niedziela, 23 kwietnia 2017

"W ciemnym, mrocznym lesie" Ruth Ware

Tytuł : "W ciemnym, mrocznym lesie"
Autor : Ruth Ware
Wydawnictwo : Świat Książki
Rok wydania : 2017
Liczba stron : 376
Tytuł oryginału : In dark, dark wood



Indywidua

Czytając notatkę wydawcy spodziewałam się naprawdę znakomitego thrillera, czegoś nowego co zdoła wywołać u mnie gęsią skórkę. Angielski wydawca poszedł nawet dalej zaliczając tę powieść do gatunku horror. Wszystko przemawiało za tym, żer w końcu trafiłam na książkę, po której przeczytaniu będę się bała zasnąć. Czy tak było? To nie będzie jedna z tych agresywnych recenzji jakie można przeczytać na goodreads, gdzie praktycznie mieszają autorkę z błotem. Będę
wyrozumiała biorąc po uwagę, że mam do czynienia z debiutem. A po drugie, pomimo wielu wielu i jeszcze raz wielu rzeczy, które mnie drażniły uważam, że należy dać jej szansę, a na pewno sięgnąć po kolejne powieści (te już zachwalane przez angielskich czytelników).

Pewnego dnia Nora, zamknięta w sobie autorka kryminałów zostaje zaskakującego e-maila. Nadawcą jest Florence, imię to nic kobiecie nie mówi. Do listu załączone jest zaproszenie na wieczór panieński Clare, przyjaciółki Nory z czasów szkolnych. Kiedy przegląda listę pozostałych odbiorców wpada jej w oko nazwisko przyjaciółki z którą od czasu do czasu wypada na drinka. Razem uzgadniają, że pojadą w nieznane, do domu w środku lasu. Kiedy dojeżdżają na miejsce spotykają resztę gości. W miarę rozwoju wieczoru atmosfera staje się coraz bardziej napięta, wychodzą na jaw tajemnice z przeszłości. W końcu do chodzi do tragedii. Czy Nora, która obudzi się w szpitalnym łóżku, pod ochroną policjantów, zdoła przypomnieć sobie wydarzenia ostatnich dni?

Początek książki zapowiada się naprawdę rewelacyjnie, jak rasowy thriller. Mamy biegnącą przez las dziewczynę, która nie wie czy zdąży.. ale na co? Pierwszy rozdział zakończony jest takim cliffhangerem, że aż nie mogłam się doczekać aż przerzucę kartkę. W kolejnym rozdziale spotykamy Norę w szpitalnym łóżku, Norę która nic nie pamięta. Nadal to wszystko wygląda bardzo obiecująco, ponieważ to właśnie ona będzie narratorem naszej powieści. Autorka zastosowała zabieg, który bardzo lubię- stopniowe odzyskiwanie pamięci przez naszego głównego bohatera- lubię jak fragmenty układają się w piękną mozaikę. Jednak czy naprawdę była to ciekawa podróż przez tajniki pamięci. Niestety nie bardzo. Zaczęło się rewelacyjnie a potem wpadłam w błoto, z którego ciężko było się wydostać.

Zdecydowanie najsłabszą stroną tej powieści były postacie. Takiego panteonu to jeszcze nie widziałam. Mamy tutaj do czynienia z lekarką, której głównym celem jest obrażanie każdego i wieczne wszczynanie kłótni, jest również reżyser, oczywiście gej-narkoman, postać równie ironiczna i niestety bardzo szablonowa, matka 6-miesięcznego dziecka, która nie robi nic innego oprócz łapania zasięgu bądź siedzenia na telefonie stacjonarnym by przekazać wskazówki co do karmienia swojemu mężowi..i dalej : Flo, dziwaczka, psychopatka, osoba na której widok każdy normalny człowiek by spakował walizki i uciekł gdzie pieprz rośnie oraz Clare- przyszła panna młoda- postać niezwykle niewyraźna, że aż zdaje się drugoplanowa, postać której nie zrozumiałam. No i oczywiście jest nasza główna bohaterka Nora, przy której zatrzymam się na dłużej.

Nora jest indywidualistką która stroni od ludzi. Najlepiej się czuje we własnym londyńskim mieszkanku gdzie czas jej upływa na pisaniu kryminałów. Wydawać by się mogło, że autorka paru książek będzie dość znaną postacią, niestety nasza Nora jest wstydliwym szaraczkiem. Nora nie ma męża, ostatniego faceta miała dwa lata temu, a dlaczego? Otóż nie może się pogodzić z utratą szkolnej miłości, facetem który zerwał z nią SMSem ponad dziesięć lat temu. Czy autorka robi sobie z nas żarty? Dorosła kobieta, która nie może się otrząsnąć po pierwszej miłości? I do tego pamięta jak się nazywało pierwsze zwierzątko jej byłego ze szkoły? W to po prostu nie mogłam uwierzyć. Wszystko to by jakoś przeszło, gdyby akcja powieści toczyła się kilka lat po ukończeniu szkoły ale dekada? Nie, po prostu NIE!
I te oto indywidua spotykają się w środku lasu by opijać czyjeś zamążpójście. Kolejny zupełnie nieprawdopodobny wątek. Jeśli ja bym dostała e-mail z zaproszeniem na wieczór panieński osoby, którą znałam w podstawówce to szybko wylądował by w koszu. Nie znasz ludzi i się pchasz do lasu? na dodatek kiedy jesteś osobą zamkniętą w sobie i raczej nie podejmującą wyzwań?

Skupmy się teraz na akcji powieści. Powiem wam szczerze mam już dosyć porównywania książek do "Dziewczyny z pociągu". Mówię temu stanowcze nie! (Zresztą książka średnio mi się podobała, jednak jestem w stanie zrozumieć dlaczego ma tylu fanów). Jak pisałam wyżej początek książki jest naprawdę rewelacyjny, a potem następuje coś co tę akcję spowalnia. To tak jak by na zachętę dostać powieść Agathy Christie, na przykład "Dziesięciu murzynków" by potem znaleźć się w realiach Pretty Little Liars. Mamy tutaj do czynienia z naprzemiennie następującymi po sobie rozdziałami, z Norą w szpitalu i z retrospekcjami. Radzę wszystkim czytelnikom ominięcie motywów szpitalnych, bo dostaniecie gorączki od ciągłego biadolenia naszej głównej bohaterka "jak to ona nic nie pamięta". Więc skip. 
Na dobrą sprawę do 120 strony się nic nie dzieje. Dostajemy opis dość nudnych zabaw na wieczorze panieńskim i czujemy się znowu jak w szkole średniej. Nawet dialogi wioną tandetą. Akcja troszkę przyśpiesza w okolicach 150 strony, choć nadal czekamy na to nasze okładkowe morderstwo. I tak brniemy przez to błoto, nie czujemy ani dreszczyku, ani emocji, ani zżycia się z bohaterami, po prostu odbywamy swoją drogę krzyżową przez błoto. Nie oszukujmy się było po prostu nudno. A jak już zrobiło się ciekawie, to również przewidywalnie. I zapewne każdy z czytelników już gdzieś w połowie książki odgadnie jej zakończenie.

No to sobie troszkę psów powieszałam, a czy coś mi się podobało? Uważam, że sam pomysł na fabułę nie był zły jednak troszkę zabrakło tutaj dopracowania. Autorka zbyt skupiła się na naszej głównej bohaterce zapominając o jej otoczeniu. Zwalam to na karb tego, że jest to debiut literacki. Wierzą, że nikt nie jest tak zamknięty by nie czytać recenzji swoich książek i nie wyciągać z nich wniosków. Ja na pewno sięgnę po następne powieści. Uważam, że jest tutaj potencjał, gdyby ktoś inny wziął się za napisanie tej książki to mogłaby się nawet znaleźć w dziale "moje ulubione". Uważam, że może się spodobać czytelnikom dopiero zaczynającym z gatunkiem. Głowa do góry pani Ware, trzeba pisać dalej bo wierzę, że w końcu trafi się perełka. 

piątek, 21 kwietnia 2017

"Grzech" Nina Majewska-Brown

 Tytuł : "Grzech"
 Autor : Nina Majewska-Brown
 Wydawnictwo : Rebis
 Rok wydania : 2017
 Liczba stron : 384

 Wieś stereotypów

Uwielbiam Camillę Lackberg, i to między innymi dzięki notce wydawniczej, a mianowicie jej fragmentowi " Styl autorki, pełen humoru i odniesień do prowincjonalnej codzienności, przywodzi na myśl pisarstwo Camilli Läckberg." postanowiłam dać polskiej autorce szansę. Dodatkowo zaszeregowana do gatunku kryminał, thriller a nawet sensacja - zwiastowała dobrą rozrywkę. Muszę wam powiedzieć, że czuję się oszukana. Gdzie ta sensacja? Gdzie ten thriller? Czy tak właśnie
określamy życie szarych ludzi polskiej prowincji? Bo ta książka była niczym innym jak powieścią obyczajową (z dreszczykiem).

Aleksandra samotnie wychowuje szesnastoletnią córkę. Pięć lat po odejściu męża nadal ma mu za złe, że porzucił ją dla młodej sąsiadki mieszkającej dwie klatki obok. Pewnego dnia oglądając telewizję Ola widzi dziewczynę wyglądająca jak ona sama kilkadziesiąt lat wcześniej. Podobieństwo zwala ją z nóg. Czyżby w końcu udało jej się odnaleźć córkę, której szukała tyle lat? Dziewczynkę, którą jej odebrano tuż po porodzie? Niewiele myśląc postanawia ją odszukać. Wynajmuje domek nad jeziorem w miejscowości z której pochodził materiał telewizyjny. Niezrażona jest nawet tym, że w okolicy dzieją się różne dziwne rzeczy. Ktoś podpala stogi siana, a na płocie sołtysa znaleziono trzy martwe koty. 
Razem z córką wybierają się na wakacje. Czy kobiecie uda się odnaleźć córkę? Czy te poszukiwania nie narażą na niebezpieczeństwo jej rodzinę?

Na pewno wielkim plusem tej książki jest jej okładka. Tutaj wydawnictwo spisało się na medal. Patrząc na ten piękny obrazek naprawdę możemy przypuszczać, że będziemy mieć do czynienia ze znakomitym thrillerem lub powieścią kryminalną. Sam początek książki wróży równie dobrze. Przedzieramy się przez las wraz z samotną kobietą, razem z nią patrzymy w oczy śmierci. Również opis książki i wszystkie chwyty marketingowe zwiastowały zupełnie co innego. Więc co serwuje nam autorka?
"Grzech" jest niczym więcej niż powieścią obyczajową. Przez trzy czwarte książki poznajemy naszych głównych bohaterów. Autorka lubi zagłębiać się w detale. Takie bzdety jak kolor filiżanek czy chociażby ciągłe przypominania, że bohaterka nosiła sandały z koralikami niestety bardzo męczą, szczególnie czytelnika, który spodziewał się obiecywanej wartkiej akcji. 
Powiem szczerze, nie mam nic przeciwko warstwie obyczajowej jeśli jest wiarygodna. Niestety największą wadą tej książki jest właśnie brak autentyczności. 
Nie ma tu ani jednego bohatera, który wydawał by się realny, również relacje pomiędzy ludźmi są nierzeczywiste i zdystansowane, nawet w przypadku najbliższej rodziny. Gdybym popatrzyła z boku na Olę i jej córkę Monikę nigdy bym nie powiedziała, że są ze sobą spowinowacone. Monika jest w trudnym wieku, buntuje się jak każda nastolatka, ucieka z domu, przeklina, nie uczy się. Pewnego dnia postanawia zamieszkać wraz ze swoim chłopakiem na squacie. A co na to jej matka? Zamiast zabrać kieszonkowe i przetrzepać przez tyłek to jeszcze pyta córkę na ile pieniędzy liczy..O co kaman?
Córka wyprowadza się do ojca, a ta daje jej wolne światło. Dlaczego? Otóż nie dlatego, żeby dziewczyna odebrała życiową nauczkę, tylko ona będzie mieć więcej czasu na swoje poszukiwania. Nawet jak już wyjechały razem to zachowywały się bardziej jak koleżanki. Czy kochająca matka chciałaby się pozbyć córki by przemierzać wioskowe sklepy w poszukiwaniu porzuconego dzieciaka? Czy raczej zwierzyła by się, tej w końcu najbliższej osobie, i poprosiła o pomoc?
Przejdźmy teraz do Laury, ekspedientki w sklepie. Ta 26-letnia dziewczyna nie ma przed sobą przyszłości. Rodzice prowadzą gospodarstwo, które kiedyś przejdzie na nią, ale do tego czasu musi im pomagać, gdyż wraz z wiekiem nie są w stanie podołać wszystkim obowiązkom. Laura to jeden z największych literackich wampirów energetycznych jakie spotkałam w mojej czytelniczej karierze. Jest tak depresyjną i pesymistyczną postacią, że ze stron książki naprawdę wieje chłodem. Również jej relacja z rodzicami to nic innego jak fałsz. Nie ma tutaj ani miłości, ani zaangażowania. Po prostu kilka bytów żyjących obok siebie. Słabe.
Powiem szczerze. "Grzech" jest pierwszą książkę, w której nie spodobała mi się ani jedna postać. ANI JEDNA, wszystkie są przerysowane, fałszywe i po prostu nie da się im zaufać.

Drażnił mnie również język. Nie czytałam wcześniejszych powieści autorki, jednak troszkę pogooglowałam i wiem, że dobrze czuje się w konwencji obyczajowo-komediowej. I niestety to widać. Czytamy o morderstwach, czynach przestępczych, uprowadzeniu, mafijnych porachunkach i to wszystko napisane jest tak lekkim, wręcz żartobliwym stylem. Autorka serwuje nam porównania na zasadzie : rozwaliła się jak żaba na liściu, używa przestarzałego języka młodzieżowego wzmacniając go przekleństwami, używa zbyt licznych metafor, w ten sposób, że czytelnik w końcu przestaje zwracać uwagę na to, że fabuła toczy się wokół zdarzeń które były tragiczne. To kolejny czynnik, który odbiera książce wiarygodność. Kolejnym jest szafowanie stereotypami. 

Obraz polskiej wsi w powieści jest wprost groteskowy. Jeszcze tak naszpikowanej stereotypami powieści nie czytałam. Nie wiem czy tu wychodzą własne kompleksy czy po prostu niewiedza, jednak mieszkańcy małych miejscowości powinni poczuć się obrażeni. Polska prowincja w "Grzechu" to kartoflisko rodem z "Kronik Jakuba Wędrowycza"- Pilipiuka. Gorzała się leje na potęgę, dokoła ciemnogród i zacofanie, chusty na głowach i bieganie do kościoła. Wszędzie pety i ugory, ciemniaki i gumiaki, brak postępu, brak wiedzy.. czyżby autorka próbowała osadzić fabułę powieści kilkadziesiąt lat wstecz? Córka sołtysa jest zwykła (...) , jej chłopak to napakowany przygłup, który szczerzy zęby do laski ze stolicy, Laura pracuje w blaszaku, jej matka biega na zdrowaśki do Kościoła, ojciec siedzi na kanapie, baby stoją przy płotach i plotkują, wszędzie bida z nędzą i marazm. Wiem jak wygląda polska wieś, stanie na miedzy by obgadać sąsiada dawno się skończyło, ba nawet dotarła tam moda z miast. Ludzie są wykształceni a gospodarstw z jedną krową jest naprawdę niewiele. Teraz być rolnikiem to niezły zarobek- wystarczy popatrzeć na sprzęt gospodarski. 

Oh koniec już tego narzekania. Napiszę teraz o mocnych stronach. A konkretnie o jednej. O zakończeniu. Przyznam, że nie tego się spodziewałam i byłam bardzo zaskoczona. Zdecydowanie jest najmocniejszym punktem tej powieści. 
Jak chcecie spróbować to przeczytajcie pierwsze 80 stron a potem akapit zakończenia ;) Resztę można sobie darować, no chyba że lubicie marnować czas. 

czwartek, 20 kwietnia 2017

KONKURS

Witam :)

Chciałam wszystkich zaprosić na konkurs. 

Mój blog założyłam 3 lata temu, jednak dopiero w ostatnich miesiącach, kiedy udało mi się oderwać od pieluch, mam tak naprawdę czas na jego prowadzenie. Dlatego czas na jego promocję i na zyskanie nowych czytelników, którzy (mam nadzieję) znajdą coś dla siebie. A do zaoferowania mam naprawdę dużo, zresztą zobaczcie sami. Ale przejdźmy do konkursu.

By wziąć udział musicie :

1. Dodać blog czytankanadobranoc.blogspot.ie do obserwowanych
2. Odpowiedzieć na pytanie 

Co byście zmienili w moim blogu?

Autor najciekawszej odpowiedzi otrzyma w nagrodę książkę :


Regulamin konkursu :

1. Konkurs trwa do niedzieli 30 kwietnia 2017 roku.
2. Koszt wysyłki ponoszę ja, jednak obejmuje tylko teren Polski
3. Wygra osoba, której komentarz najbardziej mi się spodoba, i będzie miał wpływ na zmianę wizerunku bloga w przyszłości by jeszcze bardziej zachęcić odwiedzających. Decyzja jest niodwołalna
4. Wyniki konkursu zostaną opublikowane 1 maja 2017, na blogu
5. Komentarze muszą być napisane samodzielnie. Kopiowanie opinii innych jest zabronione.

Pozdrawiam i życzę szczęścia :)

Karolina

środa, 19 kwietnia 2017

"Dollbaby" Laura Lane McNeal

 Tytuł : "Dollbaby"
 Autor : Laura Lane McNeal
 Wydawnictwo : Świat Książki
 Rok wydania : 2016
 Liczba stron : 408
 Tytuł oryginału : Dollbaby


Historia bez historii

Sięgając po tę książkę miałam nadzieję na kolejną fenomenalną powieść w rodzaju "Służących" czy "Sekretnego życia pszczół", niestety troszkę się rozczarowałam. Zamiast dokładnie przemyślanej, dojrzałej powieści, która w końcu porusza trudny temat, dostałam powieść new adult, powieść bez konkretnej struktury, gdzie poszczególne wątki często prowadzą donikąd. Powieść przesączoną
dialogami (które uwielbiam), z których to dowiadujemy się całego tła historycznego. Autorka poszła troszkę na łatwiznę. Myślę, że dorośli czytelnicy będą zawiedzeni, jednak dla młodszych amatorów książek może to być uzupełniającą lekcją historii Stanów Zjednoczonych.

Ibby Bell, której ojciec ginie w wypadku rowerowym, zostaje odesłana z Waszyngtonu na południe kraju. Ma zamieszkać wraz ze swoją babcią, o której istnieniu dowiedziała się kilka miesięcy wcześniej. Matka dziewczynki znika, by uporządkować swoje życie. Fannie Bell, babcia Ibby, jest ekscentryczną dziwaczką mieszkającą w wiktoriańskim domu. Posiada ona czarnoskórą służbę, Queenie i Dollbaby- matkę i córkę, które zajmują się sprzątaniem, gotowaniem i opiekowaniem się staruszką. 
Historia dzieje się w latach 60 i 70 XX wieku. Oczami dorastającej dziewczyny, widzimy Nowy Orlean w okresie zmian. Stosunki pomiędzy czarną i białą ludnością są napięte, nadal słychać echa niewolnictwa, a przedział rasowy jest bardzo wyraźny. Jest to okres protestów i zamieszek na ulicach.
Dziewczynka stopniowo odkrywa tajemnicę rodziny, dowiaduje się dlaczego jej ukochany tata musiał opuścić południe i uciec wraz z żoną do Waszyngtonu. 

Moim największym zastrzeżeniem co do tej książki jest jej tytuł "Dollbaby". Ta czarnoskóra służąca nie jest nawet postacią pierwszoplanową, a jej wątek to pojawia się to znika. To tak jak by "Kubusia Puchatka" nazwać "Krzyś". Zastanawia mnie dlaczego autorka się na to zdecydowała. Czy miał być to hołd oddany czarnoskórym walczącym o prawa obywatelskie? Czy po prostu Dollbaby brzmiało lepiej niż Ibby? Czy chciała zachęcić większe grono czytelników, sugerując, że książka będzie napisana z punktu widzenia czarnej służącej? 
Tytuł powinien brzmieć Ibby lub nawet Liberty Bell. Przecież to też piękne i posiadające dużo znaczeń imię. I to właśnie nasza 11-letnia Ibby jest naszą główną bohaterką, to przez nią poznajemy ówczesny Nowy Orlean, to jej losem się martwimy. 
Albo czemu książki nie nazwać po prostu "Doll", byłby to bardzo odpowiedni tytuł, jednocześnie odnoszący się do porzuconej jak szmaciana lalka dziewczynki, i czarnoskórej dziewki służebnej. Prawda, że trafne?

Wiecie z czym skojarzyła mi się ta powieść? Z garnkiem sobotniej zupy. Do wody wrzucamy wszystko co nam zostało z poprzedniego tygodnia licząc na to, że stanie się cud i stworzymy arcydzieło. Był taki wierszyk dla dzieci : 

Babcia zupę gotowała
I do garnka powrzucała:
Dwie marchewki, trzy pietruszki,
Sól i cztery kurze nóżki,
Garść guzików, pół ziemniaka,
Trzy gazety i buraka,
Ząbek czosnku, kości cztery,
Trzy pluskiewki, dwa selery,
Kłębek nici, motek wełny,
Aż się garnek zrobił pełny!
Gotowała siedem dni
A te zupę zjesz dziś ty!  

Dokładnie to samo zrobiła nasza autorka. Krok po kroku opisywała nam to co robią nasi bohaterowie. Jak się prasuje serwetki, jak się robi zupę z karmazyna, jakie tenisówki ma na sobie Ibby. Z początku to wszystko ładnie pachniało, i miałam nadzieję że jak dojdzie do opowiadania o kontekście historycznym to dowiem się wielu nowych faktów. Niestety tak się nie stało. Jak przyszło co do czego byłam wielce rozczarowana. Mało tego. Proza autorki wydawała się bardzo stronnicza. Protesty czarnej ludności nie były przekonujące, więcej dowiadywaliśmy się z dialogów a nie z samej powieści. Autorka potraktowała cały problem po macoszemu starając się go jak najbardziej "wybielić" i to w sensie dosłownym :) Wszystkie te protesty, walki o wolność obywatelską, wszystko to było niezwykle sztuczne. Liczyłam na to, że poczuję tutaj duch tak zwanej "black power", poznam uczucia ludzi, którzy nie okłamujmy się, nadal byli traktowani jak tworzywo gorszego sortu. Nic takiego nie dostałam. Miałam wrażenie, że autorka nieco zdystansowała się od problemu. Zresztą czego można się spodziewać po książce, której bądź co bądź główną bohaterką jest jednak biała dziewczynka z Północy. 

Teraz skupmy się na chwilkę na naszej głównej bohaterce. Postaci, która nie wydała mi się wiarygodna. Przez 11 lat swojego życia mieszkała w Waszyngtonie, w mieście postępu i swobód obywatelskich. Mieście oddalonym o tysiące kilometrów od miejsca z którego pochodzili jej rodzice. Graham i Vidrine uciekli z południa i za wszelką cenę starali się od niego odciąć. Wybrali Północ, zapomnieli o swoim nowoorleańskim akcencie i wychowywali swoją córkę na nowoczesną nastolatkę. A tu już pierwszego dnia nasza główna bohaterka przyjeżdża do nowego domu i wygłasza takie frazy jak "przystojny naszyjnik". Kolokwializm rodem z południa. Oczywiście każdy w końcu nabierze akcentu ludzi z którymi zmuszony jest przebywać, ale czy to następuje tak szybko? Ibby by powiedziała "piękny naszyjnik", "wspaniały naszyjnik" ale na pewno nie określiłaby go przystojnym.
I takich ptaszków w książce jest bardzo dużo. 

Zresztą książka była pełna nieścisłości. Po pierwsze policjant Kennedy- postać która pojawia się wszędzie- dosłownie jak anioł stróż. Co prawda nie żyłam w tamtych czasach ale wydaje mi się, że już w latach 70 Nowy Orlean był dużym miastem, gdzie na ulicach strzegło prawa wielu policjantów, do tego służby miejskie i gwardia obywatelska. Autorka zrobiła z tego miasta prowincję jednego szeryfa, do którego się dzwoni jak kot sąsiadów wlazł na drzewo. Naciągane i jeszcze raz naciągane!
Druga sprawa to Fannie Bell. Zastanawia mnie skąd wzięła fortunę. Zanim poznała swojego męża była zwykłą, szarą obywatelką jak pewnie większość z nas. Jej mąż również nie był człowiekiem, którego można by nazwać krezusem. Jako kapitan statku był zapewne człowiekiem dość majętnym jednak nie na tylko by pozostawić jej w spadku 700 000 dolarów gotówki (i to w latach 60!), a do tego ufundować parę budynków w mieście, sygnowanych jego nazwiskiem. Czyżby już wtedy było Lotto tylko autorka zapomniała nadmienić o tym jakże istotnym fakcie?

Pomimo tematu który porusza książka jest bardzo optymistyczna i bezpieczna. Autorka niestety omija niesmaczne i bolesne aspekty bycia afrykańskim amerykaninem lat 60. Wszyscy jej bohaterowie są  trzymani pod kloszem i nigdy nie dzieje im się krzywda (pewnie dlatego, że Kennedy czuwa). Wydaje mi się, że postać Fannie Bell, była bardzo przerysowana. Nie chce mi się wierzyć, że ludzie południa Stanów, naznaczeni historią i wieloletnią tradycją, nawet w dzisiejszych czasach są tak otwarci i optymistycznie nastawieni. Zresztą do końca nie wiem dlaczego Fannie miała taki sentyment. Czy byłą taka z natury? Czy chciała być inna niż wszyscy? 

Jeśli by założyć, że niewolnictwo w Stanach byłoby fikcją i wymysłem literackim wtedy mogłabym tę książkę uznać za wartościową powieść fantasy. Jednak znam historię i znam straszne konsekwencje ludzkich działań, w tym kontekście książka wydała mi się niewiarygodna, a tego nie lubię. Dostaliśmy tu płytką opowiastkę, pełną pytań bez odpowiedzi, pełną niedokończonych wątków.

Komu się spodoba? Na pewno młodym czytelnikom, którzy nie znają historii lub znają ją tylko z lekcji prowadzonych przez nielubianych nauczycieli. Polecam również fanom powieści historyczno-obyczajowych którzy liczą tylko na dobrą rozrywkę. Bo pomimo tego, że nie jest to lektura dla mnie książka nie nudzi, powiem nawet że wciąga.




poniedziałek, 17 kwietnia 2017

"Hardcorowi bibliotekarze z Timbuktu" Joshua Hammer

 Tytuł : "Hardcorowi bibliotekarze z Timbuktu"
 Autor : Joshua Hammer
 Wydawnictwo : AGORA SA
 Rok wydania : 2017
 Liczba stron : 340


 Nie dajmy zapomnieć


Czytając notkę wydawniczą miałam wrażenie, że to zwykła fikcja literacka, troszkę zwariowana książka, na poły przygodowa (w stylu Indiany Jonesa) a troszkę komediowa. Byłam bardzo zaskoczona kiedy okazało się, że opowiada ona o losach człowieka, który zrobił tak wiele dla naszej kultury i spuścizny literackiej. Mowa tutaj o niezwykłym człowieku, Abdel Kader Haidara, który podjął osobistą, cichą wojnę z islamskimi terrorystami. Nigdy wcześniej o nim nie słyszałam jednak
po przeczytaniu tej skromnej książki wiem, że był naprawdę wielkim bohaterem, który ocalił setki tysięcy manuskryptów przed zniszczeniem. Ta książka powinna znaleźć się w absolutnie każdej bibliotece. 

Tytuł książki pochodzi od grupy bibliotekarzy, którzy sprzeciwili się Al-Kaidzie w islamskim Maghrebie, potajemnie przewieźli 377 000 manuskryptów w miejsce gdzie były bezpieczne. Musieli przeprawić się przez strefę wojenną a terroryści nie byli jedynym czyhającym na nich zagrożeniem. Rozstawiane na drogach wojskowe blokady rządowe, pełne skorumpowanych i niebezpiecznych żołnierzy, również były czymś co mogło spowodować niepowodzenie całej misji. 
Nie myślcie jednak, że książka opowiada nam tylko tę jedną historię. Autor pokazuje nam szerszy konspekt. "Hardkorowi bibliotekarze z Timbuktu" to udane połączenie reportażu z powieścią przygodową. Autor w przystępny sposób przedstawia nam historię i sytuację polityczną w Mali i północno-zachodniej Afryce, gdzie toczy się akcja powieści. Z dumą prezentuje nam historię miasta Timbuktu, w którym przechowywane jest wiele artefaktów życia kulturowego.

W dzisiejszych czasach, my ludzie Zachodu, postrzegamy Afrykę jako kontynent, którym zawładnęła bieda i wojna. Kontynent, z którego ludzie uciekają, gdzie wciąż panuje niewolnictwo a tysiące ludzi umiera z głodu. Jakże łatwo nam zapomnieć to, że kiedy Europa pogrążyła się w "ciemnych wiekach", to właśnie Timbuktu było miejscem kulturalnego oświecenia świata muzułmańskiego. To właśnie tu zjeżdżali się poeci, inżynierowi czy filozofowie by debatować i dzielić się pomysłami. Trwało do od XIII do XVII wieku. Ta wymiana poglądów poświęcona była tysiącom manuskryptów napisanych w języku arabskim oraz różnych językach afrykańskich.
Złoty wiek kultury Timbuktu nastąpił w XVI w. kiedy to populacja miasta osiągnęła 100 000 mieszkańców z czego 1/4 była studentami z różnych części świata islamskiego. Oprócz studiowania tekstów religijnych zajmowali się oni poezją, algebrą, medycyną, botaniką, geografią i astronomią. Wszystko to było możliwe dzięki tolerancyjnej ideologi sufizmu, która cechowała rządzących Timbuktu.
Jednak w Afryce, ówczesnych czasów, były również inne ideologie, które zdobywały coraz szersze grono zwolenników. Radykalni konserwatyści islamscy uważali manuskrypty za herezję. Również okupacyjne siły francuskie, które zajęły tę część świata w XIX wieku, uważały podania za grabież. Właśnie wtedy, by zapobiec konfiskacie, która zakończyła by się zniszczeniem tych dóbr kultury, ludzie zaczęli je ukrywać. Mieszkańcy Timbuktu zaczęli ukrywać dokumenty w swoich domach i pustynnych jaskiniach. Do XX wieku wszystkie zniknęły z widoku publicznego, stały się niewidoczne dla świata. Jednak nie wszyscy o nich zapomnieli. 

W latach 80 XX wieku starano się z powrotem zebrać wszystkie manuskrypty w nowo powstałych bibliotekach. Zostały one sfinansowane przez Arabię Saudyjską i inne kraje arabskie bogate w ropę naftową. Założony został Instytut Ahmeda Baba. Książka to opowiada historię jednego z kolekcjonerów manuskryptów Abdel Kader Haidara. 
W marcu 2012 nastąpiła inwazja na Timbuktu. Miasto zaatakowały połączone siły AQIM i Tuaregów, uzbrojone w broń pozostałą po upadku rządów libijskiego dyktatora Muammara El-Qaddafiego. Islamiści początkowo zajęli się ubiorem, muzyką i kulturą, tym samym nie zauważywszy przemieszczającego się zbioru manuskryptów. dzięki temu do 2013 roku, kiedy zostali wyparci z Mali, udało im się zniszczyć jedynie kilka tysięcy cennych dzieł. 
Paradoksalnie to właśnie atak islamistów otworzył światu oczy na literackie dziedzictwo Timbuktu i umożliwił jego skatalogowanie. 

Pomimo niezwykle sugestywnego tytułu , tylko w mniej więcej 20 procentach jest to opowieść o słynnych bibliotekarzach. Spotkałam się z opiniami, że w całej historii powinno być więcej treści. Osobiście się z tym nie zgadzam. Uwielbiam reportaże, uwielbiam dowiadywać się czegoś nowego. A to co przeczytałam było dla mnie wielkim zaskoczeniem. Autor w dużej mierze skupia się na tym jak doszło do okupacji Timbuktu, analizuje sposób w jaki przywódcy grup islamistycznych się radykalizowali. Myślę , że jest to bardzo współczesne i można z tego wyciągnąć wnioski na przyszłość, byle tylko nie dopuścić do powtórki z historii. Czasem ciężko było dogonić autora w jego przemyśleniach, książka jest dość cieńka, wiele faktów zostało tu pominiętych, jednak jest wiele źródeł gdzie możemy poszerzyć naszą wiedzę. 

Książka dużo mówi o prawie szarijatu, prawie które ma na celu upokorzenie człowieka. Dostajemy tutaj dokładny opis zła, które może uczynić. W dzisiejszych czasach panuje przekonanie, że wszyscy muzułmanie są źli. Jednak autor uzmysławia nam, że są ludzie zupełnie inni od terrorystów, ludzie tolerancyjni, pokojowo nastawieni. Mieszkańcy Mali i większa część ludów Afryki Północnej nie popiera ruchów ekstremistycznych. Prawo szarijatu ich zabija i niszczy marzenia. Cieszę się, że Hammer nam to pokazał, jednak myślę że dużo wody w rzece upłynie byśmy w to uwierzyli i zmienili nasze przekonania.

Uważam, że każdy powinien sięgnąć po tę książkę. Uczy nas historii, uczy nas pokory a jednocześnie przedstawia fakty , które większości nie były znane. Nie martwcie się, nie zostaniecie zasypani datami i wydarzeniami jak z rękawa czarodzieja. To prawdziwa książka przygodowa z historycznym światem, która odkrywa przed nami historię ludzi, którzy zrobili wiele by ocalić nasze dziedzictwo.
Nie pozwólcie by świat o nich zapomniał. Must read 

niedziela, 16 kwietnia 2017

"Chwila na miłość" Joanna Stovrag

 Tytuł: "Chwila na miłość"
 Autor : Joanna Stovrag
 Wydawnictwo : Replika
 Rok wydania : 2017
 Liczba stron : 368

 Wojenny tygiel

Będę szczera, sięgnęłam po tę książkę zachęcona samymi pozytywnymi komentarzami. Czy się opłaciło? Książka porusza ważny temat jakim jest konflikt bałkański, opowiada o miłości i rozstaniu podczas wojny. Ciężko jest komentować książki, których autorzy są bohaterami powieści, do recenzji podchodzimy z dużym dystansem, gdyż nie mamy do czynienia z pisarzami, którzy w swoim dorobku mają kilka pozycji a ich nazwisko coś znaczy w literackim światku. Pomimo gatunku,k który nie jest mi bliski uważam, że warto sięgnąć po tę pozycję, choć nie jest arcydziełem ale również nie aspiruje do tego miana.

Książka opowiada o losach Joanny, studentki slawistyki na Uniwersytecie Jagiellońskim. W trakcie
studiów wyjechała na stypendium do Sarajewa, gdzie została do końca studiów. Tam też poznała miłość swojego życia Sejo. Po ukończeniu studiów kobieta wróciła do Polski , gdzie jej ukochany miał ją odwiedzić. Wtedy też mieli myśleć gdzie zamieszkają w przyszłości. Wybuch wojny w byłej Jugosławii pokrzyżował ich plany. Sarajewo zostało otoczone wrogą armią, do miasta nie mógł przedostać się nikt, nawet pokojowe konwoje pomocy humanitarnej. Jeszcze gorzej było z niego uciec. Na pobliskich wzgórzach rozstawieni byli snajperzy, którzy strzelali do każdego, kto pojawił się w ich zasięgu.
Książka opowiada o próbach Joanny wydostania swojego ukochanego z bombardowanego miasta. Kobieta pragnie sprowadzić go do Polski gdzie będą mogli zacząć prowadzić normalne życie.

Od samego początku widać, że autorka nie jest doświadczoną pisarką. Odniosłam wrażenie, że nie miała pomysłu na formę powieści. Początkowe sto stron czyta się jak przewodnik turystyczny (jeden zresztą wydała), pełno tutaj nazw, opisów miejsc. Poznajemy w skrócie fascynującą historię Sarajewa, tygla kulturowego, gdzie w zgodzie żyją ze sobą wyznawcy kilku głównych wyznań. Sarajewo to kosmopolityczne i tolerancyjne miasto, pełne życzliwych i chętnych do niesienia pomocy ludzi. Sarajewo to miasto z bogatą historią, pełne wspaniałych zabytków.
Przez te pierwsze sto stron przemierzamy z Joanna miasto, poznajemy jego legendy, jest to ciekawa wycieczka krajoznawcza. Jednak zbyt dużo tutaj nazw własnych, razi natłok faktów i bohaterów. 
Kiedy Joanna poznaje Sejo książka przekształca się w romans. Lepiej poznajemy naszych głównych bohaterów. Teraz do naszej wycieczki dołączyła się jeszcze jedna osoba. 
Najciekawiej się robi kiedy nasza bohaterka wraca do Krakowa. Tutaj dostajemy coś na miarę książki obyczajowej połączonej z reportażem. Przyznam się bez bicia : oczywiście wiedziałam o konflikcie na Bałkanach, gdyż jest to temat ze szkolnych podręczników, jednak nie do końca rozumiałam jego podłoże. Autorka w przystępny sposób opisała nam przyczyny konfliktu. Bez osądzania i politycznych dygresji. W swojej książce skupiła się na ludziach, na cywilach których wojna w Jugosławii dotknęła najbardziej. 
W telewizji można było zobaczyć głównie maszerujące wojska, gruzowiska i statystyki, troszkę więcej mówiono o mordzie w Srebrnicy, jednak te wszystkie informacje były pozbawione ludzkiej twarzy. W tej książce widzimy to wszystko oczami człowieka, który widział to wszystko na własne oczy. Widział Sarajewo bez gazu, prądu czy wody. Miasto gdzie ludzie głodowali, tracili dachy nad głową, gdzie wyjście po chleb mogło się okazać tym ostatnim. Widzimy Sarajewo, które jest miastem gruzów, niegdyś tak piękne i otwarte zieje dziurami po bombach. 
W ostatniej części książki autorka zabiera nas w podróż po zniszczonej Jugosławii. Poznajemy kolejnych ludzi, statystów w tym wielkim pokazie siły jaką była wojna. Zwykłych szarych zjadaczy chleba, których życie nikogo nie obchodzi. Powiem szczerze: parę razy łzy zakręciły mi się w oczach. Podobnie było jak czytałam listy dwojga zakochanych ludzi, listy pełne miłości, nadziei a jednocześnie strachu i rozpaczy. W swojej książce autorka zamieściła oryginalne listy swojego męża, żałuję tylko że były okrojone- chętnie przeczytałabym całość.

Książka zbudowana jest na zasadzie kontrastu. Jednego dnia chodzimy po pięknej słonecznej alei, która następnego zmienia się w Aleję Snajperów. Jednego dnia kupujemy baklave na straganach uginających się pod wszelkiego rodzaju słodkościami, by następnego zobaczyć tych samych sprzedawców żebrzących o kawałek chleba. Joanna pokazała nam okrucieństwo wojny w całej swojej krasie, pokazała jak odbiera ludziom człowieczeństwo i wszystkie marzenia.

Jest to niezwykle smutna powieść o miłości, którą przez większość czasu czyta się z zapartym tchem. Kto nie zna tej historii z poprzedniego wydania myślę, że powinien jak najszybciej po nią sięgnąć. Właśnie takie powieści lubię, napisane z pasją przez ludzi, którym udało się przeżyć koszmar. Jednak osoby, które czytały "Jeszcze żyję" mogą sobie lekturę darować, gdyż nie zawiera zbyt wielu nowych informacji.

piątek, 14 kwietnia 2017

"Diabolika" S.J Kincaid

 Tytuł : "Diabolika"
 Autor : S.J Kincaid
 Wydawnictwo : Otwarte
 Rok wydania : 2017
 Liczba stron : 412
 Tytuł oryginału : The Diabolic




 Ludzka Diabolika


 Wow, zastanawia mnie dlaczego ta powieść dostała tak dobre recenzje. I to nie tylko na rodzimych portalach. Goodreads ocenia ją na ponad cztery gwiazdki na pięć. Dla mnie powieść ta wypadła blado. Nie ma w niej nic co czyniłoby ją lepszą od innych powieści z gatunku New Adult SF. Mamy tu do czynienia z utartych schematem, nawet dystopijny świat który poznajemy wydaje się nam znajomy. Oczywiście do przewidzenia było, że pojawi się również wątek miłosny. Więc co takie czytelnicy znaleźli w tej książce, że aż tak są nią zachwyceni? Niestety nie jestem w stanie odpowiedzieć na to pytanie.

Nemezis jest Diaboliką. Sztucznie wyhodowanym ludzkim bytem, jednak ze zmienionym kodem genetycznym. Jej hodowcy zaprogramowali ją tak by mogła służyć tylko i wyłącznie jednej osobie. Miała jej strzec przed wszystkimi czyhającymi niebezpieczeństwami. Diaboliki są większych rozmiarów niż normalni ludzie, mają też więcej siły, są prawdziwymi drapieżnikami z rozbudowanym instynktem łowieckim. Jednak dla osób, którymi się opiekują są gotowe oddać swoje życie. Tylko ich kochają , tylko wobec nich są lojalni, potrafią nawet zabić członków rodziny swoich
podopiecznych, jeśli wyczują że im zagrażają.
Właścicielką Nemezis została Sydonia, córka senatora, osoby bardzo kontrowersyjnej, będącej w zatargu z rządzącym Galaktyką cesarzem. Senator oskarżany jest o Herezję, a nad jego domem zbierają się czarne chmury. Pewnego razu Sydonia wyzwana zostaje na dwór cesarski by stawić się przed sądem. matka dziewczyny, wiedząc , że jej córka nie ma wystarczająco dużo temperamentu i odwagi postanawia zamiast niej wysłać jej Diabolikę. Nemezis oprócz zabiegów mających upodobnić ją do istoty ludzkiej, pobiera lekcje etykiety. Kiedy jest gotowa statek zabiera ją w sam środek galaktyki, gdzie ma udawać swoją Panią i zadbać o to by jej imię pozostało nieskalane.

Super. Wszystko to brzmi bardzo zachęcająco. Naprawdę liczyłam na to, że dostanę książkę inną niż wszystkie. Jednak już wcześniej powinnam zacząć coś przeczuwać. Kilka lat temu dostałam pierwszy tom serii "Selekcja" Kiery Cass. Przyznam szczerze, że nie udało mi się dobrnąć nawet do połowy. Potem przyszła pora na "Niezgodną"- i to samo, następnie "Obca"- trzydziesta strona i koniec. A wszystkie te pozycje dostawały bardzo wysokie noty. Potem przez jakiś czas dałam sobie spokój z tym gatunkiem. Gdy zobaczyłam okładkę "Diaboliki" miałam przeczucie, że to jest to. Niestety. 
Dostałam kolejny odgrzewany kotlet, powielony schemat, na którego czoło wysuwa się wątek miłosny. I to właśnie on zabił całą książkę.

Od samego początku książki, ba od samej okładki, autorka wmawia nam że nasza główna bohaterka nie jest człowiekiem, tylko specjalnie wyhodowanym humanoidem, którego głównym celem jest ochrona swojego Pana. I powiem, że na początku Nemezis była dla mnie bardzo wiarygodna. Wszystko co robiła miało na celu służenie Sydonii, zwracała uwagę na otoczenie, przewidywała zagrożenia, była jak czujny pies myśliwski. Krytycy zarzucają książce, że jest zbyt brutalna. Moim zdaniem Diaboliki powinny być brutalne, powinny nie mieć skrupułów i nie wahać się przed skręceniem karku wrogom swoich właścicieli. Więc o co cały ten szum?
Jednak w połowie książki coś się zmieniło. Istota, która miała nie znać uczuć , nagle zaczyna je odczuwać. WTF?? Czuje strach, smutek, żal, złość.  Co się stało z tym drapieżnym stworzeniem? Czy coś poszło nie tak w procesie tworzenia? Czy nastąpiło jakieś zwarcie? Ale przecież Nemezis nie jest cyborgiem. Czy akurat ta Diabolika była nieudanym egzemplarzem? A może każda by się taka stała jeśli dać jej taką możliwość? Może to te lekcje etykiety uczyniły ją bardziej ludzką? Na to pytanie niestety nie jestem w stanie odpowiedzieć. Ale jedno wiem na pewno, w tym momencie bohaterka straciła dla mnie wszelką wiarygodność i zaczęłam podchodzić do książki z destansem i sceptycyzmem, i to się nie zmieniło do samego końca.

Jak już wiemy nasza Nemezis ( może za sprawą religii- ważny element w książce- czy Bóg wie czego jeszcze ) ma uczucia. Ba, pomijając te podstawowe, ma jeszcze uczucia wyższe - kocha. I to był już totalny gwóźdź do trumny. Mogłam jej jeszcze wybaczyć pewne wybryki ale tego, że się zakochała niestety nie jestem w stanie. Wątek romansu zabił tę książkę, a najgorsze jest to, że bez niego fabuła by zyskała i to bardzo dużo. Na prawdę, wystarczyło zmienić parę wątków i dialogów i powieść by zyskała na autentyczności.

Widać, że autorka dużo czerpała od innych pisarzy gatunku sf czy New Adult. Świat, który nam przedstawia nie był dla mnie nowy ani zaskakujący. Cała książka była raczej dość schematyczna, i troszeczkę naciągana. Nie potrafiłam sobie wyobrazić, jak to wszystko miało wyglądać. Wiemy, że ludzkość zawładnęła wszechświatem, wiemy że planeta ziemia nie ma już większego znaczenia i żyją na niej wyrzutki społeczeństwa. Wiemy, że elita planety nie robić nic tylko pije i się bawi, a ponad to korzysta ze zdobyczy technologicznych swoich przodków. Ci bogatsi żyją na wielkich statkach kosmicznych, którymi sterują maszyny, które naprawiają maszyny, a żeby to wszystko działało to muszą być kolejne maszyny by naprawiać te maszyny itd itd. Problem jest taki, że technologia się starzeje , maszyny psują a nie ma kto ich naprawiać, gdyż nie kształci się specjalistów ani inżynierów, bo wiedza jest zakazana. yyyy.. co? Nie bardzo zrozumiałam dlaczego uczenie się miało by być złe? I tym samym fabuła była dla mnie nieco niezrozumiała. Skoro wszyscy zdawali sobie sprawę, że bez wiedzy wszystko to upadnie już w najbliższej przyszłości to dlaczego zamiast to zmienić to zwolenników tzw herezji ( czyt. nauki ) skazywali na śmierć? Chyba tylko i wyłącznie po to by książka zyskała jakąś fabułę. 

Oj ciężko się to czytało nie powiem, co prawda udało mi się dobrnąć do końca ( choć od połowy już go przewidziałam ) jednak było to nie lada osiągnięcie. Płytcy, mało wiarygodni bohaterowie, którzy działają bez zastanowienia. Świat, który ( choć dobrze odmalowany ) również nie jest wiarygodny. Koniec , który niczym nie zaskakuje. Jeszcze pierwsza połowa książki była znośna , potem było tylko pod górkę. I te nudy. Nie polecam i sama na pewno nie sięgnę po drugi tom .