dzisiejszym rynku wydawniczym pełno jest książek epatujących przemocą i erotyką, dlatego cieszę się, że są jeszcze autorzy dla których najważniejsza jest sama zagadka i jej rozwiązanie niż bezsensowna brutalność czy próba zszokowania czytelnika. Mary Higgins Clark po raz kolejny zrobiła rewelacyjny kogel mogel, gdzie bogactwo spotyka się z biedą, empatia z obłudą, zbrodnia z miłością. Jest to książka dla czytelników z różnych grup wiekowych. Mogą ją przeczytać zarówno nastolatkowie jak i osoby starsze. Ot, taka książka łącząca pokolenia. 

Moja przygoda z Mary Higgins Clark rozpoczęła się pod koniec lat 90-tych i trwa w najlepsze. Nic nie wskazuje na to, że miałaby się kiedyś skończyć. Wiadomym jest, że nawet najlepsi autorzy mają swoje gorsze i lepsze pozycje. Często do druku kierowane są książki, które by nie przeszły w przypadku początkujących twórców. "Całkiem sama" plasuje się gdzieś pośrodku. Nie jest ani najlepszą ani najgorszą powieścią autorki. Co prawda obserwowanie bogatych, sławnych i wielkich tego świata nie wzbudza już we mnie takich emocji jak kiedyś, jednak nadal czyta się całkiem przyjemnie. Polecam.



Tytuł : "Całkiem sama"
Autor : Mary Higgins Clark
Wydawnictwo : Prószyński i S-ka
Data wydania : 22 listopada 2018
Liczba stron : 312
Tytuł oryginału : All by Myself, Alone




  Za możliwość przeczytania i zrecenzowania książki serdecznie dziękuję wydawnictwu :


 
 
 
 
Książka bierze udział w wyzwaniu czytelniczym :


http://www.posredniczka-ksiazek.pl/2019/01/olimpiada-czytelnicza-2019-zapisy.html
 
 
 
"Odwet oceanu" Frank Schätzing

"Odwet oceanu" Frank Schätzing

     Zawsze kiedy trzymam w rękach tak grubą książkę, modlę się o to by okazała się czymś więcej niż dobrym materiałem na rozpałkę do grilla. Do sięgnięcia po "Odwet oceanu" skłoniło mnie parę rzeczy. Po pierwsze w tym roku nie czytałam jeszcze żadnej naprawdę gruuuubej powieści. Po drugie ekologia i środowisko naturalne są bliskie memu sercu. Jednak decydujący wpływ miał fakt, że powieść ta, wydana w Niemczech w 1998 roku, przez 7 lat nie schodziła z list bestsellerów. Dobrze wiedzieć, że nie tylko ja zainteresowana jestem ochroną środowiska i smutnymi scenariuszami, które sami piszemy. Choć powieść należy do gatunku science fiction, nie da się ukryć, że problemy które porusza są jak najbardziej rzeczywiste i współczesne. Jestem w stanie uwierzyć w to, że pewnego dnia matka natura się zbuntuje i dokona zemsty na swoich oprawcach. Mam tylko nadzieje, że nie dożyję tych czasów. Cały czas czekam na ekranizację, gdyż już w 2007 roku Uma Thruman oraz Ica i Michael Souvignier wykupili do niej prawa.

Pewnego dnia peruwiański rybak, ginie bez śladu. U wybrzeży Norwegii znalezione zostają kolonie dziwnych robaków, toksyczne bezokie kraby zatruwają wody zatoki Long Island. Zapadnięcie się szelfu na Morzu Północnym skutkuje śmiercią tysięcy ludzi w Europie. Podobne wydarzenia dzieją się w różnych zakątkach świata, staje się jasne że natura zaczyna się buntować przeciwko człowiekowi. Naukowcom udaje się odkryć co jest przyczyną takiego zachowania. W głębi oceanu żyją tajemnicze, inteligentne istoty, które nauczyły się wykorzystywać morskie stworzenia do siania spustoszenia i wzięcia odwetu za ekologiczne nadużycia ludzi. Rozpoczyna się walka  o kontrolę nad wodami oceanu, w której stawką jest przetrwanie rasy ludzkiej. 

Czy wyrzucając w trawę peta, spryskując pachy dezodorantem czy kupując zgrzewkę wody mineralnej w plastikowych butelkach, zastanawiacie się jaki wpływ na środowisko mają dokonywane przez was wybory? Założę się, że odpowiedź jest jedna : nie. A to właśnie przez nas, reprezentantów zachodniego społeczeństwa konsumpcyjnego, niszczone jest środowisko naturalne. To właśnie my odpowiedzialni jesteśmy za katastrofy ekologiczne, wycieki ropy z tankowców czy oleistą breję na plażach świata. Tak, te pokryte czarną mazią umierające ptaki, to również nasza wina. Bowiem my, obywatele XXI, jesteśmy wygodni, kochamy klimatyzację, nasze samochody, gadżety i styl życia. Nie myślimy o tym, że nasze morza i oceany to śmietniki, przestrzeń kosmiczna stała się graciarnią a nasze miasta to śmiertelne pułapki, w które daliśmy się złapać. "Odwet oceanu" jest książką, która ma nam wszystkim przypomnieć o tym, że nie jesteśmy sami na Ziemi, i choć Bóg się od nas odwrócił to gdzieś w trzewiach naszej planety tyka bomba zegarowa gotowa nas unicestwić. Jeszcze kilkadziesiąt lat grabieżczej eksploatacji surowców naturalnych, wycinania lasów, emitowania dwutlenku węgla i innych szkodliwych substancji do naszej atmosfery i sami sprowadzimy na siebie nieszczęście. Tutaj zagłada przybrała postać tajemniczych stworzeń nazywanych Yrr, jednak moim zdaniem mają one symbolizować nasze podświadome wyrzuty sumienia. Tak jak Uroboros zjada własny ogon tak ludzkość sama się eksterminuje. Scenariusz, który przedstawia autor jest przerażający. Europa zniknie pod tonami wody, zalana przez potężne tsunami, Amerykę nękać będą różnego rodzaju epidemie, żaden skrawek Ziemi nie zostanie ocalony. Ludzie, złożeni z miliardów komórek i skomplikowanych łańcuchów DNA, będą prowadzić wojnę z jednokomórkowymi organizmami, istotami żyjącymi na dnie morza, które nie znają pojęcia cywilizacja czy postęp technologiczny. I wcale nie jest takie pewne czy wygramy. Autor pisząc tę powieść chciał nam przekazać, że żyjąc w cyfrowym, zglobalizowanym świecie zapomnieliśmy o tym co jest najważniejsze. Nie szanujemy wody, która jest niezbędna do życia, zanieczyszczamy powietrze, niszczymy ziemię i lasy, które są domem dla licznych istnień. Nie wiadomo kiedy człowiek sam siebie postawił w centrum "wszystkiego"  i chce ze swojej pozycji czerpać korzyści nie biorąc za nic odpowiedzialności. Jest to najprostsza droga do samozagłady. 

Trzeba przyznać, że "Odwet oceanu" jest książką w którą włożono niezwykle dużo pracy. Dla autora, który z zawodu jest dziennikarzem i z biologią morską ma nie za wiele wspólnego, napisanie powieści, której głównym tematem jest ekologia, ochrona środowiska, katastrofy naturalne i życie morskie, musiało być nie lada wyzwaniem. Wyobrażam sobie ile godzin spędził na zbieraniu materiału, przeprowadzaniu wywiadów ze specjalistami i czytaniu fachowej literatury, by w nasze ręce dostała się książka dopracowana w najdrobniejszych szczegółach, drobiazgowa niczym podręcznik i pełna ciekawostek rodem z encyklopedii. Jeśli ktoś lubi powieści science fiction, w których bez przerwy coś się dzieje, to epickie dzieło Franka Schatzinga z pewnością nie spełni ich oczekiwań. Jest to bowiem powieść, która ma wyjaśnić czytelnikowi pewne skomplikowane procesy zamiast je pokazać. Muszę przyznać, że czytałam z szeroko otwartymi  oczami i nie przeszkadzało mi nawet to, że wszyscy ludzcy bohaterowie budzili we mnie odrazę. Zdecydowanie moim numerem jeden, była tutaj natura, która rozpoczęła krwawą rewolucję. A wierzcie mi posiada ona wielki arsenał i mnóstwo możliwości. Dzięki tej książce udało mi się pogłębić moją wiedzę na temat geologii, genetyki, przemysłu naftowego, historii a nawet religii. Już zaczynacie się obawiać? Nie ma czego, wszystko jest opisane i wytłumaczone w sposób zrozumiały nawet dla największego laika. Autor daje nam możliwość znalezienia się w samym centrum wydarzeń. Gołym okiem śledzimy przewalające się przez Europę tsunami. Zatapiamy coraz to nowe miasta, słyszymy krzyki umierających ludzi. Schatzing daje nam odczuć dynamikę i potęgę tego żywiołu. Muszę przyznać, że było to przerażające. Podziwiam autora za to, że oprócz wiedzy czysto teoretycznej, spróbował nabrać i tej praktycznej spędzając czas z naukowcami, którzy badali próbki wody morskiej. Książka z pewnością ma solidne podstawy merytoryczne i choć nie można jej traktować jak literatury stricte naukowej, tak z pewnością można się z niej dużo dowiedzieć. Jednak nie tylko wielbiciele fauny i flory morskiej oraz zwolennicy katastroficznej wizji świata będą zadowoleni z tej lektury. Jest to bowiem świetny thriller ekologiczny, z mnogością zróżnicowanych, choć dość antypatycznych bohaterów, przerażającą fabułą i zakończeniem, które można interpretować na wiele sposobów. Koniec jest zarówno nowym początkiem, jednak dla kogo?

"Odwet oceanu" jest jedną z najbardziej spektakularnych i niesamowitych książek, jakie w życiu przeczytałam. Temat apokalipsy i zagłady ludzkości jest dość częsty w literaturze fantastycznej, jednak zazwyczaj spodziewamy się ataku z zewnątrz, z kosmosu, aniżeli z morskich głębin. Nie bez powodu naukowcy mówią, że wiemy więcej na temat wszechświata niż dna naszych oceanów. Frank Schatzing udowodnił nam jak bardzo prawdziwe jest to stwierdzenie. Oprócz ciekawej i wciągającej fabuły, zwróciłam również uwagę na niezwykle sugestywny, logiczny, szybki i trzymający w napięciu styl autora. Zanim sięgniecie po tę książkę radzę się upewnić, że nie macie niż ważnego do zrobienia w najbliższym czasie. 900 stron małym drukiem troszkę się czyta, więc nie chcę żebyście narobili sobie zaległości (lub też głodowali). 

Już dawno nie czytałam tak dobrej książki. Przypomina nieco dzieła Michaela Crichtona jednak fabuła jest o wiele bardziej skomplikowana i chaotyczna. Mnogość bohaterów sprawia, że ciężko jest śledzić losy wszystkich, nie znaczy to jednak że nie czujemy z nimi więzi. Scenariusz końca świata jest odświeżająco wyjątkowy, a całość utrzymana jest w konwencji mrocznego, przerażającego thrillera. Parę ostatnich stron całkowicie zmieniło wydźwięk całej książki czyniąc z niej monumentalny traktat filozoficzny na temat kondycji gatunku ludzkiego i istnieniu oraz ewentualnej roli Boga we wszechświecie. Zdecydowanie jest to tytuł, który plasuje się w moim Top Ten 2018. Gorąco polecam. 

Tytuł : "Odwet oceanu"
Autor : Frank Schätzing
Wydawnictwo : Wydawnictwo Dolnośląskie
Data wydania : 31 października 2018
Liczba stron : 952
Tytuł oryginału : Der Schwarm




 Tę oraz wiele innych książek znajdziecie na półce z Nowościami księgarni internetowej :
 
 
 
https://www.taniaksiazka.pl/


[PRZEDPREMIEROWO] "Manhattan Beach" Jennifer Egan

[PRZEDPREMIEROWO] "Manhattan Beach" Jennifer Egan

     Jennifer Egan, zdobywczyni Nagrody Pulitzera za książkę "Kiedy dopadnie nas czas", po wielu latach, wróciła do nas z nową powieścią historyczno-obyczajową, której akcja dzieje się w ogarniętym kryzysem ekonomicznym i przygotowaniami do II Wojny Światowej, Nowym Jorku. Już pisząc swoją wcześniejszą powieść autorka przyznała się, że inspiracji dostarczył jej serial produkcji HBO "Rodzina Soprano". W "Manhattan Beach" widać, że temat mafijnych porachunków, szemranych interesów, prohibicji i przestępczego światka portowego miasta, nadal jest jej bliski. Jednak największym bohaterem tej książki jest ocean. Czytając tę powieść miałam wrażenie, że autorka przeniosła mnie w świat czarno-białych filmów z Jamesem Cagneyem w roli głównej. Było to cudowne doświadczenie. 

Rok 1936, 11-letnia Anna, wraz z ojcem Eddiem, odwiedzają posiadłość lokalnego gangstera Dextera Stylesa. Zdesperowany mężczyzna poszukuje pracy, która pozwoli mu na kupienie wózka inwalidzkiego dla niepełnosprawnej córki, Lidii. 
Rok 1943, Anna pracuje w nowojorskiej stoczni, przy produkcji części do statków, jednak jej największym marzeniem jest zostanie nurkiem głębinowym. Drugim wielkim marzeniem jest odnalezienie ukochanego ojca, który zaginął kilka lat wcześniej. Anna nigdy nie uwierzyła w to, że mężczyzna umarł. Pewnego dnia, na potańcówce, spotyka Dextera i okazuje się on być pomocny w poszukiwaniach, zna sekrety którą pomogą jej odnaleźć Eddiego...lub jego grób. 

Na wstępie muszę podziękować autorce za to, że zanim książka trafiła w ręce czytelników, cały materiał do niej został doskonale zebrany, przygotowany i zedytowany. Egan spędziła setki godzin na wywiadach ze specjalistami różnych dziedzin, w tym z pracownikami stoczni, nurkami oraz historykami. Dzięki temu ogromowi włożonej pracy, jest to jedna z lepiej zreaserchowanych książek jakie dane mi było przeczytać. Mając tak dobry materiał i pomysł, wystarczyło przelać go na papier. Wydawać by się mogło, że nie ma do tego lepszej osoby niż zdobywczyni Pulitzera. Jednak to właśnie nagroda i nimb sławy, którym otoczona jest postać autorki sprawiły, że powieść ta stanęła w ogniu krytyki. Jej przedmiotem był zbytni patos, brak wyraźnych bohaterów oraz chaotyczność narracji. Czytając wypowiedzi krytyków zastanawiałam się, czy książka ta, została by odebrana w inny sposób, gdyby wydano ją pod pseudonimem i nie wisiał nad nią cień nagrodzonej poprzedniczki, do której mimowolnie była porównywana. Doszłam do wniosku, że odpowiedź jest tylko jedna : zdecydowanie tak, od nagradzanych autorów wymagamy znacznie więcej, a ich powieści czytamy z nastawieniem by znaleźć jak najwięcej błędów. Niestety sama wpadłam w tę pułapkę. Nigdy nie jest łatwo napisać jedną powieść z trzech punktów widzenia jeśli, na domiar złego, nasi bohaterowie nie mają ze sobą styczności a często pojęcia o swoim istnieniu. Dochodzi wtedy do sytuacji, kiedy mamy wszystkowiedzącego czytelnika, który poznaje fabułę z wyprzedzeniem. W przypadku takich powieści jedynym sposobem na to, by utrzymać zainteresowanie odbiorcy jest zbudowanie silnej więzi pomiędzy nim a bohaterami. W tym wypadku to się udało. Najbardziej przemówiła do mnie postać zdesperowanej, ambitnej i odważnej Anny, która walczyła rękami i nogami o swoje miejsce w typowo "męskim" świecie. Jest to jedna z najbardziej symbolicznych bohaterek literackich. Pokazuje, jak zmieniała się rola kobiet w strukturze społecznej i ekonomicznej, w Stanach Zjednoczonych w przededniu II Wojny Światowej. 

W latach 30-tych, XX wieku, kobiety nie miały dostępu do większości zawodów, które uważane były za typowo męskie. Pamiętajcie, że dopiero 19 poprawka do Konstytucji Stanów Zjednoczonych, wprowadzona w 1920 roku, dała kobietom powszechne prawo wyborcze. Równouprawnienie dopiero raczkowało, w gazetach nadal były osobne rubryki z pracą dla kobiet i mężczyzn. Dopiero II Wojna Światowa sprawiła, że kobiety dostały swoją szansę. Był to czas kiedy powstał etos Rózi Nitowaczki, postaci która symbolizowała wszystkie kobiety pracujące w fabrykach w czasie wojny, kiedy brakowało męskich rąk. Również i Anna, pragnęła rozwinąć skrzydła w zawodzie, który do tej pory zarezerwowany był dla mężczyzn. Udało się. Przeszła szkolenie i w 200 kilogramowym stroju zeszła na samo dno oceanu, by z nitownicą w ręku naprawiać kadłuby statków. "Manhattan Beach" jest powieścią o spełnianiu marzeń i determinacji w dążeniu do celu.  Droga Anny nie była wolna od przeszkód, jednak dzięki pomocy przyjaciół (poznajemy tutaj wyzwoloną, niezamężną przyjaciółkę bohaterki, nurka homoseksualistę oraz wiele kolorowych postaci) była w stanie osiągnąć zamierzony cel i tym samym dokonać niemożliwego. Szkoda jedynie, że głównym powodem, dla którego bohaterka, zamierzała nurkować, nie była pasja i miłość do oceanu a chęć poszukiwania ciała ojca. 
Jest to również książka o rodzinie i panujących w niej relacjach, o tym jaki wpływ na tę małą komórkę społeczną ma osoba niepełnosprawna. Muszę przyznać, że płakałam nad losem Lidii, młodej dziewczyny, cierpiącej na niedowład umysłowy, spowodowany niedotlenieniem mózgu podczas porodu. Nie mogłam patrzeć na to, jak odwraca się od niej własny ojciec, czytać o zajmujących jego umysł myślach o tym jak łatwiejsze byłoby życie bez balastu, jakim stała się jego córka. Uśmiechałam się w momentach, kiedy Anna czule opiekowała się siostrą. Wprost czułam tę miłość bijącą z tej książki. To właśnie to uczucie powodowało wyborami głównej bohaterki, która marzyła o tym by odnaleźć ojca, za którym tęskniła i którego potrzebowała. 

Jednak głównym bohaterem tej powieści jest ocean. To właśnie na jego wodach, lub w głębinach, rozgrywają się wszystkie ważniejsze wydarzenia. Doszło aż do tego, że gdy tylko bohaterowie zbliżali się do plaży wiedziałam, że za chwilę będę świadkiem dramatycznego zwrotu akcji. Ocean w powieści Egan jest zarówno inspiracją, uzdrowicielem, miejscem ucieczki oraz przeznaczeniem naszych postaci. Jest symbolem, którego ogrom zawiera w sobie wiele czekających na odkrycie znaczeń i metafor. 
Nowy Jork ukazany został w książce jako ważne miasto portowe i doceniona została jego rola podczas II Wojny Światowej. Autorka w doskonały, obrazowy sposób wprowadziła nas w mroczny światek gangsterskich porachunków, szemranych interesów i łapówek. Choć momentami było zbyt opisowo (na przykład scena nicowania) to zdecydowanie całość działała na wyobraźnię. Książkę docenią z pewnością pasjonaci nurkowania, gdyż przybliża ona historię tego zawodu. Dużo tutaj opisów pierwszych wypraw ratunkowych, dostajemy wycieczkę po jednym ze statków handlowych w momencie kiedy jednostka zostaje zaatakowana przez łódź podwodną, dowiadujemy się sporo na temat technik nurkowania, chociażby niepraktykowane już ponowne zanurzenie w przypadku kiedy nurek zbyt szybko się wynurzał. Autorka postarała się by opisy były drobiazgowe i żaden szczegół nie umknął czytelnikowi.  

Nikt nigdzie nie powiedział, że autor musi ograniczać się do konkretnego gatunku. Tym razem Jennifer Egan postanowiła sprawdzić swoich sił w powieści historycznej. I udało się. Co prawda czasami miałam wrażenie, że autorkę bardziej zajmowało poszukiwanie informacji niż tworzenie samej fabuły,  niektóre wątki pozostały niedokończone i panował wszechobecny chaos narracyjny, to uważam że "Manhattan Beach" jest książką po którą zdecydowanie warto sięgnąć. Jest to powieść pełna różnych pomysłów i tematów, tych bardzo ważnych i tych troszkę mniej. Opowiada o Stanach Zjednoczonych Ameryki i jej wkładzie w II Wojnę Światową. Przypomina ten czas kiedy było "zapotrzebowanie" na kobiety, kiedy mężczyźni walczyli na froncie. Te kilka lat to okres kiedy płeć piękna uzyskała pełnię praw, szkoda że na tak krótko, po wojnie z powrotem zostały zamknięte w kuchniach domów swoich mężów. Jest to ważna i mądra powieść. Polecam.  


Tytuł : "Manhattan Beach"
Autor : Jennifer Egan
Wydawnictwo : Znak Literanova
Data wydania : 19 września 2018
Liczba stron : 592
Tytuł oryginału : Manhattan Beach




Za możliwość przeczytania i zrecenzowania książki serdecznie dziękuję wydawnictwu :  



"41 dni nadziei" Tami Oldham Ashcraft, Susea McGearhart

"41 dni nadziei" Tami Oldham Ashcraft, Susea McGearhart

Setki tysięcy ton wody, niezbadany żywioł, który szybko może się zmienić w śmiertelną pułapkę. Wyobraźcie sobie dwójkę maluczkich na środku oceanu, w łódeczce jak łupinka, dwójkę zakochanych dla których jedyną nadzieją są własne umiejętności i doświadczenie. Czasem to niestety za mało. Dochodzi do tragedii i dalej musimy żeglować samotnie przez może naszego umysłu i wspomnień. "41 dni nadziei" to nie tylko książka o przetrwaniu i walce z żywiołem, to burza emocjonalna, która rozgrywa się w umyśle głównej bohaterki. Mocna i wzruszająca rzecz, tym bardziej przerażająca, że wydarzyła się naprawdę. Jest to historia, której warto wysłuchać, historia o zwykłych ludziach, których zdradziły własne pasje i marzenia.

Tami i Richarda łączy nie tylko miłość. Oboje kochają żeglarstwo i przygody. Pewnego dnia zakochani decydują się na dostarczenie łodzi z Tahiti do San Diego w Stanach Zjednoczonych. Spokojna podróż przeradza się w koszmar. Młodzi ludzie dostają się w sam środek tropikalnego huraganu. Richard nakazuje Tami schronić się pod pokładem i wyrusza na samotną walkę z
https://www.taniaksiazka.pl/Szukaj/q-41+dni+nadziei
żywiołem. Kiedy w jacht uderza potężna fala kobieta traci przytomność. Budzi się 27 godzin później. Kiedy wychodzi na pokład okazuje się, że łódź została kompletnie zniszczona, nie działają silnik ani radionadajnik. Jest sama na środku oceanu. I musi walczyć o przetrwanie.

Zacznijmy od tego, że Tami Oldham Ashcraft nie jest pisarką. Jest żeglarką, ocalałą z katastrofy osobą, która po latach chciała podzielić się swoimi wspomnieniami i doświadczeniami. Kiedy w przypadku "profesjonalnych" autorów z łatwością przychodzi mi wystawienie opinii, nawet tej najbardziej druzgocącej, tak recenzowanie czyichś wspomnień jest rzeczą dość śliską i trudną dla większości recenzentów. Jednak każdy, kto decyduje się na wydanie książki musi liczyć się z tym, że nie będzie ona traktowana bezkrytycznie. W przypadku biografii czy memuarów autor dostaje jednak duży kredyt a całość traktowana jest z przymrużeniem oka. Będę szczera. Jeśli "41 dni nadziei" byłoby fikcją literacką to zarówna na autorze jak i na edytorze nie pozostawiłabym suchej nitki. Jednak jest to powieść inspirowana faktami, i choć napisana po latach, to nadal trzeba liczyć się z tym , że przywołuje wspomnienia o tragicznych wydarzeniach związanych ze śmiercią bardzo bliskiej osoby. A to już nie podlega krytyce. 

Podczas pechowego rejsu Tami miała zaledwie 19 lat jednak musicie państwo wiedzieć, że już wtedy była doświadczoną żeglarką,. Określenie swojej pozycji za pomocą układu gwiazd oraz prądów morskich było dla niej bułką z masłem. Jak mało kto znała się na nawigowaniu nawet w ekstremalnych warunkach. Kiedy doszło do zdarzenia na pokładzie znajdował się duży zapas wody pitnej oraz puszkowanego jedzenia. Tak naprawdę było tylko kwestią czasu kiedy dryfująca łódź zostanie dostrzeżona przez inne jednostki. Wszystko to wygląda ładnie, pięknie i przyjemnie dla osoby siedzącej przed telewizorem czy w fotelu a najbliższy akwen wodny to kałuża w jezdni. Wyobraźcie sobie obraz po burzy. Palące w oczy słońce oświetla połamane maszty i relingi, zerwany żagiel a za jedynego towarzysza mamy wszechobecną pustkę. Z burty samotnie zwiesza się linka do której przywiązana była najbliższa nam osoba. Osoba, której już nigdy nie zobaczymy. Skrajnie wyczerpani psychicznie, cierpiący fizycznie musimy walczyć o przetrwanie, uruchomić wszystkie nasze instynkty by ocalić życie. Walczyć z oceanem i czarną rozpaczą, emanacją żałoby, która kawałek po kawałku pożera naszą duszę. "41 dni nadziei" jest wewnętrznym dialogiem autorki, która walczy o przetrwanie swoje i pamięci o narzeczonym. To podróż z przeszłości, przez teraźniejszość aż do przyszłości. I choć momentami chaotyczna, to w tym chaosie jest wiarygodność, czytelnik widzi że wspomnienia są nadal żywe i nadal bolą, uczucia nadal są gorące a momentami brakuje słów by je opisać. 

Choć powieść ta to zaledwie 240 stron maszynopisu, to muszę przyznać, że będzie to lektura wyłącznie dla prawdziwie zaangażowanych i zainteresowanych czytelników. Jeśli oczekujecie książki opisującej zmagania samotnej kobiety z żywiołem, typowej walki o przetrwanie gdzie liczy się każdy łyk wody i kęs jedzenia, to będziecie srodze zawiedzeni. Łódź naszej bohaterki była bardzo dobrze wyekwipowana. Jeśli liczycie na powieść psychologiczną rozgrywającą się w umyśle przerażonej, osamotnionej jednostki, to również się rozczarujecie. 70 procent powieści to wspomnienia z okresu "przed huraganem". Autorka wspomina szczęśliwe chwile, które spędziła wraz z narzeczonym. Osoby dla których pływanie jest pasją, a żeglarska terminologia jest bliska, będą oczarowane. Tym, które jachty i inne jednostki pływające oglądały jedynie w telewizji, spędzi sen z powiek. Przyznam szczerze, że przebrnięcie przez fachowe określenia i anatomiczne szczegóły łodzi było dla mnie nie lada wyzwaniem. I tu muszę podziękować zarówno Google jak i Wikipedii za poszerzenie mojej wiedzy. Żeglowanie może jest i przyjemnym sposobem na spędzanie czasu jednak z pewnością to nie najłatwiejsze hobby. Tak więc mamy tutaj zarówno elementy romansu jak i podręcznika żeglarstwa. Kolejne 20 procent to chwile "po uratowaniu". Autorka opisuje jak poradziła sobie po katastrofie, jak uporała się z żałobą i jakie wsparcie dostała od najbliższych. Wiecie, że dwa dni spędziła u fryzjera, który próbował rozczesać jej splątane i sklejone morską wodą włosy? 
Zaledwie 10 procent to prawdziwa walka z żywiołem. Opis przeżyć na łodzi. Jak na książkę "survivalową" to troszeczkę mało prawda?

Nie da się ukryć, że Tami Oldham Ashcraft przeżyła piekło. Podziwiam ją za determinację i odwagę, za to że się nie poddała, umiała zachować zimną krew w tak kryzysowej sytuacji. Często zdarzają się momenty o których musimy opowiedzieć, podzielić się własną historią. Niestety tym razem zawiodła forma w jakiej wspomnienia te zostały przekazane. Wydaje mi się, że film jest zdecydowanie lepszym wyborem dla tego typu opowieści. Obrazy ruchome potrafią wiele wybaczyć a ich widzowie mają cierpliwość czego brakuje wielu czytelnikom. Jestem zadowolona, że poznałam historię Tami jednak wiem, że jest to książka dla pasjonatów. Jeśli kochacie żeglarstwo i macie ochotę na poznanie dwójki zakochanych ludzi, których miłość przegrała walkę z żywiołem to polecam. A ja? Ja idę obejrzeć film.

Tytuł : "41 dni nadziei"
Autor : Tami Oldham Ashcraft, Susea McGearhart
Wydawnictwo : Książnica
Data wydania : 4 lipca 2018
Liczba stron : 240
Tytuł oryginału : Red Sky In Mourning : A True Story Of Love, Loss And Survival At Sea

 
 
Książka dostępna jest na półce z Nowościami księgarni internetowej :






https://www.taniaksiazka.pl/Szukaj/q-41+dni+nadziei












Copyright © 2014 CZYTANKA NA DOBRANOC , Blogger