sobota, 25 lutego 2017

 Tytuł : "Czy miałaś kiedyś rodzinę?"
Autor : Bill Clegg
Wydawnictwo : W.A.B
Rok wydania : 2016
Liczba stron : Did you ever have a family?




 Łączenie kropek




Jest to książka z rodzaju tych, które bardzo szybko wylądują na półce z przecenami, ewentualnie skończą jako dodatek do gazet. Nie do końca udane, jednak nie tragicznie złe. Typowa powieść do czytania w kuchni podczas przygotowywania obiadu. Nie wymaga od nas zżycia się z bohaterami, z którymi praktycznie nie czujemy żadnej więzi. Jeśli wpadnie wam w ręce można przeczytać, jednak nie wybierajcie się specjalnie do księgarni. Jednak muszę zaznaczyć, że jest to moja własna opinia, z którą z pewnością ( patrząc po komentarzach i recenzjach ) nie zgodzi się większość czytelników.

Na kilka dni przed ślubem córki w domu June gdzie miało się odbyć przyjęcie weselne wybucha pożar. W płomieniach giną państwo młodzi, były mąż June oraz jej obecny partner Luke. Kobieta jednej nocy traci całą rodzinę i dobytek. Zrozpaczona wsiada w samochód i udaje się nad morze by zamieszkać w pensjonacie.
Wszyscy, włącznie z policją, o podpalenie oskarżają Luka, który był już karany i siedział w więzieniu. Lydia, matka Luka, jest jednak innego zdania. Po co mężczyzna miałby podpalać dom w którym mieszkał i w tak wyrafinowany sposób popełnić samobójstwo? Wydaje jej się podejrzane, że jedynie June udało się cało wyjść z tej tragedii. Opłakując syna, dostaje telefon od nieznajomego mężczyzny, który oferuje jej wielkie pieniądze.

Nie do końca zrozumiałam co autor chciał nam przekazać opowiadając tę całą historię. Z początku wszystko zapowiadało się pięknie. Dochodzi do tragedii , jedyna ocalała wyrusza w podróż by zmierzyć się ze swoim cierpieniem. Pomyślałam sobie : będzie to co lubię, dramat psychologiczny. Jednak każdy kolejny rozdział mnie rozczarowywał. Mnogość narratorów to największy mankament tej książki. Przez jedna trzecią powieści zapoznawałam się z coraz to nowymi postaciami. June, Lydia, Luke, pan dzwoniący, cała jego rodzina, właścicielki pensjonatu. Każdy miał w tej historii coś do dodania. Ale czy naprawdę niespełna 320 stron wystarczy by to wszystko pomieścić? Dlaczego autor zamiast skupić się na ofiarach tragedii wprowadził zupełnie nowych bohaterów, którzy nic do naszej fabuł nie wnoszą? Szczególnie nie zrozumiałam wątku dwóch lesbijek, właścicielek nadmorskiego pensjonatu. Ich historia jest opisana bardzo szczegółowo i zajmuje dość sporą część książki. Ale co one miały wspólnego z June, która tylko u nich mieszkała czy z pożarem? Lubię jak powieści zbudowane są pudełkowo lub składają się z pozornie nie mających wspólnego mianownika opowiadań, jednak tylko i wyłącznie gdy na końcu powieści ten wspólny mianownik zostanie w końcu znaleziony. Tutaj miałam wrażenie, że autor specjalnie dopisywał niektóre fragmenty czy historie. Powodem tego mogło być nie radzenie sobie z postacią June- w końcu jak długo można pisać o cierpieniach kogoś kto stracił całą rodzinę lub też wydawca dał mu konieczny limit stron do druku. 

Chociaż się starałam nie czułam żadnego połączenia z naszymi głównymi bohaterami. Historia jest tragiczna jednak mną nie wstrząsnęła. Może wpływ na to miała narracja. Rozdziały są krótkie, dlatego spodziewałam się, że będę mieć do czynienia z narracją w trzeciej osobie. Tymczasem na każdej stronie poznaję punkt widzenia kogoś innego lub narracja prowadzona jest bezpośrednio przez narratora. Również porządek rozmieszczenia rozdziałów pozostawia dużo do życzenia. Mnie osobiście najbardziej interesowały losy June, Lydii i Luka, jednak by czytać tylko ich historie musiałabym przeskakiwać po kilka rozdziałów. To było jak zabawa w łączenie kropek. Niestety dzieckiem już nie jestem i mnie to nie bawiło. 

Niestety książka mnie nie wciągnęła. Owszem czytanie poszło mi niezwykle gładko, całość zajęła mi niespełna trzy godziny jednak książka nie wywołała zamierzonego efektu. Coś co miała mną wstrząsnąć , wycisnąć łzy z oczu, jak mi się często zdarza w przypadku książek o podobnej tematyce, odebrałam jako kolejny dramat na mojej drodze. Autorowi niestety nie udało się zawładnąć ani moich umysłem ani moim sercem. Bohaterom nie udało się zrobić na mnie wrażenia, a sama fabuła od pewnego momentu zaczęła się bardzo przewidywalna.




piątek, 24 lutego 2017

 Tytuł : "Straszna nowina o okrutnym mordzie Szymona Abelesa"
Autor : Marek Toman
Wydawnictwo : WAM
Rok wydania : 2016
Liczba stron : 456
Tytuł oryginału : Velika novina o hroznem mordu Simona Abelese





 Swoje groby



Zawsze fascynowało mnie czytanie książek, które dostają mało komentarzy. Czy to dlatego, że na nie nie zasłużyły? Czy może dlatego, że zrecenzowanie ich było zbyt trudne? Może czytelnicy bali się, że źle je zrozumieli lub po prostu książki te nie miały wad a ciężko pisać o samych zaletach? W przypadku tej powieści mam mieszane uczucia. Na pewno nie zaliczyłabym jej do moich ulubionych jednak uważam, że warto ją przeczytać chociażby dlatego, że opowiada o faktach historycznych, które zdarzyły się u naszych bliskich sąsiadów Czechów. To nie tylko historia jednego domniemanego morderstwa. Ta książka opowiada o smutnym losie ludności żydowskiej w XVII wieku. 
Szymon Abeles zafascynowany kościelną muzyką decyduje się porzucić wiarę przodków i przejść na chrześcijaństwo. Odwiedza mistrza drukarskiego Hermana, konwertytę, którego prosi o pomoc. Ten ofiaruje mu miejsce w swoim domu dopóki po chrzście nie zajmie się nim zakon jezuicki. 
Pewnego dnia po Szymona przychodzi zdenerwowany ojciec i zabiera chłopca do domu. Nazajutrz do uszu Hermana dochodzi wieść, którą huczy całe miasto. Łazarz, ojciec chłopca, rozwścieczony faktem , że syn jest odstępcą od jedynej wiary, truje Szymona. 
Rozpoczyna się proces, podczas którego Szymon zostaje męczennikiem, a jego zabójcom wymierzona zostaje sprawiedliwość. Herman bierze w nim udział jako protokolant. 

Czasy współczesne. Antropolog Ladislav poszukuje trumny ze szczątkami Szymona Abelesa w kryptach jednego z praskich kościołów. Pewnego dnia wracając z pracy zdaje sobie sprawę, że zniknął jego syn Szymon. Ladislav kontaktuje się z byłą małżonką, szkołą i policją. Rozpoczynają się poszukiwania. Ladislav oprócz przemierzania wąskich uliczek w poszukiwaniu syna , musi również zmierzyć się z przeciwnikami w grze komputerowej Battle Church, gdyż jest to jedyny trop prowadzący do jego syna 

Część książki opowiadająca o Szymonie Abelesie jest historią prawdziwą. Faktycznie w XVII wieku żył chłopiec , który uciekł z żydowskiego miasta by przyjąć wiarę chrześcijańska. Widać, że autor zadał sobie duży trud by zgłębić ten temat gdyż nie jest to zbyt rozpowszechniona historia. Toman, z zawodu tłumacz i dyplomata, nie bawi się w rozliczanie przeszłości tylko wiernie trzyma się zgromadzonych faktów, czasem tylko dodając mało istotne elementy fikcyjne. 
Ta część książki była naprawdę bardzo dobra. Opisywała prawdziwy obraz społeczeństwa ówczesnych czasów , wraz z jego społecznymi niesprawiedliwościami. Wiem, że Żydzi bardzo dużo wycierpieli w przeszłości, jednak nawet w mieście tak tolerancyjnym jak Praga i to wieki przed rozpoczęciem II Wojny Światowej już widzimy pierwsze przejawy holokaustu, tym razem sankcjonowane przez prawo. Bo czyż proces wytoczony Łazarzowi, można nazwać sprawiedliwym? Czy to Kościół nie pociągał za sznurki by tylko umocnić wiarę chrześcijańską i znaleźć nowego męczennika? Bycie Żydem w tamtej Pradze było naprawdę trudne. Wiązało się z życiem w gettcie, ograniczonym dostępem do niektórych zawodów i ostracyzmem. Dlatego nie dziwi mnie, że było tak wielu konwertytów. Jeśli człowiek chciał w życiu coś osiągnąć musiał podjąć decyzję. Zmienić wiarę czy wyjechać za granicę gdzie może lecz nie musi być lepiej.

Z kolei druga część książki mnie nie urzekła, wręcz powiem, że była dla mnie nie zrozumiała. Po pierwsze dlaczego Szymon zamieszkał z ojcem, który ewidentnie nie miał dla niego czasu? Przecież rozwiedli się z żoną tylko i wyłącznie dlatego, że zbyt dużo czasu spędzał przy "Swoich grobach", jak to pięknie określiła. Jaka matka oddaje syna pod opiekę ojca, który żyje w swoim własnym świecie?
Druga sprawa. Ginie dziecko a wy jesteście rodzicami. Co robicie? Chodzicie nadal do pracy? Spotykacie się na kawę z przyjaciółmi? Żyjecie tak jak dawniej czekając aż policja zadzwoni z wieściami? Tak właśnie zachowywał się Ladislav. Zaginięcie syna przyjął nad wyraz obojętnie. Owszem zadzwonił na policję oraz do kolegów syna, jednak tylko dlatego, że tak należało zrobić. Podszedł do tego jak do nowej zagadki historycznej, którą musi rozwiązać. Jakoś nie wyczułam między Ladislavem a Szymonem relacji ojciec-syn.
Kolejne rzeczy, które wydały mi się w książce niepotrzebne. Pierwsza : Gra Battle Church. Nie mam zielonego pojęcia jaki cel miał autor. Rozumiem, że Ladislav zalogował się do gry w poszukiwaniu syna, który spędzał przy niej długie godziny. Jednak czy zamiast tego nie powinien odwiedzić forum gry czy jej fanpage? Porozmawiać z innymi użytkownikami? Miał hakera , który z łatwością by mu w tym pomógł. Nawet w grze nie starał się z nikim nawiązać kontaktu. A może ta gra miała nam pokazać ważne fakty historyczne? Jednak jedyne co dostaliśmy to migawki zdarzeń. Bezładną bieganinę człowieka z mieczem, w następnej scenie teleportowanego parę wieków później. Ja niestety tego nie zrozumiałam.
Druga: Związki naszego bohatera. Już wiemy, że z żoną mu się nie ułożyło i w zamian dostajemy dziennikarkę Monikę. I to jest rzecz, której nie lubię. Jak w fajną zagadkę wkrada się bezsensowny romans, bo czy realnym jest, że człowiek poszukujący swojego syna ma w głowie romanse? Zresztą Monika była tylko szkieletem, mało ważnym dodatkiem do całej fabuły, której wątek praktycznie nie miał na nią wpływu i jeszcze mniej sensu. 
Rzecz trzecia : Czy antropolog zajmujący się konkretnym tematem, wraz z rzeszą archeologów, przed przystąpieniem do wykopalisk nie zgłębia dokładnie tematu? Wydaje mi się to podstawą przed rozpoczęciem pracy. Tutaj tymczasem nasz bohater odkrywa fakty, które były dostępne szerokiej publiczności tylko jemu nie chciało się otworzyć google i w nim poszperać, a w końcu to one doprowadziły go na właściwy trop.

Podobał mi się język, którym była napisana książka. Widać, że autor ma talent i lekkość pisania. Podobały mi się listy jakie ojciec Maciej wysyłał z Ameryki o nawracaniu Indian.  
Podobał mi się styl, nie było tu zbędnych opisów i dłużyzn, książkę czytało się całkiem przyjemnie. Jedyną rzeczą , która mnie denerwowała było częste przeskakiwanie z miejsca na miejsce. Raz nasz bohater znajduje się w Kościele by w następnej linijce rozmawiać przy kawie. I tak praktycznie przez całą książkę. Tak jak by każda rozmowa urywała się w połowie zdania i rozpoczynał się nowy wątek. 

Czy polecam? Tym którzy lubią książki historyczne to jak najbardziej, gdyż to naprawdę kawał dobrze odwalonej roboty. Tym którym zależy na przeczytaniu opowieści o ojcu, który poszukuje swojego syna, czyli kryminału z wątkami obyczajowymi odradzam, są lepsze książki tego gatunku na rynku. 
 

środa, 22 lutego 2017

 Tytuł : "Outliers"
Autor : Kimberly McCreight
Wydawnictwo : Czarna Owca
Rok wydania : 2016
Liczba stron : 384
Tytuł oryginału : Outliers








 New Adult Science Fiction




Pani i Panowie muszę się do czegoś przyznać - starzeję się. Kiedyś z niecierpliwością czekałam na
wszystkie książki new adult a najbardziej te z suspensem w tle. Tak było i tym razem ale... Ale zdarzyło się coś co kazało mi spojrzeć w lustro. Okazało się, że już nie jestem nastolatką , która czeka na książki gdzie akcja goni akcję a im bardziej wszystko nieprawdopodobne tym lepiej. Zaczęłam na książki patrzeć z dystansu i je analizować. W tym przypadku wyszło naprawdę średnio, więc kolejny raz kiedy zainteresuje mnie jakiś tytuł dla młodzieży, będę musiała się dobrze zastanowić.

Wylie po tragicznej śmierci mamy nie może dojść do siebie. Sparaliżowana strachem boi się wyjść z domu, rezygnuje ze szkoły i ze spotkań ze znajomymi, od trzech miesięcy nie wychodzi nawet do ogródka. Przebywanie poza domem wywołuje u niej ataki paniki, duszności i omdlenia. Pewnego dnia do drzwi puka chłopak jej najbliższej przyjaciółki Cassie. Chłopak pokazuje Wylie smsa , w którym zrozpaczona nastolatka prosi o pomoc. Znajduje się poza miastem i nakazuje przyjaciołom by ją przyjechali uratować, jednak nie podaje dokładnych namiarów. Wylie musi przezwyciężyć swoje lęki i ruszyć na pomoc swojej przyjaciółce. 

Fabuła zapowiada się interesująco, ale czy tak jest w istocie? Jedno powiem na pewno, na brak akcji nie będzie co narzekać, bo praktycznie na każdej stronie coś się dzieje, jednak co do jakości tych zwrotów akcji nie jestem zbytnio przekonana. Jednak zacznijmy od samego początku i przyjrzyjmy się naszym głównym bohaterom. A jest to naprawdę zbiorowisko osobowości. Na pierwszy ogień pójdzie Wylie. Nastolatka ewidentnie ma problemy osobowościowe , na które na mają rady ani psycholodzy ani pedagodzy szkolni. Zamiast wprowadzić leczenie kliniczne, które w takich przypadkach jest jedynym wyjściem ludzi Ci dają nastolatce swobodę. Nie musi chodzić do szkoły, ogranicza kontakt ze światem zewnętrznym i oczywiście nikt nie widzi, że to jeszcze bardziej pogłębia jej paranoję. Ale nagle staje się coś co zmienia Wylie o 180 stopni . I to wszystko za sprawą jednego smsa od przyjaciółki z prośbą o pomoc. Oczywiście sama pamiętam co znaczą szkolne przyjaźnie i jak bardzo byłam zżyta ze swoja przyjaciółką z młodości. Jednak czy to jest wystarczające by w jednej chwili zapomnieć o wszystkich swoich lękach i opuścić dom z którego się nie wychodziło przez miesiące? Zrozumiałabym jeszcze gdyby Wylie wybrała się do ogródka po marchewkę, ale nie. Ona wzięła kurtkę i zapasy ( tak pomimo ataku paniki była w stanie doskonale się zorganizować i zaplanować całą wyprawę w nieznane ) i jak gdyby nigdy nic wsiadła do samochodu z praktycznie nieznajomym chłopakiem i wyruszyli w kilkuset kilometrową podróż. Wprost niewiarygodne

Kolejną postacią jest Jasper. Z opowieści Wylie jest typowym dupkiem, jak poznajemy go troszkę bliżej okazuje się bardzo uczuciowym chłopakiem z trudną przeszłością. Jak na razie stereotypowo, przecież nasza rozhisteryzowana Wylie z dupkiem nie wsiadłaby do samochodu. Potem jest tylko gorzej. Do końca nie wiem jaka relacja łączyła Jaspera z Cassie, czy byli nadal parę skoro wiedział, że Cassie ma kogoś innego? Czy był z nią bo pomimo tego że był piekielnie przystojny bał się, że nie znajdzie sobie innej ? Czy byli po prostu przyjaciółmi? Relacje jego i Cassie niestety nie składały się na wspólną całość

Na koniec zostawiłam sobie Cassie, która byłą dla mnie najgorszą, najohydniejszą i samolubną postacią w całej książce. Po pierwsze po takiej tragedii jaka spotkała Wylie jej najlepsza przyjaciółka powinna siedzieć i warować przy niej jak pies. Z drugiej strony powinna być jak psycholog i clown w jednym by pomóc Wylie wyciągnąć się z dołka. A co zrobiła Cassie? Zniknęła na parę dobrych miesięcy nie dając znaku życia. Dopiero jak była w potrzebie to do kogo napisała do Cassie, bo do kogóż by innego, no jeszcze do chłopaka ale tylko dlatego, że miał on prawo jazdy by podwieźć Wylie. Dobrze , zachowanie Cassie mogę zrozumieć, nie chciała za bardzo angażować się w sprawy przyjaciółki bo cała sytuacja była dla niej za ciężka a nastolatki mają problem z emocjami. Ale pisanie do swojej przyjaciółki kiedy nie wie się gdzie jest, nie wie z kim i co jej groziło? Narażanie jej na bezpośrednie niebezpieczeństwo? To już było dla mnie za dużo, przecież najprościej było zadzwonić na numer alarmowy.

Tyle o bohaterach, teraz słów parę a samej akcji a troszkę tego było. Z początku książka wydawała mi się interesująca. Poznajemy rodzinę Wylie i jej przeszłość, dowiadujemy się o jej relacjach z przyjaciółmi i związkach między nimi . Nawet część, która rozpoczyna ich "road trip" była w miarę interesująca. Jednak do czasu. W końcu zdarzenia stały się tak nieprawdopodobne , że czytając zaśmiewałam się do rozpuku. W pewnym momencie nawet pomyślałam, że brakuje tylko UFO i naprawdę mało się pomyliłam. Dosłownie wszystko złego czy nieprawdopodobnego, co mogłoby się przydarzyć bohaterom się wydarzyło. 

Pewnie dla niektórych czytelników mnogość zdarzeń i niesamowite tempo akcji będą poczytane za plus. Jak dla mnie po pierwszym zdarzeniu na stacji benzynowej bohaterowie powinni zrobić nic innego jak złapać za telefon i zadzwonić na policję. Właśnie to, że tego nie zrobili odbiera im  jakakolwiek wiarygodność.

Zakończenie było przewidywalne, fabuła cieńka, akcja naciągana, z pewnością nie sięgnę po kolejne domy, a na domiar złego autorka zraziła mnie do gatunku new adult suspence już chyba kompletnie.

niedziela, 19 lutego 2017

 Tytuł : "Zaginiony"
Autor: C.L Taylor
Wydawnictwo : Burda Książki
Rok wydania : 2016
Liczba stron : 444
Tytuł oryginału : The missing







 Bestseller NYT


Książka jest dokładnie tym czego się spodziewałam biorąc pod uwagę 20% obniżki ceny w Empiku oraz fakt, że jest Bestsellerem New York Timesa. W tym roku przeczytałam parę thrillerów psychologicznych i muszę przyznać, że "Zaginiony" najbardziej wpasowuje się w gatunek. Proszę
jednak nie spodziewać się rewelacji. Zachwycona poprzednimi książkami autorki, z tą nie poczułam żadnej specjalnej więzi. Od zwykłe, trzymające w napięciu czytadło na spokojny wieczór kiedy akurat nic ciekawszego nie mamy pod ręką.


Akcja powieści toczy się w Bristolu. Czterdziestoletnia Claire nie może dojść do siebie po zaginięciu syna. Pół roku wcześniej, piętnastolatek Billy wyszedł z domu i do niego nie wrócił. Pomimo policyjnego śledztwa, zaangażowania mediów, rodziny i znajomy ślad po nim zaginął. Wyczerpana i zestresowana kobieta zaczyna doświadczać utraty świadomości. Zdarza się, że zapomina co robiła podczas ostatnich kilku godzin. Na jaw zaczynają wypływać rodzinne tajemnice. Jej mąż Mark wydaje się mieć romans, starszy syn mieszkający w domu rodzinnym z dziewczyną wyrzuca sobie kiepskie relacje z bratem. Czy oni wszyscy mają coś do ukrycia? czy to ktoś z rodziny stoi za zniknięciem Billego? Czy to może sama Claire zrobiła krzywdę swojemu dziecku jednak tego nie pamięta?

"Zniknięcia" są w tym roku częstym tematem książek. Zniknięcia, przetrzymywania tematu wydaje się na czasie. Tak samo i tym razem mamy do czynienia z książką jakich wiele na rynku wydawniczym. Co ją wyróżnia spośród pozostałych? Moja odpowiedź brzmi : język. Moim zdaniem powieść napisana jest świetnym stylem, od razu widać że autor nie jest debiutantem. Doskonały balans między opisami a dialogami jest tego świetnym przykładem. Krytycy zarzucają , że postaci są jednowymiarowe i nie sposób ich polubić, gdyż praktycznie nic o nich nie wiemy. Ja się z tym nie zgodzę. Nie bez powodu w większości naszym narratorem jest główna bohaterka- matka zaginionego chłopca. Jak na thriller psychologiczny przystało musimy się skupić na czyjejś psychice. Oczywiście nie sposób jest wejść w głowę wszystkich naszych bohaterów bo wtedy ze zwykłej powieści zrobiłaby się rozprawa naukowa. Osobiście Claire nie przypadła mi do gustu. Może powodem tego jest fakt, że nigdy nie znalazłam się w podobnej do niej sytuacji jednak wydaje mi się, że jej zachowanie było przesadzone. Przez sześć miesięcy od zniknięcia byłą w stanie normalnie funkcjonować więc co się nagle stało? Co było zapalnikiem? Co wywołało zaniki pamięci? Czytając nie natknęłam się na nic co mogłoby takie zachowania w danej chwili wyzwolić. Tutaj przytoczę fakt , który mnie zadziwił i wydał się najbardziej nieprawdopodobny w całej tej historii. Claire traci świadomość i przyznaje się do tego rodzinie. Mówi, że nie pamięta co robiła przez ostatnie kilka godzin. A rodzina co na to? Wysyła ją do psychologa? A psycholog co na to? Każe kontynuować sesje by znaleźć przyczynę. Nikt nie wpadł na to by naszą bohaterkę otoczyć szczególną opieką. Owszem były pomysły żeby nocowała u rodziców , czy odwiedzała przyjaciółkę. Jednak czy to nie za mało? Czy taką osobę można zostawić samą A jeśli popełni jakieś przestępstwo którego nie będzie pamiętać? Ta obojętność rodziny była dla mnie strasznie naciągana, choć z drugiej strony mamy tutaj do czynienia z rodziną poniekąd patologiczną.

Ale wracając do stylu i formy. Bardzo podobały mi się rozdziały z wycinakami z czatów komunikatorów . Lubię jak w książkach mamy do czynienia z mediami społecznościowymi. To dla mnie jak połączenie przeszłości z teraźniejszością. I jakkolwiek bardzo podobał mi się ten zabieg to wydaje mi się, że został dość nieumiejętnie przeprowadzony. Już od pierwszego czatu wiedziałam kto z kim rozmawia i jaki może być ewentualny finał tej rozmowy. To był jeden wielki spojler książki. Dlatego tym którzy czytają tę recenzję przed sięgnięciem po powieść polecam omijanie tych rozdziałów choć są napisane bardzo dobrym językiem współczesnych nastolatków.

Książka w dużej mierze opisuje trudne relacje rodzinne. Mamy tutaj do czynienia z kobietą , która została matką w bardzo młodym wieku, w wieku w którym większość ludzi nadal myśli o co sobotnich imprezach. Claire ma dwóch synów w wieku kilkunastu lat więc jest to nie lada wyzwanie, szczególnie w przypadku buntu młodzieńczego. Cieżko jest kogoś karać pamiętając , że samemu się popełniało podobne błędy niespełna kilkanaście lat wcześniej. Chłopcy moim zdaniem są rozpuszczeni a rodzice nie odbierają wyraźnych ostrzegawczych sygnałów, które im wysyłają, więc ciężko się dziwić że mogło dojść do tragedii. Do tego dochodzą problemy z mężem, który samodzielnie musi utrzymać rodzinę i mamy wspaniałą receptę na możliwy romans. A czy do niego doszło? To już przeczytajcie sami.

Nie żałuję czasu spędzonego z książką. Są lektury, które się czyta by wypada, są takie od których wprost nie można się oderwać i zostawiamy je w biblioteczce z nadzieją , że przeczytają je nasze dzieci, są też takie które sprawiają nam przyjemność jednak szybko wyparują nam z głowy. "Zaginiony" należy do tej ostatniej kategorii. Dobrze napisany, z odpowiednią ilością zwrotów akcji, z zakończeniem którego ja się nie spodziewałam a zazwyczaj je zgaduję. Ot średniej klasy powieść, którą można zabrać ze sobą na wakacje i czytać sącząc smacznego drinka.

środa, 15 lutego 2017

 Tytuł : "Trzecia ludzkość"
Autor : Bernard Werber
Wydawnictwo : Sonia Draga
Liczba stron : 524
Rok wydania : 2016
Tytuł oryginału : Troisieme Humanite







 Lekcja na przyszłość





Bernarda Werbera znam tylko ze słyszenia i z jednego czy dwóch przeczytanych wywiadów. Wiem na przykład, że jest bardziej popularny w Korei Południowej niż w rodzinnej Francji i że zasłynął wyśmienitą i przełożoną na kilkanaście języków trylogią o mrówkach, która podbiła serca czytelników. "Trzecia ludzkość" jest moim pierwszym spotkaniem z autorem i na pewno nie
ostatnim. Z niecierpliwością będę czekać na kolejne tomy a w międzyczasie sięgnę po inne powieści Francuza.

Czasy nam współczesne. Paleontolog Charles Wells dokonuje niezwykłego odkrycia. Pod powierzchnią Antarktyki, na brzegu podziemnego jeziora znajduje ogromnych rozmiarów ludzki szkielet. Niestety nie udaje mu się wrócić na powierzchnię by okryć się chwałą odkrywcy nieznanego dotąd gatunku gdyż ze względu na wstrząsy techniczne cała ekipa badawcza ginie. 

Wnuk badacza, David dostaje w spadku dziennik swojego dziadka, w którym ten zapisywał notatki z wyprawy do wnętrza ziemi. W tym samym czasie bierze udział w finansowanym przez państwo konkursie o ewolucji. Jego praca, w której udowadnia, że kierunkiem ewolucji człowieka jest minimalizacja zostaje doceniona przez jury i młody mężczyzna staje się jednym z trojga laureatów. Nagrodą jest sfinansowanie wyprawy do Afryki gdzie ma zająć się badaniem plemienia Pigmejów- najniższych ludzi na ziemi. 

Po powrocie do kraju David dostaje nietypową ofertę pracy. Jego celem będzie ocalenie ludzkości. 

Zadałam sobie trud i przeczytałam nieliczne recenzje książki. W większości z nich natrafiałam na opinię, że jest to "typowa książka Werbera". I nie wiem czy to dobrze czy źle? Czy w tym przypadku typowe znaczy - czytelniku nie będziesz zawiedziony, czy mamy tu do czynienia z kolejnym Harlanem Cobenem czy Jamesem Rollinsem - nie czytaj czytelniku bo to w kółko ten sam odgrzewany kotlet. Na mnie książka wywarła pozytywne wrażenie. Przynajmniej w moim wypadku było to coś nowego. Ba, posunę się nawet do tego, że mała liczba recenzji jest spowodowana tym , że po prostu książka jest po pierwsze dość trudna a po drugie tak pogmatwana i skomplikowana, że ciężko ja zrecenzować. Dlatego większość ludzi idzie po najłatwiejszej linii oporu i po prostu daje jedna czy dwie gwiazdki. Ja postaram się napisać nieco więcej. 

Za jedno na pewno dziękuję autorowi , a mianowicie za poczucie humoru. Ciężko jest napisać książkę na poważne tematy jeżykiem lekkim i humorystycznym. Helloo... mówimy tutaj o zagładzie ludzkości, zniszczeniu planety Ziemia czy jest to temat z którego należy sobie stroić żarty? Jednak w tym wypadku to nie razi a coś czytelnikowi uświadamia. Wszystkie organizacje zajmujące się ochroną naszej planety mówią do nas poważnym językiem : nie ścinaj drzew, nie śmieć, nie używaj aerozoli itp, tylko czy to do nas dociera? Czy docierają do nas plakaty Greepeacu? Kiedyś jak idee były nowe to na pewno miały więcej zwolenników. Teraz czasy się zmieniły. Więcej czasu spędzamy w pracy, która jest bardziej skomplikowana i problematyczna. Może faktycznie jedynym sposobem na zwrócenie nam uwagi na problemy z jakimi boryka się nasz świat jest zabawna lektura? Tak zwana lektura z morałem? To działa podobnie jak bajki dla dzieci. Z jednej strony ma nas zrelaksować i pozwolić miło spędzić czas , a z drugiej coś pozostanie w naszych umysłąch. 

Z początku myślałam, że "Trzecia ludzkość" to po prostu komedia. Wszystko działo się tak szybko i w tak nieprawdopodobny sposób. Ekipa badawcza schodzi pod ziemię bez żadnego przygotowania, bez żadnego planu. Od razu natrafiają na szkielet, dotykają, rozmrażają, używają ognia by rozmrozić lód. Czy tak zachowują się prawdziwi badacze? Czy stereotyp archeologa z pędzelkiem już nie jest aktualny? Wiem, że czasy się zmieniają ale czy pośpiech naprawdę towarzyszy nam już w każdej dziedzinie i nie ma czasu na zastanowienie się nad tym co odkryliśmy? 
Jednak po przeczytaniu wiem, że był to celowy zabieg autora. Zamiast na zadręczaniu nas opisywaniem technicznych szczegółów skupił się na przekazaniu nam tego co jest istotne, a mianowicie na pokazaniu w jakim kierunku zmierza ludzkość i jakie zagrożenia niesie ze sobą przyszłość.

Jestem pod wielkim wrażeniem zdolności analitycznych autora, jego wiedzy i wyobraźni. Jego siedem wizji ewolucji człowieka i społeczności w ogóle są niezwykle spostrzegawcze i dają do myślenia. Werber pomimo tego, że książka należy do gatunku science fiction, zawarł w niej przestrogę dla ludzkości. Przeanalizował wszystkie możliwe kierunku naszego rozwoju i wypunktował ich słabości. Dogłębnie zdiagnozował każdą drogę którą ludzkość może iść i pokazał nam jej koniec. 
Pięknym zabiegiem była personifikacja naszej planety. Autor nie postrzega jej jako zbiorowiska skał, magmy i minerałów. Jest dla niego żywą istotą, która myśli, żyje i odczuwa. To nadanie ludzkich cech Ziemi miało ja przybliżyć człowiekowi. Miało nam uzmysłowić, że nie jest ona wieczna i jest podatna na nasze nieszczycielskie działania. Przemówiło do mnie to, jak bardzo odpowiedzialni jesteśmy za własną przyszłość i jak bardzo krucha jest nasza planeta, którą nadmiernie eksploatujemy.

Pomimo tych zalet nie możemy zapomnieć, że jednak jest to książka fantasy. Dlatego niezbyt razi to, że nasi główni bohaterowie są jednowymiarowi a akcja często jest naciągana i pełna zbyt oczywistych zbiegów okoliczności. Niektóre wydarzenia są aż tak nieprawdopodobne, że mogą wręcz aż rozśmieszać czytelnika, pewnie wielu z was odłoży książkę na półkę nie doczytając jej do końca. 

Mi osobiście książka bardzo przypadła do gustu. Mądra a zarazem śmieszna, pełna zwrotów akcji. Książka dzięki której możemy lepiej poznać przeszłość, teraźniejszość i ewentualną przyszłość naszego gatunku. I wyciągnąć z niej lekcję na przyszłość.

niedziela, 12 lutego 2017

 Tytuł : "Laleczka"
Autor : Hollie Overton
Wydawnictwo : Czarna owca
Rok wydania : 2016
Liczba stron : 312
Tytuł oryginału : Baby Doll






 Codzienne życie ofiary


Duży wpływ na moją recenzję miał zapewne fakt, że książkę przeczytałam w języku angielskim. I nie chodzi o to że słabo znam język gdyż mieszkając dziesięć lat za granicą czuję się w nim jak ryba w wodzie. Chodzi o notę wydawcy, który zachwalał powieść jako podobną do "Zaginionej dziewczyny" czy "Dziewczyny z pociągu". Obie powieść bardzo mi się podobały dlatego liczyłam na równie ciekawą fabułę. Niestety porównanie wyszło dość niezręcznie. Po pierwsze wyżej wymienione książki nie mają ze sobą nic wspólnego, po drugie "Laleczce" daleko nawet do gatunku jakim jest thriller psychologiczny. Myślę, że nota polskiego wydawcy nawet by mnie nie przekonała do sięgnięcia po tę książkę.

Lily po ośmiu latach uwięzienia w piwnicy, pewnego dnia zastaje otwarte drzwi, które są drogą do wolności. Szybko ubiera córeczkę , Sky, we wszystko co ma po ręką, a jest tego niewiele gdyż nigdy nie wychodził na dwór. Opatulone w koce uciekają przez las. Okazuje się, że dom rodzinny młodej kobiety jest niedaleko i szybko udaje jej się do niego dobiec. Zdesperowana Lily zrobi wszystko by jej ciemiężyciel trafił za kratki. Rozpoczyna walkę z szaleńcem.

Już z samego opisu książki wiemy praktycznie wszystko. Z góry znamy nawet zakończenie. Wiemy kto jest ofiarą a kto jest winnym. Nie ma tutaj pola na jakiekolwiek twisty akcji czy zakręty fabuły. Jedyną niewiadomą jest właściwie to, czy Rick, szaleniec przetrzymujący kobiety w piwnicy, podda się karze wymiaru sprawiedliwości czy też sam sobie ją wymierzy. Dokładniej : w jakiej formie skończy . 
Książka ( tak przynajmniej twierdzi wydawca ) jest thrillerem psychologicznym i właśnie tak do niej podeszłam. Miałam nadzieję na totalne zrycie głowy, na zwroty akcji, manipulowanie czytelnikiem, zagadki i niewiadome. Jako fanka dialogów i krótkich form wzięłam pod uwagę, że w powieści może być dużo analizowania, charakterystyk postaci, ich wewnętrznych dialogów, które nie są tym co lubię podczas lektury , no chyba że mamy do czynienia z klasykami ale na pewno nie w przypadku debiutantów. Jakież było moje zaskoczenie kiedy czytałam i czytałam a tu nic. Żadnej analizy, żadnych traumatycznych przeżyć, żadnego filozofowania... po prostu nic. Kobieta ucieka z piwnicy, i owszem ma cel wsadzenia swojego porywacza za kratki, jednak nic ponad to. Spodziewałam się mrocznego klimatu, nawet dreszczowca, a dostałam kartkę z kalendarza, dzień po dniu rodziny takiej a takiej, ot zwykłą obyczajową powiastkę jakich wiele na rynku.

Sama postać naszej głównej bohaterki, Lili, jest szablonowa i niedopracowana. Dziewczyna została porwana jako nastolatka. Swoje najpiękniejsze lata spędziła w piwnicy - zamknięta, poniżana i gwałcona. Zmuszona była do urodzenia dziecka sama jeszcze nie będąc dojrzałą do tego kobietą. Osiem lat życia z psychopatą , bez możliwości zobaczenia słońca czy pójścia na spacer. Czy coś takiego nie odciska się w psychice człowieka? Czy nasza bohaterka nie powinna doświadczyć traumy, która będzie ją paraliżować przez wiele lat? Czy nie powinna się bać? Tymczasem Lily wraca do domu rodzinnego i myje włosy... tak po prostu. Idzie z dzieckiem do łazienki i się kąpie.. jak gdyby nigdy nic. Zupełnie niewyobrażalne..Pewnie następnego dnia rano zeszła na dół i zjadła jajecznicę na bekonie, by w następnej chwili zadzwonić do adwokata i powiedzieć " właśnie wyszłam na wolność , wiem kto mnie porwał , pragnę by go aresztowali bym resztę obiadków mogła jeść w spokoju ". Zabrakło mi tutaj przemyśleń Lily, nie udało mi się jej poznać, nie wiedziałam jak się czuje , co ma w głowie , jaki to wszystko wywarło na nią wpływ. Paradoksalne , że jej siostra bliźniaczka była bardziej naturalna niż nasza główna bohaterka. Pokazywała emocje, wykrzykiwała je z siebie, była gotowa się poświęcić by należycie ukarać porywacza. Po Lily wszystko spływało jak po kaczce.Po części było to spowodowane sposobem narracji. O całej historii dowiedzieliśmy się od postronnego obserwatora. Wydaje mi się, że w przypadku takich książek najlepszym wyjściem byłaby bezpośrednia relacja samej ofiary. Fakty są nam wszystkim znane, już od pierwszych stron książki, chcemy się dowiedzieć coś więcej o uczuciach, przeżyciach i konsekwencjach tego co się zdarzyło. Niestety nasza autorka sama dystansuje się od naszych bohaterów. Są jak marionetki, jak kasztanowe ludziki bez serca i bez uczuć pociągane za sznurki przez reżysera przedstawienia. Postaci są jednowymiarowe i nie rozwinięte. Czy tak się pisze thrillery psychologiczne, gdzie właśnie o te "psycho" chodzi? 
Jednak nie jest tak żebym uważała tę powieść za kompletne zero. Pierwsze rozdziały mnie niesamowicie wciągnęły, uważam że autorka ma świetny warsztat. Po prostu ja spodziewałam  się czegoś zupełnie innego. Bardziej wciągającej i mrocznej fabuły a nie dramatu dnia codziennego. Tutaj przytoczę jeszcze jeden przykład. Nasza Lily bardziej wydaje się przejmować utratą chłopaka z dzieciństwa, w którym była szaleńczo zakochana niż utratą życia, które zostało jej odebrane aż na 8 lat. 

Uważam, że temat powieści ma potencjał który niestety nie został wykorzystany. Sama nie piszę książek więc nie chcę się wymądrzać ale podeszła bym do tego tematu z zupełnie innej strony. Bardziej zgłębiła bym psychikę ofiary i oprawcy. Nadała bym im odpowiednie atrybuty. 
Jednak było coś w tej książce , że nie chcę do końca skreślać autorki. Nie była to zła powieść jednak jak to się mówi " nie był to tytuł o którym bym nie mogła zapomnieć przez następnych dziesięć lat".
Będę czekać na kolejne powieści autorki. Liczę na to, że czyta komentarze i recenzje swoich książek i wyciągnie wnioski bo nie tylko ja byłam zawiedziona. Jestem pewna, że następna powieść będzie bardziej dopracowana.


czwartek, 9 lutego 2017

Tytuł: "Dziedzictwo Orchana"
Autor : Aline Ohanesian
Rok wydania : 2016
Wydawnictwo : Wydawnictwo Kobiece
Liczba stron : 368
Tytuł oryginału : Orhan's Inheritance








 Ormiański punkt widzenia


Nie znoszę książek historycznych jednak powieści beletrystyczne osadzone w realiach historycznych są czymś w czym się lubuję. W przeciwieństwie do podręczników , które zasypują nad datami i nazwiskami, które i tak ulecą z naszej pamięci, powieści takie w piękny sposób potrafią przedstawić przeszłość. Konflikt turecko-ormiański jest mi słabo znany , choć znam najbardziej podstawowe

informacje. Sięgając po tę książkę liczyłam, że dowiem się więcej. Niestety. Autorka bardziej skupiła się na martyrologii narodu ormiańskiego niż na faktach historycznych. Jej obraz jest bardzo jednostronny co zaburza odbiór książki. Jednak jeśli ktoś szuka lektury na jeden wieczór, książki obyczajowej przy której zakręci się łezka w oku to polecam jak najbardziej. 

Orchan wraca do rodzinnej wioski by wziąć udział w odczytaniu testamentu swojego dziadka. Jest zaskoczony kiedy dowiaduje się, że firma tekstylna przechodzi w jego ręce, omijając jego ojca, który powinien być pierwszy zgodnie z tureckim prawem dziedziczenia. Słodycz wygranej psuje jednak zapis w testamencie, na mocy którego ich dom rodzinny przypada kobiecie o imieniu Seda. Orchan postanawia ją odnaleźć. Wylatuje do Ameryki. Sedę spotyka w domu starości. Wbrew jego oczekiwaniom 90-letnia staruszka jest w pełni władz umysłowych i doskonale pamięta wydarzenia z przeszłości. Nie chcąc do niej wracać postanawia od razu podpisać dokumenty świadczące o zrzeczeniu się spadku. Orchan jednak nie daje za wygraną. Przebył setki kilometrów by poznać prawdę, by poznać osobę która byłą tak ważna dla jego dziadka, że postanowił zostawić jej dom, w którym rodzina Orchana żyła od pokoleń. Seda postanawia stawić czoło przeszłości i opowiada historię, która już na zawsze zmieni Orchana i jego życie.


Jak możemy przeczytać na okładce, książka nie będzie należała do najłatwiejszych. Zawsze tak jest kiedy mamy do czynienia z nierozliczonymi zbrodniami przeszłości, których pamięć żyje w młodym pokoleniu. Tym razem tłem powieści jest konflikt turecko- ormiański, a konkretniej Rzeź Ormian, która dokonała się podczas pierwszej wojny światowej, szacuje się , że zginęło ponad 1,5 mln ludzi. Turcja do tej pory nie przyznała się do winy, jednak coraz więcej mocarstw światowych przyznaje , że doszło wtedy do ludobójstwa porównywanego z Holokaustem choć na nieco mniejszą skalę. 
Książka pokazuje jak żywe są te wspomnienia w narodzie ormiańskim. My Polacy, mający martyrologiczne ciągoty na pewno to zrozumiemy. Jednak autorka poszła dalej. Książka ma nam ukazać, że nie warto żyć przeszłością , gdyż mamy teraźniejszość. Musimy odrzucić klapki które mamy na oczach. Nasza główna bohaterka - Seda- odwróciła się od przeszłości. Nie oglądała zdjęć z dawnych czasów, nie podtrzymywała znajomości. W przeciwieństwie do jej bratanicy która organizowała wystawę o zabójstwie, trzymała się na uboczu i żyła własnym życiem. I takie uczucie wycofania towarzyszy nam przez całą książkę. I nagle coś się zmienia. W miarę jak Orchan poznaje historię jego postawa się zmienia. Ze światowego biznessmana staje się zaściankowym chłopem, którego pokonała przeszłość. I tego nie rozumiem. Po co autorka pokazuje nam , że da się porzucić przeszłość i wybaczyć jak w następnej chwili sama sobie przeczy i wpada w nostalgię? I kolejny raz mamy do czynienia z martyrologią? Rozumiem, że fakty historyczne potwierdzają zbrodnię, jednak czy kolejne pokolenie wciąż musi za nią pokutować? Pamiętajcie , że rzeź Ormian dokonała się ponad sto lat temu, już nie żyje nikt kto mógłby pamiętać, czy naprawdę jest sens zadręczać następne pokolenia? Czy nie można zostawić tego w gestii pomników upamiętniających masakrę i muzeów? Na myśl mi przychodzi piękny angielski zwrot "Cope on".

Ale wracając do samej książki to niestety czegoś mi w niej zabrakło. Zacznę od postaci głównego bohatera. Pomimo kilkuset stron , które z nim spędziłam niestety nie udało mi się go poznać. Od początku mamy do czynienia z antypatycznym młodym człowiekiem, który ze względu na konflikt z ojcem opuścił dom rodzinny. Dowiadujemy się, że miał problemy z prawem i nawet wylądował w więzieniu ze względu na działalność wywrotową. Jednak to wszystko jest tłem. Ani nie wiemy co spowodowało , że został zamknięty ani co sprawiło, że wyszedł na wolność. Autorka traktuje jego przeszłość po łebkach. Podobnie jak jego psychikę. W zamierzeniu zapewne chodziło o przedstawienie metamorfozy Orchana w wyniku poznania wydarzeń z przeszłości. I rzeczywiście takowa nastąpiła. Jednak w tak ekspresowym tempie, że aż wydaje się to niewyobrażalne. Z jednej strony mamy do czynienia z człowiekiem, który wie czego chce, dba o własną przyszłość - z typowym nowoczesnym, pragmatycznym człowiekiem. Może się nawet wydawać, że nasz Orchan nie ma uczuć a kieruje się tylko zdrowym rozsądkiem. W miarę jak poznaje historię Sedy zmienia się nie do poznania. Odrzuca najbliższych członków rodziny kosztem nieznajomych, staje się mięczakiem który za swój główny cel przyjmuje odpokutowanie błędów przodków. I to wszystko dzieje  się na przestrzeni paru dni. Prawda, że nieprawdopodobne?

W książce pojawia się dużo pytań na które nigdy nie dostajemy odpowiedzi. Po pierwsze dlaczego dziadek Orchana - Kemal , wszedł do zbiornika z barwnikami? Czy chciał się zabić? Czy wpadł tam przez przypadek? Czy może ktoś chciał go zabić?- bo taka teoria też zostaje wysnuta. Niestety sami musimy dać sobie odpowiedź. 
Również rzeczą dla mnie dziwną byłą sama postać Kemala. Dlaczego kochając Sedę po prostu jej nie odnalazł? Skoro wiedział gdzie jej szukać ( dał wskazówki Orchanowi w swoim notatniku) , skoro byłą jedyną miłością jego życia, skoro wiedział o niesprawiedliwościach przeszłości dlaczego tego nie naprawił jak jeszcze żył tylko oszukiwał własną rodzinę? 
Na dobrą sprawę jedyną osobą, która wydawała się rzeczywista była postać Mustafy-ojca Orchana. pomimo tego, że też przeszedł swoistą metamorfozę i został zagorzałym muzułmaninem od samego początku wiedział czego pragnie , i tak naprawdę to właśnie on stracił wszystko, i nikt się nad nim nie zlitował. Mało tego rodzina się od niego odwróciła i zabrała wszystko co udało mu sę zbudować. A czy to jego winą były błędy jego ojca? 

Kolejną rzeczą która sprawiła , że książka wydaje się nieprawdopodobna jest nadmiar zbiegów okoliczności. Fakt, że Seda trafiła do Fatmy, fakt że Kemal z przyjacielem w poszukiwaniu prostytutek trafili do gospody Fatmy gdzie poznali Sede- to wszystko wydaje się zbyt naciągane.

Jedno powiem na pewno. Widać, że książka napisana była tylko z jednej perspektywy. Tej ormiańskiej. Autorka nawet nie zadbała o to by przedstawić punkt widzenia drugiej strony. Wszyscy Turcy to brutale i przestępcy a naród ormiański jest tym jedynym poszkodowanym. 

Nie chcę do końca zniechęcać czytelników ponieważ książkę dało się jednak przeczytać i powiem, że jako książka obyczajowa nawet mnie zainteresowała. Jednak jeśli ktoś szuka wartości historycznych to radzę jednak sięgnąć po kroniki czy encyklopedie.




sobota, 4 lutego 2017

Tytuł : "Dotyk"
Autor: Claire North
Wydawnictwo : Świat Książki
Rok wydania : 2016
Liczba stron : 472
Tytuł oryginału : Touch 











Pociąg po Europie 



Uwielbiam książki fantasy a tematyka przeskakiwania z ciała w ciało jest mi dość bliska. Jeśli
"Dotyk" byłby pierwszą książką tego typu jaką przeczytałam zapewne odebrałabym ją zupełnie inaczej. Jednak jako koneserka widzę rzeczy jakimi są naprawdę, a ta książka jest naprawdę kiepska. Po pierwszej powieści pani North, którą byłam absolutnie zachwycona, dałam autorce duży kredyt zaufania. I ta niestety mnie zawiodła. W swoje ręce dostałam płytką powieść, raczej przewodnik po Europie niż świecie fantasy, pełną bohaterów których po prostu nie da się lubić. Co prawda nie było tak źle bym nie dobrnęła do końca jednak powiem szczerze musiałam się nieźle namęczyć by powieść nie trafiła na cmentarz niedokończonych książek. 

Kepler jest widmem, istotą która by żyć potrzebuje nosiciela. Poprzez dotyk jest w stanie wtargnąć w ciało człowieka i nim zawładnąć. Osoba ta traci świadomość na czas kiedy jego ciało zamieszkuje widmo. Traci również pamięć, ostatnią rzeczą którą pamięta są rzeczy które robiła tuż przez przejęciem ciała. 
Akcja książki rozpoczyna się w Turcji. Płatny morderca, członek organizacji Aquarius ścigającej Widma, strzela do Josephine Cebuli, ciała w którym aktualnie znajduje się Kepler. Widmowi w ostatniej chwili udaje się wniknąć w inne ciało i jest świadkiem śmierci swojej nosicielki. Zdesperowana śledzi zabójcę i wnika w jego ciało. Wraz ze swoim nosicielem, którego udaje jej się przesłuchać, przemierzają Europę w poszukiwaniu innych członków organizacji. Kepler chce się dowiedzieć dlaczego Josephine musiała zginąć, czemu zginęła Bogu ducha winna kobieta, skoro morderca wiedział , że Widmu udało się uciec? Kto stoi na czele Aquariusa? I czemu Coyle, jej prześladowca ściga inne widmo- Galileusza?

Ostatnio coś nie mam szczęścia do wybieranych przeze mnie książek, a co gorsza chyba muszę się przestać sugerować recenzjami na portalu lubimyczytać.pl oraz ich patronatami. Ale "first things first".

Kepler. Jedna z najgorszych książkowych postaci z jakimi się zetknęłam. Postać, której pomimo szczerych chęci niestety nie da się polubić. Samolubna, wyrachowana hipokrytka ( choć do końca nie wiem czy byłą to postać męska czy kobieca ale zachowam kobiecą formę ), która uważa, że wszystko wie najlepiej. Nie do końca zrozumiałam na jakiej zasadzie działała jej psychika. Z jednej strony oskarżała inne widma , że przywłaszczają sobie cudze ciała bez ich zgody i zabierają im całe życie by w momencie tuż przed śmiercią lub przy ciężkiej chorobie zostawić samych z kilkuletnią luką pamięci. Kepler w większości przypadków zawierała ze swoimi nosicielami umowy na wynajem ciała, obiecywała pieniądze lub karierę za jego udostępnienie. Jednak nie zawsze tak było. Czasem po prostu wybierała kogoś kto znajdował się w pobliżu . Przeskakiwała z ciało w ciało, bez zgody właściciela. Często narażała ciało na niebezpieczeństwo lub konsekwencje prawne. Zupełnie jej nie obchodziło to co potem się z tym człowiekiem stanie. Jak luka w pamięci wpłynie na jego dalsze życie. Ważne było tylko to, że jej się udało osiągnąć swój cel. 
Kepler lubiła studentów. Ludzi, którzy wyjeżdżają z rodzinnych stron by podjąć naukę na uniwersytecie. Takie koty z pierwszego roku najlepiej jest podrobić. Nikt ich jeszcze za dobrze nie zna więc na dobrą sprawę nikt nie zauważy zmian w ich zachowaniu jak opęta je widmo. Okropne. A najokropniejsze było tłumaczenie samej Kepler " no przecież ja chronię tych ludzi przed tym by nie stoczyli się na samo dno, by zamiast się uczyć nie wpadli w narkotyki, no i na końcu przecież mają dyplom wyższej uczelni i otwarte drzwi do kariery". Czyż to nie jest samolubne? Czy zabieranie młodym ludziom najpiękniejszych lat ich życia nie jest po prostu złe? A po drugie, na jakiej podstawie ich oceniała? Czy patrząc na kogoś z góry wiedziała, że się stoczy i wpadnie w złe towarzystwo? Czy to mamy wypisane na twarzach? 
Moim zdaniem Kepler jest po prostu tchórzem. Nie wiem jak ja bym się zachowywała na miejscu osoby, która może się stać nawet prezydentem Stanów Zjednoczonych, ale z pewnością widząc ile złego dzieje się na świecie starałabym się coś naprawić a nie tylko zmieniać ciała jak rękawiczki. Ale Kepler jest wygodnicka. Lubi tylko młode , sprawne i zdrowe ciała, które można wykorzystać. Bawi się nimi, czasem uczy jednak nie oszukujmy się wszystko to robi tylko dla własnej korzyści. A ponadto nadużywa słowa "kocham". Kepler kocha każde ciało w jakim się znajduje , pewnie wynika to z tego, że w większości przypadków wybiera tylko ludzi "cudownych". Mówi, że ściga zabójców Josephine Cebuli ponieważ ją kochała. Czy tak było naprawdę? Czy jak by kochała swoją nosicielkę to uciekała by gdzie pieprz rośnie byle tylko uratować własny tyłek? Czy nie zatrzymała by się, nawet w innym ciele, by jej pomóc? Lub chociaż potrzymać za rękę w ostatniej chwili? Chociaż to była jej winna. 

Kolejną rzeczą która wpłynęła na moją opinię o powieści, jest prawie totalny brak fabuły. Bohaterowie ( w większości jedna bohaterka) podróżują po Europie a nawet Stanach Zjednoczonych w poszukiwaniu Aquariusa. Byłoby to w porządku jeśli na ich drodze pojawiłyby się jakieś trudności. Po książce tego typu oczekuję zwrotów akcji rodem z Matrixa, pogoni i krwi. Tutaj nic takiego nie było. Dostałam dość nudnawą powieść drogi, a może nawet poradnik turystyczny. Więcej dowiedziałam się o topografii Europy z tej powieści niż z podręcznika do geografii. A obrazków z okien pociągu mam już po prostu dosyć. Szczerze powiedziawszy fragment książki, który toczył się w Paryżu , mógłby równie dobrze toczyć się w Warszawie i kompletnie nic by to nie zmieniło. Dla urozmaicenia zapewne autorka dodawała do powieści retrospekcje- opisy poprzednich żyć Kepler. Z tego właśnie można by było zrobić sens całej powieści jednak wyszło jak wyszło czyli raczej kiepsko. Oprócz Antoniny , rosyjskiej księżniczki, oraz egipskiej królowej, życia naszego Widma były raczej stereotypowe. Tam student, tutaj sprzątaczka, tutaj prostytutka, nic naprawdę ekscytującego. A mogło być tak pięknie. Czasem miałam wrażenie, że autorka albo miała ograniczony czas na napisanie książki albo ograniczoną liczbę słów. A szkoda. Wystarczyło włożyć troszkę więcej wysiłku, napisać więcej kompletnych i ciekawych życiorysów, nawet kosztem kilkudziesięciu dodatkowych stron i wszystko byłoby o niebo ciekawsze. 

Jestem zawiedziona tą powieścią. Mało ciekawe postaci, które czytelnik nienawidzi od samego początku książki. Brak zwrotów akcji i rzucający się brak pomysłu na samą fabułę. Przefilozofowany język powieści z mnóstwem powtórzeń i retrospekcji. Mało ciekawy koniec. 
Jesteśmy z autorką jeden do jednego. Pierwsza powieść byłą rewelacyjna i wylądowała u mnie na półce do przeczytania ponowie , kiedy kolejna trafiła na stosik do oddania do biblioteki, może się komuś spodoba. No cóż trzeba rozważyć ten remis i zrobić dogrywkę, więc poczekam na kolejną powieść .