"Droga Jana" Dorota Danielewicz

"Droga Jana" Dorota Danielewicz

Często przeglądając facebooka natrafiam na posty przerażonych lecz jednocześnie zdeterminowanych rodziców, którzy proszą o pomoc finansową dla swoich, często śmiertelnie, chorych dzieci. Za każdym razem jak widzę smutne twarze tych aniołków to kręci mi się łza w oku. Czy zasłużyły sobie te maluszki na to by tak cierpieć? Na to by spędzić dzieciństwo w szpitalach, na lekach, na operacjach? Dlaczego los sobie z nich zakpił i odebrał możliwość doczekania dorosłości? W takich wypadkach zastanawiam się czy to rzeczywiście Bóg jest odpowiedzialny za to co nas spotka, czy też zwykły przypadek. "Droga Jana" opowiada historię pewnej rodziny, która od kilkudziesięciu lat walczy z chorobą. Jest ona centrum im małego wszechświata, punktem wyjścia dla wszystkich decyzji i stałą niezmienną, która wyznacza rytm życia. Ci, którzy nigdy nie mieli do czynienia ze śmiertelną chorobą, która powoli zabiera ich bliskich, nie mają pojęcia co to znaczy. Dorota Danielewicz przedstawia nam zupełnie inny od naszego świat, świat w którym każdy dzień ma znaczenie i wielką wartość...gdyż może być tym ostatnim. 

Dziś Jan ma 26 lat, a jego mama Dorota opisuje jego drogę. Wybrukowaną niepewnością w pierwszych latach po ataku galaktosialidozy (niezwykle rzadkie schorzenie przemiany materii – 80 przypadków na świecie). Przeplataną intensywnymi fascynacjami, m.in. grzybami, żółwiami czy Titanikiem. Prostą, a jednak wyboistą. Drogę , którą – chcąc nie chcąc – podążała cała jej rodzina, włącznie z młodszym synem, Aleksandrem.Intymna, szczera i odważna, a zarazem piękna i mądra opowieść matki o synu, który pewnego dnia niczym Oskar Matzerath z Blaszanego bębenka Gűntera Grassa podjął decyzję, że na zawsze zostanie dzieckiem. Recepta na odnalezienie szczęścia i spokoju – nie gdzieś i kiedyś, ale tu i teraz. 

Galaktosialidoza, jest chorobą tak rzadką, że nawet słownik podkreśla ją jako wyraz obcy a wszystkowiedzący Google, podaje nam szczątkowe informacje. Jedynie 80 osób na całym świecie dotkniętych zostało tym niezwykle rzadkim schorzeniem. Od dawien dawna wiadomo na jakiej zasadzie działa medycyna i przemysł farmaceutyczny. W aptekach dostępne są setki rodzajów lekarstwa na raka, cukrzycę czy też inne częste choroby XXI wieku. Ich skuteczność nie została w 100 procentach potwierdzona, jednak tysiące lekarzy, codziennie prowadzi nowe badanie kliniczne, opracowuje nowe formuły i patentuje nowe składy. Ponieważ duży odsetek światowej populacji choruje na nowotwory, rządy poszczególnych państw, organizacje charytatywne oraz sponsorzy, ładują pieniądze w przemysł farmaceutyczny. Natomiast jeśli chodzi o rzadkie choroby genetyczne, sytuacja jest zupełnie odwrotna. Badania kosztują tyle samo, opracowanie odpowiednich leków również wiąże się z ogromnymi nakładami finansowymi, więc jeśli będzie z nich korzystać zaledwie kilkadziesiąt osób, to się po prostu nie opłaca. No bo kto wyda miliony by uratować lub chociażby polepszyć życie tej garstki? Nikt. Niestety jest to smutne ale prawdziwe, a ludzie tacy jak Jan, są zaledwie kroplą w morzu istnień, która została zapomniana przez system. Muszę przyznać iż czytając tę książkę targały mną sprzeczne emocje. Z jednej strony byłam pod wrażeniem empatii i zaangażowania lekarzy, którzy choć bezsilni, starali się pomóc chłopcy, z drugiej jednak strony byłam oburzona na wszechobecną biurokrację, złośliwość systemu społecznego oraz znieczulicę, a czasem nawet głupotę, urzędników i pracowników aparatu państwowego. Moja ciotka od zawsze miała problemy z nerkami. Kilkadziesiąt lat temu doczekała się przeszczepu, jednak w wyniku operacji nastąpiły powikłania. Dziś, choć może samodzielnie chodzić, tak sprawia jej to trudność. Wystąpił u niej częściowy zanik mięśni, który powoduje że porusza nogami niczym osoba częściowo sparaliżowana. Jako posiadaczka pierwszej grupy inwalidzkiej moja ciocia została nominowana do otrzymania mieszkania socjalnego, o wielkości nie przekraczającej 25m2. Mieszkania się znalazło tylko...na piątym piętrze, bez windy. Na nic się zdały tłumaczenia, pokazywanie, listy i płacz. Na dany moment lokalu się nie da zamienić. Miasto uważa, że i tak zrobiło kobiecie łaskę i powinna dziękować a nie narzekać. Podobnie było w przypadku Jana i jego rodziców. Dzień po dniu, Ci zdesperowani i często już zmęczeni ludzie, musieli udowadniać że dwa plus dwa to nadal cztery. Do urzędników nie docierało to, w jakim stanie znajduje się chłopiec, ciągle żądali nowych diagnoz, nowych potwierdzeń i tony dokumentacji. Okazuje się, że najbardziej zacięta walka z chorobą wcale nie toczy się na salach operacyjnych lecz przy okienkach urzędów publicznych. Zawsze myślałam, że to tylko w Polsce dochodzi do takich kuriozalnych przypadków, jednak jak widać również nasi sąsiedzi zza zachodniej granicy rozbudowali sobie samonapędzającego się, biurokratycznego potwora, który zamiast logiką kieruje się zaprogramowanymi wytycznymi.

"Droga Jana" to książka o chłopcu, który nie miał szczęścia w loterii genetycznej. Ostatnio słyszałam historię dziewczyny, która po latach starań w końcu zaszła w ciążę. Ponieważ już była po trzydziestce lekarze skierowali ją na dodatkowe badania mające na celu wykluczenie wad i chorób genetycznych. Na samym początku wszystko było idealnie. Testy wychodziły pozytywnie, ciąża rozwijała się prawidłowo. Dopiero w 31 tygodniu, na rutynowym USG dziecka, okazało się że malutka cierpi na jedną z rzadkich chorób nerek, która jest typowa dla dzieci z Zespołem Downa. Kolejne badania markerów genetycznych odpowiednich dla tego zespołu potwierdziły diagnozę. Młoda matka była zrozpaczona...przez wiele tygodni oczekiwała zdrowego dziecka, a rzeczywistość się z niej zaśmiała. Podobnie było w przypadku Jana. Kiedy chłopiec się urodził nikt nie podejrzewał, że cierpi na niezwykle rzadką i nieuleczalną chorobę. Do czwartego roku życia rozwijał się jak normalne dziecko w jego wieku. Biegał, uczył się, śmiał, bawił z rówieśnikami i był ciekawy świata. Potem rozpoczął się fizyczny i umysłowy regres. Mięśnie zaczęły odmawiać posłuszeństwa i zapomniały do czego zostały stworzone, Jan zapominał słowa, aż w końcu przestał mówić. Wraz z biegiem lat zaczęła również zanikać komunikacja pozawerbalna. Dziś Jan ma 26 lat. Nadal żyje, jednak już nie chodzi i nie mówi. Czytając tę książkę zastanawiałam się czy droga Jana już się skończyła? Czy doszedł do momentu w którym jego życie zatoczyło pełne koło? Urodził się niczego nieświadomy i do tego stanu powrócił? Jest niczym duży noworodek, o którego trzeba się troszczyć, zatoczył pełny cykl życia i teraz pozostało jedynie postawić nad nim kropkę. Oczywiście, mi jako osobie postronnej bardzo łatwo jest o tym opowiadać. To nie ja towarzyszyłam Janowi w jego drodze, nie ja patrzyłam jak mężczyzna znika, jak z dnia na dzień coraz bardziej traci siebie. Nie ja musiałam go przewijać, podcierać, układać do snu, karmić i znosić złe humory. Ja jedynie o nim czytałam, polubiłam, współczułam i stałam się postronnym obserwatorem tej wędrówki. 

Wiecie co? Historia Jana, to tak naprawdę historia jego mamy, niezwykle silnej, zdesperowanej i cierpliwej kobiety, która poświęciła swoje życie dla dobra swojego syna. Muszę przyznać, że swoją postawą może stanowić wzór do naśladowania dla innych . Mając chore dziecko często możemy się załamać, wpaść w depresję, może to nas przytłoczyć i odebrać chęci do życia. Pani Dorota, choć niejednokrotnie płakała w poduszkę, to nigdy się nie poddała. Starała się wieść jak najbardziej normalne życie w nienormalnym, pełnym cierpienia świecie, byle tylko zrekompensować Janowi sytuację w jakiej postawił go los. Choć w swojej książce wspominała również o innych członkach rodziny, oraz o przyjaciołach, to tak naprawdę ona jest motorem, który to wszystko nakręca. 
"Droga Jana" to książka niezwykle smutna i wzruszająca, jednak znajdują się tutaj fragmenty które śmieszą i dają nadzieję. Okazuje się, że życie z nieuleczalnie chorą osobą nie musi być drogą przez mękę, są dni lepsze i gorsze, momenty pełne miłości i takie które błagają o wybaczenie, jednak warto to życie przeżyć tak by niczego nie żałować. 

"Droga Jana" to książka która musiała zostać napisana. Myślę, że gdyby autorka nie wyrzuciła z siebie swoich lęków i frustracji, miłości oraz wielu sprzecznych uczuć, to po prostu by wybuchła. Historia ta wręcz kipi od emocji. Nie mamy tu tylko i wyłącznie opisów dnia codziennego i walki z chorobą. Pani Danielewicz opowiada o swoich uczuciach, o tym jak ona sama reagowała na zmiany zachodzące w jej dziecko, jak powoli godziła się z sytuacją. Autorka nie zapomina o swoim drugim synu, Alexandrze, który głęboko przeżywa chorobą swojego brata i przez kilkanaście lat żył w jego cieniu, jako ten drugi. Teraz, już po skończonej lekturze, czuję ciężar na sercu. Myślę o tych wszystkich ludziach, którzy dzień w dzień walczą z przeciwnościami losu, modlą się do Boga o lepsze jutro. Pragnę by każdy z nich odnalazł w sobie nadzieję i siły, by się nie poddali. Niech Pani Dorota służy im za przykład gdyż jest prawdziwą wojowniczką. 


Tytuł : "Droga Jana"
Autor : Dorota Danielewicz
Wydawnictwo : Literackie
Data wydania : 22 stycznia 2019

 
 
 
Za możliwość przeczytania i zrecenzowania książki serdecznie dziękuję wydawnictwu :  




          
"Chmura" Claudia Pietschmann

"Chmura" Claudia Pietschmann

Jakiś czas temu moja mama zadzwoniła do mnie i powiedziała, że przeczytała jedną z wysłanych do mnie książek, nowość wydawnictwa Media Rodzina o tytule "Chmura". "Mamo, ale przecież Ty nie czytasz fantastyki"..."No niby tak, ale o tym że to science fiction to dowiedziałam się gdzieś w połowie książki" .. "No tak mamo, ale młodzieżówek też nie czytasz..." "Jak to nie? Przecież mam dwie dorastające wnuczki, trzeba trzymać rękę na pulsie, ale nie martw się książka była rewelacyjna...i wcale nie tak bardzo oderwana od rzeczywistości". Wierzcie mi jak moja rodzicielka coś poleca, to musi to być naprawdę dobre. Więc za jej radą nieco "przyśpieszyłam" "Chmurę" w kolejce i teraz siedzę szczęśliwa i nasycona naprawdę dobrą lekturą. 2019 rok skończył się dla mnie rewelacyjnie i widzę, że ta dobra passa nadal trwa. Książka Claudii Pietschmann jest rewelacyjnym debiutem literacki, wielowątkową i współczesną powieścią o świecie, miłości, dojrzewaniu i rodzicielstwie. I wierzcie mi, nawet Ci którzy nie przepadają za tym gatunkiem, będą zachwyceni. 

Paraliżująco realistyczny, porywający thriller dla młodzieży. Emma chyba się zakochała. Nikt nie rozumie jej tak dobrze jak poznany online Paul. Choć jeszcze nigdy nie spotkali się w realu, w sieci dzielą się najskrytszymi tajemnicami. Chłopak ma dla dziewczyny mnóstwo niespodzianek, które jest w stanie urzeczywistnić jednym kliknięciem. Problem w tym, że każda najmniejsza przysługa zaczyna niebezpiecznie przypominać osaczanie dziewczyny... Czy dla Paula Emma jest jedynym oknem na świat? Dlaczego chłopak nie chce się z nią spotkać? Co przed nią ukrywa? 

Emma jest typową, angielską nastolatką. Ma swoje zainteresowania, szkołę, grupkę przyjaciół i rodzinę, w której nie wszystko do końca się układa...i niby to jest takie typowe? Otóż tak, pamiętajcie, że żyjemy w czasach gdzie prawie połowa małżeństw się rozchodzi a jeszcze więcej przeżywa różnego rodzaju kryzysy i wojny. Można więc powiedzieć, iż separacja rodziców Emmy nie była niczym nadzwyczajnym. Jednak w życiu tej rodziny doszło do tragedii, które nie zdarzają się codziennie. Młodszy brat dziewczyny, zostawiony bez opieki, skoczył z dachu domu w którym mieszkali i się zabił. To właśnie to wydarzenie sprawiło, że więzi rodzinne zaczęły słabnąć. Kiedy pan domu spakował walizki, zaczęło się to czego doświadczają miliony dzieci na świecie...przeciąganie liny na swoją stronę. Ci, których rodzice się rozwiedli doskonale wiedzą o kim mówię. Dorośli by ich pociecha nie czuła się poszkodowana przez sytuację w jakiej postawili ją najbliżsi, zaczynają ją przekupować. Kupują nowe ubrania, zabawki, bilety na koncert, pozwalają na rzeczy na które nie zgodzili by się nigdy wcześniej. Nawet jeśli są to sprawy niebezpieczne, nieracjonalne i zupełnie nieodpowiednie do wieku dziecka. Książka ta rozpoczyna się od zaproszenia, które dostała Emma na imprezę urodzinową koleżanki z pracy. Rodzice , jeszcze wtedy razem, kategorycznie zakazują jej wyjścia. Było to dla mnie zupełnie niezrozumiałe (był to najgorzej rozegrany fragment książki), szczególnie że kilka dni później dziewczyna może jechać ze swoim kolegą kilkaset kilometrów na północ, do Szkocji, by odwiedzić jego babcię, gdzie sens i logika ? Nie ma...Może autorce chodziło o to by przedstawić jak bezsensowne i oderwane od rzeczywistości potrafi być decyzje dorosłych, którzy sami nie potrafią sobie poradzić z własnym życie. Rodzice Emmy zdecydowanie nie są wzorem do naśladowania, dlatego cieszę się iż stanowili zaledwie tło dla całej powieści. Nasza główna bohaterka to zdecydowanie co innego, jest klasą samą w sobie, jedna z najlepiej odmalowanych i stworzonych postaci literatury młodzieżowej. Jest w kimś w kogo mogę uwierzyć, wiarygodną narratorką. Emma jest nastolatką i to widać, żaden z czytelników nigdy by nie pomyślał, że mogłaby mieć więcej niż kilkanaście lat. Zachowuje się jak małolata, mówi jak małolata i jest podatna na wpływy. My dorośli, patrzymy na to co nas spotyka z perspektywy czasu i doświadczenia, młodzi nie mają tego bagażu doświadczeń więc są zdecydowanie bardziej porywczy i nieostrożni. Dlatego też nie dziwi fakt, że nasza bohaterka zakochała się praktycznie od "pierwszego kliknięcia". P:o dosłownie kilkunastu wymienionych zdaniach, zapragnęła jechać do Szkocji, poznać swojego interlokutora. Pewnie powiecie, że co w tym dziwnego, w dzisiejszych czasach większość związków zaczyna się przez internet. I będę musiała się z wami zgodzić, sama w końcu poznałam mojego partnera w sieci. Jednak miłość dorosłych nie jest w formie instant. Większość z nas nie wsiądzie w pierwszy autobus i nie pojedzie w nieznane, by spotkać kogoś z kim rozmawiało pięć razy na czacie. Nastolatki jednak tak robią i dziękuję autorce, że zwróciła na to uwagę. W mojej pracy zatrudnionych jest parę młodziutkich dziewczyn i czasem obserwuję to jak się zachowują w mediach społecznościowych. Większość ich życia rozgrywa się właśnie w wirtualu. Dlatego to co zrobiła Emma mnie nie dziwi , tylko przeraża, bo wiem że za kilka lat to samo może spotkać moją córkę. Młodość się rządzi swoimi prawami, nastolatkowie często ulegają chwilowym fascynacjom i nic nie jest w stanie ich powstrzymać... czasem ta frywolność może doprowadzić do tragedii, co udowodniła nam "Chmura".

Większa część akcji rozgrywa się w dość szczególnym domu. Zapewne dobrze wiecie, że w ostatnich latach postęp technologiczny przyśpieszył. Na rynku co parę miesięcy pojawiają się rzeczy o których istnieniu do tej pory nawet nie marzyliśmy. Wczoraj był u mnie w domu sprzedawca prądu, który oświecił mnie w kwestii inteligentnych żarówek, które mogę wyłączyć za pomocą telefonu... z ciekawości zerknęłam na ebay i okazało się, że takie cuda mogę kupić za grosze, co znaczy że wcale nie jest to najnowsza technologia. U Pietschmann mamy do czynienia ze smart domem, budynkiem który zna preferencje swoich mieszkańców, dba o ich bezpieczeństwo, spokój i szczęście. Światła same się zapalają, ogrzewanie włącza jak tylko spadnie poniżej danego poziomu, rolety opadają jak domownicy idą spać i wszyscy żyją "happy, ever, after". Myślicie, że to jest niemożliwe? Otóż proszę państwa, na naszym rynku już od ponad dziesięciu lat dostępne są inteligentne, samowystarczalne domy. Jeszcze chwila a zamienią się w fortece nie do zdobycia i tylko czekać na to, aż same zaczną nas pożerać. Muszę przyznać iż autorka nieco mnie przestraszyła...nie wiem czy po przeczytaniu tej książki będę miała kiedykolwiek ochotę na zamieszkanie w budynku, który sam się sobą zajmuje. Zresztą mam w pamięci film "Terminator" gdzie wszystko się zaczęło właśnie od tego, że daliśmy pole do popisu dla maszyn i one nie omieszkały tego wykorzystać. Oczywiście w tej książce nie mamy do czynienia z krwiożerczym domem, który próbuje zabić swoich mieszkańców, jednak pełni on ważna i wielce symboliczną rolę. 
Czyli co ? Jak zwykle za wszystko zło tego świata odpowiada czynnik ludzki ? Tutaj sytuacja jest nieco bardziej skomplikowana... bo tak naprawdę do końca nie wiadomo. Nie chcę zdradzać wam za dużo szczegółów tylko powiem, że będzie się działo. Będzie intensywnie, przerażająco, zaskakująco i ...dziwnie. Najgorsze jest to, że wiem iż przeczytałam książkę science fiction, jednak coś mi mówi, że za kilka lub kilkanaście lat to, co dziś jest dla nas nieprawdopodobne , będzie na porządku dziennym...mam wielką nadzieję, że nie doczekam takiej przyszłości. 

"Chmura" totalnie mnie zaskoczyła. Muszę przyznać, że do tej pory nie czytałam tak dziwnej, pokręconej a jednocześnie dającej do myślenia książki dla młodzieży. Oczywiście nie wszystko tutaj jest dopracowane w stu procentach, otoczenie (chociażby szkoła Emmy) to miejsca , które nie zostały praktycznie wykorzystane, podobnie jak gro postronnych bohaterów, jednak całość ma sens, zaskakuje czytelnika i sprawia mu frajdę. Sięgnęłam po tę powieść jak moje dzieci były w szkole. Musiała wysłać partnera by je odebrał gdyż nie byłam w stanie się oderwać. Nie oderwałam się również by zrobić obiad, pozmywać, wykąpać się czy poczytać córkom na dobranoc. Ta książka naprawdę sprawiła, że poczułam się jak wyrodna matka, ale co zrobić? Tak już czasem bywa, że lektura Cię zupełnie pochłonie. Całe szczęście udało mi się skończyć w jeden dzień, więc w kolejny wszystko wszystkim wynagrodziłam. 

Claudia Pietschmann umie pisać w sposób, który totalnie porywa czytelnika. Byłam pod wrażeniem jej wyobraźni i tego, że udało jej się stworzyć coś oryginalnego, mądrego i z zakończeniem , które daje nadzieję na to, że ludzkość nie zsuwa się po równi pochyłej. Z niecierpliwością czekam na kolejną książkę autorki. Myślę, że "Chmura" jest powieścią dla każdego i nawet Ci sceptycznie podchodzący do gatunku science fiction powinni się na nią otworzyć. Polecam.


Tytuł : "Chmura"
Autor : Claudia Pietschmann
Wydawnictwo : Media Rodzina
Data wydania : 16 październik 2019
Liczba stron : 400
Tytuł oryginału : Cloud 

 
 
Za możliwość przeczytania i zrecenzowania książki serdecznie dziękuję wydawnictwu : 
https://mediarodzina.pl/index.php



"Trzecia terapia" Danuta Chlupova

"Trzecia terapia" Danuta Chlupova

Portal lubimyczytac.pl przyporządkował "Trzecią terapię" do literatury obyczajowej i romansu, przez cały okres trwania mojej lektury zastanawiałam się, "dlaczego"? Owszem jest to książka gdzie pojawia się wątek miłosny, nawet nie jeden, jednak ma on zdecydowanie peryferyjny charakter. Moim zdaniem krytycy i recenzenci kategoryzując tę książkę, zrobili jej krzywdę. Nie jest to bowiem łzawy melodramat, typowa powieść dla kobiet, które lubią się wzruszać, lecz opowieść o toksycznych relacjach, trudnej historii, rodzicielstwie i samotności. Nigdy bym się nie spodziewała, że ta niepozorna książka, wybrana przeze mnie zupełnie przypadkowo książka, wyzwoli tyle emocji. Danuta Chlupova to Polka na stałe mieszkająca w Czechach. Z zawodu jest dziennikarką, z zamiłowania pisarką i te dwa zajęcia doskonale się komponują. Uwielbiam powieści pisane przez dziennikarzy, gdyż zazwyczaj są rzetelne, dobrze zresearchowane i poprawne stylistycznie. Właśnie tak jest w przypadku "Trzeciej terapii". Tym razem mój zeszycik "skarg i zażaleń" pozostał pusty.

Trzydziestoletnia Mathilda i czterdziestoletni Grzegorz przypadkowo spotykają się na niemieckim campingu. Z zasłyszanej rozmowy telefonicznej mężczyzna wnioskuje, że kobieta przed kimś ucieka. Po powrocie do Polski zapomina o Niemce, lecz kilka miesięcy później Mathilda dzwoni do niego i prosi o pomoc. Zamierza przyjechać do Oświęcimia, rodzinnego miasta Grzegorza, i poznać historię swojego dziadka – esesmana z Auschwitz. Liczy na to, że to pomoże jej uwolnić się od rodzinnej klątwy, o której przekonywała ją matka, a zarazem wyzwolić się z patologicznego związku. Czy Grzegorz, sam uwikłany w trudne relacje z matką i córką, będzie w stanie pomóc zranionej kobiecie?

Czy zdarzyło wam się kiedyś zakochać? Z pewnością niejednokrotnie. A czy kiedykolwiek kochaliście tak prawdziwie, jak to mówią nastolatkowie "na zabój"? Żeby prawdziwie doświadczyć tego cudownego uczucia jakim jest miłość, trzeba być w odpowiedniej kondycji psychicznej. Nasze serce musi być wolne od zmartwień, gotowe na nowe wyzwania i otwarte. W każdym innym przypadku możemy wpaść w toksyczną spiralę, zostać zmanipulowaniu, usidleni i zniszczeni. Właśnie to spotkało naszą główną bohaterkę Mathildę. Ta trzydziestoletnia Niemka była bardzo samotna. Brakowało jej przyjaciół, męczyły ją trudne relacje z cierpiącą na chorobę psychiczną i depresję matką a na domiar złego na jaw wyszła przerażająca historia jej dziadka, który służył w Auschwitz. Będąc na granicy zdrowia psychicznego Mathilda poznała przystojnego psychoterapeutę, który zaoferował że podda ją dość kontrowersyjnej terapii, której głównym zadaniem będzie odzyskanie przez pacjentkę równowagi i szczęścia w życiu. Mężczyzna z dnia na dzień coraz bardziej uzależniał od siebie kobietę. Po kilka dniach zamieszkali razem. Był kontrolującym manipulatorem, bezwzględnym potworem, który potrafił wykorzystać swoje psychiatryczne wykształcenie do tego by całkowicie sobie podporządkować stłamszoną dziewczynę. Postawcie się w sytuacji naszej głównej bohaterki : z jednej strony martwicie się zamkniętą w szpitalu psychiatrycznym matką, której depresja jest jednym z mniej istotnych problemów, z drugiej musicie spełniać rozkazy mieszkającego z wami tyrana, która wam wmawia, że wyjazd na wakacje za wasze pieniądze, jest idealną karą za przewiny waszego dziadka, które to oczywiście wy musicie odpokutować. Danuta Chlupova w przekonujące sposób przedstawiła żmudny proces manipulacji drugim człowiekiem. Krok po kroku pokazała jak on wygląda, jakie etapy przechodzi i jak trudno jest wyrwać ofiarę z tej spirali otępienia. Osoby uzależnione psychicznie od innych nie widzą poza nimi świata, nie zdają sobie sprawę z tego, że są manipulowane. Myślą, że same są sobie winne a to wszystko co je spotyka jest zasłużone. W takich przypadkach osobom z zewnątrz, które widzą co się dzieje, bardzo ciężko jest odpowiednia zareagować. Na pewno każdy z was zna kogoś, lub też słyszał różne historie w telewizji, kto był ofiarom przemocy domowej. Sama poznałam parę kobiet, które żyły w toksycznych związkach nawet po kilkanaście lat. Znosiły bicie u upokarzanie, siniaki i wyzwiska i dopiero musiało dojść do tragedii by przejrzały na oczy. Terroryzowane żony i kochanki boją się odejść. Często nie mają dokąd, innym razem nadal wierzą, że ich partner się zmieni, jeszcze innym po prostu się wstydzą. Mathilda znalazła się właśnie w takim punkcie, jednak całe szczęście że znalazł się ktoś, kto w porę zainteresował się losem dziewczyny. 

Historia naszego kraju jest tragiczna i jeszcze wiele pokoleń będzie pamiętać o wydarzeniach sprzed kilkudziesięciu lat, kiedy miliony ludzi, zostało zamordowanych przez reżim III Rzeszy. Kilka lat temu pojechałam do Auschwitz. Jako trzydziestolatka w końcu do tego dojrzałam. Była to dla mnie swojego rodzaju pielgrzymka, wyprawa w przeszłość. Chodząc po wilgotnych barakach, oglądając zdjęcia pomordowanych, patrząc na tysiące pukli zebranych w jednym miejscu włosów byłych więźniów, czułam wstyd. Wstyd za gatunek ludzki, i za Boga że na to wszystko pozwolił. Każda wojna niszczy coś w człowieku, w narodach. Niszczy więzi, niszczy przyszłość. Jeszcze przez długie lata my Polacy, będziemy traktować Niemców jako najeźdźców, tyranów, zabójców, choć z pewnością na to nie zasługują. Bo czyż urodzony dwadzieścia lat temu młody chłopak zza Odry jest winien tego co robił jego dziad ? Czy to on odpowiada za to, że przodek nosił swastykę, zabijał niewinnych czy przeprowadzał na nich eksperymenty? Czy to sprawiedliwe by ta wina przechodziła z pokolenia na pokolenie ? Musimy pamiętać, i nie chcę tutaj nikogo usprawiedliwiać, że nie każdy Niemiec w III Rzeszy był esesmanem. Nie każdy należał do partii. Moja babcia na początku wojny została wywieziona na Zachód. Jej podróż skończyła się w małej miejscowości po Stuttgartem, gdzie kazali jej pracować jako pomoc domowa. W gospodarstwie brakowało rąk do pracy gdyż wszyscy młodzi mężczyźni poszli na wojnę. Kilkadziesiąt lat później wróciłyśmy z babią do jej byłych "pracodawców". Okazało się, że nadal żyją, nadal pamiętają. Był płacz, śmiech przez łzy, uściski i przeprosiny. Pewnie gdyby nie oni i ich dobroć, moja babcia nie przeżyłaby wojny. Danuta Chlupova nie pisała tej książki po to by wybielić naród niemiecki, choć momentami uderza w takie struny. Chciała nam przedstawić prawdziwy obraz wojny i pokazać, że niektórzy po prostu robili to co im kazano. Dziś młodzi żołnierze, wyjeżdżając na misje pokojowe czy stabilizacyjne, też często znajdują się w sytuacji gdzie by przeżyć muszą zabić, i nikt ich za to nie krzyżuje, wręcz przeciwnie dostają medale i odznaczenia. W Auschwitz również pracowali ludzie, którzy po prostu wykonywali rozkazy. Nie każdy SS-man był potworem. W archiwum można znaleźć informacje o strażnikach, którzy pomagali więźniom ryzykując swoim życiem. Właśnie takie historie powinniśmy pamiętać. 

"Trzecia terapia" to niesamowita, momentami przerażająca i zdecydowanie wzruszająca książka, która sprawi że zupełnie inaczej spojrzycie na historię. To również opowieść o trudnym macierzyństwie, śmierci najbliższej osoby, problemach związanych z wychowaniem dzieci oraz ...stalkingu. Tych wątków jest tutaj naprawdę wiele, jednak zebrane razem tworzą cudowną całość, od której wprost nie idzie się oderwać. Osobiście przeczytałam tę książkę na jednym posiedzeniu i już się nie mogę doczekać na kolejną z powieści autorki "Bliznę", która również została doceniona przez czytelników. 

"Trzecia terapia" jest doskonałym przykładem na to, żebyśmy nie zamykali się na nowych twórców, nieznane nazwiska, czy też literackie debiuty, gdyż zawsze możemy trafić na perełkę. Choć literatura obyczajowa jest gatunkiem gdzie można upchnąć wszystko i zawsze znajdą się chętni do jej czytania, to by napisać naprawdę dobrą i oryginalną książkę to naprawdę trzeba się postarać. Choć historia Mathildy i Grzegorza oraz innych bohaterów nie jest tak naprawdę niczym nowym, to tło wydarzeń oraz pojawiające się ciekawe wątki sprawiają, że czytelnik ze strony na stronę czuje coraz większe zainteresowanie. Jest to jedna z lepszych książek jakie przeczytałam w 2019 roku i życzę sobie by w 2020 było jeszcze więcej takich. Wam również tego życzę. 

Tytuł : "Trzecia terapia"
Autor : Danuta Chlupova
Wydawnictwo : Novae Res
Data wydania : 16 września 2019
Liczba stron : 328


Za możliwość przeczytania i zrecenzowania książki serdecznie dziękuję portalowi : 
https://sztukater.pl/

"Klatka" Lilja Sigurdardóttir

"Klatka" Lilja Sigurdardóttir

     Kryminały czytam od zawsze. Zaczęło się od książek wspaniałej Agathy Christie i Artura Conana Doyla, potem (gdzieś w okolicach liceum) przerzuciłam się na nieco mocniejszą literaturę w stylu Alex Kava czy Jo Nesbo, a dziś sięgam po wszystko, byle było mocne, mroczne i krwawe. Lubię i kryminały proceduralne i takie, w których przeważa strona obyczajowa, lubię czytać o policjantach i dziennikarzach, patologach a nawet nauczycielach, którym na stare lata przyszło rozwiązać kryminalną zagadkę. Choć sama jeszcze bym siebie nie nazwała ekspertem , bo jak by nie patrzeć, nadal więcej przede mną niż za mną, to muszę przyznać iż nawet jako laik, zdążyłam zauważyć pewne szczególne przemiany, które się dokonały w tym gatunku. Dzisiejsze kryminały i thrillery, nie ważne czy zaliczy się je do nurtu noir czy też nie, dawno już wykroczyły poza pewną skalę obyczajową, która uznawana jest za normę społeczną. W ostatnich dziesięciu latach autorzy postawili na szokowanie, a często bulwersowanie czytelników, zaskakiwanie ich nie skomplikowaną fabułą lecz oryginalnymi, nieszablonowymi i poniekąd kontrowersyjnymi bohaterami. To właśnie oni stanowią o tym, czy książka wzbudzi nasze zainteresowanie czy też trafi na półkę z innymi nieudanymi eksperymentami. Tym razem Lilji Sigurdardóttir, udało się mnie kupić. I to nie tylko dzięki postaciom. "Klatka" jest doskonałym przykładem przemian, które dokonały się w literaturze kryminalnej a jednocześnie wyznacznikiem, w którym kierunku będzie ona podążać, gdyż myślę iż naśladowców znajdzie się wielu. 

Po wyjściu na wolność Agla robi wszystko, żeby nie trafić z powrotem za kratki. Jednak gdy grupa biznesmenów próbuje wplątać ją w oszustwo, które zakrawa na największe w historii, Agla i jej była nemezis Maria odkrywają, że stawka, jaką jest ich życie, rośnie z przerażającą prędkością.Sonja musi zmierzyć się z długoletnimi przeciwnikami, a baron narkotykowy Ingimar robi wszystko, aby chronić swoje przestępcze imperium. Śmiertelne zagrożenie dla Sonji i jej rodziny sprowadza ją z Londynu na Islandię, gdzie musi rozliczyć się ze swoimi przeciwnikami, jeśli chce pozostać przy życiu. 

Zacznę od  tego, że nie czytałam dwóch początkowych części cyklu Reykjavik Noir, jednak bardzo szybko będę musiała ten błąd nadrobić. "Klatkę" oczywiście da się czytać jako samodzielne dzieło, jednak zdecydowanie więcej przyjemności będziecie mieć, jeśli już wcześniej zapoznacie się z głównymi bohaterami (których jest sporo), ich przygodami, problemami i sprawami w które są zaangażowani. Lilja Sigurdardóttir napisała książkę, która nie jest zwykłym skandynawskim kryminałem, do jakich jesteśmy przyzwyczajeni. Nie jest to kolejna lektura w stylu "zabili go i uciekł", czy też powieść w której grupa śledczych musi rozwiązać zagadkę morderstwa, porwania czy też innego przestępstwa. Na dobrą sprawę nie ma tutaj krwawej intrygi, trupów, wielkich pościgów czy szybkiej akcji. W pewnym momencie zaczęłam się nawet zastanawiać, czy nadal mam do czynienia z kryminałem, czy też miksem gatunków, którego nie da się bliżej określić. Szczerze powiedziawszy to nie spodziewałam się, że deszczowa, wietrzna i zimna Islandia, może być idealną scenerią dla kryminału z silnym wątkiem ekonomicznym, już ten trup w ciemnym zaułku wydawał mi się bardziej prawdopodobny, w końcu ludzie w depresji, o którą nie trudno przy takiej pogodzie, człowiek robi różne rzeczy. Jednak autorka zdecydowała się postawić na przemysł, narkotyki oraz terroryzm, czyli rzeczy które raczej nie kojarzą się z tą wulkaniczną wyspą. I był to strzał w dziesiątkę. Nie każdy pewnie wie, iż Islandia należy do najbogatszych krajów świata a jej PKB to ponad 50 tysięcy dolarów na mieszkańca. By znaleźć się w światowej czołówce kraj ten wykorzystał swoje przewagi konkurencyjne. Aktywność wulkaniczna, która przez stulecia stanowiła śmiertelne zagrożenie, została zaprzęgnięta do produkcji energii elektrycznej i ogrzewania domów. Dzięki energii geotermalnej i elektrowniom wodnym Islandia ma najtańszą elektryczność w Europie i jedne z niższych cen prądu na świecie. Bazując na taniej energii rozwinęło się hutnictwo aluminium i serwerownie – przedsięwzięcia, gdzie głównym kosztem jest energia. Sprzedaż aluminium i produktów z tego metalu generuje ponad 4 mld USD rocznie, czyli ponad 40% islandzkiego eksportu, a wiadomo tam gdzie mamy do czynienia z wielkimi pieniędzmi zdarzają się również wielkie afery  i malwersacje finansowe. Na trop jednej z nich (Ci, którzy znają historię islandzkiego kryzysu z 2008 roku będą wiedzieli o czym mówię), nie do końca fikcyjnej, wpadła nasza autorka i postanowiła opisać ją w tej oto książce. Głównym tematem "Klatki" jest "znikające" aluminium. Zadanie dowiedzenia się co się staje z metalem po opuszczeniu huty, dostaje była prokurator, obecna redaktor naczelna portalu informacyjnego "Wiewiórka". Pomaga jej w tym osadzona w więzieniu tajemnicza Agla, banksterka i milionerka, którą dzieli zaledwie kilka tygodni od wyjścia na wolność. Dodatkowo mamy  parę wątków pobocznych, które wydają się być kontynuacją z poprzednich części. Spotkamy tutaj Antona, nastolatka który pragnie wraz z pomocą kolegi "walczyć" z islamskimi terrorystami i w tym celu konstruuje bombę z wykradzionego dynamitu. Kolejną postacią jest Sonja, baronessa narkotykowa, która boi się że ją wyrugują z interesu. Tych peryferyjnych wątków i postaci jest naprawdę dużo i muszę przyznać, iż niektóre z nich interesowały mnie bardziej niż temat główny. 

Jak napisałam we wstępie do mojej recenzji, książka ta może służyć za doskonały przykład na to, jak zmieniał się gatunek literatury kryminalnej. Spójrzcie proszę na powieści wspomnianej już Agathy Christie. Są to typowe historie detektywistyczne, z jednym trupem i garstką podejrzanych. Fabuła toczy się zazwyczaj w zamkniętych lokacjach, hotelach czy dworkach, a główni bohaterowie są dobrze wychowani, elokwentni i eleganccy. Właśnie tak się kiedyś pisało. Głównym zadaniem czytelnika nie miało być analizowanie profilów psychologicznych postaci lecz rozwiązanie zagadki, bazując na dostarczanych przez autorów wskazówkach i podpowiedziach. Kiedyś ktoś powiedział, że w "dzisiejszych czasach, wszystko zostało już napisane". W myśl tego cytatu, współcześni twórcy mają nie lada orzech do zgryzienia. Wymyślenie czegoś oryginalnego i "nowego", jest zadaniem arcytrudnym, dlatego się nie dziwię że od jakiegoś czasu wszystkie chwyty są dozwolone. Byle tylko zainteresować i utrzymać czytelników autorzy kreują coraz barwniejsze, coraz bardziej kontrowersyjne postaci o jakich literatura jeszcze nie słyszała. To co kiedyś było tematem tabu, dziś stoi na porządku dziennym. Agatha Christie nie miała pojęcia czym jest LGBTQ, dziś bez wzmianki o mniejszościach i bez umieszczenia ich w fabule bądź scenariuszu filmowym, twórca nie ma prawa zaistnieć. Lilja Sigurdardóttir stworzyła bohaterów, którzy byli dla mnie czymś nowym. Po raz pierwszy postacią wiodącą była przedstawicielka mniejszości seksualnej, lesbijka Agla. Kolejną z ciekawych sylwetek był ojciec Antona (wybaczcie, że nie przypomnę sobie jego imienia, ale islandzkie nazwy są bardzo trudne do zapamiętania) , mężczyzna który regularnie korzystał z usług wyrafinowanej prostytutki, która go biła, poniżała i wyzywała od nędznych robaków. Spotkamy tutaj również dziennikarza- szaleńca, wierzącego w New World Order, lesbijkę-narkomankę, młodocianego-terrorystę oraz bankiera-milionera, którego główną rozrywką są szalone imprezy w Paryżu. Jak widzicie, żadna z tych osób nie wygląda na typowego Islandczyka. Nie noszą wełnianych, rybackich swetrów, nie jedzą śledzi w czekoladzie i nie narzekają na wiatr, który nigdy nie przestaje wiać. Tak naprawdę gdyby nie nazwy własne to w życiu bym się nie domyśliła, że akcja tej powieści toczy się akurat na tej pozbawionej drzew wyspie. Autorka praktycznie nie używa opisów, nie stara się wprowadzić czytelników w mroźny klimat, nie stwarza typowej dla kryminałów mrocznej atmosfery. "Klatka" bardziej przypomina prawnicze historie Johna Grishama niż twórczość mistrzów kryminałów. 

Ważnym wątkiem, który poruszony jest w tej książce, jest Islam i związany z nim terroryzm. W 2013 roku w Reykjaviku  powstał pierwszy w Islandii meczet. Środowiska islamskie starały się o pozwolenie na budowę przez prawie trzynaście lat. Jednak pomimo faktu, iż wierni nareszcie mają się gdzie modlić, inne prawa o jakie walczyli (noszenie burki, szariat, obrzezanie) nadal pozostają w sferze marzeń. Islandczycy, których jest zaledwie 300 000, są narodem świeckim, demokratycznym i wierzącym w wolność człowieka i wszelkie możliwe prawa obywatelskie. Tamtejsi politycy nie boją się w ostrych słowach wyrażać swojego zdania na temat muzułmanów i związanych z ich religią zagrożeń. Krzyczą z mównic o złym traktowaniu kobiet, okaleczaniu dzieci oraz próbach wyrugowania, za pomocą przemocy, innych religii i choć na papierze ponad 70 procent społeczeństwa, nie ma nic przeciwko przybyszom z Azji, to tak naprawdę nadal są traktowani jak obcy. Te nastroje braku zaufania, podejrzliwości a nawet strachu, są wyczuwalne w tej powieści. Jeden z głównych bohaterów nawet szykuje zamach terrorystyczny, którego głównym celem jest odstraszenie muzułmanów i sprawienie by wrócili do "domu". 

Muszę przyznać, iż spodziewałam się że "Klatka" będzie zupełnie w innym stylu. Termin "Noir" kojarzył mi się z czymś mocnym, przerażającym, brudnym i szokującym. Tutaj nic takiego nie było. Myślę, że założeniem autorki było stworzenie kontrowersyjnych postaci, które samymi sobą pociągną fabułę do przodu, jednak żyjemy w czasach, gdzie parady równości, tęcze i husarskie skrzydła na barkach transwestytów, nikogo już nie zdziwią. Wydaje mi się, że próba zniesmaczenia czytelnika nie była potrzebna gdyż fabuła tego kryminału dałaby radę się obronić nawet bez oryginalnych, "kolorowych" bohaterów na kolejne litery alfabetu. Mało tego "Klatka" okazała się tak dobra i wciągająca, że postanowiłam sięgnąć po poprzednie części tego cyklu, co zdarza mi się bardzo rzadko, w końcu lepiej iść do przodu niż się cofać. Wam polecam zacząć od początku, myślę że nie będziecie zawiedzeni. 


Tytuł : "Klatka"
Autor : Lilja Sigurdardóttir 
Wydawnictwo : Kobiece
Data wydania : 14 sierpnia 2019
Tytuł oryginału : Búrið



Ten oraz wiele innych interesujących kryminałów znajdziecie na półce księgarni internetowej :
https://www.taniaksiazka.pl/
 

"Zaufaj jej" Jessica Vallance

"Zaufaj jej" Jessica Vallance

     Jak dobrze wiecie jestem fanką thrillerów psychologicznych. Uważam iż jest to gatunek, który ma niewyczerpany potencjał. Pewnie dlatego tak wielu początkujących autorów decyduje się na napisanie powieści właśnie tego rodzaju. Wystarczy mieć gotowy szkielet, zachęcający zwrot akcji i mamy przepis na udaną książkę. A zaskoczyć czytelnika jest wbrew pozorom bardzo łatwo. Jessice  Vallance udało z pewnością udało się zdobyć serca wielu fanów książek, i  ja do nich należę. Choć książka ta nie doczekała się  samych pięciogwiazdkowych opinii na Goodreads  tak moim zdaniem jak na debiut literacki wyszło bardzo dobrze. Fabuła jest oryginalna, bohaterowie niewiarygodni (co w tym przypadku jest zdecydowanym plusem) A jeśli dodamy do tego głównego bohatera, który "przespał" wszystkie najważniejsze wydarzenia (nie potraktujcie mnie teraz jak osoby cierpiącej na nieuleczalną znieczulice) to wyjdzie nam powieść od której wprost nie można się oderwać. Dlatego jeśli macie zaplanowane poświąteczne porządku lub jakiekolwiek inne absorbujące  zajęcia to odłóżcie to na później, bowiem raz sięgając po powieść Vallance,  z pewnością nie będziecie chcieli się z nią rozstać, dopóki nie wybrzmieje ostatni akord zakończenia.

Charlotte uwielbia sprawiać ludziom przyjemność i zawsze chce dla wszystkich jak najlepiej. Kiedy któregoś wieczoru znajduje na ulicy nieprzytomnego mężczyznę, bez chwili wahania spieszy mu z pomocą. Wkrótce poznaje jego kochającą rodzinę i zauważa, że jest im potrzebna. Rodzice Luke’a przyjmują ją z otwartymi ramionami, podczas gdy jego siostra - wprost przeciwnie. Rebecca wyraźnie nie przepada za Charlotte i nie ma do niej za grosz zaufania.
Im więcej czasu Charlotte spędza w towarzystwie Rebecci, tym bardziej utwierdza się w przekonaniu, że siostra Luke’a coś ukrywa, a jeśli chce ochronić ich rodzinę - i siebie - musi zrobić wszystko, by poznać prawdę. 

Drodzy czytelnicy i obserwatorzy mojego bloga, na wstępie chciałam bardzo was przeprosić za to, że w ostatnim czasie recenzje zamieszczane są z mniejsza częstotliwością. Dzieje się tak dlatego, ponieważ jako osoba zatrudniona w handlu, tuż przed świętami mam prawdziwy kawał pracy i często nie mam czasu na zjedzenie obiadu A co dopiero przeczytanie kilkuset stronicowej  książki . Kiedy na przerwie w pracy otworzyłam "Zaufaj jej" chcąc przeczytać kilka pierwszych stron, tak dopiero telefon od szefa sprawił, że schowałam  książkę   z powrotem do torby. To również owa powieść jest powodem dla którego na wczorajszym wigilijnym stole zabrakło pierogów.  Zamiast lepić wolałam przerzucać strony, zdecydowanie mniej wyczerpujące A o wiele bardziej interesujące zajecie.
Głównymi bohaterkami naszej powieści są dwie zupełnie od siebie różne kobiety, wywodzące się z odmiennych środowisk, posiadające inne osobowości, plany i marzenia. Jest jednak jedna rzecz, która je łączy ,  obu wbrew temu co sugeruje tytuł książki, nie można zaufać. A może tych rzeczy jest więcej? Może pomimo podobnych różnic Charlotte i Rebecca  są niczym przyrodnie  siostry,  wyrachowane  , narcystyczne manipulantki, które troszczą się tylko o siebie?
Z pewnością fabuła tej powieści oparta jest na kontraście pomiędzy tymi dwoma kobietami. Kiedy przyjrzymy się bliżej pierwszej z nich, Charlotte, to dostrzeżemy nieprzystosowaną do życia, zabiegającą o względy innych, nieodpowiedzialną dziewczynę, której życie zarówno osobiste jak i zawodowe, jest nietrwałe i pasujące bardziej do studentki pierwszego roku studiów niż dojrzałej kobiety. Charlotte wychowana została w rodzinie pozbawionej miłości, jako nastolatka zamieszkała z ciotką jednak ze względów osobistych zmuszona była opuścić swoje rodzinne miasto i zamieszkać w Brighton, gdzie rozpoczęła nowe życie. To właśnie tutaj poznała nowe koleżanki, nowych współpracowników i nową "rodzinę" dla której byłaby w stanie zrobić wszystko. Charlotte jest jedną z tych osób, które wezmą na siebie kredyt, byle tylko spłacić długi. Miałam kiedyś w klasie koleżankę, która za pieniądze otrzymane na swoje urodziny kupowała prezenty wszystkim dzieciom w klasie. Tak bardzo chciała być lubiana i akceptowana, że wprost płaciła za tę przyjaźń prawdziwą walutą. Właśnie taka jest jedna z naszych głównych bohaterek. Na początku wydaje nam się, że to prawdziwa altruistyczna dusza jednak już po chwili zauważamy, że pozory mylą, a Charlotte nie jest tym za kogo się podaje.  
Drugą z naszych bohaterek jest Rebecca. Również i ona ma problemy z przystosowaniem i kontaktami z innymi ludźmi. Osoby takie jak ona najczęściej nazywamy wyrachowanymi. Becky jest urodzoną manipulantką. Potrafi wytrzymać (i udawać miłość) w związku, tylko dlatego że przynosi jej korzyści zawodowe. Odsunęła się od swoich rodziców bo jej nie pasowali, a brata traktowała jako wspólnika w zbrodni. Do której zresztą doszło, jednak nie będę zdradzać szczegółów. Od samego początku to właśnie ta bohaterka wzbudza naszą antypatię. Jest nieczuła (nie chce odwiedzać swojego brata w szpitalu), nie szanuje rodziców, jest przebiegłą karierowiczką, która liczy na szybkie zdobycie fortuny. Jednak jaka by Rebecca nie była pod koniec książki, nasze zdanie o niej się zmienia. Muszę przyznać, że w pewnym momencie poczułam do niej sympatię, a to jak potoczyły się jej losy wywołało moje wzburzenie. Był to jeden z lepszych twistów fabularnych z jakimi się spotkałam. 

Fabuła "Zaufaj jej" osnuta jest wokół pewnego smutnego wydarzenia, którym było pobicie młodego mężczyzny, wracającego z randki do domu. To właśnie Charlotte znalazła Luka i odruchowo zadzwoniła po pogotowie. Potem wydarzenia potoczyły się w lawinowym tempie. Nasza bohaterka skłamała, że jest nową dziewczyną poszkodowanego i tym samym jej pobyt w szpitalu stał się zasadny. To właśnie tam poznała rodziców chłopaka i od razu zapałała do nich sympatią. Gładko przeszła od jednego kłamstwa do drugiego wymyślając całą historię ich znajomości. Z każdym dniem było jej coraz trudniej się wykręcić, jednak jedno zdarzenia działało na jej korzyść, fakt że Luka był w śpiączce i nic nie świadczyło o tym, by kiedykolwiek miał odzyskać świadomość. 
Ludzki mózg jest fascynującym i do tej pory nie zbadanym do końca narządem. Co prawda wiemy jak działają i za co odpowiadają poszczególne jego części, jednak w przypadku kiedy dozna urazu, lekarze nie są w stanie przewidzieć tego konsekwencji. Zdarzają się cudowne przypadku uzdrowień, przebudzeń z komy i powrotu do pełnej sprawności, jednak w szpitalach na całym świecie trzymani są również ludzie, którzy wegetują niczym warzywa na metalowych łóżkach, utrzymywani przy życiu za pomocą doprowadzających tlen i pokarm ludzi. Książka ta zajmuje się tym problemem. Pokazuje jak strasznym wydarzeniem dla rodziny jest uraz mózgu i śpiączka kogoś bliskiego. Wyobraźcie sobie, że jednego dnia jecie kolację z bratem, a drugiego odwiedzacie go w szpitalu. Z dnia na dzień obserwujecie jak chudnie na twarzy, jak coraz bardziej stapia się z prześcieradłem. Nie rusza się, nie reaguje, nie otwiera oczu. Wtedy czujecie się jak by opuścił was Bóg, jak by wasze prośby trafiały w ścianę. I w końcu nadchodzi taki moment kiedy trzeba podjąć decyzję, za kogoś, za całą rodzinę. Vallance pokazuje nam jak wygląda cały ten proces, z czym musi zmierzyć się rodzina. Przedstawia nam wiele punktów widzenia, wiele zdań, z których każde jest prawdziwe. 

Jessica Vallace napisała powieść, która może nie jest idealna jednak jak na debiut literacki zdecydowanie trzyma poziom. Fabuła powieści toczy się raczej powolnym tempem, jednak wraz z jej rozwojem pojawiają się coraz to nowe osoby, coraz to nowe wątki, które sprawiają że całość zaczyna pęcznieć i grozić wybuchem. Czytelnik wie, że odpowiedzi na swoje pytania znajdują się w przeszłości naszych głównych bohaterek, gdyż to właśnie ona je ukształtowała i stworzyła takimi, jakimi są w dorosłym życiu. Na jaw wychodzą małe i wielkie sekrety, wydarzenia sprzed kilkudziesięciu lat i informacje, które mogą zmienić życie wielu ludzi. Jedynym co poniekąd mnie irytowało był fakt, że autorka nie pozostawiła nam zbyt dużo pola do namysłu. Zbyt szybko podawała odpowiedzi na pojawiające się pytania. Tam znalazł się list, tu świadek, aż w końcu wszystko stało się jasne i oczywiste. Zakończenie choć dobre nie było dla mnie zaskoczeniem, jednak nadal było zadowalające. A co najważniejsze daje nadzieję na kontynuację. 

"Zaufaj jej" to dobry thriller, który prawdopodobnie podsumuje mój czytelniczy rok 2019. Cieszę się, że to właśnie na tę książkę trafiłam jako ostatnią, gdyż liczę na to, że jak coś starego się dobrze skończy to to szczęście przejdzie dalej. Na nowy rok. A właśnie takich powieści sobie życzę : ciekawych, oryginalnych, wciągających i odrobinę przerażających. 

Tytuł : "Zaufaj jej"
Autor : Jessica Vallance
Wydawnictwo : Prószyński i S-ka
Data wydania : 10 października 2019
Liczba stron : 416
Tytuł oryginału : Trust Her


Za możliwość przeczytania i zrecenzowania książki serdecznie dziękuję wydawnictwu :
 


https://www.proszynski.pl/

 
A dostępna jest w salonach lub sklepie internetowym sieci :  

https://www.empik.com/zbyt-blisko-daniels-natalie,p1227335289,ksiazka-p
 

"Dzieciństwo w pasiakach" Bogdan Bartnikowski

"Dzieciństwo w pasiakach" Bogdan Bartnikowski

     Zdaję sobie sprawę, że literatura obozowa nie powinna być oceniana w żadnych kategoriach. Są to bowiem wspomnienia, opowieści i związane z nimi emocje, które dla autora będą całym życiem a dla czytelnika jedynie historią. Nie ma co się oszukiwać, pokolenia powojenne nigdy nie zrozumieją przez jakie piekło musieli przejść ich ojcowie, by odzyskać wolność. Nie będą wiedzieli jak to jest być trzymanym w baraku, za którego ścianą w komorze gazowej umiera sąsiad, kolega z pracy czy nawet matka. Ci, którzy nigdy nie zaznali głodu, nie poczują ulgi na widok spleśniałego chleba a Ci, którym nigdy nie było zimno nie ucieszą się z połatanego płaszcza. Literatura obozowa nie musi być kwiecista, ambitna czy nawet poprawna gramatycznie. Ma za to wzbudzać emocje i przypominać o, wcale nie tak dawnych czasach, kiedy życie ludzkie było warte mniej niż kula od karabinu. Bogdanowi Bartnikowskiemu udało się przeżyć, jednak to czego doświadczył już na zawsze z nim pozostało, sprawiając że do końca życia nie zazna spokoju a obrazy z Auschwitz-Birkenau będą go prześladować aż do śmierci. Jeśli jedyną formą wyzwolenia się od tej tortury jest przelanie jej na papier, to ja chętnie przejmę część tego ciężaru, jako obywatel, jako Polka, jako człowiek. 

Zacząłem więc spisywać wspomnienia moje, moich koleżanek i kolegów. Z nadzieją, że jak je napiszę, to one ode mnie odejdą. Niestety, tak się nie stało....
Bogdan Bartnikowski miał 12 lat, kiedy w nocy z 11 na 12 sierpnia 1944 roku znalazł się z mamą na rampie KL Auschwitz-Birkenau. Jego opowieść to jedno z najbardziej poruszających świadectw dziecięcej wrażliwości wobec piekła obozowej rzeczywistości.
Wydanie zawiera dotychczas niepublikowany tekst "Chór w Birkenau". 

Bogdan Bartnikowski, dziś emerytowany dziennikarz, działacz Związku Literatów Polskich i Związku Powstańców Warszawskich, ma za sobą ciężkie dzieciństwo, pełne tragicznych doświadczeń. Urodził się na warszawskiej Ochocie i zapewne tak jak większość młodych chłopców uwielbiał bawić się na podwórku w wojnę. Do czasu...aż ta po niego nie przyszła. Kiedy miał 12 lat, w nocy z 11 na 12 sierpnia 1944 roku, wraz z matką został wypędzony z domu i zaprowadzony do obozu przejściowego w Pruszkowie. Stamtąd, pociągiem towarowym, obywatele Warszawy, zostali wywiezieni do Auschwitz-Birkenau. To właśnie w jednym z bydlęcych wagonów, rozpoczyna się książka "Dzieciństwo w pasiakach". Na samym początku czujemy ścisk i smród niemytych ciał. Ktoś płacze, ktoś inny rozpaczliwie się śmieje. Gdzieś w rogu dziewczyna oddaje mocz, inna prosi o odrobinę wody. Mijają długie godziny, coraz bardziej brakuje miejsca, powietrza. Nie ma gdzie się położyć, wyprostować nóg, nie ma jedzenia, ciepłych ubrań, zabawek dla płaczących dzieci. Jednak najgorsze jest to, że nie wiadomo dokąd się zmierza. W wagonie jest kolejarz, który rozróżnia mijane stacje, na każdym rozstaju modli się by maszyna pojechała w dobrą stronę, nieco dalej od obozu śmierci, bo to że one istnieją to nie tylko plotki, to najświętsza prawda. Jednak tym razem szczęścia zabrakło, pociąg zjechał w prawo, wprost do piekła. 
Ci, którzy zwiedzali Auschwitz-Birkenau zapewne wiedzą jak wyglądała procedura przyjmowania nowych więźniów. Przybywające z różnych zakątków kraju pociągi wjeżdżały na jedną z ramp kolejowych, gdzie zmęczeni podróżą ludzi czekali, często godzinami, na rejestrację. Wraz z obozowymi pasiakami, dostawali wytatuowany na ciele numer. Potem wojskowe ciężarówki wiozły więźniów do odpowiednich bloków : męskich, kobiecych, dziecięcych. Jak akurat nie było żadnego wolnego pojazdu to musieli iść na piechotę. Bogdan Bartnikowski ze względu na młody wiek został umieszczony najpierw w obozie kobiecym, w którym znajdowała się jego matka. Szybko jednak został przeniesiony do sektora B11a obozu męskiego, gdzie byli więzieni chłopcy z Warszawy. Często zdarzało się tak, że za kratami oddzielającymi oba obozy, widział swoją rodzicielkę, która z dnia na dzień marniała w oczach. Myślę, że właśnie to, doświadczenie upadku własnych rodziców, którzy stracili nie tylko wszystko co posiadali lecz również własną godność, było najgorszym  jakie mogło spotkać małego chłopca. Pomyślcie sobie o swoich najbliższych : mamie i tacie, ludzi którzy są jednymi z najważniejszych odnośników i wzorów do naśladowania w waszym życiu. Tata to ten odważny, inteligentny, silny i nieposkromiony, który zawsze obroni, da lanie jak się należy a w nagrodę zabierze na ryby. Mama to opiekunka ogniska domowego, która ułagodzi krzyczącego ojca, naklei plaster, przytuli i pocieszy. To ciepła kobieta z wiecznym uśmiechem na twarzy, która nigdy się nie poddaje i zna remedium na wszystko. Oczywiście obraz jaki wam przedstawiam jest nieco wyidealizowany jednak zapewne zdecydowana większość z was, traktuje swoich rodziców jako instancje "wyższe", które należy darzyć szacunkiem. Teraz postawcie się w sytuacji, kiedy jesteście świadkami kiedy "domowi bogowie" mieszani są z błotem, pozbawiani czci i szacunku, kopani, bici, wyszydzani, głodzeni. I to wszystko odbywa się na waszych oczach jednak nic nie możecie zrobić. Od waszych najbliższych dzieli was bowiem drut wysokiego napięcia, który na waszych oczach "usmażył" już małą cygankę. Tak...jej widok też pozostanie z wami do końca życia. 

Większość z historii, o których przeczytacie w tej książce, zapewne już znacie czy to z lekcji historii, filmów dokumentalnych czy też innych publikacji. Jest to po prostu kolejne, jednak nie mniej ważne świadectwo, uczestnika wydarzeń, które nigdy nie powinny były się wydarzyć. Tym co książkę tę wyróżnia na tle innych, jest to, że w przeważającej części została opowiedziana z punktu widzenia małego chłopca, który po raz pierwszy w sowim życiu styka się z ludzkich okrucieństwem, w swojej najwyższej formie. Bogdan Bartnikowski, oraz jego koledzy z obozu, mogą powiedzieć że widzieli już w swoim życiu wszystko. Najbardziej mną wstrząsnęła historia małych cyganów, znajdujących się w obozie, którzy wiedzieli że od trafienia do komory gazowej, dzielą ich godziny . Chłopiec chcąc ocalić swoją siostrę, wykopał pod ogrodzeniem dół przez który chciał przecisnąć małą, by zdołała uciec do bloku, w którym mieszkał Bogdan. Kiedy dziewczyna była już prawie po drugiej stronie, przez ogrodzenie poleciał prąd. Dziecko zginęło na miejscu, została z niej jedynie kupka niespalonych kości. Takich historii o Auschwitz usłyszycie wiele : rozstrzelani ludzi, roztrzaskane dziecięce czaszki, więźniowie umierający z zimna, głodu i wyczerpania, jednak za każdym razem jak czytam kolejną, to czują się podle. Czuję niedowierzanie, wstręt, zdziwienie i nienawiść. Do głowy przychodzą mi retoryczne pytania : jak to się mogło wydarzyć, czemu Bóg na to pozwolił, czemu reszta Europy nie reagowała, czemu nikt za to nie zapłacił. Oczywiście daleka jestem od martyrologii, jednak posiadam współczujące i empatyczne serce i wiem, że za całe to cierpienie nie zaznano odkupienia. Nieprawdę mówią Ci, co twierdzą że w naturze panuje harmonii czy karma wraca. A może to wyjątki potwierdzają regułę?

"Dzieciństwo w pasiakach" jest zbiorem opowiadań, które na polskim rynku wydawniczym ukazały się już parokrotnie. Wielce znaczące tytuły jak "Królik", "Żyd", "Spotkanie z matką" czy "Obozowa szopka", pozwalają się czytelnikowi domyślić o czym będzie mowa. Pojawia się tutaj doktor Mengele i jego eksperymenty na dzieciach oraz inni "lekarze" jak Haagen, Rose i Schelling , którzy wstrzykiwali więźniom zarazki lub też wystawiali ich na ukąszenia zarażonych komarów. Jedna z opowiadań przedstawia historię Stefki, którą wraz z grupą innych kobiet wybrano do wzięcia udziału w medycznym eksperymencie. Kobietę codziennie zarażano wirusem tyfusu i obserwowano jej reakcję na podawane leki. Większość z ofiar zmarło już po paru dniach. Stefce, dzięki pomocy blokowej, udało się uciec do innej części obozu. Musiała zmienić imię i tożsamość by nie zostać odnalezioną, by przeżyć. 
Auschwitz, zresztą słusznie, kojarzy nam się z piekłem. Jednak musimy pamiętać, że niektórym udało się przeżyć cały okres uwięzienia, i przez te parę lat więzienna prycza była ich domem. Przetrzymywani starali się podtrzymać swoje tradycje i obyczaje, szczególnie związane z religią. Organizowano święta, wystawiano szopki, kolędowano, byle tylko poczuć namiastkę dawnego życia. Dawno temu, jeszcze na studiach, przeprowadziłam wywiad z jedną z więźniarek, która wraz z koleżankami założyła radio obozowe. Takich inicjatyw było więcej i były one niczym światełko w tunelu, które dawało nadzieję na przetrwanie. 

"Dzieciństwo w pasiakach" to książka jakich wiele, jednak nigdy nie przestaniemy sięgać po kolejne. Dzisiejsze pokolenie musi się samobiczować, przypominać sobie historię, aby już nigdy się ona nie powtórzyła. Powiem po raz kolejny, Bogdanowi Bartnikowskiemu udało się przeżyć wojnę, skończyć szkołę, uzyskać dobry zawód i wieść życie w wolnym kraju. Setki tysięcy innych więźniów nie miały tego szczęścia. Każda książka obozowa to swoisty memoriał ku ich pamięci, hołd ku ich czci i pomnik poświęcenia. Koniecznie i wy wznieście swoje serca i spuśćcie głowy na minutę ciszy. Tak po prostu trzeba. 

Tytuł : "Dzieciństwo w pasiakach"
Autor : Bogdan Bartnikowski
Wydawnictwo : Prószyński i S-ka
Data tego wydania : 15 października 2019
 


Za możliwość przeczytania i zrecenzowania książki serdecznie dziękuję wydawnictwu :
 


https://www.proszynski.pl/
 
 
A dostępna jest w salonach lub sklepie internetowym sieci :  
 
https://www.empik.com/zbyt-blisko-daniels-natalie,p1227335289,ksiazka-p
 
Copyright © 2014 CZYTANKA NA DOBRANOC , Blogger