niedziela, 28 września 2014



Recenzja książki "Stan zdumienia"
autor : Ann Patchett
wydawnictwo : Znal literanova











Twórczość Ann Patchett nie jest w Polsce zbyt znana, jednak w krajach angielskojęzycznych jest pisarką poczytną, uhonorowaną wieloma nagrodami literackimi. „Stan zdumienia” jest pierwszą przeze mnie przeczytaną powieścią autorki – i to oczywiście za sprawą okładki – która mnie zaintrygowała. Wybór tym razem był dobry i na pewno sięgnę po kolejne pozycje Patchett.
Koncern farmakologiczny Vogl opracowuje nowy lek na płodność w samym sercu Amazońskiej dżungli. Kiedy Anders Eckman, lekarz nadzorujący badania umiera, firma poszukuje kogoś kto mógłby go zastąpić. Wybór pada na koleżankę Andersa – Marinę. Początkowo kobieta nie jest zachwycona propozycją wyjazdu , jednak za namową żony zmarłego lekarza, która nie może uwierzyć , że jej mąż umarł „tak po prostu” i doszukuje się w tym większego spisku – zgadza się i rusza w nieznane.  Wysłana by sprawdzić jak idą podstępy w opracowywaniu nowego leku, Marina odkrywa tajemnicę ukrytą w amazońskim buszu.
Czytając tę książkę ma się wrażenie, że trafiliśmy na połączenie charyzmy i tajemniczości dana Browna , z zagadką i wielką prozą Willa Smitha. Równocześnie mamy wrażenie, że inspiracją autorki był Joseph Conrad i jego „Jądro ciemności”. Rzadko , która książka uaktywnia w nas odruch tzw. Szperacza- koniecznie musimy się dowiedzieć , czy dane fakty są prawdziwe czy jest to tylko literacka fikcja. W książce spotykamy się na przykład z plemieniem , w którym kobiety słyną z wiecznej płodności – i oczywiście uruchamiamy Google by sprawdzić czy Lakaszi naprawdę istnieją, gdyż trudno nam uwierzyć w istnienie staruszek biegających po dżungli z wielkimi brzuchami. Jednak musimy pamiętać, że jest to tylko fikcja literacka – być może w małej części inspirowana rzeczywistością- jednak jest to tylko książka mająca nam dostarczyć rozrywki a nie lekcji.
„Stan zdumienia” ciężko nazwać książką przygodową choć aspiruje by zostać przypisana do tego gatunku. Jej minusem jest na pewno wolno rozkręcająca się fabuła oraz, paradoksalnie, osoba głównej bohaterki. Pani naukowiec, która z racji swojego zawodu powinna być kobietą twardo stąpającą po ziemi , wydaje się być osobą niezwykle chaotyczną ( gubienie telefonu ) a nawet zabobonną – pod wpływem złego snu spuszcza w toalecie leki na malarię. Nie wiem, jak wam ale mnie się wydaje to troszeczkę nierealne, w książce zresztą znajdziemy dość sporo momentów, których realność jest mocno naciągana. Za to postać doktor Swenson jest prawdopodobnie już jedną z moich ulubionych postaci książkowych. Uwielbiam ją za wszystko, swoją osobowością dominuje każdy dialog i miałam wrażenie, że inne postacie są drugoplanowe i zupełnie niepotrzebne – brawo.
Styl Pisania Patchett jest zwięzły a nawet śmiało można nazwać go suchym i leniwym, dlatego tym bardziej fascynuje fakt, że każda strona przepełniona emocjami, które aż kipią z tej książki. Autorka przenosi nas w jakże dla nas obcy i niedostępny świat amazońskiej dżungli. Czytając mamy wrażenie, że to po nas chodzi wszędobylskie robactwo, że to my wydzielamy tony potu w ociekającym wilgocią powietrzu.
W książce są momenty, które co wrażliwszych czytelników doprowadzą do łez. Należy do nich opowieść o uratowaniu przez doktor Swenson chłopca – mi również zakręciła się łezka w oku. Czytając opis na okładce niejeden czytelnik pewnie nie zwróci uwagę na tę książkę, ponieważ wielkie koncerny farmaceutyczne i ich lekarstwa to raczej dobry temat do newsa w wiadomościach a nie ostoja powieści. Jednak nie same lekarstwa i sposoby ich wytwarzania są tutaj ważne. Najważniejsze są ludzie uczucie i emocje , które są katalizatorem działań bohaterów. Sama otoczka zagadki i tajemnicy jest jedynie dodatkowym plusem powieści.
Co może zawieść czytelnika to dość mało rozbudowane zakończenie. Książka jest dokładna w każdym detalu, napięcie jest budowane stopniowo co ma prowadzić do nieoczekiwanego finału. Jednak tego mi tutaj zabrakło. W porównaniu do całości zakończenie wypada naprawdę blado- jak by autorka nie miała na nie dobrego pomysł – a szkoda ponieważ mogłaby to być najlepsza powieść 2012 roku.

Ocena : 4/5 punktów

Recenzja książki "Na krawędzi nigdy"
autor : J.A Redmerski
wydawnictwo : Filia










„Na krawędzi nigdy” to książka należąca do stosunkowo nowo powstałego gatunku literackiego jakim jest New Adult , lub jak kto woli Young Adult. Z pewnością moja osoba nie była głównym targetem wydawców, ponieważ rocznikowo jestem troszkę za bardzo zaawansowana w latach , jednak postanowiłam ją kupić z dwóch powodów. Po pierwsze : magnetyzująca okładka, która aż krzyczy „Kup mnie”. Po drugie pozytywne opinie i komentarze na goodreads.com, portalu z którego opinią się liczę. I nie zawiodłam się. Książka Jessici Redmerski to kawał dobrej literatury, powieść skłaniająca do wzruszeń, która na długo pozostanie w moim sercu. Ale zacznijmy od początku .

Poznajcie Camryn Benett – marzenie każdego mężczyzny. Jest młoda, piękna, inteligentna, szalona. Na pierwszy rzut oka nikt by się nie domyślił jak ciężki jest jej bagaż doświadczeń. Rozwód rodziców, śmierć chłopaka, który zginął w wypadku samochodowym, aresztowanie brata, miały duży wpływ na jej osobowość. Pewnego dnia po incydencie w barze nocnym postanawia raz na zawsze zmienić swoje życie. Nie zastanawiając się długo, pakuje najpotrzebniejsze rzeczy i kupuje bilet na autobus. Dokąd? Do Idaho. A dlaczego akurat tam? Bo w Idaho rosną najlepsze ziemniaki. Jednak prawdziwym powodem ucieczki z Karoliny Północnej nie była chęć na dobre frytki. Camryn ma dość monotonii, przeświadczenia, że jej życie utknęło w martwym punkcie. Ma dość problemów i fałszywych przyjaciół.

W autobusie poznaje Andrew Parrisha. Kolejną postać rodem z cyklu „Piękni, młodzi i bogaci”. 25- latek to z wyglądu przystojny, wytatuowany mężczyzna. W duszy jest buntownikiem ze znakomitym gustem muzycznym. Na pierwszy rzut oka wydawać by się mogło, że chłopak podobnie jak Camryn, również „wsiadł do pociągu byle jakiego”. Jednak jego droga wiedzie do Texasu gdzie czeka na niego umierający ojciec. Adrew zdaje sobie sprawę, że jedzie na południe by zmierzyć się z bólem jaki go czeka po śmierci ojca- nawet jeśli ich kontakt nie był najlepszy.
I tak oto mamy, dwójkę ludzi w amerykańskim autobusie jak na dobrą powieść drogi przystało. Wszystko wydaje się być piękne gdyby nie sekret, który skrywa Andrew – sekret , który może zniszczyć więź łączącą dwójkę młodych ludzi.

Wielu czytelników w swoich opiniach zwróciło uwagę na zbyt rozbudowaną pierwszą część książki. Jest to, bagatela, 48 procent całości. Faktycznie akcja toczy się powoli, nie ma tutaj zawrotnego tempa ani nieoczekiwanych zwrotów. Mamy czas by dogłębnie poznać bohaterów – gdyż to właśnie tytułowa dwójka jest kluczem do całej powieści. Jeśli ktoś szuka przygody i akcji to się zawiedzie , jednak jeśli zależy komuś na analizie psychologicznej jednostki to będzie w pełni usatysfakcjonowany.
Na kartach książki widzimy przemianę, jaka dokonuje się w Camryn. Z szalonej romantyczki , przeradza się w poważną młodą kobietę, która wie czego chce. Wybierając się w podróż obiecywała sobie, że już nigdy się nie zakocha jednak Andrew wywołuje w niej tak gorące uczucia, że nie może mu się oprzeć. Pierwsza część książki to również walka emocji – wewnętrzna walka Camryn z samą sobą.
Charakterystyka głównych bohaterów jest pełna i zarysowana w szczegółach, drobnym mankamentem są postacie drugoplanowe. Te wydają nam się szablonowe i przez to nierealne. Widzimy tutaj wyraźny podział na czarne i białe- nasi bohaterowie to co dobzi – reszta to ci źli. Jeśli mogę się do czegoś przyczepić to uważam, że fragment, sprzed kupienia przez Camryn biletu jest książce zupełnie zbędny ( jak by go nie było , nie poznalibyśmy działającej na nerwy Natalii).
Sytuacja zmienia się diametralnie po przeczytaniu połowy książki – akcja nabiera rozpędu i po prostu nie możemy się oderwać aż doczytamy do końca. I tutaj niestety autorka nie do końca sobie poradziła. Jak już odkrywamy sekret Andrew wypadki następują po sobie tak szybko, że aż wydaje się to nierealne – nie mogę napisać nic więcej żeby nie zaspojlerować. I to czyni drugą część ksiązki troszkę naiwną – jednak burza uczuć jaka została we mnie wywołana- tę naiwność mi zrekompensowała.
Wielką zaletą książki są wzmianki o muzyce. Postój w Nowym Orleanie, wspomnienia Andrew i wzmiankowane przez niego utwory skłaniają nas do otworzenia YouTube i przypomnienia sobie tych jakże pięknych kawałków. Trzeba przyznać Andrew ma fenomenalny gust muzyczny.

Żeby nie zrobiło się zbyt słodko napiszę też co mi się nie podobało. Nie jestem osobą zbyt subtelną ani delikatną, jednak w książce było zdecydowanie zbyt dużo wulgaryzmów, szczególnie w scenach miłosnych uniesień. Momentami odzywki Andrew do Camron powodowały, że palce same się zaciskały w pięść. Jak by do mnie mój mężczyzna zwrócił się z podobnym tekstem to niechybnie by z mojego łóżka wyleciał.
Ogólnie w książce znajduje się dużo scen erotycznych, dlatego nie polecałabym jej młodszym czytelnikom. Również rozmowy między bohaterami ociekają erotyką. Czasem miałam wrażenie, że na kolejnej stronie odsłonią się przede mną praktyki BDSM , i już miałam czerwone policzki – jednak nic takiego nie nastąpiło. I to też jest minusem książki – dialogi które do niczego nie prowadzą ( najbardziej rozśmieszył i wściekł jednocześnie mnie dialog o wyższości jednego płynu do kąpieli nad drugim ;/ ).
Ale dość już o wadach, gdyż książka jest jak najbardziej wspaniała. To nie tylko podróż w głąb Stanów Zjednoczonych ale również wędrówka w głąb własnej duszy, walka z demonami, które każdy z nas w sobie nosi. Książka spełniła swoje zadanie, do którego została napisana. Wzrusza, często doprowadza do łez, czasem rozśmiesza.
Teraz czeka na mnie drugi tom, choć szczerze powiedziawszy nie wiem co autorka mogła jeszcze dodać. Zakończenie „Na krawędzi nigdy” jest domknięte i nie zostawia możliwości kontynuacji. Ale już niedługo się przekonam.
Ogólna ocena 4/5.
Pozdrawiam


niedziela, 21 września 2014

Recenzja książki "Strach ma wiele twarzy" Graham Masterton





Wiadomo każdy z nas lubi powieści- im dłuższa tym lepsza. Po części dzieje się tak z dwóch powodów – kopnijcie mnie jeśli się mylę. Pierwszy jest taki : płacimy za książkę to chcemy ją czytać jak najdłużej. Drugi : przywiązujemy się do bohaterów i ciężko nam się z nimi rozstać.
Po ten zbiór opowiadań sięgnęłam z szacunku do autora, którego bardzo cenię za dawkę strachu, której mi dostarczył jako małej dziewczynce, która się jeszcze mieściła pod poduszką. I tym razem mistrz grozy mnie nie zawiódł. Nie mamy tutaj co prawda krwawych obrzędów, latających w powietrzu narządów ani wyskakujących z zaułków morderców, jednak z kart tej książki przemawia irracjonalny strach, który jest w każdy z nas. Jak to ktoś powiedział – jeśli ktoś nie odczuwa strachu to prawdopodobnie jest psychopatą. Zresztą sam Masterton powiedział kiedyś, że jeśli chcemy się pobać powinniśmy przejrzeć się w lustrze, gdyż w każdym z nas czai się coś diabolicznego.
Mimo krótkiej formy opowiadań książka jest naprawdę rewelacyjna. Trudno jest recenzować zbiór opowiadań dlatego pokrótce opiszę moim zdaniem najlepsze z nich.
„Żarłoczny księżyc „ – któż z nas nie kupuje płatków śniadaniowych? A co byście zrobili jak by na waszym opakowaniu księżyc pochłaniał małe dziecko? Pewni e nic – przecież to tylko płatki – jednak znalazł się ktoś kto postanowił się dowiedzieć „co autor miał na myśli”
„Żal” drogie Panie studiujący „Edukację kopciuszka” – Graham Masterton również zna się na erotyce. W opowiadaniu tym gnębiony wyrzutami sumienia mężczyzna po tym co zrobił w przeszłości młodej dziewczynie stara się o wszystkim zapomnieć. Jednak każda kolejna jego miłość niesie cząstkę przeszłości i wszystko to układa się w pełne grozy puzzle.
„Wnikający duch” . Dla tych co lubią „Manitou” będzie to nie lada gratka. Misquamacus powraca by kolejny raz znęcać się nad bogu ducha winną ofiarą. Mniam mniam
„Mężczyźni z Maes”. Niekoniecznie musimy sięgać po romanse , żeby mieć okazję się wzruszyć. To opowiadanie to wyciskacz łez- tylko mistrz gatunku może doprowadzić do tego, że wyciągniecie chusteczki czytając horror. Opowiadanie o ludziach, którzy po latach dostają szansę na pożegnanie się ze swoimi zmarłymi.


W zbiorze „Strach ma wiele twarzy”  jest jeszcze kilka opowiadań jedne lepsze , drugie gorsze , jednak łączy je wspólny mianownik – Graham Masterton czyli klasa sama w sobie. Więc nie oszczędzajcie na tym zbiorze , ponieważ to właśnie krótkie formy pozwalają dostrzec prawdziwy kunszt pisarski – nie jest łatwo napisać coś w kilku słowach i tak poruszyć czytelnika, że nie zapomni tego przez długie lata. 
Recenzja książki "Na skraju jutra - All you need is kill" Hiroshi Sakurazaka




Nie jestem wielbicielką mang jednak japońska literatura  ma w sobie coś co magnetyzuje. Po książkę tę sięgnęłam z dwóch powodów : pierwszy to ekranizacja – bardzo chciałam pójść do kina a że książka którą dostałam w prezencie już czekała na półce- to musiałam po nią sięgnąć. Drugi powód : nigdy nie czytałam japońskiej fantastyki więc chciałam zobaczyć cóż to za zwierz – zaintrygowały mnie pętle czasu, które po prostu uwielbiam J
Gdzieś tam w niezbyt dalekiej przyszłości podstępni Obcy atakują ziemię- i o dziwo rzecz nie dzieje się w USA – chociaż tam Obcy lądują najczęściej ;) Młody żołnierz Keiji Kiriya ginie. I cóż się dzieje dalej? Nie proszę państwa otóż nie urządzają mu pogrzebu , nie wstaje też jako zombie – dzień zaczyna się od nowa a Keji dostaje następną szansę na ocalenie świata. W ten właśnie sposób wkracza w pętlę czasu z której wydostać się pomaga mu waleczna komandos Rita Vratasaki o jakże wdzięcznym przydomku Stalowa Suka.
Tym co może w książce drażnić są dialogi. Proste , komiksowe – jednak taki jest styl Japończyków, nie nawykłych do rozwleczonych monologów w stylu Lucy Moud Montgomery. Dialog ma przedstawiać to co jest ważne, reszty dowiemy się z fabuły, a wierzcie mi ta jest świetna.
Często książki o pętlach czasu są po prostu nudne, gdyż nie lada sztuką jest tak opisać ten sam dzień żeby chociaż taki sam wydał się całkowicie inny. Sakurazakiemu się to udało. W książce jest niewiele powtórzeń a akcja cały czas gna do przodu. Krew się leje strumieniami, jednak nie jesteśmy zadręczani monotonnymi opisami bitew. W książce nie znajdziemy również absurdów ponieważ jak na powieść science fiction wszystko zostało w miarę logicznie uzasadnione.
Dodatkowym plusem są wyraźni bohaterowie. Być może sztuka tak dobrego narysowania postaci udała się ze względu na japońską dbałość o szczegóły, może dlatego, że postaci w książce jest niewiele dlatego autor dołożył wszelkich starań by iść na jakość a nie na ilość . Może ich charakterystyka jest zbyt mangowa- jednak taki już jest japoński styl.
Wielkim zaskoczeniem było dla mnie zakończenie książki- spodziewałam się czegoś zupełnie innego. Otwarte zakończenie jakie serwuje nam autor skłania do wysnucia wniosków, że możemy spodziewać się kolejnych części- jednak to byłby błąd. Mimo tego, że książka jest dobra jej kontynuacja nie jest konieczna ponieważ wszystko już zostało powiedziane a kolejny tom musiał by już być naciągany i stracił by tę realistykę , która tak miło mnie zaskoczyła jak na powieść Si-fi.
Jak na light novel ( bardzo mało mamy takich na polskim rynku wydawniczym ) książka jest bardzo dobra. Ma wszystko to co tygryski lubią najbardziej : wyraźnych bohaterów, wartką akcję, jest napisana dobrym stylem ( dobre tłumaczenie ), zaskakujący koniec. Praktycznie nie ma się do czego przyczepić. Daję 4 punkt na 5 i zachęcam do lektury.

P.S Film też jest niezły 

środa, 17 września 2014


Recenzja książki "Zwiadowcy" Johna Flannagana
wydawnictwo : Jaguar







Książki z gatunku fantasy mają to do siebie, że zbyt szybko się kończą. Tylko zdążymy zatracić się w baśniowym świecie a już ostatnia strona książki przywraca nas do szarej rzeczywistości. Dlatego postanowiłam sięgnąć po sagę „Zwiadowców” licząc na to , że 12 tomów zapewni mi długie godziny świetnej „książkowej” rozrywki. Co prawda mówią, że ilość ( w tym wypadku kartek ) nie znaczy jakość jednak w tym przypadku jest dokładnie na odwrót.

Will, wychowanek sierocińca, gdzie został oddany po śmierci rodziców, w wieku lat 15 zostaje wybrany na ucznia zwiadowcy Halta. W chacie na skraju puszczy uczy się jak tropić zwierzęta i nieprzyjaciół, strzelać z łuku i wszystkich tych rzeczy , które dobry zwiadowca umieć musi.
Tuż przed egzaminem na zwiadowcę z prawdziwego zdarzenia zaczynają się kłopoty. Czarny charakter, bardzo niezadowolony z wcześniejszego niepowodzenia w podbiciu świata znowu atakuje wysyłając w bój straszliwe kalkary, których jedynym celem jest zabić wybraną ofiarę i nie spoczną póki nie osiągną zamierzonego celu. I tutaj zaczyna się przygoda.
Książka ta to nie jest typowe fantasy. Nazwałabym ją raczej książką przygodową z elementami fantasy. Nie mamy tutaj latających błyskawic ani magów w spiczastych kapeluszach. Ale i bez tego jest fajnie. Plejada, dobrze zarysowanych bohaterów, których nie sposób nie polubić jest dużym atutem tej książki. „Zwiadowcy” adresowani są przede wszystkim do młodzieży w wieku do lat 15, dlatego niektóre dialogi mogą wydawać się infantylne a relacje między bohaterami naciągane i naiwne – jednak nie przeszkadza to w odbiorze książki. Nie zabraknie tutaj dużej dozy humoru , tak ważnej w świecie , w którym ludzie nie mają czasu się chociażby uśmiechnąć ( jak zwiadowca Halt )
Dużą zaletą książki jest jej prostota. Wszystkowiedzący narrator prowadzi nas po sznurku do kłębka. Nie wysila się na snucie zawiłych intryg , dlatego nie rozumiem dlaczego seria przyrównywana jest do Tolkienowskiego „Władcy pierścieni”- moim zdaniem mają ze sobą bardzo mało wspólnego.
Tym co może razić w książce jest jej polskie wydanie ( nie wiem jak wygląda angielskie ale przypuszczam,że jest podobne )a konkretniej mówiąc – rozmiar czcionki . Litery są bardzo duże dlatego tom pierwszy jesteśmy w stanie przeczytać zaledwie w kilka godzin . Nie wiem czy zamiarem wydawcy było zarobienie jak najwięcej pieniędzy poprzez podział na tomy, czy jest też tak jak powiedziała mi koleżanka – wszystkie typowe książki dla młodzieży –są właśnie takiego formatu. Mnie osobiście to troszkę denerwowało.
Kolejnym plusem książki jest to, że autor nie skupił się tylko i wyłącznie na sylwetce Willa. Inni bohaterowie również są istotni , a ich losy są przedstawione tak wyczerpująco, żebyśmy mogli ich dokładnie poznać.  Postacie są różnorodne, barwne, samodzielne – jak w życiu każdy jest inny. Jednych lubimy bardziej , innych mniej jednak nie mamy tutaj podziału na stricte dobry i zły. Każdy ma jakieś swoje małe grzeszki na sumieniu .
Podsumowując „Zwiadowcy” to baśniowa opowieść traktująca o przyjaźni, miłość i zaufaniu. Zawiera uniwersalne prawdy- pewnie dlatego jest skierowana do dopiero co kształtującej swoje charaktery młodzieży. Ja chociaż naście lat mam już dawno za sobą polecam ją jednak każdemu , kto ma czas na to by całkowicie zatracić się w lekturze, gdyż wierzcie mi po przeczytaniu pierwszego tomu od razu sięgniecie po następny.


Ocena : 4/5 na 5 punktów.

poniedziałek, 15 września 2014

recenzja książki Grahama Mastertona 
"Imperium"
wydawnictwo Albatros

Grahama Mastertona znam przede wszystkim jako znakomitego pisarza horrorów.  „ Imperium „ dowiodło, że autor nie tylko potrafi nas straszyć. Ta „monumentalnych” jak na Mastertona rozmiarów powieść dowodzi, że czuje się dobrze zarówno jako pisarz powieści grozy jak i autor utworów obyczajowo-historycznych.
Lucy Darling, córka kupca, jak każda nastolatka marzy o tym by zdobyć fortunę i wyrwać się z zapyziałej dziury jakim jest Oak City w Kansas , USA. W XIX wieku , zawód sklepikarza raczej fortuny nie przynosił .( Lotto też jeszcze nie istniało ). Kiedy 17-latka już miała pogodzić się z losem o zostaniu żoną rzemieślnika lub rolnika nieoczekiwanie trafia jej się milionowy spadek. Ze zwykłej dziewczyny staje się milionerką i od tej chwili , przynajmniej jak dla mnie , zaczyna się prawdziwy horror ( jak na mistrza grozy przystało J
Masterton w swojej książce opisuje zaledwie parę lat z życia dziewczyny lecz wierzcie mi, dla niektórych starczyłoby tego na biografię. Wyrwana ze swojego środowiska szybko musi się przystosować do nowych realiów. Podejmować decyzje, gdzie czasami mniejsze zło jest najlepszym z wyborów.
Razem z Lucy podróżujemy przez zasypany śniegiem Nowy Jork, tonące w słońcu Indie, by znaleźć się w deszczowej, mglistej Wielkiej Brytanii. Razem z Lucy przeżywamy jej wzloty i upadki, miłości i rozczarowania. Brzmi pięknie?
Nie do końca. Dziewczyna musi walczyć o swoje marzenia kiedy dowiaduje się o rodzinnym sekrecie, którego ujawnienie zniszczyłoby wszystko. Ta młoda kobieta nie w pełni potrafi cieszyć się życiem, i korzystać z otrzymanych pieniędzy i pozycji gdyż za każdym rogiem czai się przeszłość , która nie może ujrzeć światła dziennego. Główna bohaterka żyje w ciągłym strachy, który ma wielki wpływ na jej życiowe wybory.
Czytając książkę miałam wrażenie , że autor teleportował mnie do końcówki XIX wieku. Miejsca, ludzie, zwyczaje wszystko zostało odmalowane tak realistycznie, prawie filmowo. Zaskoczyła mnie mnogość szczegółów, opisy miejsc oraz strojów, co w przypadku pisarza, którego ( nie oszukujmy się ) książki były raczej ascetyczne, jest nietypowe. Jednak ani przez chwilę nie odczuwałam nudy.
W jednym ze swoich wywiadów, przeprowadzonych podczas pobytu pisarza w Polsce ( często odwiedzał ten kraj, gdyż jego zmarła żona miała polskie korzenie ) na pytanie dlaczego ludzie mają sięgnąć po jego książki powiedział : by poznać złożoność charakterów bohaterów. Tutaj bohaterowie zostali narysowani tak realistycznie, że po kilkunastu stronach książki mamy wrażenie, że znamy Lucy osobiści. Co oczywiście nie znaczy, że jest przewidywalne- jest po prostu ludzka – i o to chodzi w genialnej prozie. Bohaterów poznajemy dogłębnie, nie po łebkach. Poznajemy ich lęki, marzenia. Dowiadujemy się co kieruje ich wyborami, co ich boli. Główna bohaterka to osoba wyrazista, potrafiąca walczyć o swoje marzenia, pełna pasji i siły, która determinuje jej działania.
W „Imperium” mamy wszystko to co tygryski lubią najbardziej . Jest tu miłość, pożądanie, zdrada, polityka. I wszystko to podane z rozmachem i w wielkim stylu. Jest i nutka grozy i tajemnicy tak charakterystyczna dla Mastertona. Pięknie napisana powieść, zawierająca uniwersalne prawdy, pozwoli nam się przenieść w czasie z szarej rzeczywistości do kolorowych salonów XIX- wiecznego świata.

Książce wystawiam notę 4,5 / 5 punktów. Pół punktu odjęłam za ciut przydługi wstęp , który mniej wytrwałych czytelników może skłonić do odłożenia książki na półkę a tego bardzo bym nie chciała ponieważ naprawdę warto ją przeczytać.

Dla wydawnictwa brawa za okładkę , jest rewelacyjna ;)

sobota, 13 września 2014

„Wiele Hałasu o nic”
 recenzja książki Glena Coopera "Księga dusz"
wydawnictwo Albatros 2013

To pierwsze słowa jakie przyszły mi na myśl po przeczytaniu powieści „Księga dusz” Glena Coopera. To kolejny thriller szpiegowski autora łączący w sobie elementy historyczne ( tajne listy Wiliama Shakespeara, notatki Nostradamusa czy podania starożytnych mnichów ) z nowoczesnymi organami rządowymi próbującymi zniszczyć spokój i harmonię ( tutaj wystarczy obejrzeć pierwsze poranne wiadomości a będziemy mieć to samo, no może w ciut mniej spektakularnym styl J I podobnie jak w „Bibliotece umarłych” pojawia się ciekawa parka ex- agent FBI Will oraz jego żona Nancy Parker.

Książka zaczęła się dobrze i kolejnych ponad 300 stron również było niczego sobie. Nawet przez moment nie poczułam się znudzona i nie próbowałam przelatywać wzrokiem kartek by przybliżyć wyczekiwany koniec. Styl pisania, rozwój wypadków oraz połączenie przeszłości z teraźniejszością są naprawdę godne pochwały. Autor bez jakichkolwiek przeszkód podróżował z jednej epoki do drugiej i brawa mu za to.

Jednak po przeczytaniu ¾ książki zaczęło mnie zastanawiać : gdzie jest tutaj przestępstwo? Gdzie są przestępcy? I co najważniejsze, co jest przyczyną tego wszystkiego?

Książkę warto przeczytać dla samego kunsztu pisarskiego Coopera. Sceny są realistyczne, prawdopodobne. Charakterystyka postaci dopracowana ( dużo postaci które znamy z historii) – autor się bardzo postarał.

Tak więc, podsumowując, moje odczucia na temat tej książki są mieszane. Świetny scenariusz, splecenie postaci historycznych z nam ówczesnymi to są plusy.

Rozczarowujące było zakończenie oraz towarzyszące mi przez cały czas przeczucie, że za wielką intrygą, wielkimi poszukiwaniami stoi drobnostka a nie planowana zagłada świata. Daję książce 2,5/5 punktów. Nie jest zła, fani dana Browna na pewno nie będą narzekać , ot książeczka na jeden wieczór J

piątek, 12 września 2014


Skasowany Pan Mercedes
recenzja książki Stephena Kinga "Pan Mercedes" 
wyd. Albatros 2014



Ostrzeżenie dla fanów Stephena Kinga ( do których się zaliczam ) – jest to jedna z najgorszych powieści autora. Dlaczego?
Podczas krachu gospodarczego w 2009 roku, w małym miasteczku setki osób już od wczesnych godzin rannych ustawiły się w kolejce przed budynkiem gdzie organizowano targi pracy.  Tuż przed godziną otwarcia maniak w masce klowna , wjechał w tłum zabijając 8 osób i raniąc wielu innych.
Rok później emerytowany policjant, którego głównym zajęciem od kiedy przeszedł na emeryturę , jest siedzenie w fotelu oglądanie telewizji i żłopanie piwa dostaje list od wyżej wymienionego mordercy zwanego Panem Mercedesem, którego jak do tej pory nie udało się złapać . Emerytowany detektyw by nie spłoszyć mordercy postanawia nie informować o liście władz tylko działać na własną rękę. Z kolejnych rozdziałów dowiadujemy się , że owym szaleńcem jest młody, zakompleksiony acz niezwykle inteligentny człowiek nazwiskiem Brady Hartfield.
W książce tej Stephen King odchodzi od jakże się z nim kojarzących powieści paranormalnych i grozy. Jest to typowy , przewidywalny thriller pasujący bardziej do Harlana Cobena czy Alex Kavy niż do „Mistrza Horroru”.
Na początku byłam podekscytowana , że jeden z moich ulubionych pisarzy wykroczył poza ramy gatunku , w którym się najlepiej czuje by zaprezentować nam swoją nową odsłonę – autora powieści detektywistycznych. Niestety z każdą kolejną stroną czułam coraz większe rozczarowanie.
Zacznę od najważniejszego dla mnie aspektu każdej książki : Charakterów . Postacie w tej książce są rozczarowujące.  To co w  Kingu cenię najbardziej to zdolność powołania bohatera do życia, nadania mu własnych , niepowtarzalnych cech charakteru , które pozwalają na natychmiastową z nim identyfikację. W pięciu linijkach tekstu King potrafił tak nakreślić osobowość danego bohatera kiedy innemu autorowi by tego dokonać nie starczyłoby całej powieści. W tej książce niestety tego zabrakło. Postacie tutaj są płaskie, szablonowe, przestawiane jak szachowe pionki z pozycji A na pozycję B. Od pierwszych wierszy książki dialog jest nierealistyczny, nienaturalny i sztywny. Dla przykładu dwie pierwsze postacie w książce , które spotykają się w kolejce na targi pracy muszą się sobie tłumaczyć po co tam stoją, tak jakby to nie było oczywiste ) hello? Pewnie stoją za pracą a nie przyszli na grzyby. Niestety tłumaczeń faktów , które dla każdego, nawet przeciętnie inteligentnego czytelnika są oczywiste , jest w całej książce bardzo dużo – czasem czułam się oszukana przez autora- zalana faktami , które mózg generuje automatycznie jakby King chciał wyrobić minimalną liczbę znaków ustaloną przez wydawnictwo zamiast skupić się chociażby na szczegółowej charakterystyce bohaterów.
Każda postać jest taka sama, jedyną różnicą i zarazem czymś co mówi nam o ich charakterach jest ich ubranie. Janey za swoimi blond włosami – głupiutka blondynka potrzebująca męskiego ramienia; Jerome noszący krawat- inteligencik; Hudges poprawiający pasek – Uwaga mam nadwagę. To praktycznie wszystko czego o tych postaciach możemy się dowiedzieć. Każdy bohater ma przypiętą karteczkę, coś co go wyróżnia ( np. papierosy Holly i jej tabsy ) bo inaczej byśmy mieli trudności z zapamiętaniem kto jest kim. Praktycznie każdy dialog moglibyśmy wstawić w dowolnie wybranym fragmencie książki a i tak tworzyłoby to spójną całość.
Największą jednak wadą jest to, że „Pan Marcedes” nie różni się niczym od ton publikowanych codziennie thrillerów i ośmielę się powiedzieć, że duża część z nich jest zdecydowanie lepszych. Historia jest powolna i niezaskakująca i , chociaż nie jestem znawczynią gatunku, nie było zwrotu akcji, którego nie dałoby się wyczuć z kilometra.
Moim zdaniem „dzieło” to niepotrzebnie znalazło się w dorobku Kinga , gdyż nic nowego ani zaskakującego nie wnosi. Nie daje satysfakcji z czytania, nie daje rozrywki , irytując swoim brakiem wyrazistości nie daje również spokoju – jeśli by książkę potraktować jako czytadło na jeden wieczór.
Z sympatii dla autora daję notę 1/5 chociaż jest ona i tak na wyrost.

Lepiej trzymajcie się od tej książki z daleka. 

czwartek, 11 września 2014

"Dawca" inspiracji
recenzja książki Loisa Lowriego "Dawca"
Wydawnictwo Galeria Książki 2014

Po przeczytaniu książki „Dawca” uznawanej przez krytyków za Orwellowski „ Rok 1984 „ dla nieco młodszych czytelników, mam mieszane zdania.
Mniej wytrwali czytelnicy zapewne odłożą książkę na półkę po przebrnięciu przez pierwszych 20 stron, plując sobie w brodę , że dokonali tego zakupu. Dlatego proszę o wytrwałość ponieważ po nudnym początku książka ( paradoksalnie do treści ) nabiera barw.
Jonasz – główny bohater- żyje w utopijnym świecie ( Lenin by się spojrzał spod oka ) , gdzie każdy pełni wyznaczoną mu rolę. Świat jest idealny. Nie ma tutaj wojen, wspomnień , złośliwych sąsiadów. Sielanka trwa dopóki nasz bohater nie obejmuje stanowiska , które pozwala mu odkryć prawdę o utopijnej rzeczywistości i panujących w niej zasadach. No ale dość już spojlerowania.
Na pewno nie jest to książka łatwa w odbiorze ( chociaż kierowana również do młodszych odbiorców ). Trudno po prostu ją przeczytać i odłożyć na półkę, ponieważ „namalowane „ w niej obrazy na długo pozostaną w naszych myślach skłaniając nas do refleksji. Książka jest zupełnie inna od ‘wampirycznej „ sieczki serwowanej naszym dzieciom przez wydawców. Słowo , które mi przychodzi na myśl by ją określić to „ mądra” ;)

Zalety :
- W tekście brak ozdobników, jest wyzuty z emocji co czyni klimat książki niepowtarzalnym
- Uczy, nie jest zwykłym czytadłem a literaturą z wyższej półki
- Pomimo fatalnego początku dalej jest coraz lepiej

Wady :
- Język jest momentami zbyt lakoniczny, mamy tutaj wszechwiedzącego narratora jednak dużo przed nami ukrywa
- Otwarte zakończenie ( czego nienawidzę w powieściach )
- Zbyt rozbudowany początek

Punktacja : 3,5/ 5


Książkę polecam wszystkim tym, którzy mają ochotę na coś wstrząsającego co  długi będzie was trzymać w swoich szponach. Dla ludzi, którzy szukają inspiracji ;)

środa, 10 września 2014


Recenzja książki Trudi Canavan "Złodziejska magia"
wydawnictwo Galeria Książki 2014
Zachwycona wszystkimi poprzednimi cyklami autorki , z niecierpliwością czekałam na moment wydania jej najnowszej książki- pierwszego tomu cyklu Millenium. Już po dziesięciu stronach wiedziałam, że tak wyczekiwana przeze mnie pozycja nie powtórzy sukcesu ani Trylogii Zdrajcy ani tym bardziej Czarnego Maga.
Autorka , która świetnie się czuje w klimacie fantasy , w tej książce niebezpiecznie zbliżyła się do granicy fantastyki, a połączenie obydwu gatunków jest niedopuszczalne - czy możemy wyobrazić sobie Maga , w szpiczastym kapeluszu , machającego różdżką na pokładzie boeinga? Takie zabiegi byłyby udane w urban fantasy jednak "Złodziejska magia" do tego gatunku nie należy. Latające maszyny, mechaniczne konstrukty, słowem nowoczesność to to co mnie drażniło w książce najbardziej gdyż odebrało jej bajkowość, która tak mnie zachwycała w poprzednich książkach Canavan.

Również fabuła pozostawia sporo do życzenia. Przez pierwszych 200 stron nie dzieje się praktycznie nic. Bohaterowie są jednowymiarowi, naiwni i infantylni, pełno w nich sprzeczności. Głowna bohaterka Riella , wychowana w "konserwatywnej rodzinie" w przeciągu zaledwie paru dni z dobrze wychowanej panienki z dobrego domu zamienia się w namiętną kochankę , dla której pozowanie do aktów to lepszy sposób na zarabianie pieniędzy na życie niż powrót do bogatej rodziny. Jej przemyślenia to głównie użalanie się nad swoim jakże strasznym losem, który nomen omen sama sobie zgotowała.
Troszkę lepiej prezentuje się główny bohater, chociaż i ta postać to skrzyżowanie pomieszania z poplątaniem. Z jednej strony skryty, stroniący od używek i zabaw akolita szkoły magii z drugiej czarujący, zabawny i odważny poszukiwacz przygód.

Książka pełna jest nieścisłości i błędów. Dla przykładu wymienię jeden. Rielle odwiedzona przez gości zaprasza ich do pokoju, w którym znajduje się jedno krzesło - usadziwszy na nim przyjaciółkę sama zajmuje miejsce na łóżku. Kiedy dosłownie kilka minut po skończonej wizycie ( w ogóle nie wchodziła potem do tego pomieszczenia ) odwiedza ją kapłan okazuje się, że na krześle wcześniej zajmowanym przez przyjaciółkę w dziwny sposób zmaterializowała się kupa śmieci i łachmanów, które Riella zabiera by przedstawiciel władz miał na czym usiąść - być może zmaterializowanie się ubrań było objawem magii, której w tej książce, pomimo jej tytułu, bardzo mi brakowało.

Jednak każdy kij ma dwa końce i tak samo jest z tą książką, ma ona również swoje plusy. Kiedy akcja ( gdzieś około 300 strony ) zaczyna się rozkręcać naprawdę trudno oderwać się od śledzenia losów bohaterów. Na stronach powieści widzimy niesamowity pisarski kunszt autorki i możemy podziwiać jej jakże wielką wyobraźnię. Książka co prawda oparta jest na utartym schemacie Pani Canavan, znajdziemy tutaj tych złych i tych dobrych, zakazaną magię, złych kapłanów - jednak ich przygody są niepowtarzalne i ciekawe.

Jeśli miałabym oceniać książkę w skali punktowej od 1 do 5 , dałabym jej solidną 2.

Plusy :
- ciekawe wątki przygodowe
- znakomity język, mnóstwo dialogów
- ciekawe zakończenie, które zachęca do czekania na kolejny tom

Minusy :
- szablonowość
- błędy merytoryczne
- dwubiegunowość postaci
- nudny , zbyt rozbudowany początek ( mało treści w treści )

Podsumowując, książka ze względu na liczbę stron nie jest raczej lekturą na jeden wieczór, co zapewne jest zaletą- i to właśnie wieczorem nie powinno się zaczynać jej czytać ponieważ stukot spadającej na ziemię książki może nas wybudzić z drzemki. Jednak kiedy przebrniemy przez pierwsze kilkaset stron to ciężko chociażby wstać i zrobić sobie herbatę. Jeśli oczekujecie książki podobnej do poprzednich pozycji autorki to możecie się zawieść niekoniecznie pozytywnie - jednak w przypadku Canavan trudno jest nie porównywać tej pozycji do dzieł poprzednich, które zapadły mi głęboko w pamięć. W książce tej odnalazłam odrobinę magii jej poprzedniczek jednak pozostaje mi czekać na tom drugi by tej magii odkryć nieco więcej.

Cantata