Pokazywanie postów oznaczonych etykietą strach. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą strach. Pokaż wszystkie posty
"Trzecia siostra" Louise Jensen

"Trzecia siostra" Louise Jensen

 Zawsze żałowałam , że nie mam rodzeństwa. Przez całe dzieciństwo byłam sama, sama chodziłam do szkoły(z kluczem na szyi), sama odrabiałam lekcje, sama oglądałam telewizję. Rodzice często byli tak zapracowani, że nie mieli ochoty ani siły na zabawę. Właśnie w takich chwilach modliłam się, by mama zaszła w ciążę. Tak się jednak nie stało i do dziś jestem jedynaczką. I to się już nie zmieni. Ludzie, którzy mają rodzeństwo z pewnością lepiej zrozumieją bohaterów "Trzeciej siostry", będzie im się łatwiej z nimi utożsamić, zrobi to naturalnie, gdyż będą się kierowali doświadczeniem. Jednak nawet ja, osoba która nie posiada ani brata ani siostry, coś poczułam. Być może był to sentyment? Może empatia? braterska więź. Jakkolwiek by tego uczucia nie nazwać , jego pojawienie się zawdzięczam Louise Jensen i jej prozie. Autorka dzięki swojemu niezwykłemu talentowi pisarskiemu oraz wielkiej wyobraźni sprawiła, że weszłam na inną, bardziej rodzinną , płaszczyznę mojego jestestwa. Bardzo jej za to dziękuję. 

Więzy krwi je połączyły. Trauma je naznaczyła. Razem dorastały. Do prawdy muszą dojść osobno.
Oto siostry Sinclair – porwane jako dzieci przeżyły piekło, ale dwadzieścia lat później wydają się radzić sobie z traumą. Każda na swój sposób.Leah – jest perfekcyjną panią domu, matką i żoną. A przynajmniej taka jest oficjalna wersja.Marie miała nieco mniej szczęścia. Ale niezbyt idealny związek z alkoholem pomaga jej o wszystkim zapomnieć, więc kobieta nie narzeka.No i Carly. Nigdy nie wybaczy sobie, że wtedy zawiodła siostry.


Jeśli masz młodsze rodzeństwo, prawdopodobnie z łatwością zrozumiesz złość i frustrację trzynastoletniej Carly Sinclair z powodu konieczności opiekowania się jej młodszymi bliźniaczkami Leah i Marie, gdy ich rodzice są w pracy… zwłaszcza, gdy dziewczynki nie postępują zgodnie z instrukcjami. Jej gniew zamienia się w panikę i desperacką próbę ich ochrony, gdy cała trójka zostaje uprowadzona. "Trzecia siostra"opowiadana jest w dwóch liniach czasowych : tej dziś i tej w przeszłości i uwaga, jest tutaj aż pięciu narratorów, trzy siostry oraz ich rodzice. To, co jest w tej powieści najlepsze , to fakt, że główny nacisk kładziony jest na psychikę naszych bohaterów oraz na samą dynamikę rodziny. Styl pisania autorki jest niesamowicie przekonujący. Momentami faktycznie czułam się tak, jak bym siedziała w głowie poszczególnych postaci. Odczuwałam ich emocje takie jak : strach, przerażenie, smutek, panikę i żal. Tych negatywnych było tutaj zdecydowanie więcej. Zresztą to co spotkało młode bohaterki zdecydowanie można podciągnąć pod miano horroru . "Trzecia siostra" to emocjonalna kolejka górska ze wszystkim, od poczucia winy, smutku, niemożności zaufania i strachu, który unosi się nad nimi jak ciągłe czarne chmury burzowe. Czytanie ich historii z perspektywy George'a również jest intrygujące, ponieważ pozwala czytelnikowi docenić szersze implikacje. 

Siostry Sinclair, trzynastoletnia Carly oraz ośmioletnie bliźniaczki, siostry Leah i Marie zostały uprowadzone z domu rodzinnego. Udało im się uciec swoim porywaczom, ale pobyt w niewoli pozostawił długotrwałe zniszczenia, które zmieniły ich psychikę i miał wpływ na późniejsze życie. Dwadzieścia lat później, w przeddzień rocznicy ich uprowadzenia, Leah sądzi, że jest śledzona, i uważa, że ​​to jeden z porywaczy wrócił, by szukać zemsty. Carly nadal obwinia się za ten dzień, a życie Marie też nie usłane różami. Jednak główny wątek fabularny koncentruje się głównie wokół Leah, która jest teraz mężatką i ma jednego syna Archiego. Kobieta nadal cierpi z powodu tego, co wydarzyło się wiele lat temu. Jej mąż nie chce dać wiary w to, że Leah może być śledzona. Mężczyzna myśli, że kobieta oszalała, a wszystko to dzieje się w jej głowie. Przyzwyczaiłam się do tego, że książki, których głównym tematem (lub tłem fabularnym) jest uprowadzenie mają dobre i szczęśliwe zakończenie. W końcu jak ktoś przeżył piekło to zasługuje na diametralną odmianę losu. Jednak powieść Jensen mnie zaskoczyła. Ma iście unikalną fabułę i zdecydowanie różni się od innych książek tego gatunku.  W miarę jak czytelnik otrzymuje informacje z przeszłości i teraźniejszości, historia powoli rozwija się, budując obraz uprowadzenia, uwięzienia oraz ich konsekwencji. Istnieje również ukryty wątek, który znajdziemy w narracji ojca dziewczynek.  Wszystkie historie są doskonale i harmonijnie ze sobą połączone i tworzą splątaną sieć tajemnic, kłamstw, zdrady, winy i strachu. Muszę przyznać, że bardzo łatwo było mi się zżyć z naszymi bohaterkami. Każda z dziewczynek była ofiarą. Każda przeżyła traumatyczne wydarzenia i absolutnie każda zasługuje na współczucie. Były tylko dziećmi. Dziećmi, które powinny  być chronione za wszelką cenę ... a nie używane jako pionki w brudnym i bezlitosnym świecie.  

W tej książce nie było niczego, co by mi się nie spodobało. Od pierwszej linijki do emocjonalnego zakończenia byłam całkowicie zafascynowana fabułą i czułam wiele empatii dla sióstr Sinclair. Daję Ci gwarancję,  że będziesz wstrzymywać oddech przez całą książkę, ponieważ jest tutaj tak wiele groźnych, szokujących, łamiących serce i niesamowitych zwrotów akcji, które zapewniają, że nie będziesz robić nic poza gorączkowym przewracaniem stron. To, co jest niesamowite w tym  thrillerze, to głębia przekazywanych emocji, wrażliwy portret trzech bardzo różnych dziewcząt / kobiet , które cierpią przez całe życie w wyniku jednej decyzji i kilku przerażających dni w niewoli. Poczucie, że życie zatrzymało się dla nich w dniu, w którym zostały uprowadzone, jest bolesne i bardzo realne. Każda z nich ma inny sposób na przetrwanie, a jednak wszystkie są przepełnione poczuciem winy, strachem i potrzebą izolacji.  Większość książki dotyczy życia po uprowadzeniu oraz traumy, której doświadczają nasi bohaterowie  gdy ich wzajemne  relacje się wypaczają, wiara zostaje utracona, a miłość nagle nie wystarcza. Przełączając się między ramami czasowymi, Louis Jensen fachowo ujawnia informacje, które dozowane są czytelnikowi niczym lekarstwo w kroplówce.

 W tej książce nie było niczego, co by mi się nie spodobało. Od pierwszej linijki do emocjonalnego zakończenia byłem całkowicie zafascynowany fabułą i czułem wiele empatii dla sióstr Sinclair. Od samego początku wiemy, że trzy dziewczynki zostały uprowadzone, ale przeżywają mękę i wracają do domu. Carly jest starszą i przyrodnią siostrą bliźniaczek Marie i Leah, ale jasne jest, że te dzieci łączy więź i miłość, która pomaga im być odważnymi i zaradnymi w sposób, który zapiera dech w piersiach. W rzeczywistości prawdopodobnie będziesz wstrzymywać oddech przez całą książkę, ponieważ jest tak wiele groźnych, szokujących, łamiących serce i niesamowitych zwrotów akcji, które zapewniają, że nie robisz nic poza gorączkowym przewracaniem stron. To, co jest niesamowite w tym psychologicznym thrillerze, to głębia przekazywanych emocji, wrażliwy portret trzech bardzo różnych dziewcząt / kobiet i ujęty kąt, widok ocalałych, którzy cierpią bez końca w wyniku jednej decyzji i kilku przerażających dni w niewoli. Poczucie, że życie zatrzymało się dla dziewcząt w dniu, w którym zostały uprowadzone, jest bolesne i bardzo realne. Każdy z nich ma inny sposób wytrwania, a jednak każdy jest pełen poczucia winy, poczucia winy, strachu i izolacji. To sprawia, że ​​czytelnik czuje się tak blisko dziewcząt, kiedy były znacznie młodsze, ale także wtedy, gdy śledzimy ich życie jako dorośli. Większość książki dotyczy życia po uprowadzeniu i traumy, której doświadcza się, gdy relacje się wypaczają, wiara zostaje utracona, a miłość nagle nie wystarcza. Przełączając się między ramami czasowymi, w których dziewczęta zostały zabrane, a ich kolejnymi próbami ucieczki, w dzisiejszych czasach jako dorośli, Louis Jensen fachowo ujawnia informacje, które kapią nieustannie w kroplówce, zapewniając światło i cień ich osobowości. 

Rzadko można znaleźć thriller psychologiczny, który w tak perfekcyjny sposób przedstawia szeroki zakres reakcji emocjonalnych u bohaterów. Książka ta jest tak pięknie napisana, tak pełna uczuć i ludzkich odruchów, że momentami byłam bliska płaczu. Było delikatnie, ale realistyczne, przerażająco ale z dużą dawką nadziei. "Trzy siostry" to momentami  zabawna (i niepokojąca zarazem), ale też inteligentna emocjonalnie  książka, której nie sposób nie polecić. Jak na razie to najlepszy tytuł przeczytany przeze mnie w tym roku. 


Tytuł : "Trzy siostry"

Autor : Louise Jensen

Wydawnictwo : Burda Książki

Data wydania : 28 października 2020

Liczba stron : 430

Tytuł oryginału : The Stolen Sisters 

 

Za możliwość przeczytania książki i jej zrecenzowania serdecznie dziękuję wydawnictwu :  


 

 

 

"Asystentka" S.K Tremayne

"Asystentka" S.K Tremayne

 W prezencie świątecznym dostałam od męża Google Nest Mini, takiego małego asystenta, który grzecznie poproszony nastawi alarm, włączy radio czy poda prognozę pogody. Moim zdaniem jest to bardzo przydatne urządzenie i podczas tych paru dni korzystałam z niego praktycznie cały czas. Teraz siedzę przed komputerem i spod oka patrzę na to małe, poręczne urządzenie zastanawiając się czy czasem mnie nie podsłuchuje. Zdarzyło wam się kiedyś o czymś rozmawiać i chwilę potem zobaczyć reklamy tego "czegoś" na fb? Mi ostatnio dzieje się tak coraz częściej i zaczęłam dochodzić do przekonania, że nasze "mądre" urządzenia domowe nas w pewien sposób podsłuchują czy "czytają". Moim zdaniem jest tylko kwestią lat kiedy komputery i telefony (niby w dobrej wierze) zastaną obdarzone sztuczną inteligencją. I wtedy nastanie era totalnej inwigilacji. Jeśli chcecie zobaczyć jej przedsmak to koniecznie przeczytajcie "Asystentkę". Ciarki na plecach gwarantowane. 

Świeżo rozwiedziona Jo z przyjemnością wprowadza się do wolnego pokoju swojej najlepszej przyjaciółki. Zaawansowane technologicznie, luksusowe mieszkanie jest zarządzane przez asystentkę domową o nazwie Electra, która zajmuje się ogrzewaniem, oświetleniem – a czasem nawet Jo zwraca się do niej, gdy potrzebuje towarzystwa.Wszystkie się zmienia, gdy pewnej nocy Electra wypowiada jedno zdanie, które rozrywa kruchy świat Jo na strzępy: „Wiem, co zrobiłaś”. Jo jest przerażona. Ponieważ w przeszłości zrobiła coś strasznego. Coś niewybaczalnego.


Najnowszy thriller psychologiczny SK Tremayne jest niesamowicie przerażający i prowokuje do myślenia o naturze naszego współczesnego świata, kwestionując jego rosnące uzależnienie od technologii i potencjalnie niebezpieczne nadużywania korzystania z mediów społecznościowych. Jo jest dziennikarką, której życie się rozpadło, niedawno się rozwiodła  i jest w poważnych tarapatach finansowych, dlatego z zadowoleniem przyjmuje możliwość zamieszkania w domu bogatej przyjaciółki w luksusowym mieszkaniu w Camden. Jak na tę ekskluzywną londyńską dzielnicę przystało jest on wyposażony we wszystkie nowoczesne udogodnienia i najnowocześniejszą technologię, która odgrywa zasadniczą rolę w zarządzaniu ogrzewaniem i oświetleniem w domu. Całość jest nadzorowana i zarządzana przez asystenta o imieniu Electra. W opowieści przedstawionej głównie z perspektywy Jo widzimy, jak jej życie powoli się rozpada aż sama bohaterka znajdzie się w śmiertelnym niebezpieczeństwie. Pewnej zimnej i wietrznej nocy  Electra mówi  jej, że wie, co zrobiła. Jo rzeczywiście skrywa koszmarne sekrety ze swojej przeszłości, ale jak elektroniczna asystentka mogła poznać jej historię?   Nasza bohaterka  jest klasycznym przykładem niewiarygodnego norratora ponieważ czytelnik zastanawia się, jak bardzo można jej zaufać. W przerażającej i groźnej opowieści, która zawiera trafną poezję Sylvii Plath, Jo próbuje walczyć o kontrolę nad technologią, która grozi jej zniszczeniem. 

Fabuła rozwija się powoli jednak ze strony na stronę staje się coraz bardziej wciągająca. Jo rozmawiając ze swoją wirtualną asystentką zaczyna się zastanawiać czy przypadkiem nie zapadła na tę samą chorobę psychiczną na którą cierpiał jej ojciec. W miarę narastania zagrożeń Jo staje się coraz bardziej odizolowana i zrozpaczona, ponieważ nikt jej nie chce uwierzyć. Kobieta postanawia jednak zrobić wszystko by to zmienić. Momentami miałam wrażenie, że naprawdę jej "odbiło", że oszalała, tak dobrze Tremayne wykreowała tę postać. Choć znałam prawdę to również ciężko było mi w nią uwierzyć. Akcja zagęściła się jeszcze bardziej kiedy zhakowany został również laptop i telefon Jo. Wtedy zaczęłam jej naprawdę współczuć, szczególnie że nie widziałam wyjścia z tej całej sytuacji. Wyobraźcie sobie jedną z najmroźniejszych, najciemniejszych zim , jakie dane było wam przeżyć. Wyobraźcie sobie , że jesteście sami w wielkim domu na obrzeżach Londynu, a jedyną "osobą" która was słucha jest mała, szara zabawka?  Muszę przyznać, że atmosfera panująca w tej książce robiła się coraz bardziej zimna i złowieszcza. Na własnej skórze czułam przerażenie głównej bohaterki. Wprost uwielbiam kiedy autorom tak idealnie się udaje manipulować moimi emocjami. "Asystentka" była moją pierwszą książką Tremayne, ale już biegnę do wirtualnej kolejki po następne. 

"Asystentka" to perfekcyjne połączenie thrillera psychologicznego z elementami fantastycznymi, książka która jest nie tylko porywająca i absolutnie kompulsywna, ale także służy jako ostrzeżenie przed tym, co może przynieść przyszłość. Nie będzie zbytnią przesadą jeśli powiem, że dosłownie ją pochłonąłem i płakałam ze smutku kiedy się skończyła.  Niestety, jestem przekonana, że okładka i streszczenie doprowadzą wielu innych do błędnego wniosku, że jest to po prostu kolejna zwyczajna hybryda bez dodatkowego wigoru i polotu, kolejny thriller jakich wiele na księgarnianych półkach. A to nieprawda! Powieść Tremayne to  mroczna, intrygująca i prowokująca do myślenia lektura na miarę ery cyfrowej która sprawi, że będziesz kwestionować, jak bardzo polegamy na technologii, która ma nam pomóc przetrwać w dzisiejszych  czasach. "Asystentka" pomimo całego mroku i przerażenia, które się kryje na jej stronach jest  zabawna, dobrze napisana, powściągliwa i niemożliwa do odłożenia, a co najważniejsze jest wielce aktualna i na czasie. To prawie jak komentarz społeczno-technologiczny w formie wybuchowej fikcji.  

Jeśli byście mnie spytali o jedno słowo którym bym opisała tę powieść wybrałabym : elektryczna. Elektryczna, porywająca i cudownie niepokojąca, "Asystentka" to przerażająco wiarygodna opowieść o naturze nowoczesnych technologii i naszym poleganiu na wirtualnych asystentach, takich jak Alexa czy Siri. Co się może stać gdy wirtualny asystent się zbuntuje? Czy może to doprowadzić cię do szaleństwa? Najnowsze technologie wzbudzają strach w wielu z nas. A dlaczego? Ponieważ boimy się, że ktoś zacznie nas kontrolować, manipulować nami i w końcu doprowadzi do tego, że zostaniemy zniszczeni. Ci, którzy oglądali Terminatora doskonale wiedzą o co mi chodzi. Więc co teraz robimy? Czytamy i wyciągamy wnioski. Polecam. Ku przestrodze. 

 

Tytuł : "Asystentka"

Autor : S.K Tremayne

Wydawnictwo : Czarna Owca

Data wydania : 25 listopada 2020

Liczba stron :  432

Tytuł oryginału : The Assistant  

 

 

Za możliwość przeczytania książki i jej zrecenzowania serdecznie dziękuję wydawnictwu :  

https://www.czarnaowca.pl/

 

 

"Polowanie na potwory" Joe Ballarini

"Polowanie na potwory" Joe Ballarini

 Co może być trudnego w opiekowaniu się dziećmi czyli tak zwanym babysittingu? Takie pytanie mogą zadać tylko Ci, którzy nigdy nie mieli z tym do czynienia. Kilka lat temu, kiedy jeszcze nie miałam swoich pociech, myślałam że nie ma nic cudowniejszego niż guganie, machanie grzechotką i puszczanie baniek mydlanych. Dzieci moich koleżanek widywałam zazwyczaj jak były najedzone, na spacerku lub po prostu były w dobrym humorze. Dlatego też wydawało mi się, że wszystkie małe istotki, jeśli akurat nie mają tej sławetnej "kolki" są przesłodkimi aniołkami. Niestety. Już w pierwszych miesiącach macierzyństwa okazało się, że kolka jest najmniejszym problemem. Zaczęły się nieprzespane noce, zatwardzenia, płacze z pozoru bez powodu, potem humory, rzucanie zabawkami (i jedzeniem) , jeszcze więcej humorów i fochów. A to dopiero początek , bo przede mną jeszcze słynny bunt nastolatka. Jeśli miałabym do tego dołożyć choć jednego potwora, co ma miejsca w naszej książce, to zdecydowanie nie wytrzymałabym nerwowo. Więc jak widzicie na bohaterkę literacką, przynajmniej tego gatunku się nie nadaję. Ale Kelly Ferguson...tak, ona jak najbardziej!

Trzynastoletnia Kelly Ferguson marzy o tym, aby wakacje spędzić na letnim obozie. Jednak ten sporo kosztuje. Dlatego kiedy w Halloween szefowa jej mamy potrzebuje opiekunki do kilkuletniego Jacoba, dziewczyna zgłasza się na ochotniczkę. Co prawda niechętnie, bo w tym czasie mogłaby być na imprezie z chłopakiem, który bardzo jej się podoba, ale szczęściu trzeba pomagać.
Kelly nie wie nic o opiece nad dziećmi. Jednak co może być w tym trudnego? Wystarczy pilnować, aby Jacob był względnie żywy i położył się spać po bajce, prawda? Najlepiej też ignorować jego opowieści o potworach z szafy, bo to tylko bajki.


Uwaga! Wpierw morały. Kochani rodzice, koniecznie kupcie dzieciom, a szczególnie nastolatkom, tę książkę. Ewentualnie , jeśli pociechy są wrogo nastawione do słowa pisanego, to puśćcie im netflixowski serial. A dlaczego? Ponieważ lektura ta przemyca ważne treści, które dzisiejszym młodym ludziom są najwyraźniej obce. Dzisiejsza młodzież ma niezwykle roszczeniową postawę. Nastolatkowie uważają, że wszystko im się należy. Za darmo lub za dobre stopnie. Piątka w szkole to 20 złotych, czwórka 5. Za odrobione lekce i nienaganne zachowanie w szkole, na weekend wpada kaska na kino, knajpę czy kręgle. Normalnie życie jak w Madrycie. A przynajmniej taki wizerunek nastolatka jest typowy dla wielkich miast. Niestety jak się okazuje, nie wszystkie rodziny mogą sobie na takie rozpieszczanie nastolatka pozwolić. Niektórzy zachęcają swoje pociechy do pracy, takiej prawdziwej, by zarobić na swoje zachcianki. I właśnie moją prośbą jest, bogaci rodzice, byście brali z nich przykład. Młody człowiek powinien jak najszybciej się nauczyć tego, że w życiu niczego się nie dostanie za darmo. Na wszystko trzeba sobie zapracować. Im wcześniej podejmiemy się pracy dorywczej tym szybciej poznamy wartość pieniądza i zaczniemy go szanować. Będzie to również miało wpływ na nasze zdolności organizacyjne, punktualność, rzetelność, odpowiedzialność i wszystkie te cechy, które cenią sobie pracodawcy. Tak że, drodzy rodzice, zachęcajcie swoje dzieci do tego by zapracowały na swoje. Nie podawajcie im wszystkiego na tacy bo dojdzie do tego, że wychowacie leniwych, mało ambitnych obywateli, którzy zamiast dawać będą tylko żądać. 

Wiecie co było najbardziej zaskakujące w tej książce? Fakt, że to nie główna bohaterka Kelly, była dla mnie tą najważniejszą, wiodącą i najciekawszą postacią, choć wiem że tak właśnie powinno być. Niestety to Liz skradła moje serce, nawet jeśli szybko zdałam sobie sprawę jak bardzo była przerysowana i stereotypowa, choć stereotyp rudowłosej, rozczochranej i "nerdowskiej" opiekunki powoli staje się coraz mniej aktualny. I wiem to na swoim przykładzie. Wszystkie moje nianie były poukładanymi, atrakcyjnymi studentkami, które z "przegrywami" nie miały absolutnie nic wspólnego. Ale wracając do Liz to była ona cudowną, kolorową i zdecydowanie ekscentryczną postacią, która głośno mówiła o tym, że jest prawdziwą, profesjonalną opiekunką. Klękajcie narody!!! I to (oraz wiele innych rzeczy) podobało mi się w niej najbardziej. Liz kochała dzieci, kochała swoją pracę i wiedziała wszystko na temat babysittingu. Był on dla niej niczym kapłańskie powołanie. Jej przewodnik opiekunki zawierał wiele opisów różnych potworów, a także sposobów na z nimi walkę. Miała również plecak pełen przedmiotów, które choć z wyglądu przypominały zwykłe sprzęty codziennego użytku, to tak naprawdę były zakamuflowaną bronią.
Opiekunka Liz musi zmierzyć się z niesamowitą gamą różnych strachów, od ropuch i potworów z cienia, po zjadliwą Cat Lady. Bogeyman jest dość przerażający i zły, a Liz miała już z nim wcześniej do czynienia, co motywuje ją do pozbycia się go raz na zawsze.Jeśli ktoś kazał by mi znaleźć jedno słowo opisujące naszą "morderczą" opiekunkę to byłoby nim : skuteczna. Pod jej wpływem Kelly bardzo szybko zmienia swój sposób myślenia na temat bycia babysitterką. 

(Taka mała adnotacja dlaczego nie lubiłam Kelly. Wydaje mi się, że wydawanie fortuny na wyjazd na przereklamowany obóz dla bogatych dziewczynek , jest głupotę. Lepiej te pieniądze przeznaczyć na studia, skoro wiadomo że rodzina nie będzie miała jak pomóc. Zachowanie Kelly było niezwykle stereotypowe. Właśnie tego spodziewamy się po uczniach gimnazjum czy liceum...a przynajmniej w teorii. Jednak mi się wydaje, że nastolatkowie myślą przyszłościowo. A przynajmniej mam taką nadzieję)

Podobało mi się to, że akcja całej książki rozgrywa się w jedną noc. Jednak nie jest to noc byle jaka ale samo Halloween. Nasi bohaterowie mieli limit czasu, musieli wyrobić się przed nadejściem świtu, i pośpiech ten sprawił że lektura stała się o wiele bardziej ekscytująca. Interesujące było również podejście autorki do samych potworów. Muszę przyznać, że jest to jedna z nielicznych książek w których "czarni" bohaterowie dostają prawo głosu. A tutaj nie dość, że mogliśmy poznać ich punkt widzenia i spojrzeć ich oczami to jeszcze dostaliśmy świetne ilustracje obrazujące nasze "cudowne" maszkary. Rewelacja. Obrazy te są miłym akcentem, uwielbiam ten styl i to, jak dobrze pasuje do uczuć, jakie wzbudza w nas  ta książka. Cat Lady była wręcz przerażająca jak diabli (mogłam ją już sobie wyobrazić z podanymi opisami, ale obraz naprawdę to dopełnił).

Jeśli szukacie dobrej, wciągającej, innej od wszystkiego młodzieżówki, to trafiliście wręcz idealnie. Książka ta jest pełna humoru a zarazem straszna, romantyczna i odrażająca a świetne postacie i zabawny złoczyńca (wiem, wiem, nie powinnam ich lubić ale cóż poradzić) dopełniają całości. "Polowanie na potwory" jest pierwszą częścią  z siedmiotomowej serii, a Grand Guignol jest tylko jednym z siedmiu Boogeymenów. Już się nie mogę doczekać kolejnych odsłon i mam nadzieję , że większość postaci powróci, z wyjątkiem tych, które zostały zgniecione lub zredukowane do piaszczystej formy ,ale nigdy nic nie wiadomo. W Halloween wszystko jest możliwe.

 

Tytuł : "Polowanie na potwory"

Autor : Joe Ballarini

Wydawnictwo : Kobiece

Data wydania : 14 październik 2020

Liczba stron : 328  

Tytuł oryginału : A Babysitter’s Guide to Monster Hunting  

 

Za możliwość przeczytania i zrecenzowania książki serdecznie dziękuję wydawnictwu : 
 
 
 

 

 

"Zimowe nawiedzenie" Dan Simmons

"Zimowe nawiedzenie" Dan Simmons

     Jakiś czas temu przeczytałam rewelacyjną książkę Dana Simmonsa pod tytułem "Terror". Jako doświadczona czytelniczka i fanka thrillerów, osoba która przeczytała wszystko co wyszło spod pióra Stephena Kinga, Grahama Mastertona czy Ursuli Le Guin myślałam, że już nic w horrorach mnie nie zaskoczy a tym bardziej nie przestraszy. Wiecie jak to jest, jak ktoś chuchnie wam niespodziewanie w kark lub też wbije paznokcie pod żebra to za pierwszym czy drugim razem podskoczycie, ale za którymś kolejnym przejdziecie nad tym do porządku dziennego. Ale wracając do tematu. "Terror" był tak dobrą książką, że teraz to już naprawdę będzie bardzo ciężko z nią rywalizować. Pierwszą część "Zimowego nawiedzenia" czyli "Letnią noc" czytałam z zainteresowaniem i z pewnym sentymentem bowiem kojarzyła mi się z powieściami wspomnianego już Kinga czy też serialem "Stranger things", który był wprost rewelacyjny. Dlatego też jak tylko się dowiedziałam, że na rynku pojawił się tom drugi, to od razu wiedziałam, że żadna siła mnie nie odciągnie od tego, by po niego sięgnąć. Teraz, świeżo po skończonej lekturze siedzę w fotelu i dumam a na usta ciśnie mi się jedno jedyne pytanie, panie Simmons cożeś Ty uczynił?

W ostatnich godzinach Halloween wrócił do wymierającego miasteczka Elm Haven, w którym się wychował. Dzięki odosobnieniu ma nadzieję znaleźć tutaj spokój. Ale przeprowadzka do od dawna opuszczonej posiadłości na obrzeżach miasta – niegdyś będącej domem dziwnego i błyskotliwego przyjaciela Dale’a, który stracił swoje młode życie w przerażającym „wypadku” podczas strasznego lata 1960 roku – stanowi tylko ostatni z długiej serii popełnionych przez Stewarta błędów. Ponieważ wcale nie jest tutaj sam. Prywatne demony śledzą go w tym domu cieni, który zaczyna przekształcać rzeczywistość w przerażające, nowe formy. W dodatku wszystko pokrywa ciężki, wczesny śnieg, który właśnie zaczął padać…

Pytanie ze wstępniaka powinno w sumie brzmieć "Panie Simmons czegóż żeś nie uczynił?" . Sięgając po ten tom spodziewałam się powrotu do przeszłości, spotkania z dawnymi przyjaciółmi, sporej dawki grozy oraz tego czegoś w czym Dan Simmons jest najlepszy czyli wyrazistej narracji i worldbuildingu.  Wszystkie książki tego autora jakie do tej pory przeczytałam liczyły ponad sześćset, a nawet tysiąc stron, były opasłe, rozbudowane, momentami przegadane a na pewno bardzo detaliczne i dopracowane w najmniejszych szczególikach. Simmons jest mistrzem budowania atmosfery grozy ponieważ dużą uwagę zwraca na rzeczy które dla innych autorów są mało istotne. Z przesadną dokładnością opisuje poszczególne lokacje, wkłada dużo pracy w tworzenie charakterystyk swoich bohaterów, po prostu stara się by po przeczytania jego książek czytelnik nie miał żadnych pytań ponad te natury egzystencjalnej. Tym razem tego zabrakło. Momentami miałam wrażenie, że to wydawca zmusił autora do napisania tej książki nie jego literacka wena. Podczas studiów zdarzało mi się pisać eseje czy różnego rodzaju prace na zaliczenie. Zazwyczaj dotyczyły one interesujących tematów jednak zdarzały się i takie do których bardzo ciężko było mi się zabrać. Odkładałam to w czasie, wymyślałam wymówki by wreszcie obudzić się w przeddzień daty zaliczenia i musiałam szybko stworzyć "coś" co dałoby mi magiczne "zal"  w indeksie. Wydaje mi się, iż "Zimowe nawiedzenie" jest właśnie takim niechcianym dzieckiem, powieścią stworzoną w bólach, zupełnie niepotrzebną i niechcianą przez autora. Może zabrzmi to brutalnie  lecz przypomina "efekt gwałtu na wyobraźni autora". "Zimowe nawiedzenie" liczy zaledwie 350 stron, co sprawia że jest "najskromniejsza" w dorobku autora. Choć nie jest to bezpośrednia kontynuacja, jej akcja toczy się 40 lat po tragicznych wydarzeniach w Elm Haven, to nie radziłabym jej czytać w oderwaniu od swojej poprzedniczki. Autor praktycznie na każdej stronie wspomina znanych nam z "Letniej nocy" bohaterów, miejsca i wydarzenia, które musimy znać by całość była dla nas logiczna. W książce na przykład pojawia się duch Dueana, chłopca który zginął wciągnięty przez kombajn, jednak wiedza co było przyczyną jego śmierci jest niewystarczająca by zrozumieć przeszłe wydarzenia a tym samym ich konsekwencje. Człowiek, który nie przeczytał tomu pierwszego nigdy nie zrozumie, dlaczego Dale wrócił do miasta swojej młodości, a wiedza ta jest kluczowa do zrozumienia całej książki. Więc tak "Zimowe nawiedzenie" jest zdecydowanie kontynuacją i tak należy je traktować. Dlatego tym bardziej mnie dziwi dlaczego po tak rewelacyjnym i dopracowanym tomie dostaliśmy książkę, która nawet nie próbuje naśladować poprzedniczki. Choć Dan Simmons zadał sobie trud zbudowania "dobrych", wyrazistych postaci tak całe tło wydarzeń zdaje się blade i efemeryczne. Autor potrafi się skupić i na kilku stronach opisać pościg samochodowy, jednak nie zadaje sobie trudu dodania szczegółów do opisu poszczególnych lokacji. Elm Haven z "Zimowego nawiedzenia" czy farma Duena hgdzie rozgrywa się większa część powieści, nie są miejscami mrocznymi i tajemniczymi, za jakie je uważałam wcześniej. Są zwykłe i choć nawiedzone to nawiedzenie to nie oddziałuje na czytelnika. Ani razu nie poczułam strachu czy nawet niepokoju o naszego głównego bohatera. Tak jak kochałam Dala z pierwszej części, kiedy był małym chłopcem, tak jako dorosły był mi zupełnie obojętny. 

Czytając "Zimowe nawiedzenie" cały czas towarzyszyło mi wrażenie, że już to kiedyś czytałam. W pewnym momencie odłożyłam książkę i zaczęłam się zastanawiać. W końcu "to" do mnie przyszło. Czytaliście znakomitą książkę Stephena Kinga "Worek kości"? ( jeśli nie to koniecznie musicie to nadrobić). Powieść Simmonsa tak bardzo przypomina dzieło jego kolegi po fachu, że można się pokusić o uszczypliwość i nazwać ją kopią, może nie wierną ale jednak. W obu powieściach fabuła skupiona jest na mężczyźnie,  którego małżeństwo się rozpadło ( w mniej lub bardziej brutalny sposób) i który postanowił powrócić do ważnego dla niego miejsca z przeszłości by tam się zaszyć i w spokoju leczyć rany. "Zimowe nawiedzenie" zostało wydane w cztery lata po publikacji powieści Stephena Kinga. Ponieważ nie jestem jednym z tych recenzentów, którzy szukają sensacji oraz bardzo szanuję Dana Simmonsa, autora wielu świetnych książek, uważam iż zbieżność nie wynikała z chęci skopiowania lecz wynikała z inspiracji. Chociaż obie książki opierają się na tym samym założeniu to powieść Kinga opowiada o skończonym romansie i tym jak sobie poradzić z pustką po utracie drugiej osoby, a dzieło Simmonsa skupia się na straconym dzieciństwie i niewinności. Zaczyna się podobnie jednak obie książki "ewoluują" w coś zupełnie innego. 

Tak sobie czytam to co napisałam i zastanawiam się czy moja gorycz nie wynika z tego, że Dan Simmons w tej oto książce określił blogerów jako "mniej inteligentnych kuzynów krytyków literackich" :) Oczywiście jest to żart jednak ślad po ukąszeniu w dumę pozostał. Teraz kiedy wszystkie emocje związane z lekturą zaczynają powoli do mnie napływać zastanawiał się, jak bardzo metaforyczny wymiar miała ta książka. Otóż "Zimowe nawiedzenie" nie jest typowym horrorem o nawiedzonym domu, jakich pełno na sklepowych półkach. Ba, właśnie w tej chwili zaczęłam się zastanawiać czy jest to w ogóle powieść o duchach, czy też wszystko było jedynie wymysłem chorego psychicznie, wyczerpanego bohatera? Dale ma pięćdziesiąt lat i jest osobą, która dotarła w swoim życiu do takiego etapu, gdzie pomaga jedynie terapia za sto dolarów za godzinę i garść tabletek. Nasz bohater stracił w swoim życiu wszystko, żonę, dom, córki, szacunek współpracowników, wenę a nawet kochankę. Czy nie stracił również zmysłów? Czy wszystko to o czym czytamy : czarne psy, światła, głosy, pojawiające się na ekranie wyłączonego komputera, nie są jedynie wymysłem jego wyobraźni? Muszę przyznać, że taka interpretacja również miała by sens, szczególnie biorąc pod uwagę wydarzenia z przeszłości, które mogły katastrofalnie wpłynąć na Dala i wywołać opóźniony stres pourazowy. 

Nie da się ukryć, iż pomimo wymienionych przeze mnie rzeczy, które niezbyt przypadły mi do gustu, "Zimowe nawiedzenie" nadal jest książką, która świetnie się czyta i która działa na wyobraźnię. Choć nie jest to typowy horror, a bardziej powieść psychologiczno-obyczajowa, tak trafiają się tutaj momenty podczas których co delikatniejszym czytelnikom podniosą się włoski na rękach. Ci, którzy znają twórczość Dana Simmonsa wiedzą, że autor ten dba o to by jego czytelnicy się nie nudzili. Akcja jest wartka od samego początku do samiutkiego końca. Atmosfera budowana jest stopniowo i w kulminacyjnym momencie dochodzi do erupcji. I choć lawa nie jest tak gorąca jak w przypadku "Terroru" tak nadal może poparzyć. Polecam.

Tytuł : "Zimowe nawiedzenie"
Autor : Dan Simmons
Data wydania : 10 września 2019
Wydawnictwo : Zysk i S-ka
Liczba stron : 352
                                                   Tytuł oryginału : A Winter Haunting




Za możliwość przeczytania i zrecenzowania książki serdecznie dziękuję wydawnictwu :  




 
 
 
"Zanim się obudzę" Agnieszka Bednarska

"Zanim się obudzę" Agnieszka Bednarska


      Czy słyszeliście kiedyś o Zachariaszu Dunlapie ze Stanów Zjednoczonych, u którego komisja lekarska orzekła śmierć mózgu a on sam nieświadomie przysłuchiwał się rozmowom na temat przygotowań do własnego pogrzebu? Przypadek ten jest głośny na cały świat i przypomina nam, że nawet lekarze mogą się mylić i to w sprawach najwyższej wagi. Kiedy ciało Zachariasza było przygotowywane do pobrania narządów, ordynator szpitala wydał przyzwolenie dla najbliższej rodziny, na to by mogła przyjechać i ostatni raz się pożegnać. Szczęśliwym trafem wśród bliskich chorego znaleźli się pielęgniarze i to właśnie oni zauważyli, iż Dunlop reaguje na bodźce. Zbadali go i nie zgodzili się na pobranie narządów do transplantacji. Klika dni później mężczyzna został wybudzony ze śpiączki. Jego relację można obejrzeć w Internecie. Choć w dzisiejszych czasach medycyna znacząco poszło do przodu tak pewne definicje nadal pozostają niezmienne. Jedną z nich definicja śmierci, która funkcjonuje w neurochirurgii nieprzerwanie od 1968 roku. Według niej człowiek umiera w momencie, kiedy umiera jego mózg a konkretniej pień mózgowy. Choć od końcówki XX wieku dużo się zmieniło, powstało wiele nowych teorii, z których duża część poparta jest dowodami, tak do tej pory nikt nie ośmielił się ingerować w zapisy z Deklaracji z Sydney. 

Z rzeki zostaje wyłowiona kobieta – wyziębiona i prawie martwa. W szpitalu zapada w śpiączkę. Ma nikłe szanse na wybudzenie się. Policja nie potrafi ustalić jej tożsamości, nikt nie zgłasza jej zaginięcia. Opiekująca się nią siostra Brygida nadaje jej imię Selena i od tej pory poświęca się opiece nad dziewczyną. Do tej samej sali trafia Kamil, chłopak z objawami śmierci mózgowej. Ordynator namawia jego rodziców do podpisania zgody na pobranie organów od Kamila, ale oni się nie zgadzają. Matka, patrząc na syna, nie wierzy w jego śmierć.


"Zanim się obudzę" to książka, której autorka, Agnieszka Bednarska próbuje zmierzyć się z zagadnieniem jakim jest śmierć mózgowa. Temat ten jest bardzo trudny, szeroko dyskutowany i wzbudzający kontrowersje.  Każdego dnia w śpiączkę, zapadają setki osób. Niekiedy jest ona wywoływana narkotykami czy truciznami, kiedy indziej jest następstwem wypadku czy świadomym działaniem lekarzy. Choć w internecie pojawia się mnóstwo relacji ludzi, którzy zostali wybudzeni, tak zastanawiam się czy można im wierzyć. Informacje na temat tego, co jest "po drugiej" stronie, są bowiem bardzo rozbieżne. Jedni widzą tunel z którego wydobywa się białe światło, inni trafiają na zieloną łąkę, jeszcze inni w pustkę. Nawet jeśli chcielibyśmy wszystkie te relacje zebrać w jedną całość i na jej podstawie stworzyć obraz świata "po śmierci", to trud ten spełzł by na niczym, gdyż zbyt mało jest tutaj punktów stycznych. Musimy spojrzeć prawdzie w oczy i przyznać, że nie wiemy co się z nami stanie po śmierci i dopóki sami jej nie przeżyjemy to się nie dowiemy. Przeszukiwanie internetu w poszukiwaniu odpowiedzi na to filozoficzne pytanie jest bez sensu. Nie znaczy to jednak, że nie możemy się tym tematem interesować, gdyż jak najbardziej powinniśmy. 
Ja osobiście jestem wielką zwolenniczką transplantologii. W portfelu noszę kartę dawcy i cała moja rodzina została poinformowana o mojej decyzji. Wierzę, iż jeśli stanie mi się krzywda i mój mózg będzie nie do odratowania, to uda mi się ocalić życie innych. Muszę przyznać iż po przeczytaniu tej książki, co prawda nadal nie zmieniłam zdania, jednak ogarnęły mnie pewne wątpliwości. Sama przed sobą musiałam przyznać, iż moja decyzja była podjęta bez wielkich przemyśleń. Patrzyłam tylko na tę jasną stronę medalu. Na te płuca i wątrobę, na serce i nerki, które mi już nie będą potrzebne a inni na nie czekają latami. Podpisując "kartę" nie myślałam o sobie i o tym co się ze mną stanie. Książka Bednarskiej uświadomiła mi, że jest również inna, mroczna strona medalu, o której mówi się rzadko albo wcale. Z jednej strony wcale się nie dziwię, gdyż jak by powiedzieć ludziom, że tak naprawdę lekarze nie są w 100 procentach pewni, że pobierają organy od zmarłych, to nikt nie zgodził by się na to by być dawcą. Z drugiej może warto całą dostępną wiedzę udostępnić społeczeństwu, tym samym dając mu możliwość wyboru? Cieszę się, iż przeczytałam tę książkę. Gdyż teraz wiem więcej. Jestem bardziej świadoma i choć mojej decyzji nie zmienię, tak jeśli kiedykolwiek w przyszłości będę musiała o czymś ważnym zadecydować to nie zrobię tego pochopnie tylko z rozwagą i namysłem, gdyż konsekwencje mogą być tragiczne. 

Agnieszka Bednarska zadała sobie wiele trudu by uczynić tę książkę jak najbardziej wiarygodną. Wiedza na temat śmierci mózgowej, śpiączki czy transplantologii nie jest ani powszechna ani popularna. Powiedzmy sobie szczerze : zwykłe szaraczki jak my ( przepraszam jeśli kogoś obrażam), zazwyczaj nie czytują medycznych pism branżowych a ich wiedza na temat chorób i sposobów ich leczenia zaczerpnięta jest z Doktora Housa czy Ostrego Dyżuru. Owszem, jeśli trafi się gorący temat, który przez kilka tygodni nie będzie schodził z czołówek dzienników telewizyjnych, tak znajdzie się wielu "znawców" tematu, domorosłych lekarzy, z których każdy będzie chciał wyrazić własną opinię, czy to w gronie rodziny (przy piwku) czy na forum. Cieszę się, iż autorka zdecydowała się na podjęcie takiego trudnego tematu i jednocześnie nie potraktowała go jednostronnie. Nie jest to książka, która między słowami namawia nas do tego, byśmy zostali dawcami. Momentami wręcz nas do tego zniechęca. Bednarska zadbała o to, by przedstawiony temat nie miał przed nami żadnych tajemnic. W powieści pojawiają się lekarze o różnych, często bardzo skrajnych lub niepopularnych, punktach widzenia, którzy symbolizują to, co się dzieje na polskiej scenie neurochirurgii i transplantologii. Mamy tutaj zdesperowaną panią ordynator, która zrobi wszystko byle tylko zdobyć potrzebne organy, oraz doktora Yao Nakamurę, który uważa iż śmierć mózgowa jest mitem, gdyż za pomocą odruchów nie możemy sprawdzić działania wszystkich zakamarków umysłu i zobaczyć, czy gdzieś jeszcze tli się życie. Jak widzimy mamy tutaj do czynienia ze skrajnymi punktami widzenia, jednak autorka robi wszystko by zapełnić dzielącą je przepaść. Pojawiają się tutaj również inni lekarze, i Ci którzy jeszcze nie wyrobili sobie własnego zdania i Ci, którzy boją się je wyrazić. Podobnie jest z pielęgniarkami, rodzinami pacjentów oraz samymi pacjentami, których głos, pomimo tego że trwają w śpiączce, też możemy usłyszeć. Choć powieść ta zaliczana jest do gatunku thrillera medycznego, tak by dokładnie przedstawić swoją wizję, autorka dodała do niego element fantastyczny. Jednak nie martwcie się, gdyż tak naprawdę jest on bardziej metaforyczny niż science fiction. Jak napisałam wyżej, nie ma wspólnego obrazu "życia po śmierci" , dlatego autorka stworzyła własną poczekalnię, w której spotyka się to co rzeczywiste z tym co duchowe. Bez tego wymiaru, książka pozbawiona byłaby głębi. 

W szpitalu, na całe szczęście, byłam do tej pory jedynie dwa razy. I te dwa razy wiązały się dla mnie zarówno z wielkim bólem jak i momentami niebotycznego szczęścia. Mowa tutaj oczywiście o moich  porodach. W Irlandii, gdzie rodziłam, położne, stażystki, lekarze oraz cała obsługa szpitala są cudownymi, empatycznymi i niezwykle pogodnymi ludźmi, których obchodzi komfort drugiego człowieka. Jednak czytając prasę wiem, że tak dobra "opieka" nie jest na porządku dziennym, a ja po prostu miałam szczęście. W "Zanim się obudzę" pojawia się postać salowej Bernardy, która pełni tutaj wymiar symboliczny. Jest ona symbolem miłości, dbałości o bliźnich, poświęcenia czyli tego, co powinno charakteryzować pielęgniarską posługę. Z miejsca się w niej zakochałam i modlę się o to, że jeśli kiedykolwiek trafię do szpitala, to tylko pod skrzydła tak czułej, rozumiejącej i doświadczonej osoby. Oczywiście Bernarda nie jest kobietą bez wad i sporo można jej zarzucić, jednak to tylko czyni ją bardziej rzeczywistą i wiarygodną. W końcu, kto jest bez winy niech pierwszy rzuci kamieniem. Pokochałam również zamkniętego w sobie i nieco ekscentrycznego doktora Nakamurę, doświadczoną przez los Selenę czy Kamila, chłopaka któremu "nic nie dolega" a nie potrafi się wybudzić z komy. Historia każdego z naszych bohaterów jest przejmująca i chwyta za serce. Choć nie jestem czytelnikiem o słabych nerwach, tak muszę przyznać, iż parokrotnie się popłakałam. Nie wytrzymałam widoku dziewczynki biegnącej za swoją uciekającą matką czy łez w oczach córeczek śmiertelnie chorego na serce tatusia, którego jedyną nadzieją jest śmierć kogoś innego. 

Na okładce książki możemy przeczytać, iż Agnieszka Bednarska jest absolwentką Pedagogiki, jednak okazało się iż w 2005 roku nasz piękny kraj nie potrzebował ludzi z takim wykształceniem. Autorka wraz z rodziną zmuszona została do wyjazdu do Wielkiej Brytanii, gdzie mieszka do dziś. Choć z mojej strony będzie to zapewne samolubne, to muszę przyznać iż troszkę się cieszę z faktu, iż Pani Bednarska nie znalazła u nas zatrudnienia. Jeśli dostałaby swój własny gabinet i grono dzieciaków z problemami, to z pewnością nie miałaby czasu na napisanie tak cudownej, wzruszającej i dopracowanej powieści. Zapewne wiecie o tym , że są różne sposoby jedzenia delicji. Jedni oddzielają galaretkę od ciastka, inni połykają w całości jeszcze inni wrzucają do herbaty czekając jak rozmięknie. Ja najpierw obgryzam ciasteczko, potem czekoladę z galaretki a na koniec ją samą długo trzymam na języku, aż się do końca rozpuści. Podobnie było z tą powieścią. Delektowałam się każdym słowem, niektóre fragmenty czytałam wielokrotnie, przystawałam i analizowałam. Była to dla mnie istna uczta zmysłów i chciałam bardzo za nią autorce podziękować. Polecam głodnym i spragnionym dobrej literatury.


Tytuł : "Zanim się obudzę"
Autor : Agnieszka Bednarska
Wydawnictwo : Media Rodzina
Data wydania : 23 maja 2019
Liczba stron : 460


Za możliwość przeczytania i zrecenzowania książki serdecznie dziękuję wydawnictwu : 
https://mediarodzina.pl/index.php




Książka bierze udział w wyzwaniu czytelniczym :


http://www.posredniczka-ksiazek.pl/2019/01/olimpiada-czytelnicza-2019-zapisy.html

"Kołysanka z Auschwitz" Mario Escobar

"Kołysanka z Auschwitz" Mario Escobar

     Romowie (w języku niemieckim Zigeuner, jak określano ich w oficjalnej dokumentacji niemieckiej tego okresu) uznani zostali przez nazistów niemieckich za wrogów III Rzeszy w związku z tym skazano ich na izolację i zagładę. W wyniku tej decyzji, w Auschwitz-Birkenau, na odcinku BIIe, utworzono familijny obóz cygański nazwany Zigeunerlager (obóz cygański), który istniał przez 17 miesięcy. Przez 17 miesięcy naziści umieścili w nim tysiące skazanych, tysiące niewinnych ludzi, tysiące smutnych historii. Przyszedł czas byśmy poznali jedną z nich, opowieść o Helene Hanneman, Niemce która pozwoliła zamknąć się w obozie, by ratować rodzinę. O tej książce  można powiedzieć wiele, że jest kiepsko napisana, nie wyzwala w czytelniku emocji, przedstawia naiwny obraz świata, jednak jest pewna rzecz, która sprawia, że koniecznie musimy  ją przeczytać. Otóż powieść Escobara niesie ważne przesłanie : przesłanie miłości. Otwórzmy więc serca i bierzmy się do lektury. 

Niemcy, 1943 rok. Helene Hannemann budzi swoje dzieci, aby zaczęły szykować się do szkoły. Jej mąż Johann niedawno stracił pracę i nie ma szans na nową ze względu na swoje romskie pochodzenie. Jednak zanim rodzina Hannemann rozpocznie kolejny dzień, ich codzienność przerywają mundurowi wysłani przez SS.Johann razem z pięciorgiem dzieci mają zostać zesłani do Auschwitz, ponieważ w ich żyłach płynie romska krew. Helene jest czystej krwi Niemką i może zostać, a mimo to dobrowolnie postanawia opuścić dom razem z najbliższymi. Wszyscy trafiają do nazistowskiego obozu koncentracyjnego.

Historii o Auschwitz jest wiele, tysiące spłonęły w krematoryjnych piecach. Ci, którym udało się przetrwać zagładę, są żywym świadectwem na to, że to ludzi powinniśmy się obawiać, nie Boga czy natury. Będąc jeszcze w szkole średniej, miałam okazję poznać bardzo interesującą osobę, Panią Irenkę, nauczycielkę i prawniczkę, staruszkę której udało się "przeżyć" Auschwitz. To właśnie ona, wraz z kilkoma innymi więźniarkami, założyły obozowe "radio". Może wam się to wydawać kuriozalne, jednak wierzcie mi, "szeptane" radio działało, były w nim audycje na żywo, orkiestra i eventy muzyczne. Jeśli myślicie, że obozy koncentracyjne, były miejscem gdzie zapomniano o kulturze i sztuce to się mylicie. One nigdy nie zginą. Czytając "Kołysankę z Auschwitz" zastanawiałam się czy moja Pani Irena, kiedykolwiek spotkała Helene Hannemann, czy ich drogi się spotkały? W końcu obie robiły coś dobrego, niosły światełko nadziei, w czasach kiedy świat już się poddał. 
Myśląc o Auschwitz przed oczami stają nam obrazy komór gazowych, setek porzuconych bucików, tony ściętych włosów. Kiedy pierwszy raz odwiedziłam muzeum w Oświęcimiu, oglądając ekspozycje, zaniemówiłam. Spodziewałam się wszystkiego, płaczu, złości, wściekłości, żalu, a poczułam wielką, bezbrzeżną pustkę. Długo nie mogłam się otrząsnąć. Okazuje się, że takie doświadczenia ma za sobą wielu ludzi. Dymy z kominów, bezimienne groby i tysiące krzyży, są pierwszą rzeczą, która przychodzi nam na myśl, kiedy wspominamy Auschwitz. Cieszę się, że Escobar napisał tę książkę i przypomniał nam, że to nie śmierć, morderstwo i zbrodnia, były najważniejsze, tylko ludzie których dotyczyły. Ludzi, którzy pomimo zamknięcia, pomimo wiedzy o tym co ich czeka, starali się zbudować w miarę normalny świat za murami. 
Wyobraźcie sobie młodą kobietę, matkę 5 dzieci, która decyduje się opuścić swój dom rodzinny, i wraz z najbliższymi daje się zamknąć w obozie koncentracyjnym. Nie musiała tego  robić, ale chciała. Helene Hanneman nie jest głupia, wie na jakiej zasadzie to wszystko działa, wie że te "wielkie kominy" to nie piekarnie, zdaje sobie sprawę z tego, że jej dni są policzone. I co robi? Czy rwie włosy z głowy i płacze? Czy donosi na innych, sprzedaje siebie za "jeszcze jeden dzień"? Nie. Ona nie myśli o sobie, lecz o innych. O dzieciach, którym odebrano dzieciństwo i szczęście. To dla nich walczy o każdy kolejny dzień, każdą butelkę mleka, nową zabawkę, ciepły koc. Jest to jedna z tych osób, które oddałaby własne życie, by inni mogli przetrwać. Cieszę się, że poznałam tę bohaterkę, heroinę, silniejszą od niejednego mężczyzny. Mówią, że miłość macierzyńska jest najsilniejszym uczuciem na świecie, i Hanneman jest doskonałym przykładem na to, że jest to prawda. Ona kochała dzieci, troszczyła się o nie. Chciałabym w sobie znaleźć tyle pasji, miłości i desperacji. Czytając tę powieść zastanawiałam się czy jestem dobrą matką? Czy byłabym w stanie tyle znieść dla moich dzieci? Poświęcić się. Odpowiedź wydaje się oczywista, kiedy siedzę w ciepłym bezpiecznym fotelu, jednak czy byłaby taka sama jeśli w oczy zajrzałaby mi śmierć?

Muszę przyznać, że zaintrygował mnie sposób, w jaki Escobar przedstawił postać doktora Mengele. Już pierwszy rozdział sprawił, że poczułam lekką irytację. Od najmłodszych lat uczono mnie, że nazizm jest złem, naziści są złem. Procesy norymberskie, Eichmann, poszukiwania dawnych ss-manów w Ameryce Południowej, to były rzeczy które kojarzyły mi się ze sprawiedliwością. A teraz trafia w moje ręce książka, która przedstawia nam doktora Mengele, o ludzkim obliczu, które...nie jest takie złe. Autor na końcu książki (w posłowiu) enigmatycznie wspomina fakt zakupu , w 2010 roku, przez kolekcjonera, dziennika Mengele. Jestem ciekawa czy autor miał możliwość zapoznania się z jego treścią? Czy to lektura tego "dzieła" miała wpływ na obraz postaci literackiej obozowego lekarza? Czy jest możliwe ,że ten tyran, szaleniec i psychopata, w głębi serca był człowiekiem? Na korzyść tego, że tak naprawdę było, przemawia również sama (książkowa) Helene, mówiąc że pomimo całego zła które czyni, dostrzega w nim ludzką cząsteczkę. 
Sama do końca nie wiem, czy powinnam uwierzyć w to, że doktor Mengele miał dwie natury, tak jak to pokazuje autor. Jedną dobrą i czułą, która objawiała się w sposobie w jakim przemawiał do dzieci, jak na nie patrzył i jak troszczył się o ich los, oraz drugą która wychodziła na wierzch przy operacyjnym stole. Przez to, że Escobar uczynił z niego człowieka, to co robi ze skalpelem, nabrało jeszcze bardziej złowieszczego i przerażającego wymiaru. Wyobraźcie sobie przedszkole, uśmiechnięte buzie dzieci, wesołe piosenki i niewinny śpiew. Wyobraźcie sobie małe rączki, zabawki, i promienie słońca. A teraz przejdźcie dalej, do drugiego pokoju, zajrzyjcie za ścianę. Do pracowni doktora Mengele, miejsca gdzie znikają dzieci, przeprowadzane są eksperymenty. I wszystko to dla dobra nauki, dla dobra rasy wyższej. Muszę przyznać, że właśnie to podziałało na mnie najbardziej : choć książka utrzymana jest w dość lekkiej tonacji, to czytelnik od samego początku zna jej przerażające, tragiczne zakończenie. 

Choć każdy z nas zna zakończenie tej powieści, to fakt ten nie ma wpływu na nasz odbiór książki. Tu nie chodzi o to byśmy byli zaskoczeni i zszokowani, na temat Holokaustu i obozów koncentracyjnych powiedziano już tyle, że wszystko inne będzie jedynie dołożeniem bólu, głównym celem autora jest opowiedzenie historii bohaterki, historii pewnej matczynej miłości, która przetrwała nawet śmierć. Powieść ta, choć na pierwszy rzut oka sprawia wrażenie lekkiej i naiwnej, pełna jest emocji i uczuć. Muszę przyznać iż jestem bardzo zdziwiona, jaką wrażliwością wykazał się autor, jak trafnie przedstawił uczucia, które wydawać by się mogło są dostępne jedynie kobietom. Czytałam tę powieść jako Europejka, kobieta i matka i muszę przyznać, że każda z tych perspektyw pozwalała mi doświadczyć różnych emocji.

"Kołysanka z Auschwitz" jest kolejnym, przeczytanym przeze mnie w tym roku, debiutem literackim, który mogę zaliczyć do szczególnie udanych. Cieszę się, że autor wybrał na narratorkę samą Helenę. Dzięki temu zabiegowi mogłam lepiej poznać tę interesującą kobietę, zrozumieć ją i pokochać za wielkie serce. Zresztą nie tylko ją. W powieści pojawiają się nazwiska innych więźniarek, które zamordowano w Auschwitz.Innych kobiet, które oddały życie po to byśmy teraz mogli żyć w pokoju. Książkę tę polecam wielbicielom historycznych powieści obyczajowych i tym którzy poszukują w literaturze emocji. 



Tytuł : "Kołysanka z Auschwitz"
Autor : Mario Escobar
Wydawnictwo : Kobiece
Data wydania : 13 marca 2019
Liczba stron : 240
Tytuł oryginału : Canción de cuna de Auschwitz


Tę oraz wiele innych książek znajdziecie na półce z Bestsellerami księgarni internetowej :
https://www.taniaksiazka.pl/




"Bestia" Paternelle Van Arsdale

"Bestia" Paternelle Van Arsdale

Kiedy dowiedziałam się, że prawa do ekranizacji zostały już wykupione a produkcją zajmie się sam Ridley Scott wiedziałam, że "Bestia" to coś więcej niż historyjka do straszenia niegrzecznych dzieci. Sam wydawca zachwala powieść słowami : oniryczna i mroczna czyli dokładnie taka jakie lubię. Czy debiut ten naprawdę jest tak dobry jak go malują? Tutaj zdania są już podzielone. Niektórzy zachwalają powieść jako doskonałe połączenie fantasy z horrorem, inni doszukują się tutaj elementów baśniowych i realizmu magicznego. Ci rozczarowani krytykują zbyt wolne tempo i wprowadzony na siłę motyw insta miłości. A ja? Ja uważam, że Peternelle Van Arsdale dała z siebie wszystko by stworzyć powieść uniwersalną, w której każdy znajdzie coś dla siebie. Jedni potraktują ją jak bajeczkę, inni wezmą na poważnie, ale jedno jest pewne : dostarczy nam ona sporo wrażeń i rozrywki, może nawet wywoła gęsią skórkę? Sprawdźcie sami.

Pewnego razu, w pewnej wiosce na świat przychodzą bliźniaczki. W tym samym roku rozpoczyna się okres głodowej suszy. Mieszkańcy obwiniają za klęskę nieurodzaju nowo narodzone dzieci i wypędzają je wraz z matką do lasu. Lata później odczłowieczone bliźniaczki – pożeraczki dusz – powracają. Dręczone głodem uśmiercają niemal całe Gwenith, oszczędzając jedynie Alys i pozostałe dzieci. Pięćdziesięcioro ocalałych biorą pod swoją opiekę mieszkańcy sąsiedniej osady. Alys – dziewczyna o tajemniczym darze, którego nie może ujawnić, bo zostałaby nazwana czarownicą, jako jedyna nie obawia się pożeraczek dusz. Ciemny las ją wzywa. Tymczasem Starsi nakazują budowę drewnianego ogrodzenia, które ma ochronić Defaid przed potworami Bestii… Kiedy uderza katastrofa, Alys wyrusza w mroczną podróż, w której musi uratować swój świat. Podroż w najciemniejsze zakamarki lasu – i własnej duszy.

Często dzieje się tak, że po doskonałym pierwszym wrażeniu, oryginalnym, dynamicznym starcie, autorzy tracą zapał, "wyprztykują" się z pomysłów, zaczynają kluczyć i krążyć wokół fabuły.  Van Arsdale po części wpadła w tę pułapkę. Pierwsza część książki jest naprawdę rewelacyjna, mroczna, klaustrofobiczna, przejmująca. Zdarzyło wam się oglądać "Osadę" amerykański film z 2004 w reżyserii M. Night Shyamalana? Obraz ukazuje społeczność żyjącą w niewielkiej osadzie pośród lasów stanu Pensylwania, sprawiającej wrażenie zwykłej XIX-wiecznej wsi. Mieszkańcy żyją jednak w strachu przed przerażającymi istotami, o których krążyły legendy w całej Ameryce. Czytając "Bestię" nieustannie miałam przed oczami otoczoną murem osadę. Również tutaj ludzie żyli w lęku przed tym co znali wyłącznie z imienia, pożeraczami dusz i mieszkającą w głębi lasu bestią. Bardzo ważną rolę w ich społeczności odgrywała religia. Już od najmłodszych lat dzieci były indoktrynowane. Panował ścisły podział na to co dobre i złe. Miasteczko Defaid można przyrównać do jednej z amerykańskich społeczności religijnych, jest tylko jedna różnica : stąd nie da się uciec.
Alys przybyła do Defaid i od razu została uznana za outsiderkę, kogoś kto zwiastuje problemy. By zostać, ona oraz reszta z pięćdziesięciorga dzieci, musieli chronić ogrodzenia. Wyobraźcie sobie jak ograniczony musiał być świat młodej dziewczyny, jeszcze dziecka, które dniami i nocami skazane było na obserwowanie nieruchomych wierzchołków drzew i mrocznej kniei. Muszę przyznać, że ciężko jest mi sobie wyobrazić, co czuje człowiek żyjący w zamknięciu, w miejscu gdzie pobożni ludzie stworzyli ścisły świat, w którym dobro i zło są fundamentem całej wspólnoty a religia determinuje nasze zachowanie. Alys musiała czuć się samotna, szczególnie wtedy kiedy odkryła swoje magiczne moce i zdała sobie sprawę, że nigdy nie będzie taka jak reszta jej rówieśników. Było tylko kwestią czasu, kiedy nastolatka ucieknie. Pierwsza część książki jest opowieścią Alys. I muszę przyznać, że mi to pasowało. Dziewczyna jest bowiem inteligentna, mądra, oryginalna i co najważniejsze posiada tajemnicze magiczne moce. Jeśli poszukujecie książki opartej na schemacie "obdarzonej" protagonistki walczącej z siłami zła, typowego fantasy zmieszanego z horrorem i suspensem, to jest to książka dla was. Pod jednym warunkiem : nie boicie się wątków miłosnych, które spadają na czytelników jak grom z jasnego nieba. Kiedy pierwsza część książki była swoistym budowaniem przez autorkę świata i zaznajamianiem z nim czytelników, tak druga okazała się typowym insta-romansem new adult, który niestety zdominował fabułę.Autorka zrezygnowała z tego by uczynić fabułę bardziej dynamiczną, skupiła się za to na związku dwójki ludzi, który na dobrą sprawę nic do powieści ni wnosi. Owszem co wrażliwsze czytelniczki wydadzą "ochy" i "achy" , jednak ludzie którzy oczekują mocnej lektury, mogą poczuć się zawiedzeni. Można doczytać do połowy z zachwytem, a potem przekartkować, jednak czy warto? Pomimo wszystkich zastrzeżeń nadal uważam, że tak. 

Paternelle Van Arsdale umie pisać, umie pobudzić emocje czytelnika, sprawić by się bał, czuł nieustający niepokój. Pewnie wielu z was pamięta, opowiadane przez dziadków czy rodziców, baśnie. Ja miałam to szczęście, że moja babcia wierzyła, iż nic tak nie kształtuje psychiki zdrowego,młodego człowieka jak opowieści z morałem. Nie słodkie bajki dla berbeci tylko prawdziwe, niepokojące historie. Sielankowe historyjki o Jasiu i Małgosi, Tomciu Paluchu czy Czerwonym Kapturku w niczym nie przypominają swoich pierwowzorów: baśni opowiadanych w chłopskich chatach Francji, Niemiec i Anglii kilkaset lat temu. Wtedy w opowieściach dla dzieci krew się lała strumieniami, a trup się ścielił gęsto. Van Arsdale doskonale wie jak ma wyglądać prawdziwa legenda, opowieść o mrocznym lesie i czającej się w niej bestii. Książka ta, to nie urocza, wesoła historyjka, którą można opowiedzieć pociechom na dobranoc. Autorka stworzyła mistyczną, przerażającą atmosferę, znaną z oryginalnych bajek. Czytelników otacza mrok i niepokój, przez które nieśmiało przebijają się słabe promienie nadziei. Pojawiają się tutaj postaci, w których można zakochać się od pierwszego wejrzenia, jak i takie które nienawidzimy z całego serca. Jest to opowieść o poszukiwaniu własnego miejsca w świecie, odkrywaniu własnej tożsamości. Alys, po śmierci rodziców, została na świecie sama. Jej opiekunowie, przyjmując ją pod swój dach, wyświadczyli jej łaskę, jednak życie w osadzie jest ciężkie . Autorka dużą wagę przykłada do tego by pokazać jaki wpływ na psychikę młodych ludzi, ma życie w pogardzie i samotności, jak łatwo za pomocą zakazów i religii można kogoś zmanipulować. Choć nie poleciłabym tej książki młodszym czytelnikom, tak uważam że posiada wartościowe treści, które mogą zainspirować dorosłych, do dyskusji ze swoimi pociechami. 

"Bestia" to fantastyczna, nowoczesna alegoria, o pochłaniającej, niszczącej sile strachu i tym co się dzieje, kiedy rządzi on naszym życiem. Paternelle Van Arsdale tka bogatą tkaninę fabularną, istny gobelin przedstawiający losy młodej dziewczyny walczącej z pożeraczami dusz oraz z ciemnością we własnym sercu. Niektórzy mogą powiedzieć, że akcja toczy się zbyt wolno, że brak tutaj dynamiki. Po części zgadzam się z tym, że tempo narracji jest leniwe jednak autorka w mistrzowski sposób rozwija tkaninę fabuły, wrzeciono pracuje coraz szybciej. Czytelnik czuje jak powieść ewoluuje, dorasta i stopniowo nas od siebie uzależnia. "Bestia" jest perełką w swoim gatunku, książką której nie można przegapić. 

Kiedy emocje już opadły, a lęk rozwiewa się w promieniach wiosennego słońca, muszę przyznać że debiut Van Arsdale był świetną lekturą. Piękne opisy, prawdziwi bohaterowie i oryginalna fabuła, wszystko to sprawiło, że czytałam z wypiekami na policzkach. Było napięcie, były emocje, strach i łzy. Jeśli lubicie gotyckie, mroczne powieści, wzorowane na tych prawdziwych, krwawych historiach braci Grimm, to zdecydowanie polecam. Jest to książka, która zadowoli wielbicieli różnych gatunków od thrillerów do powieści historycznych. To jednocześnie wspaniała literatura new adult, powieść obyczajowa o odkrywaniu siebie i cudowna przygodówka. Żałuję, że tę "przygodę" mam już za sobą. Polecam.



 


Tytuł : "Bestia"
Autor : Paternelle Arsdale
Wydawnictwo : Poradnia K
Data wydania : 13 marca 2019
Liczba stron : 315
Tytuł oryginału : The Beast is An Animal


Tę oraz wiele innych książek znajdziecie w księgarni internetowej :
https://www.taniaksiazka.pl/
 
Copyright © 2014 CZYTANKA NA DOBRANOC , Blogger