Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Anglia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Anglia. Pokaż wszystkie posty
"Nic bez ryzyka" Jeffrey Archer [PRZEDPREMIEROWO]

"Nic bez ryzyka" Jeffrey Archer [PRZEDPREMIEROWO]

 Wszyscy fani Jeffreya Archera - radujcie się. Oto nadkładem wydawnictwa Rebis do księgarń trafił pierwszy tom nowego cyklu autora. Ja miałam to szczęście, że udało mi się go przeczytać jeszcze przed premierą i muszę wam zdradzić, że był wprost rewelacyjna. Poznajemy w nim Williama Warwicka (którego tak naprawdę po raz pierwszy spotkaliśmy jako fikcyjną postać w Kronikach Cliftonów) syna Sir Juliana Warwicka QC, który postanawia nie iść śladami ojca i  zamiast prawa wybiera karierę policjanta. Ze względu na inteligencję i ambicję ( a także trochę przez rodzinne koneksje) szybko awansuje  i dostaje posadę w Scotland Yardzie. Od tego momentu wiemy, że nasz bohater jest z góry skazany na same sukcesy. Jego pierwszym poważnym śledztwem jest rozwiązanie kradzieży obrazu Rembrandta z Muzeum Fitzmolean. 


William Warwick zawsze chciał być policjantem. Po ukończeniu uniwersytetu wbrew oczekiwaniom ojca, cenionego adwokata, wybiera zawód, który w pełni go ukształtuje. Zaczyna od służby w rewirze pod czujnym okiem konstabla Freda Yatesa, a potem trafia do Scotland Yardu, gdzie bierze udział w swoim pierwszym poważnym śledztwie w sprawie kradzieży bezcennego płótna Rembrandta z Fitzmolean i przy tej okazji zakochuje się w Beth, asystentce w dziale badań muzeum, która skrywa mroczną tajemnicę. Czy William poradzi sobie z nowymi wyzwaniami? Odpowiedź znajduje się na kartach tej błyskotliwej, wartko się toczącej i podszytej doskonałym dowcipem powieści.



William Warwick, syn szanowanego londyńskiego adwokata, zawsze marzył o zostaniu detektywem w London Metropolitan Police Force. Pomimo sprzeciwu ojca, William wstępuje do policji . Akcja powieści rozgrywa się na początku lat 80-tych XX wieku. Nasz bohater jest świeżo po ukończeniu Uniwersytetu, wieje więc od niego świeżością, nonszalancją i energią.  Uzbrojony w determinację, spostrzegawcze umiejętności, wykształcenie w zakresie sztuk pięknych i typowego dla młodych ducha „da się zrobić”, William nie jest świadomy czekających go przygód. Ze względu na posiadaną wiedzę zostaje przypisany do zespołu zajmującego się kradzieżą dzieł sztuki.
Obecnie głównym zadaniem zespołu jest odszukanie i złapanie Milesa Faulknera, kryminalisty odpowiedzialnego za kradzieże i fałszerstwa niektórych z najdroższych angielskich dzieł sztuki.Wszystkie poprzednie próby schwytania Faulknera zakończyły się niepowodzeniem, ponieważ przestępca jest zawsze dwa kroki przed policją.
W miarę jak William coraz bardziej angażuje się w śledztwo w sprawie różnych przestępstw, które Faulkner organizuje, dokonuje przełomu, kiedy zaprzyjaźnia się z żoną Faulknera, Christiną. Christina jest gotowa zwrócić cennego skradzionego Rembrandta z osobistej kolekcji Faulknera w zamian za pomoc policji. Czy można jednak jej zaufać? Czy też Faulknerowi po raz kolejny się upiecze i ucieknie wymiarowi sprawiedliwości? By dodatkowo skomplikować całą sytuację, autor pokusił się o wprowadzenie wątku romantycznego. Nasz bohater zakochuje się w Beth, jednej z asystentek w muzeum z którego skradziono obraz, która niestety również skrywa mroczne, rodzinne sekrety. Jeśli to was jeszcze nie przekonało do sięgnięcia po tę książkę, to już nie wiem co tego może dokonać. 



Nie wiem czy wspominałam już w recenzjach wcześniejszych książek, że Jeffrey Archer, czyli Lord Archer z Weston-super-Mare, członek brytyjskiej Izby Lordów, jest jednym z bardziej "kolorowych", wszechstronnych pisarzy na świecie. Autor od 1976 roku napisał ponad 30 różnych książek, w tym kilka samodzielnych powieści, bestsellerową, wielotomową sagę, kilka zbiorów opowiadań, trzy sztuki, trzy książki non-fiction o czasie spędzonym w więzieniu i cztery książki dla dzieci. Niezły dorobek prawda? A wygląda na to, że dopiero się rozkręca.
"Nic bez ryzyka" to nowa, fantastyczna powieść Archera i jednocześnie pierwsza książka z ośmioczęściowego cyklu kryminalnego. Seria ta ma bardzo interesujące pochodzenie. William Warwick był bohaterem fikcyjnej serii książek napisanych przez głównego bohatera najbardziej kultowej sagi Archera, kroniki Cliftonów, Harry'ego Cliftona. Po jej zakończeniu, w 2016 roku, posypały się prośby od fanów  o rozwinięcie przygód Warwicka, Archer postanowił uszczęśliwić wiernych czytelników.  Tom pierwszy jest rewelacyjnym wstępem do większej całości. Autor przedstawia czytelnikom swojego nowego bohatera i pokazuje początki jego policyjnej kariery. W tej książce czytelnik dostaje świetne wyobrażenie o postaci Warwicka i widzi rzeczy, które sprawiły, że został on odnoszącym sukcesy detektywem policyjnym. Czytelnik jest również wprowadzony do grona interesujących postaci pobocznych, z których wiele będzie towarzyszyć nam w kolejnych tomach. 

Jednym z najbardziej intrygujących aspektów niniejszej powieści był wątek kradzieży i oszustw związanych z dziełami sztuki.  Pomyślałam, że to absolutnie fascynujący i jakże współczesny temat , naprawdę podobało mi się czytanie o różnych oszustwach i sposobach na "malwersacje". Podobały mi się również  dyskusje o sztuce, które przenikały narrację książki. Archer jest  pasjonatem i ma wiedzę na temat klasycznych dzieł sztuki i antyków, co widać w jego twórczości.
Skupienie się na świecie sztuki pozwoliło Archerowi na stworzenie postaci wielkiego antagonisty  Milesa Faulknera. Faulkner to geniusz przestępców, który specjalizuje się w przestępstwach związanych ze sztuką i jest zmorą drużyny Arts and Antiquities. To jednocześnie wielki dżentelmen-złodziej, pod wieloma względami podobny do Warwicka, zwłaszcza jeśli chodzi o jego miłość i uznanie dla twórczości artystycznej. Jednak w przeciwieństwie do Warwicka wykorzystuje swoją wiedzę dla własnej korzyści i jest mistrzem w swoim fachu.  Podobały mi się różne sposoby, w jakie Faulkner był w stanie przechytrzyć policję w tej książce i udowodnił, że jest godnym przeciwnikiem Warwicka i jego kolegów. Ujawnienie prawdziwej głębi inteligencji i przebiegłości Faulknera w ostatnim zdaniu książki zostało po mistrzowsku wykonane, a Archer wyraźnie przedstawia postać jako jednego z głównych antagonistów tej serii. Z niecierpliwością czekam na więcej. 


Jeffrey Archer po raz kolejny stworzył porywającą i intrygującą powieść, która koncentruje się na życiu angielskiego bohatera w historycznej fikcji. "Nic bez ryzyka" to fascynująca pierwsza odsłona cyklu kryminalnego z prawdziwym potencjałem, który powinien zapewnić Archerowi pozostanie jednym z najlepiej sprzedających się autorów powieści historycznych przez wiele następnych lat. Samie nie mogę się doczekać kolejnych tomów a wam radzę biec do księgarni, zanim wyczerpie się nakład. Zdecydowanie polecam.

 

 Tytuł : "Nic bez ryzyka"

Autor : Jeffrey Archer

Wydawnictwo : Rebis

Data wydania : 13 października 2020

Liczba stron : 336

Tytuł oryginału : Nothing Ventured 

 

 

Za możliwość przeczytania i zrecenzowania książki serdecznie dziękuję wydawnictwu : 



Kings of the Wyld

 
 

 


"Enola Holmes" Nancy Springer

"Enola Holmes" Nancy Springer

 Nawet nie wiecie jak ja się cieszę, że w końcu któreś wydawnictwo (dziękuję Poradnia K), zdecydowało się na przetłumaczenie serii o Enoli Holmes, młodszej siostrze Sherlocka Holmesa. Książki te są mi bardzo dobrze znane z oryginałów, to właśnie z nich korzystał nasz native speaker ucząc nas języka angielskiego, bowiem nie ma lepszej metody nauki jak połączenie przyjemnego z pożytecznym. Enolę poznałam gdzieś w 2009 roku, kiedy mój język obcy był jeszcze na średnio zaawansowanym poziomie, więc zamiast totalnie wkręcić się w fabułę, ślęczałam godzinami nad jedną stroną i ze słownikiem w rękach tłumaczyłam co trudniejsze zdania. No dobrze, może troszkę przesadza, w końcu to literatura dla młodzieży, więc i język jest mało  skomplikowany. Muszę się więc przyznać, że troszkę mi się zapomniało i należy pamięć odświeżyć, szczególnie że córka już się nie może doczekać serialowej odsłony książki. Ja póki co mam nadzieję, że uda mi się ją jeszcze zachęcić do spróbowania tej fajniejszej, papierowej. Mi się kiedyś podobało, ale czy czar nastoletniej detektywki, zadziałał ponownie na dorosłą wersję mnie?

 

Enola to młodsza siostra najsłynniejszego detektywa wszech czasów, Sherlocka Holmesa, którą poznajemy, gdy w dniu jej czternastych urodzin znika jej matka. Wbrew decyzji braci, Sherlocka i Mycrofta, którzy chcieliby zatrzymać Enolę w szkole z internatem, dziewczynka wyjeżdża do Londynu, by odszukać matkę. Tu rozwiązuje serię zagadek kryminalnych i jednocześnie stara się unikać braci, którzy próbują ją odzyskać. 


W pierwszej części cyklu młodsza wersja Sherlocka Holmesa , skończyła właśnie 14 lat (patrząc na filmową okładkę , Netflix ją troszeczkę postarzył) i jak na ten wiek przystało jest niezwykle ciekawska i rezolutna. Na dokładkę jest nieco ekscentryczna (oczywiście jak na standardy ówczesnych czasów), jednak nie mniej utalentowana jak jej sławny brat, jednak w przeciwieństwie do niego musi bardzo się postarać by sprostać społecznym oczekiwaniom wiktoriańskiej Anglii, których wymaga się od zamożnych, młodych kobiet. Jednym z moich ulubionych aspektów tej książki są, choćby krótkie, aluzje o sympatii i braterskiej odpowiedzialności  Sherlocka wobec Enoli - jest to doskonały przykład  człowieczeństwa wielkiego detektywa, którego znamy z dobrze udokumentowanych dziwactw.  Kobiety, które wyprowadzają Sherlocka z równowagi, są moimi ulubionymi, a Enola i jej matka nie są wyjątkiem.  

Tom pierwszy jest typowym wprowadzeniem do całego cyklu. To właśnie tu poznajemy kim jest Enola i zagłębiamy się w jej bogaty świat wiktoriańskiej Anglii. Czasami czułam się jak bym czytała cudowną powieść historyczną.  Uwielbiałam czytać o tym jak nasza bohaterka znajduje swoją niszę w rodzinie, której intelektualne i wiekowe różnice w stosunku do niej rzucają długie cienie na jej życie. Dziewczyna jest biegła w szyfrze i języku kwiatów (ten ostatni to domena kobiet) , które to zdolności okazują się niezwykle pożytecznymi dla Enoli  podczas stosowania oryginalnych, "holmesowskich" metod śledczych. Czytając w oryginale nigdy nie udało mi się skończyć całej serii, ale ponowne przeczytanie tej książki i podekscytowanie nadchodzącym filmem sprawiły, że postanowiłam to zmienić.

 Ci, którzy znają Sherlocka Holmes doskonale wiedzę, że kobiety od zawsze zaburzały jego równowagę psychiczną (patrz Irene Adler z oryginalnych opowiadań lub Mary Russell z fantastycznej serii kryminalnej Laurie R. King).  Pochodzenie rodzinne Holmesa jest jednym z aspektów jego życia, któremu poświęcono znikomą uwagę w różnych "pastiszach" Holmesa, które pojawiały się na przestrzeni lat. W pierwszej części przygód Enoli Holmes, Nancy Springer, ośmieliła się stworzyć najbardziej niekonwencjonalną matkę oraz znacznie młodszą siostrę słynnego detektywa, które znacząco zmieniły jego poukładany świat.
Czternastoletnia Enola praktycznie nigdy nie widywała swoich znacznie starszych braci. Spędziła  odosobnione życie z matką w rodzinnym majątku, przekonana, że ​​jej bracia nie chcą mieć z nią nic wspólnego z powodu plotek dotyczących faktu, że była „nieoczekiwanym” dodatkiem do rodziny. Jednak wszystkie przypuszczenia Enoli dotyczące jej życia i rodziny zmieniają się, gdy nadchodzą jej urodziny, a jej matka znika. Kiedy Sherlock i Mycroft przybywają do posiadłości w poszukiwaniu  rodzica, Enola odkrywa, że ​​dynamika rodziny jest o wiele bardziej skomplikowana, niż przypuszczała. Chociaż  bardzo pragnie związku ze swoimi braćmi, Enola szybko zdaje sobie sprawę, że nie  zgadza się z sposobami na odnalezienie rodzicielki.
Uzbrojona w ostatni prezent swojej matki - tajemniczą księgę szyfrów - Enola wyrusza w drogę i już wkrótce znajduje się w większym niebezpieczeństwie, niż mogłaby sobie wyobrazić. By przeżyć potrzebuje wszystkich swoich niewykorzystanych umiejętności typowych dla członków klanu Holmesów.

Charakter Enoli to prawdziwa perełka. Jest odważna i zuchwała, a jako kobieta ma specjalny zestaw umiejętności (plus wygląd oczywiście) których brakuje jej słynnemu bratu. W swojej książce Spronger zamieszcza wiele interesujących informacji na temat szyfrów i języka kwiatów, których znajomość pomaga odróżnić Enolę od reszty członków rodziny. "Sprawa zaginionego markiza" to bardzo szybka i niezwykle absorbująca lektura, której autorka , w każdym rozdziale, dostarcza nam wielu szczegółów, które budują atmosferę .Dzięki temu jest jedną z najlepszych lektur dla młodzieży, z jaką się spotkałam. 

Podsumowując bardzo mi się podobało jednak jest parę ale...Książka ta spodoba ci się, jeśli jako dorosły i doświadczony czytelnik wciąż jesteś otwarty na książki skierowane do młodszych odbiorców. Spodoba ci się, jeśli jako fan Sherlocka Holmesa zechcesz  odłożyć na bok większość tego co o nim wiesz i zaczniesz tworzyć jego sylwetkę na nowo. Spodoba ci się, jeśli zignorujesz kilka bardzo specyficznych błędów (romski łuk).Jak widzicie z pewnością znajdzie się wiele osób, którym powieść ta nie przypasuje,ale z drugiej strony okazała się na tyle atrakcyjna by zainteresował się nią  Netflix ... więc - zrób co uważasz. Ja dołączyłam do fanów serii i nie mogę się doczekać, aby przeczytać resztę kolekcji! 

 

Tytuł : "Enola Holmes. Sprawa zaginionego markiza"

Autor : Nancy Springer

Wydawnictwo : Poradnia K

Data wydania : 16 września 2020

Liczba stron : 240

Tytuł oryginału : Enola Holmes and the Case of the Missing Marquess 

 

Za możliwość przeczytania i zrecenzowania książki serdecznie dziękuję wydawnictwu :


 

 

 

"Pani Churchill" Marie Benedict

"Pani Churchill" Marie Benedict

We wrześniu 1908 roku, 23-letnia Clementine Hozier została panią Winston Churchill. Jako żona potężnego męża stanu, Clementine miała odgrywać rolę oddanej i kochającej kobiety, której głównym zadaniem miało być wspieranie wysiłków męża. Jednak Clementine Churchill była kimś więcej niż kobietą stojącą za jednym z najpotężniejszych mężczyzn w historii. Przez dziesięciolecia działalności politycznej i kluczowych ról wojskowych Winstona, Clementine wspierała go i służyła jako „tajna broń” - ratując jego skórę niezliczoną ilość razy oraz łagodząc a nawet naprawiając stosunki polityczne. Clementine przetrwała dwie wojny światowe i udowodniła wszystkim do czego jest zdolna kobieta, która nigdy nie porzuciła swojej niezależności ani swoich wartości.

Jest rok 1909. Clementine wysiada z pociągu wraz ze świeżo poślubionym mężem. Z tłumu wypada rozwścieczona kobieta i wpycha Winstona pod nadjeżdżający pociąg. Clementine w ostatniej chwili chwyta go za marynarkę. Ratuje mężowi życie po raz pierwszy. I nie po raz ostatni.Oczekiwano od niej, że będzie uległą, poświęcającą się rodzinie panią domu. Choć oficjalnie stała w cieniu Churchilla, tak naprawdę pełniła funkcję jego najważniejszego doradcy. Z kobiecym wdziękiem łagodziła spory, naprawiała jego wpadki, ale też jako jedyna wiedziała wszystko i współdecydowała o losach wojny. O jej przychylność zabiegali Stalin, de Gaulle i Roosevelt.

Przyznajcie się bez bicia, kto z was zna Clementine Churchill? Jedna na dziesięć osób? Może dwie, przy pomyślnych wiatrach? Niestety historia nigdy nie traktowała kobiet sprawiedliwie, dopiero w dzisiejszych czasach zaczyna się coś w tej materii zmieniać. Marie Benedict, autorka „Jedynej kobiety w pokoju”, „Pokojówki miliardera” i „Pani Einstein”, stworzyła fascynującą fikcję historyczną, która przedstawia realistyczny obraz porażek i zwycięstw żony Winstona Churchilla oraz historię jego rodziny. 
Ich małżeństwo było prawdopodobnie jednym z największych "kontraktów zawodowych" w historii. Od samego początku Clementine wiedziała, że do jej głównych zadań będzie należeć rodzenie dzieci i wspieranie męża w jego karierze politycznej. Rzeczywistość okazała się jednak nieco bardziej skomplikowana. Niedługo po  ślubie Clementine uratowała karierę polityczną Winstona po tym, jak jego pomysł ataku na Dardanele podczas I wojny światowej okazał się być całkowitą katastrofą,w wyniku czego mężczyzna  został zdegradowany.Dzięki jej radom udało mu się odbić od dna i odzyskać zaufanie społeczne. Jednak pomimo całej miłości i szacunku męża (oraz wdzięczności) życie Pani Churchill nie było usłane różami. Ciągle prześladowało ją widmo trudnego, nieszczęśliwego dzieciństwa a codzienną egzystencję utrudniały kłótnie z mężem oraz opieka nad piątką dzieci. Zarówno ona, jak i Winston mieli problemy z „Czarnym psem”, jak wtedy nazywano depresję, nie radzili sobie z presją związaną z życiem na świeczniku , utratą dziecka, żonglowaniem tyloma różnymi rolami i II wojną światową. To odbiło się zarówno na zdrowiu psychicznym Churchilla, jak i oczywiście na ich małżeństwie.

Clementine była bardzo silną kobietą, była mądra i zdecydowana,  walczyła o to by pewnego dnia jej mąż został premierem Wielkiej Brytanii. Podczas II Wojny Światowej nie tylko stała wiernie u jego boku przy dźwiękach jego słynnych, kwiecistych przemówień, ale zachęciła go również do zmiany brzmienia. Winston zwykle używał wielkich, skomplikowanych słów, niezrozumiałych dla przedstawicieli klasy robotniczej, którzy tłumnie zjawiali się na wiecach.
Clementine,  zmagała się z poczuciem winy z powodu braku czasu, jaki spędzała z dziećmi, gdy dorastały, ale to zawsze Winston był na pierwszym miejscu. Była oddana swojemu mężowi, kochała go, wspierała również swój kraj i ludzi. Często chodziła samotnie ulicami, aby być świadkiem strasznych zniszczeń, jakie niemieckie bomby wyrządziły Londynowi. Podczas jednej z tych wędrówek  zauważyła, że ​​schrony mają problemy. Brakowało im podstawowych rzeczy, takich jak miejsce do spania dla rodzin, przyzwoite toalety. Postanowiła to zmienić.
Clementine była również związana z Czerwonym Krzyżem oraz dodała  swoje imię do listy "obserwatorów ognia", którzy w nocy siedzieli na dachach budynków, obserwując niebo i zgłaszając nadlatujące niemieckie samoloty, a także pożary. Pani Churchill była także doskonałą gospodynią, dbała o to dostępność jedzenia dzięki racjonowaniu żywności i pamiętała ulubione potrawy słynnych gości. 
"Pani Churchill" ta przedstawia portret bardzo silnej kobiety, która wie, jak radzić sobie w świecie mężczyzn. To opowieść o żonie i kochance, przyjaciółce oraz matce. Macierzyństwo daje jej większy niepokój niż wyzwania rzucane jej przez mężczyzn. I wciąż tam, gdzie czuje się najbardziej komfortowo, widzi miejsce na poprawę dla siebie. Spotkając się z panią Roosevelt, najpierw zauważa jej stylową sukienkę, ale potem najbardziej zachwyca Clementine to, jak zachowuje się Eleanor. I to ją inspiruje do tego by być jeszcze lepszym dyplomatą.

Dobrze napisana, ze stałym tempem, pouczająca i nie przytłaczająca, przedstawiająca historię godnej pochwały kobiety. Polecam tę oraz inne książki autorki. 


Tytuł : Pani Churchill
Autor : Marie Benedict
Wydawnictwo : Znak Horyzont
Data wydania : 11 maja 2020
Liczba stron : 352
Tytuł oryginału : Lady Clementine 


Tę oraz wiele innych książek obyczajowych znajdziecie na półce księgarni internetowej :
https://www.taniaksiazka.pl/
 

 
"Morderstwo ma motyw" Francis Duncan

"Morderstwo ma motyw" Francis Duncan

     Muszę przyznać, że kiedy dowiedziałam się że książka "Morderstwo ma motyw" po raz pierwszy wydana została w 1940 roku, to nie mogłam w to uwierzyć. Dziś panuje bowiem moda na powieści retro, książki stylizowane na daną epokę. A tutaj proszę, trafiła mi się prawdziwa perełka, napisana przez autora który nie znał współczesnej kryminalistyki, dla którego daktyloskopia była nowością a o komputerach to słyszał jedynie w odniesieniu do wywiadu wojskowego. Francis Duncan to autor, który żył w czasach Agathy Christie, i co zadziwiające, jego twórczość bardzo przypomina prozę koleżanki zza kanału La Manche. Fabuła tej powieści również toczy się w znanej z historii o Herculesie Poirot, zamkniętej społeczności, pełnej tajemnic, kłótni, miłości i nienawiści. "Morderstwo ma motyw" to typowa książka z rodzaju "kto jest mordercą" , której autor postanowił zagrać czytelnikom na nerwach  i zamiast zaangażować w śledztwo inspektorów policji to stworzył postać emerytowanego właściciela sklepu z tabaką, którego pasją jest kryminalistyka. Jednak czy zakochany w romansach staruszek poradzi sobie z rozwikłaniem zagadki morderstwa? I do tego wielokrotnego? Zobaczcie sami.

Kiedy Mordecai Tremaine wysiada z pociągu na stacji Dalmering, morderstwo jest ostatnią rzeczą, która kojarzy mu się z sielankowym krajobrazem. Okazuje się jednak, że ta urokliwa angielska miejscowość skrywa wiele tajemnic.
Próby do amatorskiego przedstawienia teatralnego pod tytułem „Morderstwo ma motyw” idą pełną parą, lecz prawdziwy dramat rozgrywa się poza sceną. Jedna z organizatorek spektaklu zostaje znaleziona martwa i Tremaine, jako detektyw amator i gorliwy badacz ludzkiej natury, nie może się oprzeć pokusie, by pomóc policji w rozwiązaniu zagadki. 

Mordecai Tremaine jest jedną z najbardziej atrakcyjnych, oryginalnych i jednocześnie "dziwnych" postaci w literackiej "kryminalistyce" z jaką dane mi się było spotkać. "Morderstwo ma motyw" jest pierwszą częścią cyklu o tym bohaterze, jednak cały czas miałam wrażenie, że już w pierwszym rozdziale zostałam rzucona w sam środek większej całości. Na samym początku dowiadujemy się bowiem, iż Mordecai, który dla nas jest czystą kartą, tak naprawdę nie jest prawiczkiem i nowicjuszem, jeśli chodzi o temat morderstwa. Już kilkukrotnie pomagał inspektorom Scotland Yardu i nawet udało mu się zdobyć ich podziw i zaufanie. Co prawda autor nie opisuje wcześniejszych przypadków, jednak stwarza pozory, że mamy do czynienia z osobą doświadczoną, dla którego ociekające krwią zwłoki zdecydowanie nie są pierwszyzną. 
Muszę przyznać, iż czytanie tej książki, było dla mnie niczym przeniesienie się w czasie. Ostatnio oglądałam znakomity serial (zresztą książki również polecam) pod tytułem "Alienista". Opowiadał on o losach nadzwyczaj utalentowanego młodzieńca, oraz jego mentora, których zadaniem jest rozwiązanie zagadki morderstwa. Narzędziami, którymi mogą się posługiwać w śledztwie są : ich umysł oraz szkiełko i oko. Nie ma tam zaawansowanych technologii, wariografów, komputerów ani innych zdobyczy XX wieku. I właśnie to jest w tym serialu najpiękniejsze, że czytelnik widzi za czym polega prawdziwa policyjna praca i co jest w niej najważniejsze. Z tym samym mamy do czynienia tutaj. Nasz główny bohater ani nie skończył szkoły policyjnej ani żadnych kursów z zakresu kryminalistyki. Wszystkiego co wie nauczył się sam poprzez obserwację ludzkich zachowań i lekturę odpowiednich książek. Od razu widać iż kryminalistyka jest jego pasją. Jeszcze sto lat temu, podstawą każdego policyjnego śledztwa była szczegółowa analiza miejsca zbrodni oraz, co najważniejsze, obserwacja otoczenia oraz rozmowa z potencjalnymi świadkami bądź też mieszkańcami. I to właśnie jest to, czym w głównej mierze , zajmuje się Mordecai. Choć w miasteczku mieszka zapewne około setki lub nawet tysiąca osób (biorąc pod uwagę, że jest to miejscowość turystyczna), tak głównych bohaterów i tym samym podejrzanych, mamy zaledwie garstkę. Ofiara była osobą przyjezdną, która nie zdołała jeszcze poznać wszystkich mieszkańców. Jednak pomimo faktu, że potencjalnych sprawców jest zaledwie garstka, to miałam wielkie trudności ze zgadnięciem kto mógł mieć motyw oraz odwagę, do tego by zamordować młodą dziewczynę. Do samego końca autor trzymał mnie w niepewności, za co mu bardzo dziękuję. 

Bardzo podobało mi się to, w jaki sposób pracował nasz "hobbysta". Po pierwsze obserwował i dopiero potem wyciągał wnioski. W dzisiejszych czasach  policja za bardzo skupia się na dowodach rzeczowych, śladach, analizach komputerowych czy badaniach DNA. Czynnik ludzki staje się coraz mniej ważny. A to przecież ludzie popełniają zbrodnie i wystarczy ich wysłuchać, poobserwować i poddać zewnętrznej psychoanalizie by dowiedzieć się do czego są zdolni. Na pewno słyszeliście o czymś takim jak mowa ciała, kiedy skrzyżowane na piersi ręce świadczą o nieprzystępności a nadmierna gestykulacja o zdenerwowaniu? Okazuje się, że takich znaków dajemy więcej lecz tylko wprawny obserwator jest w stanie je wszystkie wychwycić. Mordecai nie dość, że ma "trzecie oko" do takich spraw, to jeszcze potrafi daną postawę połączyć z konkretnym wydarzeniem. Na jego korzyść działa również to, że ma znakomitą, niemalże fotograficzną, pamięć oraz nieziemską cierpliwość, która bardzo się przydaje w policyjnej robocie. Oprócz tego doskonale zna ludzkie słabości, potrafi przewidzieć zachowania oraz wie co powiedzieć , by wyciągnąć jak najwięcej faktów. Muszę przyznać, iż wybranie akurat tego niepozornego człowieka, na "głównego dowodzącego" było strzałem w dziesiątkę. W przypadku książek, gdzie bohaterami są policjanci, już na samym wstępie się spodziewamy, że szybko złapią przestępcę, przecież tak być musi, od tego są. My jako obywatele wierzymy w swoich stróży prawa. Jednak Mordecai nie jest gliną, jest zwykłym emerytem z niezwykłymi upodobaniami i hobby. Czy taka osoba będzie w stanie pojmać mordercę lub chociaż odgadnąć kto nim jest? Okazuje się, że chociaż nasz protagonista odwalił kawał dobrej roboty, to byli tutaj "inni" którzy mu w tym pomogli. Jak możecie się domyślać nie obyło się bez Scotland Yardu oraz dziennikarzy, a konkretnie jednego zdesperowanego przedstawiciela prasy. I to właśnie ta trójka, wspólnymi siłami, rozwiązała zagadkę "Morderstwa w trzech aktach". Każdy dołożył swoją cegiełkę i morderca został złapany. Muszę przyznać iż zakończenie było dla mnie szokiem, jednak mowa "końcowa" Mordecaia, w której wyłożył wszystkie swoje wnioski, zrobiła na mnie piorunujące wrażenie. Jeśli ktoś przyrównuje tę książkę do powieści Agathy Christie, to (przepraszam bardzo autorkę) robi jej , książce oczywiście, bardzo wielką przykrość. Powieść Duncana jest o wiele bardziej złożona, kompleksowa i nieprzewidywalna. 

Uwielbiam kiedy fabuła powieści rozgrywa się w małych miejscowościach. Pewnie już niejednokrotnie pisałam, że kojarzą mi się one z miejscem gdzie mieszkała moja babcia u której spędziłam dużą część mojego dzieciństwa. Wtedy czułam się też najbardziej bezpieczna a wiecie dlaczego? Ponieważ każdy z mieszkańców wiedział wszystko, znał każdy krok małolatów. Starsze Panie siedziały na ławkach i nad robótkami na drutach obserwowały otoczenie a panowie pod pozorem zapalenia "fajki" wyglądali przez okno. Jak ktoś poszedł na "tory" to od razy zjawiał się ktoś z dorosłych, podobnie było z zapaleniem papierosa...nigdy nie udało się dopalić do końca. Taki urok małych miasteczek, pierdniesz na jednym końcu, zboże się położy na drugim. Francis Duncan, doskonale wie jak takie miejsce powinno wyglądać. Autorzy kryminałów, często zapominają o tym bym by nadać fabule swoich powieści odpowiednie tło. Liczą na to, że sama zagadka i morderstwo wystarczająco zaciekawią czytelników. W większości przypadków się to sprawdza, ja jednak sobie cenię to, kiedy twórcy wyjdą nieco poza oczekiwania gawiedzi. Tym razem się nie zawiodłam. Duncan zadbał o odpowiednią atmosferę i odmalował nam nadmorskie miasteczko jako miejsce przepełnione złem. Znajdziemy tutaj zarówno opisy przyrody i ozdobniki służące zbudowaniu scenerii , jak i typowe opisy "psyche" naszych bohaterów. Dzięki tej kompleksowości dzieło to jest pełne a bohaterowie wielowymiarowi.

Jak widzicie, dobrze jest czasem poczytać klasykę. Klasykę?? Pewnie się zdziwicie, że użyłam akurat tego słowa, ale okazuje się, że było to zamierzone. Francis Duncan napisał bowiem powieść, która wpisuje się w kanon rasowego, klasycznego kryminału. Nie jest to stylizowana, retro powieść ani nieudany eksperyment o jakie teraz łatwo na księgarnianych półkach. Autor żył w epoce w której rozgrywa się fabuła powieści, znał jej realia i wiedział jak powinno wyglądać ówczesne policyjne śledztwo, innego zresztą nie znał. Muszę przyznać iż sięgając po tę książkę nie miałam wielkich oczekiwań. Spodziewałam się opowiastki na miarę Agathy Chrisie, typowej intelektualnej zagwostki, która zajmie mój umysł na jeden wieczór. Okazało się, że dostałam zdecydowanie więcej. Jeśli ciekawią was małe nadmorskie miejscowości i ich kolorowi (a czasem mroczni) obywatele, jeśli lubicie klaustrofobiczną atmosferę i odrobinę sztuki to jest to powieść dla was. Ja zdecydowanie polecam.

Tytuł : "Morderstwo ma motyw"
Autor : Francis Duncan
Wydawnictwo : Zysk i S-ka
Data wydania : 20 maja 2019
Liczba stron : 312
Tytuł oryginału : Murder Has A Motive




Za możliwość przeczytania i zrecenzowania książki serdecznie dziękuję wydawnictwu :  




 
 
 
 
            Książka bierze udział w wyzwaniu czytelniczym :


http://www.posredniczka-ksiazek.pl/2019/01/olimpiada-czytelnicza-2019-zapisy.html

"Jeźdźcy" Jilly Cooper

"Jeźdźcy" Jilly Cooper

     "Jeźdźcy" to książka, po której widać, że została napisana ponad 30 lat temu, a opowiada o czasach jeszcze dawniejszych. Styl przypomina mi połączenie starszych, stylizowanych na lata 70-te powieści Danielle Steel  z bardziej cenzuralną wersją głośnego erotyku "Emmanuele" i nutką "Pani Bovary" Flauberta. Akcja powieści toczy się w Anglii w środowisku bogatych arystokratów i występujących na światowych zawodach jeźdźców. Chodzą słuchy, że jest to jedna z najpopularniejszych brytyjskich powieści obyczajowych. Jilly Cooper wydała pierwszą część Kronik Rutshire w 1985 roku. Wtedy, w Polsce, panował jeszcze komunizm, bogactwo było rzeczą dostępną tylko dla najwyższych członków partii, zawody konne rozrywką kojarzoną z burżuazją. Na tle tej wszechobecnej szarości, meblościanek z płyty, samotnego octu na sklepowych półkach, książka to wyglądała by naprawdę jak rajski ptak. Czytając tę powieść mogłam zobaczyć co ominęło moich rodziców, jak mogłoby wyglądać ich życie gdyby urodzili się w deszczowej, arystokratycznej Anglii.

Jake’a Lovella, pod którego magicznym dotykiem miękną najtrudniejsze konie i kobiety, napędza do działania nienawiść do atrakcyjnego ulubieńca tłumów, arystokraty Ruperta Campbell-Blacka. Dwaj rywale podbierają sobie konie, wypijają morze alkoholu w kolejnych stolicach Europy, a ich wrogość w końcu z całą siłą wybucha na olimpiadzie w Los Angeles, co przynosi przerażające skutki.

"Jeźdźcy" mają jedną z najbardziej szalonych, brzydkich, sugestywnych i odpychających okładek, z jakimi się spotkałam w życiu. Jednak muszę przyznać, że pomimo niezbyt atrakcyjnej oprawy książka stała się światowej sławy bestsellerem. Może dlatego wydawcy z różnych krajów nie zdecydowali się na zmianę szaty graficznej.  Nie sądzicie, że jest to fascynujące? Na ten sam tyłek, opięty białymi spodniami do jazdy konnej, patrzyły się nasze babcie i mamy i nasze starsze siostry. Zgrabna pupa łącząca pokolenia. Ciekawe czy modelka ze zdjęcia do dziś zgarnia tantiemy? Jednak z drugiej strony wyobraźcie sobie minę sprzedawcy w sklepie gdy poprosimy o tę powieść? Lub zaskoczenie siwowłosej bibliotekarki? Chociaż w dzisiejszych czasach, kiedy na topie są gołe klaty i okładki epatujące sexem, mało co jest już nas w stanie zdziwić. Postanowiłam jednak zrobić mały eksperyment i zabrać ze sobą książkę do autobusu. Muszę przyznać, że wzbudziła dość spore zainteresowanie. Starsze panie po  zerknięciu na okładkę, parskały odwracały wzrok, młodsze bez żenady się przyglądały, i mi i książce. W tyle nie zostali również mężczyźni. Ci starsi oceniali tyłeczek dość długo, Ci młodsi się troszkę bali i kończyło się na szturchaniu kolegów i pokazywaniu mnie palcem. Ciekawe ile osób pomyślało, że czytam powiedzmy poradnik do jeździectwa? W końcu niewiele by się pomylili. Choć książka określana jest jako romans obyczajowy tak zwrotów technicznych, opisów wyścigów, wszelkiego rodzaju jeździeckiego asortymentu oraz specyfikacji jest tutaj naprawdę sporo, więc jeśli nie interesuje was świat koni i ich właścicieli tak radzę zrezygnować z lektury. 

Pierwszym co mnie zaskoczyło, oczywiście zaraz po okładce, była grubość książki. Co prawda nie jestem wielką fanką romansów,  jednak nie trudno je przeoczyć na księgarnianych półkach, stąd wiem, że w większości są to książki o przeciętnej grubości. Dlatego byłam bardzo zdziwiona kiedy okazało się, że "Jeźdźcy" mają ponad 850 stron. Na samym początku się przestraszyłam. Myślałam ,że rzuciłam się na zbyt głęboką wodę. Ja, która dopiero eksperymentuję z tym gatunkiem, porwałam się na nie dość, że na klasyk, to jeszcze pełnowymiarowy. Przez pierwsze 75 stron szło mi naprawdę opornie, akcja się rozkręcała i rozkręcała i nie mogła nabrać tempa. Całe szczęście potem już było tylko lepiej. Co prawda autorka co jakiś czas gubiła rytm, fabuła była dość przewidywalna, a bohaterowie irytujący, jednak całość była solidna, dobrze napisana i doprawiona sporą dozą pikanterii. Jeśli myślicie, że napisanie dobrego romansu obyczajowego jest łatwą sztuką, to muszę was wyprowadzić z błędu. Największą przewiną autorów jest zakładanie, że czytelnicy wszystko przyjmą i nigdy się nie nudzą. Niestety nawet wielbiciele romansów i historii z życia wziętych , mają swoją cierpliwość. Teraz, 30 lat temu również, by pozyskać czytelników, trzeba było zdobyć się na oryginalność. Muszę przyznać, że oprócz jednej powieści Danielle Steel, opublikowanej wiele lat po "Jeźdźcach", nie czytałam ani jednej książki, której akcja toczy się w środowisku bogatych dżokejów, ich zwierząt, rodzin i fortun. Pierwszy raz autorka zabrała mnie wprost z padoku czy toru wyścigowego do sypialni i z powrotem. Mało tego. Pierwszy raz czytałam książkę, w której zazdrość, rywalizacja i walka odbywała się nie pomiędzy kobietami lecz mężczyznami. Zazwyczaj schemat jest jeden : dwie kobitki walczą o jednego koguta. Jedna jest zła druga dobra i oczywiście to dobro zwycięża. Tutaj jest inaczej i to wcale nie płeć piękna jest przedmiotem głównego sporu. Bohaterowie rywalizują ze sobą na torach wyścigowych Wielkiej Brytanii, Europy i Stanów Zjednoczonych, by na koniec bić się o złoto olimpijskie. Jednak to nie krążek jest najważniejszy tylko pokazanie kto ma największe cojones. Jeśli myślicie, że o zazdrości, rywalizacji, prywatnych wojenkach, zawiści i wyrachowaniu wiecie już wszystko, to muszę was rozczarować, tutaj autorka wchodzi na inny, wyższy poziom. Żadna zazdrosna kobieta nie rozpęta takiej wojny, nie rozegra takich ambitnych i dobrze zaplanowanych potyczek jak zdesperowany mężczyzna. Muszę przyznać, że momentami czułam się nieswojo, szczególnie gdy większość bohaterów było antypatycznych, wyrachowanych, aroganckich i ogarniętych manią wielkości. Na plus działało jedynie to, że byli przystojni. Niestety dla niektórych to może być nieco za mało. 

Fakt, że książka wciąż sprzedaje się w tysiącach egzemplarzy rocznie, a coraz to nowe kraje wykupują prawo do tłumaczenia, świadczy o tym, że Jilly Cooper wykonała kawał dobrej roboty. Nie da się ukryć, że autorka zna się zarówno na jeździectwie i pisarstwie, lecz również doskonale wie co to znaczy być arystokratą i wychować się w bogatej rodzinie z tradycjami. Nic tutaj nie zgrzytało. Były pieniądze, było rozbuchane ego, było ujeżdżanie zarówno koni jak i partnerek. A wszystko to podlane zostało sporą ilością żartów. Zresztą Anglicy słyną z ekscentryczności i dystansu do samych siebie, co przekłada się na czarny humor, w którym zawsze jest odrobinka prawdy. 

"Jeźdźcy" to niesamowita, choć nieco przegadana, książka która zabierze was w świat do tej pory niedostępny. Jeśli lubicie powiewające na wietrze strojne kapelusze dam z Ascot, skakanie przez poprzeczki, walki "kogutów" oraz historie miłosne, to jest to książka dla was. Brak tutaj wyuzdanych scen łóżkowych, brutalności, BDSM czy wszystkiego tego co stanowi oś dzisiejszych książek dla młodych dorosłych. Czasami nawet brak samej fabuły, jednak tym razem można to wybaczyć. Jilly Cooper napisała ciekawą książkę obyczajową, która nieprędko zniknie z księgarni na całym świecie. Zauważcie, że  jestem przedstawicielką już kolejnego pokolenia, które daje jej zdecydowanie dobrą notę. Polecam.


Tytuł : "Jeźdźcy"
Autor : Jilly Cooper
Wydawnictwo : Zysk i S-ka
Data wydania : 17 września 2018
Liczba stron : 852
Tytuł oryginału : Riders



Za możliwość przeczytania i zrecenzowania książki serdecznie dziękuję portalowi : 
https://sztukater.pl/


Książka bierze udział w wyzwaniu czytelniczym :

http://www.posredniczka-ksiazek.pl/2019/01/olimpiada-czytelnicza-2019-zapisy.html

"Czarownice z Manningtree" Beth Underdown

"Czarownice z Manningtree" Beth Underdown

     Zapewne każdy z nas zna historię o czarownicach z Salem- głośnym procesie w Stanach Zjednoczonych, z 1692 roku w wyniku którego 18 kobiet zostało skazanych na śmierć za uprawianie czarów. Wszystkie zostały powieszone. Jednak by usłyszeć więcej takich przerażających historii nie musimy wybierać się za ocean. Czasy inkwizycji to czarna karta w historii Kościoła. Praktycznie cała Europa urządzała pokazowe polowania na czarownice, które trwały kilkaset lat. Zginęły tysiące kobiet, których jedynym przewinieniem była ich "inność". Książka Underdown opowiada o losach prawdziwej postaci, w prawdziwych realiach XVII wiecznej Anglii. I choć cała fabuła jest fikcją literacką to słychać w niej echa historii.

Essex, Anglia, 1645. Alice Hopkins wraca do małego miasteczka, w którym dorastała. Wdowa, z dzieckiem i bez perspektyw, jest zmuszona znaleźć schronienie w domu swojego młodszego brata. W ciągu pięciu lat, kiedy jej nie było, chłopiec, którego znała, stał się człowiekiem wpływowym i bogatym lecz jednocześnie szalonym. Alice odkrywa, że Matthew jest bezlitosnym, samozwańczym, łowcą czarownic. Kobieta próbuje wpłynąć na brata. Wkrótce natrafia na sekret rodzinny, którego ujawnienie może mieć poważne konsekwencje. Przestraszona i zaszczuta musi wybierać pomiędzy bezpieczeństwem swoim i dziecka oraz a własną duszą. 

Matthew Hopkins, jeden z głównych bohaterów, jest postacią historyczną. Mężczyzna ten począwszy od 1644 roku, przyczynił się do śmierci prawie 200 kobiet. Wraz z czwórka swoich pomocników, dwoma mężczyznami i dwoma kobietami, torturował podejrzane stosując jedne z najbrutalniejszych ówczesnych metod, między innymi "pławienie" (ordalię). Choć nigdy nie został prawnie uznany ani przez króla ani przez Kościół, jego renoma bezwzględnego inkwizytora docierała do najdalszych zakątków królestwa. Za oczyszczenie wioski z czarownic pobierał sowitą zapłatę, co w krótkim czasie pozwoliło mu się znacznie wzbogacić. Do końca nie wiadomo co było przyczyną nienawiści mężczyzny do kobiet, jednak wykraczało to daleko poza podłoże religijne. Choć wiadomo, że Matthew miał braci, źródła historyczne nie podają żadnej wzmianki o siostrze, a to właśnie z jej perspektywy napisana jest cała opowieść. Zastanawiam się dlaczego autorki, boją się narracji z punktu widzenia mężczyzny? Czy ma na to wpływ nieznajomość męskiej psychiki? Jednak dlaczego wybór padł właśnie na Alice? Matthew z pewnością miał matkę która mogła posłużyć za wiarygodnego narratora. Autorka mogła wykorzystać którąś z ofiar prześladowania, której udało się przeżyć. Jaki był sens w tworzeniu całkowicie nowej bohaterki? Bohaterki, która poprzez swoje doświadczenia i obserwacje opisuje nam obraz swojego brata, owładniętego rządzą mordu psychopaty. Długo się zastanawiałam, czy książka ta nie byłaby lepsza jeśli patrzyłabym na świat oczami Matthew, siedziała w jego głowie. Choć Alice stara się zrozumieć, co sprawiło, że jej brat z ciekawego świata i radosnego młodego mężczyzny, stał się potworem, to perspektywa osób trzecich zawsze w jakiś sposób zaciemnia obraz rzeczywistości. Pozostają luki, które ciężko będzie zastąpić. Alice była znakomitą obserwatorką jednak odnosiłam wrażenie, że nie ma zbyt dużego wpływu na wydarzenia. Co zresztą jest całkowicie naturalne kiedy mowa o Anglii połowy XVII wieku, kiedy kobiety nie miały prawa głosu. Więc jaki był sens tworzenia bezsilnej bohaterki? 

Autorce w fenomenalny sposób udało się odtworzyć klimat epoki.  XVII wiek to były mroczne czasy dlatego nie dziwi, że i sama książka jest niezwykle mroczna i klaustrofobiczna. Atmosfera małych angielskich miasteczek była oddana w sposób niezwykle wiarygodny. Mogę wręcz powiedzieć, że poczułam się przeniesiona w czasie w miejsce odległe, przerażające i cuchnące strachem. Tak wiele kobiet zostało skrzywdzonych i zabitych, że wręcz czuć ich niespokojne dusze błądzące po traktach. Kobiet, których jedyną przewiną było urodzić się w czasach przesądów i zabobonów. Każdy przejaw inności, przedsiębiorczości, ekscentryczności czy po prostu indywidualizmu był powodem do wszczęcia procesu. Zręczny inkwizytor na każdego znalazł dowody. Czasem potrzebne był tortury, czasem wystarczyło dobre słowo od zazdrosnego sąsiada. Większość z ofiar Matthew Hopkinsa to kobiety starsze, pozbawione rodziny i przyjaciół, łatwe ofiary, które nie dostały możliwości obrony. Z góry skazane były na przegraną. Muszę przyznać, że jest to bardzo trudna w odbiorze powieść, ze względu na to, że wydarzenia w niej zawarte wydarzyły się naprawdę. Beth Underdown, dzięki świetnemu stylowi oraz plastycznemu językowi przeniosła na papier ten ogrom cierpienia, który był uczestnictwem ofiar inkwizytora. Żałuję jedynie braku odnośników do historii oraz Kościoła. "Czarownice z Manningtree" są wyrwaną z kontekstu historycznego opowieścią o opętanym rządzą mordu łowcy czarownic, o którym wiadomo tyle, że nie działa z ramienia Kościoła- przez który został zresztą napiętnowany. Stwarza to pozory wybielania autorytetu Kościoła, stawiając go po stronie ofiar, choć w innych krajach Europy, za przyzwoleniem papieża i kardynałów, płonęły stosy. Również sam główny bohater jest przedstawiony w taki sposób, że czytelnik ma ochotę mu współczuć, ale wie że nie może. Potwór to jest potwór. Dla zbrodniarza nie powinno być żadnej taryfy ulgowej. I tej demoniczności zła troszkę mi tutaj zabrakło. Nie można współczuć i cierpieć wraz z mordercą, który ma na swoim koncie setki ofiar, nie ważne co sprowokowało zmiany w jego umyśle. Alice kochała swojego brata, starała się go zrozumieć, pomóc go i przekonać do zaniechania morderczego morderczego procederu. Moim zdaniem powinna dążyć do tego żeby sam zawisnął na stryczku. 

Choć kobiety w XVII wieku traktowane były jako matki, żony i kochanki a nie obywatelki to muszę przyznać, że postać Alice, choć nadal stłamszona i bezsilna, jest dla mnie symbolem hardości ducha, odwagi i desperacji. Jak silną trzeba mieć psychikę by patrzeć na krzywdy wyrządzane innym ludziom? Ona nie tylko była bierną obserwatorką, ponieważ nie potrafiła zatrzymać swojego brata, czuła się jego wspólniczką, osobą współodpowiedzialną za śmierć wielu ludzi. Życie z takim przeświadczeniem musiało być istnym horrorem. Jednak nie dość, że Alice miała w sobie niesamowitą wolę życia, to jeszcze próbowała rozwiązać zagadkę z przeszłości, wierząc że da jej to odpowiedź na pytanie : dlaczego? I pomoże wyrwać jej brata ze szponów demonów.

"Czarownice z Manningtree" to dobrze napisana powieść historyczna, w której fikcja literacka przeplata się z tragicznymi wydarzeniami z połowy XVII wieku. Widać, że autorka zadała sobie wiele trudu by poznać panujące wtedy realia i dzięki wielkiemu talentowi pisarskiemu, była w stanie podać to czytelnikowi w trzymającej w napięciu formie. Dodam, że zakończenie powieści, a szczególnie ostatnie zdanie, było jednym z lepszych, najbardziej zaskakujących a jednocześnie przerażających spośród czytanych przeze mnie książek gatunku. Brawo. Historia ta , to nie tylko makabryczny opis inkwizytorskich praktyk, to również przypomnienie do czego może doprowadzić kiedy zbyt wiele władzy trafia w ręce ogarniętych paranoją, nikczemnych istot ludzkich. Polecam. 


Tytuł : "Czarownice z Manningtree"
Autor : Beth Underdown
Wydawnicwo : Prószyński i S-ka
Data wydania : 23 sierpnia 2018
Liczba stron : 376
Tytuł oryginału : The Witchfinder's Sister


Za możliwość przeczytania i zrecenzowania książki serdecznie dziękuję wydawnictwu : 




https://www.proszynski.pl/

 
"Hilda" Nicola Griffith

"Hilda" Nicola Griffith

Tytuł : "Hilda"
Autor : Nicola Griffith
Wydawnictwo : Zysk i S-ka
Data wydania : 4 września 2017
Liczba stron : 620
Tytuł oryginału : Hild




Koneserom



Uwielbiam książki historyczne, szczególnie te opowiadające o dziejach Wielkiej Brytanii i Irlandii gdyż właśnie tu przyszło mi spędzić ostatnie 10 lat życia. Gortner, Gregory, Mantel to nazwiska do których czuję sentyment. Myślałam, że Nicola Griffith dołączy do tego zacnego grona i zajmie chlubne miejsce na mojej półce powieści historycznych. Czy brytyjsko-amerykańskiej pisarce udało się podbić moje serce? Swoją pierwszą przetłumaczoną na język polski książką z pewnością dowiodła, że jest mistrzynią researchingu. Cechuje ją wytrwałość, ambicja i niezwykła dbałość o szczegóły. Czy to wystarczy by napisać dobrą książkę? Tym razem, pomimo epickości dzieła, czegoś zabrakło. Jednak nie traćmy nadziei. "Hilda" to dopiero pierwszy tom trylogii więc wszystko się może zdarzyć.

Hilda z Whitby urodzona została w 614 roku w Nortumbrii. Ochrzczona w wieku 13 lat dwadzieścia lat później wstąpiła do zakonu by całkowicie oddać się służbie Bogu. Jak na realia VII w. była kobietą wykształconą, studiowała Pismo Święte i łacinę, była autorytetem nie tylko wśród zwykłych ludzi i duchowieństwa, o radę prosili ją również uczeni i władcy. Pomimo roli jaką odegrała w ówczesnym społeczeństwie historia o niej zapomniała. 

Powiem szczerze, że gdyby nie nasza autorka nigdy bym się nie dowiedziała o istnieniu Hildy z
Whitby. Co prawda uwielbiam książki historyczne jednak mój książkowy wehikuł czasu nigdy jeszcze nie zabrał mnie aż tak daleko, do początków VII wieku, czasów kiedy król Nortumbrii, Edwin, przyjmował chrzest od przybyłego z Rzymu świętego Paulina z Yorku. Książka ta opowiada nie dość, że o fascynujących ludziach, to jeszcze ciekawych czasach, kiedy chrześcijaństwo dopiero zaczynało raczkować, a kult pogański był niezwykle trudny do wytrzebienia. To mroczna, brutalna, pełna opowieści i zabobonów powieść kiedy królowie zamiast zbytkiem otaczali się zaufanymi ludźmi, szukali krótkotrwałych sojuszów i żyli z dnia na dzień w jakże odmiennych czasach. 
Ze względu na niezwykłą drobiazgowość autorki i jej dbałość o szczegóły nie trudno jest czytelnikowi wyobrazić sobie Anglię VII w. Nicola Griffith z pietyzmem odmalowała zarówno szarość życia codziennego jak i wojenną zawieruchę. "Hilda" to jedna z tych powieści, której akcja opiera się na szczegółach czyli możemy się domyślać, że będzie ona gratką dla cierpliwych czytelników, którzy oprócz rozrywki liczą również na poszerzenie swojej wiedzy. Bo ładunek dydaktyczny mamy tutaj na pierwszym miejscu. Jednak zamiast miejsc i dat, jak w encyklopedii, mamy następujące po sobie wydarzenia, kawałki mozaiki  składającej się na obraz ówczesnych czasów. Autorka zadała sobie mnóstwo trudu (materiały do książki zbierała przez wiele lat) by przybliżyć czytelnikowi realia polityczne, wojenne sojusze, język i obyczaje oraz przyrodę Nortumbrii. Choć niewątpliwie to właśnie ten kawałek ziemi grał pierwsze skrzypce, autorka nie zapomniała o naszej tytułowej bohaterce i znalazła dla niej zaszczytne miejsce. Hildę poznajemy jako młodą dziewczynę i razem z nią i jej najbliższymi spędzamy dzieciństwo i wczesną młodość. 
Język książki jest tak plastyczny, że często zapominałam, że mam do czynienia z postacią o której kronikarze zapomnieli. Autorka przedstawiła taki obraz Hildy, że już zawsze będzie dla mnie postacią Nicoli Griffith- inaczej być nie może, ambitną, inteligentną i charyzmatyczną kobietą, która uczyniła wiele dla ludzkości i chrześcijaństwa. Była prawdziwą świętą.

Muszę przyznać, że oprócz detali, książka przeładowana jest również postaciami. I choć możemy się sporo dowiedzieć o ówczesnych gwarach i narzeczach czy przyrodzie, tak nasi bohaterowie a szczególnie postaci drugoplanowe, znajdują się w cieniu i nikt nie zadał sobie trudu by nadać im wyszukane cechy osobowościowe. No i te imiona. Kiedyś, jadąc południem Wielkiej Brytanii, złapałam w radiu lokalną walijską stację. To co usłyszałam kazało mi zatrzymać samochód i dokładnie się wsłuchać w język w jakim prowadzona była audycja. Z jednej strony dialekt rodem z Tolkiena z drugiej jakby język gaelicki, jednak w żadnej mierze nie podobny do języka angielskiego. Był to język w którym niezbyt zawracają sobie głowę samogłoskami dzięki czemu pełno tu wyrazów bardziej przypominających szczekanie niż ludzką mowę. Przyznam bez bicia, że jedynym imieniem czy nazwą własną, którą zapamiętałam z tej książki, było właśnie "Hilda". I to nie tylko trudność w wymowie miała na to wpływ. Autorka ma tendencję do osierocania bohaterów w połowie zdania. Poznajemy ich, pijemy razem wino by w następnym zdaniu pożegnać i spotkać ponownie kilkadziesiąt stron później kiedy już zdążyliśmy zapomnieć kto zacz. Ja chciałam poznać ich dzieje i historię. 

Pomimo chaosu fabularnego, męczących nazw własnych i żyjących własnym życiem (a konkretnie jego brakiem) bohaterów ,"Hilda" to monumentalna powieść historyczna napisana z pasją i miłością do głównej bohaterki. Jest to książka dla wytrzymałych czytelników, pasjonatów historii, których nie będzie raził poniekąd encyklopedyczny język. Rozbudowane i skomplikowane zdania, mnóstwo szczegółów i dość powolna akcja sprawiają, że książce trzeba poświęcić czas by w pełni ją zrozumieć. Jest to powieść, która bardziej uczy niż bawi. Polecam koneserom powieści historycznej i tym, którzy pragną poszerzyć swoją wiedzę odnoście tamtego okresu. Będzie ciężko ale warto. 




Za możliwość przeczytania i zrecenzowania książki serdecznie dziękuję wydawnictwu : 


Copyright © 2014 CZYTANKA NA DOBRANOC , Blogger