"Niedobry pasterz" Przemysław Borkowski

"Niedobry pasterz" Przemysław Borkowski

     Ostatnio czytałam artykuł, którego autor na postawie kilku przykładów udowodnił, że część morderstw kwalifikowanych jest jako samobójstwo. Często są to tak zwane "zbrodnie doskonałe", kiedy nie ma motywu, nie ma świadków a jest ciało. Ofiara zazwyczaj jest osobą samotną, bez rodziny, która mogłaby się o nią upomnieć. W takich przypadkach prokurator, pomimo oczywistych dowodów wskazujących na zabójstwo, stwierdza zgon samobójczy. Statystyki idą w górę podobnie jak liczba rozwiązanych i zamkniętych spraw. A co jeśli do morderstwa przyznaje się więcej niż jedna osoba? Tak było w przypadku "Niedobrego pasterza". Dwóch winnych a Zygmunt Rozłucki nadal szuka kogoś pasującego do profilu mordercy. Zapowiada się nieźle prawda? Wszak od przybytku głowa nie boli.

W podolsztyńskim lesie w brutalny sposób zamordowana zostaje piętnastoletnia dziewczyna. Po kilku dniach policja aresztuje lokalnego pijaka, który przyznaje się do winy. Sprawa wydaje się być zamknięta dopóki na komisariat nie przychodzi ksiądz z okolicznej parafii. Informuje policjantów, że to nikt inny, tylko on zabił dziewczynę. Do śledztwa włącza się przybyły z Warszawy psycholog Zygmunt Rozłucki, który uważa że prawdziwy morderca nadal ukrywa się na wolności. 

Przyzwyczajona do książek, w których pierwsze skrzypce pełnią komisarze czy detektywi, podczas czytania "Niedobrego pasterza" poczułam powiew świeżości. Co prawda wykorzystanie psychologa w roli głównego bohatera nie jest niczym nowym, jednak nadal jest dość rzadkie. A jeśli do duetu dokooptujemy mu ambitną dziennikarkę to zapowiada się ciekawie i oryginalnie. Takie polskie "Millenium" Stiega Larssona choć fabuła jest dużo mnie rozbuchana. Muszę przyznać, że troszkę żałuję, że nie przeczytałam tomu pierwszego cyklu o Zygmuncie Rozłuckim. Kolejny raz plułam sobie w brodę, choć już dawno sobie przyrzekłam, że serie będę zaczynać od początku. Teraz w mojej głowie jest sporo luk, które może załatać nadrobienie zaległości lub moja własna wyobraźnia. Co prawda nadal nie przeszkadza to w śledzeniu fabuły jednak wnikliwy czytelnik może poczuć pewien dyskomfort. Więc kochani, sięgnijcie po tom pierwszy, jeśli jest choć w połowie tak dobry jak ten, to warto przeczytać. Przemysław Borkowski zdecydowanie umie pisać i posiada coś o czym marzy wielu pisarzy, nawet tych bardziej doświadczonych. Potrafi połączyć wielowątkową fabułę z warstwą obyczajową w taki sposób, że zachowany zostaje odpowiedni balans. Część krytyków będzie narzekać, że w książce jest za mało akcji. Ja uważam, że sięgając po rasowy kryminał nie powinniśmy się nastawiać na mnogość zwrotów akcji i nagłe skoki adrenaliny. Jeśli właśnie tego poszukujemy to polecam włączyć telewizor i poszukać filmu akcji, których jest masa. Inni krytycy doszukają się braku krwistych zbrodni lub zbyt małej ilości momentów wywołujących dreszcze na karku. Ci powinni sięgnąć po typowe thrillery. "Niedobry pasterz" to kryminał i moim zdaniem jest idealnym przedstawicielem swojego gatunku. Mamy tutaj morderstwo, policyjne śledztwo, wątki psychologiczne oraz rozterki głównych bohaterów, związaneh z ich przeszłością. Znajdzie się również wątek romantyczny oraz poruszone zostaną kontrowersyjne w dzisiejszych czasach tematy, chociażby sex z nieletnimi. 

Ciekawą, choć nieco żałosną i kontrowersyjną postacią, jest nasz główny bohater Zygmunt Rozłucki.  Jest to człowiek z "przeszłością", który ciągle walczy z zamieszkującymi jego głowę demonami. Krąży opinia, że właśnie psychologowie najczęściej zapadają na różnego rodzaju choroby umysłowe. Nasz bohater jest doskonałym przykładem na poparcie tej tezy. Jest alkoholikiem. Nie pijakiem, nie degustatorem, nie kimś kto lubi okazyjnie się napić. Jest to typowy przykład choroby alkoholowej, która nieleczona w gwałtowny sposób się rozwija, mając wpływ na każdy aspekt życia dotkniętej nią osoby. Alkoholikowi jest obojętne co pije i gdzie pije. Ważne by szło w głowę a w rezultacie i w nogi. Najczęściej zaczyna się niewinnie od "jednego" piwka do obiadu. Potem przychodzi czas na inne, mocniejsze trunki. Ci wybrani, których na to stać mogą raczyć się alkoholami z górnej półki jednak prawda jest jedna : nie ważne czy pijesz denaturat czy cognac, choroba jest ta sama i zazwyczaj ma tragiczny finał. Nasz bohater jest na równi pochyłej i choć jego umysł jeszcze w miarę dobrze funkcjonuje to widać po nim zgubne skutki alkoholu. Lubi pić, lubi o tym opowiadać. "Niedobry pasterz" to poniekąd wariacja na temat picia i następującego po nim kaca. Sporo można się nauczyć. Skojarzyło mi się to z rewelacyjną książką Krzysztofa Vargi "Masakra", w której opisany jest jeden dzień z życia artysty, który stacza się na dno. 

Kiedy ofiarą zbrodni pada dziecko lub nastolatek reagujemy zupełnie inaczej niż w przypadku osoby dorosłej. Pojawiają się pytania : dlaczego Bóg na to pozwala? Co komu zawiniło dziecko? Czemu świat jest taki niesprawiedliwy? Nasz umysł wchodzi na wyższe obroty i czytamy z zainteresowaniem chcąc jak najszybciej rozwiązać zagadkę. A jeszcze jeśli zbrodnia jest wyjątkowo brutalna, to do naszej wzmożonej ciekawości dochodzi gniew i złość. Książka Borkowskiego ma prawie 500 stron więc możemy się domyślać, że śledztwo będzie długie, żmudne i skomplikowane. Szczególnie jeśli mamy do czynienia z dużą liczbą podejrzanych. Przyznam szczerze, że aż do samego końca nie udało mi się samodzielnie rozwiązać zagadki, choć cały czas byłam skupiona a szare komórki analizowały na bieżąco fabułę, tak zakończenie pozostało dla mnie niemałym zaskoczeniem. 

Przemysław Borkowski, dziennikarz i polonista, ma na swoim koncie już kilka udanych powieści. "Niedobry pasterz" z pewnością znajdzie się w czołówce. Poprawnie napisana, obszerna, z ciekawą i zaskakującą fabułą powieść zadowoli nawet wybrednych czytelników. Plusem są nieszablonowe, choć momentami irytujące (stosunek Rozłuckiego do kobiet) postaci, które warto poznać. Pod koniec książki autor zostawił nam widoczne przesłanki do tego by czekać na kolejny tom. I tak właśnie zrobię, a póki co to pora rozejrzeć się za poprzednim. Polecam. I pamiętajcie : zacznijcie od samego początku. 


Tytuł : "Niedobry pasterz"
Autor : Przemysław Borkowski
Wydawnictwo : Czwarta Strona
Data wydania : 9 maja 2018
Liczba stron : 485



Za możliwość przeczytania i zrecenzowania książki serdecznie dziękuję wydawnictwu :

http://czwartastrona.pl/
 


"Złodziej kości" Luca Veste

"Złodziej kości" Luca Veste

Choć Luca Veste jest dość znanym angielskim pisarzem, dopiero "Złodziej kości" doczekał się swojego polskiego tłumaczenia. Jest to również moje pierwsze spotkanie z autorem, jednak zachęcona opiniami  kolegów, którzy czytali książki w oryginale, postanowiłam dać mu duży kredyt zaufania. Szczególnie, że akcja najnowszej powieści dzieje się w Liverpoolu, mieście które darzę ogromnym sentymentem (drużynę piłkarską również). Dodatkowym wabikiem była informacja, że bohaterami książki jest czwórka chłopców, którzy postanawiają odwiedzić opuszczony tunel w poszukiwaniu Kościucha. Moje pierwsze skojarzenie : "To" Stephena Kinga, kanały, przyjaciele, tajemnica i niebezpieczeństwo. Choć nie spodziewałam się, że ktoś napisze lepszą powieść od mojego literackiego idola to nastawiłam się na prawdziwą jazdę bez trzymanki.

Czwórka nastolatków wyruszyła do lasu w poszukiwaniu Kościucha, potwora z dziecięcej rymowanki. Wróciło ich tylko troje. Dwadzieścia lat później policja znajduje błąkającą się kobietę, która twierdzi, że uciekła potworowi z "lasu". Detektyw Henderson jest przekonana, że te dwie sprawy coś łączy. Kiedy odnalezione zostaje kolejne ciało jest już przekonana, że tajemnicze monstrum z lasu jest człowiekiem z krwi i kości. 

Jak mówią "każda legenda ma w sobie ziarno prawdy". Psychopaci również znają bajki, byli kiedyś dziećmi, którym mama czytała do poduszki. Przyznam, że pomysł napisania książki o seryjnym mordercy, dla którego wzorem i inspiracją była postać z bajki jest przerażający. Takie historie mają straszyć naszych podopiecznych, grać na ich uczuciach, zmuszać do posłuszeństwa. Ich celem nie jest przerażanie. Zarówno my rodzice, jak i dzieci, choć zdadzą sobie z tego sprawę dopiero w pewnym wieku, wiedzą, że jest to tylko urban legend. Umyjemy zęby czy posprzątamy pokój i już Kościuch nie przyjdzie, A nawet jak będziemy troszkę niegrzeczni to i tak mama nas obroni. A co jeśli Kościuch jest prawdziwy? Co jeśli to nasza mama stanie się jego ofiarą? Jeśli zwykły straszak na drobne nieposłuszeństwa okaże się prawdziwym horrorem? Swoja drogą długo się zastanawiałam czy ta książka w wersji typowej powieści grozy miałaby inny, może nieco głębszy wymiar? Zastanawia mnie dlaczego autor powołał Kościucha do życia, ożywił legendę, pozbawił go mityczności zamiast postawić na przenikanie się dwóch światów : tego rzeczywistego, który znamy, z tym mrocznym światem naszych koszmarów. Do właśnie takich książek przyzwyczaił mnie Stephen King. Na tym samym pomyśle bazowała świetna produkcja Netflixa, "Stranger Things". Oczywiście thriller również jest gatunkiem, po który sięgam chętnie, jednak przez cały czas lektury czekałam na coś, co wiedziałam, że nie nastąpi, na prawdziwego Kościucha.

Już zdążyłam się przyzwyczaić, że detektywi w powieściach wszystkich gatunków, to zazwyczaj osoby pokrzywdzone przez los, nękane przez demony lub po prostu tacy którym nie wyszło (w życiu, miłości, kartach, wpisz odpowiednie). Również Louise Henderson to osoba, która ma przeszłość przez duże P. To typowy samotnik. Jej jedynym przyjacielem jest partner (oczywiście ten w pracy) Paul Shipley. Często zadawałam sobie pytanie czy Louise jest odpowiednią osobą na odpowiednim miejscu. Pomimo całego współczucia, którym ją obdarzyłam, niestety nie udało mi się wzbudzić do niej sympatii. Mało tego. Zaczęłam się zastanawiać, co jest prawdą a co wymysłem detektyw Henderson. Oczywiście, przekonanie kogoś, że Kościuch nabrał ludzkich kształtów i pałęta się po lesie, kiedy za jedyny dowód mamy zbrodnię sprzed lat, może być zadaniem karkołomnym, jednak momentami mi się zdawało, że nasza pani detektyw posuwa się za daleko. I niestety spełnił się smutny scenariusz : jeśli nie zaskoczyło pomiędzy czytelnikiem a głównym bohaterem, to jest jedynie mały procent szans na to, że książka mi się spodoba. Co prawda czytałam z zainteresowaniem jednak bardziej było to skakanie z wątku na wątek niż prawdziwe zaangażowanie. Najbardziej jednak boli fakt, że "Złodziej kości" miał jeden z najbardziej mrocznych, przerażających i wywołujących dreszcze na karku, początków. Z ręką na sercu mogę przyznać, że pierwsze kilka stron wywołało u mnie głęboki niepokój. Niestety potem to uczucie stopniowo odpuszczało. Przy zakończeniu adrenalina delikatnie podskoczyła jednak nie był to skok spektakularny. Niestety książka ta była przegadana i nudnawa. Zabrakło tej iskry, która powinna cechować dobre kryminały. Było dziwnie, ale nic ponad to. Jest jedno angielskie słowo, które doskonale odda klimat tej powieści : creepy, co znaczy jednocześnie powolny i przyprawiający o gęsią skórkę. 

Luca Veste, zanim napisał tę samodzielną powieść, był autorem cyklu kryminalnego. Choć nie czytałam poprzednich książek to z przykrością muszę stwierdzić, że stworzenie dzieła pełnego i zwartego, niestety przewyższyło jego możliwości. Chociażby postać detektyw Henderson. Przez cały czas trwania powieści coś ukrywała, jakiś mroczny sekret, który do końca nie został odkryty. Wydawała się zimna i antypatyczna. Do tej pory nie wiem kim była nasza główna bohaterka i wiedząc że nie będzie kontynuacji, nigdy się tego nie dowiem. Na plus dodam, że osoby które znają Liverpool będą zachwycone. Widać, że jest to miasto, które autor kocha miłością szczerą i wielką (a szczególnie jego południową stronę). Przypomniał mi o miejscach, które odwiedziłam, anegdotkach, które usłyszałam i ludziach, którzy stamtąd pochodzą. Właśnie za  te parę przywołanych wspomnień ocena książki pójdzie o stopień wyżej. 

Zaczęło się z siłą wodospadu a skończyło ciurkaniem z kranu. Autor powieści wie co robi, ma świetny warsztat, słownictwo i potrafi oddać klimat powieści. Środek lasu był naprawdę środkiem prawdziwego, mrocznego, przerażającego lasu, niby blisko od cywilizacji a w rzeczywistości bardzo od niej daleko. Jednak zabrakło tutaj wigoru, wiarygodności, całość wydawała się rozlazła. Zabójstwa były przypadkowe, wręcz losowe, trudno było znaleźć jakiekolwiek połączenie pomiędzy ofiarami. I właśnie chyba tylko to, to poszukiwanie wspólnego środka, zmuszało mnie do przewracania stron. Polecam wytrwałym.


Tytuł : "Złodziej kości"
Autor : Luca Veste
Wydawnictwo : Filia
Data wydania : 25 kwietnia 2018
Liczba stron : 464
Tytuł oryginału : The Bone Keeper


Za możliwość przeczytania i zrecenzowania książki serdecznie dziękuję wydawnictwu : 


http://www.wydawnictwofilia.pl/


"Naznaczona" Adelia Saunders

"Naznaczona" Adelia Saunders

Jak tylko przeczytałam, że główną bohaterką "Naznaczonej" jest dziewczyna, która widzi tajemnicze napisy na ciele innych ludzi, poniekąd opowiadające ich historię, to już wiedziałam, że w moje ręce wpadła interesująca powieść oparta na oryginalnym pomyśle. Odrobina magii, ciekawi, dobrze rozwinięci bohaterowie, tajemnica z przeszłości a na dokładkę wspaniały Paryż sprawiły, że książka Adelii Sounders trafiła prosto do mojego serca. Dodatkowym plusem była warstwa psychologiczna książki. Autorka zadawała pytania, skłaniała do przemyśleń i wyciągania wniosków. Takie połączenie rozrywki z grą umysłową lubię najbardziej. 

Magdalena obdarzona została nietypowym darem. Widzi napisy na ciele innych ludzi. Są to szczegóły z życia, zarówno banalne jak i te istotne : imiona, daty, wydarzenia a nawet godziny śmierci. Pewnego dnia, w Paryżu, poznaje Neila, u którego dostrzega wypisane na policzku swoje imię. Mężczyzna, zauroczony urodą Magdaleny, zakochuje się. W stolicy Francji przebywa również ojciec mężczyzny, który przyjechał odkryć prawdę o swojej zmarłej matce, słynnej pisarce. Pewnego dnia drogi całej trójki krzyżują się. 

Bohaterowie, bohaterowie i bohaterowie. To właśnie oni są najmocniejszych ogniwem tej powieści. Jak widzicie po opisie, mamy tutaj do czynienia z nietypową, bo z elementami magii, powieścią obyczajową, a jak wiadomo książki tego gatunku raczej nie słyną z szybkości akcji czy mnogości jej
zwrotów. W zamian za to dostaliśmy powieść wielowątkową, której akcja rozwija się powoli jednak w dość nieoczekiwanym kierunku. Autorka posłużyła się tutaj metodą małych kroczków. Powolutku dokładając puzzel do puzzla wyłania nam się obraz większej całości widziany z trzech perspektyw. Każdy z naszej trójki bohaterów czegoś szuka, pozostaje pytanie : czy uda im się to znaleźć?
Zdecydowanie najbardziej barwną i wywołującą emocje postacią była Magdalena. Jeśli ktoś by mnie spytał, co do niej poczułam, już podczas pierwszego spotkania, to bez wahania bym powiedziała, że współczucie. Wyobraźcie sobie, że posiadacie dar (lub przekleństwo) widzenia wypisanych na skórze innych, wyrazów. Jeśli to nazwa miejsca, imię ukochanej osoby czy data ważnego wydarzenia to jest wam łatwo przejść nad tym do porządku dziennego. Gorzej jeśli napis opowiada historię smutną bądź przerażającą. Wyobraźcie sobie, że na klatce piersiowej waszego męża lub żony widnieje data jej śmierci i nie możecie zrobić nic żeby temu zapobiec. Kochacie wiedząc, że wasze szczęście będzie krótkotrwałe. Zamiast na miłości skupiacie się na odmierzaniu czasu do tej strasznej godziny zero. Magdalena miała wyrzuty sumienia po śmierci przyjaciółki. To właśnie siebie obwiniała za to co się stało. Wie, że mogła zapobiec tragedii, przecież miała wypisane wszystko czarno na białym. Historia Magdaleny to próba odnalezienia spokoju duszy, otrząśnięcia się po tragicznych wydarzeniach. Kobieta nienawidzi daru z którym przyszło jej żyć. Czuje się naznaczona, wyobcowana, a wszechobecne wyrazy pogłębiają jej paranoję. Pewnego dnia przestaje nosić, zalecone przez lekarza okulary. W konsekwencji słowa są rozmazane. Świat również. Jednak woli pozbawić otoczenia szczegółów a zachować zdrowie psychiczne. Droga Magdaleny to droga trudnych wyborów. 
Postać Neila, najsłabsza w całej książce, wydaje mi się przerysowana, momentami karykaturalna. Owszem jego też pokochałam jednak z większym dystansem i przymrużeniem oka. Oczywiście każdy z nas wie, że istnieje coś takiego jak miłość od pierwszego wrażenia. Co prawda 99 procent ludzkości nigdy tego nie doświadczy ale możemy się cieszyć szczęściem tego jednego procenta. Jednak czy człowiek, nawet ten co się momentalnie zakochał, od razu traci rozum? Na przykładzie Neila widać, że istotnie tak się dzieje, bo chłopak przemierza pół Europy, by stanąć u drzwi kobiety, którą widział raz w życiu. Nieprawdopodobne jest to o tyle, że posiadał jej numer telefonu więc zamiast jechać w ciemno mógł się przecież umówić? Takich "spontanów", jak przystało na rasowego studenta historii, jest tutaj o wiele więcej, co daje czytelnikowi okazję się przyzwyczaić.
I oczywiście Richard. Jego historia opowiedziana jest w pierwszej osobie i to właśnie on jest tak naprawdę głównym bohaterem powieści. W tej części autorka mogła się pochwalić lirycznością swojego języka, znakomitym warsztatem i stylem. Richard przeżywa swoje dzieciństwo,brak obecności matki, która nawet "nigdy na niego nie spojrzała". Od razu po porodzie wyjechała do Paryża by brylować na salonach i pławić się w blasku reflektorów. Dla dla nich były jej uśmiechy i uwaga. Dorosły już mężczyzna przyjeżdża do Paryża w poszukiwaniu fotografii buta. Znalezienie trzewika z jego odległych wspomnień ma mu udowodnić, że jego matka choć raz wróciła do domu. Widział ją siedząc pod stołem i patrząc na czerwone pantofelki. Dlaczego wróciła? Czemu siedziała z ciotką przy kuchennym stole? Jaką tajemnicę skrywa ta scena? Muszę powiedzieć, że czytając historię Richarda płakałam. Ból odrzucenia przez matkę musi być niewyobrażalny. Sama mam dwie córki i kiedy starsza wyjeżdża do dziadków to mam wrażenie, że w walizce zabrała cząstkę mnie. Nie wiem jak można odwrócić się od własnego dziecka, zostawić na pastwę krewnych czy domu dziecka. Pozwolić by widziało cię w gazetach, w objęciach innych. Książka z pewnością dostarczyła mi masę emocji i niektóre z nich do głębi mnie poruszyły.  

Trzeba zaznaczyć, że "Naznaczona" jest lekturą dla dorosłych, dojrzałych czytelników, ze względu na zawarte w niej szokujące treści, nieodpowiednie dla młodszych odbiorców. Próby samobójcze, napaści na tle seksualnym, inwigilacja-to właśnie te tematy stanowią tak zwane "mięso" powieści. Sam "dar" Magdaleny zajmuje w książce dość mało miejsca, odnosi się głównie do wydarzeń z przeszłości oraz połączeń pomiędzy poszczególnymi bohaterami. "Naznaczona" to kompleksowa powieść przypominająca swoją budową "Atlas Chmur". Mamy tutaj bardzo dużo odnośników do przeszłości, czasem wręcz odnosiłam wrażenie, że bohaterowie wprost są w niej zakotwiczeni. Wprost nie mogłam uwierzyć, że fabuła toczy się w 2008 roku bo nie ma tutaj nic z wszechobecnej nowoczesności. Pomimo pięknej okładki, która stwarza wrażenie, że mamy będziemy mieć do czynienia z lekką powieścią kobiecą, książka ta jest naprawdę trudna, depresyjna jednak niezwykle ważna i szlachetna. To rzecz, nad którą trzeba przysiąść, zadumać się. To przede wszystkim wspaniała książka o ludziach i ich wewnętrznych przemianach. Już dawno nie spotkałam się z tak dobrze przedstawionymi profilami psychologicznymi postaci i ich metamorfozami. Dlatego jeszcze raz przypomnę : bohaterowie, bohaterowie, bohaterowie. 

Jeśli uważacie, że ze względu na szczególny, magiczny dar naszej głównej bohaterki, wolicie sobie tę lekturę odpuścić bo jest zbyt "fantastyczna" to robiąc tak bardzo dużo stracicie. Widzenie słów potraktujcie jako osobliwy dodatek, motor całej powieści a nawet jej symbol. Jednak to nie on jest tutaj ważny tylko wędrówka naszych bohaterów ku wolności i szczęściu. "Naznaczona" to złożona, dobrze napisana choć nieco "przypadkowa" powieść o miłości, stracie i odkrywaniu tego kim naprawdę jesteśmy. Polecam wymagającym czytelnikom. Zdecydowanie była to jedna z piękniejszych przeczytanych przeze mnie w tym roku książek. 


Tytuł : "Naznaczona"
Autor : Adelia Saunders
Wydawnictwo : Wydawnictwo Kobiece
Data wydania : 13 lipca 2018
Tytuł oryginału : Indelible 


Tę oraz wiele innych, wspaniałych pozycji kupicie tu : 

https://www.taniaksiazka.pl/
 
"Bambi" Mons Kallentoft, Marcus Lutteman

"Bambi" Mons Kallentoft, Marcus Lutteman

     "Bambi" to trzecia książka znakomitego szwedzkiego cyklu o Zacku Herry. Ci co śledzą mój blog dobrze wiedzą, że poprzednie części podbiły moje serce a Mons Kallentoft i Marcus Lutteman znaleźli się w czołówce moich ulubionych skandynawskich pisarzy i zdecydowanie są najlepszym autorskim duetem w gatunku powieści kryminalnych.  Kolejny raz ta dwójka stanęła na wysokości zadania i w moje ręce trafiła naszpikowana akcją powieść. Jeśli lubicie kiedy czytając książkę czujecie się jak w kinie to "Bambi" będzie pozycją dla was. Narkotyki, oszustwa, zemsta i morderstwa, wszystko to co charakteryzuje dobry thriller zostało zebrane pomiędzy tymi dwoma okładkami. 

Kiedy policjanci trafiają na miejsce zbrodni ich oczom ukazuje się z goła surrealistyczny widok. Wygląda na to, że hedonistyczna impreza młodych bogaczy zamieniła się w krwawą jatkę. Kiedy kolejny raz dochodzi do masowego samobójstwa wciąż nie odnaleziono żadnych tropów. Do akcji wkracza Zack Herry, który uważa, że tajemnica samobójstw tkwi w małych różowych tabletkach z Bambim. Choć dotknięty osobistą tragedią detektyw rzuca się w wir śledztwa. 

Trzeci tom cyklu inspirowany jest mitem o łani kerynejskiej, której odnalezienie i schwytanie było trzecią pracą Herkulesa (według niektórych źródeł czwartą). Trzeci tom i trzecie zadanie? Zapowiada się ciekawie. Co prawda upolowane przez greckiego herosa zwierzę uciekło zanim trafiło do menażerii króla Eurysteusza ,jednak sam fakt, że Herkulesowi (bądź też Heraklesowi) udało się dokonać niewykonalnego świadczy o jego sprycie, inteligencji i przebiegłości. Czy Zackowi i tym razem uda się rozwiązać zagadkę? Czy podobnie jak w greckim micie sprawcom uda się uciec? Choć zakończenia wam nie zdradzę to muszę powiedzieć, że droga do niego jest niezwykle długa, wyboista i intensywna. Jak czytam książki dwójki naszych autorów to odnoszę wrażenie, że sam proces twórczy sprawia im wiele przyjemności. Wyobrażam sobie dwóch mężczyzn w sile wieku siedzących przy kawiarnianym stoliku, raczących się dobrą whisky i prześcigających się w wymyślaniu coraz to nowych wątków akcji i coraz brutalniejszych zbrodni. Choć Skandynawia jest kolebką kryminału i to właśnie stamtąd Europę zalewa fala morderczych opowieści, to muszę przyznać jest to również kraina gdzie pomysły rosną na drzewach. Bo stworzyć coś oryginalnego w czasach kiedy często mam wrażenie, że wszystko już zostało napisane, jest czymś niezwykle trudnym. Naszym autorom się udało i "Bambi" jest oryginalną, ciekawą powieścią, doskonałym przedstawicielem swojego gatunku. Kryminał szwedzki nie bez powodu nazywany jest "kobiecym". W tym wypadku ta kobieta ma naprawdę wielkie, mówiąc kolokwialnie, cochones. Autorzy nie boją się używać języka, nawet tego rynsztokowego i wychodzą z założenia, że jeśli czytelnik sięga po thriller,  musi liczyć się z tym, że może natrafić na krwawe opisy zbrodni lub ich miejsc. To z pewnością nie jest książka dla małych dziewczynek. 

Muszę przyznać, że w tej części cyklu rozbudowana została również warstwa obyczajowa. Doskonale znamy przeszłość Zacka. Jeszcze kilka lat wcześniej był ćpunem i bawidamkiem, wylądował na dnie, jednak dzięki pomocy narzeczonej udało mu się wrócić do ludzi. Postanowił się zmienić, dla dobra swojego i dziecka, które jest w drodze. Pewnego dnia wydarzyła się tragedia, która sprawiła, że mężczyzna kolejny raz się załamuje. Wraca do narkotyków. Co prawda jest ktoś kto wyciąga do niego pomocną dłoń, jednak nasz bohater nie wie czy powinien z niej skorzystać. Jedyną rzeczą, która sprawia że ma wystarczający powód do wstania z łóżka, jest pragnienie zemsty. Zemsty za wydarzenie sprzed lat. Podsumujmy. Mamy tutaj zbiorowe samobójstwo młodych ludzi, którzy wcześniej wzajemnie okaleczyli własne ciała, tragedię rodzinną Zacka, porachunki z przeszłości i matkę, która tak naprawdę okazuje się oszustką. Śmiało można powiedzieć, że gdyby nie prawdziwie mocny wątek kryminalny to mielibyśmy do czynienia ze szwedzką telenowelą. I właśnie to miałam na myśli mówiąc, że będzie intensywnie.  Mi to odpowiada. Lubię jak się dużo dzieje. Przyzwyczaiłam się do tego, że detektywi w powieściach kryminalnych to zazwyczaj ludzie z problemami natury różnorakiej. Natłok wątków pobocznych w przypadku cykli książkowych nie razi a wręcz sprawia, że czytelnik czuje się zobowiązany sięgnąć po kolejny tom. Bo oczywiście pewne wątki nie zostały pociągnięte do końca. Czytelnikom, którzy mają ochotę na spotkanie z Zackiem również polecam trzymać się porządku chronologicznego, gdyż tylko wtedy dostaniecie pełen obraz sytuacji i okoliczności. Poznacie również naszego bohatera z każdej strony, i tej złej i tej troszkę lepszej.

Dużą rolę w książce (jeśli w ogóle nie bohatera pierwszoplanowego) stanowią narkotyki. I to  pastylki szczególne, z podobizną słodkiego, znanego z bajek i książek jelonka. Swoją drogą czy tylko mi się wydaje, że producenci używek poszli o krok za daleko? Doskonale wiadomo, że większość narkotyków, napojów wyskokowych czy innych używek trafia do młodych ludzi. A młodzież niestety kupuje oczami. Im bardziej się błyszczy, im ładniej wygląda, bardziej kolorowo, designersko, tym ma większe wzięcie. Stworzenie tabletki z podobizną Bambi jest grą na uczuciach potencjalnego kupca. Wizerunek jelonka ma mu przypomnieć o przyjemnych chwilach z dzieciństwa i dać obietnicę, że producent dołożył wszelkich starań, by za sprawą narkotyku mógł się przenieść w czasie i na powrót stać beztroskim dzieckiem. I choć jest to fikcja, to podobnych przykładów jest bez liku. Smakowe wódki, pachnące papierosy w przyciągających wzrok opakowaniach, hipnotyzujące,barwne kolory "legalnych" dopalaczy. Aż strach pomyśleć, że nawet na czarnym rynku trzeba walczyć o klienta, naprawdę konkurencja jest aż tak wielka? Boimy się jaki będzie następny krok producentów i dilerów. Czym jeszcze będą kusić nas i nasze dzieci, i co najważniejsze czy uda nam się obronić przed tą zmasowaną perswazją romansującą z naszym sentymentem?

Cykl o Zacku Herry w oryginale brzmi Herkulesserien i odnosi się do mitycznego, rzymskiego herosa. Znany był on z tego, że wyrocznia delficka nałożyła na niego karę za wymordowanie rodziny. Kara ta składała się z 12 prac, których wypełnienie miało przewyższyć siły jednego człowieka. Chciałabym by cykl ten, podobnie jak prace Herkulesa, składał się również z dwunastu części. Jak na na razie każda kolejna jest lepsza od poprzedniej więc jest spore prawdopodobieństwo, że ostatnia okaże się czytelniczą Nirvaną. Jeśli jeszcze nie zaczęliście swojej przygody z Zackiem to zachęcam do szybkiego nadrobienia zaległości.  

Tytuł : "Bambi"
Autor : Mons Kallentoft, Marcus Lutteman
Wydawnictwo : Rebis
Data wydania : sierpień 2018
Tytuł oryginału : Bambi


Za możliwość przeczytania i zrecenzowania książki serdecznie dziękuję wydawnictwu :


https://www.rebis.com.pl/
 
"Małgośka" Anna Nejman

"Małgośka" Anna Nejman

     Jako matka pracująca na emigracji, lubię czytać książki o losach ludzi, którzy zdecydowali się, podobnie jak ja,  opuścić swój kraj by szukać szczęścia gdzie indziej. W przypadku Małgośki była to nie do końca jej decyzja, jednak będąc już na miejscu usamodzielniła się i wzięła stery w swoje ręce. Książka ta skłoniła mnie do przemyśleń nad losem emigrantów. Historie "uciekinierów" w większości są do siebie podobne. Z początku jest wielka tęsknota za domem, strach, chaotyczne poszukiwanie pracy i nowych przyjaciół, uciecha z pierwszych zarobionych pieniędzy. Stopniowo nowe miejsce staje się nowym domem, już nie przeliczamy euro czy dolarów na złotówki, nie planujemy wakacji w Polsce, bo przecież trzeba odwiedzić rodzinę, nie porównujemy systemu nauczania "tu" i w Polsce, myśląc o edukacji naszych pociech. Patrząc na Maryśkę, tak naprawdę widziałam siebie. Dziękuję Annie Nejman, za wzięcie mnie w tę sentymentalną podróż, naprawdę dużo dla mnie znaczyła. 

Wychowana w małej, polskiej wsi Anna, po ukończeniu 20 roku życia wyjeżdża do Stanów Zjednoczonych. W wyniku przeprowadzonych testów okazuje się, że jako jedna z nielicznych osób w rodzinie, może być dawcą szpiku dla chorego na białaczkę stryja. Kiedy pojawia się w Trenton, w hrabstwie Delaware, okazuje się że jej wujostwo już tam nie mieszka. Bazyli umarł nie doczekawszy przeszczepu a dom został wystawiony na sprzedaż. Czy dziewczyna poradzi sobie sama na obcej ziemi? 

Tak naprawdę "Małgośka" to historia nie jednej a dwóch kobiet. Tytułową bohaterkę poznajemy poprzez pisarkę Elizę, która zbiera materiały do nowej książki. Zainspirowała ją postać swojej przyjaciółki, kobiety dla której "amerykański sen" nadal trwa jednak nie zawsze przybiera kolorowe barwy. Druga historia to właśnie opowieść o Elizie i jej amerykańskim mężu. Również ich związek nie jest bajkowy. Poznali się mając oboje prawie 50 lat. Po krótkim okresie narzeczeństwa stanęli na ślubnym kobiercu. Mając 48 lat Eliza urodziła swoje pierwsze dziecko Dustina. Drugi z braci bliźniaków zmarł jeszcze w łonie matki. Sama urodziłam swoje córki, mając ponad trzydzieści lat i wiem, że granica wieku kobiet decydujących się na posiadanie dzieci idzie coraz bardziej w górę. We Włoszech przekroczyła 35 lat. Decyzję  na zajście w ciążę praktycznie na progu menopauzy jedni nazwą odwagą a inni głupotą. Faktem jest, że rodzicom "późnych" dzieci często trudno jest pogodzić się z nowym stanem rzeczy. Tak było w przypadku naszych głównych bohaterów a śmierć jednego z chłopców jeszcze bardziej pogłębiła uczucie rozpaczy i zagubienia. Małżeństwo stopniowo zaczęło się od siebie oddalać. Połóg uniemożliwiał zbliżenie fizyczne, śmierć i żałoba psychiczne. Na horyzoncie pojawiła się kobieta z przeszłości, symbol wolności i czasów, kiedy Lenny był odpowiedzialny tylko i wyłącznie za siebie. Z jednej strony na mężczyznę czekała w domu kochająca żona a z drugiej gorąca kochanka, która nie pragnie nic więcej oprócz łóżkowej przygody. Czy starczy mu sił by dotrzymać małżeńskiej przysięgi? Analizując tę historię muszę przyznać, że zabrakło mi tutaj głębi. Owszem autorka opowiada o uczuciach, jednak nasi bohaterowie nie okazują sobie tej miłości. Tak naprawdę czytelnikowi jest obojętne czy dojdzie do zdrady czy nie, gdyż zdrada boli tylko wtedy gdy mamy do czynienia z prawdziwym uczuciem. Tutaj widziałam jedynie dwójkę skupionych na sobie, walczących z depresją osób, którzy na siłę starają się naprawić związek, popełniając przy tym masę błędów. Zachowywali się stereotypowo i muszę przyznać, że do końca nie wiem czy im się udało wyjść na prostą czy odpuścili. Tak naprawdę ta książka jest prequelem wydanej wcześniej powieści "Migdałowy aromat", więc może to właśnie z niej dowiem się czegoś o ich dalszych losach i samym miejscu zwanym "Ustroniem"?

O wiele ciekawsza była historia Małgośki. Tutaj co prawda jest więcej żaru, uczuć i akcji jednak często odnosiłam wrażenie, że autorka się zagalopowała. Podczas lektury parokrotnie miałam ochotę powiedzieć :"really"? Emigracja jest dla mnie chlebem powszednim. Za granicą mieszkam ponad 10, znam ludzi, którzy żyją tu jeszcze dłużej. Wyjechałam z Polski w wieku 23 lat i, podobnie jak naszej książkowej bohaterce, by zacząć godne życie na obczyźnie skorzystałam z pomocy rodaków. Muszę jednak przyznać, że nie wszyscy okazali się być tak uczciwi. Poznałam również parę osób, które z chęcią by mi wbiły nóż w plecy. Oczywiście jeśli by się z tym wiązały jakieś korzyści. Małgośka widać jest w czepku urodzona gdyż na jej drodze pojawiają się sami dobrzy ludzie. Można wręcz powiedzieć, że jak tylko dziewczyna napotyka na jakiś problem to od razu pojawia się Polak chętny go rozwiązać. Nie ma mieszkania? Pstryk i jest. Nie ma pracy? Pstryk i jest. Ta magia działała również na zwykłe codzienne czynności jak skombinowanie puszki sardynek czy podwózkę do pracy. Prawdziwy amerykański sen tylko w o niebo mniejszej skali. Oczywiście nasza bohaterka jak przystało na dziewczynę z małej, polskiej wsi, wpakowała się po uszy w kłopoty jednak nawet spotkanie z rosyjską mafią nie wyczerpało jej limitu szczęścia. Gdzieś w połowie książki zaczęłam się zastanawiać dokąd to wszystko zmierza. Wiadomo, książki obyczajowe mają to do siebie, że ich fabuła skupiona jest na życiu codziennym, opowiadają historię większej całości. Gdyby tę powieść przyrównać do uwielbianych  przez Lennego gołąbków, to określiłabym, że zabrakło w nich farszu. Cały wypłynął podczas gotowania. Owszem poznaliśmy nasze bohaterki i ich historie jednak nie było tutaj nic co by mnie wzruszyło, zachwyciło czy chociaż zjeżyło włoski na karku. Myślę, że znam sporo innych opowieści, i to z życia wziętych, z których dałoby się zrobić bardziej "mięsistą" książkę.

Choć sama historia mnie nie zachwyciła to muszę przyznać, że Anna Nejman, absolwentka warszawskiego Wydziału Chemii UW i poetka, posługuje się łatwym w odbiorze językiem, który sprawia że powieść czytało się sprawnie, szybko i z uwagą. Nie brak tutaj humoru (choć wątki wyśmiewające biedną dziewczynę z prowincji, która nie potrafiła odróżnić suszarki od pralki są już raczej żartami z długą brodą) a całość utrzymana jest w lekkim typowo wakacyjnym stylu. Można zauważyć, że książka została napisana przez osobę, która od wielu lat mieszka w Stanach Zjednoczonych. Czuć tutaj tę pasję i miłość do tego wielkiego kraju, chęć podzielenia się drobnymi ciekawostkami i wielkimi odkryciami. Moim zdaniem autorka miała naprawdę dobry pomysł. Niektóre wątki rozwijały się bardzo swobodnie i naturalnie, jak przystało na powieść obyczajową, jednak zabrakło tutaj tej iskry, która powinna pchać fabułę do przodu. 

"Małgośka" to powieść dla tych, którzy mieszkają lub mieszkali za granicami naszego pięknego kraju. Czytelnicy Ci poczują się jak w krzywym zwierciadle ich własnych historii, dostrzegą w oczach naszej tytułowej bohaterki ich samych, kiedy pierwszy raz postawili stopę na obcej ziemi. Dla mnie ta książka miała o wiele większy wymiar sentymentalny niż rozrywkowy. Obudziła wspomnienia, wywołała potrzebę przejrzenia albumów ze zdjęciami. Też kiedyś byłam taką Małgośką a mój amerykański sen trwa nadal, choć na europejskiej ziemi. 

Tytuł : "Małgośka"
Autor : Anna Nejman
Wydawnictwo : Zysk i S-ka
Data wydania : 16 lipca 2018


Za możliwość przeczytania i zrecenzowania książki serdecznie dziękuję wydawnictwu :


http://www.zysk.com.pl/
 

"Bez przeszłości" Keith Donohue

"Bez przeszłości" Keith Donohue

     Zabawki, pacynki, maskotki, marionetki.. tak się składa, że dzięki uprzejmości, dwóch pociech w wieku przedszkolnym, są one stałym elementem naszego domowego krajobrazu. Lalki Barbie bez włosów, wyleniałe miśki i masa innych pluszowych stworzeń wylewa się z plastikowych pojemników, wystaje zza kanapy i chowa pod poduszkami. Świat lalek kojarzy mi się ze słodkim czasem dzieciństwa. Jednak gdzieś w głębi duszy pozostało wspomnienie, że to właśnie klown z powieści Stephena Kinga był moim największym dziecięcym koszmarem. "Bez przeszłości", choć jest to powieść o miłości, napawa nas lękiem. Czy to aby naprawdę zaskrzypiała podłoga? Czy ta lalka tam leżała jeszcze godzinę temu? Podczas czytania na wierzch wypłynęły moje wszystkie "zaleczone" lęki a sam rzut oka na tę przerażającą okładkę, sprawiał, że włoski na rękach stawały dęba. I to właśnie lubię.

Theo wraz z Kay, kochające się, młode małżeństwo, wyjeżdżają do kanadyjskiego Quebecku, gdzie kobieta dostała posadę akrobatki w sezonowym cyrku. Theo, akademicki wykładowca i tłumacz z francuskiego, wykorzystuje miesiące urlopu na pracę nad książką o życiu znanego fotografika. Pewnego wieczoru Kay nie wraca do domu. Ostatnim miejscem gdzie była widziana jest restauracja, w której wraz z przyjaciółmi oblewała sukces przedstawienia. Od tamtego czasu słuch po niej
zaginął. Jednak Kay nie zniknęła. Wracając do domu uciekała przed tajemniczym prześladowcą i schroniła się w sklepiku ze starymi zabawkami. Kiedy dotknęła jednego z eksponatów straciła przytomność. Obudziła się w ciele lalki w towarzystwie kukiełek z całego świata, które od tej pory miały stać się jej nową rodziną. 

Choć "Bez przeszłości" zaliczane jest do thrillerów, a nawet horrorów, to tak naprawdę jest to przesycona realizmem magicznym powieść o miłości. Taka współczesna odsłona mitu o Orfeuszu i Eurydyce. Zaślepiony miłością mężczyzna zstępuje do piekieł by żałosną pieśnią wybłagać u władcy podziemi powtórne życie dla swojej wybranki. Oczywiście każdy z nas wie jak się kończy opowieść o trackich kochankach. Mit o Orfeuszu i Eurydyce jest częstym wątkiem w operze i innych gatunkach muzyki poważnej. Z pewnością to właśnie on zainspirował naszego autora.  Kay i Theo są młodym małżeństwem a ich związek jeszcze nie zdążył przesiąknąć rutyną. Oboje wywodzą się z artystycznego światka i choć pełni przeciwieństw doskonale się uzupełniają. Starszy od kobiety Theo z przymrużeniem oka traktuje jej szczeniackie wyskoki. Dla niego Kay jest sensem istnienia, jedyną kobietą na świecie. Wystarcza mu samo patrzenie na nią i świadomość, że jest obok niego, zasypia i budzi się u jego boku. Theo jest owładnięty demonami zazdrości, boi się że atrakcyjna dziewczyna pewnego dnia odfrunie. Kay to wulkan namiętności. Jej życie to ciągła pogoń za marzeniami. Nie boi się nowych wyzwań. Jest niczym rajski ptak, który nigdzie nie potrafi zagrzać miejsca. Troszkę szalona, niezwykle odważna i zakochana w ten "zdrowy", normalny sposób. Daje swojemu ukochanemu przestrzeń życiową i w zamian oczekuje tego samego. Kiedy Kay znika przed oczami mężczyzny przewijają się same najczarniejsze scenariusze, jednak żaden z nich nie przewiduje tego, że kobieta zamieniła się w poruszaną sznurkami kukłę. W poszukiwaniach ukochanej pomaga mu karzeł z pobliskiego cyrku. Razem wpadają na trop lalkarzy z wystawy Quatre Mains, których marionetki wyglądają jak prawdziwe, "żywe" dzieła sztuki. 

Z pewnością jedną z najmocniejszych stron tej powieści jest jej szczególny klimat. Małe kanadyjskie miasteczko,jak przedstawia to sam autor, to malownicze miejsce, które bardziej pasuje do starej, kontynentalnej Europy niż skutej lodem północy Ameryki. Chodzące uliczkami Starego Miasta, przebrane za duchy postaci, małe, pachnące paloną kawą bistra, urocze, wypełnione ciepłem kominków sklepiki i mnóstwo turystów. W tak spokojnej i sielskiej scenerii zaginięcie młodej kobiety wydaje się wręcz nieprawdopodobne. Jednak autor nie zaplanował dla nas typowej zagadki kryminalnej (choć pojawiają się jej echa). Kay została porwana lecz wciąż jest blisko. Znajduje się na zapleczu sklepu, obok którego przechodzimy kilka razy dziennie. Lecz choćby krzyczała całą powierzchnią swoich płuc to i tak jej nie usłyszymy. Kobieta zmieniona została w lalkę, drewnianą marionetkę, wypchaną trocinami, w której zaklęta została ludzka dusza. I nie jest pierwszą, którą spotkał taki los. Budzi się wśród "zabawkowej" społeczności, z ciekawą hierarchią władzy, osobliwymi postaciami i swoim własnym małym światem. Lalki tworzą jedną wielką rodzinę, wcześniejsze życie jest dla nich przeszłością. Jeden mały pokój stał się całą galaktyką a na drodze do wolności stoi Królowa i jej straż przyboczna. Kay, choć pamięta kim była w przeszłości, dotknięta została częściową amnezją. Nie może sobie przypomnieć imion i twarzy bliskich. Powoli przestaje jej zależeć na powrocie do świata ludzi. Staje się niczym prawdziwa marionetka - podatna na wszelkie manipulacje. Muszę przyznać, że podczas lektury, towarzyszyło mi przeświadczenie, że lalki nie tylko fascynują naszego autora, są jego obsesją, tematem który zgłębił od A do Z. Muszę przyznać, że moja wiedza w tym temacie ograniczała się raczej do zabawek sprzedawanych w Smyku. Teraz wiem, że teatr lalek i lalkarstwo samo w sobie jest sztuką, która wymaga wielkiego talentu i umiejętności. 

Nie często się zdarza, że kupując jedną książkę, dostajemy w pakiecie cztery osobne historie. Theo poszukujący swojej żony, Kay próbująca się odnaleźć w świecie lalek, ich wspólna przeszłość oraz opowiadanie o pionierze kinematografii Eadweardzie Muybridge’u. To właśnie ten, zafascynowany ruchomymi obrazami artysta, z zimną krwią zabił kochanka swojej żony. I do tego został uniewinniony. Fascynujące. Jeśli spodziewacie się zwykłej historii o mężczyźnie poszukującym swojej ukochanej, to z pewnością będziecie zachwyceni odkrywając coraz to nowe warstwy tej skomplikowanej historii. Krytycy narzekają, że powieść ta pełna jest nieścisłości, niedokończonych wątków oraz brakuje jej spójnej i wyraźnej linii fabularnej. Jednym słowem o co tutaj chodzi? Moim zdaniem jest to książka o poszukiwaniu własnego ja. Zmiana naszej głównej bohaterki w marionetkę jest tak naprawdę metaforą jej dotychczasowego życia. Z wolnego, szalonego, sięgającego po narkotyki ptaka stała się żoną i kochanką. Wkrótce być może matką. Izolacja wśród zabawek pozwala jej na głęboką analizę własnego życia, przegląd swoich pragnień. Nie czujecie w niej miłości? A może nie kochała? Tkwiła w związku "wyproszonym", który podcinał jej skrzydła? Może paradoksalnie zamknięcie w świecie marionetek było dla niej wolnością?

Jedno jest pewne "Bez przesady" to zadziwiająca, oryginalna i magiczna książka, która zabierze was w świat własnych lęków i paranoi. To jedna z tych powieści, gdzie nie warto się zastanawiać dokąd nas to wszystko zaprowadzi. Zamiast tego delektujcie się wspaniałym językiem autora, wkroczcie w cudowny świat mitów i baśni rodem z twórczości Neila Gaimana. Nawet jeśli historia ta nie ma dla was sensu starajcie się ją potraktować jako bajkę dla dorosłych. Zobaczycie, jeśli odrzucicie wszystkie oczekiwania, otworzy się przed wami świat mrocznej magii i miłości. Polecam.

Tytuł : "Bez przeszłości"
Autor : Keith Donohue
Wydawnictwo : Prószyński i S-ka
Data wydania : 5 lipca 2018
Tytuł oryginału : The Motion Of Puppets



Za możliwość przeczytania i zrecenzowania książki serdecznie dziękuję wydawnictwu :


https://www.proszynski.pl/

Copyright © 2014 CZYTANKA NA DOBRANOC , Blogger