"Zanim się obudzę" Agnieszka Bednarska

"Zanim się obudzę" Agnieszka Bednarska


      Czy słyszeliście kiedyś o Zachariaszu Dunlapie ze Stanów Zjednoczonych, u którego komisja lekarska orzekła śmierć mózgu a on sam nieświadomie przysłuchiwał się rozmowom na temat przygotowań do własnego pogrzebu? Przypadek ten jest głośny na cały świat i przypomina nam, że nawet lekarze mogą się mylić i to w sprawach najwyższej wagi. Kiedy ciało Zachariasza było przygotowywane do pobrania narządów, ordynator szpitala wydał przyzwolenie dla najbliższej rodziny, na to by mogła przyjechać i ostatni raz się pożegnać. Szczęśliwym trafem wśród bliskich chorego znaleźli się pielęgniarze i to właśnie oni zauważyli, iż Dunlop reaguje na bodźce. Zbadali go i nie zgodzili się na pobranie narządów do transplantacji. Klika dni później mężczyzna został wybudzony ze śpiączki. Jego relację można obejrzeć w Internecie. Choć w dzisiejszych czasach medycyna znacząco poszło do przodu tak pewne definicje nadal pozostają niezmienne. Jedną z nich definicja śmierci, która funkcjonuje w neurochirurgii nieprzerwanie od 1968 roku. Według niej człowiek umiera w momencie, kiedy umiera jego mózg a konkretniej pień mózgowy. Choć od końcówki XX wieku dużo się zmieniło, powstało wiele nowych teorii, z których duża część poparta jest dowodami, tak do tej pory nikt nie ośmielił się ingerować w zapisy z Deklaracji z Sydney. 

Z rzeki zostaje wyłowiona kobieta – wyziębiona i prawie martwa. W szpitalu zapada w śpiączkę. Ma nikłe szanse na wybudzenie się. Policja nie potrafi ustalić jej tożsamości, nikt nie zgłasza jej zaginięcia. Opiekująca się nią siostra Brygida nadaje jej imię Selena i od tej pory poświęca się opiece nad dziewczyną. Do tej samej sali trafia Kamil, chłopak z objawami śmierci mózgowej. Ordynator namawia jego rodziców do podpisania zgody na pobranie organów od Kamila, ale oni się nie zgadzają. Matka, patrząc na syna, nie wierzy w jego śmierć.


"Zanim się obudzę" to książka, której autorka, Agnieszka Bednarska próbuje zmierzyć się z zagadnieniem jakim jest śmierć mózgowa. Temat ten jest bardzo trudny, szeroko dyskutowany i wzbudzający kontrowersje.  Każdego dnia w śpiączkę, zapadają setki osób. Niekiedy jest ona wywoływana narkotykami czy truciznami, kiedy indziej jest następstwem wypadku czy świadomym działaniem lekarzy. Choć w internecie pojawia się mnóstwo relacji ludzi, którzy zostali wybudzeni, tak zastanawiam się czy można im wierzyć. Informacje na temat tego, co jest "po drugiej" stronie, są bowiem bardzo rozbieżne. Jedni widzą tunel z którego wydobywa się białe światło, inni trafiają na zieloną łąkę, jeszcze inni w pustkę. Nawet jeśli chcielibyśmy wszystkie te relacje zebrać w jedną całość i na jej podstawie stworzyć obraz świata "po śmierci", to trud ten spełzł by na niczym, gdyż zbyt mało jest tutaj punktów stycznych. Musimy spojrzeć prawdzie w oczy i przyznać, że nie wiemy co się z nami stanie po śmierci i dopóki sami jej nie przeżyjemy to się nie dowiemy. Przeszukiwanie internetu w poszukiwaniu odpowiedzi na to filozoficzne pytanie jest bez sensu. Nie znaczy to jednak, że nie możemy się tym tematem interesować, gdyż jak najbardziej powinniśmy. 
Ja osobiście jestem wielką zwolenniczką transplantologii. W portfelu noszę kartę dawcy i cała moja rodzina została poinformowana o mojej decyzji. Wierzę, iż jeśli stanie mi się krzywda i mój mózg będzie nie do odratowania, to uda mi się ocalić życie innych. Muszę przyznać iż po przeczytaniu tej książki, co prawda nadal nie zmieniłam zdania, jednak ogarnęły mnie pewne wątpliwości. Sama przed sobą musiałam przyznać, iż moja decyzja była podjęta bez wielkich przemyśleń. Patrzyłam tylko na tę jasną stronę medalu. Na te płuca i wątrobę, na serce i nerki, które mi już nie będą potrzebne a inni na nie czekają latami. Podpisując "kartę" nie myślałam o sobie i o tym co się ze mną stanie. Książka Bednarskiej uświadomiła mi, że jest również inna, mroczna strona medalu, o której mówi się rzadko albo wcale. Z jednej strony wcale się nie dziwię, gdyż jak by powiedzieć ludziom, że tak naprawdę lekarze nie są w 100 procentach pewni, że pobierają organy od zmarłych, to nikt nie zgodził by się na to by być dawcą. Z drugiej może warto całą dostępną wiedzę udostępnić społeczeństwu, tym samym dając mu możliwość wyboru? Cieszę się, iż przeczytałam tę książkę. Gdyż teraz wiem więcej. Jestem bardziej świadoma i choć mojej decyzji nie zmienię, tak jeśli kiedykolwiek w przyszłości będę musiała o czymś ważnym zadecydować to nie zrobię tego pochopnie tylko z rozwagą i namysłem, gdyż konsekwencje mogą być tragiczne. 

Agnieszka Bednarska zadała sobie wiele trudu by uczynić tę książkę jak najbardziej wiarygodną. Wiedza na temat śmierci mózgowej, śpiączki czy transplantologii nie jest ani powszechna ani popularna. Powiedzmy sobie szczerze : zwykłe szaraczki jak my ( przepraszam jeśli kogoś obrażam), zazwyczaj nie czytują medycznych pism branżowych a ich wiedza na temat chorób i sposobów ich leczenia zaczerpnięta jest z Doktora Housa czy Ostrego Dyżuru. Owszem, jeśli trafi się gorący temat, który przez kilka tygodni nie będzie schodził z czołówek dzienników telewizyjnych, tak znajdzie się wielu "znawców" tematu, domorosłych lekarzy, z których każdy będzie chciał wyrazić własną opinię, czy to w gronie rodziny (przy piwku) czy na forum. Cieszę się, iż autorka zdecydowała się na podjęcie takiego trudnego tematu i jednocześnie nie potraktowała go jednostronnie. Nie jest to książka, która między słowami namawia nas do tego, byśmy zostali dawcami. Momentami wręcz nas do tego zniechęca. Bednarska zadbała o to, by przedstawiony temat nie miał przed nami żadnych tajemnic. W powieści pojawiają się lekarze o różnych, często bardzo skrajnych lub niepopularnych, punktach widzenia, którzy symbolizują to, co się dzieje na polskiej scenie neurochirurgii i transplantologii. Mamy tutaj zdesperowaną panią ordynator, która zrobi wszystko byle tylko zdobyć potrzebne organy, oraz doktora Yao Nakamurę, który uważa iż śmierć mózgowa jest mitem, gdyż za pomocą odruchów nie możemy sprawdzić działania wszystkich zakamarków umysłu i zobaczyć, czy gdzieś jeszcze tli się życie. Jak widzimy mamy tutaj do czynienia ze skrajnymi punktami widzenia, jednak autorka robi wszystko by zapełnić dzielącą je przepaść. Pojawiają się tutaj również inni lekarze, i Ci którzy jeszcze nie wyrobili sobie własnego zdania i Ci, którzy boją się je wyrazić. Podobnie jest z pielęgniarkami, rodzinami pacjentów oraz samymi pacjentami, których głos, pomimo tego że trwają w śpiączce, też możemy usłyszeć. Choć powieść ta zaliczana jest do gatunku thrillera medycznego, tak by dokładnie przedstawić swoją wizję, autorka dodała do niego element fantastyczny. Jednak nie martwcie się, gdyż tak naprawdę jest on bardziej metaforyczny niż science fiction. Jak napisałam wyżej, nie ma wspólnego obrazu "życia po śmierci" , dlatego autorka stworzyła własną poczekalnię, w której spotyka się to co rzeczywiste z tym co duchowe. Bez tego wymiaru, książka pozbawiona byłaby głębi. 

W szpitalu, na całe szczęście, byłam do tej pory jedynie dwa razy. I te dwa razy wiązały się dla mnie zarówno z wielkim bólem jak i momentami niebotycznego szczęścia. Mowa tutaj oczywiście o moich  porodach. W Irlandii, gdzie rodziłam, położne, stażystki, lekarze oraz cała obsługa szpitala są cudownymi, empatycznymi i niezwykle pogodnymi ludźmi, których obchodzi komfort drugiego człowieka. Jednak czytając prasę wiem, że tak dobra "opieka" nie jest na porządku dziennym, a ja po prostu miałam szczęście. W "Zanim się obudzę" pojawia się postać salowej Bernardy, która pełni tutaj wymiar symboliczny. Jest ona symbolem miłości, dbałości o bliźnich, poświęcenia czyli tego, co powinno charakteryzować pielęgniarską posługę. Z miejsca się w niej zakochałam i modlę się o to, że jeśli kiedykolwiek trafię do szpitala, to tylko pod skrzydła tak czułej, rozumiejącej i doświadczonej osoby. Oczywiście Bernarda nie jest kobietą bez wad i sporo można jej zarzucić, jednak to tylko czyni ją bardziej rzeczywistą i wiarygodną. W końcu, kto jest bez winy niech pierwszy rzuci kamieniem. Pokochałam również zamkniętego w sobie i nieco ekscentrycznego doktora Nakamurę, doświadczoną przez los Selenę czy Kamila, chłopaka któremu "nic nie dolega" a nie potrafi się wybudzić z komy. Historia każdego z naszych bohaterów jest przejmująca i chwyta za serce. Choć nie jestem czytelnikiem o słabych nerwach, tak muszę przyznać, iż parokrotnie się popłakałam. Nie wytrzymałam widoku dziewczynki biegnącej za swoją uciekającą matką czy łez w oczach córeczek śmiertelnie chorego na serce tatusia, którego jedyną nadzieją jest śmierć kogoś innego. 

Na okładce książki możemy przeczytać, iż Agnieszka Bednarska jest absolwentką Pedagogiki, jednak okazało się iż w 2005 roku nasz piękny kraj nie potrzebował ludzi z takim wykształceniem. Autorka wraz z rodziną zmuszona została do wyjazdu do Wielkiej Brytanii, gdzie mieszka do dziś. Choć z mojej strony będzie to zapewne samolubne, to muszę przyznać iż troszkę się cieszę z faktu, iż Pani Bednarska nie znalazła u nas zatrudnienia. Jeśli dostałaby swój własny gabinet i grono dzieciaków z problemami, to z pewnością nie miałaby czasu na napisanie tak cudownej, wzruszającej i dopracowanej powieści. Zapewne wiecie o tym , że są różne sposoby jedzenia delicji. Jedni oddzielają galaretkę od ciastka, inni połykają w całości jeszcze inni wrzucają do herbaty czekając jak rozmięknie. Ja najpierw obgryzam ciasteczko, potem czekoladę z galaretki a na koniec ją samą długo trzymam na języku, aż się do końca rozpuści. Podobnie było z tą powieścią. Delektowałam się każdym słowem, niektóre fragmenty czytałam wielokrotnie, przystawałam i analizowałam. Była to dla mnie istna uczta zmysłów i chciałam bardzo za nią autorce podziękować. Polecam głodnym i spragnionym dobrej literatury.


Tytuł : "Zanim się obudzę"
Autor : Agnieszka Bednarska
Wydawnictwo : Media Rodzina
Data wydania : 23 maja 2019
Liczba stron : 460


Za możliwość przeczytania i zrecenzowania książki serdecznie dziękuję wydawnictwu : 
https://mediarodzina.pl/index.php




Książka bierze udział w wyzwaniu czytelniczym :


http://www.posredniczka-ksiazek.pl/2019/01/olimpiada-czytelnicza-2019-zapisy.html

"Kancelaria" Helen Phillips

"Kancelaria" Helen Phillips

Muszę przyznać, że do tej pory nie wiem co popchnęło mnie do tego by sięgnąć po akurat tę powieść. Ani nie jestem wielbicielką Kafki (wstyd się przyznać, ale przeczytałam jedynie najgłośniejszą książkę tego autora i to tylko dlatego, że była lekturą) ani nie za bardzo przemawia do mnie motyw realizmu magicznego wykorzystany w literaturze dystopijnej. Zresztą fakt, iż głównym zajęciem naszej bohaterki, jest codzienne wklepywanie informacji do zwiększającej się bazy danych, nie jest dla mnie niczym "fantastycznym" , gdyż jest zbyt zbliżone do tego, co robię w mojej pracy. Zapewne jakiś wpływ na mój wybór była zachęta autorstwa Ursuli Le Guin, która pojawiła się na okładce książki. Autorka to mnie nigdy nie zawiodła, więc chciałam wierzyć, iż znając się na literaturze fantastycznej i będąc doświadczoną twórczynią, potrafi rozpoznać talent i dobre pióro. Teraz, kiedy siedzę i piszę tę recenzję muszę powiedzieć, że nie żałuję iż posłuchałam wewnętrznego głosu, który mnie do niej przekonał. Już pierwszy paragraf sprawił, że się zakochałam i zatraciłam bez reszty. Potem uczucie to tylko się pogłębiało. 

Josephine i Joseph uciekają z głębokiej prowincji, aby szukać szczęścia w wielkim mieście. Tam jednak życie okazuje się niewiele lepsze. Josephine zatrudnia się w iście kafkowskim biurze. Zamknięta w odosobnionej klitce w posępnym, betonowym gmachu ma tylko jedno zadanie: wprowadzać do bazy danych imiona, nazwiska i datę. Zawsze tę samą. Jutrzejszą... 

"Kancelaria" to w rzeczywistości opowieść jednego bohatera, a konkretnie bohaterki, którą jest Josephine. Muszę przyznać, iż wydawca (zarówno polski, jak i zagraniczny) niespecjalnie nas zachęca do zainteresowania się akurat tą lekturą.A przynajmniej nie w notce wydawniczej. Wielu z moich znajomych, recenzentów, blogerów czy po prostu moli książkowych, po prostu przegapiło tę niepozornych rozmiarów książkę. Długo zastanawiałam się czy tej recenzji (lub chociaż pierwszych kilku akapitów) nie napisać dużymi literami, by zwrócić tym waszą uwagę. Uważam bowiem, iż dzieło Helen Phillips, jest solidnym kawałkiem dystopijnej literatury fantastycznej, będąc jednocześnie dobrą obyczajówką i mrocznym thrillerem. 
Josephine i jej mąż Joseph, to bohaterowie, których poznajemy za pomocą detali, przemycanych pomiędzy wierszami informacji, przebłysków i urywków rozmów. Autorka ani nie buduje szczegółowych profilów psychologicznych, ani nawet nie jest nimi szczególnie zainteresowana. Zależy jej na tym by jej postaci były jak najbardziej niespersonalizowane i mogły symbolizować każdego z nas. Jeśli bliżej się im przyjrzymy to z pewnością dostrzeżemy wiele cech wspólnych. Większość z moich znajomych pracuje w wielkich korporacjach, gdzie nie ma miejsca na zażyłość czy przyjaźń. Większość z nich padła ofiarą unifikacji i uniformizacji. Jeżdżą do pracy na tę samą godziną, czytają te same wiadomości, jedzą to samo jedzenie i po siłowni wracają do podobnych mieszkań. Jeśli żyją w związkach to nie są one ani szczególnie szczęśliwe ani nieszczęśliwe. Po prostu są. Niektórzy mają dzieci, inni się dopiero starają. Takich osób, które co tydzień przeżywają kolejny miesiąc miodowy, na wakacje wybierają się na wycieczkę na Mount Everest a na przekąskę serwują sobie żabnicę, która może okazać się śmiertelnie trująca, jest naprawdę niewiele. W rzeczywistości nasze życia są do siebie bardzo podobne i różnią się jedynie detalami. To właśnie chciała nam przedstawić Phillips i doskonale się jej to udało. W przerażający, pozbawiony nadziei i niezwykle sugestywny sposób zobrazowała życie ludzie XXI wieku. Ludzi, którzy stracili sens w życiu, którzy egzystują z dnia na dzień, borykając się z niewygodną dorosłością. Jeśli zostałabym poproszona o zekranizowanie "Kancelarii" to z pewnością byłby to film czarno-biały, lub w stylu produkcji inspirowanych komiksami Marvela, jak "Sin City", gdzie jedynie niektóre szczegóły wyróżniają się czerwoną barwą. Właśnie w ten sposób autorka grała, bawiła się z czytelnikami. Zamiast kreślić rysy psychologiczne i budować skomplikowane osobowości, swoich bohaterów oznaczała jedną cechą lub detalem, który miał ich charakteryzować. Tym czymś mogła być kolorowa koszula czy ogniście rude włosy. Muszę przyznać, iż takie pozbawienie naszych bohaterów osobowości miało sens i pozwoliło mi się skupić na tym, co stało się ich udziałem, w szerszym, międzyludzkich, kontekście. 

Wiecie czym jest "Mordor". Oczywiście nie chodzi mi o krainę z powieści Tolkiena. Mordor, inaczej Służewiec Biurowy, to dzielnica Warszawy, w której na przestrzeni kilku ulic ma siedzibę kilkaset firm, zatrudniających kilka tysięcy ludzi. Możecie sobie wyobrazić co się dzieje w metrze, kiedy te tłumy zmierzają do pracy. Bohaterowie naszej książki, co prawda nie mieszkają w stolicy Polski, jednak podobnie jak ich zagraniczni kuzyni, również dojeżdżają do pracy komunikacją miejską, również muszą w niej spędzić określoną liczbę godzin (plus nadgodziny) i również mają bardzo mało czasu na życie osobiste. Helen Phillips trafiła w punkt. Za pomocą skąpych dialogów i opisów pokazała nam, jak ubogie stało się nasze życie. I jak beznadzieje.Udało jej się odczłowieczyć człowieka, i sprowadzić go do roli leminga czy maszyny myślącej. Josephine codziennie przychodzi do biura, by na komputerze wprowadzać do systemu daty, imiona i liczby. Nie wiem po co, nie wie dlaczego i nie wie co się z tym dalej dzieje. Właśnie na tym polega dzisiejsza praca w korporacjach, każdy robi swoją część tortu a całością cieszą się w samotności, jak wypłacona zostaje premia. Nie ma tutaj miejsca na nawiązywanie przyjaźni, na wspólne jedzenie lunchów czy wyjście na papierosa . Ważne są limity, targety i deadliny. I mało tego, w większości korporacji poszukiwani są ludzie młodzi, najlepiej dwudziestoletni, ale muszą mieć doświadczenie, najlepiej dziesięcioletnie. Okazuje się jednak, że ich pracę, może wykonać każdy po odpowiednim przeszkoleniu. To rynek jest tak nasycony pracownikami, że wprowadzane są sztuczne i zawyżone bariery, byle tylko możliwy był jakikolwiek odstrzał nadmiaru kandydatów. 
Rzeczywistość jaką przedstawia nam Phillips jest przerażająca, jednak element fantastyczny który pojawił się w książce był rodem z horroru. Oczywiście, to do czego zmierza autorka, staje się jasne już w pierwszej połowie książki i każdy w miarę aktywny czytelnik jest w stanie się tego domyślić, jednak jak z tym co nieuniknione poradzą sobie bohaterowie, pozostaje dla nas zagadką. Zdradzę wam tylko, że w książce tej liczby mają bardzo duże znaczenie, to właśnie one decydują o naszym życiu i śmierci. 

Zawsze kiedy początkujący autor przyrównywany jest do klasyków czy innych wielkich twórców, jest to czymś miłym i niezwykle motywującym, jednak niesie ze sobą bardzo duże zobowiązanie. "Kancelaria" jest debiutem literackim Helen Phillips, choć autorka zdążyła się już wcześniej wykazać w formach krótkich, a mianowicie opowiadaniach. Kiedy wydana została jej pierwsza powieść, krytycy nie mogli wyjść z podziwu nad jej kunsztem literackim. Jej proza porównywana była do Saramago czy Kafki. Kiedy książka wyszła drukiem i trafiła do pierwszych recenzentów i czytelników, zaczęło się pojawiać więcej stonowanych, niekoniecznie entuzjastycznych opinii. Tak to jest, kiedy ludzie nastawią się na arcydzieło a okaże się, że trafili na książkę dobrą, pasjonującą, jednak do klasyki troszkę jej brakuje. Nie możemy bowiem oczekiwać, że młoda, początkująca autorka stworzy coś, co od razu dostanie Pulitzera, wejdzie do kanonu lektur i podbije wszystkie listy bestsellerów. Tak myśląc robimy krzywdę zarówno sobie, jak i autorowi. 

"Kancelaria" to dobra, ambitna i niezwykle współczesna powieść o ludziach, którzy nieświadomie, i zupełnie przez przypadek, odkryli sens istnienia i mechanizmy rządzące światem. To opowieść o ludzkich troskach i problemach, związkach, miłości, codzienności i rutynie oraz o tym jak ją przełamać. Okazuje się bowiem, że w powodzi dni zwyczajnych i schematycznych, może trafić się i taki, który diametralnie zmieni nasze życie, jednak czy będziemy mieć siłę by to zmienić? Czy pozostaniemy konformistami i zrobimy wszystko ku przywróceniu status quo?  
Muszę przyznać, iż Ursula Le Guin miała rację. "Kancelaria" to powieść-baśń jednocześnie piękna i pełna humoru a z drugiej strony smutna i przerażająca. Ale takie w końcu jest życie. Gorąco polecam.



Tytuł : "Kancelaria"
Autor : Helen Phillips
Wydawnictwo : Prószyński i S-ka
Data wydania : 9 maja 2019
Liczba stron : 200
Tytuł oryginału : The Beautiful Bureaucrat



Za możliwość przeczytania i zrecenzowania książki serdecznie dziękuję wydawnictwu :


 
 
 
 
Książka bierze udział w wyzwaniu czytelniczym :


http://www.posredniczka-ksiazek.pl/2019/01/olimpiada-czytelnicza-2019-zapisy.html

"Znak kukułki" Anna Bichalska

"Znak kukułki" Anna Bichalska

     Jak do tej pory jedyną książką, która sprawiła mi trudności podczas pisania recenzji był "Mistrz i Małgorzata". Dostojewski jest mistrzem w swoim fachu, jego powieści są wielowymiarowe, metaforyczne, złożone i podatne na interpretacje. Myślę, że każdy czytelnik w inny sposób rozumie słowa autora. Kiedy zaczęłam czytać "Znak kukułki" od razu wiedziałam, że drugi raz w życiu, trafił mi się trudny orzech do zgryzienia. Cieszyłam się jednak, gdyż ostatnio byłam u dentysty więc jest szansa na to, że zębów sobie nie połamię. Muszę przyznać, iż nie mogłam uwierzyć w to iż autor tej powieści jest kobietą i do tego moja krajanką z Podlasia. Wybaczcie mi to, iż jestem czytelnikiem wątłej wiary w nasze rodzime, kobiece talenty literackie, jednak to co dzieje się na rynku wydawniczym woła o pomstę do nieba. Wszędzie tylko miłości i zdrady, sex i zdrady, śmierć i zdrady albo same zdrady. Albo same miłości. Jednym słowem sam cukier albo sama gorycz. Czasem trafił się kryminalny rodzynek, jednak poza te znane i lubiane przez polskich czytelników gatunki, mało która autorka wykracza, Dlatego byłam bardzo zdziwiona kiedy okazało się, że "Znak kukułki" to powieść, której akcja toczy się na pograniczu realizmu magicznego, pełna jest snów, baśni, legend i zdecydowanie nie da się jej sklasyfikować. Czytanie tego typu książek jest prawdziwym wyzwaniem, a takie właśnie lubię najbardziej.


Alina od lat cierpi na zaburzenia snu. Jako dziecko została adoptowana, ale nie wie, kim była wcześniej. Przybrany ojciec Aliny, dawniej dziennikarz, przed śmiercią zostawia list i artykuły związane z jej odnalezieniem ponad dwadzieścia lat temu. Okazuje się, że przed laty zajmował się sprawą dziwnych zaginięć dzieci. W rozwikłaniu zagadki własnej przeszłości Alinie towarzyszy jej nowa lokatorka- tajemnicza Greta. Kim jest? Jakie skrywa tajemnice? I co łączy Alinę, Gretę, małą dziewczynkę o wielkiej wyobraźni, znanego współczesnego reżysera i pewną zapomnianą międzywojenną pisarkę?


Na samym początku była ciemność i chaos, i dopiero z nich zaczęły wyłaniać się znajome kształty i kontury. Pierwsze sto stron powieści przysporzyło mi sporo trudności. Zaciskałam pięści, obgryzałam paznokcie, zgrzytałam zębami. Czasem odkładałam książkę na stolik, by po kilku godzinach do niej wrócić, czasem siedziałam do późnych godzin nocnych nie mogąc jej odłożyć. Zawsze kiedy mamy do czynienia z więcej niż jednym bohaterem, więcej niż jedną historią, które trzeba połączyć w spójną całość, droga do tego jest niezwykle skomplikowana i wyboista. O wiele łatwiej się czyta książki, których fabuła rozgrywa się w czasie rzeczywistym, jest liniowa i prowadzi z punktu A do punktu B. Właśnie dlatego uwielbiam czytać kryminały, ze względu na ich prostą konstrukcję. Tutaj bohaterki są trzy, przynajmniej te główne : Alina, Maria oraz Mysza. Każda z nich żyje w innej rzeczywistości, innych czasach i innych realiach. Jednak coś je łączy. I właśnie zadaniem czytelnika jest odnalezienie tego czegoś, tego wspólnego mianownika. 
Pierwszą z naszych bohaterek jest Alina. Z notki wydawniczej dowiadujemy się, że jako młoda dziewczynka, wyszła z lasu, pojawiła się znikąd niczym Czerwony Kapturek. Nie wiedziała kim jest, jak jej na imię ani skąd pochodzi. Nikt też jej nie szukał. Teraz już jako dorosła kobieta Alina pragnie dowiedzieć się czegoś o swoich korzeniach. Jednak nie jest to takie proste. Okazuje się, że bardziej niż brak jakichkolwiek informacji, przeszkadza jej własna fizyczność. Kobieta cierpi na chorobę zwaną somnambulizmem, która utrudnia jej znalezienie dobrej pracy czy nawiązywanie kontaktów towarzyskich. Nigdy nie wie kiedy zapadnie w sen, często zdarza jej się bywać na granicy jawy, widzi niewidzialne. Jedna z moich przyjaciółek cierpi na tę samą przypadłość i choroba ta ma ogromny wpływ na jakość jej życia, ogranicza ją oraz jej potencjał. Wyobraźcie sobie, że nigdy nie zrobicie prawo jazdy, będziecie się bali wyjechać na koncert za granicę, umknie wam duża część życia, gdyż ją po prostu prześpicie. Owszem są leki, które mają pomagać chorym, jednak w rzeczywistości zamiast obudzić, otumaniają. Postać Aliny jest dopracowana w każdym calu. Z jednej strony wywoływała we mnie smutek i współczucie z drugiej podziw dla odwagi, którą się wykazywała i desperackich kroków, które podjęła.
Kolejną bohaterką jest Mysza. O Myszy wiemy tyle, że jest małą, samotną dziewczynką, która chodzi do szkoły, ma psa Wilka i mieszka z Mamą. Ma mysi ogonek, szarą sukienkę i widzi pchłopijawki. I pustych. Widzi również barwy i dźwięki, wszystkiemu nadaje swoją własną nazwę. Oprócz tego jest zwykłą, normalną, choć nieco zamkniętą w sobie dziewczynką. Jednak koledzy z klasy i podwórka widzą w niej kogoś innego, obcego. Wyśmiewają się z niej, szydzą, torturują psychicznie. Wszystko to sprawia, że Mysza jeszcze bardziej wycofuje się w głąb siebie i jeszcze bardziej czeka na przyjazd ukochanej siostry Jasnej, która rozświetla jej szare, monotonne życie.
Ostatnią z bohaterek jest Maria. To właśnie historię o jej życiu i (Nie)bajkę o Wilczej Dziewczyncepolubiłam najbardziej. Marią po śmierci rodziców zaopiekował się bogaty, mieszkający w dworku wuj, który żywo interesuje się spirytualizmem. Uważa on, iż dziewczynka jest medium, za którego pomocą będzie mógł nawiązać kontakt ze zmarłą żoną. Pewnego dnia zwiedzając dom Maria trafia na tajemne przejście, na którego końcu znajduje się mały pokój. Okazuje się, że mieszka w nim dziewczynka, której połowa ciała porośnięta jest gęstą sierścią, niczym u wilka. Pomiędzy dziewczynkami rodzi się przyjaźń, która trwa do czasu kiedy dziecko-wilk znika w tajemniczych okolicznościach. 
Oprócz trzech głównych bohaterów pojawiają się tutaj również inne, nieco bardziej efemeryczne, magiczne postaci jak Pani Przedsionków, Zjawa czy Dziewczynka z lustra. Niektóre z nich są jedynie postaciami ze snów, inne personifikacjami uczuć, jeszcze inne wymysłem wyobraźni czy wspomnieniem przeszłości. Nie da się jednak ukryć, iż autorka posiada fenomenalną wyobraźnię, bo wymyślić książkę w której jawa łączy się ze snem, przeszłość z przyszłością, i rzeczywistość z bajką i podać to w formie, która będzie zrozumiała dla czytelników, jest rzeczą niezwykle trudną. Tutaj po początkowym chaosie przyszła Jasność i pełne zrozumienie. 

Książki z gatunku tych "wymykających się klasyfikacji" zazwyczaj niosą ważne przesłanie. To nie tylko pokręcone bajki, straszne legendy czy opowieści z pogranicza horroru. Długo zastanawiałam się jaki "morał", jaką prawdę starała się przekazać nam autorka. Książka ta posiada tak wiele warstw, że dogłębna jej analiza zajmie wiele tygodni, może nawet miesięcy, i jestem przekonana, że nawet wtedy w mojej głowie pozostaną pewne znaki zapytania. Jeśli teraz, ktoś by mnie spytał, o czym jest "Znak kukułki" , to bym powiedział, że jest to książka o "inności" i radzeniu sobie z nią. W dzisiejszych czasach społeczeństwo dąży do unifikacji i uniformizacji. Reklamy telewizyjne mówią nam co mamy jeść, co pić, w co się ubierać i z jakich suplementów korzystać. Trenerzy personalni pokazują nam jakie powinniśmy mieć ciało, reklamy w naszym telefonie są dokładnie dopasowane do naszych gustów a postęp sprawia, że wkrótce nie będziemy musieli wychodzić z domu. Dążymy do tego by zamienić się w armię klonów, gdzie nie ma miejsca na odmienność. Każda z bohaterek książki Bichalskiej, jest inna. Wyróżnia się spośród tłumu. Tym samym są obce, nawet w środowisku rodziny. Alina cierpi na somnambulizm, który sprawia że wędruje po nocach, Mysza żyje we własnym świecie i jest nijaka, Maria widzi duchy i inne zjawiska nadprzyrodzone a Dziwczynka-Wilk choruje na hipertrichozę. Każda z nich poddawana jest społecznemu ostracyzmowi i wykluczeniu, co ma znaczący wpływ na ich życie. Czytając czułam jakiej presji są poddawane te młode kobiety i dzieci. Czułam ich smutek, wstyd, rozpacz i brak nadziei. Nie mogłam uwierzyć w to co im robiono, do czego je zmuszano. Poczułam wstyd za ludzi, jedyne ziemskie zwierzęta, które potrafią zrobić tak dużo dobrego i jednocześnie tak dużo złego swoim bliźnim. Mam nadzieje, że książka ta otworzy niektórym oczy, że dzięki niej staną się bardziej tolerancyjni, odrzucą pozory i zerkną we wnętrze innych ludzi, bo powierzchowność często może mylić. 

Zachwyciła mnie forma w jakiej napisana jest ta książka. Jak wspomniałam wcześniej, każda z naszych bohaterek żyje w innych realiach, które oddalone są od siebie zarówno w czasie jak i w przestrzeni. Spodziewałam się, że będziemy tutaj mieli do czynienia z typowym "ciągiem logicznym", gdzie coś wynika z czegoś, i gdzieś prowadzi. Okazuje się, że jest to nieco bardziej skomplikowane. W "Znaku kukułki" rzeczywistość miesza się ze snami, sny okazują się wydarzeniami z przeszłości a całość fabuły dzieje się w kilku nałożonych na siebie wymiarach i rzeczywistościach. Pojawiają się tutaj zarówno wilkołaki jak i choroby psychiczne, mary ze snów i duchy, zdroworozsądkowi lekarze i bogacze, którzy udają że widzieli swoich krewnych na seansach spirytystycznych. Jeśli czytaliście kiedyś "Maga" Fawlesa, to doskonale wiecie o czym mówię. Świat, który stworzyła autorka jest niezwykle rozbudowany i musimy dokładnie przyglądać się drogowskazom, które spotykamy na swojej drodze, gdyż bardzo łatwo możemy się tutaj zgubić. Szczególnie jeśli trafimy na Skraj Świata. 

"Znak kukułki" to powieść, która wymaga od czytelnika skupienia i zaangażowania, ciszy i spokoju. Zdecydowanie nie jest to lektura do autobusu czy pociągu, którą można pochłonąć ze słuchawkami na uszach, czekając na swój przystanek. Są tu fragmenty, które musiałam czytać po kilka razy, wydarzenia nad którymi musiałam się zastanawiać, emocje które wymagały tego by je przetrawić. Było to moje pierwsze spotkanie z autorką, jednak wiem że na pewno nie ostatnie. Cieszę się, że udało mi się trafić na tak ambitną, głęboką i wielowymiarową książkę, kiedy zupełnie się na to nie nastawiałam. Jeśli lubicie zagadki, duchy, tajemnice, nie boicie się klimatu grozy, mrocznych dworków i psychicznego wyobcowania, to zdecydowanie wam polecam. Dajcie tej powieści szansę a zobaczycie, że wasz umysł stanie się bardziej otwarty i dostrzeżecie więcej. 


Tytuł : "Znak kukułki"
Autor : Anna Bichalska
Wydawnictwo : Zysk i S-ka
Data wydania : 20 maja 2019
Liczba stron : 451


Za możliwość przeczytania i zrecenzowania książki serdecznie dziękuję wydawnictwu :  




 
 
 
 
            Książka bierze udział w wyzwaniu czytelniczym :


http://www.posredniczka-ksiazek.pl/2019/01/olimpiada-czytelnicza-2019-zapisy.html

"Stranger Things.Mroczne umysły" Gwenda Bond

"Stranger Things.Mroczne umysły" Gwenda Bond

      "Stranger things" to jeden z lepszych seriali jakie oglądałam. Teraz, czekając z niecierpliwością na trzeci sezon, postanowiłam umilić sobie dłużące się w nieskończoność wieczory, i sięgnęłam po książkę "Stranger things. Mroczne umysły", która reklamowana jest jako "Oficjalna powieść serialu". Muszę przyznać, iż zanim zaczęłam ją czytać miałam pewne wątpliwości. Produkcję Netflixu pokochałam za jej bohaterów, atmosferę i wartką, fantastyczną akcję. Kiedy dowiedziałam się, że w powieści nie występują znane mi postaci, klimat jest dopiero w powijakach a akcja zamiast skupiać się na "drugiej stronie" i wyłażących z niej potworach, toczy się w laboratorium i gabinetach lekarskich, to poczułam lekkie rozczarowanie. Jednak nie byłabym sobą gdybym nie dała autorce szansy, szczególnie że serialowe uniwersum, jest bliskie memu sercu. Zresztą cała ta historia musiała się od czegoś zacząć prawda? Czytając tę książkę macie okazję cofnąć się do początku, dowiedzieć się gdzie narodziło się zło oraz kto był jego ojcem...a może matką? To już sprawdźcie sami.

Tajemnicze laboratorium. Szalony naukowiec. Tajna rządowa operacja.
Jeżeli sądzisz, że wiesz już wszystko o pochodzeniu Jedenastki i jej nadnaturalnych mocy, przygotuj się na niemałe zaskoczenie, bo ta książka wywróci wszystko na Drugą Stronę! Powieściowy prequel serialu opowiada wstrząsającą historię matki Nastki. Książka jest pierwszą powieścią towarzyszącą popularnemu serialowi Netflixa.

Dustin, Lukas, Will, Mike to chłopcy których pokochałam. Nasza serialowa czwórka była niczym bohaterowie wyjęci wprost z powieści Stephena Kina lub Dana Simmonsa. Kiedy dołączyła do nich  Eleven, kilkoro nastolatków oraz garstka dorosłych, to razem stworzyli istną drużynę pierścienia, której celem było pokonanie "zła". Zła, które wylazło z wielkiej, tętniącej życiem, dziury na ścianie laboratorium. To co znajdowało się po drugiej stronie tunelu było przerażające, obce, wykoślawione i brutalne. Taka jest mniej więcej fabuła serialu "Stranger things", którego trzeci sezon zapowiedziany jest na czwartego lipca. Wybaczcie mi tę nachalną reklamę Netflixa, jednak jeśli jeszcze nie oglądaliście poprzednich odcinków, to piloty w dłoń, karty kredytowe w ruch i do boju. Co prawda by zrozumieć tę książkę nie trzeba być oni wielbicielem, ani chociażby znawcą serialu, jednak zdecydowanie warto go obejrzeć. Dla samej rozrywki. Jeśli jednak pokochaliście tę produkcję, to koniecznie musicie przeczytać nawiązującą do niej powieść, szczególnie że zastała autoryzowana przez twórców serialu. 
Jak dobrze wiecie, coś nie bierze się z niczego, i podobnie jak dobro, zło również ma swoje początki. Nawet demony i diabły to w rzeczywistości anioły, które sprzeciwiły się boskiemu porządkowi i postanowiły spaść z drabiny. W dzisiejszych czasach, kiedy technologia ruszyła do przodu, już nie potrzebujemy Boga ani świętych ksiąg, by stworzyć "zło" , potwory, paskudy oraz inne bezeceństwa i maszkarony. Zresztą zastanawiające jest to, dlaczego człowiek, nawet jak stara się wymyślić coś dobrego, to ląduje po złej stronie mocy? Pracując nas szczepionką wymyśliliśmy AIDS, rozwijając rolnictwo zniszczyliśmy lasy równikowe, chcąc dać pracę najuboższym, stworzyliśmy współczesne obozy koncentracyjne... przez przypadek, i oczywiście w dobrej wierze, udało nam się również stworzyć bombę atomową. Ale wracając do tematu. W serialu zło istnieje i ma się dobrze na tyle, że posiada własny świat, który mu nie wystarcza i tajemnymi przejściami przechodzi również do naszego. W książce tego świata jeszcze nie ma lecz dobrzy naukowcy usilnie pracują nad tym, by ludzie zaczęli widzieć potwory. Oczywiście stworzenie Demogorgona również było efektem ubocznym. Choć w książce tej nie spotkamy żadnego z moich ukochanych bohaterów, tak pojawia się tutaj ktoś, kto miał bardzo duży wpływ na rozwój wydarzeń. Tym kimś jest doktor Brenner (czytaj doktor Mengele, ojciec całego zła). To właśnie on, oczywiście w imię idei i szczytnych celów, prowadził eksperymenty na ludziach, których celem było wyzwolenie ich z typowych naszemu gatunkowi ograniczeń. Ten szalony naukowiec wierzył, iż jeśli istota ludzka, będzie odpowiednio stymulowana, to rozwinie w sobie specjalne zdolności na miarę komiksowych superbohaterów. Książka ta opisuje proces badawczy Brennera, jego eksperymenty oraz ich konsekwencje. "Zło" , które znamy z serialu jeszcze tutaj się nie pojawia, jednak możemy obserwować jego narodziny. 

Kiedy w serialu, mieliśmy do czynienia z bohaterami, którzy ledwo co wyrośli z pieluch, tak w przypadku książki średnia wieku protagonistów, poszła zdecydowanie w górę. Zmieniły się również proporcje odnośnie płci. Tutaj prym zdecydowanie wiodą kobiety. Młode, inteligentne i odważne dziewczyny. Naszą główną bohaterką jest Terry, matka serialowej Eleven, studentka, która postanawia wziąć udział w eksperymentach Brennera ze względu na pieniądze, które oferuje naukowiec. Spotkamy tutaj również Glorię, studentkę biologii, która wywodzi się z jednej z najbogatszych rodzin w miasteczku oraz Alice, która na pozór nie pasuje do  klucza, według którego Brenner wybiera swoje obiekty, jednak szybko się przekonamy, że dziewczyna posiada niezwykłe zdolności. W mojej opinii jest to najlepsza, najoryginalniejsza, postać w całej książce i troszkę żałuję, że jej potencjał nie został do końca wykorzystany. 
Jednak nie martwcie się, nie mamy tutaj do czynienia z literaturą feministyczną. Faceci się pojawiają, jednak ich sylwetki mogą wam się wydać dość kontrowersyjne. Mamy tutaj Andrew, typowego studenta, który zamiast siedzieć nad książkami to pali marihuanę, słucha Elvisa i jeździ na Woodstock oraz jego totalne przeciwieństwo Kita, który jest gejem uważającym się za jasnowidza. Muszę przyznać, że życie takiego cudaka, nawet w Stanach Zjednoczonych w latach 70-tych XX wieku, musiało być niezwykle trudne i stresujące. Jednak Gwenda Bond zadbała o to, by stworzyć naprawdę dobrą, zorganizowaną ekipę, której członkowie wzajemnie się uzupełniają, władają innymi mocami i sprawiają, że książkę czyta się z niesłabnącym zainteresowaniem. 
Sama fabuła wzbudziła moje zainteresowanie. Wyobraźcie sobie grupę młodych ludzi, faszerowanych kwasami (zwanymi potocznie LSD), którzy pod wpływem narkotyków i bodźców zewnętrznych, zmuszani są do przekraczania barier własnego umysłu. Zastanawialiście się jak może wyglądać proces tworzenia szpiega lub żołnierza idealnego? Jeśli tak, to przeczytajcie tę książkę, jest tutaj opisana manipulacja, w swojej czystej, skondensowanej postaci. Z bliska możemy się przyjrzeć jak wygląda praca nad ludzkim umysłem i jak łatwo da się nami sterować. Całe szczęście są jeszcze ludzie, którzy wiedzą jak "oszukać system". I czasami im się udaje. Jednak tylko na chwilkę.

Tym co mnie zaskoczyło w tej książce była duża liczba odnośników do wojny w Wietnamie. Oczywiście zdaję sobie sprawę, że na przełomie lat 60-tych i 70-tych w USA nie mówiło się o niczym innym jednak fakt, iż przeniknęło to również do powieści science fiction, bardzo mnie zdziwił. Jednak muszę przyznać, iż podziałało to zdecydowanie na plus. Lubię jak autorzy wiernie odzwierciedlają atmosferę i jednocześnie nastroje epoki, i tutaj to zdecydowanie miało miejsce. Wojna w Wietnamie, Woodstock, Beatlesi i wiele innych rzeczy, o których wspominała pani Bond, budowało typowy klimat lat 70-tych , znany i z historii i z serialu. Z łatwością byłam sobie w stanie wyobrazić miasteczko Hawkins, bary w których spotykali się bohaterowie czy ówczesne laboratoria. 
Jednak wspomnienie konfliktu w Azji, w moim odczuciu, miało również inny wymiar. A mianowicie uczłowieczyło doktora Brennera. Owszem dalej jest on potworem , który podaje swoim "obiektom" narkotyki, razi je prądem, szantażuje, wprowadza w stan głębokiej hipnozy i niszczy im życie (im oraz ich nienarodzonym dzieciom), jednak jest takie powiedzenie, że jak popełniamy zbrodnię w imię ocalenia większej ilości osób, lub nawet całej ludzkości, to jesteśmy usprawiedliwieni. Brenner próbował wymyślić broń doskonałą, coś co pomoże Amerykanom wygrać w Wietnamie. Żołnierzy idealnych. Więc czy można nazwać go potworem? 

Czytając recenzje na portalu goodreads.com czy na naszym rodzimym lubimyczytac.pl, nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że ludzie szukają dziury w całym. A to książka im się nie podobała bo zupełnie odbiegała od tematu, a to wydawca okłamał bo samej "Jedenastki" i jej losów to tutaj praktycznie brak, a to to , a to tamto. Niektórzy nawet pisali, że "Mroczne umysły" nie są niczym innym jak odcinaniem kuponów i zarabianiem na "miłości" wielbicieli. Zapewne tak jest, w końcu żyjemy w czasach w których rządzi pieniądz, jednak ja nie uważam, żeby ani autorka, ani wydawcy okłamali czytelników. Musicie wiedzieć, że książka ta jest dopiero początkiem całego cyklu, którego kolejne tomy będą co parę tygodni (miesięcy) pojawiać się w naszych księgarniach. Każdy z nich  będzie napisany przez innego autora i będzie opowiadał inną historię. Tym razem poznaliśmy Terry, w kolejnej części będziemy towarzyszyli komuś innemu. Nie ma potrzeby pisania niepochlebnych recenzji dopóki nie zobaczymy całości, nie zapoznamy się z wizją twórców i wydawców. Ja z tej powieści, sporo się dowiedziałam o uniwersum Stranger Things i z zasad w nim panujących. I chcę więcej, chcę kolejnych perspektyw i kolejnych danych. Więcej autorów i więcej punktów widzenia. Nie krytykujmy, nie podcinajmy im skrzydeł...sprawmy by nasz ulubiony serial stał się naprawdę wielowymiarowy na wielu płaszczyznach, nawet na kartach książek. Z mojej strony zdecydowanie polecam. 


Tytuł : "Stranger Things.Mroczne umysły"
Autor : Gwenda Bond
Wydawnictwo : Poradnia K
Data wydania : 24 kwietnia 2019
Liczba stron : 350
Tytuł oryginału : Stranger Things. Suspicious Minds



Tę oraz wiele innych książek, znajdziecie na półce z Bestsellerami w księgarni internetowej :
https://www.taniaksiazka.pl/

"Kłamał.Kłamała" Erin Kelly

"Kłamał.Kłamała" Erin Kelly

     Jeśli chcecie zobaczyć jak się powinno pisać dobre thrillery psychologiczne, to z całego serca polecam wam te książkę. Ci, którzy zgłębili  już troszkę temat, zapewne się zastanawiają, jakim cudem jako przykład idealnej przedstawicielki tego gatunku wybrałam akurat tę  powieść, skoro zdecydowana większość czytelników i recenzentów uważa ja za owszem dobrą,  jednak zdecydowanie nie jest to thriller. Ja się z tym nie zgadzam. Mamy tutaj gwałt, zmianę tożsamości, ucieczkę,  stalking,  zemstę, zdradę, proces sądowy a  nawet morderstwo. Mamy sukcesywnie budowany klimat, mroczną atmosferę i rozbudowane sylwetki bohaterów. Ze  strony na stronę rośnie w nas poczucie zagrożenia,  wiemy że zbliża się wielki finał jednak do końca nie znamy jego rozmiarów. Czy do szczęścia potrzeba nam czegoś więcej? Ja nie tylko uważam, że "Kłamał, kłamała" to rewelacyjny thriller psychologiczny, ja myślę że powieść ta powinna być analizowana na każdych warsztatach z twórczego pisania A początkujący autorzy powinni brać z niej przykład. Myślę,  że wtedy liczba fanów tego gatunku zdecydowanie by się zwiększyła. Koniec z zaginionym i dziewczynami i paniami z pociągu...teraz na topie są kłamstwa,  tajemnice i zaćmienia słońca. Również te metaforyczne. 

Strzeż się ciemności. Zaćmienia Słońca to pasja Kita, a to które ma mieć miejsce w Kornwalii jest szczególne. Po raz pierwszy obejrzy je razem z Laurą. Wspólny wyjazd przybiera nieoczekiwany obrót – dziewczyna jest świadkiem brutalnej napaści. Razem z Kitem wzywają policję. W tym momencie ich życie zmienia się na zawsze. Choć Laura wie, że dokonała właściwego wyboru i postąpiła słusznie, zdaje sobie sprawę, że ktoś inny mógłby mieć wątpliwości. Nie sposób przecież poznać całej prawdy. Coś zawsze pozostanie w ukryciu… Coś, co nigdy nie przyszłoby jej do głowy. Kilkanaście lat później Laura i Kit nadal żyją w strachu, ukrywając swoje prawdziwe tożsamości. Nadchodzi kolejne zaćmienie.

Lubicie tak zwane slow-burnery? Przepraszam za skorzystanie z angielskiego nazewnictwa, jednak wszystkie polskie odpowiedniki są nacechowane negatywnie i sugerują, że mamy do czynienia z czymś nużącym, powolnym i zdecydowanie nieciekawym. A są to ostatnie przymiotniki,  jakich bym użyła na określenie tej książki. Owszem fabuła rozkręca się powoli jednak jest to celowy zabieg zastosowany przez autorkę. Niektórzy z nas widząc na okładce książki słowo thriller, spodziewają się dynamicznej akcji, spektakularnych zwrotów fabularnych, krwawych mocnych scen i dużej dawki adrenaliny. Większość z nas decyduje się przeoczyć drugi człon nazwy tego gatunku, a mianowicie "psychologiczny". Książki zaliczane do thrillerów psychologicznych, na pierwszym miejscu stawiają bohaterów i ich psychikę, a wydarzenia które stają się ich udziałem są jedynie wypadkową ich działań. Występuje tutaj konflikt pomiędzy głównymi bohaterami, który wywołany jest emocjami. Zdarzało mi się czytać thrillery psychologiczne, które całkowicie rozgrywały się w głowach naszych bohaterów, gdzie brakowało typowej mrocznej atmosfery, a punkt kulminacyjny był raczej enigmatyczny i słabo zaznaczony. Takie książki faktycznie mogą nie wzbudzać zbytnich emocji. Jednak to co serwuje nam Kelly jest mistrzostwem samym w sobie i zadowoli nawet najbardziej wybrednych czytelników. Już na samym wstępie książki natrafiamy na mocną scenę gwałtu, wokół której będzie się toczyła cała fabuła naszej powieści. Temat napaści sexualnej jest niezwykle trudny, bo często bardzo trudno rozsądzić, czy to "już" był gwałt czy może kobieta zmieniła zdanie. Dyskusja, która toczy się wśród socjologów, lekarzy, dziennikarzy, polityków oraz obywateli jest niezwykle zawzięta. Jedni uważają, że kobiety same się proszę o to, by spotkało je coś złego, wyzywająco się ubierają, prowokują, a jak mężczyzna już po akcie seksualnym wraca do zdradzonej żony, to oszukane kochanki ruszają na komisariat i zgłaszają się jako ofiary byle tylko ukarać wiarołomcę. Ci po drugiej strony barykady dopuszczają coś takiego jak "pozwolenie na gwałt". Kobieta może początkowo się zgodzić, jednak kiedy w trakcie zmieni zdanie, mężczyzna z kochanka zmienia się w przestępcę i powinien zostać ukarany. Sędzia i ława przysięgłych, rozpatrujący wszystkie przypadki gwałtu, muszą bardzo dokładnie przeanalizować dostępne dowody, przesłuchać wszystkich świadków i wziąć pod uwagę zaistniałe okoliczności. Niesprawiedliwy i niesłuszny wyrok może złamać oskarżonego i zniszczyć mu życie, gdyż etykietka :gwałciciela" przyczepia się do człowieka na stałe. W przypadku tej książki zupełnie nie wiedziałam kto był sprawcą a kto ofiarą. Czy w ogóle była jakaś ofiara? A może Beth była po prostu dobrą aktorką. Do samego końca czekałam aż autorka udzieli mi odpowiedzi na moje pytania. Mieliśmy tutaj do czynienia z typową sytuacją słowo przeciwko słowu. Muszę przyznać, że od samego początku zastanawiałam się kto kłamie : on czy ona. Byłam totalnie zaskoczona kiedy odpowiedź przyszła z innej, trzeciej strony. Zakończenie tej książki było jednym z lepszych i najbardziej pokręconych, z jakimi spotkałam się w przypadku thrillerów psychologicznych. Mogę się założyć, że zaledwie ułamek promila z was będzie w stanie przewidzieć rozwój wypadków. Dlatego przemęczcie się przez połowę książki, poczytajcie o zaćmieniach, poznajcie bohaterów, bo druga część dostarczy wam niesamowitych wrażeń i pasjonujących zwrotów akcji. Przekonacie się, że tak naprawdę nie znacie bohaterów, że każdy ma coś do ukrycia.

Nasi główni bohaterowie to ludzie, których niestety nie udało mi się polubić. Sama nie wiem skąd wzięła się ta antypatia, jednak było w nich coś śliskiego, mrocznego, coś co sprawiało że nie potrafiłam im do końca zaufać. Nie podobało mi się to jak ze sobą rozmawiali, raz się kochali raz na siebie warczeli, nie podobało mi się to jak Laura wypowiadała się na temat swoich nienarodzonych dzieci. Pewnie na to kim się stali miały wpływ tragiczne wydarzenia z przeszłości. Kiedy Laura zdecydowała się zeznawać przeciwko Jamiemu, którego Beth oskarżyła o gwałt, kobieta mimowolnie i nieświadomie dopuściła się krzywoprzysięstwa. Mężczyzna został skazany a jego ofiara szybko zaprzyjaźniła się ze swoją "wybawicielką". Okazało się jednak, że to jeszcze nie koniec. Zamknięty w więzieniu Jamie planuje odwołanie i ... zemstę. Stracił wszystko, szansę do dobrą pracę, imię oraz szacunek. Beth, bojąc się tego co jest w stanie zrobić mężczyzna, również się zmienia w osobę, która jest zdesperowana i niebezpieczna. Laura wraz z Kitem, postanawiają uciec, zmieniają tożsamość i rezygnują z korzystania z mediów społecznościowych. Jest za to jedna rzecz, o której nie potrafią zapomnieć. Tym czymś jest zaćmienie słońca. Pojadą nawet na koniec świata byle tylko zobaczyć jak na ziemię pada cień i na kilka chwil wszystko kryje się w mroku nocy. 
Muszę przyznać, iż choć nie polubiłam naszych głównych bohaterów, to wydawali mi się prawdziwi a ich sylwetki i portrety psychologiczne, były zarysowane w najdrobniejszych szczegółach. Autorka zadała sobie mnóstwo trudu by dowiedzieć się, jak działa psychika ofiar gwałtu, czego się boją, jak postrzega ich otoczenie. Możemy tutaj również przeczytać o mechanizmach zdrady, o tym czym jest toksyczna przyjaźń oraz manipulacja osobą, która nas kocha. Jest to bardzo kompleksowa i poruszająca wiele newralgicznych i trudnych tematów książka.

No i oczywiście możemy tutaj przeczytać o zaćmieniach słońca, zarówno o tych częściowych jak i całkowitych. Pamiętam lato, kiedy miałam kilkanaście lat, i pojechałam do babci na wieś. Wraz z grupką okolicznych dzieciaków, stworzyliśmy własne "okulary" do oglądania zaćmienia słońca, a były one kawałkiem przypalonego w ognisku szkła. Efekt był niesamowity, a moment kiedy księżyc przesłonił słońce, zrobiło się szaro i zamilkły wszystkie ptaki, pamiętam do dziś. Oczywiście te kilkadziesiąt lat temu nie stałam się pasjonatką zaćmień, która w pogoni za kolejnymi festiwalami , przemierza świat, jednak jestem w stanie zrozumieć miłość i desperację naszych bohaterów. Każdy z nas ma swoje pasje. Jedni kolekcjonują figurki Warhammera , drudzy książki a jeszcze inni podążają drogą słońca. Muszę przyznać iż czytanie o tej szczególnej mapie nieba i związanych z nią zjawiskach, było dla mnie czymś nowym. Do tej pory nie wiedziałam, że można przewidzieć gdzie i kiedy będzie pełne zaćmienie, jak przewiduje się pogodę oraz kto organizuje festiwale i jak one wyglądają. Czytając tę powieść czułam pewien żal. Zazdrościłam naszym bohaterom przynależności do społeczności pasjonatów, ludzi których coś łączy, którzy mogą ze sobą godzinami debatować, wymieniać wspomnieniami i zdjęciami. Nawet jeśli każde z nich przestawia to samo. Wiedziałam, że niezależnie jak dużo przeczytam, nigdy ich do końca nie zrozumiem, nigdy nie stanę się częścią ich świata. Mam swój, który wydaje mi się teraz uboższy ponieważ jest mnie "kosmiczny".

Można powiedzieć, że "Kłamał,kłamała" jest poniekąd literackim debiutem. Owszem Erin Kelly napisała już wcześniej książkę, jednak oparta ona była o fabułę bijącego rekordy popularności w Wielkiej Brytanii, serialu "Broadchurch". Tym razem autorka pokusiła się o stworzenie czegoś oryginalnego, nowego, czegoś co zdecydowanie okazało się powiewem świeżości. Troszkę bałam się, że dwuosobowa narracja plus skoki z przeszłości w teraźniejszość, wniosą do powieść zamęt i chaos, jednak okazało się, że zabiegi te zamiast książkę popsuć, sprawiły że wyróżnia się ona z grona swoich koleżanek z księgarnianych półek. Moim zdaniem najnowsza powieść Kelly jest perełką w swoim gatunku. Jest niezwykle dopracowana i przemyślana. To jedna z tych książek, których autorzy nie żałują czasu poświęconego swoim bohaterom i ich kreacji a czytelnik nie może się doczekać aż zacznie odkrywać kolejne warstwy ich złożonej osobowości. Zdecydowanie polecam.


Tytuł : "Kłamał.Kłamała"
Autor : Erin Kelly
Wydawnictwo : Czarna Owca
Data wydania : 15 maja 2019
Liczba stron : 448
Tytuł oryginału : He Said/She Said



Za możliwość przeczytania książki i jej zrecenzowania serdecznie dziękuję wydawnictwu :  

https://www.czarnaowca.pl/



Książka bierze udział w wyzwaniu czytelniczym :


http://www.posredniczka-ksiazek.pl/2019/01/olimpiada-czytelnicza-2019-zapisy.html
 

'Podróż tysiąca burz" Kooshyar Karimi

'Podróż tysiąca burz" Kooshyar Karimi

     Dziś, kiedy tuż przy przeprawie promowej w Calais, rozłożyła się "dżungla", w całej Europie funkcjonują setki obozów dla uchodźców a kolejni przeprawiają się przez morze śródziemne, oczy całego świata skierowały się na Wschód. To co dzieje się w Iranie, Syrii, Libanie czy nawet Izraelu, wywołuje naszą złość i oburzenie. Fundamentalistyczne oblicze islamu poznaliśmy prawie 20 lat temu, kiedy w wieże World Trade Centre wleciały dwa uprowadzone samoloty. Od tego czasu trwa nieustająca walka z terroryzmem. Gdy widzimy na ulicy zarośniętego muzułmanina czujemy lęk, kiedy stoimy w kolejne za ubraną w burkę kobietą, zaczynamy przystępować z nogi na nogę. Z jednej strony boimy się o własne bezpieczeństwo a z drugiej chcemy tym ludziom pomóc, gdyż wiemy co się dzieje w ich ojczyznach. Nigdy nie byłam w Iranie i zapewne, jeśli nie stanie się cud, nigdy tam nie pojadę,lecz to co widzę w telewizji i słyszę w radiu, jest przerażające. Masowe aresztowania, kamieniowanie kobiet, mordowanie przeciwników politycznych, policja religijna i brak jakichkolwiek wolności i praw obywatelskich. Nie dziwi mnie, że ludzie chcą stamtąd uciekać. Szkoda, że tylko niewielu z nich się to udaje. 


Wstrząsające wspomnienia wybitnego, zasłużonego lekarza, który przeżył koszmar w irańskim więzieniu, przetrwał jako uchodźca w Turcji, po czym mozolnie budował na nowo swoje życie na emigracji w Australii.


Kooshyar Karimi żyje i ma się dobrze. Ożenił się z piękną, inteligentną i aktywną zawodowo kobietą, ma trójkę dzieci i mieszka w Australii. Ma piękny dom, duży ogród i elegancki samochód. Stać go na markowe ubrania i obiady w najdroższych restauracjach, choć kraj Aborygenów to nie amerykańskie Eldorado, to śmiało można powiedzieć, iż mężczyzna spełnił swój American Dream. W tym przypadku było nim nic więcej jak wygranie własnego życia. Dopiero w wieku 30 lat poznał czym jest wolność, szczęście a nawet miłość. 
Kooshyar Karimi, dziś naturalizowany Australijczyk, z pochodzenia jest Irańczykiem, jednak od zawsze było coś co wyróżniało go spośród społeczności, w której się wychowywał. W kraju gdzie ponad 90 procent społeczeństwa jest muzułmanami, posiadanie matki żydówki skazywało go ostracyzm i wykluczenie. By przetrwać musiał udawać, że jest kimś zupełnie innym. Nauczył się Koranu, modlił się trzy razy dziennie do Allaha i choć w sercu nadal czuł się  Żydem, tak przed ludźmi uchodził za bogobojnego muzułmanina. Już od najmłodszych lat los go nie rozpieszczał. Wraz z matką i bratem zamieszkiwał jedną z Teherańskich suteren. Ojca widywał raz na kilka miesięcy, kiedy mężczyzna znudził się swoimi innymi żonami. To dzięki matce zdobył wykształcenie i dobry zawód. Pracując jako lekarz szybko dorobił się oszczędności i pięknego , jak na irańskie warunki luksusowego domu, oraz eleganckiego samochodu. Żonę wybrała mu rodzina i choć nie połączyła ich miłość, tak Karimi czuł się odpowiedzialnym mężem i ojcem. 
Kiedy pewnego dnia został aresztowany przez irański wywiad religijny, wiedział że jego dotychczasowe życie się skończyło. Mężczyzna był torturowany i groźbami zmuszony do pracy w charakterze szpiega. Do jego głównych zadań należało inwigilowanie środowiska żydowskiego. Po paru latach "donoszenia" na swoich rodaków postanowił uciec. Zdobył fałszywe paszporty i wraz z rodziną przedostał się do Turcji. Na ucieczkę miał jedynie 48 godzin, więc cała podróż, była niczym więcej jak wyścigiem z czasem. Już na terenie Turcji wszyscy mogli odetchnąć. Był to kraj wolny i demokratyczny, kraj w którym  nie funkcjonuje policja religijna, można się tam śmiać, tańczyć, pić alkohol ... po prostu żyć. Okazało się jednak, że zderzenie z rzeczywistością było niczym skok na płytką wodę. Kilka tysięcy dolarów, które Karimi ze sobą przywiózł, okazało się jedynie nic nieznaczącym zwitkiem banknotów.

Nie da się ukryć, iż to właśnie pobyt w Turcji, jest głównym tematem książki, gdyż to właśnie tam  rodzina Karimiego (żona i dwie córki) czekała na to, by uzyskać status uchodźcy i deportację do innego, niepodległego i demokratycznego kraju. Wydarzenia o których czytamy w tej książce zdarzyły się ponad 15 lat temu i muszę przyznać iż obraz Turcji, jaki przedstawia nam autor, jest wielce niepokojący. Od kilku lat ten muzułmański kraj, któremu zdecydowanie bliżej do Arabii Saudyjskiej czy Iraku (oczywiście pod względem kultury czy tradycji) ubiega się o członkostwo w Unii Europejskiej. Teraz, już po przeczytaniu tej książki, doskonale rozumiem dlaczego ciągle spotyka się z odmową. W życiu nie przypuszczałam, że Turcja to poniekąd kraj trzeciego świata, a Ankara czy Istambuł, oprócz bogatych dzielnic to miejsca na miarę brazylijskich faveli. Wielu z moich znajomych wybierała to państwo na kierunek swoich wakacyjnych wojaży. .Zdjęcia, które mi pokazywali, były pełna słońca, pięknych budynków, eleganckich hoteli i złotych plaż. Okazuje się jednak, że za bramami kurortów i miejscami stricte nastawionymi na turystykę, rzeczywistość wygląda zupełnie inaczej. Turcja to kraj "tranzytowy" gdzie na azyl czekają tysiące ludzi z całego świata wschodniego. Większość z nich to Irańczycy, którzy dzień w dzień stoją w kolejkach do ambasad ,czy przed urzędem UNHCR, czekając na spotkanie. Ludzie Ci po zarejestrowaniu się w charakterze uchodźców nie mogą opuścić miasta ani podjąć żadnej legalnej pracy. Zmuszeni są do życia za te pieniądze, które udało im się zaoszczędzić lub dostać od rodziny. Często po kilku miesiącach lądują na ulicy, gdzie zmuszeni są żebrać o jedzenie. Naszemu bohaterowi cudem, i z pomocą jego Adonai, udało się uniknąć ich losu. Owszem wraz z rodziną zmuszeni byli do wegetacji w ciemnej i wilgotnej piwnicy, gdzie często brakowało wody i jedzenia, jednak zawsze w końcu spotykali kogoś kto im pomagał i dawał nadzieję na przyszłość. Śmiało mogę powiedzieć iż Kooshyar Karimi jest człowiekiem urodzonym pod szczęśliwą gwiazdą. Nawet z piekła wychodził zwycięsko a za wszystkie tortury, krzywdy i poniżenia, został sowicie wynagrodzony. 
Jednak wróćmy do Turcji. Zawsze myślałam, że jest to kraj stosunkowo bogaty, demokratyczny i nastawiony na turystykę. Okazuje się jednak, że państwo to zdecydowanie bardziej przypomina Indie, niż jakikolwiek kraj europejski. Szaleje tam inflacja, ceny (szczególnie żywności) rosną z dnia na dzień i żeby móc się utrzymać trzeba albo opłacać się łapówkami albo mieć znajomości. Czy wiecie, że w Turcji za bochenek chleba, jeszcze 10 lat temu, trzeba było zapłacić odpowiednik dwóch dolarów, a za minutę zagranicznej rozmowy telefonicznej, aż 10 dolarów? Przy takich cenach rzadko kto jest w stanie się utrzymać. Ludzie lądują na bruku a społeczeństwo zaczyna się dzielić na bogatych i mieszkającą w slumsach biedotę. Jestem pod wrażeniem tego jak Karimiemu wraz z rodziną udało się wiązać koniec z końcem i przeżyć w Turcji ponad rok czekając na bilet ku wolności.

Ostatnia część książki rozgrywa się w Australii, gdzie Kooshyar dostał azyl polityczny. Muszę powiedzieć, iż byłam zaskoczona, jak ten słynący z wolności i poszanowania praw obywatelskich kraj, traktuje imigrantów. Owszem dostają oni mieszkania socjalne, zapomogę finansową oraz pomoc w poszukiwaniu pracy czy zdobyciu wykształcenia, jednak rząd nie dba o to by przybysze od samego początku się asymilowali z ludnością. Tworzone są typowe getta, gdzie umieszczani są ludzie jednej narodowości czy wyznania. Byliście kiedyś na Jackowie w Chicago lub też w Chinatown? Jeśli tak to doskonale wiecie o czym mówię. Karimi wraz z rodziną dostał mieszkanie w bloku gdzie mieszkało już wiele muzułmańskich rodzin. W okolicy znajdowały się same sklepy z indyjską żywnością, na ulicach noszono burki, a jedynymi słyszanymi na chodnikach językami były urdu oraz różne dialekty arabskie. Imigranci zamykani byli w tych enklawach i kiedy po miesiącu dostawali czek z zasiłkiem, państwo australijskie o nich zapominało. Dając im azyl spełniło swój obowiązek, z resztą muszą sobie radzić sami. A zdobycie pracy, szczególnie w najbardziej prestiżowych i wymagających wysokich kwalifikacji zawodach, graniczyło z cudem. Przybysz spoza Australii by móc praktykować jako lekarz w Sydney, musiał zdać państwowy egzamin przed komisją lekarską, który składał się z dwóch etapów. Trwało to około dwóch lat. Potem musiał przez 10 lat pracować poza granicami miasta, na wsiach i prowincji, by zdobyć odpowiednie doświadczenie. Dopiero po tym czasie miał możliwość przeniesienia się do większego miasta. Jak można to inaczej nazwać, jeśli nie dyskryminacją? Na całe szczęście Karimi był zdesperowany. Kiedyś, dawno temu, obiecał swojej matce że będzie lekarzem, i zamierzał dotrzymać tego przyrzeczenia. Zdał egzamin, pracował przez 12 godzin dziennie, kolejne parę przeznaczał na dojazdy do domu i do pracy. Ucierpiała na tym jego rodzina, córki wpadły w depresję a żona zażądała rozwodu. Całe szczęście po kilku latach szczęście się do niego uśmiechnęło i poznał kogoś, kto całkowicie odmienił jego życie. 

"Podróż tysiąca burz" to wspaniała, emocjonalna i wzruszająca książka o losach człowieka, który zrobił wszystko w imię wolności, szczęścia i miłości. Kooshyar Karimi to fascynująca postać, człowiek wielu talentów : lekarz, naukowiec, wynalazca, pisarz i tłumacz. Wszystkiego czego się dotknął zamieniało się w złoto. Owszem można się przyczepić do tego, iż książka jest napisana infantylnym językiem a sam autor używa truizmów i pisze o rzeczach, które znamy z gazet i telewizji. Nie to jednak jest najważniejsze. Ja się cieszę, że poznałam kogoś kto przeciwstawił się reżimowi i udało mu się wygrać. Nasz bohater potrafił przyznać się do własnych błędów i słabości, powiedział całemu światu, że był szpiegiem i przyczynił się do nieszczęścia, a może i śmierci, innych. Szanuję ludzi, którzy mają cywilną uwagę by publicznie się wyspowiadać. To właśnie ze względu na sylwetkę Karimiego książka ta była szczególna i wyjątkowa. Z chęcią sięgnę po jego kolejne publikacje bo wierzę, że to nie wszystko co miał do powiedzenia i może mnie jeszcze dużo nauczyć. Polecam. 


Tytuł : "Podróż tysiąca burz"
Autor : Kooshyar Karimi
Wydawnictwo : Prószyński i S-ka
Data wydania : 25 kwietnia 2019
Liczba stron : 368
Tytuł oryginału : Jurney of a Thousand Storms


Za możliwość przeczytania i zrecenzowania książki serdecznie dziękuję wydawnictwu :


 
 
 
 
Książka bierze udział w wyzwaniu czytelniczym :


http://www.posredniczka-ksiazek.pl/2019/01/olimpiada-czytelnicza-2019-zapisy.html

Copyright © 2014 CZYTANKA NA DOBRANOC , Blogger