Pokazywanie postów oznaczonych etykietą trylogia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą trylogia. Pokaż wszystkie posty
"Dziedzictwo krwi" Amélie Wen Zhao

"Dziedzictwo krwi" Amélie Wen Zhao

 Kolejna szybka, w większości zabawna, napisana z podwójnej perspektywy, pełna akcji, podniecająca, mroczna, debiutancka pierwsza książka trylogii jest już za mną, a jej główny bohater-oszust , , który zdecydowanie ukradł całe show, skradł i moje serce.  Kochałam dosłownie wszystko o Ransomie Złotoustym, no może oprócz   jego imienia, które momentami wydawało mi się zbyt groteskowe ( i o wiele za bardzo kojarzyło mi się z zabawami, o których nie było mowy w tej książce). Czytajac, przyłapałam się na tym, że wybiegałam w myślami do czasów, kiedy autor wpadnie na pomysł i stworzy powieść, w której to Ransom będzie opowiadał o swoich przygodach. Byłoby to coś w stylu pamiętnika  Jacka Sparrowa, który nie nakłada eyelinera, spotyka kapitana Killiana Hooka z OUAT (irlandzki urok Colina O'Donoghue) oraz Rusty'ego Ryana (postać Brada Pitta z serialu Ocean's Eleven, ponieważ obaj śliczni chłopcy są blondynami!). Oj to dopiero by się działo :)


W Cesarstwie Cyrilyjskim dyskryminacja powinowatych jest powszechna. Ich rozmaite zdolności kontrolowania żywiołów uznawane są za nienaturalne i niebezpieczne. A księżniczka koronna Anastazja Michajłowna ukrywa jedno z najbardziej przerażających powinowactw.Jej zdolność kontrolowania krwi długo trzymano w tajemnicy. Po zabójstwie ojca Ana staje się jednak jedyną podejrzaną. Żeby ratować własne życie, musi odnaleźć mordercę. Za murami pałacu szybko się przekonuje, że Cyrilia jest państwem na wskroś skorumpowanym, a spiskowcy już planują, jak obalić stary porządek.Istnieje tylko jedna osoba, która może pomóc Anie dotrzeć do źródła tego spisku – Ramson Złotousty. 


Fabuła rozgrywa się w Imperium Cyrylijskim, gdzie  zaczęli się ujawniać powinowaci,którzy uważani są za zagrożenie, ponieważ jeśli nie będą w stanie kontrolować swoich nadprzyrodzonych mocy, sprowadzą na ich ziemię masakrę i  śmierć.  Księżniczka koronna  Anastazja Michajłowna ma najgroźniejsze powinowactwo, Powinowactwo Krwi, które zmusza ją do ukrywania się za murami pałacu, gdzie żyje w cieniu i samotności. Kiedy jej ojciec król, zostaje zamordowany, młoda dziewczyna zostaje uznana winną zabójstwa. Jednak udaje jej się uciec  z lochu. Jest zdeterminowana, aby znaleźć zabójcę, który zabrał jej ojca oraz oczyścić swoje imię. Pomaga jej w tym  Ransom Złotousty, łotrzyk i oszust. Przygotuj się więc na przygodę i  wyjątkową, ekscytującą, porywającą opowieść o Anastazji. Rzeczą, która podobała mi się najbardziej w tej książce był zdecydowanie Ransom (Po angielsku imię to brzmi Okup, i tak zdecydowanie byłabym stanie sporo zapłacić by móc dostać go więcej). Interesujące również były fragmenty związane z handlem powinowatymi, którzy byli porywani i zamykani w klatkach niczym zwierzęta na targu. Były to jedne z najbardziejrozdzierających serce części książki, odzwierciedleniem nielegalnego handlu ludźmi, który obecnie generuje 150 miliardów dolarów roczni! Dodatkowo na plus działało szybkie tempo, mnóstwo zagadek i tajemnic oraz masa zwrotów akcji. 

 Co mi się nie podobało? Pewnie większość czytelników się ze mną nie zgodzi, ale najsłabszym ogniwem tej książki była Ana, do której nie mogłam się przekonać. Pewnie zdarzyło wam się trafić na bohaterów, którzy ani was nie ziębili ani rozgrzewali, po prostu byli wam obojętni. W sumie to nie wiem dlaczego Ana nie wzbudziła we mnie głębszych uczuć,  może została przyćmiona przez Ransoma ? Może na mojej sympatii zaważył fakt iż ta młoda dziewczyna za szybko stała się morderczynią, kiedy kiedy jeszcze nie wiedziała jak używać swoich mocy i jak nawiązywać relacje z ludźmi? Anastazja jest pełna temperamentu, trochę naiwna, zdezorientowana, zagubiona, ale też potężna i niebezpieczna. Myślę, że w kolejnych sequelach możemy być świadkami jej zmian, metamorfozy, dzięki czemu stanie się lepszą, pełniejszą postacią. Kolejną rzeczą która zagrała na niekorzyść tej powieści były dość przewidywalne, niezbyt zaskakujące zwroty akcji. Doświadczony czytelnik z pewnością przewidzi bieg wypadków. Dlatego uważam iż "Dziedzictwo krwi" jest lekturą raczej dla młodszych czytelników lub też tych, którzy dopiero zaczynają swoją przygodę z literaturą fantasy. 

Ostatnio parokrotnie zdarzyło mi się trafić na książki fantasy inspirowane historią carskiej Rosji. Myślę, że jest to nowy trend w tym gatunku, który dopiero zaczyna się rozwijać. Anastacya (oryginale imię postaci) to tak naprawdę księżniczka Anastazja Cyrilia jest inspirowana Rosją, pojawiają się nawet wyrazy zaczerpnięte z języka rosyjskiego. Na dodatek dopatrzyłam się tutaj fragmentów bardzo przypominających  rosyjską wojnę domową( z czerwonymi i białymi płaszczami). Oczywiście wszystkie te rzeczy umieszczone są w wymyślonej przez autorkę scenerii fantasy.
Pisanie jest naprawdę dobre aż trudno było mi uwierzyć, że to debiut!  Oczywiście czasami Wen Zhao nadużywała banalnych zdań, które tej historii były niepotrzebne,  ale nadrobiła to mnóstwem akcji , która nie ustaje ani na moment. Cały czas coś się działo i nie sądzę, żebym kiedykolwiek czuła, jakby coś było tam tylko po to, żeby *zapełnić* przestrzeń.

Myślę, że najbardziej podobało mi się w tej książce to, że wszystko było "szare". Zarówno Ana, jak i Ramson mają w sobie dobro, ale każde z nich dokonało w życiu czynów, które były niegodne i złe.  Zabijali, kłamali i krzywdzili innych. Wszystko w imię sprawiedliwości i zemsty. I chociaż kibicowałam im przez cały czas, wiedziałam że nie są niewiniątkami. Może nie są to typowi bohaterowie jakich chcą czytelnicy, ale są tymi  których ci ludzie potrzebują. I już się nie mogę doczekać kiedy wyruszę z nimi w dalszą drogę aby naprawić ten zły świat.  Polecam. 


Tytuł : "Dziedzictwo krwi"

Autor : Amélie Wen Zhao

Wydawnictwo : Rebis

Data wydania : 31 lipca 2021

Liczba stron : 432

Tytuł oryginału : Blood Heir 

 

Za możliwość przeczytania i zrecenzowania książki serdecznie dziękuję wydawnictwu : 



Kings of the Wyld

 
 


A dostępna jest w salonach lub sklepie internetowym sieci :  
https://www.empik.com/zbyt-blisko-daniels-natalie,p1227335289,ksiazka-p
 
 
 
 

 

"Ofiara dla burzy" Dolores Redondo

"Ofiara dla burzy" Dolores Redondo

Jest noc. Ojciec wchodzi do pokoju swojej córeczki,  która spokojnie śpi. Podnosi pluszowego misia, przykłada go do twarzy dziecka i trzyma dopóki dziewczynka się nie udusi. Zabawka nie pozostawia żadnego śladu na jej twarzy. Pluszowe misie w pokoju z przerażeniem obserwują tę scenę, podczas gdy babcia dziewczynki śpi w  pokoju obok  znużona opieką nad dzieckiem podczas nieobecności rodziców. Właśnie tak zaczyna się trzecia część trylogii Doliny Baztán Dolores Redondo. Prawda, że zapowiada się ciekawie i przerażająco? O tak... a potem jest jeszcze lepiej. "Ofiara dla burzy" to nienaganna powieść detektywistyczna  która zadowoli nawet najbardziej wybrednych czytelników.

 

W dolinie rzeki Baztán w niewyjaśnionych okolicznościach umiera niemowlę. Tajemnicza czerwona plamka na czole zmarłej dziewczynki wzbudza podejrzenia śledczych. Dochodzenie utrudniają dziwne zachowanie ojca dziecka i silna wiara babci, że za śmiercią wnuczki stoi Inguma, baskijski demon, który wysysa oddechy dzieci i wypija ich dusze podczas snu.
Czy dziewczynka zmarła przez przypadek? Czy ojciec mógł zabić z zimną krwią własną córeczkę? A może jej śmierci rzeczywiście winny jest mityczny demon?


Akcja trzeciej i ostatniej części Doliny Baztán rozpoczyna się w miesiąc po wydarzeniach z poprzedniego tomu. Detektyw Amaia odzyskuje syna Ibai, a Berasategui zostaje aresztowany. Amaia nadal poszukuje swojej matki i chociaż policja zapewnia ją, że kobieta nie żyje, nasza główna bohaterka ma przeczucie , że została ona porwana. Tym razem Salazar i jej zespół będą musieli zmierzyć się z nowym przypadkiem, nagłą  śmiercią noworodka ale z powodu śladów, które dziecko ma na twarzy, Amaia zacznie podejrzewać, że nie nastąpiła ona z przyczyn naturalnych.  Rozpoczyna  się dochodzenie, w którym pojawi się więcej zgonów , więcej zamordowanych dzieci, co dla mnie jako matki było największym horrorem, jaki kiedykolwiek czytałam. Jeśli czytaliście książki Dolores Redondo to zapewne wiecie, że autorka ta lubi się poruszać po cienkiej linii oddzielającej typową "rzeczywistą" fikcję literacką, (wydarzenia które mogłyby się zdarzyć w rzeczywistości) a fantastyką. Uwielbiałam tę mieszankę, którą stworzyła autorka  w trzech tomach swojej powieści kryminalnej. W pierwszej książce poznaliśmy „Basajaun”, mitologiczną istotę, w drugiej książce pojawiło się „Tarttalo”, a w trzeciej spotykamy „Ingumę”, demona, który "wysysa" oddech niemowląt podczas snu. Pióro autorki, podobnie jak w poprzednich książkach, pozostaje zwinne, proste i uzależniające. Od pierwszego rozdziału udało mi się wciągnąć w bardzo dobrze utkany i tajemniczy spisek.

Dolores Redondo kolejny raz obudziła we mnie przemożną potrzebę czytania. Czytałam w domu, w pracy, w autobusie a nawet w windzie. Otwierałam książkę na  chociażby kilka sekund byle tylko dowiedzieć się co się stało w następnym akapicie. W "Ofirze dla burzy" kolejny raz przenosimy się do Doliny  Baztán, w której spotkamy się z matriarchalnym społeczeństwem pełnym silnych i niezależnych kobiet. Jednak tym co najbardziej mi się tutaj podobało była nietypowa, bardzo mroczna i poniekąd duszna atmosfera tego miejsca. Do doliny dociera niewielka ilość światła, za to deszczu jest tutaj pod dostatkiem. Nie wiem dlaczego ale to właśnie deszcz kojarzy mi się z morderstwami, przestępstwami, czymś złym. Deszcz i mrok. Czasami miałam wrażenie jakby autorka wykazała się szóstym zmysłem i wykorzystywała to czego się strasznie boję (burze) do podsycania mojego strachu i jednocześnie ciekawości. Kiedy już miałam wrażenie, że zaczynam się domyślać o co może chodzić i gdzie szukać rozwiązania tajemnicy,  Dolores Redondo wyciągała asa z rękawa i wszystko na powrót stawało się obce, przerażające i nieprzewidywalne.  Siła tej powieści  tkwi w dobrze uargumentowanej, dobrze utkanej historii i doskonale zarysowanych postaciach. Reżyser Fernando González Molina, znany chociażby z produkcji filmu "Trzy metry nad niebem" (2010) podjął się ekranizacji wszystkich części trylogii.  "Ofiara dla  burzy", której premiera była początkowo planowana w kinach,  z powodu pandemii , niedawno zadebiutowała na platformie Netflix. Poza wątkiem kryminalnym i morderstwami , jak mówi sam reżyser,  jest to opowieść „o matkach, które nie kochają swoich córek, matkach, które chcą chronić swoje dzieci i matkach, które boją się samych siebie". Salazar jest absolutną bohaterką wszystkich tych filmów (i książek), które znajdują się w połowie drogi między grecką tragedią a Danem Brownem. 


W trylogiach zwykle bywa tak, że to pierwszy i ostatni tom są tymi najlepszymi. Jeden dlatego, że otwiera powieść, a drugi bo ją domyka. W trylogii Baztán wszystkie trzy części są bezdyskusyjnie dobre, interesujące i intrygujące. Sprawy posuwają się naprzód, komplikują się, odkrywane są nowe fakty, które pochodzą ze starych opowieści, wątki zaczynają się przeplatać... ... Oznacza to, że pomimo tego, że wydaje się, że Amaia bada trzy różne dochpdzenia to tak naprawdę jedna i ta  sama sprawa, która nie może zostać zakończona, dopóki wszystko inne nie zostanie rozwiązane.Ale cóż to było za zakończenie. Dolores Redondo osiągnęła poziom wprost mistrzowski. W historii tej jest wszystko to co lubię : miłość, sekrety,  morderstwa, psychopaci, sekty, kłamstwa, niebezpieczeństwa ...czego chcieć więcej? 


Książki, które stały się zjawiskiem masowym, są zwykle przesadnie lekkie, ale Redondo zaskakuje refleksjami na temat wykorzystywania wiary do manipulowania ludźmi oraz niebezpieczeństw sekt, które mogą wciągnąć każdego. Nawiasem mówiąc, opisy doliny Navarrese, w której toczy się akcja, są nadal tak ekscytujące, że nic dziwnego, że turystyka w okolicy eksplodowała. Jak tylko skończy się lockdown i będzie można znowu bezpiecznie podróżować , to z pewnością sama się tam wybiorę. I mam nadzieję, że do tego czasu autorka wyda kolejną, równie ciekawą i wciągającą książkę. Jak by się dobrze przyjrzeć to znajdzie się parę wątków, które nie doczekały się zamknięcia, czy to oznacza, że Redondo , pomimo swoich zapewnień, zostawiła otwartą ku kontynuacji furtkę? Poczekamy, zobaczymy. A tymczasem polecam wam całą trylogię. 

 

Tytuł : "Ofiara dla burzy"

Autor : Dolores Redondo

Wydawnictwo : Czarna Owca

Data wydania : 13 stycznia 2016

Liczba stron : 544

Tytuł oryginału : Ofrenda a la tormenta 

 

Za możliwość przeczytania książki i jej zrecenzowania serdecznie dziękuję wydawnictwu :  

https://www.czarnaowca.pl/

 

"Siedem czarnych mieczy" Sam Sykes [PREMIEROWO]

"Siedem czarnych mieczy" Sam Sykes [PREMIEROWO]

Zamawiając tę książkę do recenzji, nie wiedziałam że jest ona pierwszą częścią trylogii. Zobaczyłam fajny tytuł, sprawdziłam że ma ponad 600 stron i dość ciekawie zapowiadającą się fabułę i po prostu złożyłam "zamówienie". W dzisiejszych czasach fani fantasy mają ciężko. Autorzy stawiają na serie czy po prostu trylogie, bardzo rzadko można trafić na książkę, która sama w sobie jest całością. Jednak wyobraźcie sobie, że "Siedem czarnych mieczy" można potraktować jak jedną historię z początkiem, mięsistą treścią i domkniętym końcem. Dlatego też nawet jak nie będziecie chcieli czytać dalej, to satysfakcja pozostanie. Sam Sykes nie zmusza was do kupowania wszystkich części a oferuje wam potrójną przygodę, którą możecie zacząć nawet od końca. Nie ma tutaj oczywistego cliffhangera, który zmusi nas do czekania miesięcy a nawet lat na kolejną część. Brawo, właśnie tak się powinno traktować czytelników by zyskać ich wierność. A jak do tego ma się fantazję i lekkie pióro, a także nie boi się innowacyjności to możemy się spodziewać czegoś epickiego. 

Okradziono ją z magii.

Pozostawiono na śmierć.

Zdradzonej przez tych, którym ufała najmocniej, i odartej z magii Sal Kakofonii nie pozostało nic prócz imienia, sławy i legendarnej broni. Ma jednak wolę silniejszą od czarów i świetnie wie, dokąd pójść.

Blizna to kraina rozdarta przez potężne imperia, do której zbuntowani magowie się udają, żeby zniknąć, zhańbieni żołnierze umrzeć, Sal zaś idzie tam z mieczem, bronią i listą siedmiu nazwisk. Zemsta sama w sobie jest nagrodą.

Muszę przyznać iż Sam Sykes mnie zaskoczył bowiem stworzył dzieło jakiego się nie spodziewałam, coś nowego, innowacyjnego, co było istnym powiewem świeżości w gatunku fantasy. Stworzył fantastyczną historię inspirowaną niczym innym tylko westernem. Ja jestem z tego pokolenia, które pamięta programy telewizyjne z lat 80-tych. Po dobranocce i dzienniku, w niedzielę, był obowiązkowy film z "dzikiego zachodu"... o matko jak się na to czekało (szczególnie mój tata się bardzo dokładnie przygotowywał byle tylko nie musieć wstawać podczas emisji). Choć czasy komuny nie były okresem dobrobytu i szczęśliwości do zdecydowanie odczuwam do nich pewien sentyment, w końcu to było moje dzieciństwo. Dlatego jak tylko się zorientowałam, że "Siedem czarnych mieczy" to historia pełna banitów i samotnych strzelców, a nasz główny bohatera podróżuje samotnie  przez pustynię (no może z zaufanym rumakiem), to się zakochałam . Nie zraziło mnie nawet to, iż rzeczony rumak jest niczym innym jak gigantycznym, złośliwym ptakiem  inspirowanym postacią Chocobos z Final Fantasy (kto grał będzie wiedział o co chodzi). 
Fabuła książki koncentruje się na Sal , który czeka na swoją egzekucję. Przed śmiercią postanawia wygłosić ostatnią spowiedź, i opowiedzieć o wydarzeniach, które doprowadziły ją do opuszczenia kilku płonących miast i pozostawienia za sobą wielu ofiar śmiertelnych.  Przyznaje, że  kiedyś była zupełnie inną osobą i opowiada o tym, jak powstała listę osób, które odebrały jej dawne życie.
Brzmi troszkę jak fabuła "Kill Billa" Quentina Tarantino, nieprawdaż? Choć widać tutaj podobny schemat to  nie jest to książka o wybieraniu nazwisk z listy jeden po drugim i wymierzaniu im sprawiedliwości.  Powieść Sykes jest bardziej klasyczną opowieścią o zadaniach, która koncentruje się na podróżach i celach, a zemsta dokonywana jest w trakcie .Jednak to, co sprawia, że ​​jest to interesujące, to fakt, że Sal tak naprawdę nie widzi aspektu misji, widzi tylko nazwiska na swojej liście i zrobi wszystko aby je skreślić (nawet jeśli oznacza to, że zrobi coś dobrego, aby tego dokonać).

Wszystkie postacie w tej książce to prawdziwa uczta. To, co osiąga Sykes, jest czymś w rodzaju magii pod względem postaci. Każdy złoczyńca, który się pojawi, czy to w jednym rozdziale czy też będzie nam towarzyszył do końca historii, jest interesujący i wyjątkowy.Już na samym początku książki, zanim główna fabuła zacznie działać, poznajemy się z fenomenalną postacią która podczas pojedynku, prowadzi uprzejmą rozmowę i słucha opery. Każdy, podkreślam KAŻDY z bohaterów, nawet Ci peryferyjni, jest na tyle interesujący, że chciałam dowiedzieć się o nich więcej.
Sal to zachwycająca prowadząca, którą cechują wdzięk, humor i nieprzewidywalność. Jest postacią, która ma blizny zarówno fizyczne, jak i emocjonalne, a mimo to musiała nauczyć się z tym żyć. Musiała znaleźć motywację, by iść dalej, i w zachodnim stylu gra klasycznego "dryfującego" łowcę nagród. Inną postacią, która naprawdę mi się podobała, jest Liette, która okazuje się być kimś w rodzaju uniwersalnej postaci wspierającej, działającej jako zbrojmistrz, sanitariusz i szalony naukowiec. Jest bardziej cyniczna niż Sal, a jednocześnie ma więcej nadziei na poprawę sytuacji. Nie powiem o niej więcej niż to, poza tym, że każda scena z nią była przyjemnością i żałuję, że nie została wykorzystana trochę częściej. 
Książka jest również bardzo zabawna. Przez cały czas szczerze się śmiałam. Postacie są bardzo złośliwe i cyniczne, więc humor może nie być dla wszystkich, ale osobiście przez cały czas  miałam banana na ustach. Wiele razy myślałam o opublikowaniu cytatów z postępów lektury na Instagramie, ale łapałam się na tym ,że  duża część humoru wymaga kontekstu sceny, aby była zabawniejsza ... ale kiedy masz już ten kontekst, jest tu kilka perełek dialogowych.


Mam kilka drobnych skarg, ale tylko dwie są naprawdę godne uwagi. Po pierwsze, środek książki jest nieco zbyt chaotyczny, zbyt dużo dzieje się naraz. Ktoś szuka kogoś do zabicia, a potem udaje się do następnego "punktu kontrolnego". Jak na tak poważny temat  było to zbyt szybkie i niefrasobliwe. Drugi "problem" z tą historią to lekka irytacja postacią Sal. Pod wieloma względami jest bardzo dobrze napisaną postacią. Jest zabawna, sprytna… ale ktoś tak cyniczny, którego zdradzono tyle razy w przeszłości, powinien chociażby się zastanowić czy nie wpadł w pułapkę, kiedy nagle wszystko zaczyna się układać po jego myśli. Rozumiem, że w większości tych scen napięcie jest wysokie, a ona ma do czynienia z wieloma sprzecznymi emocjami, jednak jak na tak silną bohaterkę powinna umieć zachować trzeźwość umysłu. 

Przez prawie 700 stron nie mogłam się powstrzymać od podziwiania samych umiejętności autora jeśli chodzi o złożoność fabuły.. Nigdy nie odniosłam wrażenia, że coś jest zbył "długie" czy nudne. Sykes świetnie poradził sobie z przesiąkniętą krwią historią Sal, która miała kilka naprawdę mocnych momentów. Jego wyczucie czasu jest po prostu perfekcyjne! Złożone postacie, świetne dialogi, intensywna akcja, zniewalająco oszałamiający system magii, zawiłe budowanie świata, brutalna przemoc, humor, romans,  GIGANT PTAK jako rumak. Po prostu uwielbiałem tę książkę!


Tytuł : "Siedem czarnych mieczy"
Autor : Sam Sykes
Wydawnictwo : Rebis
Data wydania : 01 września 2020
Liczba stron : 656
Tytuł oryginału : Seven Swords in Black



Za możliwość przeczytania i zrecenzowania książki serdecznie dziękuję wydawnictwu : 



Kings of the Wyld

 
 

"Nowa Ewa. Początek" Giovanna Fletcher, Tom Fletcher

"Nowa Ewa. Początek" Giovanna Fletcher, Tom Fletcher

     Moi drodzy, z przykrością muszę się wam przyznać do wielkiego niedbalstwa z mojej strony. Otóż, jak po raz pierwszy zerknęłam na okładkę książki małżeństwa Fletcherów, to byłam święcie przekonana, że widzę napis "Nowa era. Początek". Po kilku rozdziałach zaczęłam sobie myśleć, że fajnie by było gdyby powieść tę zatytułować "Nowa Ewa", gdyż ta gra słów znakomicie oddaje iście biblijny klimat książki. Na pewni zdajecie sobie sprawę jak wielkie było moje zdziwienie, jak zerknąwszy ponownie na okładkę zobaczyłam, że moje marzenia się spełniły, i faktycznie pojawiła się tam nasza główna bohaterka Ewa. Muszę przyznać, że tytuł ten, jest jednym z lepszych i pasujących do fabuły, z jakimi się spotkałam. Z jednej strony jest on metaforyczny i polegający na grze słownej, z drugiej proroczy i jednocześnie zdradzający bardzo dużo za samej fabuły. Już samo to powinno was zainspirować, zaciekawić i poniekąd "zmusić" do sięgnięcia po tę książkę. Szczególnie zadowolone będą przedstawicielki płci pięknej, bo która z nas nie lubi czytać powieści, w których to od kobiet zależy przyszłość świata? No więc do dzieła Women Power!

Ewa jest taka, jak każda inna nastolatka… Tyle że na jej barkach spoczywa los całego świata.
Jest pierwszą dziewczyną, jaka się urodziła od pięćdziesięciu lat.
Jest odpowiedzią na ich modlitwy.
Jest ich ostatnią nadzieją.
Co oznacza, że ma do odegrania tylko jedną rolę…
Gdy kończy szesnaście lat, musi się zmierzyć ze swoim przeznaczeniem i dokonać wyboru. Wybierze mężczyznę, jednego z trzech starannie wyselekcjonowanych kandydatów.
Zawsze akceptowała swój los. Dopóki nie spotkała Brama. Teraz chce przejąć kontrolę nad swoim życiem.
Od Ewy zależy przyszłość planety. Czy dokona właściwego wyboru?

Muszę przyznać, iż sam pomysł na fabułę był nie dość, że wielce oryginalny to jednocześnie kontrowersyjny. Znajdujemy się w dystopijnym, praktycznie postapokaliptycznym świecie, gdzie praktycznie cała Ziemia, znalazła się po kilkumetrową warstwą wody (a przynajmniej stolica Wielkiej Brytanii, w której rozgrywa się akcja). Ponad powierzchnię wystają jedynie czubki najwyższych budynków, ocalałe drzewa oraz górskie szczyty (choć jak wiadomo w Anglii jest ich jak na lekarstwo). I oczywiście przetrwali również ludzie, jednak społeczeństwo zostało podzielone. Z jednej strony mamy Freewarów, walczących o wolność osobników, którzy zamieszkują miejsce zwane Centralem, a z drugiej uprzywilejowanych członków OZZ, organizacji której głównym celem jest "odrodzenie" ludzkości. Niestety aby tego dokonać mają bardzo mało czasu oraz możliwości. Istnienie Ziemian, zależne jest od jednej osoby, nastolatki Ewy, która właśnie weszła w wiek produkcyjny. Jak widzicie pomysł jest dość ciekawy, jednak czegoś mi tutaj zabrakło. Autorzy bardzo mało zdradzają z czasów "przed" apokalipsą. Wiem, że ludzie zezłościli matkę Naturę, wiem że były bombardowania i deszcze, które zalały Ziemię, jednak ani nie wiem kto walczył, ani po co. Zawsze mi się wydawało, że nasza planeta owszem potrafi się bronić przed człowiekiem, jednak nie robi tego w bezmyślny i agresywny sposób. Zabrakło mi tutaj szerokiego kontekstu i tła historycznego. Z tekstu wyławiałam skąpe informacje na temat tego, jak teraz wygląda życie, gdzie mieszkają obywatele, bądź co bądź wielkiego miasta, czym się zajmują i jakie mają przekonania. Za każdym razem kiedy fabuła przenosiła się za mury wieży, siedziby OZZ, moje zmysły się wyostrzały. Jednak chciałam zdecydowanie więcej. Nawet nie wiem czy na Ziemi jeszcze świeci słońce, czy też zapadła noc? Jakiego koloru drzewa mają liście i jak to możliwe, że ich korzenie od lat tonące w wodzie, do tej pory nie zgniły? Żałuję również, że nie został wykorzystany potencjał "męskiego świata". Kobiet na Ziemi zostało naprawdę niewiele, a najmłodsza z nich (oprócz Ewy oczywiście) ma ponad 50 lat. Szkoda, że autorzy nie chcieli pobawić się w jasnowidzów-filozofów, i nie przedstawili swojej wizji przemian męskich umysłów w świecie pozbawionym "kobiecości". Myślicie, że dzisiejsi samcy przeszli by nad tym do porządku dziennego? Nie wszczęliby rebelii i po prostu pogodzili się ze swoim losem? Owszem autorzy w końcu zabronili ostatnim kobietom wychodzenia samotnie na ulicę, jednak nie podano przyczyn. Musieliśmy się domyślać. Faceci bez kobiet są niczym łódź bez steru. Dryfują by w końcu wpaść na mieliznę. Jednak mają coś co odróżnia ich od kawałka drewna i niestety działa na ich niekorzyść, a tym czymś są hormony. Żałuję, że Fletcherowie nie pokazali "męskiego" świata który powoli zdziczeje, świata pełnego przemocy i nienawiści, sodomii i morderstw. Oraz oczywiście samobójstw. Bo tych by chyba było najwięcej. Oczywiście wiem , że "Nowa Ewa" to książka dla młodzieży, jednak można było z niej zrobić ciekawy traktat socjologiczny. Przed nami jeszcze dwa tomy, więc wszystko jest możliwe. 

Na okładce książki możemy przeczytać, że jest to powieść o miłości. Tak, nie da się ukryć, iż właśnie to uczucie jest tutaj motorem zachowań bohaterów. Niestety ja nie jestem wielką fanką "insta" miłości. Moim zdaniem to co rozkwitło i narodziło się pomiędzy bohaterami, nie wynikało z ich wcześniejszych działań, tylko zostało zrobione na pokaz dla czytelników i po to, by fabuła mogła ruszyć z miejsca. Choć bardzo się starałam, to nie mogłam uwierzyć w miłość pomiędzy Bramem (Hollie) i Ewa, nie kiedy dziewczyna przez cały życie znała go jako kogoś innego. Zresztą analizując jej wcześniejsze doświadczenia z mężczyznami, zwanymi Potencjalnymi, dziwię się, że jeszcze była w stanie komukolwiek zaufać. Podobnie jak rozbudowanego świata , zabrakło mi tutaj również rozbudowanych psychik bohaterów. Zazwyczaj sięgając po powieść młodzieżową spodziewam się tego, że postaci będą ewoluować, przechodzić metamorfozy, uczyć się na błędach i dorastać. Tutaj, zarówno Bram, Hartmann, Ewa, Vivian oraz inne drugoplanowe postaci, obdarzone zostały zestawem cech, z których miały korzystać, do samego końca. Nie było mowy o żadnych modyfikacjach, a co za tym idzie fabuła stała się przewidywalna. 
Książkę można podzielić na dwie części. W pierwszej poznajemy kim jest Ewa, co lubi robić, jak wygląda jej dzień i z kim spędza wolne chwile. Dowiadujemy się również czym jest OZZ, jak zbudowana jest wieża, oraz czym zajmują się Matki. No i oczywiście nie mogę zapomnieć o rodzicach Ewy, gdyż to właśnie ich historia, jest czynnikiem dla którego sięgnę po kolejne tomy.  Corinne, matka dziewczyny, zmarła przy porodzie, a jej ojciec Ernie, został zamknięty w szpitalu psychiatrycznym, za próbę uprowadzenia swojej córki. Jednak kiedy na jaw wychodzi, że mężczyzna wcale nie jest tym, co OZZ stara się wmówić swoim poplecznikom, a ciało Corinne zamiast spalone, znajduje się w komorze kriogenicznej, zaczynamy mieć nadzieję na to, że możemy doczekać się jeszcze happy endu. Jednak nie w tym tomie.  
Druga część książki, jest nieco bardziej dynamiczna. Znajdujemy się w społeczności walczących o wyzwolenie Ewy freewarów. Szykuje się coś grubego, co może zakończyć się śmiercią wielu osób. Teraz dopiero zaczęłam się cieszyć, iż nie poczułam szczególnej sympatii do żadnego z bohaterów. Do tej pory pamiętam śmierć Gandalfa Szarego we "Władcy pierścieni", która trafiła we mnie niczym emocjonalny pocisk. Tutaj nic takiego się nie dzieje. Owszem giną ludzie, jednak są oni wpisany w z góry założone straty. 
Samo zakończenie jest przewidywalne, jednak zachęca nas do sięgnięcia po kolejne tomy, gdyż bardzo dużo wątków pozostało niedomkniętych. 

Choć autorzy starali się zrobić z Ewy tą dobrą i pokrzywdzoną, a z Matki Vivian i doktora Wellsa czarne charaktery, tak w moim przypadku ich odbiór jako takich, wcale nie był taki jednoznaczny. Wyobraźcie sobie, że na ziemi żyje faktycznie tylko jedna kobieta. Czy jako świadomi zagłady ludzie, naukowcy, lekarze, politycy czy artyści (a nawet zwykli obywatele), puścilibyście ją wolno i pozwolili decydować i własnym życiu? Nie wydaje mi się. Taka osoba byłaby niczym bezcenne dobro Narodowe, a jednocześnie jedyna nadzieja na przyszłość i niestety musiałaby być traktowana jako królik doświadczalny i klacz rozpłodowa. Nie byłoby innego wyjścia. Dlatego nie rozumiem dlaczego zarówno Wells i Vivian, byli kreowani na tych złych, skoro w głębi serca to właśnie oni chcieli najlepiej. Stworzyli dla dziewczyny Kopułę, w której miała swój wolny od wojen i powodzi świat, zapewnili jej bezpieczeństwo a nawet zaprogramowali Holly, holograficzną przyjaciółkę, którą kierował prawdziwy, również nastoletni pilot. Owszem trzymali dziewczynę w nieświadomości, oszukiwali ją , jednak pomimo samego faktu, że kłamstwo jest złe, to robili to jedynie dla jej dobra. Ja potrafiłam zrozumieć jej rolę, jako żywego bojlera na embriony, bo przecież nie było innego wyjścia prawda? Zresztą ona od początku wiedziała co ją czeka, więc dlaczego zaczęła się buntować? To troszkę nie pasowało do jej charakteru. Ale zobaczymy co nam przyniosą kolejne części. Może  ta dość mdła i naiwna nastolatka przejdzie totalną metamorfozę i zmieni się w szukającego zemsty asasyna?

Małżeństwo Fletcherów ma trzech synów. Zastanawia mnie czy ich dość nietypowy model rodziny, był główną inspiracją dla napisania tej książki. Przecież Giovanna musi się czasami czuć jak tytułowa Ewa, gdyż to właśnie od niej, jako matki,przyjaciółki i kochanki, zależą losy jej małego świata, którym jest jej dom. Jeśli mam rację, to jest to dla mnie optymistyczny scenariusz. Jak na razie mam dwie córki, ale kto wiem, może kiedyś urodzi się trzecia, i sama poczuję pisarską wenę? Pomimo mankamentów i niedociągnięć, które cechują prawie każdy debiut literacki, "Nowa Ewa. Początek", jest ciekawą, oryginalną i trzymającą w napięciu książkę, która zachwyci niejednego fana literatury dystopijnej. Ja ciągle czekam na więcej. Póki co daję kredyt zaufania licząc na to, że nie zostanie ono zawiedzione. A to się okaże już za kilka miesięcy. 


Tytuł : "Nowa Ewa. Początek" 
Autor : Giovanna Fletcher, Tom Fletcher
Wydawnictwo : Zysk i S-ka
Data wydania : 25 czerwca 2019
Liczba stron : 496
Tytuł oryginału : Eve of Man


Za możliwość przeczytania i zrecenzowania książki serdecznie dziękuję wydawnictwu :  




 
 
 
 
            Książka bierze udział w wyzwaniu czytelniczym :


http://www.posredniczka-ksiazek.pl/2019/01/olimpiada-czytelnicza-2019-zapisy.html

"Gdy opadły emocje" Aneta Krasińska

"Gdy opadły emocje" Aneta Krasińska

     Ci, którzy śledzą mój blog wiedzą, czego się najbardziej obawiam, kiedy sięgam po książki polskich autorek. Otóż, moją największą zmorą, jest przewidywalność. Prawie każdy romans  i powieść obyczajowa polskich pisarek, które do tej pory przeczytałam, były oparte na tym samym schemacie. Każda z nich opowiadała historię nudnych, mało wyrazistych bohaterek, dla których największą rozrywką było popijanie malinowej herbatki i jedzenie pączków, koniecznie tych z różą. Wydaje mi się, iż taki obraz młodej Polki, a nawet matki-Polki, jest już nieco przestarzały. W czasach kiedy sprzedaż w Ikei wykładniczo wzrasta, ludzie żyją w zgodzie z Hygge a w kafejkach coraz częściej słyszymy stukot butów od Laboutina, picie naparów, wprost ze starych babcinych kubków, jest już passe. Pora zapomnieć o malowniczych dworkach, malinowych chruśniakach, papuciach i powidłach. Czekam, aż polskie autorki, na chwilkę oderwą się od klawiatury i dostrzegą ewolucję, którą przeszły kobiety w XXI wieku. Niech "Gdy opadły emocje " rozpocznie nowy trend w literaturze kobiecej, tren bez słodkich romansów, monumentalnych zdrad i wielkich dramatów. Aneta Krasińska opisała prawdziwe życie, które często jest po prostu...zwyczajne. I właśnie to jest w nim piękne.

Spotkanie po latach może skutkować sporą dawką emocji i zmianą życiowych planów.
Marcelina jest mężatką wychowującą nastoletnie bliźnięta. Bywa przytłoczona codziennymi obowiązkami. Od czasu do czasu jej przyjaciółka Magda próbuje to zmienić. Tym razem namawia koleżankę do udziału w imprezie zorganizowanej dwadzieścia lat po maturze. Spotkanie otwiera niezabliźnione rany.
Gdy opadły emocje to pierwsza część trylogii. Każdy tom poświęcony jest rozterkom innej osoby w związku z wydarzeniami z czasów liceum, gdy tworzyli zgraną grupę z nadzieją patrzącą w przyszłość.

Muszę przyznać, że pierwszy rozdział książki, wzbudził mój niepokój. Marceliną poznajemy w momencie, kiedy przygotowuje się do wyjścia na planowany po 20 latach zjazd absolwentów liceum, do którego uczęszczała. Na pierwszy rzut oka, główna bohaterka, symbolizuje sobą wszystko to czego nie lubię w fikcyjnych kobiecych sylwetkach. Choć ma niespełna 40 lat, zachowuje się jak ciotka Klotka, chodzi w "zdeformowanych", nudnych ubraniach, nie wie do czego służy maskara a jedyne co przychodzi jej z łatwością, to matkowanie prawie dorosłym dzieciom. Jesteście w stanie uwierzyć, że ktoś kto zdawałam maturę w 2008 roku, nie wie jak wysłać email z telefonu komórkowego? Marcelina jest ode mnie starsza zaledwie o 3 lata, a przepaść która nas dzieli jest większa niż rów Mariański. Ja rozumiem, że są na tym świecie tradycjonaliści, ludzie którzy cenią sobie spokój ogniska domowego, nie pociągają ich nowinki technologiczne a zamiast gazet opiniotwórczych wybierają telewizyjne "Trudne sprawy". Jednak nie mogę uwierzyć w to, że młoda kobieta, wychowana na komputerach i telefonach komórkowych, mało tego pracownica agencji reklamowej, gdzie zatrudniają zazwyczaj ludzi otwartych i postępowych, nie wie jak obsługiwać zwykły smartfon. Zastanawia mnie dlaczego polskie autorki, nagminnie ośmieszają swoje główne bohaterki? Robią z nich słodkie idiotki? Na całe szczęście w powieści Krasińskiej, pojawiła się postać, która uratowała tę książkę. A jest nią : Magda. To właśnie ona przedstawia sobą typową wyemancypowaną i wolną obywatelkę XXI wieku. Oczywiście możecie się ze mną spierać, że nie każda z nas mając 40 lat skacze z kwiatka na kwiatek, korzysta z pomocy rodziców i kupuje pieniądze za kredyt, na który nas nie stać. Oczywiście, zgadzam się z tym, że postać oryginalnej Magdy, jest przerysowana, jednak zdecydowanie bliżej mi do niej niż do nudnej, szarej Marceliny. Ideałem byłoby połączenie tych dwóch sylwetek w jedną. Wtedy dostalibyśmy matkę polkę na miarę naszego stulecia.
W książce oprócz dwóch głównych bohaterek pojawia się mnóstwo innych postaci. Co prawda nadal uważam, że nawet jak na klasę z Żyrardowskiego liceum, było ich stanowczo za mało. Autorka w ciekawy sposób pokazała przekrój polskiego społeczeństwa. Muszę przyznać, że moje spotkanie z ludźmi z klasy wyglądało dość podobnie, ani sami również przybrali podobne jeśli nie takie same role. Niektóre moje koleżanki obwiesiły się złotem i "wypełniły" botoksem, byle tylko zatrzymać upływ lat, inne zabrały ze sobą album, pełen rodzinnych zdjęć. Faceci przystrzygli brody i wciągnęli brzuchy. Ci, którzy mieli ciągoty do alkoholu, teraz mają z nim problem, a inni każdemu wciskają swoje wizytówki, chwaląc się dobrze prosperującą firmą. Ilu ludzi, tyle sposobów na życie. Tak jest było i będzie i autorka nie przedstawia nam tutaj nic odkrywczego. Skupiła się na zobrazowaniu naszej rzeczywistości. Ze względu na to, że epizodycznych postaci jest tutaj sporo, momentami nie wiedziałam kto akurat jest "przy mikrofonie". Paradoksalnie chaos ten, w tym przypadku mi nie dość, że nie przeszkadzał, to jeszcze sprawiał że atmosfera była autentyczna. Spotykając się na takich imprezach, nie możemy skupić się na jednej osobie, jednej historii. Ludzie się przekrzykują, przerywają sobie, zaczynają i nie kończą. A i my sami, nie mamy zbytniej ochoty wszystkiego zapamiętywać. Ważna jest dobra zabawa, alkohol, i to czy nasza sukienka okaże się ładniejsza od tej durnej Jolki, co mi kiedyś poderwała chłopaka. Autorce w stu procentach udało się oddać klimat zjazdu absolwentów .

Przeglądając mojego bloga natknęłam się na recenzję książki "Zrządzenie losu" Allie Larkin. Fabuła tej powieści jest podobna : młoda kobieta, jedzie na zjazd absolwentów, by spotkać dawno nie widzianych kolegów. Oczywiście w powieści amerykańskiej autorki, chodzi o coś zupełnie innego, jednak i tutaj i tam, na pierwszy plan wysuwa się jedno : przyjaźń, jej rola i wpływ na nasze życie. Przyjaciele to osoby, które zostaną z nami do końca życia. Nie chodzi mi jednak o to, że będziemy ich widywać na obiadkach czy cotygodniowych wypadach do pubu. To właśnie oni, ludzie których poznaliśmy w przeszłości, z którymi spędzaliśmy mnóstwo czasu, są odpowiedzialni za to kim się staliśmy, co robimy i jakie jest nasze życie. Psychologowie mówią, że traumatyczne wydarzenia z dzieciństwa, mają wpływ na naszą psychikę. Idąc tym tropem, można śmiało powiedzieć, że dobre rzeczy i ludzie z naszej przeszłości, również nas kształtują. Ktoś, kto w liceum był lubiany, szanowany, często podziwiany jest z pewnością bardziej pewny siebie niż ten z kogo szydzono. Fabuła niniejszej książki opiera się na pytaniu : "Dlaczego Emil wyjechał do Australii"?. Choć pytanie to jest z pozoru łatwe, to odpowiedź na nie przysparza wszystkim wiele problemów. Bohaterowie muszą cofnąć się do czasów licealnych, jeszcze raz przeżyć tragedię, która rozegrała się w przeszłości, rozgrzebać pogrzebane już dawno emocje. Okazuje się, że nawet po latach, nasza pamięć emocjonalna działa. Pamiętacie swoją pierwszą miłość? Ja jak najbardziej. Do tej pory wspominam ją z rozrzewnieniem i pewną nostalgią. Może jest trochę racji w powiedzeniu, że tak naprawdę to uczucie to nigdy nie rdzewieje? Marcelina, będzie miała okazję przekonać się o tym na własnej skórze. Jak widzicie pomimo tego, że autorka opowiada o naszym zwyczajnym, momentami nudnym, życiu to jednak będzie się działo. Jest i przyjaźń i miłość, tragedia i zagadka z przeszłości, leje się alkohol a nawet dochodzi do rękoczynów.

Już na pierwszy rzut oka widać, że "Gdy opadły emocje" nie jest debiutem literackim. Aneta Krasińska to doświadczona autorka, która wie co chce napisać, wie jak i wie dla kogo. Momentami miałam wrażenie, że chce przekroczyć pewną granicę, wyrwać się z kanonu typowej, przesłodzonej powieści obyczajowej dla kobiet, napisać coś z "jajem", jednak się boi. Boi się tego, że dynamiczny styl i zbyt wyzwolona, mało romantyczna fabuła, mogą się nie spodobać przyzwyczajonym do rutyny czytelniczkom. Ciszę się jednak, że książka którą przeczytałam, nie okazała się kolejną słodko-gorzką lekturą na jedno popołudnie. Podobało mi się to iż nie było tutaj natarczywych dramatów, złamanych serc i wszelkiego zła tego świata, którego codziennie doświadczają polskie gospodynie domowe. "Gdy opadły emocje" to książka, nad którą warto się zastanowić. Przemyśleć decyzje, które podjęliśmy w życiu, przypomnieć sobie szanse, które zmarnowaliśmy i pomarzyć o tym "co by było gdyby".

Książka Krasińskiej to mądra, wartościowa lektura, która opowiada o przyjaźni i rodzinie jako największej wartości, jednak nie robi tego w przesłodzony i staromodny sposób. To książka, której bohaterka nadal nosi babcine kapcie, jednak jest ktoś, kto przychodzi jej z pomocą i przynosi szpilki. To połączenie tradycji z nowoczesnością, uczuć z rozsądkiem, rozrywki z morałem. Z pewnością przeczytam kolejne tomy i jestem dumna z tego, że kiedy po raz pierwszy zostałam ambasadorką danego tytułu, to od razu trafiłam na tak dobrą powieść. Polecam. 

Tytuł : "Gdy opadły emocje"
Autor : Aneta Krasińska
Wydawnictwo : Szara Godzina
Data wydania : 24 marca 2019 


Za możliwość przeczytania i zrecenzowania książki serdecznie dziękuję wydawnictwu :
http://www.szaragodzina.pl/



Książka bierze udział w wyzwaniu czytelniczym :


http://www.posredniczka-ksiazek.pl/2019/01/olimpiada-czytelnicza-2019-zapisy.html

Copyright © 2014 CZYTANKA NA DOBRANOC , Blogger