poniedziałek, 9 stycznia 2017

"Lion. Droga do domu" Saroo Brierley

 Tytuł : "Lion.Droga do domu"
Autor : Saroo Brierley
Rok wydania : 2016
Wydawnictwo : Znak Literanova
Liczba stron : 272
Tytuł oryginału : A long way home






 Pociąg do Australii


Wspaniała historia o człowieku, który zgubiwszy się jako dziecko, po 25 latach poszukiwań odnalazł swoją
rodzinę. Książka na pewno należy do tych , które wycisną wam łzy z oczu, a historia pozostanie na zawsze w waszych sercach. Nawet brak warsztatu pisarskiego autora jest tutaj skromnym atutem gdyż dodaje książce wiarygodności i nie razi tak bardzo jak w przypadku pisarzy z "zawodu". Krótkie dzieło, które warto przeczytać. Na pewno nie będzie to czas stracony. Jedna z lepszych książek obyczajowych jakie przeczytałam w zeszłym roku.

Saroo urodził się w małej indyjskiej wiosce. Ojciec zostawił rodzinę, kiedy chłopiec miał zaledwie kilka lat. Matka miała na utrzymaniu jeszcze pozostałą trójkę rodzeństwa. Było ciężko a zdarzały się takie dni, że brakowało jedzenia. Starsi bracia Saroo często wyruszali pociągiem do pobliskich miast by tam żebrać lub dopuszczać się kradzieży byle tylko utrzymać rodzinę. Pewnego dnia pięcioletni Saroo poprosił brata o zgodę na wzięcie udziału w takiej wyprawie. Zaskoczony jego zgodą, wraz z nim wsiadł w pociąg i pojechali do pobliskiego miasta. Tam, na stacji kolejowej, brat kazał mu usiąść ma ławce i czekać na niego. Pod żadnym pozorem miał się nie ruszać z dworca. Obudziwszy się w nocy sam chłopiec spanikował i postanowił poszukać brata. Zaczął od pociągów , które stały na peronach. Wsiadł do najbliższego i usiadł na ławce. Ze względu na zmęczenie i późną porę zapadł w sen. Obudził się w rozpędzonym pociągu mknącym w nieznane. Po kilkudziesięciu godzinach jazdy dotarł do Kalkuty. Kilka miesięcy spędził na ulicach tego miasta, żywiąc się odpadkami i kradnąc. W końcu trafił do domu dziecka i został oddany do adopcji. Trafił do rodziny z Tasmanii, która zdecydowała się na adopcję nie ze względu na to, że nie mogli mieć własnych dzieci. Uważali , że świat i tak już jest przeludniony i trzeba pomagać dzieciom które są w krytycznej sytuacji. Nowa rodzina nie chciała by Saroo zapomniał o swoich korzeniach. Jego pokój by urządzony na indyjską modłę. Figurki, mapy, dywaniki wszystko przypominało mu o swoim pochodzeniu. Być może dlatego przez te wszystkie lata nie zapomniał o swojej rodzinie na innym kontynencie. Już jako dorosły człowiek postanowił ich odszukać. 

O historii Saroo, pomimo jej wielkiego rozgłosu w Australii, nie słyszałam nigdy wcześniej. O tym, że powstał film dowiedziałam się z okładki książki. Jednak jest to historia, która powinna zostać opowiedziana gdyż daję nadzieję i zmienia spojrzenie na świat. Jest niezwykle pozytywna i daje wiarę w to, że są na świecie jeszcze ludzie, którzy bezinteresownie starają się pomóc innym. W świecie gdzie codziennie, czy to w pracy czy na ulicy, mamy do czynienia z wampirami energetycznymi to lektura jest naprawdę obowiązkowa. Zresztą ja osobiście uwielbiam książki, oparte na faktach historie, które z jednej strony wywołują uśmiech na twarzy a z drugiej wyciskają łzy z oczu. I ta właśnie taka jest.

Saroo Brierley nie jest pisarzem, jest sklepikarzem- podobnie jak jego australijska rodzina. Książka ta, plus film, były jego jedyną szansą na opowiedzenie swojej historii. Coś raz opowiedziane potem już nie interesuje odbiorców. Wiadomo, nie odgrzewa się starych kotletów. Gdybym była na miejscu autora zrobiłabym wszystko by mój debiut wypadł jak najlepiej. Poszukałabym kogoś kto się zna na pisaniu, skorzystała z pomocy edytorów i dała do przeczytania mój tekst nie tylko rodzinie i znajomym, ale także znajomym krytykom. Niestety nasz autor tak nie zrobił dlatego książka , nie dość że pełna błędów gramatycznych ( czytałam w oryginale ) to jeszcze stylistycznie też nie jest fenomenem, a nie które fragmenty wręcz są ciężkie do strawienia.
Najbardziej podobała mi się pierwsza część książki opowiadająca o życiu indyjskiej rodziny. Ostatnio skończyłam czytać fenomenalną książkę, której akcja również toczy się w Indiach "Shantaram" , dlatego mimowolnie porównywałam do siebie obie te opowieści. W "Shantaram" mieliśmy do czynienia z człowiekiem, który uciekł z australijskiego więzienia i ukrywał się w Indiach. Był dorosły, zaradny i doskonale się odnalazł w tym kraju biednych ludzi. W książce tej poznaliśmy Indie na wylot, od slumsów Mumbaju, przez spokój wsi na apartamentach bogatych przywódców politycznych czy indyjskiej mafii kończąc. W "Lion" poznajemy Indie tylko z jednej perspektywy. Patrzymy oczami małego chłopca, który może jeszcze nie mieszka w slumsach, jednak prawie. Widzimy biedę dnia codziennego, czujemy burczenie w brzuchu . Praktycznie byłam w stanie sobie wyobrazić jak pięcioosobowa rodzina żyje na kilkumetrowym skrawku powierzchni bez mebli czy naczyń kuchennych. Bez światła i bez elektroniki. Autor przedstawił nam Indie takimi jakie są naprawdę. Przerażający był obraz Kalkuty- miast bezdomnych, walczących na ulicach dzieci. Miast w którym jeden krok w złą stronę jest krokiem w przepaść. Ten obraz Indii mnie poruszył, a jego brutalność mną wstrząsnęła.Jednocześnie opis przygód pięcioletniego chłopca był najlepszą, najbardziej interesującą częścią książki. Potem niestety było gorzej.
Odwrotnie do naszego więźnia, Saroo z Indii trafia do fantastycznej australijskiej rodziny, która postanowiła go zaadoptować. Ta część książki to już nie same proste opisy przeżyć głównego bohatera ale opis jego walki z własnymi lękami i opis jego poszukiwań drogi do domu. Przez kilka stron czytelnik musi czytać jak nasz bohater przeszukiwał Google Earth w poszukiwaniu podobnej stacji kolejowej. I tak dniami i miesiącami, strona po stronie a my wraz z nim. Było to niezwykle nużące. W pewnym momencie złapałam się na tym , że po prostu bezwiednie przerzucam strony nawet nie skupiając się na tym co czytam. Już na samym początku książki wiemy jakie będzie jej zakończenie, zresztą możemy dowiedzieć się go z internetu, gdyż historia Saroo jest szeroko komentowana na całym świecie, dlatego autor powinien dać nam coś nowego a nie swoją historię eksploracji googla. Nawet zaczęłam się zastanawiać czy sam Google nie płacił naszemu autorowi za reklamę, tak często w książce słyszymy o tej wyszukiwarce. Google- znajdź z nami swoją rodzinę, wystarczy, że pamiętasz jaki mają płot za domem. Dokładnie coś w tym stylu.

Miałam wrażenie , że autor w pewnym momencie swojej historii się pogubił. Rozumiem, że pewne fakty z życia prywatnego chciał zachować dla siebie, jednak w pewnym momencie historia wydała mi się przejaskrawiona. Na samym początku mamy szczegółowy opis wędrówki małego chłopca ( swoją drogą wydaję mi się troszkę dziwne, że pięcioletni chłopczyk, zostawiony sam, pewnie w głębokim szoku, jest w stanie tyle zapamiętać) by potem nie dostać praktycznie nic. Tym dobrym ludziom, którzy pod swój dach przygarnęli dwie indyjskie sieroty, przeznaczono bardzo mało miejsca, brat Saroo wspomniany jest tylko pobieżnie, a sylwetkę bohatera mamy cały czas zamazaną. Z jednej strony odniosłam wrażenie, że autor chce się z nami podzielić swoją historią a z drugiej, że jest już zmęczony jej opowiadaniem i chce dać czytelnikowi znać " zostaw mnie w spokoju". 

Powtórzenia, autoanaliza, i wkradająca się wraz z nimi na karty książki nuda, odebrały tej książce jej czar. Dobry edytor byłby w stanie skrócić ją do około 60 stron, jednak wtedy prawdopodobnie nigdy nie została by wydana, ewentualnie można by zaryzykować wydanie albumu ze zdjęciami i zarysowaną historią. 
Uważam, że to historia powinna być usłyszana dlatego cieszę się, że jednak doszło do publikacji. Jest to jedna z tych powieści na jedno posiedzenie, które wchłaniają człowieka bez reszty. Ciekawa historia, zwykłego człowieka który miał wiele szczęścia w życiu. Z pewnością to gratka dla wielbicieli powieści obyczajowych. Książka dla osób w każdym wieku. 
Naprawdę polecam 

czwartek, 29 grudnia 2016

"Montecristo" Martin Suter

Tytuł : "Montecristo"
Autor : Martin Suter
Rok wydania : 2016
Liczba stron : 336
Wydawnictwo : Rebis
Tytuł oryginału : Montecristo







 Na stację drezyną



Kiedy zobaczyłam okładkę tej książki od razu wiedziałam, że muszę ją przeczytać. Mroczna, fascynująca właśnie taka jakie lubię. Nawet nie zadałam sobie trudu by poczytać recenzje innych użytkowników. Teraz może nie żałuję czasu spędzonego z powieścią jednak jestem nieco zawiedziona. Jeśli bym przeczytała opinie innych to wiedziałabym, że powinnam spodziewać się bardziej książki przygodowej, coś w stylu Dana Browna czy Marca Elsberga niż trzymającego w napięciu dreszczowca. Pomimo tego było warto. Dobra, wciągająca lektura na jeden wieczór. Nic wymagającego.

Jonas Brand, wideoreporter programu lifestylowego, nie jest zadowolony ze swojej pracy. Uważa , że stać go na więcej. Marzy mu się wyprodukowanie własnego filmu przygodowego o człowieku, który wrobiony w przewóz kokainy zostaje osadzony w tajlandzkim więzieniu. Swój projekt nazwał "Montecisto" jednak do tej pory nie znalazł nikogo kto byłby zainteresowany sponsorowaniem przedsięwzięcia. 
Pewnego dnia jadąc pociągiem jest świadkiem tragicznego zdarzenia. Ktoś nacisnął hamulec bezpieczeństwa a po chwili rozległo się wołanie "Człowiek na torach". Ofiarą okazał się bankowiec Paolo Contini. Jonas, który nigdy nie rozstawał się z kamerą, nakręcił wywiady z pasażerami pociągu. Jednak taśma trafiła do archiwum, gdyż okazało się, że Paolo popełnił samobójstwo- temat dość częsty w szwajcarskich mediach- więc tym samym mało interesujący.
Po kilku miesiącach od zdarzenia w ręce reportera trafiają dwa banknoty o takich samych numerach seryjnych. Postanawia bliżej się temu przyjrzeć. Czy pieniądze mają coś wspólnego ze śmiecią bankowca.

Nie zdarzyło mi się jeszcze czytać kryminału, którego akcja rozgrywała by się w Szwajcarii. Stany Zjednoczone czy Wielka Brytania, nawet Skandynawia - to właśnie tam dokonuje się najwięcej książkowych przestępstw. Ale Szwajcaria? Kraina mlekiem i miodem płynąca, państwo o największych zarobkach w Europie? Jakoś mi nie pasuje na tło kryminalnych zdarzeń z zabójstwami włącznie. 
Przejdźmy teraz do naszych głównych bohaterów- nie było ich zresztą tak wielu. Jonas Brand- dziennikarz. Jak na reportera ( i późniejszego dziennikarza śledczego ) nie wykazywał się zbytnią bystrością umysłu. Po pierwsze naciągany wydał mi się troszkę fakt tego jak mężczyzna wpadł na trop dwóch takich samych banknotów. Czy wy przeglądacie was portfel i sprawdzacie numery na pieniądzach. czy aż tak wam się nudzi? Przecież nie jest to coś co z daleka rzuca się w oczy. 
Po drugie zdziwiło mnie, że dziennikarz który musi być spostrzegawczy i mieć analityczny umysł , nie powiązał włamania do mieszkania z napaścią na jego osobę na ulicy dzień później. Czy naprawdę miał to być tylko zbieg okoliczności?
Po trzecie jako reporter powinien słuchać ludzi i sprawdzać wszystkie tropy. Niestety nasz bohater miał swój obrany cel i własną drogę, która miała do niego doprowadzić. Nie dopuszczał do siebie wniosków innych ludzi nawet najbliższych przyjaciół. Czy dziennikarze, i to nie Ci najmłodsi bez doświadczenia, mają klapki na oczach?

Przejdźmy teraz do dziewczyny naszego głównego bohatera. Byłą to postać tak nijaka, że aż zapomniałam jej imienia. Biorąc pod uwagę rolę jaką odegrała na końcu książki jestem zaskoczona, że tak mało się o niej dowiedzieliśmy. Jej rola ograniczała się do otwierania butelek wina, szykowania obiadów i leczenia ran naszego bohatera. Nic ponad to. Szkoda, że jej wątek nie został rozwinięty. Również żałuję postaci Maxa- moim zdaniem najbardziej wiarygodniej, realistycznej i sympatycznej postaci w całej książce. Gdyby Jonasa zamienić miejscami z Maxem cała sprawa banknotów została by rozwiązana szybciej i sprawniej, tak mieliśmy niepotrzebne ofiary. To właśnie Max był doskonałym przykładem prawdziwego dziennikarza. Jeśli autorowi udało się stworzyć tak wiarygodną postać, dlaczego nie dodał odpowiednich przymiotów swojemu głównemu bohaterowi? 

Również zawiedziona byłam troszkę samą fabułą książki. Rozpoczęło się rewelacyjnie, wprost nie mogłam się oderwać i tylko przewracałam strony. Później niestety wszystko zwolniło i odniosłam wrażenie, że autor się pogubił. Stracił wątek i nie bardzo wiedział jak doprowadzić wszystko do końca. Sam koniec zresztą był dla mnie wielkim rozczarowaniem. Spodziewałam się rozwiązania zagadki i owszem dostałam je, jednak w formie dla mnie zupełnie niewiarygodnej. Od mniej więcej połowy książki miałam wrażenie, że zmienił się autor. Na samych początku jechałam Pendolino by dojechać do stacji drezyną.

Wydaje mi się, że "Montecristo" to dopiero początek serii o reporterze Jonasie. Choć nie czytało mi się źle i nie żałuję czasu spędzonego z książką to po kolejne tomy raczej nie sięgnę. Szkoda, że autor naprawdę nie napisał scenariusza filmu z marzeń swojego głównego bohatera , wydaje mi się, że mógłby być on o niebo lepszy.

środa, 28 grudnia 2016

"Gdzie jest Mia?" Alexandra Burt

Tytuł : "Gdzie jest Mia?"
Autor : Alexandra Burt
Wydawnictwo : Świat Książki
Rok wydania : 2016
Liczba stron : 416
Tytuł oryginału : Remember Mia 







 Zeschizowane zero


Jeśli lubicie dobrze napisane książki, wiarygodnych bohaterów, dobrą fabułę to omijajcie tę książkę z daleka. Te 416 stron to była istna droga przez mękę. Śmieszne wręcz dziecinne dialogi, przerysowani wręcz groteskowi bohaterowie i fabuła tak przewidywalna jak bajka dla dzieci. Zaklasyfikowanie tej powieści jako thriller to pomyłka, a porównywanie jej do "Dziewczyny z pociągu" to wręcz nietakt.



Estelle Paradise poślubia Jacka zaledwie po kilku miesiącach znajomości. Niedługo potem rodzi im się dziecko - dziewczynka Mia. Należy ona do tego typu noworodków, które bez przerwy płaczą i wymagają ciągłego zainteresowania, nie dając rodzicom odpocząć. Estelle przytłoczona nowymi obowiązkami nie radzi sobie z presją. Pewnego dnia Jack oznajmia, że zaoferowano mu pracę w innym mieście. Ze względu na nękające rodzinę kłopoty finansowe postanawia przyjąć ofertę. Estelle wraz z Mią przeprowadzają się do nowej, remontowanej kamienicy. Po kilku tygodniach Estelle budzi się i zauważa brak dziecka. Zniknęło również wszystko co było związane z dziewczynką : zdjęcia, kosmetyki, zabawki. Wydaje się jak by dziecko w ogóle nie istniało. 

Jest to jedna z najbardziej naciąganych historii jakie zdarzyło mi się przeczytać. Na samym początku książki poznajemy Estelle jako ofiarę wypadku samochodowego, która cierpi na amnezję. Wie, że jej córka zniknęła jednak nie jest w stanie sobie przypomnieć co robiła od dnia jej zniknięcia do momentu wypadku. Mąż decyduje się oddać ją do kliniki psychiatrycznej gdzie światowej sławy specjalista postara się wydobyć jej wspomnienia na światło dzienne. Od samego początku wiemy, że Estelle cierpi na ciężką odmianę depresji poporodowej. Jednak nikt oprócz czytelnika wydaje się nie zdawać sobie z tego sprawy. Mąż jest ślepy i macha na wszystko ręką, lekarze przypisują tabletki, a najbliższa rodzina wydaje się jak by nie istnieć - nie są nawet postaciami drugoplanowymi. Estelle nie dość, że cierpi na depresję to do tego jest hipochondryczką. Sama biega po lekarzach bojąc się, że jej córka na coś choruje a nie może wpaść na to, że sama ma obsesję na jej punkcie.

To właśnie postać Estelle jest najsłabszym ogniwem całej powieści. Na pewno znajdzie się na mojej liście Top 10 najbardziej niewiarygodnych i żałosnych bohaterów książkowych. Tyle razy mówi o sobie "to mi się nie udało", "za to przepraszam" "to mi nie wyszło" "do niczego się nie nadaję", że w końcu przyznałam jej rację. Estelle jesteś nieudacznikiem i kompletnym, zeschizowanym zerem. Koniec i kropka. Nasza główna bohaterka ciągle narzeka, że jej biedne maleństwo ciągle płacze. Z tego co przeczytałam to dziecko raczej należało do tych mało wymagających. Albo spało, albo jadło, albo bawiło się z tatą. Czy przy dziecko, które non stop ryczy da się brać prysznic? Obserwować ludzi przez okno? Wychodzić bez problemu do sklepu? Raczej nie bardzo. Przeczytajcie a zobaczycie Mia jest słodkim dzieckiem, tylko matkę troszkę przerosło macierzyństwo. 

Widać było, że autorka odrobiła pracę domową i przeczytała co nieco o depresji poporodowej. Jednak to nie wystarczyło. Książka po prostu ciągnie się jak flaki z olejem. Podczas sesji z psychoterapeutą kobieta powoli zaczyna odzyskiwać pamięć. Jednak jest to proces tak mozolny, że zanim dotrzemy do istoty rzeczy musimy przebrnąć przez samobiczowanie się naszej bohaterki. Dobry edytor mógłby skrócić książkę co najmniej o połowę a kompletnie nic by nie straciła. 

Zabrakło mi w tej książce osób trzecich. Owszem mamy Jacka- męża - jednak trzyma się on dalszego planu i nie mogłam sobie na jego temat wyrobić żadnego zdania. Na temat psychoterapeuty nie wiemy praktycznie nic - to bardziej maszyna do wyciągania zeznań niż żywy człowiek. Aspekt policyjnego śledztwa został praktycznie pominięty. Mamy tutaj tylko matkę zaginionego dziecka i jej problemy a to troszeczkę za mało.

Temat zaginięcia Mia bez śladu w połączeniu z amnezją matki miał potencjał jednak nie został on wykorzystany. Spodziewałam się ciekawej historii, której zakończenie wyrwie mnie z sandałów. Niestety dostałam średniej jakości powieść. Nudną, przewidywalną z zakończeniem, które znamy już od 3/4 książki. Jeśli by przeczytać wycinki prasowe rozpoczynające każdy rozdział wystarczyłoby nam to do złożenia wszystkiego w sensowną całość. 

Nie polecam.

czwartek, 15 grudnia 2016

"Wdowa" Fiona Barton

Tytuł: "Wdowa"
Autor: Fiona Barton
Rok wydania : 2016
Wydawnictwo : Czarna Owca
Liczba stron : 456
Tytuł oryginału : The widow




Pociąg odjechał







"Wdowa" jest z pewnością jedną z lepszych książek jakie przeczytałam w tym roku. Rzadko się zdarza, że trafiam na tak dobre debiuty. Jednak porównywanie książki do "Zaginionej dziewczyny" czy chociażby "Dziewczyny z pociągu " jest troszeczkę na wyrost. Chociaż jest to kawał dobrej literatury to jednak daleko mu do formy psychologicznego suspensu - gatunku dwóch wyżej wymienionych książek. Dla mnie jest to powieść obyczajowa z elementami kryminalnymi i wątkami psychologicznymi, to wszystko połączono w ciekawą całość. Na pewno jest to powieść przy której można zarwać noc. 

Jeanie poznała swojego męża jako nastolatka, na przystanku autobusowym. Przystojny, ambitny
młody człowiek, przed którym rysowała się świetlana przyszłość dobrze sytuowanego bankowca zafascynował nastolatkę. Ślub wzięli szybko. Glen był dla Jeanie, która byłą raczej szarą myszką, losem wygranym na loterii. Glen jak każdy człowiek miał swoje dziwactwa. Stronił od ludzi, był zazdrosny, pedantyczny a od żony wymagał bezwzględnego posłuszeństwa. Jeanie miała być po prostu kurą domową, która czeka na męża w wysprzątanym domu z obiadem na stole. Jeanie przystała na ten układ. Młode małżeństwo bezskutecznie starało się o dziecko. Kiedy Glen dowiedział się, że jest bezpłodny jego zachowanie zmieniło się. Zaczął znikać z domu, a jeśli zdarzyło się że w nim został zamykał się w pokoju i spędzał czas przy komputerze. 
Pewnego dnia do drzwi Taylorów zapukała policja. Glen został zabrany na przesłuchanie w sprawie porwania dwu i pół rocznej Belli. Wszystko wskazywało na to, że w godzinach kiedy dziecko zniknęło z podwórka znajdował się w okolicy. Z braku wystarczającego alibi zatrzymano go w areszcie. W wyniku przeszukania domu i komputera odkryli mnóstwo zdjęć nieletnich. Chociaż Glen zdołał się wybronić, i został uniewinniony, matka zaginionej dziewczynki - Dawn nie poddaje się. W zmowie z mediami dalej zbierają dowody przeciwko mężczyźnie. Kiedy Glen ginie potrącony przez autobus Jeanie zostaje jedynym świadkiem. Czy otworzy drzwi dziennikarzom i podzieli się swoja historią?

Jest to jedna z tych książek, w których pytanie zostaje postawione już na samym początku. Co wie Wdowa. Spotkałam się z opiniami czytelników, że wystarczy przeczytać pierwszy i ostatni rozdział, żeby poznać odpowiedź. Poniekąd jest to racją - jednak tylko dla czytelników, dla których najważniejsze jest rozwiązanie zagadki. Dla mnie osobiście najważniejsze w każdej książce są postacie, uwielbiam kiedy autor daje mi możliwość ich bezwzględnego poznania. W tej książce najbardziej zainteresowała mnie przemiana wewnętrzna Jeanie. To jak potrafiła zbudować sobie drugą tożsamość. Jak z młodej pełnej entuzjazmu dziewczyny przeistoczyła się w sfrustrowaną i złamana wciąż młodą kobietę. Jeanie w domu i dla mediów byłą posłuszną kochającą żoną, która nie miała oporów przed kryciem swojego męża. W głębi ducha nienawidziła tego mężczyzny, miłość którą do niego żywiła została zniszczona przez jego zachowanie. W książce tej autorka skupia się nie na samym fakcie porwania małej dziewczynki, a na tym jaki ono miało wpływ na losy osób bezpośrednio zaangażowanych w śledztwo. 
Jeśli by odrzucić element psychologiczny to zostało by nam samo śledztwo.. sprawa prawie w całości skopiowana z rzeczywistości. Chodzi mi o Madeline zaginioną w Portugalii w 2007 roku. Mamy tutaj do czynienia z tym samym mechanizmem. Ginie dziewczynka, rodzice spuścili ją z oka tylko na chwilkę. Policyjne śledztwo toczy się praktycznie tak samo. Sprawdzany jest monitoring, przesłuchani wszyscy zwolnieni z więzień pedofile. Więc czy wart to element odrzucać? W końcu o sprawach zaginionych dzieci możemy poczytać w gazetach a książka to jednak coś więcej. 

Momentami książka była przerysowana. Chociażby postać detektywa prowadzącego śledztwo. Myślę, że w realnym życiu ( a przynajmniej mam taką nadzieję ) śledztwa tego typu odbywają się w troszeczkę poważniejszej manierze. Tutaj mamy do czynienia z psychopatyczną obsesją policjanta dotyczącą sprawy. Jak się na coś uparł to tak być musiało i koniec. Mieliśmy tu do czynienia z tak wieloma lukami w śledztwie, że aż raziło w oczy. A nasz detektyw z klapkami na oczach parł do przodu.
Z drugiej strony rola mediów w całym  śledztwie została perfekcyjnie odwzorowana. Kolejki dziennikarzy przed domem wdowy, błyski fleszów, nękanie ofiary byle tylko zdobyć komentarz dla gazety - będąc dziennikarzem z wykształcenia sama wiem jak to wszystko się odbywa. I to właśnie Kate - nasza przebojowa dziennikarka - była moja ulubioną postacią w całej książce. Dokładnie tak wyobrażam sobie dziennikarzy śledczych. Troszkę cmentarne hieny, troszkę ambitni śledczy . Jest to postać bardzo realistyczna. 

Problem z takimi książkami jest następujący- w ostatnich dwóch latach troszkę ich dużo na polskim rynku wydawniczym. Ciężko znaleźć coś co naprawdę nas zaskoczy, coś nowego. Tak samo i ta powieść, choć rewelacyjnie napisana, choć przeczytałam ją w jedną noc nie była niczym nowym. Nie poczułam połączenia z zaginioną dziewczynką, wydawała się ona postacią drugoplanową i niestety nie chwyciła mnie za serce.

Jednak nadal skłaniam się ku opinii, że jest to dobra książka. Na pewno nie będą to wydane pieniądze czy nietrafiony prezent świąteczny, plejada bohaterów was zaskoczy a trafne uwagi autorki dadzą do myślenia.

Jednak pociąg z dziewczyną już chyba odjechał..

czwartek, 17 listopada 2016

"Dziewczyny" Emma Cline

Autor : Emma Cline
Tytuł : "Dziewczyny"
Wydawnictwo : Sonia Draga
Rok wydania : 2016
Liczba stron : 360
Tytuł oryginału : The Girls





Smutna sekta 


Kiedyś bym dała po prostu jedną lub pół gwiazdki, napisała parę niepochlebnych akapitów i na tym skończyłabym spotkanie z twórczością Pani Cline. Jednak po zrecenzowaniu kilkudziesięciu książek na blogu i jeszcze większej ilości w głowie tym razem obiorę inny kierunek. Wielu moim znajomym książka przypadła do gustu i było nią oczarowanych. Na swój sposób rozumiem dlaczego i nie będę z nimi polemizować na temat jej dobrych i złych stron. Do mnie osobiście proza autorki nie przemówiła, w żaden sposób nie potrafiłam przekonać się do tej książki i pomimo najszczerszych chęci nie udało mi się w nią wciągnąć. Jednak jak wiadomo są gusta i Gustawy więc może akurat wam się spodoba.
Evie Boyd , czternastolatka z północnej Kalifornii czuje się inna od swoich rówieśników. Bardziej
niezależna i dorosła w porównaniu do jej koleżanek z klasy. Pewnego dnia spotyka w parku trzy dziewczyny i jest nimi wprost zafascynowana ich wolnością i sposobem bycia. Kilka tygodni później jest świadkiem kiedy jedna z dziewcząt Suzanne zostaje wyproszona ze sklepu spożywczego- sklepikarz obawia się, że dziewczyna przyszła coś ukraść. Evie postanawia jej pomóc i kupuje sprawunki. W ten sposób rozpoczyna się ich znajomość. Evie trafia na farmę , miejsce zamieszkania sekty pod przywództwem charyzmatycznego Russela. Evie zaczyna spędzać z nowymi znajomymi coraz więcej czasu. Całe dnie zajmuje jej praca na rzecz sekty, pijaństwo, narkotyki i wolna miłość. Coraz bardziej oddala się od matki i przyjaciół wpadając w sidła szaleństwa.

Jak dobrze wiemy książka byłą inspirowana prawdziwymi zdarzeniami. Kanwą opowieści jest sylwetka Charlsa Mansona , przywódcy sekty i wielbiciela młodych ciał. Był on również założycielem grupy religijnej "Rodzina" , wierzącej w nadchodzący Armaggeddon. Oczywiście ze względu na prawa autorskie, wszystkie imiona i nazwiska w książce pozostały zmienione, jednak fakty odzwierciedlono tak jak podają źródła historyczne. Dostajemy tutaj sfabularyzowaną wersję historyczną i nic ponad to. Sięgając po książkę miałam nadzieję, że dowiem się czegoś więcej o samej sekcie, ich obrządkach, filozofii, motywach i wreszcie samych członkach. Jednak po przeczytaniu powieści wiem mnij niż mogę przeczytać na stronach Wikipedii. Nie dowiedziałam się absolutnie nic o założeniach samej sekty, o ich postulatach ani nawet o tym jak żyli. Autorka bardziej skupiła się na tym by pokazać biedę, brud i ubóstwo niż na charakterystyce postaci. Oprócz tych kilku pierwszoplanowych bohaterów, nie poznajemy praktycznie nikogo innego, nie dowiadujemy się na jakich zasadach funkcjonowała ich społeczność. W mojej wyobraźni wygląda to mniej więcej tak : jest sobie starszy gość, niezwykle charyzmatyczny, do którego ciągną młode kobiety z całej Ameryki. Zostawiają swoje dotychczasowe życie i rodziny by co noc oddawać mu swoje ciało, a w dzień czekają jak wierne psy czy następnej nocy też je wybierze. Jako, że sekta musi się jakoś utrzymać dziewczyny w dzień wypuszczają się do miasta by grzebać w koszach na śmieci lub kraść z okolicznych sklepów. Wszędzie panuje brud i ubóstwo i totalny brak jakiejkolwiek organizacji. Czy to naprawdę tak wyglądało? Czy ludzie lgnęliby do człowieka , który nie daje im żadnej strawy moralnej? Czy autorka zamiast ciężkich przemyśleń czternastolatki nie mogła dopisać paru zdań o funkcjonowaniu wspólnoty?

Książka jest podzielona na dwie części. W jednej z nich spotykamy Evie jako czternastolatkę, w drugiej jako dorosłą kobietę. Prywatnie uważam, że część o Evie "dorosłej" jest zupełnie niepotrzebna. Myślę , że jedynym powodem dla którego autorka napisała te kilka rozdziałów jest ukazanie nam jak destrukcyjny wpływ miała przeszłość na kobietę. Jednak pójdźmy dalej tym tropem. Czy to naprawdę Russel i jego dziewczyny miały wpływ na to jaka stałą się Evie w życiu dorosłym? Czy taka po prostu była jej karma? Na dobrą sprawę dziewczyna z życia w sekcie powinna wyciągnąć nauczkę. Nie doszło tam do niczego co wywołałoby traumę niemożliwą do zaleczenia nawet po latach. Evie nie brała udziału w zbrodni więc nie czuja się współodpowiedzialna, ba nawet nie wiedziała co się szykuje. Wybór właśnie jej na naszą postać pierwszoplanową był zupełnie nietrafiony. Dlaczego autorka nie opisała historii z perspektywy kogoś kto bezpośrednio uczestniczył w wydarzeniach? Kogoś kto był w sekcie latami? kogoś kto potrafił wytłumaczyć na czym polegała charyzma przywódcy i co popchnęło ich do popełnienia zbrodni? Zamiast być w centrum zdarzeń autorka każe nam obserwować z boku, a z tej strony perspektywa jest naprawdę kiepska.


Kiedyś byłam fanką Beverly Hills 90210 jednak ciągle zastanawiała się : jejku czemu ludzie w amerykańskich szkołach średnich wyglądają tak staro? Podobne odczucia miałam w przypadku tej książki. Po pierwsze nasza bohaterka jako czternastolatka byłą swoistą starą malutką i z tak rozbudowaną filozofią życiową niczym mandaryński uczony. Niektóre jej przemyślenia był tak nieprawdopodobne jak na nastolatkę, że aż chciało mi się śmiać. Z drugiej strony Evie jako dorosła kobieta to strasznie płytkie zakompleksione naczynie w którym woda tylko lekko chlupocze. Czy człowiek aż tak się może zmienić? Czy wakacyjny pobyt na obozie, bo nie oszukujmy się czas Evie w sekcie był niczym innym niż wakacjami, mógł z niej zrobić zakompleksioną istotę, która boi się świata? 

Niestety książka do mnie nie przemówiła, przez 300 stron czekałam na to co się wydarzy, choć doskonale wiedziałam do czego zmierza autorka. Książka byłą nudna, przefilozofowana , napisana językiem wprost nie pasującym do bohaterów. Myślałam, że dowiem się czegoś nowego o kolorowych latach 60 jednak się zawiodłam. A najbardziej się zawiodłam tym jak autorka przedstawiła odpowiednik Mansona. Jako zakompleksionego, mściwego i nudnego starego erotomana. Czy właśnie tym naprawdę był? Polecam poczytać inne pozycje na temat jego sylwetki dla uzupełnienia obrazu.

piątek, 28 października 2016

"Sztokholm delete" Jens Lapidus

Tytuł:” Sztokholm delete”
Autor : Jens Lapidus
Rok wydania : 2016
Wydawnictwo : Marginesy
Liczba stron : 512
Tytuł oryginału : Sthlm delete






Sztokholm reborn




Jestem pod wrazeniem. Było to moje pierwsze spotkanie z autorem lecz z pewnością nie ostatnie. Śmiało stwierdzam, że „Sztokholm delete” jest jednym z lepszych kryminałów jakie zdarzyło mi się przeczytać do tej pory. Całość wypadła bardzo dobrze, fabuła jest ciekawa, postaci da się polubić a przede wszystkim oczarował mnie mocny socjologiczny background książki. Takiego społeczeństwa szwedzkiego jeszcze nie poznałam. Typowa książka od której nie idzie się oderwać a strony same się przewracają. Polecam

W eleganckiej dzielnicy Sztokholmu, Varmdo, zostaje zamordowany mężczyzna. Niedaleko willi , w której dokonano morderstwa znaleziony zostaje samochód z nieprzytomnym mężczyzna. Zostaje on przewieziony do szpitala gdzie znajduje się pod policyjnym nadzorem. Jest podejrzany o dokonanie zbrodni. Jego życzeniem jest by sprawą jego obrony zajęła się świeżo upieczona prawniczka, która w przeszłości nie miała do czynienia z prawem karnym- Emelie. W zbieraniu dowodów niewinności pomaga prawniczce były gangster jugosłowiańskiego pochodzenia – Teddy. Okazuje się, że oskarżony jest synem człowieka uprowadzonego przez Teddego kilka lat wcześniej. W całą sprawę zostaje zaangażowany również bratanek gangstera Nicola.

Jestem zafascynowana wielowątkowością fabuły a jeszcze bardziej tym, w jak fantastyczny sposób udało się autorowi połączyć poszczególne wątki. Wiem, że szwedzcy edytorzy mieli z tekstem wielki problem, gdyż musieli go skrócić o kilkaset stron. Całość wyszła bardzo dobrze. Mamy tutaj to wszystko czego oczekują wielbiciele kryminałów. Brutalne morderstwo, przestępczy półświatek, prawdziwych gangsterów, fałszywych policjantów, dużo pościgów i zagadek. Znajdziemy również wątki pornografii dziecięcej, temat który jest w Szwecji swoistym tabu. Prawda, że to wszystko brzmi niezwykle ciekawie?

Czytając sporo szwedzkich kryminałów, począwszy od Henninga Mankella a na Camilli Lackberg kończąc, jestem raczej przyzwyczajona do nieco delikatniejszej prozy skandynawskiej. Tutaj autor przyłożył wprost z grubej rury. Mamy mój ulubiony klimat noir, mamy elementy suspensu ( praktycznie do końca książki nie wiemy kto został zamordowany na Varmdo), jest serbska mafia. Co tu dużo mówić : po prostu mocny, mroczny thriller kryminalny.

Nie czytałam pierwszej części tej trylogii ( choć teraz z pewnością po nią sięgnę ) ale wiem, że nasza prawniczka i Teddy już się spotkali. Tutaj mamy do czynienia z kolejnym razem jak przyszło im współpracować. Jednak oprócz naszych głównych bohaterów mamy ciekawą galerię innych bardzo barwnych postaci. Jedną z moich ulubionych był Nicola, młody chłopak jugosłowiańskiego pochodzenia, który praktycznie całe swoje życie spędził w poprawczaku. W książce obserwujemy wewnętrzną walkę jaką ze sobą przechodzi. Widzimy jak wielki wpływ na życie człowieka ma otoczenie w którym przebywa, widzimy jak ciężko się się wyrwać z ramion mafii. Jeśli człowiek raz w coś takiego wdepnie to ciężko jest mu się potem wydostać.

Książka jest po części przedstawieniem przekroju społeczeństwa szwedzkiego. Nawet nie zdawałam sobie sprawę, że ten kraj jest takim tyglem kulturowym. Mamy tutaj i rodowitych szwedów, i Syryjczyków i Polaków. Do tego autor w ciekawy sposób przedstawił podział społeczeństwa na klasy społeczne. Podzielił również sam sztokholm. Mamy tutaj dzielnice willowe, ze specjalnymi prywatnymi tramwajami gdzie mieszka elita, obszary śródmieścia zdominowane przez klasę średnią oraz szwedzką biedotę. Jednak oprócz tego jest jeszcze inna klasa społeczna. Mafia i zwykli przestępcy, którzy za wszelką cenę chcą się znaleźć w jej szeregach. Są to ludzie którzy nie cofną się przed niczym, którzy trzymają w piwnicach cały arsenał broni, którzy chcąc zyskać szacunek z zimną krwią potrafią zabijać innych. W tej akurat książce mamy do czynienia z mafią serbską. Z ludźmi, którzy są brutalni i rządzą dużą częścią sztokholmu. Każdy o nich wie ale ciężko ich dorwać, gdyż przywódcy mafii nie lubią sobie brudzić rąk , a milczenie jest zasadą każdego dobrego żołnierza.

Było w książce parę rzeczy, które burzyły mój zachwyt. Po pierwsze język. Bardzo nie lubię obcojęzycznych wstawek. Wiem, że w Szwecji ponad 90 procent społeczeństwa mówi w języku angielskim, również filmy są w nim nadawane , często mamy tylko szwedzkie napisy u dołu ekranu. Domyślam się, że Szwedzi mogą często zapożyczać z tego języka nawet w mowie potocznej, z reszta czy Polacy też tak nie robią? Jednak jeśli w jednym zdaniu mamy zmiksowany język polski z językiem angielskim jest to bardzo denerwujące.

Wprost nie mogę się powstrzymać i muszę się przyczepić do naszych głównych bohaterów. Pomimo tego, że bardzo ich polubiłam odnosiłam czasami wrażenie, że nie są zbyt wiarygodni. Nie uczyli się na błędach, nie wyciągali wniosków , bardzo często zachowywali się jak dzieci, po prostu działali nie bacząc na konsekwencji. Ot dwójka, czy czasami więcej dzieci w świecie dorosłych.

Pomimo tych drobnych wad książkę polecam wszystkim miłośnikom mocnych kryminałów. Jest naprawdę dobra i wciąga jak wir rzeczny.


P.S Polecam szybki kurs z ekonomii, inaczej można się nie połapać na czym polegały wszystkie oszustwa, których dopuszczały się postaci :)

niedziela, 23 października 2016

"Linia serc" Rainbow Rowell

Tytuł :”Linia serc”
Autor: Rainbow Rowell
Wydawnictwo : Otwarte
Rok wydanie : 2016
Liczba stron : 384
Tytuł oryginału : Landline






Neal, Neal, Neal




Neal, Neal, Neal i Neal,Neal, Neal i tak w kółko Macieja. Cała książka jest jednym wielkim krzykiem zrozpaczonej kobiety. A najdziwniejsze w tym wszystkim jest to, że nasza główna bohaterka zupełnie nie ma powodu by rozpaczać. Byłam zachwycona poprzednią książką autorki jednak tym razem Rainbow Rowell mnie rozczarowała. Totalny brak fabuły, zbyt dużo dialogów, idiotyczna główna bohaterka to wszystko złożyło się na marną powieść.

Georgie McCool, komediowa scenarzystka i producentka informuje męża, że ich wyjazd na święta do rodziny na drugim końcu Stanów musi zostać odwołany. Właśnie pracuje nad nowym serialem komediowym, który jest kamieniem milowym w jej karierze, a deadline jest tuż po świętach. Jej mąż Neal, ma dość pracy swojej żony i tego, że wiecznie jej nie ma w domu. Zdesperowany postanawia zabrać obie córki do dziadków i razem z nimi spędzić święta. Georgie nie pozostaje nic innego jak zostać samej w los Angeles, gdzie wraz z przyjacielem z pracy Sethem piszą scenariusz. Wielokrotnie postanawia skontaktować się z mężem jednak ten nie odbiera telefonów. Nocując u matki, wygrzebuje z dna szafy żółty telefon, jeszcze nie wie , że jest on swojego rodzaju maszyną do przenoszenia w czasie. Kiedy dzwoni do męża ten odbiera jednak jest młodszym o kilkanaście lat człowiekiem.



Coś ostatnio nie mam szczęścia do głównych bohaterek. Co kolejna to gorsza, bardziej śmieszna i dziecinna. A nasza Georgie jest typem kobiet, który starannie omijam. Dziewczyna ubzdurała sobie, że mąż ją rzucił tylko i wyłącznie dlatego, że nie chciał odebrać od niej telefonu. Żenada. Na jego miejscu zrobiłabym dokładnie to samo. W końcu udało mu się wyjść spod pantofla i postawić na swoim. Brawo. Nasza bohaterka zamiast wsiąść w samolot i polecieć ratować swoje małżeństwo, jedzie do swojej mamusi, gdzie w wytartych i śmierdzących dresach czeka na telefon. Zupełnie nie rozumiałam jej zachowania. Została w Los Angeles po to by zajmować się pisaniem serialu. Po to poświęciła czas ,który mogła spędzić z rodziną. I co robi? Czy pisze prześmieszne komediowe scenariusze? Czy spełnia marzenie swojego życia o własnym serialu? Czy zarywa noce ślęcząc nad dialogami i skeczami? Absolutnie nie! Bardziej zajmuje ją patrzenie w ekran rozładowanego telefonu, myślenie nad tym jak okropną osobą się stała i użalanie się nad sobą. A najbardziej denerwujące było to, że nie mogła kupić ładowarki do telefonu, nawet jak już była w sklepie. Po prostu tragedia. Gdyby nie jej mąż to pewnie nie potrafiła by się sama ubrać a co dopiero zająć dziećmi.
A najśmieszniejsze jest to, że dziwi ją zachowanie męża. I ma pretensje , że się do niej nie odzywa. Cholera jasna, gdyby moja żona spędzała więcej czasu w pracy niż w domu, ciągle opowiadała jaki jej przyjaciel jest wspaniały i psuła każdy wyjazd to uciekła bym od niej gdzie pieprz rośnie.

A teraz skupmy się na Nealu. Kolejnej bardzo drażniącej postaci. Wydawało mi się, że ma chorobę Aspergera. Nie lubi ludzi, nie okazuje w normalny sposób uczuć, jest odludkiem i pantoflarzem. Zupełnie nie wiem w jaki sposób udało mu się założyć rodzinę gdyż jest totalnie aspołeczny. Rzucił wszystko by nie ucierpiały na tym dzieci. To on jest typową kurą domową, pierze, gotuje i do tego musi znosić okropną krowę jaką jest jego żona. To się kwalifikuje do posiadania niebieskich papierów przemocy domowej bo ta kobieta rujnuje mu psychikę.

Mamy tutaj również Setha, moim zdaniem najzabawniejszą postać w całej książce jednak też najbardziej nieprawdopodobną. Uważa się za najlepszego przyjaciela Georgie a tak naprawdę to należy do tego typu osób , które martwią się tylko o siebie. Jak by moja przyjaciółka miała problemy w rodzinie to rzuciłabym wszystko i pojechała z nią porozmawiać. Seth widząc , że dzieje się coś niedobrego nawet się tym nie zainteresował. W kółko gadał o swoim serialu by na koniec prawie się oświadczyć naszej bohaterce. Śmieszne prawda.

Jednym słowem, wszystkich bohaterów odebrałam jako chore to różne odmiany autyzmu postaci.

Dobrą stroną tej powieści jest to, że posiada ona tak dużo dialogów, że szybko czytająca osoba będzie w stanie ją przeczytać w porze lunchu. Oczywiście o ile dotrwa do końca. Od kiedy nasza bohaterka odkryła w swojej szafie magiczny telefon ( strasznie naciągany motyw, magia w romansach? To kiepsko do siebie pasuje) to wiemy dokładnie jaki będzie koniec książki. Praktycznie w tym momencie powinniśmy odłożyć ją na półkę i oszczędzić sobie mordęgi.

Jestem zawiedziona. „Załącznik” wprost wyrwał mnie z butów i myślałam , że kolejna książka tej autorki będzie jeszcze lepsza. Teraz aż boję się sięgnąć po kolejny tytuł by jeszcze bardziej nie pogłębić mojego rozczarowania. Była to powieść irytująca, bez żadnej konkretnie postawionej tezy, bez spójności i tak naprawdę bez żadnego morału. Może autorka starała się odpowiedzieć na pytanie czy miłość jest w stanie przezwyciężyć wszystko? Jeśli tak to totalnie jej to nie wyszło. Źle dobrani bohaterowie, dość kiepski motyw, wszystko tutaj było nie tak.


Nie polecam