Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Novae Res. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Novae Res. Pokaż wszystkie posty
"Wielkie włoskie wakacje" Jolanta Kosowska

"Wielkie włoskie wakacje" Jolanta Kosowska

Pewnie zastanawiacie się co skłoniło mnie do wzięcia udziału w promocji książki "Wielkie włoskie wakacje" ponieważ zazwyczaj nie sięgam po książki polskich autorów (co zresztą zamierzam zmienić). Jednak tym razem w tytule powieści Jolanty Kosowskiej pojawiło się jedno słowo klucz, które sprawiło, że moje serce wywróciło koziołka. Słowem tym było "włoskie". Włochy od kilkudziesięciu lat są miejsce, gdzie zostawiłam cząstkę siebie, moim wakacyjnym azylem, miejscem gdzie udają się moje myśli, kiedy rozum chce odpocząć. To właśnie w tym cudownym kraju przeżyłam moja pierwszą, wielką miłość, tam jadłam najlepszą w życiu pizzę i odbyłam prawdziwą lekcję historii, pod kątem doświadczonego przewodnika. Staram się odwiedzać Italię przynajmniej raz do roku, a dziś w dobie koronawirusa, kiedy granice są zamknięte a Włochy borykają się z wielkim problemem wysokiej śmiertelności, moje serce krwawi. Jednak nawet teraz jestem wyczulona na wszystko co włoskie od makaronu po przewodniki turystyczne. Dlatego też jak tylko rzucił mi się w oczy tytuł niniejszej powieści to wiedziałam, że muszę ją przeczytać. 

Klaudia i Karolina spędzają lato, podróżując po Włoszech. Pewnego dnia uwagę Klaudii, studentki historii sztuki, przyciąga piękna kołatka na bramie jednego z domów w Asyżu. Nieznana siła popycha ją w głąb podwórza i do wnętrza domu, gdzie jej oczom ukazuje się obraz z dymiącym Wezuwiuszem. Klaudia, choć nigdy nie była w Asyżu, jest pewna, że już kiedyś widziała ten obraz, podobnie jak cały dom i podwórze. Postanawia iść za głosem serca i odwiedzić Pompeje. Wkrótce okaże się, że w tę samą stronę podąża ktoś jeszcze, a dziewczyna słyszy jego kroki…

Poznajcie Klaudię i Karolinę, młode kobiety, które spotykają się po latach i postanawiają wspólnie wyjechać na wakacje. I to nie byle jakie, tylko do słonecznej Italii. Jednak nie jest to typowa wyprawa turystyczna. Każda z kobiet ma inny cel. Klaudia, jako historyk sztuki, jest zafascynowana tamtejszą kulturą i za wszelką cenę pragnie poszerzyć swoją wiedzę, odwiedzić miejsca przesiąknięte historią, zobaczyć obrazy, które do tej pory widywała jedynie w leksykonach malarstwa. Karolina studiuje psychologię i wkrótce ma obronić swoją pracę doktorską. Jednak jak to często bywa, kobieta nie ma na nią pomysłu. Wierzy, że podróż ją zmotywuje. Choć obie kobiety są jednymi z głównych bohaterów książki, to tak naprawdę o Karolinie nie dowiadujemy się zbyt wiele. To jednak Klaudia gra pierwsze skrzypce. Jest to typowa protagonistka, której nie sposób jest nie polubić. Jest dobra, miła, ambitna, piękna niczym anioł i odważna. Często jak mam do czynienia z tak idealnymi bohaterkami to aż nie słodzę herbaty, gdyż boję się, że mój poziom cukru przeskoczy dopuszczalną normę. Tym razem słodko nie było, być może dlatego, że "Wielkie włoskie wakacje" to jednak książka, której głównym motywem nie jest romans lecz tajemnica. 
Nie da się ukryć iż Włochy stanowią idealną scenerię dla literatury gatunku "mistery". Pomimo iż jest to miejsce gdzie zawsze świeci słońce, ludzie są uśmiechnięci i wszędzie czuć optymizm, tak również tam są zakątki, które budzą lęk, a nawet przerażenie. Kiedyś wraz z przyjaciółmi pojechaliśmy do Padwy. Jedna ze znajomych studiowała na tamtejszym uniwersytecie i postanowiła pokazać nam miasto z zupełnie innej strony. Zamiast zaserwować na tournee po zabytkach, kościołach i tym co "warto zobaczyć", zabrała nas do samego serca miasta, pokazała małe, zapomniane placyki, ocienione bugenwillą campa, mroczne katakumby i rozpadające się starożytne budowle, o których zapomnieli nawet muzealni kustosze i konserwatorzy zabytków. Włochy jakie zobaczyłam nadal były piękne, jednak nabrały bardziej mrocznego, ponadczasowego wymiaru. Jedną z pasji Jolanty Kosowskiej jest podróżowanie. Wydaje mi się, że autorka musiała odwiedzić Włochy i to te widziane "od środka". Jej Italia jest taka jak z mojej podróży : zapomniana, tajemnicza, troszkę przerażająca i pachnąca historią. Autorka w cudowny sposób portretuje ten kraj. Czytając dosłownie chłoniemy jego atmosferę. Czujemy dotyk słońca na skórze, zapach oleandrów i soli morskiej. Wraz z naszymi bohaterkami przemierzamy ulica Asyżu, Pompejów i innych miast i poznajemy miasto za pomocą obrazów i ciekawostek. "Wielkie włoskie wakacje" są niczym beletryzowany przewodnik turystyczny. 

Jak mówi stare polskie powiedzenie "żeby życie miało smaczek, raz dziewczyna raz chłopaczek", tak i tutaj pojawiają się bohaterowie płci męskiej, Kacper oraz jego niesforny brat. To właśnie on znalazł pozostawiony przez Klaudię na ławce pamiętnik i zaniepokojony jego treścią, poprosił Kacpra, byłego policjanta (dziś dziennikarza) o odnalezienie dziewczyny, gdyż bał się, że może grozić jej niebezpieczeństwo. Kacper, jak przystało na glinę, od razu wziął się do działania. Czytając coraz bardziej poznawał Klaudię oraz jej włoskie przygody, które okazały się niezwykle intrygujące. W dzienniku pojawił się pewien tajemniczy dom, który wywołał w dziewczynie wrażenie deja vu, pewien przystojny włoski malarz, splecione ze sobą litery C i M oraz cichy prześladowca. Prawda, że brzmi ciekawie? I takie właśnie jest. Może nie jest to książka, gdzie akcja jest tak intensywna jak w "Szklanej pułapce" jednak autorka nie pozwala nam się nudzić. Ponieważ obie bohaterki cały czas podróżują, przemieszczają się, tak nie odnosimy wrażenia stateczności. Akcja cały czas posuwa się do przodu a dwutorowa linia fabularna tylko rozbudza naszą wyobraźnię. 

"Wielkie włoskie wakacje" są tak naprawdę książka dla każdego, kto lubi literaturę obyczajową z nutką dreszczyku. Zadowolone będą również wielbicielki romansów, gdyż miłość się pojawi i można śmiało powiedzieć, że spadnie na naszych bohaterów jak grom z jasnego nieba. Co prawda erotyki tutaj jak na lekarstwo, a nawet wcale, jednak parokrotnie zdarzyło mi się wzruszyć a serduszko przyśpieszyło swoje bicie. Jedynym słabym punktem książki okazało się zakończenie. Wydawało mi się, że autorka skapitulowała i zamiast rozwiązać stworzoną przez siebie zagadkę , po prostu ją utopiła. Muszę przyznać, że byłam nieco rozczarowana. Przez kilkaset stron czekałam na coś wielkiego, na wielkie wow, finał intrygi, a dostałam delikatne uszczypnięcie w rękę. Zero fanfarów. 
Pomimo tego nadal uważam, że "Wielkie włoskie wakacje" to świetna, wiosenna i dobrze napisana książka, którą się szybko czyta i dostarcza niemało wrażeń, polecam. 


Tytuł : "Wielkie, włoskie wakacje"
Autor : Jolanta Kosowska
Data wydania : 12 lutego 2020
Liczba stron : 294

Za możliwość przeczytania książki i wzięcia udziału w jej promocji serdecznie dziękuję wydawnictwu :




"Trzecia terapia" Danuta Chlupova

"Trzecia terapia" Danuta Chlupova

Portal lubimyczytac.pl przyporządkował "Trzecią terapię" do literatury obyczajowej i romansu, przez cały okres trwania mojej lektury zastanawiałam się, "dlaczego"? Owszem jest to książka gdzie pojawia się wątek miłosny, nawet nie jeden, jednak ma on zdecydowanie peryferyjny charakter. Moim zdaniem krytycy i recenzenci kategoryzując tę książkę, zrobili jej krzywdę. Nie jest to bowiem łzawy melodramat, typowa powieść dla kobiet, które lubią się wzruszać, lecz opowieść o toksycznych relacjach, trudnej historii, rodzicielstwie i samotności. Nigdy bym się nie spodziewała, że ta niepozorna książka, wybrana przeze mnie zupełnie przypadkowo książka, wyzwoli tyle emocji. Danuta Chlupova to Polka na stałe mieszkająca w Czechach. Z zawodu jest dziennikarką, z zamiłowania pisarką i te dwa zajęcia doskonale się komponują. Uwielbiam powieści pisane przez dziennikarzy, gdyż zazwyczaj są rzetelne, dobrze zresearchowane i poprawne stylistycznie. Właśnie tak jest w przypadku "Trzeciej terapii". Tym razem mój zeszycik "skarg i zażaleń" pozostał pusty.

Trzydziestoletnia Mathilda i czterdziestoletni Grzegorz przypadkowo spotykają się na niemieckim campingu. Z zasłyszanej rozmowy telefonicznej mężczyzna wnioskuje, że kobieta przed kimś ucieka. Po powrocie do Polski zapomina o Niemce, lecz kilka miesięcy później Mathilda dzwoni do niego i prosi o pomoc. Zamierza przyjechać do Oświęcimia, rodzinnego miasta Grzegorza, i poznać historię swojego dziadka – esesmana z Auschwitz. Liczy na to, że to pomoże jej uwolnić się od rodzinnej klątwy, o której przekonywała ją matka, a zarazem wyzwolić się z patologicznego związku. Czy Grzegorz, sam uwikłany w trudne relacje z matką i córką, będzie w stanie pomóc zranionej kobiecie?

Czy zdarzyło wam się kiedyś zakochać? Z pewnością niejednokrotnie. A czy kiedykolwiek kochaliście tak prawdziwie, jak to mówią nastolatkowie "na zabój"? Żeby prawdziwie doświadczyć tego cudownego uczucia jakim jest miłość, trzeba być w odpowiedniej kondycji psychicznej. Nasze serce musi być wolne od zmartwień, gotowe na nowe wyzwania i otwarte. W każdym innym przypadku możemy wpaść w toksyczną spiralę, zostać zmanipulowaniu, usidleni i zniszczeni. Właśnie to spotkało naszą główną bohaterkę Mathildę. Ta trzydziestoletnia Niemka była bardzo samotna. Brakowało jej przyjaciół, męczyły ją trudne relacje z cierpiącą na chorobę psychiczną i depresję matką a na domiar złego na jaw wyszła przerażająca historia jej dziadka, który służył w Auschwitz. Będąc na granicy zdrowia psychicznego Mathilda poznała przystojnego psychoterapeutę, który zaoferował że podda ją dość kontrowersyjnej terapii, której głównym zadaniem będzie odzyskanie przez pacjentkę równowagi i szczęścia w życiu. Mężczyzna z dnia na dzień coraz bardziej uzależniał od siebie kobietę. Po kilka dniach zamieszkali razem. Był kontrolującym manipulatorem, bezwzględnym potworem, który potrafił wykorzystać swoje psychiatryczne wykształcenie do tego by całkowicie sobie podporządkować stłamszoną dziewczynę. Postawcie się w sytuacji naszej głównej bohaterki : z jednej strony martwicie się zamkniętą w szpitalu psychiatrycznym matką, której depresja jest jednym z mniej istotnych problemów, z drugiej musicie spełniać rozkazy mieszkającego z wami tyrana, która wam wmawia, że wyjazd na wakacje za wasze pieniądze, jest idealną karą za przewiny waszego dziadka, które to oczywiście wy musicie odpokutować. Danuta Chlupova w przekonujące sposób przedstawiła żmudny proces manipulacji drugim człowiekiem. Krok po kroku pokazała jak on wygląda, jakie etapy przechodzi i jak trudno jest wyrwać ofiarę z tej spirali otępienia. Osoby uzależnione psychicznie od innych nie widzą poza nimi świata, nie zdają sobie sprawę z tego, że są manipulowane. Myślą, że same są sobie winne a to wszystko co je spotyka jest zasłużone. W takich przypadkach osobom z zewnątrz, które widzą co się dzieje, bardzo ciężko jest odpowiednia zareagować. Na pewno każdy z was zna kogoś, lub też słyszał różne historie w telewizji, kto był ofiarom przemocy domowej. Sama poznałam parę kobiet, które żyły w toksycznych związkach nawet po kilkanaście lat. Znosiły bicie u upokarzanie, siniaki i wyzwiska i dopiero musiało dojść do tragedii by przejrzały na oczy. Terroryzowane żony i kochanki boją się odejść. Często nie mają dokąd, innym razem nadal wierzą, że ich partner się zmieni, jeszcze innym po prostu się wstydzą. Mathilda znalazła się właśnie w takim punkcie, jednak całe szczęście że znalazł się ktoś, kto w porę zainteresował się losem dziewczyny. 

Historia naszego kraju jest tragiczna i jeszcze wiele pokoleń będzie pamiętać o wydarzeniach sprzed kilkudziesięciu lat, kiedy miliony ludzi, zostało zamordowanych przez reżim III Rzeszy. Kilka lat temu pojechałam do Auschwitz. Jako trzydziestolatka w końcu do tego dojrzałam. Była to dla mnie swojego rodzaju pielgrzymka, wyprawa w przeszłość. Chodząc po wilgotnych barakach, oglądając zdjęcia pomordowanych, patrząc na tysiące pukli zebranych w jednym miejscu włosów byłych więźniów, czułam wstyd. Wstyd za gatunek ludzki, i za Boga że na to wszystko pozwolił. Każda wojna niszczy coś w człowieku, w narodach. Niszczy więzi, niszczy przyszłość. Jeszcze przez długie lata my Polacy, będziemy traktować Niemców jako najeźdźców, tyranów, zabójców, choć z pewnością na to nie zasługują. Bo czyż urodzony dwadzieścia lat temu młody chłopak zza Odry jest winien tego co robił jego dziad ? Czy to on odpowiada za to, że przodek nosił swastykę, zabijał niewinnych czy przeprowadzał na nich eksperymenty? Czy to sprawiedliwe by ta wina przechodziła z pokolenia na pokolenie ? Musimy pamiętać, i nie chcę tutaj nikogo usprawiedliwiać, że nie każdy Niemiec w III Rzeszy był esesmanem. Nie każdy należał do partii. Moja babcia na początku wojny została wywieziona na Zachód. Jej podróż skończyła się w małej miejscowości po Stuttgartem, gdzie kazali jej pracować jako pomoc domowa. W gospodarstwie brakowało rąk do pracy gdyż wszyscy młodzi mężczyźni poszli na wojnę. Kilkadziesiąt lat później wróciłyśmy z babią do jej byłych "pracodawców". Okazało się, że nadal żyją, nadal pamiętają. Był płacz, śmiech przez łzy, uściski i przeprosiny. Pewnie gdyby nie oni i ich dobroć, moja babcia nie przeżyłaby wojny. Danuta Chlupova nie pisała tej książki po to by wybielić naród niemiecki, choć momentami uderza w takie struny. Chciała nam przedstawić prawdziwy obraz wojny i pokazać, że niektórzy po prostu robili to co im kazano. Dziś młodzi żołnierze, wyjeżdżając na misje pokojowe czy stabilizacyjne, też często znajdują się w sytuacji gdzie by przeżyć muszą zabić, i nikt ich za to nie krzyżuje, wręcz przeciwnie dostają medale i odznaczenia. W Auschwitz również pracowali ludzie, którzy po prostu wykonywali rozkazy. Nie każdy SS-man był potworem. W archiwum można znaleźć informacje o strażnikach, którzy pomagali więźniom ryzykując swoim życiem. Właśnie takie historie powinniśmy pamiętać. 

"Trzecia terapia" to niesamowita, momentami przerażająca i zdecydowanie wzruszająca książka, która sprawi że zupełnie inaczej spojrzycie na historię. To również opowieść o trudnym macierzyństwie, śmierci najbliższej osoby, problemach związanych z wychowaniem dzieci oraz ...stalkingu. Tych wątków jest tutaj naprawdę wiele, jednak zebrane razem tworzą cudowną całość, od której wprost nie idzie się oderwać. Osobiście przeczytałam tę książkę na jednym posiedzeniu i już się nie mogę doczekać na kolejną z powieści autorki "Bliznę", która również została doceniona przez czytelników. 

"Trzecia terapia" jest doskonałym przykładem na to, żebyśmy nie zamykali się na nowych twórców, nieznane nazwiska, czy też literackie debiuty, gdyż zawsze możemy trafić na perełkę. Choć literatura obyczajowa jest gatunkiem gdzie można upchnąć wszystko i zawsze znajdą się chętni do jej czytania, to by napisać naprawdę dobrą i oryginalną książkę to naprawdę trzeba się postarać. Choć historia Mathildy i Grzegorza oraz innych bohaterów nie jest tak naprawdę niczym nowym, to tło wydarzeń oraz pojawiające się ciekawe wątki sprawiają, że czytelnik ze strony na stronę czuje coraz większe zainteresowanie. Jest to jedna z lepszych książek jakie przeczytałam w 2019 roku i życzę sobie by w 2020 było jeszcze więcej takich. Wam również tego życzę. 

Tytuł : "Trzecia terapia"
Autor : Danuta Chlupova
Wydawnictwo : Novae Res
Data wydania : 16 września 2019
Liczba stron : 328


Za możliwość przeczytania i zrecenzowania książki serdecznie dziękuję portalowi : 
https://sztukater.pl/

"Po prostu Kasia" Marta Namruf

"Po prostu Kasia" Marta Namruf

CI, którzy mają rodzeństwo wiedzą, jak czasem trudno jest z nim wytrzymać. Ja co prawda nie zostałam pobłogosławiona ani siostrą ani braciszkiem,  jednak od najmłodszych lat wychowywałam  się z kuzynka, która do dziś jest moja najbliższą przyjaciółką. Zanim dorosłyśmy do dojrzałej, rozumnej j pełnej  przyjaźni , wielokrotnie się kłóciłyśmy, obrażałyśmy  i rozstawałyśmy , oczywiście " tak na zawsze". Pamiętam jak pewnego dnia Agnieszka jadąc ze  mną w windzie uderzyła mnie w brzuch, nie pozostałam  jej dłużna  i przy pierwszej możliwej okazji wylałam jej tubkę kleju na włosy.  Już nie zliczę ile razy modliłam się w duchu by Aga zniknęła i zostawiła mnie wreszcie w spokoju. Podobne życzenie miała tytułowa  bohaterka książki "Po prostu Kasia ". Nie mogąc znieść swojej mamy, która jej nie rozumiała, oraz siostry która zachowywała się zbyt dziecinnie, chciała by obie "wyparowały". Jak to się często zdarza w przypadku książek dla dzieci jej życzenie zostało spełnione. Jednak miało to swoje konsekwencje . Okazało się, że dziewczynka nie została sama w pustym domu, gdzie mogłaby rozrabiać i robić to co normalnie robią jej rówieśnicy kiedy rodziców nie ma w pobliżu. Ona miała mniej szczęścia i została przeniesiona do krainy krasnoludków gdzie nie wszystko jest tak kolorowe jak się z pozoru wydaje.

Kłótnia z młodszą siostrą – któż tego nie zna? Gdy Kasia w przypływie złości wypowiada życzenie, że nie chce już więcej oglądać Gabrysi ani mamy, nawet przez chwilę nie podejrzewa, że może się ono spełnić. A to za sprawą spełniaka – wysłannika z Królestwa Zła, ukrywającego się pod postacią pluszowego misia.Przerażona swoim uczynkiem dziewczynka nie pozostaje jednak bez pomocy. Gdy w jej pokoju pojawia się krasnoludek, a zwykła lalka ożywa, Kasia dowiaduje się o baśniowej krainie, istniejącej tuż obok realnego świata. Aby odnaleźć mamę i siostrę, musi odbyć długą, pełną niebezpieczeństw podróż, a wysłannicy złego króla Markosa już na nią czekają…

Dodaj napis
Wszystkie książki dla dzieci, które do tej pory przeczytałam (lub też przeczytałyśmy wraz z córką), były kolorowe, przepełnione ilustracjami z ciekawą szatą graficzną, której głównym zadaniem jest przyciągnięcie młodych czytelników. Wiadomo, że dzieci lubią jak się świeci, błyszczy, mieni. Zabierzcie swoją córeczkę (z synkami test ten może się nie sprawdzić) do sklepu z sukienkami i zobaczcie, który strój najbardziej przypadnie jej do gustu. Czy była to może różowa suknia balowa, udekorowana różyczkami i cekinami, która zajmuje więcej miejsca niż cała wasza garderoba razem wzięta? Tak też myślałam. Takie uwielbienie błyskotek utrzymuje się mniej więcej do dwunastego roku życia, do czasu aż rozpoczyna się młodzieńczy bunt, który zazwyczaj kojarzony jest z ciemnymi, mrocznymi kolorami. W przypadku książki pani Namruf, gdzie jedyną kolorową rzeczą jest okładka (nie da się ukryć iż jest interesująca), czytelnik nie ma za bardzo na czym zawiesić wzroku. Zdecydowanie nie jest to lektura do przeglądania wraz z dzieckiem więc średnio się nada na czytankę przed snem. Czytając tę książkę zaczęłam się zastanawiać jaka grupa wiekowa była docelowym targetem autorki. Jeśli były to dzieci, które umieją już czytać czy też nastolatkowie, wtedy treść tej historii jest nieco zbyt infantylna, z kolei maluchy szybko się znudzą i zabraknie im kolorowych rysunków ułatwiających zadanie wyobraźni. Część z recenzentów uważa, iż jest to powieść dla wszystkich bez wyjątku, gdyż uczy nas uniwersalnych prawd i wartości. Ja, jako dorosła osoba, wiem co jest dobre a co złe, wiem jak powinnam się zachowywać w życiu by nie krzywdzić innym i nie zaszkodzić sobie. Uważam, że nie potrzebuję kolejnej umoralniającej lekcji. Postanowiłam więc spróbować przeczytać tę książkę mojej pięcioletniej córce. Nasza przygoda z Kasią, skończyła się już po trzecim rozdziale. Moje dziecko cały czas mi zaglądało przez rękę, próbując się doszukać ilustracji i była wielce zdziwiona, kiedy jej powiedziałam, że nie ma ani jednej. Zadała mi nawet pytanie czemu czytam jej książki dla dorosłych. Przygody głównej bohaterki jej nie zainteresowały, sposób mówienia postaci wydawał się być nie zrozumiały a sama kraina mało interesująca. Książka trafiła na półkę, a miejsce na nocnym stoliku zajął kolejny tom biedronkowych słodziaków. Postanowiłam jednak zachować "Kasię" i spróbować znowu za parę miesięcy a może również lat. Jeśli nadal będę prowadzić tego bloga, być może wprowadzę do recenzji odpowiedni update :) 
"Po prostu Kasia" jest, przynajmniej według portalu literackiego lubimyczytać, debiutem literackim. Jak w przypadku każdej z czytanych przeze mnie pozycji próbowałam znaleźć jakiekolwiek informacje na temat autorki, jednak tym razem internet milczał. Marta Namruf pozostała dla mnie anonimowa. Żadnych zdjęć, opisów, spotkań literackich, notek biograficznych. Nic. Kiedyś jeden z pracowników znanego wydawnictwa z którym współpracuję, wysłał do mnie książkę-niespodziankę. Zabawa miała polegać na tym, żebym odgadła kto jest autorem danej powieści. Choć przeczytałam ją w całości, analizowałam, skupiałam się na każdym słówku, tak nie udało mi się zgadnąć. Stworzony przeze mnie profil psychologiczny , nawet w dziesięciu procentach nie pokrywał się z prawda. Dlatego też tym razem nie będę próbowała bawić się w psychologa i zgadywać, kim też tak naprawdę jest pani Namruf (o ile nazwisko to nie jest zmyślone). Kilka rzeczy mogę jednak stwierdzić. Po pierwsze ten kto napisał tę książkę, musi lubić literaturę fantasy, bardzo wyraźnie bowiem słychać tutaj echa innych, wielkich twórców. Garstka naszych bohaterów skojarzyła mi się z drużyną pierścienia, którą znamy z dzieł Tolkiena. Małe walczaki to stworki na podobieństwo goblinów, szpiegujące kruki to nazgule, a waląca się jaskinia i podróż przez wnętrze góry zbyt bardzo przypominają kopalnie Morii, by o tym nie wspomnieć. Oprócz Tolkiena dostrzegłam tutaj również podobieństwo do Abercombiego, dużo akcji, krótkie dialogi, pośpiech oraz Roberta Jordana, twórce wspaniałego Koła Czasu. Jeśli by wziąć pod uwagę lokacje i opisy to na myśl mi przychodzi świetna gra komputerowa z gatunku RPG, Baldurs Gate. Autorka doskonale wie czym jest fantasy i jak powinno się budować powieści tego gatunku. Ponieważ całość oparta jest na częstym schemacie wędrówki, na której końcu dobro zmierzy się ze złem, autorka nie miała zbyt wielkiego pola dla popisu dla swojej wyobraźni. Muszę przyznać, iż robiła wszystko, byśmy nie posądzili jej o kopiowanie i odgrzewanie przeżutego już kotleta. Stworzyła ciekawych, choć nieco irytujących bohaterów, przekonujące aczkolwiek proste nazewnictwo i krainę, w której wszystko odnosi się na naszych złych czy dobrych uczynków. Są tutaj Góry Przeżyć, Morze Łez Smutku oraz wiele innych lokacji. Zastanawiałam się tylko dlaczego świat, do którego trafiła Kasia, nazywany jest Królestwem Zła? Moim zdaniem zamieszkujące go istoty, są po równo dobre i mroczne, balans jest utrzymany i dopóki Markus nie posiądzie umysłów wszystkich chochlików i zabawek, nic tej krainie nie zagraża, a już na pewno nie jest ona zła . To właśnie do jego siedziby musi dotrzeć Kasia wraz ze swoimi przyjaciółmi, by uratować swoją mamę i siostrę. Ich droga najeżona jest niebezpieczeństwami, spotkają tutaj ciekawe istoty, jak chociażby "galopujące" ślimaki, będą musieli uciekać przed pościgiem, przeżyć w niewoli,przepłynąć morze tonącym statkiem oraz przeżyć wiele innych przygód. Wierzcie mi na brak akcji nie będzie można tutaj narzekać. A to właśnie dzieciaki lubią najbardziej, jak się dzieje. 

Jak każda z książek dla dzieci również i ta naszpikowana jest pozytywnymi treściami i morałem, który należy z niej wyłuskać. Kasia, którą poznajemy na początku nie jest wcale taką miłą dziewczynką. Jest złośliwa, samolubna i pyskata. Bez żadnego widocznego powodu, kłóci się ze swoją mamą i siostrą i do tego ma czelność zwalać na nie winę za wszystko. Kiedy trafia do Królestwa Zła, dziewczynka zaczyna dostrzegać co robiła źle. Poznaje dwóch braci, którzy pomimo tego że cały czas się kłócą, to nie potrafią bez siebie żyć. Podczas wędrówki przekonała się, że lepiej robić rzeczy w grupie, mając wsparcie w innych niż samodzielnie. Książka uczy nas o takich wartościach jak przyjaźń, szacunek, miłość, dobroć, pomaganie bliźnim. Pokazuje jaki wpływ na los nas oraz naszych najbliższych mają nasze decyzje i uczynki. Morału tej książki nie da się zawrzeć w jednym zdaniu. Jest on kompleksowy i mówi o tym, że powinniśmy w życiu kierować się dobrem, mieć cierpliwość, zwracać uwagę na potrzeby innych i nigdy się nie poddawać. 

Marta Namruf napisała ciekawą książkę, jednak jej wadą jest to, że pisana dla wszystkich może się okazać pozycją dla nikogo. A szkoda. Naprawdę wystarczyło dodać jej więcej mroku i pikanterii i dostalibyśmy dobrze rozegrany kawałek new adult fantasy na miarę twórczości Salvatore czy wspomnianego już przeze mnie Abercombiego. Autorka mogła pójść też w innym kierunku i znaleźć kogoś kto zajął by się stroną graficzną książki, robiąc z niej ciekawą, kolorową i magiczną baśnią dla młodszych czytelników. Niestety, ostateczna forma książki, choć zadowala treścią, tak pozbawiona została magnetyzmu i nie wydaje mi się by przyciągnęła do siebie wielu czytelników. Jednak co ja tam wiem...dzieckiem byłam już dawno temu. 



Tytuł : "Po prostu Kasia" 
Autor : Marta Namruf
Wydawnictwo : Novae Res
Data wydania : 4 kwietnia 2019
Liczba stron : 264


Za możliwość przeczytania i zrecenzowania książki serdecznie dziękuję portalowi : 
https://sztukater.pl/
"W objęciach samotności" Domika

"W objęciach samotności" Domika

     Dlaczego ludzie wydają książki pod pseudonimem? Czego się wstydzą? Co mają do ukrycia? Kim jest tajemnicza Domika, autorka książki "W objęciach samotności"? Spędziłam dobre pół godziny przeszukując Internet w poszukiwaniu konkretnych informacji na jej temat i niestety musiałam się poddać. Jedyną Domiką, którą znalazłam, była mało znana polska piosenkarka, której udało się podbić serca Norwegów, na jednym z ich lokalnych festiwali. Jednak patrząc na jej uśmiechniętą buzię, jest mało prawdopodobne, by to ona była twórczynią tej niezwykle emocjonalnej książki. Są jeszcze : Domika Ubezpieczenia, Domika Dom Pogrzebowy oraz kilka kont w mediach społecznościowych, jednak te również odrzuciłam. Analizując tę lekturę głębiej, doszłam do wniosku, że wiem dlaczego autorka, postanowiła pozostać anonimowa. Sięgając po tę powieść czytelnik nastawia się na to, że przeczyta pamiętnik złamanej życiem, samotnej nastolatki, jej autobiografię. Jednak moim zdaniem, wszystko w tej książce jest wymyślone, a ona sama jest niczym więcej jak spersonifikowanym artykułem na temat depresji wśród młodzieży, owszem porusza jednak nie opowiada prawdy.


Osiemnastoletnia Dominika to dziewczyna z rozbitej rodziny. Od zawsze czuje się inna niż wszyscy, zagubiona i bardzo samotna. Nieustannie próbuje rozgryźć samą siebie i zrozumieć świat, który ją otacza. Bolesne życiowe doświadczenia sprawiają jednak, że zupełnie nie radzi sobie z emocjami, które uderzają w nią ze zdwojoną siłą. Pojawiają się myśli samobójcze, pierwsze samookaleczenia i stany depresyjne... Czy pragnienie autodestrukcji weźmie górę nad coraz bardziej wątłą chęcią życia? Co tak naprawdę siedzi w głowie dziewczyny, która nie potrafi uwolnić się od swoich demonów? 


Nastolatką byłam ponad dwadzieścia lat temu i muszę przyznać, że mało co pamiętam z tamtego okresu. Moja mama mówi, że byłam zbuntowaną dziewuchą, kurzącą papierosy i popijającą piwo. Chodziłam na imprezy, balowałam do rana, jednak oprócz tej niesubordynacji, nie było ze mną większych problemów wychowawczych. Uczyłam się dobrze, uczęszczałam na zajęcia pozalekcyjne i dostałam się do dobrych, renomowanych szkół, pomimo dużej konkurencji. Dziś wiem, że ten typowy dla młodych okres buntu, jest spowodowany hormonami związanymi z okresem dorastania. Nastolatkowie zaczynają się zastanawiać nad swoją tożsamością seksualną, miejscem w społeczeństwie i jego hierarchii. Do tego wszystkiego dochodzą myśli o śmierci i umieraniu, które są normalne w tym wieku. Jednak zwykłe, zdrowe zainteresowanie tymi tematami, może przekształcić się w coś patologicznego i niebezpiecznego, i to właśnie dorośli powinni być na tyle spostrzegawczy i wyedukowani by zauważyć pierwsze niepokojące sygnały w zachowaniu swojego podopiecznego. Bohaterka tej książki, sama siebie określa jako osobę dojrzałą, emocjonalną, kruchą i inną od wszystkich. Ma przeczucie, że nikt jej nie rozumie, wszyscy działają na jej szkodę, a świat rządzi się stałymi prawami, które nie przystają do nowoczesnych czasów. Autorka stworzyła kogoś, kto jest rozdarty pomiędzy  tym co pragnie jego "wewnętrzne ja" a tym czego oczekuje społeczeństwo. Dominika wychowana została w patologicznej rodzinie, gdzie królował alkohol i przemoc domowa. Matka dziewczyny, kobieta zniewolona i brutalnie traktowana przez swojego męża, była typową "ofiarą", która boi się na tyle, że nie dopuszcza do siebie myśli o tym, że mogłaby coś zmienić. Woli zapomnieć o pękniętej wardze czy zasłoniętych rąbkiem swetra siniakach, niż pójść na policję. Wie, że oni i tak nic nie zrobią, a jak mąż się dowie o jej wizycie na komisariacie to rozpęta się piekło na ziemi. Właśnie w takiej rodzinie wychowuje się Dominika, w miejscu gdzie zamiast miłości jest pas, zamiast chleba wódka, a zamiast spokoju ciągły strach przed niepewnym jutrem. Choć takie rodziny zdarzają się bardzo często, tak akurat w tę było mi bardzo ciężko uwierzyć. Z tego co czytałam z dziewczyną było naprawdę źle, cięła się, podejmowała próby samobójcze, opuszczała szkołę, a na dodatek była chora. Czy naprawdę nikt nie zainteresował by się takim dzieckiem? Czy w szkole nie ma psychologów i wyszkolonych pedagogów? Przecież wszyscy nauczyciele przeszkoleni są pod kątem wychwytywania depresji u nastolatków. Jakim cudem nikt nie zauważył stanu w jakim jest ta młoda dziewczyna? Owszem, nasza bohaterka próbowała się tłumaczyć mówiąc , że wszyscy uważają ją za dobrą aktorkę, gdyż doskonale umie udawać szczęśliwą, jednak "fejkowanie" uśmiechu to co innego niż maskowanie ran na ciele. Te drugie o wiele łatwiej zauważyć niż zranioną duszę. Sznyty na przedramionach są widoczne, czarne sińce po oczami również, nadmierna chudość to też jeden z objawów, które trudno przeoczyć. Czy autorka naprawdę chce nam wmówić, że żyjemy w społeczeństwie chorym na znieczulicę, gdzie los innych jest nam zupełnie obojętny. Ja nie chcę w to wierzyć, jeśli jednak okaże się to prawdą, to publicznie przeproszę osobę, której nasz kraj i jego obywatele zgotowali taki smutny, przerażający, los. 

"W objęciach samotności" jest książką napisaną w formie pamiętnika, która to jak wiadomo rządzi się własnymi prawami. Choć dzieła takie zazwyczaj nie mają zwartej struktury, tak tym razem autorka starała się wprowadzić coś na miarę porządku. Każdy z rozdziałów zaczyna się od przemyśleń naszej bohaterki na różne tematy, zazwyczaj dotyczące ludzkiej kondycji i psychiki. Dominika opowiada o samotności i miłości, zazdrości i pożądaniu, przemijaniu, śmierci, o pięknie i brzydocie. Następnie swoje przemyślenia podsumowuje wybraną ze swojego życiorysu historyjką, która ma przybliżyć nam wizerunek tej młodej dziewczyny. Większość z tym opowieści jest smutnych i tragicznych. Zdarzają się jednak i takie które przepełniają nas nostalgią, oraz takie które dają nadzieję na przyszłość. Choć autorka stara się nam wmówić, iż sama jest narratorką a zarazem bohaterką tej książki, tak nie do końca mogłam uwierzyć w to, iż książka ta została napisana przez osobę, która ma niespełna osiemnaście lat.  Owszem możemy się tutaj dopatrzeć stylu typowego dla nastolatków, braku rytmiczności, mieszania stylów czy zwykłych błędów merytorycznych, jednak moim zdaniem jest to efektem stylizacji. Niektóre zdania są zbyt mądre by mogła je napisać tak młodziutka osoba, inne są po prostu skopiowane z podręczników do psychologii. Przemyślenia na ważne, filozoficzne tematy są naiwne, proste, dziecinne i stereotypowe. W zasadzie nie wnoszą nic nowego, są jedynie kalką tego co w życiu usłyszeliśmy bądź przeczytaliśmy. Wątpię by tak młoda dziewczyna, szczególnie jeśli faktycznie większość swojego kilkunastoletniego życie spędziła na piciu wina i cięciu się żyletkami, miała taką wiedzę o świecie, psychice i życiu. 
Muszę przyznać, że bardzo ciężko czytało mi się tę książkę, choć miała ona niespełna 150 stron. Była to powieść tak przepełniona smutkiem, negatywnymi emocjami, czarnymi myślami i złem, że cały czas czułam się przytłoczona, a ponieważ jestem człowiekiem o wielkiej empatii, tak automatycznie zaczęłam współodczuwać cierpienie Dominiki. I choć w moim odczuciu jest to historia fikcyjna, tak zdaję sobie sprawę, że takich dziewczyn jest wiele i głos większości z nich nigdy nie zostanie wysłuchany. 


"W objęciach samotności" to książka do której trzeba podjeść z dużą dozą wyrozumiałości i cierpliwości. Jej bohaterka ma w głowie chaos myśli, które wymykają się jakiemukolwiek porządkowi. To osoba pełna sprzeczności, która przez całe swoje życie udaje kogoś innego. Teraz, już po skończonej lekturze, powoli zaczynam wpadać w depresję i zastanawiać się nad własnym życiem i nad ludźmi, którzy mnie otaczają. Czy faktycznie wszyscy są źli? Czy gonią za pieniędzmi, pięknem czy sławą? Czy naprawdę wszyscy się zdradzają i nie można nikomu ufać? Autorka w pięknych słowach opowiada o miłości, jednak na końcu okazuje się, że nawet to uczucie można sprowadzić do parteru, spłycić i odrzeć z całej słodyczy i tajemniczości. Podobnie dzieje się z przyjaźnią, rodzicielstwem, przyszłością, pożądaniem...wszystko to co z natury jest piękne i silne, Dominika widzi w krzywym zwierciadle. Moim zdaniem było tutaj za dużo pesymizmu, niewiary i tragizmu. Nawet mówiąc o szczęściu autorka tak naprawdę miała na myśli termin przeciwstawny. 

Ciężko powiedzieć czy Domika jest debiutantką, czy też znaną autorką, która postanowiła pobawić się z czytelnikami w kotka i myszkę. Wcale bym się nie zdziwiła gdyby to lubiany przeze mnie pisarz stworzył to dziełko, kierując się dzisiejszą modą na powieści "emocjonalne, głębokie" a jednocześnie młodzieżowe i takie "dla wszystkich". Dla mnie przygoda z Domiką właśnie się zakończyła. Zarówno autorce jak i bohaterce, życzę wszystkiego co najlepsze, i nie ważne czy to dwie zupełnie różne osobowości czy też jedna i ta sama osoba. Są takie książki po których ma się moralnego kaca i "W objęciach samotności" właśnie do nich należy. Niestety obawiam się, że tutaj nie pomoże nawet najmocniejszy klin. Polecam tym, którzy lubią powieści obyczajowe, przy których można się wzruszyć, jednak nie spodziewajcie się oryginalnych treści. To książka jakich powstaje wiele, w świecie, któremu daleko do ideału. 


Tytuł : "W objęciach samotności"
Autor : Domika
Wydawnictwo : Novae Res
Data wydania : 2019
Liczba stron : 150


Za możliwość przeczytania i zrecenzowania książki serdecznie dziękuję portalowi : 
https://sztukater.pl/

"Po okręgu" Piotr Haftek

"Po okręgu" Piotr Haftek

Każdy z nas, oczywiście pod warunkiem że uczęszczał na lekcje geografii, wie że Ziemia jest kulą. Jest to dla nas tak oczywiste jak fakt, że dwa plus dwa to cztery. Dowodów na kulistość naszej planety jest wiele : okrągły kształt widnokręgu, znikający za horyzontem żagiel statku, odbicie Ziemi na powierzchni księżyca a wreszcie zdjęcia satelitarne. Co byście zrobili gdyby się jednak okazało, że starożytni mieli rację i planeta na której mieszkamy, jest płaska? Czy zrobilibyście wszystko, DOSŁOWNIE wszystko, by dostać na to dowody? Czy bylibyście w stanie zabić dla tej wiedzy? Moim zdaniem niektóre prawdy, uświęcają środki, dzięki którym się do nich dochodzi. Społeczeństwo powinno wiedzieć na czym stoi. I tym razem nie jest to przenośnia. Płaskość (cóż za irytujące słowo" to teoria jednocześnie nieprawdopodobna lecz i fascynująca, jeśli dodamy do niej kontekst religijny, to dostaniemy prawdziwą, kontrowersyjną i szokującą mieszankę wybuchowych poglądów. 


Magda to dziennikarka śledcza, tropiąca międzynarodowe spiski. Kefas posiada niezwykły dar uzdrawiania, a Tomek to katolicki ksiądz, któremu został podarowany pewien pamiętnik. Gdy na skutek tajemniczego zrządzenia losu dochodzi do spotkania tych trojga, okazuje się, że łączy ich wspólny cel – udowodnienie tezy i ogłoszenie prawdy, że Ziemia jest płaska… Z tym zamiarem udają się na Białoruś. Pragną odnaleźć Księgę Kronik Morskich, zawierającą ostateczne dowody na poparcie tej teorii.
Jednak szybko się okazuje, że w tej misji nie są sami. Do gry wchodzi dwóch nowych graczy, a każdy z nich próbuje wykorzystać Księgę do własnych celów. Rozpoczyna się wyścig z czasem…

Gdzieś kiedyś usłyszałam, że "Po okręgu" to polski odpowiednik powieści kultowego Dana Browna. Ten kto wyraził taką opinię albo miał dobre poczucie humoru albo nie czytał książek amerykańskiego autora. Dzieło Haftka jedynie w tym przypomina "Kod Leonarda da Vinci" czy inne "Anioły i demony" ,że jego fabuła osnuta jest na kanwie zupełnie nieprawdopodobnej teorii i posiada religijne akcenty. Samo wykonanie jest niestety na dużo słabszym poziomie niż u Browna, dlatego porównanie tych dwóch autorów jest z pewnością krzywdzące dla tego z zagranicy. Nasz rodzimy autor napisał pokręconą, filozoficzną powieść kryminalną, której bohaterowie poszukują zaginionej księgi, jedynego dowodu na potwierdzenie teorii, że Ziemia jest płaska. Przeszkodzić im w tym próbuje zarówno Organizacja, której celem jest zatajanie faktów przed obywatelami, jak i tajemniczy Zakon Odyna, którego założenia okazały się dla mnie nieco mętne. W każdym bądź razie rozpoczyna się prawdziwy wyścig na Wschód, konkretniej na Białoruś,który pozostawia za sobą szlak martwych ciał. Trupów jest tutaj naprawdę sporo, giną ci dobrzy i źli a co najśmieszniejsze nawet ci zupełnie niezainteresowani. Śmierci są bezsensowne a ich jedynym celem jest nakręcenie fabuły. I to wyszło autorowi znakomicie, bo kiedy nasi bohaterowie nie rozmawiają na tematy religijne czy filozoficzne, to wprost gonią przed siebie, uciekają, poszukują i dedukują. Cały czas są w ruchu a jedyne co jest w stanie ich przegonić to zbiegi okoliczności. A może to zrządzenie losu czy wręcz boska interwencja? Biorąc pod uwagę peany na temat stwórcy, które wygłasza autor, możemy skłaniać się ku temu ostatniemu. Także jedno jest pewne nudzić się nie będziecie, lecz czy jakość rozrywki dorównuje jej tempu? To zależy kto czego oczekuje : jeśli nastawiacie się na powieść w stylu Dana Browna, oryginalnego suspensu z  historią w tle i skomplikowaną fabułę, to będziecie zawiedzeni. Jeśli jednak wolicie coś lżejszego, takiej wersji Pana Samochodzika dla dorosłych, to szczerze polecam. Jednak przystępując do lektury musicie pamiętać, żeby nie traktować jej zbyt poważnie. Niech nie zniechęcają was również nieprawdopodobne wydarzenia i pewna naiwność, która cechuje to dzieło. Oraz oczywiście, wspomniane już wyżej zbiegi okoliczności. Dla przykładu : bohaterowie nie mają czasu czekać na wizę to szybko okazuje się, że Kefas zna kogoś, kto może takową załatwić od ręki, podsłuch przestaje być potrzebny? najlepszym wyjściem jest pójście do restauracji, gdzie ni z gruchy ni z pietruchy, wymiotuje na nas kilkuletnie dziecko. Takie nieprawdopodobne historie są tutaj na porządku dziennym, więc nie pozostaje mi nic innego jak się do tego przyzwyczaić.

Skoro już wiecie, że to nie fabuła czy zwroty akcji, były najmocniejszą stroną tej książki, to pozostaje pytanie : co nią było? Za chwilkę do tego dojdziemy, jednak najpierw parę słów o autorze. Tym razem jedynym źródłem mojej wiedzy był fb, jednak i on przyniósł więcej pytań niż odpowiedzi. Z portalu społecznościowego dowiedziałam się, że Piotr Haftek spędza czas na pisaniu nowej książki oraz remontowaniu domu. Z postów wynika, że jest osobą wierzącą, jednak gniew Boży mu nie straszny, co sugeruje otagowanie znaku krzyża hasztagami : kryminał i spisek. Czytając jego debiut faktycznie byłam zaskoczona tym, że Boga było tam naprawdę sporo. Boga i religii. Nie myślcie jednak, że to kolejna z tych powieści, której celem jest nasze nawrócenie i wstąpienie w szeregi Kościoła. Autor zamiast malować obraz kleru w różowych barwach, uzmysławia nam, jak bardzo współczesny Kościół różni się od tego jakiego chciał Jezus. Haftek wyszydza celibat, nabożeństwa po łacinie i niektóre z sakramentów. Przypomina nam, że Ojcowie Kościoła specjalnie stworzyli kult świętych, by zastąpić nim dawne, pogańskie wierzenia. Według Hafta wiara powinna być czysta i pozbawiona ludowych naleciałości. Muszę przyznać, że wielką radość sprawiało mi czytanie dyskusji pomiędzy katolickim księdzem, Tomaszem a Kefasem, wyznawcą "prawdziwej", niekatolickiej, niekościelnej, wiary. Sporo z tych rozmów wzięłam do siebie, nad niektórymi muszę się jeszcze zastanowić. Ciekawi mnie jedynie dlaczego trzecia uczestniczka tej "przygody" Magda, nie miała nic do powiedzenia? Czyżby było to przejawem dyskryminacji płciowej? Czy Haftek uważa, że rola kobiety ogranicza się do usługiwania mężowi i prowadzenia jego domu? Biorąc pod uwagę fakt, iż sylwetki kobiece w tej powieści to albo gospodynie albo rozpustnice i kokietki, to faktycznie coś może być na rzeczy. 

Pomimo wielu wad muszę przyznać, że jak na debiut literacki wyszło naprawdę przyzwoicie. Z początku sam główny motyw powieści jakim jest założenie, że Ziemia jest płaska, w ogóle do mnie nie przemówił, przecież każdy z nas wie jaka jest prawda? Dopiero pod koniec autor zasiał we mnie ziarno niepewności. Artykuły prasowe, które znajdują się w ostatnich rozdziałach, powinny zostać zamieszczone już na początku książki, by czytelnicy wiedzieli o jaką stawkę toczy się bitwa. Bez tego wszystkie te mniej i bardziej przypadkowe śmierci, wydają się być pozbawione sensu i wartości. Jak je przeczytałam to zaczęłam się zastanawiać, czy czasem nie kryje się w nich ziarenko prawdy? Zainspirowały mnie do zgłębienia innych teorii, nawet tych spiskowych.

"Po okręgu" to książka ze średniej półki. Można po nią sięgnąć i przeczytać z przyjemnością, jednak jeśli przegapicie ten tytuł w księgarni, również nic się nie stanie. Autor dopiero się uczy, pisania i przelewania swoich myśli na papier. Niektóre dialogi wciąż były za sztywne a opisy zbyt infantylne, akcja przyśpieszała by za chwilkę zwolnić i przerodzić się w rozprawkę religijno-filozoficzną. Muszę przyznać, iż połączenie kryminału z polemiką na temat kościoła i panujących stosunków społecznych, do mnie nie przemawia. Haftek napisał już ponad 68 tysięcy słów swojej nowej książki. Ciekawi mnie co wymyślił tym razem, czy postawi na klasykę gatunku czy nadal będzie się bawił w eksperymentowanie? Autor musi pamiętać, że debiuty dostają duży kredyt zaufania i można je traktować z przymrużeniem oka, jednak kolejne dzieła tracą taryfę ulgową. "Po okręgu" polecam, ot tak dla rozrywki, a co będzie dalej? Przekonamy się za kolejnych kilka tysięcy znaków.

Tytuł : "Po okręgu"
Autor : Piotr Haftek
Wydawnictwo : Novae Res
Data wydania : 2018
Liczba stron : 400


Za możliwość przeczytania i zrecenzowania książki serdecznie dziękuję portalowi : 
https://sztukater.pl/


"Decyzja, która zmieni wszystko" Jolanta Krajnik

"Decyzja, która zmieni wszystko" Jolanta Krajnik

     Jestem świeżo po przeczytaniu książki "Decyzja, która zmieni wszystko" i zastanawiam się co to do licha było. Czy Jolanta Krajnik jest licealistką, która się przygotowuje na międzyszkolny konkurs literacki? Czy może znudzoną kurą domową, próbującą swoich sił z pisaniem? A może jakiejś studentce się nudziło w przerwie semestralnej i "machnęła" sobie takie oto dziełko? Naprawdę nie wiem, jak doszło do tego by ta "książka" została wydana. Słyszałam, że dość częstym procederem jest płacenie przez autorów wydawnictwu za publikację, i przypuszczam, że tak właśnie było w tym przypadku. Historyjka, którą przeczytałam jest naiwna, beznadziejna, powtarzalna, sztampowa, napchana emocjami lecz wyprana z uczuć, jednym słowem : zła. Bardzo się starałam znaleźć tutaj cokolwiek działającego na plus. Grzebałam, analizowałam, czytałam po kilka razy, mrużyłam oczy, naciągałam ale niestety : pozytywów brak. To książka napisana bez pasji, bez talentu czy chociażby doświadczenia. Trzymajcie się z daleka.


Związek Ilony i Waldiego jest jak wino – spędzone wspólnie lata, zamiast przytłaczać prozą codziennych spraw, umacniają więź między nimi, sprawiając, że ich uczucie wciąż kwitnie. Para właśnie planuje romantyczną podróż do Wenecji, która ma zapisać się na zawsze w ich wspólnej historii – ale nie w sposób, jakiego mogliby oczekiwać...
Los bowiem bywa przewrotny i wychodzi nam naprzeciw w momentach, w których się tego najmniej spodziewamy. Dlatego zarówno Ilona, jak i Waldi będą musieli podjąć jedną ważną decyzję – decyzję, która zmieni wszystko i wpłynie na życie wielu osób...


Jak się okazuje Jolanta Krajnik, doświadczenie jakieś tam ma, jest bowiem autorką trzech książek, jednak żadnej z nich nie można nazwać niczym więcej niż opowiadaniem. 160 stron, 170, 180  to max. Przeglądając informacje zawarte na portalu lubimyczytać.pl widać, że Pani Krajnik zawzięła się na to by jej "teksty" dotarły do szerszej publiczności. Jedną z książek wydała nawet nakładem własnym. Z obserwacji wiem, że  zazwyczaj nie wróży to niczego dobrego i świadczy o marnej jakości. Książka "Decyzja, która zmieni wszystko" została mi ofiarowana przez portal Sztukater.pl w zamian za rzetelną recenzję. I zamierzam się wywiązać z tego zobowiązania, jednak gdyby nie ono, to ta niemalże broszurka, wylądowałaby w koszu już po pierwszych kilkunastu stronach. 
Patrząc na zdjęcie autorki, można wyciągnąć wnioski, że jest ona kobietą dojrzałą, doświadczoną, znającą się na życiu. Po takich ludziach spodziewamy się, że mają coś ciekawego do przekazania. Z zamieszczonej w Internecie krótkiej notki biograficznej dowiadujemy się, że autorka mieszka gdzieś za granicą i pisze bo tęskni "dawnymi marzeniami" (pewnie pisarskimi) i postanowiła je zrealizować. Sama mieszkam za granicą i miałam wątpliwą przyjemność poznać osobę w podobnej sytuacji. Moja znajoma również napisała książkę, również wydała ją za własne pieniądze i dziełko to było równie złe. Różniło się jedynie tym, że miało więcej stron. Tutaj, chwała Bogu, mamy ich zaledwie 176 a duża liczba dialogów sprawia, że czytelnik może z łatwością skakać z akapitu na akapit. Bardzo rzadko zdarza mi się tak potraktować czyjąś twórczość. Zazwyczaj organizuję sobie czas, oczyszczam głowę, pozytywnie się nastawiam i z optymizmem otwieram książkę. Tym razem było podobnie, jednak już po 10 minutach wiedziałam, że przez czytanie tych "wypocin" nabawię się zgagi, niestrawności i "herc klekotów". 

Po pierwsze zastanawiam się w jakim świecie żyje nasza autorka. Momentami wydawało mi się, że przeniosłam się na plan gdzie początkujący scenarzyści i jeszcze bardziej początkujący reżyserowie kręcą żałosne odcinki serialów paradokumentalnych. O, tam to dopiero się dzieje. 45 minut, z włączeniem reklam, a bohaterowie zdążą wziąć ślub i rozwód, wychować dzieci i umrzeć, mając przy tym jeszcze parę perypetii. Wystarczy obejrzeć choć jeden odcinek tego g..a a będziemy wiedzieli co zainspirowało autorkę. Oczywiście zdarzają się taki historie i w "realu", jednak powątpiewam by nasze prawdziwe życia toczyły się tak intensywnie a my jako ich "bohaterowie" bylibyśmy tak pozbawieni rozsądku, rozumu i hamulców. Do czego zmierzam. Poznajemy naszych głównych bohaterów jako ludzi w sile wieku, dojrzałych, mających dorosłe dzieci, dobrze prosperującą firmę i poukładane życie. Na pierwszy plan rzuciło mi się to, że nasza dwójka nie robi nic innego tylko uprawia sex, rozmawia o sexie, wymiguje się od sexu lub planuje sex. No były jeszcze pocałunki, przytulanki i ciepłe słówka jednak każdy z nas wie do czego to prowadzi. Proszę państwa, tym co najbardziej raziło mnie w tej książce był fakt, całkowitego odrealnienia bohaterów. Dorośli ludzie nie zachowują się w ten sposób. Nie podszczypują się w kuchni podczas gotowania obiadu, nie świntuszą przy dzieciach a komórek mózgowych wystarcza im na coś więcej niż ciągłe myślenie o przyjemnościach. Ale ok. Przyjmijmy, że mamy do czynienia z kryzysem wieku średniego, kiedy za wszelką cenę chcemy się sprawdzić i podbudować, znowu poczuć atrakcyjni, to nawet to nie tłumaczyłoby głupoty, którą wykazują się bohaterowie. Tutaj będzie mały spojler (choć rzecz dzieje się na początku "dziełka"), do końca akapitu. Kiedy nasze wzorowa Pani domu zachodzi w ciążę, mąż z początku nakłania ją do aborcji a potem obraca się na pięcie i odchodzi w siną dal. Yyyy... Ja już jak kilkuletnie dziecko wiedziałam skąd biorą się dzieci. Czy dorosły facet, który kategorycznie nie chciał mieć kolejnego potomka, nie mógł założyć gumy na instrument? Bo tutaj nie było mowy o wpadce. Nasze małżeństwo korzystało z alkowy codziennie jednak zapomniało, że natura rządzi się własnymi prawami, a nie słucha tego co my mamy do powiedzenia. To co dalej działo się z naszymi bohaterami jest jeszcze bardziej kuriozalne. Zdradzę tylko, że jedno znalazło nową miłość (po niespełna kilku tygodniach), a drugie coś z goła przeciwnego. 

Z przykrością muszę przyznać, że Pani Jolanta Krajnik, nie potrafi pisać. Cóż, za granicą jest dużo wakatów więc z pewnością znajdzie coś w czym się sprawdzi. Może krawiectwo albo pieczenie tortów? "Decyzja, która zmieni wszystko" jest książką, której nie da się czytać. Bolą oczy, boli mózg, boli serce. Wiecznie coś dźgało mnie w boku i nawet Wenecja czy Florencja nie pomogły. Zastanawiałam się czy powinnam dać jakieś dobre rady "autorce" jednak zdecydowałam, że tutaj już wszystko zostało pozamiatane. To książka bez interesującej fabuły, z idiotycznymi bohaterami i kompletnie bezsensowna. Jeśli lubicie tracić swój czas lub kolekcjonujecie literackie babony to polecam. W innym wypadku, na widok okładki, rzucajcie się do ucieczki, bo nie wiadomo kogo jeszcze opłaciła autorka. Może księgarnianych stręczycieli?



Tytuł : "Decyzja, która zmieni wszystko"
Autor : Jolanta Krajnik
Wydawnictwo : Novae Res
Liczba stron : 180
Rok wydania : 2018



Za możliwość przeczytania i zrecenzowania książki serdecznie dziękuję portalowi : 
https://sztukater.pl/


Książka bierze udział w wyzwaniu czytelniczym :

http://www.posredniczka-ksiazek.pl/2019/01/olimpiada-czytelnicza-2019-zapisy.html

"Labirynt strachu. Tom II" Beata Nowosielska

"Labirynt strachu. Tom II" Beata Nowosielska

Jednym z największych wyróżnień dla bloga (i również blogera) jest propozycja patronatu medialnego. Tym razem wydawnictwo Novae Res postawiło na mnie. Kilka tygodni temu zaproponowano mi objęcie patronatem najnowszą książkę Beaty Nowosielskiej "Labirynt strachu. Tom II". Muszę przyznać, że dość długo się wahałam czy podjąć się tej współpracy. Po pierwsze część pierwszą Labiryntu, oceniłam dość nisko więc co jeśli kontynuacja również nie spełni moich oczekiwań? Ciężko jest krytykować dzieło wydane pod własnym patronatem, a musicie wiedzieć że decydując się na tę formę promocji i wydawnictwo i bloger działają w ciemno. Jednak ciężko  doszczętnie "zniszczyć" książkę, którą firmuje nasze logo. Po drugie nie wiem czy mój blog jest już gotowy na "patronowanie", ciągle zdobywam zaufanie czytelników, doskonalę się i dopiero uczę korzystać z potencjału mediów społecznościowych. Jednak po rozważeniu plusów i minusów postanowiłam zaryzykować. W końcu opiniując Labirynt Strachu vol. 1 obiecałam, że dam autorce kolejną szansę, więc dlaczego nie zacząć z grubej rury? A po drugie lubię thrillery, horrory i wszelkiego rodzaju baśniowe fantasy więc klimat książki jak najbardziej pasuje do mojego bloga. Więc zaczynajmy. 

Rok po traumatycznych wydarzeniach w siedlisku, Marek natrafia na znajomo brzmiące ogłoszenie w gazecie. Kolejny raz ktoś chce wynająć dom w zamian za posprzątanie ogrodu. Sara wraz z Witkiem postanawiają sprawdzić czy ktoś nie uległ urokowi miejsca i nie wybrał się tam na pozornie beztroski urlop.Kiedy przyjaciele docierają na miejsce, okazuje się, że w siedlisku wciąż dzieją się dziwne rzeczy. Na podwórku stoi samochód na zagranicznych numerach rejestracyjnych a w domu, otoczony wyrysowanym kredą pentagramem, kiwa się mężczyzna. W jednej z szafek Sara odnajduje dokumenty potwierdzające, że domek wynajęła czteroosobowa rodzina. Jednak oprócz dziwnie zachowującego się obcokrajowca, lokum stoi puste. Czy uda się uratować członków zaginionej rodziny? Co tak naprawdę dzieje się w tym pełnym zagadek miejscu?

W jednym z wywiadów Beata Nowosielska przyznała, że od najmłodszych lat fascynowały ją horrory i thrillery. Wraz z przyjaciółką obejrzała chyba wszystkie ówcześnie dostępne na rynku filmy grozy. Pisząc swoje powieści czerpała inspirację od takich mistrzów jak Stephen King, Graham Masterton czy Dean Koontz. Muszę przyznać, że troszkę się bałam. Pisarzom, którzy otwarcie przyznają, kto jest ich wzorem, często brak pomysłów i zamiast napisać coś oryginalnego kopiują cudze . W tym wypadku moje obawy były nieuzasadnione. Choć oczywiście czuć tutaj nutkę mistycyzmu znaną z powieści angielskiego pisarza czy fascynację legendami i baśniami typową dla prozy jego amerykańskiego kolegi, tak całość jest niestandardowym i pomysłowym dziełem. Zdecydowanie nie jest to żadna kopia. Tym razem autorka postanowiła odejść od konwencji typowego, krwawego horroru na rzecz thrillera z nutką powieści przygodowej rodem z Indiany Jonesa. Kiedy w tomie pierwszym trup słał się gęsto, tak tutaj mamy do czynienia z bardziej zagadkową fabułą, poszukiwaniami i suspensem.  Nadal czuć klimat grozy jednak jest on dawkowany i nieco bardziej subtelny. Nie ma tutaj flaków, wieszania ludzi czy krwiożerczych bestii. Całość jest utrzymana w klimacie Blair Witch Project, gdzie strach nie jest efektem działań sił nadprzyrodzonych tylko tkwi w naszych umysłach. Boimy się tego co wiemy, sił które znamy i osób, które mogą stanąć na naszej drodze. W odróżnieniu od pierwszego tomu, tutaj to człowiek jest przedmiotem naszych zainteresowań a duchy sprowadzone są do roli nieszkodliwych poltergeistów. Pod koniec książki, po dotarciu do punktu kulminacyjnego, zrobiło się sensacyjnie, rodem z zabawy w policjantów i złodziei. Troszkę zabrakło mi tego "horroru", klimatu gore, z którym miałam do czynienia w pierwszej części. Tutaj autorka bardziej skupiła się na warstwie obyczajowej, czego mi wcześniej brakowało, magii i sylwetkach naszych bohaterów. Zmniejszyła tempo a działania Sary, Witka i Toma stały się bardziej przemyślane. No i w końcu miałam czas by ich polubić. 

Widać, że oprócz fascynacji thrillerem i literaturą kryminalną, autorka ma szeroką wiedzę na temat rytuałów spirytystycznych, duchów i demonów oraz wszelkiego rodzaju asortymentów związanych z wróżbiarstwem. W książce pojawiają się mieszkające w koronach drzew wiedźmy, portale do innych wymiarów, świetnie zaopatrzony sklep dla wszelkiego rodzaju mediów, karty tarota oraz talizmany. I to właśnie one zwróciły moją uwagę. Czy wiecie, że to w dużej mierze Kościół Katolicki miał wpływ na to, że ludzie przestali z nich korzystać? Zostały uznane za grzeszne a nawet demoniczne, osoby używające ich mocy same skazywały się na potępienie. Autorka przypomina nam czasy kiedy ludzie wierzyli w duchy i naturę. To z ziemi, słońca i gwiazd czerpali moce i siły witalne. Talizmany były niczym dzisiejsze modlitwy. Robiono je z drewna i kamienia, ozdabiano rysunkami. Miały wielką moc, o której potem zapomniano. 
Nowosielska wskrzesza Strażników Ognia i Opiekunów, wzorującą się na starodawnych wierzeniach i praktykach sektę, której celem jest zgromadzenie jak największej potęgi zarówno tej fizycznej jak i metafizycznej, za pomocą złożonych w ofierze osób. Co prawda sama sekta działa jakby w oddaleniu od naszej fabuły , jednak nareszcie mamy czas by dokładniej się jej przyjrzeć, poznać historię i cele. Już nie jest, jak w pierwszym tomie, deus ex machina.  Został tutaj użyty dość utarty schemat walki dobra ze złem, ciemiężycieli z podatnymi na manipulację osobnikami. Jak widać nawet powieść o zabarwieniu kryminalnym, może nieść jakiś morał. W tym przypadku jest to przestroga przed wszelkiego rodzaju zgromadzeniami, fałszywymi religiami, charyzmatycznymi przywódcami, którzy tylko czyhają na nasze pieniądze, zdrowie bądź też duszę. 

Bardzo podobały mi się sylwetki kobiece stworzone przez autorkę. I nie chodzi tutaj o samą Sarę, która wydoroślała, nauczyła się nowych rzeczy i (choć nadal brakuje jej wiary we własne możliwości) stała się naprawdę potężnym medium. Również Leila, narzeczona Toma, jest postacią niezwykle silną, oryginalną i potrafiącą postawić na swoim. Lubię książki, w których to kobiety noszą spodnie. Oczywiście nie chcę przez to powiedzieć, że bohaterowie męscy są mdli i do niczego. Nic podobnego. Witek okazał się prawdziwym przyjacielem, dobrodusznym inteligentem z głową pełną pomysłów a Tom to postać chimeryczna, istny Joker, osoba o tysiącu masek, którą nie sposób jest do końca poznać. Rozmywa się jak dym i nawet doświadczenia obcujących z nim towarzyszy nie wnoszą nic do naszego systemu poznawczego. 

"Labirynt strachu. Tom II" jest kontynuacją, która na głowę bije debiut literacki. Choć zachowany został mroczny klimat, to autorka odeszła od konwencji horroru, nadając powieści bardziej przygodowy/kryminalny wymiar. Dzięki temu książka nabrała głębi, a warstwa obyczajowa sprawiła, że bohaterowie stali się nam bliżsi i możliwe było nawiązanie z nimi więzi. Zakończenie sugeruje, a nawet zmusza czytelnika do uwierzenia, że szykuje się kolejna część. Sporo spraw pozostało nierozwiązanych a wręcz przeciwnie, cała przygoda się dopiero rozpoczyna. I ja się bardzo ciesze, że mogę wziąć w niej udział. To mój pierwszy patronat i uważam go za bardzo udany. Mogę z dumą powiedzieć, że moje logo zdobi okładkę całkiem przyzwoitej powieści. A w kolejnych tomach będzie jeszcze lepiej. Tego autorce życzę. Polecam.


Tytuł : "Labirynt strachu. Tom II"
Autor : Beata Nowosielska
Wydawnictwo : Novae Res
Data wydania : 2018
Liczba stron : 296



Za możliwość objęcia patronatem bardzo dziękuję wydawnictwu : 


https://novaeres.pl/
 


"Opowieść o rzeczce Rwącej Pachnącej i dolince szczęściem płynącej" Grzegorz Mostowicz-Gerszt

"Opowieść o rzeczce Rwącej Pachnącej i dolince szczęściem płynącej" Grzegorz Mostowicz-Gerszt

Grzegorz Mostowicz Gerszt jest znanym, choć niedocenionym aktorem, którego możemy zobaczyć w serialu "M jak miłość". Oprócz roli w szlagierowej produkcji telewizji Polskiej Gerszt występował w wielu filmach i serialach. Ze względu na specyficzną urodę wybierany jest zazwyczaj do ról przestępców i gangsterów. Czy ktoś o tak "przerażającej" aparycji może napisać dobrą książkę dla dzieci? Okazuje się, że tak. Aktor i pisarz, nie dość że całkiem nieźle posługuje się wierszem, to lubi dzieci i wie jak przekazać im wartościowe treści. 

Niedaleko Miasteczka, płynęła rzeczka zwana Rwącą Pachnącą. Słynęła z krystalicznie czystej wody, którą zamieszkiwało dużo najróżniejszych stworzeń. Odgrodzone od rzeczki groblą oczko wodne było domem dla traszek, raków, wąsatego suma, pająka topika i wielu innych słodkowodnych osobników. Pewnego dnia wody rzeczki stały się czarne, muliste i śmierdzące. Nie wiadomo skąd pojawiły się wredne i groźne stwory, które zaczęły nękać mieszkańców oczka. Wszystkie dobre istoty, które żyły w rzece spakowały manatki i uciekły. Jedynie mieszkańcy małego stawiku, postanowili walczyć o swój dom. Wysłano ekspedycję na której czele stanął rak, której głównym zadaniem było sprawdzenie, co sprawiło, że rzeczka z Rwącej Pachnącej stała się Śmierdzielką Cuchnącą. Czy przyjaciołom uda się uratować oczko wodne? 

Pisanie wierszem jest trudne, a napisać dobrze skomponowaną, łatwą w odbiorze bajkę dla dzieci jest nie lada wyzwaniem. Dorośli bowiem umieją wybaczać błędy, dzieci są bezlitosne. Dobra książka musi bawić, wywoływać uśmiech na ustach, działać na wyobraźnię, zachwycać obrazkami. Dla nas dorosłych, rodziców czy opiekunów, ważne jest również by niosła ze sobą morał i przemycała wiedzę. Muszę pochwalić autorka, który wywiązał się ze swoich obowiązków i zasłużył na najlepszą nagrodę, jaką był uśmiech mojej, bardzo wymagającej córki. Moja pociecha to dziecko, które ciężko zadowolić. Lalki Barbie są nudne, Kopciuszek głupi, Królewna Śnieżka za mało dramatyczna a smerfy są już passe. Wielką pasją mojej czterolatki są robale, ulubioną książką "Wielka Księga Potworów" a najukochańszą przytulanką Mike Wazowski z Potworów i Spółka. Już dawno odpuściłam sobie kupowanie kolorowych książek dla "grzecznych" dziewczynek. Kiedy po raz pierwszy przeglądałam książkę Gerszta i zobaczyłam te wszystkie potwory, smrody, liszaje i wszelkiego rodzaju okropności, już wiedziałam że jest to lektura idealna dla mojej małej. Nie zawiodłam się. Przez pierwszą godzinę z zachwytem w oczach oglądała ilustracje, pukając paluszkiem w co obrzydliwsze stworzenia. Potem kazała sobie czytać, oczywiście po kilka stron na raz, żeby dokładnie wszystko przetrawić i zapamiętać. Kiedy po kilku wieczorach książka została skończona, czas było zacząć wszystko od początku. Gdzieś po tygodniu odpuściła i weszła w inną fazę czyli mamo "a co to jest". Rozpoczęła się seria pytań na temat mieszkańców rzeki, kim są, czy istnieją naprawdę, czy wyglądają jak na rysunkach? Oczywiście była bardzo zawiedziona jak się okazało, że te najobrzydliwsze, są tylko wytworem wyobraźni autora. Przeglądając obrazki Pani Joanny Kopplinger, Julia wymyślała własne historie a "wściekła" deska zawsze wywoływała salwę śmiechu. 

Moja czterolatka jest jeszcze za mała by zrozumieć problemy związane z ekologią jednak ja uważam, że od najmłodszych lat musimy uczyć nasze dzieci szacunku do naszej planety, flory, fauny oraz nas samych. Właśnie takie książki, które jednocześnie bawią i uczą, powinny znaleźć się w programie nauczania przedszkolnego. Mamy tutaj rzeczkę, która jest symbolem natury, i poprzez szkodliwe działanie człowieka ze zdrowej i tryskającej radością zmienia się w czarną i oleistą breję. Zanieczyszczenie wód ma wpływ na wszystkich mieszkańców rzeczułki. Zaczyna brakować im tlenu, na skrzydłach ptaków osadza się smoła, zwierzątka zaczynają chorować i boją się o swoje życie. Robi się śmierdząco, smutno, niebezpiecznie. Dopiero kiedy gromadka przyjaciół z oczka wodnego, bierze sprawy w swoje ręce, w czytelnika wstępuje nadzieja. A jak tym małym istotkom udaje się ukarać nie szanującego przyrody człowieka, to moja mała aż piszczała z zachwytu. Teraz z każdym papierkiem, brudkiem czy gumą do żucia, biega do kosza na śmieci. Ostatnio jak mąż spryskiwał kwiaty środkiem owadobójczym, to zrobiła mu wykład na temat złego wpływu chemikaliów na jej zdrowie. Partnerowi aż ręce opadły, a same opryski musiał dokończyć jak dziecko poszło spać. 

Książka "okraszona" jest wspaniałymi, choć nieco mrocznymi ilustracjami, przedstawiającymi naszych "rzecznych" bohaterów. Obrazki te, co jest dość nietypowe w przypadku literatury dziecięcej, nie są pastelowe. Na samym początku tryskają one życiem i energią. Widać tutaj uśmiechy zwierzątek, płazów i gadów. Słońce radośnie świeci, pszczółki zbierają nektar z kwiatków. Panuje istna sielanka. Jednak kiedy wody rzeczki zaczynają czernieć, czernieją również ilustracje. Niektóre są nawet czarno-białe. Klimat książki staje się mroczny, co jeszcze bardziej działa na wyobraźnię dziecka. Obrzydliwe stwory są brutalne, używają złego języka, prędko im do bitki. Chcą wyrugować wszelkie dobro i zalać mazią i cuchnącą breją cały świat. Całe szczęście są jeszcze Ci dobrzy bohaterowie, którym dzięki współpracy i przyjaźni, udaje się uratować rzeczkę i całą okolicę. Wszystko kończy się happy endem jednak morał pozostaje. 

"Opowieść o rzeczce Rwącej Pachnącej i dolince szczęściem płynącej" to wspaniała, rymowana historia przeznaczona dla czytelników w wieku przedszkolnym i wczesnoszkolnym. Tych młodszych skuszą piękne ilustracje i swobodny, zabawny język, tych starszych ważny temat, jakim jest zanieczyszczenie środowiska oraz ekologia, zainspiruje do dyskusji i innego spojrzenia na świat i własne w nim miejsce. Polecam wszystkim czytelnikom, i tym ze szkolnych ław i tym zza korporacyjnych biurek, bo i oni często zapominają o tym, jaką wartością jest natura, świeże powietrze i czyta woda. To mądra książka, niosąca ważne przesłanie i wierzę, że będąca w stanie zachęcić nas do zmiany swoich szkodliwych przyzwyczajeń. 

Tytuł : "Opowieść o rzeczce Rwącej Pachnącej i dolince szczęściem płynącej"
Autor : Grzegorz Mostowicz-Gerszt
Ilustracje : Joanna Kopplinger
Wydawnictwo : Novae Res
Data wydania : 7 sierpnia 2018
Liczba stron : 60 



Za możliwość przeczytania i zrecenzowania książki serdecznie dziękuję portalowi : 


https://sztukater.pl/

"Off-off" Ewa Skunart

"Off-off" Ewa Skunart

     Ta niewielkich rozmiarów książeczka nieźle dała mi popalić. A dlaczego? Po pierwsze nie jest to coś, do czego przyzwyczaiły mnie polskie autorki. Po drugie język jakim posługuje się Ewa Baniecka Skunart jest trudny, metaforyczny i zmuszający do analizy. Jedno zdanie może mieć wiele znaczeń. Po trzecie jest to powieść, która skłania do myślenia o tematach , którymi nie zajmujemy się na co dzień. Myślimy o roli płci, tożsamości, narodzie, kulturze i polityce, zastanawiamy się w którą stronę to wszystko zmierza, co się stało z Polska? Gdzie zniknął liberalizm, wolność słowa, feminizm i równość. Zaczynamy zastanawiać się, czy nadal chcemy żyć w kraju gdzie panuje brak poszanowania dla inności, kraju ksenofobicznych elit rządzących, polityków którzy na siłę wpychają w nas kiełbasę wyborczą. Nawet kiedy jesteśmy głodni jedynie wolności i szacunku.

"Off-off" to historia dwóch przyjaciółek, które rozdzielił los. Jedna kobieta wyjechała za granicę by spełnić swoje marzenie, jakim była kariera aktorska, druga dokończywszy studia w Polsce została wykładowcą akademickim, pisarką i instruktorką jogi. Dziś, nadszedł dzień spotkania po latach. Niestety jedna z przyjaciółek się spóźnia. Druga, siedząc samotnie przy stoliku, postanawia wykorzystać ten czas i pisze historię swojego życia na kawiarnianych serwetkach. 

Podczas lektury zastanawiałam się czy "Off-off" jest książką na poły autobiograficzną. Z internetu dowiedziałam się, że podobnie jak nasza główna bohaterka, Ewa Skunart jest wykładowcą akademickim, instruktorką jogi, pisarką, recenzentem literackim oraz członkinią Stowarzyszenia WEGA działającym na rzecz równości kobiet i mężczyzn. Jednak w przeciwieństwie do znudzonej, pogrążonej w maraźmie i depresji bohaterki, Pani Ewa nie wydaje się być na "offie", wręcz przeciwnie aktywnie działa i walczy na swoim małym poletku. Również sama okładka książki kontrastuje z jej, raczej szarą, ponurą, treścią. Sięgając po tę książkę spodziewałam się typowej historii z rodzaju "znowu w życiu mi nie wyszło, znowu jestem sam". Czegoś o zdradzie małżeńskiej, mobbingu w pracy, nieuleczalnej chorobie, bądź też krnąbrnych dzieciach. Muszę przyznać, że bardzo się zdziwiłam kiedy okazało się, że tym razem to małżonka zdradza i z pewnością nie jest typem dobrze nam znanej matki polki. Naprawdę ciężko jest natrafić, mówię oczywiście o polskiej literaturze obyczajowej, na bohaterkę inteligentną i do tego z wielkimi cohones. Takie okazy są na wagę złota i automatycznie podnoszą wartość całej książki. A jak na dokładkę potrafią wyrazić "siebie" w sposób elokwentny, współczesny, kontrowersyjny i prowokujący do dyskusji wszelakiej, to tym lepiej. Cieszę się, że dane mi było poznać naszą protagonistkę i choć jej życie było raczej szare niż kolorowe, ubogie w ciekawe wydarzenia a ona sama cechowała się malkontenctwem to właśnie dzięki niej zaczęłam doceniać to co mam i w jakim kraju żyję. Cieszy mnie, że polską scenę polityczną obserwuję  w telewizji a wybory traktuję jedynie w kontekście poprawienia statystyk. Widać bowiem w naszym kraju zmiany, które są niepokojące i przeczą europejskiej idei wolności słowa oraz wolności obywatelskich. Jest to tak widoczne, że echa takiego stanu rzeczy, przeniknęły zarówno do sztuki, jak i literatury. Podnoszą się głosy oburzenia. I choć nie jest to jeszcze bunt na skalę krajową, to jest coraz bardziej zauważalny. Od dawien dawna wiadomo, że środowisko artystyczne to domena liberałów i Ewa Baniecka nie wyłamuje się z tego schematu. Nie boi się wyrażać swoich opinii, nieczęsto kontrowersyjnych, w sposób brutalny i dosadny. Książka ta jest skargą na polską obyczajowość, przemiany dokonywane przez obecnie rządzących i bierność obywateli. 

Co dokładnie znaczy "żyć na offie"? Podobnie jak i całą książkę, wyrażenie to można interpretować na wiele sposobów. Wśród nas żyją tak zwani offgridowcy, ludzie którzy nie walczą z systemem tylko żyją obok. Często rezygnują z dóbr cywilizacyjnych (choć nie z prądu i Internetu)czy publicznej edukacji. Zdarza się, że zamiast robić zakupy w dyskontach, zdobywają żywność w alternatywny sposób, chociażby na śmietnikach czy w ramach wymiany na inne dobra. Nasza bohaterka nie posunęła się aż tak daleko. W jej przypadku "życie na offie" to świadomy protest wobec krajowej polityki i skostniałej konserwatywnej ideologii. Choć nadal jest zmuszona funkcjonować w ramach państwa i jego struktur (by utrzymać rodzinę) to nie boi się manifestować swojej odmienności. Przyznaje się do tego, że daleko jej do ideału czy kobiety czy też matki. Niektóre za nas, analizując jej macierzyństwo, zapewne złapią się za głowę. Te które dobrze się czują w korporacjach, również przewrócą oczami. Z pewnością niewiele w Polsce jest kobiet, które cechuje taka wrażliwość jak naszą bohaterkę. Ona czuje zmiany wszystkimi porami w swojej skórze. Widzi na jak niebezpieczną ścieżkę chcą wprowadzać nas rządzący. Jeszcze chwila a zamkną nam granice, odbiorą przywileje, zaczną nagonki na tych "innych". Dzisiejsza władza nie lubi jakichkolwiek form inności. 

"Off-off" w przeciwieństwie do jej okładki, zdecydowanie nie jest książką pogodną. Już od pierwszych stron zauważamy, że nasza autorka ma poczucie humoru, szkoda że w realiach w których przyszło jej żyć, jest on czarny. No może z lekkimi odcieniami szarości. Pomimo znikomej objętości stron jest tutaj wyjątkowo dużo treści. Towarzyszymy naszej bohaterce od czasów dzieciństwa, przez małżeństwo i trudy macierzyństwa, aż do okresu wycofania się z życia, etapu offowego. I to w dużej mierze właśnie on, jest tematem tego dzieła. Nasza bohaterka narzeka, psioczy, przeklina, nie może się pogodzić z rzeczywistością. Czuje typowy "weltschmerz", który nie pozwala jej normalnie funkcjonować. Dzięki niesamowicie plastycznemu, momentami nawet lirycznemu, językowi jakim posługuje się autorka, byłam w stanie współodczuwać jej ból. 

Jeśli kiedykolwiek czuliście się wyautowani, niepasujący do realiów w których przyszło wam żyć, lub chociaż niezadowoleni z systemu, w którym funkcjonujecie, to jest to książka dla was. Porusza ona ważne tematy między innymi opowiada o równości, odmienności, absurdach polskiej sceny politycznej, ksenofobii czy macierzyństwie. Komentarze autorki są niesamowicie trafne, cięte i elokwentne a sama forma książki wymaga od nas skupienia i zastanowienia. Nie jest to powieść łatwa, do przeczytania za jednym posiedzeniem. To mądra historia z mądrą bohaterką w niestety coraz bardziej ogłupiałym świecie. Polecam. 



Tytuł : "Off-off"
Autor: Ewa Skunart
Wydawnictwo : Novae Res
Data wydania : 20 sierpnia 2018

Za możliwość przeczytania i zrecenzowania książki serdecznie dziękuję portalowi :





https://sztukater.pl/



"Bez opamiętania" Tina Mouneimné Van Roeyen

"Bez opamiętania" Tina Mouneimné Van Roeyen

     Tina Mouneimné Van Roeyen to osoba wybitnie utalentowana i choć "Bez opamiętania" jest jej beletrystycznym debiutem literackim (autorka do tej pory zajmowała się literaturą naukową) to nie macie się czego obawiać, jest to debiut na najwyższym, światowym poziomie. Książek o złamanych sercach, zdradach czy rozwodach na polskim rynku wydawniczym jest bez liku. Ciężko tutaj o oryginalność. Muszę się wam przyznać, że dość mam płaczliwych, przesiąkniętych zapachem szarlotki, powieści obyczajowych, gdzie czterdziestoletnie kury domowe wylewają żale nad mężem, który wybrał młodszą, kochankiem który odszedł czy przyjaciółką, która zdradziła. Chciałam się dowiedzieć co się dzieje w wielkim świecie, jak z problemami natury sercowej radzą sobie wykształcone europejki, które pod ręką nie mają tabunów babć, cioć i innych psiapsiółek od serniczka i miętowej herbatki. Miałam ochotę na literaturę bez kapci, taką na szpilkach. I właśnie to dostałam. 

Bohaterka naszej powieści ciężko przeżyła rozwód z mężem, z którym spędziła jedne z najlepszych lat swojego życia. Na początku była rozpacz i niedowierzanie, potem faza wyparcia, by na końcu kobieta wzięła sprawy swoje ręce i zaczęła życie od nowa. W tej niewielkich rozmiarów książce nasza protagonistka szuka recepty na szczęście i dobre życie. Poznaje smak przygody, podróżuje, poznaje coraz to nowych ludzi. Nie poddaje się w drodze do nowej, lepszej i pełniejszej egzystencji. 

"Bez opamiętania" jest książką mądrą, napisaną przez mądrą autorkę i opowiadająca historię mądrej bohaterki. Już na pierwszy rzut oka widać, że mamy do czynienia z osobą, która dopiero po rozwodzie zdała sobie sprawę, że  dotychczas żyła w konformistycznej klatce osadzonej w skomercjalizowanym świecie. Podróżując w głąb umysłu bohaterki mamy wrażenie, że to właśnie w naszej obecności opadły jej klapki z oczu i ujrzała rzeczywistość wraz ze swoimi wadami i zaletami. Kiedy wraz z mężem powoli zamieniała się w "homo kanapus" rodem z produkcji Polsatu "Świat według kiepskich", świat i ludzie przechodzili nieustającą metamorfozę. Przegapiła moment, kiedy media społecznościowe z nośnika ważnych informacji i ciekawostek, zmieniły się w promocyjną tablicę informacyjną, klaser ze zdjęciami śliniących się bobasów i ich kupek, oraz fikcyjnych kont dawno zapomnianych szkolnych bohaterów, którzy zamiast w sławę obrastają w tłuszcz. Staliśmy się za bardzo facebookowi, instagramowi, tweeterowi. Interesują nas plotki, jak ta o lekarzu co mając raka spłodził dziecko dwóm lesbijkom, kolorowe magazyny i równie kolorowe programy o celebrytach. Zamiast mózgu zaczęliśmy używać oczu. Pochłonęło nas morze konsumpcjonizmu, tylko nikt nie dał nam koła ratunkowego. Autorka zwraca uwagę na fakt, że dziś już nikt nie sprawia sobie drobnych przyjemności, wszystko ma swój cel. Nawet wyjście do spa ma sprawić, że będziemy ładniejsi, jędrniejsi, szczęśliwsi. Jak kupujemy książkę to znajomi zamiast spytać o czym była, lub czy nam się podobała, pytają czy złapaliśmy ją w promocji. Przechodząc z jednego końca centrum handlowego na drugie, uzbieramy całą kieszeń ulotek reklamowych. Nasze życie zmieniło się w ciągłą pogoń za dobrami doczesnymi. Zastanówcie się, z czym wam się kojarzą święta, i okres tuż przed nimi? Czy będzie to religijna zaduma, zapach kadzidła i kolędy, czy może pogoń za prezentami, kredyty gotówkowe by sprawić radość najbliższym i "Kevin sam w domu"? My, czytelnicy, to wszystko wiemy. W końcu żyjemy w tym świecie, obcujemy z nim. Nasza bohaterka dopiero go dostrzega. I obraz ten wywołuje w niej smutek. Żałuje nie tego, w jakim kierunku poszła cywilizacja tylko tego, że praktycznie nie ma już alternatywy na inne życie. Choć w głębi serca odrzuca dzisiejsze ideały, to wie, że musi się do nich dostosować. Mieszka więc w designerskim mieszkaniu, poddaje się peelingowi kawitacyjnemu, choć nie wie z czym to się je, odwiedza mode kawiarnie i restauracje i jednocześnie pozostaje sobą.

Po rozwodzie nasza bohaterka zdała sobie sprawę, że świat nie ogranicza się do jednego miasta ani nawet jednego kraju. Odkryła w sobie pasję do podróży. Afryka, Ameryka Południowa, Indie, które pokochała, to miejsca do których wracała wielokrotnie. Opisy tych podróży były tak realistyczne, że sama zapragnęłam wziąć plecak i wyruszyć w drogę. Nie były to typowe wakacje dzisiejszych dorobkiewiczów, którzy rozwalają cielska na brzegu basenu i z drinkiem w ręku patrzą w ekrany smartfonów. Nasza bohaterka podróżowała bez makijażu, bez znajomości języka, często nie wiedząc gdzie będzie nocować ani co jeść. Były to typowe spontany wypełnione rozmowami z przypadkowymi ludźmi i lekturą książek. W końcu udało jej się rozwinąć skrzydła i spełniać na wielu frontach. Wyjazd na Islandię w ramach wolontariatu, obrona pracy doktorskiej, kurs języka portugalskiego, to tylko niektóre z przykładów aktywności naszej bohaterki. Zdała sobie sprawę, że jej życie przed rozwodem było gnuśne i asekuranckie. Teraz dzięki terapii psychologicznej oraz rodzinie i przyjaciołom wygrała na nowo swoje życie. 
Co uwielbiałam w naszej bohaterce to jej niezwykły intelekt, zdolność analizy oraz sarkazm. Wyobraźcie sobie wszystkie cechy, które nie pasują do kobiet, pomóżcie je razy dwa, i upchnijcie w kobiece ciało. Taka właśnie jest nasza protagonistka. Totalne przeciwieństwo typowej "matki polki, wyzwolona, wulgarna, oczytana i twardo stąpająca po ziemi. Nie boi się przyznać, że nie lubi dzieci, za to marzy o szybkim sexie, nie umie rozpalić ogniska rodzinnego, za to fascynują i podniecają ją zupełnie obcy ludzie. Muszę przyznać, że jest to jedna z bardziej wyrazistych, fikcyjnych postaci kobiecych jakie dane mi było poznać. Ktoś, z kim mogę się utożsamiać. 

"Im fasada piękniejsza, tym dramaty większe", zdanie to jest jednym z wielu pięknych cytatów, którymi jest napakowana książka. Autorka zadaje czytelnikowi wiele pytań, zmusza go do zastanowienia i prowokuje do dyskusji. Kim jesteśmy? Co nas motywuje? Co sprawia, że jesteśmy szczęśliwi?





https://sztukater.pl/
Copyright © 2014 CZYTANKA NA DOBRANOC , Blogger