piątek, 28 października 2016

Tytuł:” Sztokholm delete”
Autor : Jens Lapidus
Rok wydania : 2016
Wydawnictwo : Marginesy
Liczba stron : 512
Tytuł oryginału : Sthlm delete






Sztokholm reborn




Jestem pod wrazeniem. Było to moje pierwsze spotkanie z autorem lecz z pewnością nie ostatnie. Śmiało stwierdzam, że „Sztokholm delete” jest jednym z lepszych kryminałów jakie zdarzyło mi się przeczytać do tej pory. Całość wypadła bardzo dobrze, fabuła jest ciekawa, postaci da się polubić a przede wszystkim oczarował mnie mocny socjologiczny background książki. Takiego społeczeństwa szwedzkiego jeszcze nie poznałam. Typowa książka od której nie idzie się oderwać a strony same się przewracają. Polecam

W eleganckiej dzielnicy Sztokholmu, Varmdo, zostaje zamordowany mężczyzna. Niedaleko willi , w której dokonano morderstwa znaleziony zostaje samochód z nieprzytomnym mężczyzna. Zostaje on przewieziony do szpitala gdzie znajduje się pod policyjnym nadzorem. Jest podejrzany o dokonanie zbrodni. Jego życzeniem jest by sprawą jego obrony zajęła się świeżo upieczona prawniczka, która w przeszłości nie miała do czynienia z prawem karnym- Emelie. W zbieraniu dowodów niewinności pomaga prawniczce były gangster jugosłowiańskiego pochodzenia – Teddy. Okazuje się, że oskarżony jest synem człowieka uprowadzonego przez Teddego kilka lat wcześniej. W całą sprawę zostaje zaangażowany również bratanek gangstera Nicola.

Jestem zafascynowana wielowątkowością fabuły a jeszcze bardziej tym, w jak fantastyczny sposób udało się autorowi połączyć poszczególne wątki. Wiem, że szwedzcy edytorzy mieli z tekstem wielki problem, gdyż musieli go skrócić o kilkaset stron. Całość wyszła bardzo dobrze. Mamy tutaj to wszystko czego oczekują wielbiciele kryminałów. Brutalne morderstwo, przestępczy półświatek, prawdziwych gangsterów, fałszywych policjantów, dużo pościgów i zagadek. Znajdziemy również wątki pornografii dziecięcej, temat który jest w Szwecji swoistym tabu. Prawda, że to wszystko brzmi niezwykle ciekawie?

Czytając sporo szwedzkich kryminałów, począwszy od Henninga Mankella a na Camilli Lackberg kończąc, jestem raczej przyzwyczajona do nieco delikatniejszej prozy skandynawskiej. Tutaj autor przyłożył wprost z grubej rury. Mamy mój ulubiony klimat noir, mamy elementy suspensu ( praktycznie do końca książki nie wiemy kto został zamordowany na Varmdo), jest serbska mafia. Co tu dużo mówić : po prostu mocny, mroczny thriller kryminalny.

Nie czytałam pierwszej części tej trylogii ( choć teraz z pewnością po nią sięgnę ) ale wiem, że nasza prawniczka i Teddy już się spotkali. Tutaj mamy do czynienia z kolejnym razem jak przyszło im współpracować. Jednak oprócz naszych głównych bohaterów mamy ciekawą galerię innych bardzo barwnych postaci. Jedną z moich ulubionych był Nicola, młody chłopak jugosłowiańskiego pochodzenia, który praktycznie całe swoje życie spędził w poprawczaku. W książce obserwujemy wewnętrzną walkę jaką ze sobą przechodzi. Widzimy jak wielki wpływ na życie człowieka ma otoczenie w którym przebywa, widzimy jak ciężko się się wyrwać z ramion mafii. Jeśli człowiek raz w coś takiego wdepnie to ciężko jest mu się potem wydostać.

Książka jest po części przedstawieniem przekroju społeczeństwa szwedzkiego. Nawet nie zdawałam sobie sprawę, że ten kraj jest takim tyglem kulturowym. Mamy tutaj i rodowitych szwedów, i Syryjczyków i Polaków. Do tego autor w ciekawy sposób przedstawił podział społeczeństwa na klasy społeczne. Podzielił również sam sztokholm. Mamy tutaj dzielnice willowe, ze specjalnymi prywatnymi tramwajami gdzie mieszka elita, obszary śródmieścia zdominowane przez klasę średnią oraz szwedzką biedotę. Jednak oprócz tego jest jeszcze inna klasa społeczna. Mafia i zwykli przestępcy, którzy za wszelką cenę chcą się znaleźć w jej szeregach. Są to ludzie którzy nie cofną się przed niczym, którzy trzymają w piwnicach cały arsenał broni, którzy chcąc zyskać szacunek z zimną krwią potrafią zabijać innych. W tej akurat książce mamy do czynienia z mafią serbską. Z ludźmi, którzy są brutalni i rządzą dużą częścią sztokholmu. Każdy o nich wie ale ciężko ich dorwać, gdyż przywódcy mafii nie lubią sobie brudzić rąk , a milczenie jest zasadą każdego dobrego żołnierza.

Było w książce parę rzeczy, które burzyły mój zachwyt. Po pierwsze język. Bardzo nie lubię obcojęzycznych wstawek. Wiem, że w Szwecji ponad 90 procent społeczeństwa mówi w języku angielskim, również filmy są w nim nadawane , często mamy tylko szwedzkie napisy u dołu ekranu. Domyślam się, że Szwedzi mogą często zapożyczać z tego języka nawet w mowie potocznej, z reszta czy Polacy też tak nie robią? Jednak jeśli w jednym zdaniu mamy zmiksowany język polski z językiem angielskim jest to bardzo denerwujące.

Wprost nie mogę się powstrzymać i muszę się przyczepić do naszych głównych bohaterów. Pomimo tego, że bardzo ich polubiłam odnosiłam czasami wrażenie, że nie są zbyt wiarygodni. Nie uczyli się na błędach, nie wyciągali wniosków , bardzo często zachowywali się jak dzieci, po prostu działali nie bacząc na konsekwencji. Ot dwójka, czy czasami więcej dzieci w świecie dorosłych.

Pomimo tych drobnych wad książkę polecam wszystkim miłośnikom mocnych kryminałów. Jest naprawdę dobra i wciąga jak wir rzeczny.


P.S Polecam szybki kurs z ekonomii, inaczej można się nie połapać na czym polegały wszystkie oszustwa, których dopuszczały się postaci :)

niedziela, 23 października 2016

Tytuł :”Linia serc”
Autor: Rainbow Rowell
Wydawnictwo : Otwarte
Rok wydanie : 2016
Liczba stron : 384
Tytuł oryginału : Landline






Neal, Neal, Neal




Neal, Neal, Neal i Neal,Neal, Neal i tak w kółko Macieja. Cała książka jest jednym wielkim krzykiem zrozpaczonej kobiety. A najdziwniejsze w tym wszystkim jest to, że nasza główna bohaterka zupełnie nie ma powodu by rozpaczać. Byłam zachwycona poprzednią książką autorki jednak tym razem Rainbow Rowell mnie rozczarowała. Totalny brak fabuły, zbyt dużo dialogów, idiotyczna główna bohaterka to wszystko złożyło się na marną powieść.

Georgie McCool, komediowa scenarzystka i producentka informuje męża, że ich wyjazd na święta do rodziny na drugim końcu Stanów musi zostać odwołany. Właśnie pracuje nad nowym serialem komediowym, który jest kamieniem milowym w jej karierze, a deadline jest tuż po świętach. Jej mąż Neal, ma dość pracy swojej żony i tego, że wiecznie jej nie ma w domu. Zdesperowany postanawia zabrać obie córki do dziadków i razem z nimi spędzić święta. Georgie nie pozostaje nic innego jak zostać samej w los Angeles, gdzie wraz z przyjacielem z pracy Sethem piszą scenariusz. Wielokrotnie postanawia skontaktować się z mężem jednak ten nie odbiera telefonów. Nocując u matki, wygrzebuje z dna szafy żółty telefon, jeszcze nie wie , że jest on swojego rodzaju maszyną do przenoszenia w czasie. Kiedy dzwoni do męża ten odbiera jednak jest młodszym o kilkanaście lat człowiekiem.



Coś ostatnio nie mam szczęścia do głównych bohaterek. Co kolejna to gorsza, bardziej śmieszna i dziecinna. A nasza Georgie jest typem kobiet, który starannie omijam. Dziewczyna ubzdurała sobie, że mąż ją rzucił tylko i wyłącznie dlatego, że nie chciał odebrać od niej telefonu. Żenada. Na jego miejscu zrobiłabym dokładnie to samo. W końcu udało mu się wyjść spod pantofla i postawić na swoim. Brawo. Nasza bohaterka zamiast wsiąść w samolot i polecieć ratować swoje małżeństwo, jedzie do swojej mamusi, gdzie w wytartych i śmierdzących dresach czeka na telefon. Zupełnie nie rozumiałam jej zachowania. Została w Los Angeles po to by zajmować się pisaniem serialu. Po to poświęciła czas ,który mogła spędzić z rodziną. I co robi? Czy pisze prześmieszne komediowe scenariusze? Czy spełnia marzenie swojego życia o własnym serialu? Czy zarywa noce ślęcząc nad dialogami i skeczami? Absolutnie nie! Bardziej zajmuje ją patrzenie w ekran rozładowanego telefonu, myślenie nad tym jak okropną osobą się stała i użalanie się nad sobą. A najbardziej denerwujące było to, że nie mogła kupić ładowarki do telefonu, nawet jak już była w sklepie. Po prostu tragedia. Gdyby nie jej mąż to pewnie nie potrafiła by się sama ubrać a co dopiero zająć dziećmi.
A najśmieszniejsze jest to, że dziwi ją zachowanie męża. I ma pretensje , że się do niej nie odzywa. Cholera jasna, gdyby moja żona spędzała więcej czasu w pracy niż w domu, ciągle opowiadała jaki jej przyjaciel jest wspaniały i psuła każdy wyjazd to uciekła bym od niej gdzie pieprz rośnie.

A teraz skupmy się na Nealu. Kolejnej bardzo drażniącej postaci. Wydawało mi się, że ma chorobę Aspergera. Nie lubi ludzi, nie okazuje w normalny sposób uczuć, jest odludkiem i pantoflarzem. Zupełnie nie wiem w jaki sposób udało mu się założyć rodzinę gdyż jest totalnie aspołeczny. Rzucił wszystko by nie ucierpiały na tym dzieci. To on jest typową kurą domową, pierze, gotuje i do tego musi znosić okropną krowę jaką jest jego żona. To się kwalifikuje do posiadania niebieskich papierów przemocy domowej bo ta kobieta rujnuje mu psychikę.

Mamy tutaj również Setha, moim zdaniem najzabawniejszą postać w całej książce jednak też najbardziej nieprawdopodobną. Uważa się za najlepszego przyjaciela Georgie a tak naprawdę to należy do tego typu osób , które martwią się tylko o siebie. Jak by moja przyjaciółka miała problemy w rodzinie to rzuciłabym wszystko i pojechała z nią porozmawiać. Seth widząc , że dzieje się coś niedobrego nawet się tym nie zainteresował. W kółko gadał o swoim serialu by na koniec prawie się oświadczyć naszej bohaterce. Śmieszne prawda.

Jednym słowem, wszystkich bohaterów odebrałam jako chore to różne odmiany autyzmu postaci.

Dobrą stroną tej powieści jest to, że posiada ona tak dużo dialogów, że szybko czytająca osoba będzie w stanie ją przeczytać w porze lunchu. Oczywiście o ile dotrwa do końca. Od kiedy nasza bohaterka odkryła w swojej szafie magiczny telefon ( strasznie naciągany motyw, magia w romansach? To kiepsko do siebie pasuje) to wiemy dokładnie jaki będzie koniec książki. Praktycznie w tym momencie powinniśmy odłożyć ją na półkę i oszczędzić sobie mordęgi.

Jestem zawiedziona. „Załącznik” wprost wyrwał mnie z butów i myślałam , że kolejna książka tej autorki będzie jeszcze lepsza. Teraz aż boję się sięgnąć po kolejny tytuł by jeszcze bardziej nie pogłębić mojego rozczarowania. Była to powieść irytująca, bez żadnej konkretnie postawionej tezy, bez spójności i tak naprawdę bez żadnego morału. Może autorka starała się odpowiedzieć na pytanie czy miłość jest w stanie przezwyciężyć wszystko? Jeśli tak to totalnie jej to nie wyszło. Źle dobrani bohaterowie, dość kiepski motyw, wszystko tutaj było nie tak.


Nie polecam  

wtorek, 18 października 2016

Tytuł : „ Akuszerka”
Autor : Katja Kettu
Wydawnictwo : Świat Książki
Rok wydania : 2016
Liczba stron : 328
Tytuł oryginału : Kätilö









Wojenna sucz




Zdecydowanie jedna z najgorszych książek, które przeczytałam w tej roku. Totalny brak fabuły, koszmarny styl, wszechobecny chaos, postaci które nie sposób jest spamiętać i kipiący z kart książki wulgaryzm. Czytałam mając wrażenie, że mam do czynienia z wypocinami suki w rui. Polecam trzymać się od tej książki z daleka, a jeśli jest ona naprawdę najlepszą fińską powieścią to aż strach myśleć jakie są pozostałe.

Krzywe Oko, zwana też Dzikim Okiem czy Freulein Schewster, jest akuszerką. Rzecz dzieje się pod koniec drugiej wojny światowej. Do małej fińskiej miejscowości trafia przystojny SS-man – pracujący jako fotograf dla gazety. Dziewczyna zauroczona mężczyzną postanawia iść za nim na koniec świata. Trafia do obozu Titowka, gdzie pomaga tamtejszej akuszerce. Pewnego zimowego dnia samochód którym podróżuje wraz z mężczyzna ma wypadek. Na piechotę udają się do chaty nad Fiordem martwego Człowieka, gdzie czekając na pomoc, przeżywają burzliwy romans.

Książka napisana jest w postaci listów i moim zdaniem jest to jej największą wadę. Rzecz dzieje się i
w teraźniejszości i w przeszłości, czasem nawet zahaczając o przyszłość. Autorami listów są : Krzywe Oko, esesman Johannes oraz szpieg o pseudonimie Spalona Twarz. Muszę się przyznać bez bicia, że tego ostatniego wątku zupełnie nie zrozumiałam. Wiem, że powieść pisana była w oparciu o losy rodziny autorki, jednak do mnie ona totalnie nie przemówiła. Z jednej strony mamy niezbyt urodziwą kobietę w dość nieokreślonym wieku, przystojnego mordercę, oraz ojca dziewczyny, który szpieguje i dla aliantów i dla ruskich. Dla mnie to było troszkę za wiele. Były momenty, szczególnie jak bohaterka opowiadała o przeszłości kolejnych bohaterów, że totalnie nie wiedziałam o co chodzi.


Kolejną rzeczą były nazwy własne. Co to do cholery jest tinturi? Czy ja naprawdę muszę czytać książkę ze słownikiem? Albo jeger? Starałam się jak mogłam wyłapać z tekstu znaczenie tych słów jednak pomimo szczerych chęci mi się to nie udało. Podobnie było z imionami bohaterów. Jako Polka, która dość rzadko ma do czynienia z literaturą fińską nie jestem przyzwyczajona do brzmienia ich imion. Dla mnie wszystkie były do siebie podobne. Dlatego często łapałam się na tym, że musiałam się chwilkę zastanowić, kto w danym momencie jest głównym bohaterem opowieści.
Jednak zostawiając z boku ich imiona, postaci te były mdłe jak śledzie w occie. Żadna z nich nie wyróżniała się niczym szczególnym. Ba, wszystkie miały wspólny mianownik : nieokiełznaną chuć.

I tu dochodzimy do momentu właściwego, a mianowicie, dlaczego tak bardzo krytykuję tę książkę. Nie przepadam za romansami , gdzie ze stron kapie lukier a jak przewraca się kartki to wylatują różowe serduszka i brokat. Jednak nie lubię też kiedy języka używa się aż do przesady. Książka ta mogłaby służyć jako encyklopedia narządów rodnych. Tylu określeń na męskie i żeńskie genitalia to jeszcze w życiu nie słyszałam. Niektóre paliły policzki, niektóre były zabawne.. ale tego wszystkiego było po prostu za dużo.

Na początku współczułam naszej głównej bohaterce. Nie dość, że brzydka , nie dość że sierota to jeszcze przyszło jej żyć z czasach drugiej wojny światowej. Troszkę ją podziwiałam, że w tak trudnych warunkach udało jej się zachować odwagę i pogodę ducha. To wszystko do momentu kiedy na jej drodze stanął Johannes. Od tego momentu Krzywe Oko zamienia się w napaloną sucz, która nie robi nic innego tylko biega za chu...Było to żenujące i odpychające. Fragmenty o lizaniu stóp i wąchaniu pach wywoływały we mnie wymioty. Od połowy książki odechciało mi się czytać ( dodam, że fabułę znałam od samego początku , bo była niezwykle przewidywalna). I powiem szczerze bardzo mnie ucieszył koniec książki, ale tego co się stało już nie zdradzę.

Nie da się ukryć, że książka jest pełna realizmu i naturalizmu. Podobały mi się opisy przyrody i krajobrazu. Wprost zachwyciły mnie ludowe wierzenia i domowe sposoby leczenia. Typowe gusła. Domowe sposoby na antykoncepcję, na wypadanie macicy po ósmej ciąży. Dość sporo nauczyłam się o działaniu różnych ziół oraz tego w czym się wykąpać by czuć się zrelaksowanym. Właśnie to pomieszanie tradycyjnych wierzeń z okropieństwem II Wojny Światowej jako tako podratowało reputację tej książki.

Jest to dzieło niezwykle smutne i ukazujące bezsens oraz tragizm wojny. Nie tylko w Polsce były obozy koncentracyjne, również Finlandia nie była od nich wolna. Na przykładzie Totowki widzimy jak sadystycznie byli traktowani więźniowie a więźniarki w szczególności. Autorka nie boi się używać brutalnych słów by jeszcze bardziej podkreślić ten obraz. Jednak wydaje mi się, że to wszystko już było i średnio zorientowany w historii człowiek , wie to wszystko z lekcji historii.

Nie polecam tej książki. Cenię to, że autorka chciała się podzielić naprawdę tragiczną historią swojej rodziny, że w pewien sposób chciała ich wybielić i rzucić na nich inne światło jednak nie do końca jej się to udało. Nie udało mi się polubić bohaterów, ba nawet się zbytnio nie starałam. Jedyne co do nich poczułam to żal i współczucie nad ich szaleństwem.

Strata czasu.

czwartek, 13 października 2016

Tytuł: „Puste niebo”
Autor: Radek Rak
Wydawnictwo : Powergraph (Kontrapunkty)
Rok wydania : 2016
Liczba stron : 448







Księżyce dwa



Właśnie taki książki sprawiają, że jestem dumna z naszych rodzimych pisarzy. To wspaniałe połączenie gatunków trafiło jak strzała amora prosto w moje serce. Młody autor nie dość, że ma ogromną wyobraźnię to jeszcze znakomity warsztat i lekkość pióra, która w dzisiejszych czasach jest rzadkością. Moim zdaniem jest to jedna z lepszych powieści tego roku i polecam ją wszystkim, niekoniecznie tylko fanom gatunku.

Tołpi, przygłupi nastolatek z małej podlubelskiej wsi znajduje w rzece złapany w sieć księżyc. Postanawia zabrać ze sobą znalezisko i podarować córce piekarza licząc na to, że spojrzy na niego
przychylniejszym okiem i przemieni się w jej oczach z wioskowego głupka w bohatera. Idąc drogą do domu spotyka diabła wierzbowego, pokraczną maszkarę żyjącą w dziupli na drzewie. Czort zwany zapaliczką pragnie zdobyć księżyc dla siebie. W wyniku przepychanki księżyc ląduje na ziemi, pęka i zamienia się w kupkę srebrnego pyłu. Zrozpaczony chłopiec udaje się po poradę do wioskowej znachorki. Opowiada jej o tym co się wydarzyło. Staruszka uświadamia chłopca o konsekwencjach : bez księżyca kobietom miną „Humory” i przestaną zachodzić w ciążę a co za tym idzie zbliża się koniec ludzkości. Chłopiec musi temu zaradzić. Udaje się w podróż do Lublina, gdzie jego głównym celem jest znalezienie rabina, który wie jak stworzyć nowy księżyc. W mieście trwa właśnie komunistyczna rewolucja.

Czytając powyższy akapit pewnie złapiecie się za głowę. A cóż to za pomieszanie z poplątaniem? Księżyc w sieci? Diabły? Komuniści? I właśnie to jest w tej książce najpiękniejsze. Książka rozpoczyna się jak legenda lub baśń. Czytając miałam wrażenie, że znalazłam się w głowie wymyślającego swoje własne światy szaleńca, jak bym wskoczyła do króliczej nory i wyszła po drugiej stronie. Przyrównanie do „Alicji w krainie czarów” jest tutaj jak najbardziej zamierzone. Spotykamy tu tak nieprawdopodobne postacie, jest tak magicznie i kolorowo , że sam Carroll by się tego dzieła nie powstydził.

I to właśnie postacie są najmocniejszą stroną tej książki. Naszego głównego bohatera, Tołpiego, nie sposób jest nie pokochać. Jest tak rozkoszny i dobroduszny a jednocześnie słodko naiwny. Może troszkę głupszy od swoich rówieśników jednak uparcie dąży do celu. Widać jak dorasta, jak zmienia się w mężczyznę.
Diabeł zapaliczka, jest podupadłym czortem, co znaczy, że diabelskiej mocy w nim jak na lekarstwo. Jak to diabeł boi się święconego. To taki mały tchórzliwy chochlik z poczuciem humoru. Na pewno jedna z najbarwniejszych postaci.
Potem mamy rabina, przechrztę, który zna się na wszystkim a jedyną jego słabą stroną są kontakty z kobietami. Dla równowagi wprowadzona została postać wąsatego Tyfona – bumelanta i właściciela burdelu, którego jedynym zajęciem jest picie koniaku i zabawa z kobietami.
Nie zapominajmy również o kobietach. Dobrotliwej pani Marii, typowej matki polki – strażniczki ogniska domowego. Adeli – przepięknej służącej i mrocznej madame – osoby która ze swoich wiszących ogrodów rządzi całym Lublinem. Postaci drugoplanowych jest jeszcze co niemiara. Pojawiają się skrzydlaci łowcy snów, Pani Łuna Marcowa – co przerabia ćmy na pył, martwy dominikanin, któremu śmierć nie przeszkodziła w pełnieniu swojej kościelnej funkcji, oraz plejada przeróżnych stworów, duchów a nawet golemów. Prawda, że piękni?

Kilkakrotnie byłam w Lublinie i nigdy nie widziałam miasta od tej strony, ba nawet nie wyobrażałam sobie, że to położone na siedmiu wzgórzach miasto może być tłem powieści na poły fantasy. Ten nowy Lublin, który poznałam dzięki Rakowi mnie totalnie oczarował. Wyobraźcie sobie, że przenosicie się w mroki średniowiecza a tam w najlepsze trwa rewolucja komunistyczna. Lublin jest mroczny, w jego podziemiach żyją stwory, które karmią się jasnością. Kontrastem dla tej ciemności są piękne wiszące ogrody madame rozłożone nad cudnym jeziorem. Lublin to również miasto kościołów, far i synagog. To miasto wielu, typowy tygiel narodowościowy. Miasto pełne brudu jak i wewnętrznego piękna.

Dodatkowym atutem książki, jest humor z którym została napisana. Niektóre dialogi po prostu zwalają z nóg a brzuch aż mnie bolał ze śmiechu. Co prawda może razić to, że niektóre teksty są na wskroś nowoczesne, co troszkę nie pasuje do stylu w którym książka jest napisana, jednak jest to tylko detal.

Moim zdaniem Kontrapunkty dały plamę. Opis z okładki książki wcale nie zachęcił mnie do jej przeczytania. Nie oddał jej prawdziwej treści, jego lakoniczność sprawia, że pewnie wielu czytelników nie sięgnie po tę pozycję. A szkoda bo naprawdę warto. To słodko gorzka, czasami metaforyczna opowieść o Polsce i polskości. Powieść,która w jednym rozdziale wyciska nam łzy z oczy by w następnym powalić ze śmiechu. Pełna erotyzmu, z elementami horroru byłaby ciekawym tematem sztuki scenicznej.


Gorąco polecam.

poniedziałek, 10 października 2016

Tytuł :”Dziewczyna z Summit Lake”
Autor : Charlie Donlea
Wydawnictwo : Filia
Rok wydania : 2016
Liczba stron : 416
Tytuł oryginału : Summit Lake





Niewidoczna ciąża





Dziewczyna z Summit Lake” jest połączeniem kryminału z powieścią obyczajową. Jak na autorski debiut wyszło całkiem nieźle, jest to na pewno dobry wstęp nowej serii kryminalnej z Kelsey Castle. Zawsze jednak musi być jakieś „ale”. Jakaś część mnie bardzo się wciągnęła w opowieść, kiedy inna wyłapywała nieścisłości i fragmenty które były zupełnie nieprawdopodobne i psuły początkowe dobre wrażenie. Moja dalsza recenzja może zawierać spojlery dlatego czytacie ją na własną odpowiedzialność.

Studentka prawa, Becca Eckersley zostaje brutalnie zamordowana w domku letniskowym swoich
rodziców w Summit Lake. Sprawca ucieka z miejsca przestępstwa a policji nie udaje się wpaść na żaden trop. Po dwóch tygodniach do małej miejscowości w paśmie Gór Błękitnych dociera młoda dziennikarka i pisarka Kelsey Castle. Jej redaktor naczelny wysłał ją tutaj nie tylko by dowiedziała się czegoś więcej na temat morderstwa, pragnął również by odpoczęła i wróciła do równowagi emocjonalnej po brutalnej napaści, której została ofiarą parę tygodni wcześniej. Kelsey zaczyna gromadzić informacje i wpada na trop, który może doprowadzić ją do przestępcy.


Fabuła książki jest dość ciekawa. Mamy tutaj małe senne miasteczko, w którym jak do tej pory największą zbrodnią było przypalenie tostów na śniadanie. Nagle w tej malowniczej miejscowości ginie młoda dziewczyna a policja nie wpada na żaden trop. I tutaj zaczynają się schody. Dowiadujemy się, że praca lokalnego szeryfa jest sabotowana a kontrolę nad śledztwem przejęła policja stanowa. Ojciec dziewczyny pragnie, by prawda o jego córce nie wyszła na jaw bo pomoże mu to przeszkodzić w starcie do urzędu sędziego. Okazuje się bowiem , że Becca nie dość, że wyszła za mąż to jeszcze w chwili śmierci była w zaawansowanej ciąży. Niestety nie jestem w stanie tego zrozumieć, jak rodzic może ingerować w śledztwo, nawet mając znajomości u władz? Czy jak by wasza córka została zgwałcona i skatowana na śmierć to przejmowalibyście się własną karierą? Czy pozwalali byście ukrywać fakty, które mogłyby doprowadzić do mordercy? Nie sądzę. Równie zadziwiająca i nieprawdopodobna była dla mnie postać Livvy, właścicielka kawiarni, postać która jako ostatnia rozmawiała z Becca. Niestety poznajemy ją tylko ze słyszenia, ponieważ znudzona szumem wokół morderstwa postanawia wyjechać. Czy naprawdę osoba, która znała Beccę praktycznie od urodzenia, która zmieniała jej pieluszki by wyjechała? Czy raczej została by na miejscu i pomagała w śledztwie? Nie mówiąc już o tym, że i ona utrudniała pracę policji ukrywając najważniejszy dowód rzeczowy.

Kolejną rzeczą, która zwróciła moją uwagę była straszna nieudolność organów ścigania. Jak to się dzieje, że siedzący ponad 40 lat w „biznesie” szeryf nie potrafił poradzić sobie sam ze sprawą , którą rozwiązała młoda dziennikarka z Miami? Przecież to właśnie on znał wszystkich w miasteczku, to przed nim powinni się otworzyć. Jednak wychodzi na to, że Kelsey miała większą siłę przebicia i każdego potrafiła namówić do współpracy, wszyscy dosłownie jedli jej z ręki. Wydaje mi się to troszeczkę naciągane. Wiem jak się sprawy mają w małych zamkniętych społecznościach, tutaj nie lubi się obcych, a już na pewno nie zostają oni naszymi przyjaciółmi.

Książka rozpoczyna się od rozmowy czwórki młodych ludzi siedzących w barze nad piwem. Opowiadają o tym jakie to jest piękne, że podczas kilku lat znajomości udało im się przyjaźnić i żadne z nich nie pragnęło czegoś więcej. Ani nie potworzyły się tutaj pary, ani nie było żadnych buziaków czy jednorazowych numerków. Czytając dalej zaczęłam się zastanawiać czy autor wie czym jest idea przyjaźni, bo niestety ta czwórka ludzi nimi na pewno nie była. Przyjaciele ze sobą rozmawiają, nie mają przed sobą sekretów , zawsze mogą na sobie polegać. Tutaj było za dużo kłamstwa, ukrywania faktów, obłudy, niedopowiedzeń dlatego wcale się nie dziwię, że cała to historia miała taki a nie inny finał. Sama postać głównej bohaterki, która jest narratorką połowy rozdziałów w książce, jest osobą której niestety nie da się polubić , moim zdaniem jest największą manipulantką z całej tej czwórki, zresztą spójrzcie na to z tej strony : w końcu podejrzanym o jej zabójstwo może być któryś z czwórki otaczających ja na studiach mężczyzn, których z pasją wodziła za nas. Nie dość tego, że Becca bawiła się ludźmi, to jeszcze zwalała na nich winę za swoje postępowanie. Niestety choć bardzo się starałam to nie udało mi się jej polubić , a nie ma chyba nic gorszego jak brak współczucia dla ofiary morderstwa, ba czasem nawet sobie myślałam : dostałaś na co zasłużyłaś.

Koniec książki mnie zaskoczył, z początku wydawał mi się zbyt nierealny. To niedowierzanie zmusiło mnie do powrotu do pierwszych rozdziałów. Jak przeczytałam je jeszcze raz to zdałam sobie sprawę, że praktycznie od początku znam rozwiązanie tej zagadki.

Jeszcze jedna uwaga do autora. Panie Donlea czy widział pan kiedyś kobietę pod koniec szóstego miesiąca ciąży? Ma Pan dwójkę dzieci więc zapewne tak. Z przykrością więc stwierdzę, że ciąża Becci byłaby widoczna dla każdego postronnego obywatela. A tym bardziej dla policji, która badała miejsce zbrodni. Becca była drobniutka, ale dziecko które w sobie nosiła było duże- tak wynikało z badania ginekologicznego, więc brzucha niestety nie dało się ukryć – był to najsłabszy motyw całej powieści.

Ale koniec wylewania pomyj na głowę. Jak na debiut był on całkiem udany. Lektura była szybka, zwroty akcji ciekawe, a czego więcej wymagać od kryminału? Następnym razem przydałaby się większa dbałość o szczegóły, lepsza analiza dostępnych faktów i lepiej przedstawione sylwetki bohaterów. Ale wierzę , że przy następnym tomie będzie lepiej. Trzymam kciuki.


P.S Jeśli Summit Lake naprawdę istnieje to dałabym wszystko za wakacje w tak uroczym miejscu.

sobota, 8 października 2016

Tytuł: “Sukienka w kolorze nocnego nieba”
Autor : Karen Foxlee
Rok wydania : 2016
Wydawnictwo : Dobra Literatura
Liczba stron : 304
Tytuł oryginału : The midnight dress





Wampir energetyczny




Moje pierwsze spotkanie z autorką, mówię tutaj o powieści “Kruchość skrzydeł” skończyło się po pięciu stronach. W tym przypadku udało mi się dobrnąć do końca, na co zapewne wpływ miało tempo akcji. W “Sukience w kolorze nocnego nieba” była ona zdecydowanie szybsza. Całość była również mniej przefilozofowana. Ot taki lekki thriller dla grzecznych dziewczynek, a poniekąd książka obyczajowa. Mnie osobiście takie pozycje ani ziębią ani grzeją. Nie uważam, żeby to była literatura wysokich lotów, choć za taką chce zapewne uchodzić. Zwykłe czytadło do poduszki, nic ponad to.


Nastoletnia Rose Lovell, od lat przemierza wraz z ojcem alkoholikiem Australię śpiąc po kempingach w przyczepie. Pewnego dnia ze względu na brak paliwa , zmuszeni są do zatrzymania się w miejscu o nazwie Paradise na skraju małego miasteczka. Ojciec postanawia tu osiąść na dłużej z tego względu Rose zmuszona jest podjąć naukę w pobliskiej szkole. Tam zaprzyjaźnia się z Pearl Kelly, która namawia ją do wzięcia udziału w dożynkowej paradzie. Warunkiem koniecznym jest posiadanie odpowiedniej sukienki. Rose z braku pieniędzy, za namową przyjaciółki, odwiedza ekscentryczną krawcową Edith Baker , która postanawia uszyć jej suknię jeśli dziewczyna będzie jej w tym pomagać. Rose się zgadza.

Kiedy podczas imprezy dożynkowej ginie dziewczyna, całe miasteczko aż wrze od plotek. Wszyscy biorą udział w poszukiwaniach bojąc się, że jest już za późno.

Fabuła książki prowadzona jest dwutorowo. W teraźniejszości i w przeszłości. Naprzemienne rozdziały opowiadają nam o prowadzonym przez policję śledztwie w sprawie zaginionej dziewczyny, oraz opowiadają o przejściach Rose w małym miasteczku. W całość wpleciona jest również historia Edith Baker. Wychodzi z tego niezły miszmasz. Wątek Eddie, choć dość ciekawy, jest jakby oderwany od całości, zupełnie książce niepotrzebny. Na domiar złego autorka na siłę próbuje dodać do powieści wątek magiczny. Sama sukienka ma w sobie coś metafizycznego, jednak nie do końca wiadomo o co w tym wszystkim chodziło. Przynajmniej do mnie osobiście to nie przemówiło.

Kolejną słabą stroną powieści są główni bohaterowie. Mamy tutaj Rose, skrytą I zamkniętą w sobie nastolatkę. Wydawało mi się, że autorka próbowała ukazać jej przemianę jednak dla mnie nasza bohaterka do końca pozostała taka sama . Jest jedna z najbardziej odpychających postaci, z którymi się spotkałam w literaturze, totalnym wampirem energetycznym. Na wstępie jak poszła do szkoły to ktoś powiedział “nikt jej tu nie polubi”, co prawda okazało się inaczej, jednak bym się nie zdziwiła gdyby były to słowa prorocze. Rose się po prostu nie dało polubić. Była agresywna, trzymała się na dystans, dawała innym wyraźny sygnał, żeby się do niej nie zbliżać.
Z kolei Pearl jest wulkanem tryskającym radością I entuzjazmem. Ona jest z kolei najbardziej naiwną osobą z jaką się spotkałam, a wątek jej mieszkającego w Rosji ojca, którego pragnie odnaleźć po prostu mnie rozśmieszył, był tak naciągnięty, że w końcu się rozlazł jak guma w gaciach.
Obie dziewczyny były tak różne, że nie sposób połączyć razem ich osobowości. W normalnym świecie by ktoś z kimś nawiązał przyjaźni musi być jakaś wspólna platforma zainteresowań. Tutaj nie było nic.
Idźmy dalej. O koleżankach ze szkoły praktycznie nie dowiadujemy się nic, oprócz tego że nie są zbyt zadowolone z faktu pojawienia się w klasie nowej uczennicy. Opis ich postaci sprowadził się do : piękne młode dziewczyny, których jedynym celem życiowym jest posiadanie najpiękniejszej sukni na balu dożynkowym I zostanie jego królową.
Jedyna postacią, choć nieco zdziwaczałą, jednak jedyną pozytywną jest dla mnie Eddie. Ta przynajmniej ma coś ciekawego do opowiedzenia.

Sama fabuła książki jest dość przewidywalna, ja już po 50 stronie dowiedziałam się jaki będzie tego wszystkiego finał. Uważam, że dało się to zrobić lepiej niż podawać wszystko na talerzu, odarło to książkę z całej tajemniczości. A najgorsze, było zakończenie. Nagle Rose jaką poznałam, choć nadal niedostępna I sarkastyczna zmienia się w postać całkowicie żałosną. Zamiast dojrzeć I w pewien sposób ewoluować, przybiera zupełnie nową skórę, co do niej zupełnie nie pasuje. Do tego sporo spraw nie zostało zakończonych.

Jak wiecie nie jestem fanką zbyt długich opisów w książce, jednak jeśli są dobre, jak na przykład w przypadku Kena Folleta to przeczytam je z przyjemnością. Tutaj niestety musiałam przewracać kartki. Jest to pierwsza pisarka z którą się spotkałam która nie potrafiła przemówić do mojej wyobraźni. Zazwyczaj z opisów jestem wstanie wyświetlić sobie obraz akcji. Tutaj było to niemożliwe. Opis wycieczki Rose w góry na poszukiwania zagubionej w lesie chaty, był dla mnie po prostu nie do przejścia. Z drugiej strony dodam , że książka będzie gratką dla miłośników botaniki. Pełno tutaj opisów przyrody I nazw australijskich roślin, które po zgooglowaniu wyglądają całkiem ciekawie.

Podchodziłam do tej książki tak jak sugerował wydawca, czyli jak do lektury młodzieżowej, dlatego też spodziewałam się jakiegoś wypływającego z niej morału. Nic takiego tutaj nie było. Owszem jest to dość ciekawe studium więzi między rodzicem a dzieckiem , jednak wątek ten praktycznie zniknął pod natłokiem innych zdarzeń I opowieści.


Książka jest ani dobra ani zła. A to chyba najgorzej. Jak nie macie nic ciekawszego na pólce to możecie po nią sięgnąć jednak ostrzegam jest to lektura dla dość wytrwałych.  

środa, 5 października 2016


Tytuł : „Załącznik”
Autor : Rainbow Rowell
Rok wydania : 2016
Wydawnictwo : HarperCollins Polska
Liczba stron : 416
Tytuł oryginału : Attachments










Fajtłapowaty sukces






Napewno jest to jedna z lepszych powieści tego roku. Książka która wciąga jak ruchome piaski, to właśnie przez takie dzieła można się nabawić porannych worków po oczami a do pracy idzie się niewyspanym. To jedna z tych powieści po których przeczytaniu czuje się niedosyt, chcemy więcej i więcej. Oczywiście było tutaj parę niedociągnięć, bohaterowie byli troszkę dziecinni, fajtłapowaci i przerysowani, ale wszystko uratowała świetna fabuła i znakomity styl autorki. Oby więcej takich powieści.


Lincoln O'Neill , 29 letni informatyk, dostaje pracę w gazecie. Ma się zajmować przeglądaniem prywatnej korespondencji mailowej swoich kolegów. Specjalne filtry ustawione w poczcie uruchamiają alarmy, do jego obowiązków należy również upominanie dziennikarzy , żeby w pracy nie uprawiali prywaty, hazardu oraz nie przeglądali stron pornograficznych. Pewnego dnia do jego skrzynki trafia korespondencja dwóch młodych kobiet : Beth i Jennifer. Piszą o swoim życiu prywatnym. Jedna z nich tkwi w niezbyt udanym związku z ekscentrycznym muzykiem, druga jest mężatką która panicznie boi się zajść w ciążę, choć tego bardzo pragnie jej mąż. Zamiast upomnieć obie kobiety by nie korespondowały na temat spraw prywatnych w pracy, Lincoln coraz bardziej jest zainteresowany ich dialogiem. Z niecierpliwością czeka na kolejne maile. W pewnym momencie zdaje sobie sprawę , że jedna z kobiet jest bliższa jemu sercu niż przypuszczał, szkoda tylko że nawet nie wie jak wygląda jego wybranka.

Temat Wielkiego Brata zawsze będzie nas fascynował. Temat naszej prywatności jest niezwykle kontrowersyjny, gdy połączymy te dwie rzeczy na pewno wyjdzie nam mieszanka wybuchowa. Miliony ludzi na świecie jest inwigilowanych, czy to przez państwo, czy to przez pracodawców, często nawet przez własną rodzinę, dlatego ten temat jest nam bliski, chcielibyśmy walczyć z tą wszechobecną kontrolą jednak niezbyt posiadamy narzędzie potrzebne w tej bitwie. Owszem możemy stać się totalnie anonimowi, wyrzucić telefon, nie korzystać z internetu, zaszyć się w buszu- bo nawet nasze karty kredytowe zdradzają producentom dóbr nasze preferencje. Czytaliście książkę 'Zero” - tam dowiecie się więcej na jakiej zasadzie to działa. W tej książce autorka dość lekko podeszła do tematu, za co jestem jej wdzięczna, ponieważ zamiast piętnującej epistoły dostaliśmy zabawną, choć czasem to czarny humor, powieść z morałem.

Uważam, że autorka ma niesamowity talent. Zarówno forma jak i treść wpasowały się dokładnie w moje gusta. Nie ma tutaj czasu na nudę, dialogi są rewelacyjne i zabawne, przytoczone historie potrafią poruszyć. Doskonały balans między opisami i dialogami. A majle między dziewczynami? To była po prostu rewelacja. Pełne autoironii, ciekawe, zupełnie jak bym czytała moją korespondencję z przyjaciółkami. Wielkie brawa dla autorki ale klaps w tyłek dla wydawnictwa. Jedna z naszych głównych bohaterek jest redaktorką w gazecie, pewnie by jej klapki z nóg spadły gdyby zobaczyła ile literówek pojawiło się w tekście. Przy 50 przestałam liczyć, a nie była to nawet połowa książki. Był to policzek dla czytelników, książkę się czyta naprawdę szybko, więc ktoś mógł zadać sobie więcej trudu w końcu nie mamy tutaj do czynienia z monumentalnych rozmiarów powieścią.

Rzadko mi się zdarza nie dodać troszkę dziegciu do słoja miodu i tak też będzie tym razem. Co prawda powieść ze względu na doskonałą fabułę sama się obroni jednak bohaterowie potrafili zagrać mi na nerwach. Z początku myślałam, że mam do czynienia z powieścią dla młodzieży. No może z młodym mężczyzną tuż po studiach, dla którego praca w gazecie jest stażem a być może i praktyką. Jakie było moje zdziwienie kiedy dowiedziałam się, że nasz bohater ma prawie 30 lat? Wtedy zaczęłam go odbierać jako życiowego fajtłapę. Gdzieś widziałam fajną recenzję książki. Recenzent opublikował obrazek pryszczatego wyrostka – tak właśnie wyobrażał sobie Lincolna. Na kolejnym obrazku był super model w stylu Pattisona – tak wyobrażała sobie naszego bohatera autorka. Zupełnie się z tym zgadzam. Już na początku książki dowiadujemy się, że nasz bohater ma problemy z nawiązaniem kontaktu wzrokowego z płcią piękną, a przy bliższym kontakcie stresuje się i ucieka. Do tego jest informatykiem, mieszka z mamą a w weekendy gra z nerdami w Dungeons and Dragons? Jak wy sobie wyobrażacie takiego faceta? Czy nie mam racji mówiąc , że obrazek A bardziej do niego pasuje?

Za to podobały mi się postacie Beth i Jennifer. Dwa skrajnie różne charaktery choć tak dopasowane. Obie wybitnie inteligentne, z poczuciem humoru i dystansem do siebie. Ktoś może się przyczepić, że były pełne skrajności, ale zapewniam was że tak powie tylko mężczyzna. Ja patrząc z punktu widzenia kobiety uważam, że obie postaci są jak prawdziwe, potrafię sobie wyobrazić, że gdzieś mogę egzystować , może nawet pracować w tym samym miejscu co ja.

Podoba mi się to, że książka opiera się na sprzecznościach. Ukazuje to jak różni są ludzie, jednak właśnie to sprawia, że świat jest tak kolorowy. Lincoln zakochuje się nawet nie wiedząc jak wygląda kobieta którą darzy uczuciem, ona z kolei leci na faceta , którego widuje tylko przelotem i nie wiem nawet jak ma na imię. Mąż naszej bohaterki pragnie mieć dzieci , kiedy ona uważa że zajście w ciążę to najgorsze co może jej się przytrafić. To jest piękne, pokazanie różnic charakterów , ukazanie drogi kompromisu. Czy właśnie nie to jest sensem życia?


Książka mnie absolutnie zachwyciła, cieszę się że mam w domu jeszcze dwie inne powieści tej autorki. Już dziś po nie sięgnę. Komu polecam? Każdemu kto ma ochotę na dobrą powieść, która wciąga od początku do końca. Każdemu kto ma ochotę raz śmiać się do rozpuku a raz płakać. Uważam , że ta książka jest po prostu dla każdego, ale ostrzegam zarezerwujcie sobie cztery wolne godziny, bo obiecuję, że się od niej nie oderwiecie. 

poniedziałek, 3 października 2016

Tytuł: „Ta chwila”
Autor : Guillaume Musso
Rok wydania : 2016
Wydawnictwo : Albatros
Liczba stron : 320
Tytuł oryginału : L'Instant Present




Ta chwila...trwa do połowy


Gdzieś w połowie książki powiedziałam mężowi „To jest to, ta książka musi trafić do naszej biblioteczki, ponieważ jest po prostu rewelacyjna”. Do tej pory pluję sobie w brodę, że udało mi się aż tak bardzo zapeszyć. Owszem książka jest rewelacyjna...ale tylko do połowy. Koniec jest tak mało autentyczny, tak mocno naciągany i mało innowacyjny, że odbiera książce całą wyjątkowość. Gdzieś na ostatnich stronach jedna z głównych postaci mówi do swojego interlokutora„ nie kończ tej powieści”. Dokładnie to samo powinna zrobić autorka, zamiast niszczyć tak rewelacyjną powieść powinna pozostawić zakończenie otwartym.

Arthur Costello, 25 letni lekarz dostaje od swojego ojca niesamowity prezent, a jest nim stara nieużywana latarnia morska zwana Latarnią 24 wiatrów. By posiadłość mogła przejść w ręce młodego mężczyzny musi on spełnić tylko dwa warunki. Nigdy jej nie odsprzedaż i nigdy nie otwierać zamurowanych w piwnicy stalowych drzwi. Jednak każdy z nas wie co znaczy młodość, jesteśmy ciekawi tajemnic i nawet przestrogi dorosłych nie są w stanie nas przestrzec przed zrobieniem głupoty. Jeszcze tego samego dnia Arthur bierze łom i wybija stalowe drzwi, kiedy wchodzi do śmierdzącego pleśnią pomieszczenia drzwi zatrzaskują się. Mężczyzna czuje zawroty głowy, nogi się pod nim uginają i otacza go obezwładniający zapach pomarańczy. Przytomność odzyskuje w Nowym Yorku w jednej z katedr w centrum miasta. Jest nagi a najbardziej zadziwiające jest to, że jego „omdlenie” trwało ponad rok.

Pętle czasu to jest to co misie lubią najbardziej. Nie bez powodu jedną z moich ulubionych książek jest „Dallas 63” Stephena Kinga gdzie nasz bohater podróżuje w czasie. I właśnie z tą powieścią skojarzyła mi się „Ta chwila”. Nasz bohater co dwadzieścia cztery godziny przenosi się w czasie o mniej więcej rok czasu. Przeżywa 24 lata swojego życia w zaledwie 24 dni. Oczywiście nie można porównać lirycznego stylu Kinga do opowieści początkującego choć jakże już utytułowanego pisarza jednak sam pomysł mnie urzekł. Gorzej troszkę poszło z wykonaniem.

Nie chcąc urazić autora muszę przyznać, że miałam tu do czynienia bardziej z opowiadaniem niż pełnowymiarową powieścią. Książkę udało mi się przeczytać w trzy godziny, a nawet nie uczęszczałam na kurs szybkiego czytania. Złożyła się na to bardzo duża czcionka, zupełnie ( a może nawet i większa ) jak w powieściach dla młodzieży, dużo dialogów i dość krótkie rozdziały. Gdyby skondensować to wszystko samego druku może by wyszło ze 150 stron. Ostatnią książką jaką przeczytałam było ponad 750 stronicowa „Dynastia” Mastertona więc z jednej strony byłam autorowi wdzięczna za szybką i zwartą lekturę, jednak z drugiej oczekiwałam czegoś więcej. A wierzcie mi było z czego to „więcej zrobić”. Przeskoki w czasie acz interesujące stały się po części rutyną, oprócz kilku przypadków nic nie wnosiły a przecież mogły. Na samym początku myślałam, że będziemy mieć do czynienia z zagadką, z zagadką latarni. Wiemy, że nasz główny bohater nie był pierwszą osobą, która została wplątana w podróże w czasie. Jednak gdzieś po kilkudziesięciu stronach autor zarzucił ten trop i zagadka pozostała nierozwiązana. Na dobrą sprawę nie wiemy, co się w tej latarni wydarzyło, dlaczego otworzyło się okno w czasie, na jakiej zasadzie ono funkcjonowało, dlaczego bohater raz zawędrował do Paryża, choć zazwyczaj budził się w nowym Yorku. Tych pytań są jeszcze setki. I poniekąd dostałam na nie odpowiedź jednak taką po której poczułam się po prostu oszukana. Zupełnie jak w filmie „Thruman Show” gdzie główny bohater dowiaduje się, że od berbecia żyje w świecie wielkiego brata gdzie wszyscy jego najbliżsi i przyjaciele są podstawionymi aktorami.

I tu dochodzimy do najgorszego fragmentu książki jakim jest zakończenie. Z czystym sercem mogę powiedzieć, że był to najgorszy koniec z jakim się dotychczas spotkałam. Pewnie znajdą się czytelnicy, którzy zrozumieli tę wielką metaforyczną mistyfikację jednak ja się do niej nie przekonałam pomimo wielokrotnego przeczytania największego twistu w tej całej historii. Od początku byłam przekonana, że powieść ta jest thrillerem z elementami fantastyki by na końcu obudzić się z ręką w nocniku. Czułam się jak by wylano na mnie kubeł zimnej wody gdyż na koniec okazało się, że działo to jest metaforą miłości rodzicielskiej i stosunków w rodzinie. Teraz jak się nad tym zastanawiam to wydaje mi się, że autor chciał nam przekazać coś bardzo ważnego, jednak nie wybrał do tego zbyt zrozumiałej formy.

Taki mały spojler , więc kto nie chce niech ten akapit pominie. W trzecim dniu swojej podróży autor się zakochuje w przypadkowo poznanej dziewczynie. Po kilku dniach znajomości zachodzi ona w ciążę choć w rzeczywistości cały ich związek trwa kilkanaście lat . Stop, to wszystko dzieje się za szybko. Jednego dnia Lisa nie istnieje, drugiego jest wielka miłość, trzeciego kłótnie, czwartego gorący sex, piątek Lisa ma kogoś innego, następnie sex, następnie jedno dziecko potem drugie, znowu zdrady, znowu spotkania. ..A gdzie czas na analizę? Człowiek który w 120 godzin przeżywa całe swoje życie nie ma prawa nie zwariować. Na domiar złego odniosłam wrażenie, że w ogóle nie interesuje się on swoimi dziećmi choć ma tylko kilka godzin na ich poznanie. Woli latać za spódniczką. A ona? A kobieta godzi się na to by mieć dzieci z kimś kogo widziała kilka razy w życiu . Taki związek nie ma szans przetrwania, bohaterowie powinni sobie strzelić w łeb. Owszem bohater poniekąd to wszystko wyjaśnia jednak w równie niezrozumiały dla mnie sposób.


Jak duża większość książek, które w swoim życiu przeczytałam i ta zaczęła się rewelacyjnie. Mamy tutaj tajemnicę , ciekawych bohaterów, akcję i jej zwroty. Mamy ciekawy temat, mądre dialogi i szczyptę dowcipu. To wszystko mamy na pierwszych 250 stronach. Dlatego proszę wszystkich jak dojdziecie do tego momentu zamknijcie książkę i sami napiszcie jej zakończenie. Wam na pewno wyjdzie lepiej niż autorowi, który zupełnie nie miał pomysłu jak to wszystko doprowadzić do końca.