"Gdzie śpiewają diabły" Magdalena Kubasiewicz

"Gdzie śpiewają diabły" Magdalena Kubasiewicz

Muszę przyznać, że byłam bardzo zdziwiona, kiedy dowiedziałam się, że "Gdzie śpiewają diabły" jest książką dla młodzieży. To jest chyba ostatni gatunek, do którego bym ją zaliczyła. Pełna realizmu magicznego, baśni i legend, elementów horroru i kryminału, wymyka się wszelkim próbom klasyfikacji. Jest to powieść, która zostawiła mnie z pytaniami. Nadal czuję dreszcze i obracam się przez ramię sprawdzić, czy ktoś mnie nie obserwuje. Już dawno nie trafiłam na tak sugestywną, klimatyczną i przerażającą powieść. Było to moje pierwsze spotkanie z autorką lecz mam nadzieję, że nie ostatnie. O takich talentach trzeba rozmawiać, wychwalać, reklamować. "Gdzie śpiewają diabły" jest jedną z tych książek, którą chętnie zostawiłabym na siedzeniu w pociągu licząc, że wpadnie w dobre ręce, że zachwyci kolejnego czytelnika. To piękna baśń, cudowna opowieść z pogranicza jawy i snu, która udowadnia, że nie ma rzeczy niemożliwych, trzeba się tylko na nie otworzyć. I uwierzyć.

Dziewięć lat temu, Ewa wyszła z domu i nigdy już do niego nie wróciła. Nastolatka nie zostawiła żadnego listu, żadnej wskazówki dokąd mogła się udać. A może ktoś ją porwał? Albo zamordował? Jednak brat dziewczyny nie wierzy w czarne scenariusze. Jest przekonany, że Ewa żyje. Jego przeczucia się potwierdzają kiedy mężczyzna otrzymuje fotografię, na której uwieczniona została jego siostra. Zdjęcie zrobione zostało w miejscowości Azyl, gdzie pozowała do zdjęcia z zamordowaną dziewczyną, Patrycją. Piotr decyduje się odwiedzić miasteczko, by wypytać jego mieszkańców o Ewę. Tyle że w Azylu nikt o dziewczynie nie słyszał. Mieszkańcy częstują go za to swoimi wersjami miejscowej legendy o Diable i jego czarownicy. 

Jeśli chcecie się dowiedzieć czym jest, lub powinna być, miłość pomiędzy rodzeństwem,  szczególnie bliźniaczym, to koniecznie sięgnijcie po tę książkę. Autorka w cudowny, choć nie bezpośredni sposób, opisuje uczucia szalejącego z rozpaczy za zaginioną siostrą, mężczyzny, który pomimo upływu czasu wciąż się nie poddaje i sprawdza nawet najdrobniejsze ślady. Cieszę się, że Kubasiewicz postawiła na rodzeństwo. W książkach, opartych na podobnym schemacie, zazwyczaj mamy do czynienia z parą kochanków, z których jedno znika w tajemniczych okolicznościach. Takich książek jest naprawdę sporo. Jednak motyw brata poszukującego siostry był dla mnie czymś nowym. Minęło w końcu dziewięć długich lat. Reszta rodziny się poddała, nie wierzą w to że Ewa się odnajdzie. Choć nikt nie mówi tego na głos, wszyscy sądzą, że padła ofiarą mordercy. Ale nie Piotr. Piotr, z pomocą przyjaciela policjanta, nadal szuka. I w końcu, niemalże po dziesięciu latach, po raz pierwszy znowu widzi swoją siostrę. Na fotografii. Odżywa w nim nadzieja, buzuje energia. Przez głowę przebiega tysiąc myśli naraz. Mężczyzna bierze urlop w pracy i jedzie do Azylu. Jeszcze nie wie, że miejsce to nie jest zwykłym miasteczkiem. Ta kilkutysięczna osada nad jeziorem Diable, związana jest z legendą o Diable i Czarownicy. Legendą, która ma wiele wersji. 
Piotr to człowiek taki jak ja, typowy realista, któremu bliżej do "szkiełka i oka" niż porywów serca i intuicji. Piotr musi dotknąć, zobaczyć, powąchać czy posmakować, dopiero wtedy uwierzy że coś istnieje. Nie dla niego baśnie, legendy, wierzenia czy religia. Wszystko stara się zracjonalizować i nawet jeśli coś nie ma sensownego wytłumaczenia, to Piotr zrobi wszystko by jakieś znaleźć, lub po prostu wyprze dany fakt z własnej świadomości. Podczas  podróży cierpliwość i zdrowy rozsądek mężczyzny zostają wystawione na próbę. Piotr słyszy głosy, widzi cienie, ma wizje a Azyl przeobraża się na jego oczach. Choć wszystko wskazuje na to, że dzieje się tam coś paranormalnego, mężczyzna nadal nie daje temu wiary. Śpiew to wiatr w trawach, cień to przemykające dziecko, wizje - efekt upojenia alkoholowego a "transformujące" miasteczko to tylko zwykłe przywidzenia. Ot pomylił ulice i tyle. Mężczyzna wie , że mieszkańcy Azylu zachowują się inaczej, wie że dziwne jest to, iż jego komórka nie ma zasięgu a miasteczko nie pozwala mu wyjechać. Jednak nadal jest uparty. Muszę przyznać, że świetnie się bawiłam czekając na to, czy Piotr się w końcu złamie i uwierzy w zjawiska nadprzyrodzone. Cieszę się, że do samego końca byłam trzymana w niepewności. Ba, nawet samo zakończenie nie przyniosło odpowiedzi na wszystkie pytania. Było dokładnie takie jak lubię : enigmatyczne, otwarte, skłaniające do przemyśleń i podatne na dowolną interpretację. Lubię kiedy to czytelnik może wyciągnąć własne wnioski, kiedy nie ma wszystkiego podanego na tacy. Jak do tej pory końcówka "Gdzie śpiewają diabły" była jedną z lepszych tego roku. 


 Magdalena Kubasiewicz jest mistrzynią w budowaniu mrocznej, gęstej i niezwykle klimatycznej atmosfery. Czytając tę powieść przypomniały mi się opowieści snute przez moją babcię jak byłam małą dziewczynką, a wierzcie mi nie było to miłe historyjki o pluszowych stworkach czy słodkich pieskach. Babcia wierzyła, że baśnie, nawet to przerażające i straszne, mają dobry wpływ na dziecko. Ze strachem trzeba się oswajać, mówiła. Dziecko musi zrozumieć różnice pomiędzy fikcją literacką a światem realnym. Nasza autorka, proces oswajania, porzuciła już w przedbiegach i od razu rzuciła nas na głęboką wodę. Wyobraźcie sobie małe miasteczko, gdzie każdy się zna. Pada deszcz, po ulicach snuje się mgła. W zajeździe do którego przybyliście patrzą na was z niechęcią, plują pod nogi. Azyl jest miejscem, gdzie "coś" si ę dzieje, jednak żaden obcy nie będzie miał do tego dostępu. Atmosfera w miasteczku jest tak gęsta, że można zawiesić w niej siekierę. Czuć odrazę, nienawiść, podejrzliwość, strach i zbrodnię. Nie ma tutaj bohaterów, którzy byliby sympatyczni czy chociażby życzliwi. Miałam wrażenie, że każda z postaci jest na swój sposób demoniczna : dziewczyna tańcząca w płomieniach, nastoletni uciekinier, Dorotka z zębami niczym Kot z Cheshire, nerwowa Kata, porywczy Tobiasz. A na dodatek mamy jezioro, na którego dnie leży skrzynka z sercem diabła. Na pewno nie raz zdarzyło wam się być w miejscu związanym z jakąś lokalną legenda. Niedaleko miejscowości gdzie mieszka moja rodzina jest wioska zwana Opactwem. Ponoć kiedyś było tam jezioro, a na nim wyspa. Na tej wyspie był klasztor. Kiedy przyszła powódź wyspa wraz z budynkiem zatonęła. Choć badacze przeszukali wody wszerz i wzdłuż i niczego nie znaleźli, to od czasu do czasu na brzeg wyrzucane są deski czy kawałki naczyń. Autorka poszła o krok dalej i wymyśliła dziesiątki historii związanych z jednym miejscem. Tyle historii, ilu mieszkańców. Przypominało to nieco zabawę w głuchy telefon : jedna legenda, przekazywana z osoby na osobę, ewoluuje, zmienia się, a efekt końcowy jest taki, że mamy do czynienia z całkiem nową wersją. Było to bardzo ciekawe zagranie. Autorka pokazała nam, że nie ma jednej wersji prawdy. Każdy z nas może wierzyć w co chce, i każdy będzie miał rację. Świat jest podatny na interpretacje. Książka ta uczy tolerancji i poszanowania dla inności. Jedni wierzą w Boga, inni w laleczki Voo Doo, ważne jest to, by w coś wierzyć i nie zabraniać tego innym. 

"Gdzie śpiewają diabły" jest niezwykle mocną, ambitną i czarodziejską książką, która nie tyle opowiada historię mężczyzny poszukującego swojej siostry, co człowieka poszukującego prawdy, która jest jednak nieuchwytna. Kubasiewicz umie pisać i robi to z niezwykłą pasją. Jej słowa żyją, fabuła jest dynamiczna, dialogi ciekawe a postaci zakręcone. Z jednej strony przypominało mi to "Maga" Fowlesa z drugiej jedną z moich ulubionych gier komputerowych "Silent Hill". Oczywiście nie jest to horror z rodzaju gore, gdzie flaki latają w powietrzu, jednak uczucie grozy towarzyszy nam przez cały czas lektury. Zdecydowanie nie jest to książka odpowiednia dla młodszych czytelników. Po pierwsze naprawdę jest mroczna i napawa lękiem, a po drugie jest trudna do zrozumienia i wymaga głębszej analizy.

Jeśli macie ochotę na coś oryginalnego, nieschematycznego i trudnego do przyporządkowania do konkretnego gatunku, jeśli lubicie wyzwania i odrobinę magii to jest to książka dla was. A najpiękniejsze w niej jest to, że nie musicie wierzyć w ani jedno napisane tutaj słowo, możecie dowolnie interpretować wydarzenia, poszukiwać nowych dróg i tłumaczeń. Być może sami wymyślicie swoją własną legendę o Czarownicy I Diable, i może to właśnie ona doczeka się szczęśliwego zakończenia? Polecam.


Tytuł : "Gdzie śpiewają diabły"
Autor : Magdalena Kubasiewicz
Wydawnictwo : Uroboros
Data wydania : 22 stycznia 2019
Liczba stron : 352


 Tę oraz wiele innych książek znajdziecie na półce z Nowościami księgarni internetowej :
https://www.taniaksiazka.pl/

"Mia i biały lew.Nierozłączni przyjaciele"

"Mia i biały lew.Nierozłączni przyjaciele"

     Ostatnio zastałam bardzo pozytywnie zaskoczona przez wydawnictwo Media Rodzina, które na moją prośbą o recenzję  "Mii i białego lwa" wysłało nie jedną lecz aż trzy książki. Jedną w wersji kieszonkowej, drugą standardową oraz przepiękny album z fotosami z filmu. Moja dziecię, które jak zwykle pierwsze dorwało się do paczki, miało zajęcie przez dobrych kilka godzin. Czytała (oczywiście z pomocą mamy), oglądała, zadawała pytania i oczywiście uczyła się. W dzisiejszych, nastawionych na rozrywkę czasach, ciężko jest znaleźć coś wartościowego, co nie tylko zaspokoi naszą potrzebę zabawy lecz również przekaże nam wiedzę. Tym razem się udało. Do szczęścia brakuje nam już tylko obejrzenia filmu, który będzie doskonałym uzupełnienie tej przygody. Ale najpierw poczekam, aż Julii się znudzi książka, choć jak na razie nic na to nie wskazuje. Thor alias Charlie nadal jest numerem jeden. Czekam tylko na pytanie : mamo kupisz mi takiego kotka?

Dziesięcioletnia Mia właśnie przeprowadziła się z Anglii do RPA. Nienawidzi nowej szkoły i nowego życia na afrykańskiej farmie jej rodziców. Jednak w dzień Bożego Narodzenia coś się zmienia – w domu Mii pojawia się białe lwiątko Charlie. Dziewczyna z początku się nim nie interesuje, ale z czasem między Mią a małym lwem powstaje coraz silniejsza więź. Jednak Charlie rośnie i powoli zmienia się z puchatej kulki w wielkiego drapieżnika. Czy ich niewiarygodna przyjaźń przetrwa? Czy Mia zdoła ochronić Charliego przed grożącym mu niebezpieczeństwem? - materiały źródłowe zaczerpnięte ze strony wydawcy. 

Lwy nie są uważane za gatunek zagrożony. Jeszcze. Lecz wkrótce to się może zmienić. W ostatnich latach liczba tych drapieżników zmalało o 90 procent, do około 20 tysięcy. I cały czas spada. Już niedługo zobaczenie lwa na wolności będzie graniczyło z cudem. Choć wielbiciele zwierząt i ekolodzy dbają o to by gatunek ten przetrwał, otwierają specjalne rezerwaty, leczą chore zwierzęta, to zawsze znajdą się tacy,dla których najważniejszy będzie zysk i rozrywka. To, że na lwy się poluje, wie każdy. Legalne polowania na lwy organizowane są w 9 afrykańskich krajach, w tym w Republice Południowej Afryki, gdzie toczy się akcja książki. Jednak by wziąć udział w polowaniu trzeba mieć na to pieniądze gdyż ceny za zabicie samca sięgają nawet 125 tysięcy dolarów. Jak ktoś ma odpowiednią kwotę, organizuje się zwierzę. Zajmują się tym pośrednicy, kupujący lwy od hodowców. Zdezorientowany drapieżnik, często otumaniony środkami usypiającymi, wypuszczany jest na sawannę, gdzie chwilę potem przywożony jest myśliwy, który nie zdaje sobie sprawy, że wszystko to zostało ukartowane. Znalezienie bowiem żyjącego na wolności zwierzęcia jest zajęciem na kilka dni, gdyż lwy raczej stronią od ludzi. Myśliwi amatorzy, często przed zabiciem ofiary, niepotrzebnie ją okaleczają, zadają ból. Cały świat wie o tym strasznym procederze ale nic nie robi. Muszę przyznać, że byłam zaskoczona nie tyle reakcją mojej córki, jak się dowiedziała o polowaniach, co moją własną. Ostatni raz płakałam przy książce jeszcze w czasach szkolnych podczas lektury "Ojca Goriot", więc jak sami widzicie nie należę do grona najwrażliwszych czytelników. Tym razem jednak nie mogłam powstrzymać łez, szczególnie przy "scenie" finałowej. Płakałam ja, płakało moje dziecko a mąż patrzył się na nas z niepokojem w oczach. Jeśli książka wzbudza w nas aż takie emocje to ewidentnie świadczy o tym, że jest dobra. 
Kiedy razem z córką troszkę ochłonęłyśmy, rozpoczęło się zadawanie pytań. Ci, którzy mają dzieci w wieku wczesnoszkolnym, doskonale wiedzą, że to małe "pytony". Małe, wrażliwe pytony. Moja córka nie mogła zrozumieć dlaczego ktoś ma strzelać do lwów? Dlaczego je zabijają? Dlaczego za to płacą. Myślę, że gdyby była nieco starsza lektura tej książki mogła by ją zainspirować do wyjścia z transparentem na ulicę. Taka jest właśnie siła tej książki. To nie tylko coś co ma dostarczać rozrywki i opowiadać o przyjaźni pomiędzy człowiekiem a zwierzęciem lecz również dzieło, które uczy empatii i szacunku do natury. 

Główną bohaterką naszej książki jest Mia, którą poznajemy jak ma zaledwie 11 lat. Wraz z rodzicami i starszym bratem, opuściła deszczowy Londyn i przeniosła się do Republiki Południowej Afryki. Mia jest zbuntowana i zła. Nie może wybaczyć rodzicom przeprowadzki. W nowym miejscu nie ma nikogo bliskiego, jej wszyscy przyjaciele i chłopak, którego darzyła sympatią, zostali w Wielkiej Brytanii. Bunt nastolatki objawia się w dość typowy sposób : kłóci się z rodzicami, wdaje w bójki z innymi dziećmi, trzaska drzwiami i zamyka we własnym pokoju i własnym świecie. Jak każda nastolatka większość czasu spędza wpatrując się w ekranik telefonu (który w moim odczuciu jest zbytnio gloryfikowany w tej książce). Dopiero jak w jej życiu pojawia się lwiątko Charlie, dziewczyna zaczyna się zmieniać a czytelnicy są świadkami tej diametralnej metamorfozy. Ze złośliwej, rozbisurmanionej nastolatki przeistacza się w odważną, mądrą i świadomą młodą kobietkę. 
Ważną rolę w książce pełni również Mick, brat Mii. To dość dziwny chłopiec, cierpiący na chorobę przypominającą depresję. Jedynym sposobem na wyleczenie jest spełnienie się starej przepowiedni. Muszę przyznać że nie do końca zrozumiałam zamysł autorów. Po pierwsze zabrakło mi tutaj dokładnej diagnozy, tak naprawdę nie widziałam co chłopcu dolega. Wiem, że miał ataki paniki, śniły mu się koszmary i często doświadczał tików nerwowych (bębnił palcami po blacie stołu), jednak tego było troszkę za mało. Z jednej strony bywały momenty jak zachowywał się jak normalny nastolatek, by w kolejnej "scenie" zmienić się w wyalienowanego, wycofanego dziwaka. Nie rozumiem również w jaki niby sposób, wypełnienie się przepowiedni, miało pomóc chłopcu. Jakie było powiązanie pomiędzy lwem a Mickiem i skąd się ono wzięło? Przecież to Mia była przyjaciółką zwierzęcia nie jej brat. Wątek choroby i legendy był dla mnie wciśnięty troszkę na siłę i niestety niezbyt dopracowany. 
Za to chciałam podziękować autorom za fakt bezpośredniego zaangażowania rodziców w fabułę. W większości książek dla dzieci i młodzieży mama i tata przedstawieni są jako jednostki bez wad, świetliste istoty przynoszące ciepło i miłość. Tutaj było inaczej. Ojciec rodzeństwa był surowy, lubił pieniądze, momentami stawał się lekkomyślny. A na domiar złego sam był zaangażowany w handel zwierzętami przeznaczonymi do polowań. Kiedy przedstawiamy rodziców w mniej pozytywnym świetle, dziecko może nauczyć się że każdy z nas popełnia błędy i nie ma ludzi bez wad. Ważne natomiast jest to czy potrafimy i chcemy się zmienić. 

"Mia i biały lew. Nierozłączni przyjaciele" to książka napisana przez grupę autorów na postawie filmu. I właśnie taka jest. Czyta się jak filmowy scenariusz a całości dopełniają wspaniałe zdjęcia. Twórcy dokładnie wiedzieli czego się wymaga od lektur familijnych. Ma być przyjemnie, słodko i zabawnie lecz nie może zabraknąć emocji, łez i odrobiny dreszczyku. Wszystko to tutaj było i do tego w idealnych proporcjach. Teraz koniecznie muszę obejrzeć film, mam nadzieję że i on dostarczy mi mnóstwa świetnej rozrywki doprawionej soczystym morałem. 

Jak dobrze wiecie lubię książki, które jednocześnie uczą i bawią. Choć zarówno książka jak i film, skierowane są do nastolatków, tak uważam że dzieci w wieku szkolnym, również mogą na nich skorzystać. Przyjaźń między dzieckiem a zwierzęciem przedstawiona jest we wspaniały, choć nieco wyidealizowany sposób, jednak autorzy nie zapomnieli o tym, że natura musi zawsze upomnieć się o swoje a drapieżnik na zawsze pozostanie drapieżnikiem. Ta książka uświadamia nam, że zwierzęta to nie zabawki w rękach ludzi, tylko myślące i czujące istoty, które również mają swoją godność. Należy dbać o naturę, pielęgnować ją a z pewnością kiedyś nam się to zwróci. Polecam. 

Tytuł : "Mia i biały lew.Nierozłączni przyjaciele"
Autor : praca zbiorowa
Wydawnictwo : Media Rodzina
Data wydania : 15 lutego 2019
Liczba stron : 144



Za możliwość przeczytania i zrecenzowania książki serdecznie dziękuję wydawnictwu : 
https://mediarodzina.pl/index.php



Książka bierze udział w wyzwaniu czytelniczym :


http://www.posredniczka-ksiazek.pl/2019/01/olimpiada-czytelnicza-2019-zapisy.html
 



"Wszystko oprócz prawdy" Gillian McAllister

"Wszystko oprócz prawdy" Gillian McAllister

     Czytając recenzje, szczególnie te opublikowane na zagranicznych portalach literackich, zauważyłam, że czytelnicy stanowczo nadużywają słowa thriller. A w szczególności thriller psychologiczny. Wydaje mi się, że powód traktowania tego gatunku jako wora świętego Mikołaja jest jeden : każdy z nas lubi thrillery. Są mroczne, trzymają nas na krawędzi fotela i sprawiają, że przyśpiesza nam oddech. Tym razem Gillian McAllister, napisała książkę która wymyka się wszelkim klasyfikacjom. Czytając nie dostaniemy gęsiej skórki, choć z pewnością podniesie nam się ciśnienia. Nikt się nie będzie skradał z nożem w ręku, jednak poczucie zagrożenia będzie nam towarzyszyć przez całą lekturę. I choć fabuła jest spokojna i gładka niczym tafla kanadyjskiego jeziora, tak pod jej powierzchnią skrywają się przerażające sekrety, które tylko czekają na mocniejszą falę, która je odsłoni. Choć "Wszystko oprócz prawdy" nie jest thrillerem , tak z pewnością jest niepokojącą książką psychologiczną, poruszającą ważne, współczesne tematy. I nie potrzebuje kolejnych etykietek by się obronić.

Rachel i Jack spotykają się od niespełna roku, kiedy kobieta zachodzi w ciążę. Po początkowym zaskoczeniu, para decyduje się wspólnie wychować dziecko, kochają się, ufają sobie i uważają, że to dobry moment na założenie rodziny. Pewnego dnia Rachel bierze do ręki telefon swojego partnera i przez przypadek odkrywa niepokojącą wiadomość dotyczącą przeszłości Jacka. Kobieta zaczyna się zastanawiać czy mężczyzna jest naprawdę tym, za kogo się podaje? Jakie sekrety skrywa? Co się wydarzyło kilkanaście lat wcześniej i teraz wypłynęło na wierzch? Rachel nie cofnie czasu i nie uwolni się od myśli, które nie dają jej spokoju po tym, co przeczytała. Jednak czy ma prawo dociekać prawdy kiedy sama nie jest w stu procentach szczera?

Jedno jest pewne, po przeczytaniu tej książki, już nigdy nie spojrzycie na swojego partnera tak, jak do tej pory. Pani McAllister, skutecznie zasiała we mnie ziarno wątpliwości, choć na zdrowy chłopski rozum, zupełnie nie mam powodów do żadnych obaw. Wydaje mi się, że znam swojego partnera i jego "najmroczniejsze" sekrety. Wiem, że czasem w pubie wypił nie trzy lecz cztery piwa, a te 20 euro które zgubił to tak naprawdę poszły na końskie gonitwy. Są to drobne kłamstewka, które zdarzają się w każdym związku. Jednak co by się stało, gdybym natrafiła na informację, że mój partner nie jest tym za kogo się podaje? Właśnie w takiej sytuacji jest nasza bohaterka. Oddam jej sprawiedliwość, że swojego ukochanego zna niespełna rok, więc cały czas się docierają. To, że tajemnice wychodzą na wierzch jest zupełnie naturalne, zresztą nasza bohaterka przez cały czas trwania związku dostawała wyraźne sygnały, że coś jest nie tak. Niestety zakochani ich nie dostrzegają, albo robią to za późno. Choć książka ta zajmuje się tematem zdrady i zaufania, to jej głównym motywem jest właśnie miłość. Autorzy tworząc związki, zazwyczaj stawiają czytelników przed faktem dokonanym. Jest dwójka ludzi, którzy się kochają. MacAllister idzie o krok dalej i rozkłada to uczucie na czynniki pierwsze. Nie kocha się po prostu, kocha się za coś. Owszem można podejść do tego enigmatycznie i powiedzieć : uwielbiam mojego męża bo jest inteligentny; kocham moją żonę bo jest mądra, piękna i zaradna, ubóstwiam partnerkę bo jest 8 cudem świata. Powodów może być mnóstwo. Jednak tutaj uczucie pomiędzy naszymi bohaterami to suma detali i szczególików, z których wyłania się spójny obraz miłości. Jako, że głównym narratorem powieści jest Rachel, to właśnie jej uczucia grają pierwsze skrzypce. Rachel kocha Jacka za to, że nosi kawę do łazienki by pić ją pod prysznicem, za to że zawsze nosi kolorowe skarpetki i publikuje feministyczne komentarze. Kocha go za to, że jest hipochondrykiem i uwielbia koty. Muszę przyznać, że ta szczegółowa analiza miłości była piękna. Aż sama usiadłam i zaczęłam się zastanawiać nad drobnymi rzeczami, które charakteryzują mojego partnera i znalazłam parę takich, które sprawiły, że się uśmiechnęłam z czułością. Kiedy już pokochamy naszą bohaterkę, zespolimy się z nią i zrozumiemy jej uczucia, jak wszystko zacznie się sypać, jak na wierzch wyjdą tajemnice, to odbierzemy to prawie osobiście. Jack stał mi się równie bliski jak mój partner, i niemożliwym mi się wydawało, że ten cudowny facet mógł skrywać tak tragiczną tajemnicę. Świat mi się wywrócił do góry nogami. Zaczęłam myśleć nad nieuchronnością losu, jak w jednej chwili wszystko może się pogmatwać, jak kruche jest ludzkie życie. Ta książka nauczyła mnie tego by cieszyć się chwilą, wybaczać to co można wybaczyć, i kolekcjonować dobre wspomnienia a o smutnych próbować zapomnieć.

Książka ta uświadomiła mi jak trudno jest zachować anonimowość w dzisiejszym, skomputeryzowanym świecie. Media społecznościowe są bezlitosne, a rzecz raz wrzucona do internetu, zostanie tam na zawsze. Na pewno każdy z nas zdaje sobie sprawę z istnienia ciemnej strony sieci tak zwanego dark webu. Dziś, za pomocą specjalnych przeglądarek, każdy ma do niej dostęp, jednak nie każdy wie jak tam nawigować. Ponoć w dark web można znaleźć wszystko od narkotyków po broń masowego rażenia. Można też znaleźć informacje na temat każdego z nas. Jednak czy zdawaliście sobie sprawę z istnienia Wayback Machine, specjalnego programu do oglądania usuniętych już stron internetowych? Jeśli kiedykolwiek opublikowaliście coś w sieci to za pomocą tej aplikacji każdy będzie w stanie to znaleźć, nawet jeśli strona już nie istnieje. Dajmy na to ktoś zamieścił kompromitujące was zdjęcie, zapłaciliście odpowiedniej firmie za wyczyszczenie sieci, jednak inna firma z łatwością może znaleźć kosz, do którego wyrzucono zawartość twojej teczki. Przerażające prawda? Internet odbiera nam prywatność. Jest niebezpieczny. Codziennie słyszymy informacje o wycieku danych osobowych. Może pewnego dnia to nasz adres trafi w ręce stalkera?
Kolejną ciekawą rzeczą jakiej dowiedziałam się z tej książki jest istniejące w Szkocji Prawo Clare, włączone do kodeksu w 2008 roku. Na mocy tego przepisu, obywatele są w stanie sprawdzić, czy ich partner, małżonek czy inna p=bliska osoba, była kiedykolwiek skazana za przemoc domową lub czy wpłynęło na nią doniesienie. Rozumiem, że prawo to ma na celu nas chronić, jednak czy szkoccy prawodawcy nie poszli za daleko? Czy nie będzie ono nadużywane chociażby przez pracodawców? Lub też szantażystów?
Kolejną ciekawostką z dziedziny szkockiego prawa jest wyrok oddalający. Jeśli nie ma wystarczających dowodów winy, jednak sędzia nie jest do końca przekonany co do niewinności oskarżonego, to może oddalić oskarżenie bez uniewinnienia. Dla mnie jest to typowy prawny oksymoron. Ah, ta Szkocja.

"Wszystko oprócz prawdy" to świetnie napisana książka, której atmosfera ze strony na stronę staje się coraz bardziej gęsta. Jak pisałam wcześniej naszą główną bohaterką jest Rachel, która odkrywa tajemnicę swojego partnera. Jednak czytelnik wie, że i kobieta skrywa mroczne sekrety. "Coś" wydarzyło się w przeszłości, coś co spowodowało, że Rachel wycofała się z wykonywania zawodu, coś co zdecydowało o jej przyszłości. Wiemy również, że to nie pierwszy raz kobieta podejrzewa swojego partnera, przez wątpliwości i brak zaufania rozpadł się jej poprzedni związek. Przebywając w głowie Rachel zastanawiamy się co jest prawdą a co paranoją. Czy to możliwe, żeby to wszystko, cała ta intryga była jedynie wymysłem zazdrosnej, ciężarnej kobiety, w której buzują hormony?

"Wszystko oprócz prawdy" to pierwsza przetłumaczona na język polski książka autorki i mam nadzieję, że nie ostatnia. Mogę śmiało powiedzieć, że przypadnie ona do gustu polskim czytelniczkom. Jest świetnie napisana, trzyma w napięciu a bohaterowie, których tu poznałam, są pełnowymiarowi, niejednoznaczni i mają sporo do ukrycia. Przez cały czas trwania lektury czekałam na ten wielki moment, punkt kulminacyjny, który miał przynieść odpowiedzi na wszystkie moje pytania. Choć gdzie w trakcie zaczęłam się domyślać zakończenia i tak mnie ono usatysfakcjonowało. Było mądrzejsze niż myślałam, skłoniło mnie do zastanowienia nad wieloma ważnymi kwestiami dotyczącymi mojego związku. Jeśli macie ochotę na książkę psychologiczno-obyczajową to nie wahajcie się i sięgnijcie po powieść McAllister. Polecam.

Tytuł : "Wszystko oprócz prawdy"
Autor : Gillian McAllister
Wydawnictwo : Prószyński i S-ka
Data wydania : 15 stycznia 2019
Liczba stron : 400
Tytuł oryginału : Everything but the Truth






"Poniżej zera" Dan Smith

"Poniżej zera" Dan Smith

     Jest środek zimy a w moim mieście temperatura oscyluje w okolicach 10 stopnia Celsjusza. Cóż, taki mamy widać klimat. Od kiedy wyemigrowałam na wyspy ciągle tęsknię za prawdziwą, polską zimą, hałdami śniegu, trzeszczącym pod podeszwami lodem i oszronionymi drzewami. Tęsknię za zimowymi budami, parującym oddechem i smakiem rozpuszczonej, gorzkiej czekolady, która jest najlepsza kiedy na dworze pada śnieg. Niestety, tęsknotę muszą zastąpić radością na widok kwitnących już w styczniu żonkili oraz książkami, takimi jak "Poniżej zera", gdzie arktyczna zima wprost wciąga czytelnika. Dan Smith jest mistrzem budowania klimatu i atmosfery : chcecie lód, mróz i tony śniegu? Nic prostszego. Wystarczy pierwszych kilka rozdziałów a poczujecie to wszystko na własnej skórze. Tylko uważajcie, żeby nie zmroziło was również ze strachu, bo choć to książka przeznaczona dla nieco młodszych czytelników, to muszę przyznać, że niejednokrotnie złapałam się na nerwowym obgryzaniu paznokci. Czyżby z przerażenia?

W drodze na wakacje, samolot wiozący Zacka i jego rodzinę, rozbija się niedaleko antarktycznej bazy badawczej. To właśnie tam, kilka lat wcześniej, wysłano grupę ludzi, których zadaniem było przygotowanie się do operacji Exodus, której celem było skolonizowanie Marsa. Kiedy rozbitkowie docierają do bazy, okazuje się że jest ona opuszczona. Elektryczność nie działa, nie ma śladu mieszkańców. Szukając odpowiedzi, Zak zaczyna doświadczać niepokojących wizji, które mają związek z czymś tajemniczym i przerażającym, co ukrywa się głęboko pod lodem…


Jestem wielką zwolenniczką horrorów czy thrillerów dla młodzieży. Jak byłam mała nie miałam dostępu do takiej literatury, a rodzimi pisarze tworzyli raczej książki przygodowe w stylu Pana Samochodzika niż łagodniejsze wersje powieści dla dorosłych. Od najmłodszych już lat podglądałam przez szparę w drzwiach filmy, które oglądali rodzice. Poznałam Gremliny i Crittersy, Gwiezdne Wojny a nawet Martwicę Mózgu. Będąc nastolatką wprost rzucałam się na książki Mastertona i Kinga, żałując że mam aż tyle zaległości do nadrobienia. Pewnie większość rodziców myśli, że nasze dzieciństwo powinno być szczęśliwe i wolne od problemów. Starają się swoje dziecko otoczyć kokonem, kupić mu bezpieczeństwo i beztroskę. Niestety w ten sposób pokazują mu krzywy obraz rzeczywistości, która (jak dobrze wiemy) z delikatnością i sielanką ma mało wspólnego. Spróbujcie sobie przypomnieć wasze najmłodsze lata. Czy lubiliście się bać? Czy fascynowały was ciemne, zamknięte, tajemnicze piwnice lub strychy? A może ten lasek za płotem, gdzie coś wyje po nocach? Strach jest zdrowy. Strach nas uczy. Dlatego uważam, że thrillery i horrory skierowane do dzieci,  pomagają zdrowo się rozwijać i pokazują prawdziwy obraz tego, co mamy za oknami, choć czasem w bardzo metaforyczny sposób. Książki, w których występuje "ten zły" pozwalają najmłodszym oswoić się ze strachem, ujarzmić go. Czytanie powieści, takiej jak "Poniżej zera", opowiadającej o dramatycznych zdarzeniach i gwałtownych uczuciach, będących udziałem bohaterów, uświadamia dziecku że nie ma nic złego w tym, że ono samo przeżywa takie emocje. Każdy z nas, często nieświadomie, identyfikuje się z bohaterami czytanych przez nas książek. Jeśli uda nam się wczuć w rolę tego, któremu udaje się pokonać krzywdzicieli, młody czytelnik nabierze przekonania, że i on jest w stanie poradzić sobie z wszystkimi przeciwnościami losu. Paradoksalnie czytając horrory, które napawają nas strachem nabieramy odwagi. Książka Dana Smitha znakomicie spełnia swoją rolę dydaktyczną a ponadto pokazuje gdzie przebiega granica pomiędzy ludzką wyobraźnią a rzeczywistością, łącząc elementy fikcyjne z tymi, z którymi obcujemy na co dzień. To co fantastyczne czyli : program kolonizacji Marsa, gigantyczne pająki, opuszczona baza, tajemnicze głosy jest w odpowiednich proporcjach zmiksowane z chorobą naszego bohatera (rak mózgu), kochającą się komórką rodzinną, klimatem Arktyki oraz elementami thrillera psychologicznego. Autor tworząc tę powieść science fiction wykreował ciekawego, odważnego, nad wiek dorosłego bohatera, którego celem jest nie tylko walka z tym czymś co jest w "bazie" lecz również z własnymi słabościami. 

Już od początku książki narracja biegnie dwutorowo (potem przechodzi nawet w trójgłos). Naszymi bohaterami są naprzemiennie Zack Reeves oraz Sofia Diaz, najmłodsza członkini eksperymentalnego projektu Exodus. W retrospekcjach powoli odkrywamy co się stało z członkami ekspedycji i doprowadziło do wymarcia bazy. Jednak to fragmenty poświęcone Zackowi sprawiły, że włosy jeżyły mi się na karku. Ten dwunastoletni chłopiec jest bowiem bardzo oryginalnym, dziwnym i fascynującym bohaterem, jednak to co go najbardziej wyróżnia spośród innych, poznamy dopiero na samym końcu książki. Wiadomym jednak jest, że Zack słyszy głosy, dźwięki, hałasy : tik tak, tik tak... to nadchodzą one, wielkie trójwymiarowe, pająko podobne istoty. Jeśli podobnie jak ja cierpicie na arachnofobię, to książka ta będzie dla was twardym orzechem do zgryzienia. Nie dość, że panująca w niej atmosfera jest klaustrofobiczna, ciężka i zimna, to jeszcze towarzyszą nam tutaj stworzenia, których boi się większa część naszego społeczeństwa. Wraz z "pająkami" przychodzą wizje, które są głęboko zakorzenione w psychice bohatera.  Punktem krytycznym , jest moment kulminacyjny, który śmiało może rywalizować z którąkolwiek z bitew z Gwiezdnych Wojen, których Dan Smith musi być wielkim fanem, ze względu na ilość odnośników. To właśnie w tej scenie spotykają się wszyscy nasi bohaterowie, być może po raz ostatni. Nie chcę zdradzać więcej szczegółów, jeszcze tylko wspomnę, że to co się dzieje w drugiej połowie książki, jest typową jazdą bez trzymanki i chyba nikt z czytelników, nie domyśli się gdzie jest ostatni przystanek. Dla mnie całość była bardzo intensywna, nieprzewidywalna, przerażająca. Jest to jedna z tych książek, które czytacie pod kołdrą przez palce, jednak jakaś niewyobrażalna siła nie pozwala wam się od nich oderwać. Jestem w stanie wyobrazić sobie zarówno dzieciaki na szkolnych korytarzach, opowiadającesobie o wrażeniach po skończonej lekturze, jak i dorosłych ludzi, członków klubów książki, dyskutujących o powieści Smitha. Myślę, że zarówno młodsi jak i starsi czytelnicy, będą mieć ten sam wyraz twarzy-wyraz zachwytu. 

Książka ta porusza ważny temat jakim są więzi rodzinne. Tym co mnie urzekło była relacja pomiędzy Zackiem a jego siostrą May. Z pozoru jest to typowe, wiecznie się kłócące i dogryzające sobie rodzeństwo. Rywalizują, biją się, obrażają, przedrzeźniają i "nienawidzą", lecz z drugiej strony kochają, wielbią, cenią, szanują i troszczą się. Cieszę się, że autor pokaz nam związek pomiędzy rodzeństwem ze wszystkich stron, nie zapominając przy tym o ich rodzicach. Dorośli w powieściach NA, pojawiają się niezwykle rzadko, częściej stanowią tło niż są przedmiotem fabuły. Rodzice są "passe", to starzy zgredzi, niemodni i zużyci. To wstyd się z nimi pokazywać- dorośli myślą, że tak odbierają ich dzieci. A jest to nieprawdą. Owszem matka całująca nastoletniego syna na pożegnanie przed całą szkołą jest "obciachowa" jednak taka, która zabiera na noc pod namiot do nawiedzonego lasu, jest jak najbardziej cool. Dan Smith pokazuje, że komórka rodzinna jest zdrowa tylko wtedy kiedy panuje w niej zaufanie, szczerość, otwartość i miłość. 
Kolejnym ważnym tematem jest choroba Zacka. Niezbyt często książkowi bohaterowie chorują, szczególnie na raka. Zazwyczaj temat ten jest pomijany, bo jest smutny, tragiczny, brak w nim optymistycznej nuty. Kolejny raz chodzi o to by dostarczyć czytelnikom dawki szczęścia. Tym razem autor stworzył bohatera z wadami, chorego, może nawet śmiertelnie, a zarazem zrobił z niego superbohatera. Jestem w stanie wyobrazić sobie inne chore dzieci, czytające tę książkę, które dzięki postaci Zacka nabierają nadziei i odwagi, że one również będą w stanie dokonać niemożliwego. Zwalczyć chorobę, nie poddawać się. 

Dan Smith napisał ciekawą, trzymającą w napięciu książkę, która choć skierowana do młodszych czytelników, zaciekawi również wyjadaczy gatunku. Muszę przyznać, że mroźny klimat Arktyki, zrobił na mnie niesamowite wrażenie.Choć zazwyczaj do czytania biorę sobie szklankę zimnego napoju i orzeszki, tak tym razem nie obyło się bez gorącej czekolady i koca, pod którym mogłam się schować. To było moje pierwsze spotkanie z tym autorem lecz z pewnością nie ostatnie. Już się nie mogę doczekać, kiedy podsunę tę książkę mojej córce. Mam nadzieję, że odziedziczyła po mnie zamiłowanie do powieści grozy. Wam również polecam, gdyż zdrowo jest się bać. Przynajmniej tak na niby.


Tytuł : "Poniżej zera"
Autor : Dan Smith
Wydawnictwo :Wilga
Data wydania : 30 stycznia 2019
Liczba stron : 310
Tytuł oryginału : Below Zero



Za możliwość przeczytania i zrecenzowania książki serdecznie dziękuję wydawnictwu : 






Książka bierze udział w wyzwaniu czytelniczym :


http://www.posredniczka-ksiazek.pl/2019/01/olimpiada-czytelnicza-2019-zapisy.html
 


"Więź" Anna Lewicka

"Więź" Anna Lewicka

    Religie neopogańskie, czyli te stojące w opozycji do religii monoteistycznych, powstałe w wyniku eklektycznego połączenia elementów zaczerpniętych z różnych wierzeń, w dzisiejszych czasach przeżywają renesans. Przynależność do danej grupy wyznaniowej coraz częściej łączy się z noszeniem młota Thora, pentagramu czy różnych innych talizmanów lub zakładaniem szpiczastych kapeluszy. Być członkiem wspólnoty stało się trendy. A jeśli coś jest modne to prędzej czy później stanie się przedmiotem zainteresowania twórców. Jedną z prekursorek nurtu neopogańskiego w literaturze polskiej ostatnich lat,  a przynajmniej tą która zgrabnie wylansowała temat, jest Katarzyna Berenika Miszczuk, ze swoją książką "Szeptucha". Od tego czasu, kolejne pisarki, mniej lub bardziej udanie, próbują ją naśladować. Temat religii neopogańskich, ze względu na brak dokładnych źródeł historycznych, jest trudny do zbadania a dzięki temu podatny na dowolną interpretację. A nawet nadinterpretację. "Więź" jest z pewnością powieścią, której autorka garściami czerpała z dawnych wierzeń, jednak w swojej fantazji poszła o ciut za daleko. 

Alicja, studentka informatyki na warszawskiej Politechnice, korzystając z przerwy międzysemestralnej, wybiera się w samotną podróż w Bieszczady. Celem jej wędrówki jest spisany ręką jednego z jej przodków grymuar z zaznaczonym miejscem ukrytego skarbu. Dziewczyna, zaopatrzona w magiczne wahadełko, oraz zestaw niezbędnych do rytuałów artefaktów, postanawia odnaleźć tajemniczą kryjówkę. Kiedy dociera na miejsce okazuje się, że jest zupełnie nieprzygotowana na przetrwanie w bieszczadzkiej głuszy. Po kilku godzinach wędrówki odnajduje jednak miejsce zaznaczone na mapie. Kiedy wbija saperkę w podłoże okazuje się, że znajduje się na środku pokrytego śniegiem jeziora. Lód pęka a dziewczyna wpada do wody. Ratuje ją przechodzący nieopodal samotnik-artysta, Wiktor. Zabiera dziewczynę do swojej chaty, gdzie będzie mogła w spokoju dojść do siebie. Pomiędzy dwojgiem nieznajomych zaczyna rodzić się uczucie. 

Z informacji zamieszczonych na portalu lubimyczytać.pl dowiedziałam się, że autorka książki, Anna Lewicka, mieszka na stałe w Warszawie. Jako rodowita stoliczanka, muszę przyznać, że dość dobrze znam to miasto, jego smaczki, bary, muzea, restauracje a nawet obywateli. Mam mieszkanie w samym centrum i również tam (oraz na Starej Pradze) spędzam czas, socjalizuję się i kształcę. Dlatego zdziwiłam się gdy przeczytałam wzmiankę o placu Zbawiciela, który jakoby jest miejscem spotkań hipsterów-drwali. Bywałam na tym placu, z tęczą i bez tęczy, w Corso i w Planie B, gdzie długo biło kulturalne serce miasta. Hipsterzy się stamtąd wynieśli już dobrych kilka lat temu a na ich miejsce przyszli ludzie zakręceni, dziwacy, których widuje się tam codziennie. Jest gość, który wygląda jak Szczepan Twardoch i tak się przedstawia, choć tak naprawdę nim nie jest, jest artystka, która siedzi na kamiennych schodkach i tworzy motyle origami a nawet przybysz z Mauritiusa, pracujący w branży IT, który wieczorami lubi siąść przy ulubionym stoliku i wypić piwo, lub dwa. Jednak hipsterów tutaj brak. Widać przenieśli się w inne miejsce, lub też skończyła się na nich moda. No dobrze, a czy znajdziemy tutaj drwalopodobnych? Czy jak wolicie lumberoseksualnych? Myślę, że jeśli kiedykolwiek tutaj byli to odeszli razem z hipsterskimi brodami. Bo to z nimi zazwyczaj są utożsamiani. Lecz drodzy państwo : mężczyzna-typ drwal z hipsterem ma tyle wspólnego co stringi z barchanami. To chłop i to chłop, lecz na tym podobieństwa się kończą. 
Nasz główny bohater jest drwalem, lecz nie tym z wyobrażonego przez autorkę nierealnego placu Zbawiciela, lecz prawdziwym drwalem z krwi i kości. Ponoć ideałem w oczach dzisiejszych kobiet. Jeszcze kilkanaście lat temu była moda na mężczyzn metroseksualnych, którzy przestali się wstydzić swojej wrażliwości. Szał na wypielęgnowanych panów się skończył, kiedy kobitki zaczęły się spóźniać do pracy, gdy ich faceci godzinami okupowali łazienki a drogie kremy podejrzanie szybko znikały z pojemniczka. Był to znak, że sprawy zaszły za daleko. Powoli zaczęła się pojawiać tęsknota za prawdziwym samcem. Tak zrodziła się moda na mężczyzn drwalopodobnych. 
Ale drogie Panie, Wiktor nie dość że jest seksownym, silnym, odważnym i uzdolnionym na wielu frontach, drwalem to jeszcze jest berserkiem. Jeśli nie wiecie kto zacz, to pokrótce powiem, że berserkowie to nieznający strachu, nordyccy wojownicy. Skąd się wzięli w Bieszczadach w to już wnikać nie będę. Widać za mało znam historię. Może spławili się morzami i rzekami z północy. Jednak jak na Berserka to nasz Wiktor jest niezwykle delikatny, romantyczny, czuły i do rany przyłóż. Owszem czasem zdarzają mu się fochy, jednak w dzisiejszych czasach nawet drwalom może się przytrafić zły humor. 
Alicja to studentka informatyki i wiedźma. Jest niezwykle pięknym i czarującym odludkiem. Mieszka z dwoma siostrami, które podobnie jak ona, są dziwaczkami. Kilka razy do roku celebrują neopogańskie rytuały ku czci Peruna i Mokosz. Oczywiście jak przystało na dziewczynę z dobrego domu, Alicja jest dziewicą, która tylko czeka na swojego księcia z bajki (tym razem drwala z lasu). 
Niestety nie mogłam się przemóc i polubić tej bohaterki. Była naiwna, momentami wręcz głupia, zdesperowana i kierująca się niewłaściwymi priorytetami. 

Tym co wyróżnia tę książkę z tłumu innych opowiastek o insta love jest motyw neopogaństwa. Tym razem na tapetę trafiły bóstwa słowiańskie, a konkretnie najważniejsze z nich czyli : Mokosz, Perun i Weles. Przyznam się bez bicia, że temat  słowiańskich wierzeń jest mi zupełnie obcy, więc czytanie przytoczonych przez autorkę legend, opisów rytuałów świąt i czarów, sprawiało mi sporo radości. Wiecie, że przez cały czas myślałam, iż zostawiany na stole w Wigilię pusty talerz, ma być nakryciem dla zgubionego wędrowca, a okazuje się że było to miejsce przeznaczone dla duchów naszych przodków? Podobnie suszone owoce i grzyby, które są symbolem połączonych światów : naszego i duchowego. Zadziwiające jak wiele można się dowiedzieć z napisanej ku rozrywce gawiedzi, książki. Tematem, który mnie niezmiernie zaciekawił, były słowiańskie lalki. Wśród naszych przodków niezwykle silna była wiara w demoniczne istoty. Powszechne było tworzenie lalek-amuletów, które miały chronić przed złem, przynosić szczęście oraz spełniać życzenia. Zwyczaj ten przetrwał w szczątkowej formie do dziś na terenie Ukrainy, gdzie robi się lalki „motanki” oraz częściowo na Białorusi, gdzie robione są lalki „żadanice”. Właśnie z tej tradycji czerpała nasza autorka. Tak mnie to zafascynowało, że postanowiłam zgłębić ten temat i dowiedziałam się, że cechą charakterystyczną słowiańskich lalek był brak twarzy – lalki nie mogły mieć oczu, ponieważ oczy są zwierciadłem duszy, a lalka nie mogła uzyskać swojej własnej tożsamości, ponieważ nie spełniała by wówczas życzeń twórczyni tylko swoje własne. Przerażające. 
Podsumowując : mamy tutaj wierzenia słowiańskie, wiedźmy, berserków i insta miłość. To niestety nie mogło się udać. Bardzo chciałam uwierzyć w uczucie pomiędzy Alicją i Wiktorem, jednak brak jakiejkolwiek platformy porozumienia oprócz cielesności, sprawił że związek ten był dla mnie zbyt grubymi nićmi szyty. 

Jadnak najgorszy w tej książce był fakt braku fabuły. Rozumiem, że "Więź" to dopiero pierwszy tom cyklu, i że jego celem było zaznajomienie nas z bohaterami, jednak jeśli autorka w takim tempie zamierza prowadzić dalszą narrację, to akcji doczekamy się gdzieś około 50 tomu. Choć bardzo się starałam, to nie dopatrzyłam się żądnego sensu, celu, niczego co mogłoby motywować naszych bohaterów. Nie ma tutaj zagadki, nie ma wątku kryminalnego, nie ma nawet gorącego seksu. Jest powieść obyczajowa, bez zgłębiania charakterystyk bohaterów i choć napisana z dwóch punktów widzenia to nadal bardzo płytka. Może chociaż w tym głębokim jeziorze ukryty jest prawdziwy skarb?

Żałuję, że autorka już w pierwszym tomie nie zdradziła nam czego, oprócz romantycznej miłości, poszukuje nasza główna bohaterka. Anna Lewicka, nazywana kobietą orkiestrą, zdecydowanie umie pisać. Styl jest poprawny, tempo na właściwym poziomie, całość wyszła zgrabnie. Jednak zabrakło mi tutaj treści, szkieletu na którym można by rozciągnąć skórę i stworzyć dobrego książkowego golema. Lubię dawać drugie szanse, dlatego z pewnością skuszę się na kolejne tomy, mając wielką nadzieję, na jakiegoś wyskakującego z lasu wilkołaka, który podkręci trochę atmosferę. Na samym końcu muszę pochwalić wydawnictwo za piękną, przyciągającą wzrok okładkę, dobra robota.


Tytuł : "Więź"
Autor : Anna Lewicka
Wydawnictwo : Jaguar
Data wydania : 16 stycznia 2019
Liczba stron : 372





Za możliwość  zrecenzowania książki serdecznie dziękuję wydawnictwu : 
 
 
 
Książka bierze udział w wyzwaniu czytelniczym :


http://www.posredniczka-ksiazek.pl/2019/01/olimpiada-czytelnicza-2019-zapisy.html
 

"Pójdę twoim śladem" Ryszard Ćwirlej

"Pójdę twoim śladem" Ryszard Ćwirlej

     Napisać dobry, wciągający i oryginalny kryminał, jest rzeczą trudną. Napisać dobry kryminał w stylu retro, gdzie wystylizowane jest nie tylko tło fabularne lecz również język, jest rzeczą bardzo trudną. Lecz stworzenie kryminału retro, napisanego gwarą, który będzie łatwy w odbiorze również dla czytelników spoza Wielkopolski, jest zadaniem wręcz karkołomnym. Ryszard Ćwirlej dokonał jednak niemożliwego i napisał książkę, która nie dość że jest znakomitą powieścią kryminalno-łotrzykowską to jeszcze napisana jest tak żartobliwym, bogatym i siarczystym językiem, że czytanie jest po prostu samą przyjemnością. Nawet nie zauważyłam kiedy doszłam do 544 strony i okazało się, że to już wszystko. Nie pozostało mi nic innego jak tylko czekać na kolejne tomy i oczywiście wspominać z nostalgią.

Wiosna roku 1919 roku. Zwolniony z frontu Porucznik Antoni Fiszer, oddelegowany zostaje do Poznania w celu stworzenia podstaw polskiej policji. Już w kilka godzin po przyjeździe do miasta Fischer staje przed pierwszym w swojej karierze wyzwaniem śledczym.
W jednym z budynków, gdzie powstać ma Uniwersytet Poznański, znalezione zostaje powieszone ciało stróża. Według sprowadzonego na miejsce lekarza, ofiara popełniła samobójstwo. Jednak Fiszer, po  wnikliwszym zbadaniu denata, zaczyna mieć wątpliwości. Postanawia przyjrzeć się sprawie dokładniej. Szybko okazuje się że młody policjant, bez śledczego doświadczenia, musi rozwiązać zagadkę, z którą nie poradziłoby sobie wielu jego bardziej doświadczonych kolegów.

Po upadku Księstwa Warszawskiego, Wielkopolska trafiła do Zaboru Pruskiego. Tuż przed wybuchem Powstania Wielkopolskiego 40% ogółu obywateli Poznania, było Niemcami. Miasto zaczęło przynosić zyski. Z Prus spływało złoto i kapitał, otwierane były nawet fabryki, zakłady usługowe i banki.  Ludziom żyło się coraz lepiej, oczywiście tym, którzy mogli się pochwalić niemieckim paszportem. Poznania, choć nadal pozostał miastem wielokulturowym, z pozoru już nic nie różniło od Berlina czy Lubeki. Zmieniono nazwy ulic na niemieckie, zakazano używania języka polskiego w urzędach i szkołach. Praktycznie cała władza trafiła w ręce okupantów. Pruska była policja i magistrat, adwokatura i szkolnictwo. Polak w państwie pruskim drugiej połowy XIX i początków XX wieku był obywatelem drugiej kategorii. Był traktowany pogardliwie.Miał problemy z nabyciem ziemi czy piastowaniem wysokich stanowisk państwowych. Zdobycie porządnego wykształcenia graniczyło z cudem, a jeśli już komuś się udało, to był wysyłany w głąb Niemiec, gdzie czekała na niego praca i przymusowy proces germanizacji. Prusacy robili wszystko by wyrugować polską tożsamość i świadomość narodową. Otwierali teatry gdzie wystawiali najsłynniejsze niemieckie opery i przedstawienia, jak grzyby po deszczu wyrastały coraz to nowe pomniki. Państwo pruskie było przez Polaków znienawidzone. Każdy, kto był choć trochę świadomy, wiedział, że cały ten boom inwestycyjny - związany choćby z wzniesieniem dzielnicy cesarskiej - jest w sensie symbolicznym zwrócony przeciwko Polakom. Nowe gmachy, pomniki miały podkreślić niemiecki charakter miasta. Trudno więc się dziwić, że powstanie wielkopolskie w grudniu 1918 roku było powszechnym - i jak się okazało - niezwykle skutecznym zrywem polskiej ludności.
I właśnie w tym momencie na scenę wkracza Ryszard Ćwirlej ze swoją najnowszą powieścią. Powstanie, jedyne w historii Polski, zostało wygrane. Niemcy pakują swój dobytek i wracają do domu. Jednak co z tymi, którzy to Poznań traktują jak "dom", gdyż to tu się urodzili, pracowali, kochali i płakali z rozpaczy? Ćwirlej pokazuje nam miasto podzielone, którego mieszkańcy nie do końca potrafią się odnaleźć w nowej rzeczywistości. Ten, kto kiedyś był ich dobrym sąsiadem, teraz nie zasługuje na zwyczajowe dzień dobry, a ten kto jeszcze kilka miesięcy temu czyścił "szwabom" buty, nagle stał się szanowanym obywatelem. Polacy nie wiedzą co myśleć i czuć, Niemcy  również. Poznań poniekąd nadal pozostał Posen, choć stare nazwy ulic powoli zaczynają znikać. Niestety trudniej jest zmienić ludzką mentalność i przyzwyczajenia. Nasi bohaterowie to osoby rozdarte pomiędzy lojalnością wobec ojczyzny a posłuszeństwem wobec dawnego okupanta. Wolność jest jeszcze świeża i nie za bardzo wiedzą co z nią zrobić. 

Autor używa tak przekonującego, soczystego i nasyconego języka, że czytając, nie trudno mi się było przenieść do czasów dwudziestolecia międzywojennego. W powietrzu nadal czuć kurz wojennej zawieruchy. Żołnierze nadal wracają z frontów. Jednym z nich jest Antoni Fiszer, znany czytelnikom z poprzednich części. A Ci co jeszcze nie mieli tej przyjemności, jaką jest obcowanie z porucznikiem, niech się nie martwią gdyż tom ten jest wprost idealny na wieczorek zapoznawczy. Dlaczego? Ponieważ to właśnie tutaj możemy obserwować jak Fiszer stawia swoje pierwsze kroki w charakterze śledczego. A towarzyszy mu grono rewelacyjnych, zabawnych i oryginalnych postaci drugoplanowych jak sierżant Gil, czy wysłany z Warszawy Mikołajewski, którego zadaniem jest "rozkręcenie" wywiadu, czy porucznik Kaczmarek, który uwielbia smak, zapach a nawet sam widok broni palnej. Oprócz tych pracujących w organach władzy, autor zaznajamia nas również z lokalnym półświatkiem. Poznajemy uroczego złodzieja Tolka, stałych bywalców poznańskich mordowni, sexowną burdelmamę, oraz wielu przedstawicieli zawodów wszelakich. Bywa i tak, że w jednym rozdziale o prym walczy kilku bohaterów, kilka różnych historii i punktów widzenia. I choć wydawać by się mogło, że takie skakanie od postaci do postaci będzie chaotyczne, to tutaj czytelnik wie, że w tym szaleństwie jest metoda. Każdy nowy głos, dodaje swój puzzel do tej bardzo skomplikowanej układanki. Fabuła książki należy do bardzo oryginalnych. Jak prawie każdy kryminał zaczyna się od morderstwa, jednak konsekwencje tego czynu dosięgną nawet najwyższych władz państwowych. Powieszenie ciecia rozpocznie lawinę zdarzeń w którą zaangażowane będą : policja, wojsko, partyzanci, rebelianci, Polacy, Niemcy, politycy a nawet lokalny element. Uważajcie bo w Poznaniu szykuje się wielki spisek. 

Choć początek sugeruje, że będziemy mieć do czynienia z mrocznym, poniekąd politycznym kryminałem, to im dalej tym książka coraz bardziej przekształca się w powieść łotrzykowską. Wpływ na to ma język i styl, którym została napisana, a pisać jak Ćwirlej to nie potrafi nikt. W Poznaniu byłam tylko raz, przez Wielkopolskę przejeżdżałam tranzytem, a jedyne słowo które znam w tutejszej gwarze to ćmik. No i może pyra. Czytanie całych paragrafów napisanych poznańskim "slangiem" było dla mnie nie lada wyzwaniem. Choć momentami było ciążko, to muszę przyznać, że zawsze udało mi się wyłapać kontekst. Rozszyfrowywanie nowych wyrazów było świetną zabawą. Teraz już wiem, że bejmy to pieniądze a bana pociąg. Nawet nie przypuszczałam, że gwara poznańska jest tak bogata, że śmiało mogłaby tworzyć odrębny język.
Kolejną rzeczą, która sprawiła, że książka zyskała na oryginalności był humor. Fragment czytania Mickiewicza po prostu zwalił mnie z nóg. Czy wiedzieliście, że "Pan Tadeusz" to tak naprawdę książka medyczna? W której na pewno można znaleźć sposób na śmierdzące stopy? Żartów sytuacyjnych, dowcipów oraz wszelkiego rodzaju humoru było tutaj naprawdę dużo i dodawały one kolorytu bądź co bądź powojennemu miastu. 

Ryszard Ćwirlej nie bez powodu jest jednym z moich ulubionych twórców. Mało kto potrafi pisać z taką pasją, fantazją i znawstwem tematu. Choć jego powieści opowiadają o fikcyjnych wydarzeniach tak ich tło oraz niektóre sylwetki bohaterów są żywcem zaczerpnięte z historii. Czytało się przyjemnie i choć książka nie należy do najcieńszych, tak czytelnik nawet nie zdawał sobie sprawy z przewracanych stron. Było ciekawie, dynamicznie, zagadkowo i łotrzykowsko czyli dokładnie tak jak się spodziewałam. Już nie mogę się doczekać kolejnych przygód Antoniego Fiszera, porucznika który policjantem został przez sam przypadek. Jeśli lubicie skomplikowane intrygi, historię  i retro klimat tak "Pójdę twoim śladem" jest książką dla was. Obiecuję, że nie będziecie się przy niej nudzić. Polecam. 


Tytuł : "Pójdę twoim śladem"
Autor : Ryszard Ćwirlej
Wydawnictwo : Czwarta Strona
Data wydania : 15 stycznia 2019 
Liczba stron : 544


 
Za możliwość przeczytania i zrecenzowania książki serdecznie dziękuję wydawnictwu : 
 
 
 
 
Książka bierze udział w wyzwaniu czytelniczym :


http://www.posredniczka-ksiazek.pl/2019/01/olimpiada-czytelnicza-2019-zapisy.html
 
Copyright © 2014 CZYTANKA NA DOBRANOC , Blogger