"Całkiem sama" Mary Higgins Clark

"Całkiem sama" Mary Higgins Clark

Sposobów na napisanie dobrego thrillera czy powieści kryminalnej jest naprawdę mnóstwo. Niektórzy autorzy poruszają się w klimatach noir, inni korzystają z elementów gore. Natkniemy się na książki pisane z humorem i te, które wywołają dreszcz na naszych plecach. Ilu autorów tyle stylów. Mary Higgins Clark jest z pewnością autorką, która umie pisać i cały czas trzyma ten sam, wysoki poziom. Można śmiało powiedzieć, że znalazła swoją niszę, a jej powieści kryminalne bardziej przypominają zagadki Sherlocka Holmesa niż horrory Stephena Kinga. "Całkiem sama" to powieść dla wszystkich czytelników. To jedna z tych książek po które sięgamy mając ochotę na coś mało wymagającego a jednocześnie trzymającego w napięciu. Książka idealnie pasująca do kubka gorącej herbaty i puchatego koca. Jeśli odrzucimy na bok wysokie oczekiwania i nastawimy się tylko i wyłącznie na rozrywkę, to obiecuję że czas spędzony z tą pozycją będzie bardzo dobrze wykorzystany a my wyjdziemy z tego spotkania zadowoleni. 

Celia Kilbride, specjalistka od szlachetnych kamieni i biżuterii, postanawia popłynąć w podróż luksusowym statkiem wycieczkowym, mając nadzieję, że dzięki temu uniknie natrętnego zainteresowania mediów po strasznym, upokarzającym przeżyciu, gdy w przeddzień ślubu jej narzeczony został aresztowany. Na statku spotyka osiemdziesięciosześcioletnią lady Emily Heywood, właścicielkę bezcennego szmaragdowego naszyjnika. W trzecim dniu podróży lady Em zostaje znaleziona martwa w swojej kabinie… a naszyjnik znika.


Dacie wiarę, że to już 11 tom cyklu o Alvirah i Willym? Mary Higgins Clark jest z nami już prawie 20 lat. To właśnie na jej powieściach uczyłam się języka angielskiego. Teraz, mieszkając za granicą i posługując się tym językiem na co dzień, chciałabym podziękować autorce za pomoc. Niektórzy, złośliwi ludzie powiedzą, że z roku na rok, z książki na książkę, powieści Clark są coraz słabsze. Spotkałam się nawet z opinią, że to nie autorka lecz jej wnuki, wzięły się za pisanie kolejnych tomów. Nie wiem czy to ze względu na sentyment czy po prostu taki mam gust, jednak uważam, że nie jest to prawdą. Autorka trzyma poziom i choć zagadki są dość schematyczne a pomysły na fabułę, wykorzystane już przez innych, to Clark zrobiła wszystko co mogła by nadać im pozorów oryginalności i nowości. Temat  morderstwa, gdzie podejrzanymi jest grupka, przebywających w tym samym miejscu ludzi, jest naprawdę oklepany. Bawiła się w to już Agatha Christie i wielu autorów po niej. Jakiś czas temu czytałam rewelacyjną książkę "Dziewczyna z kabiny numer 10", gdzie również doszło to morderstwa na statku. Moim zdaniem takie powieści są fascynujące, gdyż czytelnik od samego początku zna mordercę, przebywa z nim, słucha go, jedynie nie potrafi rozpoznać. Napisanie takiej powieści musi być rzeczą niezwykle trudną i nie każdy autor będzie sobie w stanie z tym poradzić. Musimy pamiętać, że przez cały czas Clark musiała kłamać, udawać, robić czytelnika w bambuko. Nasz morderca musiał zachowywać się normalnie, wtopić w tło, podtrzymywać tajemnicę i się nie zdradzić. Zawsze jak wpada mi w ręce książka, której akcja rozgrywa się na małej przestrzeni, to boję się że będzie tutaj mnóstwo nudy, powtórzeń i sztampowości. Szczególnie jeśli mamy do czynienia z powieścią, której głównym założeniem będzie wykrycie przestępcy. No bo ileż możemy przesłuchiwać i podejrzewać tych samych ludzi? Okazało się, że niepotrzebnie się obawiałam. Mary Higgins Clark napisała powieść pełną tak ciekawych, często kontrowersyjnych bohaterów, że samo przebywanie z nimi było przyjemnością i stanowiło ważną część fabuły. To nie zagadka morderstwa grała tutaj pierwsze skrzypce tylko motyw psychologiczny. Zawsze się cieszę jak autorzy wchodzą do głów naszych bohaterów i często na siłę wyciągają z nich najmroczniejsze sekrety. "Całkiem sama" jest również doskonałym thrillerem psychologicznym.


Mary Higgins Clark przyzwyczaiła nas do tego, że jej powieści są dynamiczne, rozdziały krótkie a fabuła pełna bohaterów. Tak było i tym razem. Statek pełen jest ludzi, którzy zdecydowali się na rejs tym ekskluzywnym liniowcem, z sobie tylko znanych powodów. Nasza główna bohaterka ucieka przed wstydem, zaserwowanym przez własnego narzeczonego, który na dzień przed ślubem został aresztowany i wtrącony do więzienia. Na pokładzie spotkamy również nieszczęśliwe małżeństwo, w którym mąż zmęczony życiem postanawia wyskoczyć za burtę. Bardzo barwną i interesującą postacią, choć nie dane jest nam przebywać z nią zbyt długo, jest Lady Emily, posiadaczka fortuny i klejnotów, które zamierza oddać w darowiźnie. Koło niej kręci się przebiegły asystent, niezła szuja, która zamienia prawdziwe kamienie na tanie podróbki. Nie możemy oczywiście zapomnieć o samych Alvirah i Willym, bo choć nie są głównymi bohaterami, to pełnią znaczącą rolę w śledztwie. Ciekawa jestem jak szybko uda wam się domyślić kto jest mordercą? Mi to troszkę zajęło, jednak już pod koniec książki wszystko zaczęło mi się układać w logiczną a jednocześnie dość przewidywalną całość. Zakończenie nie okazało się dla mnie zaskoczeniem. 
Mary Higgins Clark umie pisać w taki sposób by czytelnik cały czas siedział jak na szpilkach. Jest mistrzynią budowania atmosfery. Postaci, które stworzyła są wielowymiarowe, nigdy nie wiedziałam czego mogę się po nich spodziewać, komu mogę zaufać. Jedynym stałym punktem programu byli Alvirah i Willy, znani mi już z poprzednich części cyklu. Cała reszta znajdowała się w "szarej strefie". Nie było tutaj skrajnie złych i bajecznie dobrych postaci. Cały czas czekałam na to by każdy zdjął maskę i odsłonił swoje prawdziwe oblicze. Często okazywały się one karykaturalne i przerysowane, jednak miałam nieodparte wrażenie, że autorka cały czas trzyma się wybranego przez siebie schematu. Nie ważne czy fabuła toczy się w kamiennych, angielskich posiadłościach czy na pokładzie statku, spotykamy tutaj bohaterów o podobnych rysach psychologicznych, którzy mają do rozwiązania średnio skomplikowaną zagadkę. 

Jeśli lubicie powieści w stylu Agathy Christie, tylko osadzone w czasach nam współczesnych, to z pewnością będziecie zadowoleni. Na dzisiejszym rynku wydawniczym pełno jest książek epatujących przemocą i erotyką, dlatego cieszę się, że są jeszcze autorzy dla których najważniejsza jest sama zagadka i jej rozwiązanie niż bezsensowna brutalność czy próba zszokowania czytelnika. Mary Higgins Clark po raz kolejny zrobiła rewelacyjny kogel mogel, gdzie bogactwo spotyka się z biedą, empatia z obłudą, zbrodnia z miłością. Jest to książka dla czytelników z różnych grup wiekowych. Mogą ją przeczytać zarówno nastolatkowie jak i osoby starsze. Ot, taka książka łącząca pokolenia. 

Moja przygoda z Mary Higgins Clark rozpoczęła się pod koniec lat 90-tych i trwa w najlepsze. Nic nie wskazuje na to, że miałaby się kiedyś skończyć. Wiadomym jest, że nawet najlepsi autorzy mają swoje gorsze i lepsze pozycje. Często do druku kierowane są książki, które by nie przeszły w przypadku początkujących twórców. "Całkiem sama" plasuje się gdzieś pośrodku. Nie jest ani najlepszą ani najgorszą powieścią autorki. Co prawda obserwowanie bogatych, sławnych i wielkich tego świata nie wzbudza już we mnie takich emocji jak kiedyś, jednak nadal czyta się całkiem przyjemnie. Polecam.



Tytuł : "Całkiem sama"
Autor : Mary Higgins Clark
Wydawnictwo : Prószyński i S-ka
Data wydania : 22 listopada 2018
Liczba stron : 312
Tytuł oryginału : All by Myself, Alone




  Za możliwość przeczytania i zrecenzowania książki serdecznie dziękuję wydawnictwu :


 
 
 
 
Książka bierze udział w wyzwaniu czytelniczym :


http://www.posredniczka-ksiazek.pl/2019/01/olimpiada-czytelnicza-2019-zapisy.html
 
 
 
"Neverworld wake" Marisha Pessl

"Neverworld wake" Marisha Pessl

W jednej z recenzji na Goodreads.com przeczytałam, że "Neverworld wake" nieco przypomina bestseller Blake'a Croucha pod tytułem "Mroczna materia", książkę która byłam moim numerem jeden 2016 roku. Jak sami widzicie nie mogłam nie skorzystać z okazji. Oczywiście zdawałam sobie sprawę, że to jednak powieść dla młodzieży a nie mroczny thriller scence fiction,spodziewałam się że znajdę tutaj więcej melodramatyzmu, jednak nie miało to wpływu na moją decyzję. Teraz, już po lekturze, jestem niczym kot który wypił spodek tłustej śmietany. Było smacznie. Elementy fantastyki nie zawładnęły fabułą, pętla czasu była logiczna a całość pełna zwrotów akcji i dynamiki. Wcale się nie dziwię, że producenci Netflix od razu wykupili prawa do ekranizacji. Książka Pessl jest bowiem gotowym scenariuszem na serial.  I wierzcie mi będzie to spektakularny obraz. Nie tylko dla młodzieży.

Beatrice Hartley i pięcioro jej najlepszych przyjaciół tworzyli świetną ekipę. Ale wszystko zmieniła śmierć Jima, geniusza muzycznego i chłopaka Beatrice.Rok po zakończeniu szkoły Beatrice wraca do Wincroft – nadmorskiej posiadłości, gdzie spędzili razem wiele wieczorów, dzielili się tajemnicami i planowali zmienić świat. Beatrice ma nadzieję, że pozna odpowiedzi na mroczne pytania dotyczące okoliczności śmierci Jima. Podejrzewa, że jej przyjaciele wiedzą znacznie więcej, niż chcą zdradzić. Beatrice czuje, że nigdy nie pozna prawdy.

Ostatnio coraz częściej sięgam po powieści new adult. Czy powodem tego jest moje "zdziecinnienie" czy może gatunek dla młodzieży przeszedł ostatnio metamorfozę? Jak byłam wieku "targetowym" dla  książek NA, to czytało się dzieła Lucy Maud Montgomery, próbowało zrozumieć Tolkiena lub wykradało książki z biblioteki rodziców. Dziś, młodzi dorośli, doczekali się własnych thrillerów, własnej fantastyki a nawet własnych horrorów. Nie ma czemu się tutaj dziwić. Wystarczy wyjrzeć przez okno i zobaczymy, że zmienił się również świat. Dzisiejsza młodzież szybciej wkracza w okres dorastania, szybciej rozpoczynamy życie seksualne, to co kiedyś było tabu dziś jest na porządku dziennym. Nie szokują nas już tak bardzo nastolatki z brzuchami czy imprezy halloweenowe dla młodych, organizowane w środku lasu. Często sami rodzice kupują dzieciom alkohol. Kiedyś chowałam się pod kołdrą by czytać Stephena Kinga, dziś widzę dwunastolatków z książkami mistrza w autobusie. Literatura new adult musiała ewoluować by sprostać tej przemianie. Stała się bardziej, mroczna, bardziej spektakularna i oczywiście bardziej dorosła. Na dobrą sprawę, jedynym co odróżnia ją od powieści dla dorosłych, jest fakt że nadal porusza tematy typowe dla środowiska młodych, jeszcze niedoświadczonych ludzi. Nadal jej zadaniem jest pokazywanie dobrych wzorców i nauka odpowiednich zachowań, choć charakter dydaktyczny z roku na rok spada na coraz dalszy plan. Już niedługo pozostanie sama rozrywka. Pessl napisała świetną książka, którą zachwyceni będą zarówno młodsi jak i starsi czytelnicy. Mało tego, motyw fantastyczny, na którym opiera się książka, nie jest dominujący. Owszem pojawia się tutaj pętla czasu, z której muszą się wyrwać bohaterowie, jednak działania jakie w tym celu podejmują bardziej pasują do kryminału czy suspensu niż typowej powieści scence fiction. Więc, drodzy czytelnicy, nie obawiajcie się przekombinowanej, pseudo-naukowej gadaniny, wyskakujących znikąd potworów czy skomplikowanych podróży w czasie. Choć autorzy często gubią się w tworzonych przez siebie powieściach z motywem czasu zapętlonego, tak tym razem wszystko wyszło spójnie. Brak tutaj chaotyczności a całość jest łatwa do zrozumienia. Czyta się lekko i przyjemnie, i muszę przyznać, z niesłabnącym zainteresowaniem. Co prawda jestem nieco zawiedziona zbyt prostym zakończeniem, dla droga do niego była naprawdę fascynująca.

Na okładce książki możemy przeczytać, że fabuła opowiadać będzie o losach grupki znajomych, którzy nieoczekiwanie wpadają w pętlę czasu. Każdego dnia, przez kilkanaście godzin powtarza się ten sam scenariusz. Jednak żaden wydawca (ani polski ani zagraniczny) nie wspomniał o najlepszym. Mianowicie pod koniec każdego dnia, bohaterowie zmuszeni zostają do wyboru jednej osoby, która ma umrzeć. Decyzja ta musi zostać podjęta jednogłośnie. Prawda, że teraz brzmi to o wiele lepiej? Nie dość, że zapowiada się niezła zabawa to jeszcze pojawia się element dreszczyku. "Neverworld wake" to zresztą doskonały thriller psychologiczny, zmuszający czytelników do przemyśleń nad sensem istnienia i tym , ile warte jest ludzkie życie. Paradoksalnie najważniejszym pytaniem , które pada w tej książce nie jest : kto ma umrzeć lecz "dlaczego to ja mam przeżyć". A na to jest już trudniej odpowiedzieć. Grupka naszych bohaterów poznała się w szkole i wszystko wskazywało na to, że przyjaźń ta przetrwa do końca życia. Stało się jednak inaczej, a to wszystko za sprawą tajemniczej śmierci kochanego przez wszystkich Jima. Każdy inaczej poradził sobie z tą stratą lecz nikt nie chciał uwierzyć, że było to samobójstwo. Po roku od tego smutnego wydarzenia młodzi ludzie spotykają się ponownie, dawne rany zostają na powrót otworzone. Choć fabuła książki dzieje się w czasie teraźniejszym to by w pełni zrozumieć rozgrywającą się przed naszymi oczami historię potrzebne są retrospekcje. To właśnie z tych wybiegów w przeszłość poznajemy najmroczniejsze sekrety tych, których uważaliśmy za przyjaciół. Często nie są oni tym za kogo się podają. Nie da się ukryć, że powieść pełna jest tajemnic i dramatów nastolatków, którzy za wszelką cenę starają się je ukryć. Cały czas zdajemy sobie sprawę z faktu, że mamy do czynienia z młodymi, narwanymi ludźmi, którzy zachowują się zgodnie ze swoją metryką. Często wpadają w szał, denerwują się i obrażają zostawiając główną bohaterkę samej sobie. Momentami tych fochów było aż za wiele. Razi również to, że postaci są niezwykle stereotypowe. Gej jest po prostu gejem, komediant komediantem, fajtłapa fajtłapą. Ludzie Ci nie mają żadnej osobowości. Są jak statystyki i opisy sylwetek na kartach z "Magii i Miecz" czy innej gry planszowej. Robią dokładnie to co jest od nich wymagane i nic ponad to. Zastanawiam się również dlaczego autorka nie wykorzystała do końca całego potencjału swojego pomysłu. Mamy tutaj podróże w czasie, trudne wybory i grę o życie, a bohaterowie zamiast całkowicie się w to zaangażować, usilnie próbują rozwikłać zagadkę śmierci kolegi. Kogoś, kogo czytelnik nawet nie poznał. Postaci, która jest nam obojętna. Co prawda, nadal było ciekawie i tajemniczo , jednak cały czas czekałam na jakiś wielki punkt kulminacyjny, kluczowe wydarzenie, które zatrzęsie całą fabułą. I nadal czekam...

Abstrahując od fabuły i bohaterów w oczy rzuciła mi się jedna rzecz. Autorka często podejmuje temat schizofrenii i choroby dwubiegunowej. Zdarza się, że stosuje obie te nazwy zamiennie, choć są to zupełnie inne schorzenia. Często miałam wrażenie, że choroby umysłowe były przedmiotem żartów. Zabrakło tutaj wyczucia i delikatności. Rozumiem, że naszymi bohaterami są nastolatkowie, których komentarze często są niestosowne i potrafią ranić, jednak niektóre dialogi były niesmaczne i przesadzone. Chociażby rozmowa o psie cierpiącym na depresję i zaburzenia osobowości czy pisanie eseju o "dwubiegunowej mamusi" przyrównanej do kosmitki. Jako dorosły czytelnik byłam w stanie przez to przebrnąć jednak boję się, że u nastolatków może to spowodować swojego rodzaju znieczulicę.

Jak do każdej z książek gatunku new adult, tak i do tej, podeszłam bez większych oczekiwań. Nie nastawiałam się na bestseller, choć muszę przyznać że notka wydawnicza mnie zaintrygowała. Choć dostałam więcej niż się spodziewałam, tak nadal mamy tutaj do czynienia z literaturą, która służyć ma jedynie rozrywce. I właśnie tego dostarcza. Marisha Pessl umie pisać, można ją wręcz nazwać mistrzynią. Jej teksty są przemyślane i logiczne. Nie boi się używać detali w celach ozdobniczych. Autorka doskonale wie jak dozować akcję i jak sprawić by całość wyszła dynamicznie. Było dobrze, było ciekawie czyli dokładnie tak jak chciałam. A to, że po tygodniu zapomnę o czym ta książka była? To już mniej ważne. Polecam. Ku rozrywce.




Tytuł : "Neverworld wake"
Autor : Marisha Pessl
Wydawnictwo : Jaguar
Data wydania : 16 stycznia 2019
Liczba stron : 364
Tytuł oryginału : Neverworld Wake




Za możliwość  zrecenzowania książki serdecznie dziękuję wydawnictwu : 
 
 
 
Książka bierze udział w wyzwaniu czytelniczym :


http://www.posredniczka-ksiazek.pl/2019/01/olimpiada-czytelnicza-2019-zapisy.html
 
 
"Żyj przytulnie" Melissa Alvarez

"Żyj przytulnie" Melissa Alvarez

Hygge, Wabi-Sabi, norweski life stale to trendy bardzo popularne w ostatnich latach. Pamiętacie jeszcze czasy, kiedy cały świat zwariował na punkcje feng shui? Bogaci wydawali ogromne pieniądze na architektów i dekoratorów wnętrz, by z ich lokum zrobić miejsce harmonii i szczęśliwości. Ci biedniejsi kupowali wahadełka do wykrywania żył wodnych i na własną rękę robili przemeblowanie. Dziś jest łatwiej. Mamy Internet, specjalistów od stylu życia i fachową literaturę. Wystarczy przejść się do księgarni i zaleje nas powódź książek rodem ze Skandynawii. Każdy z nas chce być jak nasi sąsiedzi z północy. Meble z Ikei już nam nie wystarczą. Pragniemy również ich stylu życia. Wszystkie książki o mindfulness, hygge i innych obecnie obowiązujących trendach, z jakimi się spotkałam, zawsze wnosiły coś nowego do mojego życia, pogłębiały moją widzę. Jednak cały czas obawiałam się, że w końcu nadejdzie taki dzień, że trafię na taką pozycję, która uświadomi mi że nic nowego już się nie dowiem. I miałam rację, szkoda że trafiło na Melissę Alvarez, gdyż muszę przyznać, że miałam duże oczekiwania co do tej książki. W końcu, kto z nas nie lubi jak jest przytulnie?

"Życie" w dzisiejszych czasach jest  prawdziwym wyzwaniem. Trwa nieustający wyścig szczurów, ludzie spędzają po kilkanaście godzin w pracy, dzielnice-sypialnie w dzień świecą pustkami, siłownie tętnią adrenaliną w środku nocy. W Japonii dzieci praktycznie od urodzenia mają zaplanowane całe życie, w Irlandii matka dowiadując się o ciąży może zapisać nienarodzone jeszcze dziecko do szkoły, którą rozpocznie za 6 lat. Najważniejsze w dzisiejszych czasach stały się słowa "mieć", "zdobyć", "osiągnąć". Jest za dużo ludzi a za mało atrakcyjnych miejsc pracy, co prowadzi do niekończącego się wyścigu, który trwa do końca życia. Bo zdobycie czegoś niekoniecznie wiąże się z posiadaniem. Nawet nie zdajemy sobie sprawę z tego, że codziennie walczymy. Każdego dnia nowe państwa, regiony, miasta, społeczności wkraczają na globalny rynek i zasilają światową wioskę. Już nawet  ludzie mieszkający w afrykańskich lepiankach rozsiadają się na skórzanych kanapach, przypływających w kontenerach z Europy, a Jay Z przywozi im słuchawki do Iphoneów, które też w końcu do nich dotrą. Co prawda przykłady te wzięłam z własnej głowy jednak autorka również dostrzegła problemy, które wiążą się z globalizacją. Nie skupiła się tylko i wyłącznie na swoim własnym podwórku. Alvarez z wnikliwością analizuje panujące na świecie trendy i przedstawia współczesne zagrożenia. Robi to z wyczuciem, sprytem i przenikliwością, jednak wnioski które przedstawia nie są dla czytelnika niczym nowym. Owszem znajdziemy tutaj garść ciekawostek, które świetnie służą zobrazowaniu trendów takich jak hygge czy szwedzkie lagom, jednak nie ma tutaj nic, o czym średnio zorientowany w temacie czytelnik, by nie wiedział. Jednym słowem jest to książka dla początkujących, dla zupełnych laików, poszukujących miejsca gdzie należy zacząć. "Żyj przytulnie" może być punktem wyjścia dla poszukiwaczy szczęścia, harmonii i spokoju we własnym życiu. To właśnie z tej książki dowiemy się co jest obecnie na czasie, w jakim kierunku zmierza społeczeństwo, co może zrobić zwykły szary człowiek, by się odnaleźć w dzisiejszych czasach. Muszę przyznać, że liczyłam na coś więcej. Dostałam receptę na "życie" zamiast metod zapobiegania. Autorka zakłada, że nas wszystkich dotknęła "gorączka posiadania", że wszyscy żyjemy w biegu i nie mamy czasu by się zatrzymać i spokojnie wypić kawę czy kieliszek wina. Napisała więc książkę, która ma nam pomóc wprowadzić w swoje życie harmonię, przeorganizować je na nowo. A co z tymi ludźmi co walczą i jeszcze nie dali się omotać konsumpcyjnemu trybowi życia. Czy dla nich nie ma żadnych rad? Czy koniecznie trzeba zapaść na tę chorobę by dostać receptę? Autorka na dobrą sprawę nie promuje nowego stylu życia, nie pokazuje nam nowych dróg, którymi możemy pójść tylko sprzedaje sposoby na poprawę tego co mamy, którym dokleiła etykietkę hygge i "cozy", bo to się akurat sprzedaje.


Spoglądając na sam spis treści możemy zauważyć, że autorka nie wykazała się innowacyjnością. Każdy z nas zdaje sobie sprawę z istnienia ogólnie dostępnych technik relaksacyjnych, które pozwolą nam na złapanie oddechu. Wiemy,że spacery po lesie nas wyciszę, gorąca kąpiel rozluźni mięśnie a "dobry", kontrolowany oddech zmniejszy nasz poziom stresu. Autorka w kolejnych rozdziałach przedstawia nam listę ćwiczeń, które jeśli wykonywane poprawnie i konsekwentnie, będą miały cudowny wpływ na nasz dobrostan. Posiłkując się przykładami z całego świata, Alvarez zaleca nam spędzenie tygodnia bez dostępu do nowoczesnych technologii czy oddanie się medytacji bądź kolorowaniu. Wszystko to ma sprawić, że zwolnimy i przewartościujemy swoje życie. Dobrze państwo wiedzą, że głównym założeniem skandynawskich trendów lifestylowych jest prostota i umiar. Część poradników doradza nam wręcz życie w ascezie. Nikt oczywiście nie zastanawia się nad tym ile kosztuje zbudowanie tego "prostego" , minimalistycznego domu czy chociażby szwedzkiego kominka. Bo hygge to nie tylko nasz rozwój duchowy, to również budowanie przestrzeni wokół nas. Nowy skandynawski trend uczy jak osiągnąć szczęście, żyjąc w zgodzie z naturą, skromnie, niewielkim kosztem, wśród własnoręcznie wykonanych przedmiotów. To szwedzka sztuka równowagi. Wyraża się w stonowanym byciu pomiędzy skrajnościami, unikaniu przesady, docenianiu tego, co jest. A jak to wszystko działa w praktyce? Na to pytanie książka Alvarez już niestety nie odpowiada. Ponoć działa, jednak czy te "style życia" nie są po prostu modą? Kolejnym trendem za którym podążają rzesze lemingów? Bo czyż technik i ćwiczeń autorki nie możemy stosować w naszych własnych domach? Niekoniecznie surowych i bezosobowych? Niekoniecznie modnych.

Autorka dużo czasu poświęca samej idei hygge. Więc kolejny już raz musiałam czytać o tym, czym tak naprawdę jest ta duńska sztuka osiągnięcia wewnętrznej, równowagi, harmonii i bezpieczeństwa. Muszę przyznać, że po tytule spodziewałam się czegoś więcej a nie kolejnego odgrzewanego kotleta. Chciałam małej rewolucji, nowości, ciekawostek, odkryć. Niestety autorka powiela schematy, spisuje wiedzę oczywistą, kopiuje słowa dawno już napisane. Nie było tutaj nic czego bym nie wiedziała, żadne z ćwiczeń nie było autorskie a cała książka to po prostu wierne odtworzenie dzieł innych autorów. Jak każda książka tego rodzaju, również i "Żyj przytulnie" jest przyjemną lekturą, która sprawia, że czytając czujemy się komfortowo. Wtłoczona zostaje w nas energia, chcemy działać już-teraz. Zaczynamy poszukiwać nowych przepisów na "hygge" kolacje, postanawiamy częściej wychodzić z domu, na zakupach wkładamy do koszyka nowe kieliszki i góry świeczek (a gdzie ten minimalizm?), być może wejdziemy nawet na jakąś stronę poświęconą technikom medytacji i mindfulness, by zobaczyć z czym to się je. Im więcej czasu poświęcimy książce Alvarez, tym dłużej w naszych żyłach będzie krążył optymizm. Jednak jak to bywa w przypadku wielkiego zapału, zazwyczaj jest on słomiany. 

Uważam, że powinniśmy czytać wszelkiego rodzaju poradniki, gdyż można zaczerpnąć z nich sporo inspiracji, nauczyć się czegoś nowego i poznać świat oczami kogoś innego. Niestety tym razem nic mnie nie zaskoczyło. Było poprawnie i tyle. Myślałam, że autorka zaproponuje nam coś nowego, kolejny trend, który można zaimplementować w naszym życiu. Okazało się jednak, że "żyć przytulnie" znaczy po prostu, żyć po skandynawsku. A to już było. Polecam wszystkim tym, którym udało się przegapić wszystkie podobne książki.




Tytuł : "Żyj przytulnie"
Autor : Melissa Alvarez
Wydawnictwo : Kobiece
Data wydania : 16 stycznia 2019
Liczba stron : 240
Tytuł oryginału : The Simplicity of Cozy: Hygge, Lagom & the Energy of Everyday Pleasures




 Tę oraz wiele innych książek znajdziecie na półce z Nowościami księgarni internetowej :
https://www.taniaksiazka.pl/


"Ostatnie instrukcje" Nir Hezroni

"Ostatnie instrukcje" Nir Hezroni

Dla tych, którzy śledzą mój blog, nie będzie zaskoczeniem jak powiem, że debiutancka książka Nira Hezroniego pod tytułem "Trzy koperty" była jedną z najlepszych, najbardziej wciągających i trzymających w napięciu powieści 2018. Tym razem jest za wcześnie by móc to samo powiedzieć o "Ostatnich instrukcjach", jednak wszystko jest na dobrej drodze by tak się stało. Hezroni dokończył to co zaczął w pierwszym tomie i zrobił to w jeszcze lepszym, bardziej dramatycznym wykonaniu. Poniższa książka to doskonała literatura akcji z elementami thrillera szpiegowskiego. To również ciekawe studium nad umysłem psychopaty i krytyczna analiza działalności organizacji rządowych i militarnych. Kolejny raz jestem na tak i cieszę się, że autor pozostawił lekko uchyloną furtkę, która daje nam nadzieję na kolejne tomy.

Agent 10483 budzi się w szpitalu po dziesięciu latach przebywania w stanie śpiączki. W jednej chwili wszystko sobie przypomina i postanawia zemstę na Organizacji, dla której zabijał niewinnych ludzi, a która go potem zdradziła. Realizuje wizję krwawej wendety, nie licząc się z tym, ile osób zginie, zanim on dotrze do swoich mocodawców. Również na tych, którzy wysłani zostali w celu powstrzymania go, czyhają liczne zasadzki. Rozpoczyna się gra o wszystko pomiędzy pracownikami Organizacji a psychopatycznym byłym agentem.

Proszę państwa, muszę przyznać, że już dawno nie czytałam tak wciągającej i uzależniającej książki. Co prawda już w "Trzech kopertach" dostałam przedsmak możliwości autora, jednak to co mi zaserwował w bezpośredniej kontynuacji, przerosło wszystkie moje wyobrażenia.  Kolejny raz spotykamy się z agentem 10483, lecz tym razem jest on bardziej niebezpieczny, zdesperowany i pałający żądzą zemsty. Od samego początku czytelnik wie, że stanie się coś strasznego, że maszyna do zabijania została wprawiona w ruch i nikt ani nic nie zdoła przed nią uciec. Na pewno większość z was na jakimś etapie swojego życia grała w gry komputerowe. Lub może macie w domu lubiących tę rozrywkę nastolatków? Większość gier akcji zbudowanych jest na podobnym schemacie. Wcielamy się w rolę superbohatera, który ma konkretne zadania do wykonania za które na końcu dostanie nagrodę. Zazwyczaj skazani jesteśmy sami na siebie, naszą zręczność a często i inteligencję. Ułatwieniem jest fakt posiadania nieskończonej ilości żyć oraz możliwość zapisywania swoich postępów, by w razie niepowodzenia móc wczytać grę. Bohater "Ostatnich instrukcji" również jest sam przeciwko całemu światu, również ma zadanie do wykonania i musi obmyślić plan jak tego dokonać. Autor obdarzył go całym arsenałem cech, umiejętności i zdolności, które sprawiają że bliżej mu do Boga niż zwykłego śmiertelnika. Jednak tym co go nie wyróżnia spośród tłumu jest posiadanie tylko jednego życia, które musi zachować by osiągnąć swój cel.
10483 jest zdecydowanie jednym z moich ulubionych książkowych protagonistów. Pewnie się zastanawiacie, jak można polubić psychopatę, a na dodatek seryjnego mordercę? Terrorystę? Powód jest jeden, zadziałała moja zdolność empatii. Choć nie pochwalałam czynów Gabriela, tak byłam w stanie zrozumieć pobudki, które nim kierowały. Rozumiałam jego żądzę zemsty i wierzyłam, że to system uczynił go mordercą a nie natura czy genetyka.

10483 jest niebezpieczny, ponieważ jest niezwykle inteligentny i posiada ogromną wiedzę. Na dodatek został odpowiednio wyszkolony. I ma motywację. To jedna z tych osób, które nie cofną się przed niczym w drodze do celu, które nie odpuszczają tylko szukają alternatywnych sposobów, jeśli coś nie poszło zgodnie z planem. 10483 lubił planować. Jego umysł działał na najwyższych obrotach. Chemia, matematyka, technika, mechanika czy inżynieria nie miały przed nim żadnych tajemnic. Był człowiekiem złotą rączką, wszystkowiedzącym mścicielem, zdesperowanym, ambitnym katem. Oczywiście momentami miałam wrażenie, że wszystko przychodzi mu zbyt łatwo. Po dziesięciu latach leżenia w śpiączce , praktycznie z dnia na dzień wrócił do normalnego życia, w kilka tygodnie, bez praktycznie żadnej rehabilitacji, zaczął znowu chodzić a nawet biegać. Bardzo szybko przyswoił sobie nowinki techniczne. To na co inni potrzebują lat jemu zajęło tydzień a często i kilka godzin.
Jest w tej książce jedna rzecz, która nie daje mi spokoju. 10483 próbował popełnić samobójstwo i wskoczył pod jadący samochód. Co prawda udało się go odratować, jednak niemożliwa była jakakolwiek identyfikacja ze względu na zmasakrowaną twarz, która musiała przejść rekonstrukcję. Widziałam w swoim życiu ludzi, którzy przechodzili podobne operacje. Choć nasza medycyna plastyczna jest na bardzo wysokim poziomie, to do tej pory nie udało się wyeliminować zbliznowaceń. Jeśli nasz agent miał całkowicie zniszczone powłoki skórne i połamane kości, jego twarz po operacjach musiała być bardzo charakterystyczna. Dziwi mnie więc dlaczego nikt nie zwracał na niego uwagi? Przecież jesteśmy wzrokowcami, jeśli ktoś by mi podał zdjęcie oszpeconego człowieka to bym pamiętała, że go widziałam kilka dni wcześniej. Gabriel powinien być rozpoznawany wszędzie : na lotniskach, barach, sklepach a szczególnie w małych boliwijskich miejscowościach.
Zastanawiałam się również jakim cudem ktoś tak skrzywiony psychicznie, do granic zdesperowany i z maniakalną osobowością mógł zdobyć pracę agenta. Przecież my, obywatele wierzymy, że nad naszym bezpieczeństwem czuwają doskonale wyszkoleni, lojalni i "zdrowi" pracownicy służb porządkowych. Co prawda autor próbował skorzystać z wątku "wprowadzenia" 10483 w szeregi Organizacji, jednak szybko z tego pomysłu zrezygnował. I został nam tak luźno zwisający koniec. A może to jedna z tych furteczek do następnego tomu?

Czytając tę książkę zastanawiałam się nad rolą różnych organizacji rządowych. Wiadomym jest , że Nir Hezroni ma za sobą pracę w wywiadzie a jego książkowa "Organizacja" to synonim izraelskiego Mossadu.Autor pokazuje nam jakie możliwości mają agendy rządowe, jakimi środkami dysponują i do czego może doprowadzić brak kontroli. "Organizacja" jest wszechmocna, ma dostęp do najnowszych technologii, pracują dla niej największe umysły i najzdolniejsi naukowcy. Tutaj nie ma barier i granic, nieznane jest pojęcie etyki. "Organizacja" nie szanuje ludzi, może z nimi zrobić co chce, nawet dobrać się do ich umysłów. Ten element science fiction, z którego skorzystał Hezroni, czyli "sterowanie zachowaniem człowieka" za pomocą różnych substancji, wydaje mi się bardzo bliski rzeczywistości. Każdy z nas zna serum prawdy, skąd mamy wiedzieć , że nie wymyślono innych podobnych substancji, które mogę kontrolować nasze zachowanie? Hezroni przestrzega nas przed zbytnią ingerencją w ludzki umysł i wszechmocą organizacji rządowych. Scenariusz samotnego mściciela jest niestety jak najbardziej aktualny i wszystko idzie w kierunku jego spełnienia. 

"Ostatnie instrukcje" to książka, która cały czas trzyma nas w napięciu. Czyta się szybko, rozdziały są krótkie i dynamiczne a przeskakiwanie z postaci na postać zrobione zostało z wprawą i nie wprowadza chaosu. Autor umie pisać, robi to sprawnie i z wyczuciem. Książka nie jest przegadana, akcja wynika z reakcji i na odwrót, cały czas coś się dzieje i choć momentami bywa to naciągane, to tym razem byłam w stanie to wybaczyć. Mam wielką nadzieję, że Hezroni ma więcej pomysłów i że to nie koniec tej wspaniałej przygody. Nie czekajcie tylko róbcie michę popcornu, zaopatrzcie się w awaryjne orzeszki i duży kubek kawy i czytajcie. Gorąco polecam. 



Tytuł : "Ostatnie instrukcje"
Autor : Nir Hezroni
Wydawnictwo : Media Rodzina
Data wydania : 7 listopada 2018
Liczba stron : 320
Tytuł oryginału : Last Instructions



Za możliwość przeczytania i zrecenzowania książki serdecznie dziękuję wydawnictwu : 
https://mediarodzina.pl/index.php



Książka bierze udział w wyzwaniu czytelniczym :


http://www.posredniczka-ksiazek.pl/2019/01/olimpiada-czytelnicza-2019-zapisy.html
 


"Uwięzieni w raju" Xavier Güell

"Uwięzieni w raju" Xavier Güell

Dla potrzeb polityki zagranicznej oraz ze względu na naciski Czerwonego Krzyża i innych organizacji charytatywnych, władze II Rzeszy zmuszone były do stworzenia "modelowego" obozu koncentracyjnego, miejsca gdzie bez wstydu , będzie można "zaprosić" inspektorów, których zadaniem jest sprawdzenie warunków w jakich przetrzymywani są więźniowie. Wybór padł na Theresienstadt, obóz utworzony na terenie protektoratu Czech i Moraw. Kałuże zostały zalane betonem, dostawiono nowe łóżka, zmodernizowano kuchnię obozową. Powstała biblioteka, szpital a nawet bank, który produkował "obozowe" marki, wypłacane pracującym osadzonym. Rodziny żyły tutaj razem, w zdrowiu, szczęściu i dobrobycie. Jedzono 5 posiłków dziennie, były organizowane uroczystości i przedstawienia. Po uliczkach tego małego miasteczka biegały uśmiechnięte dzieci a kobiety przechadzały się w jedwabnych sukniach.Jednak wraz z wyjazdem komisji, nastała ciemność.

Hans Krasa, Gideon Klein, Pavel Haas czy Viktor Ullmann, oraz wielu muzyków, śpiewaków i kompozytorów, zostało aresztowanych i deportowanych, wraz z rodzinami i bliskimi, do obozu koncentracyjnego w Theresienstadt. Nazistowskie władze z Adolfem Eichmannem na czele chcą uczynić z Theresienstadt wzorcowy obóz, za pomocą którego mogłyby pokazać światu, że Żydzi nie są mordowani – wręcz przeciwnie, pozwala im się na prowadzenie ożywionego życia kulturalnego oraz tworzenie i wykonywanie muzyki na najwyższym poziomie. Hans Krasa i pozostali muzycy nie mają złudzeń co do czekającego ich losu, ale by przeżyć, podejmują diaboliczną grę z nazistami.W powieści pojawia się jeszcze jedna bohaterka: arystokratka Elizabeth von Leuenberg, jedna z najbardziej cenionych w Rzeszy specjalistek w zakresie genetyki.


Na wstępie muszę zaznaczyć, że nie jest to książka dla każdego. Musimy pamiętać, że Xavier Guell jest muzykiem i producentem. Współpracował z najbardziej znanymi orkiestrami filharmonicznymi na świecie. Był odpowiedzialny za festiwale promujące muzykę teatralną. W 2015 roku opublikował książkę ku pamięci sławnych muzyków i kompozytorów, takich jak Beethoveen, Schubert, Schumann czy Liszt. Kocha muzykę i ma ją we krwi. Dlatego trudno się dziwić, że "Uwięzieni w raju" przesiąknięci są dźwiękami i melodiami. Ci, którzy spodziewają się, że głównym tematem powieści będzie życie obozowe i rozgrywająca się w więzieniu historia miłosna, będą zawiedzeni, bowiem motywem wiodącym książki jest życie kulturalne, opera i teatr. Dzieło Guella nie jest reportażem lecz powieścią inspirowaną historią. Autor czerpał z niej garściami, jednak musimy pamiętać, że rozgrywające się tutaj wydarzenia są jedynie fikcją literacką w wydaniu prawdziwych bohaterów. Oprócz nazwisk światowej sławy muzyków spotkamy tutaj Alberta Eichmanna czy doktora Josefa Mengele. Fabuła książki oparta jest na prawdziwym wydarzeniu utworzenia obozowej grupy teatralnej, złożonej głównie z dzieci, której zadaniem było wystawienie skomponowanej naprędce opery. Pomysł wskrzeszenia życia kulturowego w obozowej rzeczywistości, spotkał się z aprobatą władz. Należy pamiętać, że Teresienstadt było miejscem gdzie przyjmowano komisje i międzynarodowych obserwatorów. Stworzenie pozorów normalności było komendantowi obozu bardzo na rękę. Choć powstały tam całkiem nowe opery i utwory sceniczne, niestety większość partytur zostało zniszczonych. Muzyka w powieści Guella jest jednym z głównych bohaterów. Autor dzieli się z nami swoimi przemyśleniami odnośnie wielu dzieł znanych kompozytorów. Niestety by w pełni zrozumieć sens jego przekazu, musimy mieć pojęcie o muzyce klasycznej, musimy znać opery i etiudy o których mowa oraz umieć przywoływać w głowie dźwięk poszczególnych nut. Są w tej książce fragmenty tekstu, w których autor bardzo drobiazgowo analizuje utwory klasyków, począwszy od ich zapisu na pięciolinii a na interpretacji wykonawcy kończąc. Ta książka sprawia, że muzyka żyje i ma realny wpływ na nasze życie. To dzięki niej możliwe jest dzielenie się emocjami, kultywowanie nadziei. Jest jedynym promieniem szczęścia i radości w tych smutnych, tragicznych czasach. To właśnie muzyka może przekazać więcej niż same słowa, może nas oczyścić.

Cały czas zaskakiwało mnie to w jak genialny sposób autor oparł swoją powieść na kontraście, nie czyniąc tego w sposób zbyt przejaskrawiony. Od razu rzuciło mi się w oczy to, że samego życia obozowego, było tutaj jak na lekarstwo. Mało tego, żaden z naszych głównych bohaterów, nie należy do grupy tych najbardziej poszkodowanych, wyzyskiwanych, chorych czy złamanych. Nie czytamy tutaj o głodowych racjach żywnościowych, wypadających zębach, spaniu na gołej podłodze. Naszych protagonistów spotykamy na "salonach" gdzie prowadzą długie, mądre dyskusje. Gdzie decydują o losie a często nawet życiu całej obozowej "reszty". Nie sprawiają wrażenia zabiedzonych, głodnych, zawszawionych, zahukanych. Czasem miałam wrażenie, że autor specjalnie wybrał właśnie takich bohaterów i właśnie ten obóz by jeszcze bardziej uwypuklić tragiczne wydarzenia do których dochodzi w tle. Są deportacje, są egzekucje, umierające na tyfus dzieci. Są komory gazowe. Jednak wszystko to wydaje się być oderwane od rzeczywistości, jakby sami uprzywilejowani więźniowie, członkowie żydowskiego samorządu, nie mogli uwierzyć w to że codziennie kolejne pociągi odjeżdżają w dal. Powieść aż huczy muzyką, która zagłusza jęki umierających. Autor potrafi pisać o pysznych potrawach, rautach, salonach, sławnych i bogatych ludziach. O tych co żyją w bogactwie. Ci, którym los odebrał wszystko są zepchnięci na margines. Brakuje tutaj słów by opisać ich nędzę, a te co zostały muszą wystarczyć na opisanie ich ostatniej podróży w obłokach gazu. Czytając miałam wrażenie zbliżającego się nieszczęścia a fakt, że Guell nie pokazał mi nędzy, biedy i rozpaczy jeszcze bardziej to wrażenie potęgowało. 

 Tym co się w tej powieści wysuwa na pierwszy plan jest strach. Jest on wszechobecny, dotyka każdego z bohaterów, nawet tych niewymienionych z imienia i nazwiska. Lękają się ludzie i narody. Boimy się duchów przeszłości, niepewności teraźniejszości i niewiadomej przyszłości. Żyjemy w trwodze o własne życie. Jedni boją się upaść zbyt nisko, stracić sławę i majątek, innym zostało tylko ubranie i życie, które jest dla innych tak mało warte. Działamy w taki sposób by historia o nas nie zapomniała, zapisujemy jej karty uczynkami, które nie sposób nazwać chlubnymi. Książka ta ukazuje nam, jak egoistyczni i bojaźliwi potrafią być ludzie których autor stara się ich usprawiedliwić, wszak jest niewiadomą jak "my" byśmy się zachowali będąc na ich miejscu. "Uwięzieni w raju" przedstawia nam do czego może doprowadzić nienawiść. 

"Uwięzieni w raju" nie jest typową książką o Holokauście. Można nawet śmiało powiedzieć, że zagłada jak widmo wisi nad całą fabułą bezpośrednio w nią nie ignorując. Tytuł jest tutaj wielce znaczący i choć Teresienstadt zdecydowanie rajem nie było, to w porównaniu do innych obozów, tutejsze warunki przedstawiały się o niebo lepiej. Książka Guella to poruszająca, grająca na emocjach książka o przetrwaniu, muzyce i miłości. To powieść, której zakończenie rzuci was na kolana i sprawi że łzy pociekną po policzkach. Jest to jedna z tych pozycji, które trzeba przeczytać. Polecam. 



Tytuł : "Uwięzieni w raju"
Autor : Xavier Güell
Wydawnictwo : Czarna Owca
Data wydania : 14 listopada 2018
Liczba stron : 352
Tytuł oryginału : Los Prisioneros del Paraiso




Za możliwość przeczytania książki i jej zrecenzowania serdecznie dziękuję wydawnictwu :  

https://www.czarnaowca.pl/



Książka bierze udział w wyzwaniu czytelniczym :


http://www.posredniczka-ksiazek.pl/2019/01/olimpiada-czytelnicza-2019-zapisy.html





"Spadek" Beata Dmowska

"Spadek" Beata Dmowska

Sięgając po książkę, która na okładce ma przedstawicielkę płci pięknej z herbatką w ręku, z reguły wiem czego mogę się spodziewać. Jak jeszcze do tego obrazku dołożymy słowa miłość, rozwód, zdrada i domek na wsi to mamy gwarantowany przepis na łzawą kobiecą obyczajówkę. Rzadko komu zdarza się wyjść poza ten schemat. Dlatego by byłam bardzo zaskoczona kiedy okazało się, że "Spadkowi" bliżej jest to thrillera czy mrocznego kryminału niż do typowej powieści dla kur domowych. A kiedy dowiedziałam się, że Beata Dmowska jest debiutantką na polskim rynku wydawniczym to wprost nie mogłam wyjść z podziwu. Czytało mi się nadzwyczaj dobrze i choć pisarce nie udało się ominąć wszystkich pułapek zastawianych przez ten gatunek, to muszę przyznać że książka zrobiła na mnie dobre wrażenie, a atmosfera którą udało się autorce zbudować sugeruje, że sprawdziłaby się również w nieco mroczniejszych klimatach.

Kiedy Natalia odkrywa, że mąż ją zdradza postanawia spakować walizki i wyprowadzić się do odziedziczonego po dziadku domu na wsi. Kiedy dojeżdża na miejsce okazuje się, że dworek wymaga gruntownego remontu. Zwiedzając posiadłość Natalia odkrywa tajemniczą piwnicę z pryczą i przymocowanymi do ścian łańcuchami. Kobieta zaczyna czuć się nieswojo a wrażenie to potęgują dziwne głosy, rozbrzmiewające w środku nocy, znikające przedmioty oraz drzwi, które same się otwierają. Jednak to dopiero początek. W wyniku prowadzonego przez Natalię śledztwa na jaw wychodzą rodzinne sekrety. Wydaje się, że Natalia oprócz domu dostała w spadku pokaźną listę kłopotów i trudnych spraw do załatwienia, ale też szansę, by wreszcie uporać się z przeszłością.

Już na samym początku tej książki, miałam nieodparte wrażenie że autorka do końca nie wie, w jakim gatunku chce zakotwiczyć. Z jednej strony mamy tutaj powieść obyczajową , z drugiej kryminał. Momentami jest zabawnie, często strasznie. Pojawiają się elementy romansu i horroru. Jest to istny miks gatunkowy za którymi niestety nie przepadam. Jednak tym razem, ten brak zdecydowania i konsekwencji zaplusował. Przecież o wiele łatwiej było napisać książkę o załamanej, zrozpaczonej i porzuconej czterdziestolatce, która ucieka od męża, wyjeżdża na drugi koniec Polski i tam odnajduje miłość swojego życia. Właśnie taki jest, uwielbiany przez polskie autorki schemat. Klina leczy się klinem. Cieszę się, że Dmowska postawiła na oryginalność. Nie dość, że nie pojawia się tutaj książę na białym koniu, z chusteczką w ręku to główna bohaterka zamiast odnaleźć na wsi spokój i wytchnienie, wpada w sam środek doskonale  skrojonej intrygi. Beata Dmowska w znakomity sposób buduje klimat powieści. Wyobraźcie sobie wielki dom na skraju wioski, gdzie od lat nikt nie mieszkał a sąsiedzi są przekonani, że jest on nawiedzony. Chyba wszędzie, w każdym miasteczku, siole czy kolonii , są takie miejsca o których krążą legendy. Tam gdzie mieszkałam był to opuszczony budynek zwany przez miejscowych Belwederem. Do dziś pamiętam jak uwielbialiśmy się tam zakradać, oglądać pozostawione obrazy i stare meble. Dziwiło mnie, że miejsce to nie zostało zdewastowane przez okoliczną młodzież, ale może i oni bali się duchów? To właśnie mój "Belweder" stawał mi przed oczami podczas lektury. Ten sam klimat, ta sama atmosfera tajemnic, sekretów i tragicznej przeszłości. Autorka ma niezwykły talent do "malowania" słowem, czym gra na emocjach czytelników. Moment kiedy wraz z Natalią zeszłam do ukrytej po podłogą piwnicy, która służyła za więzienie, sprawił że przeszły mnie dreszcze. Zasłony, które same się odsuwały, tajemnicze postaci przemykające w ogrodzie, nawet taka banalna rzecz jak znikające przetwory, sprawiły że przez cały czas moje nerwy były na postronkach. Czułam się nieswojo. Wszyscy domownicy spali a ja zastanawiałam się czy ktoś nie chodzi po moim strychu. Lubię książki, które wywołują tyle emocji, szczególnie kiedy się tego nie spodziewamy.

Jednak Dmowska cały czas pamiętała o tym, że po książkę sięgną w większości przedstawicielki płci pięknej. A obserwując polski rynek wydawniczy, łatwo się zorientować co jest od kilku już lat na topie. Mówię oczywiście o literaturze herbatkowo-siedliskowo-miłosnej, gdzie bohaterowie chodzą w wełnianych papuciach, piją z filiżanek w kwiatki, wdychają aromaty wsi i oczywiście muszą mieć kota. Natalia jest idealną przedstawicielką tego nurtu. Co prawda przez całe swoje dorosłe życie obracała się w luksusie, jeździła audi i robiła proszone kolacje dla wspólników biznesowych męża, do których zakładała buty najlepszych, światowych projektantów, jednak nie przeszkodziło jej to w odkryciu w sobie duszy traperki, wieśniaczki i jednocześnie kobiety wyzwolonej. Jak na typowego mieszczucha radzi sobie całkiem nieźle, umie od razu napalić w piecu, zorganizować pomoc sąsiedzką, restaurować meble i skuwać kafelki. Już drugiego dnia poznaje swoją "najlepszą" przyjaciółkę. Brakowało tylko przystojnego farmera-rozwodnika i wszystko byłoby na swoim miejscu. Całe szczęście autorka oszczędziła nam łzawego romansu. Niestety nie zrobiła tego samego z opisami, które momentami są rozbuchane do granic możliwości. Nie wiem kiedy pisarze nauczą się, że czytelnik swój rozum i wyobraźnię ma i nie są nam obce szczegóły i rytuały z dnia codziennego. Już same słowa "Natalia wypiła kawę", potrafią zadziałać na naszą wyobraźnię. Nie trzeba mi mówić, że filiżanka była niebieska, spodeczek obtłuczony i zabrakło cukru trzcinowego. Te ozdobniki nie robią nic innego tylko spowalniają fabułę, dzięki czemu traci znacząco na dynamice. Owszem, gdyby pozbyć się większości opisów, to książka znacząco straciła by na objętości, jednak moim zdaniem zyskałaby na jakości, szczególnie że historia o jakiej opowiada jest interesująca i wykracza daleko w przeszłość aż do czasów II Wojny Światowej, kiedy to wszystko się zaczęło.

Książka porusza ważny temat przemocy domowej, i to tej w jej najgorszym wydaniu czyli molestowaniu psychicznym. Natalia wyszła za mąż, za bogatego architekta, który oczekiwał że jego partnerka będzie idealną panią domu na wzór żon ze Stepford. W kuchennej szufladzie zostawiał jej pieniądze na zakupy, często z bonusem na nową kreację czy kosmetyki. Kobieta miała tylko dbać o to by było posprzątane a na stole nie zabrakło obiadu. To w teorii. W praktycy do jej obowiązków należało dbanie o sterylność pomieszczeń i organizowanie przyjęć. Zawsze miała wyglądać idealnie, mieć smukłą sylwetkę i ułożone włosy. Musiała się wszystkim podobać. Jeśli coś odbiegało od normy Wiktor wpadał we wściekłość. Co prawda ręce trzymał przy sobie jednak to podobno słowa ranią najbardziej. Wyzywał więc swoją żonę od leniuchów, spaślaków i kretynek. A najgorsze w tym wszystkim było to, że również córkę nastawiał przeciwko swojej rodzicielce. Ta książka pokazuje nam obraz małżeństwa po katastrofie. Daje nadzieję dla innych kobiet będących w podobnej sytuacji, że jeszcze nie jest za późno by odmienić swój los.

"Spadek" to zaskakująco dobra, przemyślana książka, która wpadnie w gusta zarówno wielbicielek powieści obyczajowych jak i fanek thrillerów i rodzinnych zagadek. Beata Dmowska wie jak trafić do czytelnika i go zainteresować nawet pozornie błahym tematem. W końcu rozwodzi się co druga para a i spadki są czymś na porządku dziennym. Mało tego autorka, zdaje sobie sprawę z różnorodności naszych gustów, i swoją powieść stworzyła tak, by spodobała się jak największemu gronu. "Spadek" to powieść uniwersalna i niezwykle współczesna. czekam na więcej. Polecam.



Tytuł : "Spadek"
Autor : Beata Dmowska
Wydawnictwo : HarperCollins Polska
Data wydania : 14 listopada 2018
Liczba stron : 442





Za możliwość przeczytania i zrecenzowania książki serdecznie dziękuję wydawnictwu : 
Z jednego z przeczytanych jakiś czas temu artykułów dowiedziałam się, że strzelaniny w szkołach to w USA norma. Średnio raz w tygodniu ktoś otwiera ogień. 14 lutego tego roku, w Parkland na Florydzie, uzbrojony nastolatek wtargnął na teren szkoły, z której jakiś czas wcześniej został wydalony z powodów dyscyplinarnych. Zginęło 17 osób a 14 zostało rannych. W 2012 roku, w Newtown, 20-letni Adam Lanza po zastrzeleniu swojej matki, pojechał do pobliskiej szkoły, gdzie zastrzelił 26 osób,  większość to dzieci w wieku 6-7 lat. Historia zna wiele takich tragedii a z roku na rok jest ich coraz więcej. Czytamy o nich w gazetach, oglądamy w telewizji, jednak rzadko kiedy zdarza nam się przeczytać coś z punktu widzenia ofiar, szczególnie tych nieletnich. "Kolor samotności" opowiada fikcyjną historię 6-letniego Zacka, któremu udało się przeżyć strzelaninę w szkole. Jednak czy udało mu się przetrwać lata bólu i samotności, które po niej nastąpiły?   Pewnego dnia, tuż przed lekcją matematyki, do szkoły Zacka wpada uzbrojony mężczyzna i zaczyna się strzelanina. Chłopiec wraz z nauczycielem i innymi dziećmi chowa się w szafie. Zabitych zostaje 19 osób, w tym brat Zacka, Andy. Chłopiec nie może zapomnieć o tym wydarzenia. W myślach powracają do niego dźwięki i obrazy, które przywołują traumatyczne wspomnienia. Nie znajduje oparcia ani w przyjaciołach ani w rodzinie. Wszyscy oni pogrążeni są we własnej żałobie i nie mają dla chłopca czasu. Osamotnione dziecko znajduje własny sposób na wyjście z traumy. Ucieka w magiczny świat literatury i sztuki, dzięki któremu próbuje zrozumieć i uporządkować swoje uczucia. Wierzy, że znajdzie sposób na to by pomóc nie tylko sobie, ale również najbliższym.   Zacka poznajemy w dniu kiedy zawalił mu się świat. Jedna z moich amerykańskich przyjaciółek namówiła mnie, żebym koniecznie posłuchała początku książki w formie audiobooka. Tak też zrobiłam. I momentalnie zalałam się łzami. Nawet jak już przerzuciłam się na wersję papierową, w głowie cały czas dźwięczał mi głos narratora, młodziutkiego Kivlighana, znanego z dubbingów telewizyjnych. Jego głos jest tak nasiąknięty emocjami, że jak opowiada o strzelaninie, zamknięciu w szafie, ścisku, ciasnocie, pocie i strachu tak miałam wrażenie, że jestem jednym z uczestników tej masakry. Muszę oddać autorce, że to dzięki jej narracji było to możliwe. Jest ona tak obrazowa, tak przepełniona uczuciami, że czytelnik momentalnie utożsamia się z bohaterami, z brzucha wyrasta mu mentalna pępowina, która swoimi mackami wczepia się w karty książki. Od tej pory czujemy to co Zack, myślimy tak jak Zack, wraz z nim cierpimy i wkraczamy do tunelu, na którego końcu widać światełko nadziei.   Wybranie na narratora powieści 6-letniego chłopca, było zabiegiem ciekawym i dość niecodziennym. Choć zdarzyło mi się przeczytać sporo powieści o strzelaninach w placówkach dydaktycznych, tak ta jest pierwszą opowiedzianą z perspektywy dziecka. Dorośli często wychodzą z założenia, że tragiczne wydarzenia, których uczestnikami są małe dzieci mają mały wpływ na ich rozwój, zostaną szybko zapomniane gdyż małoletni nie do końca rozumieją ich znaczenie i konsekwencje. Nie zdają sobie sprawy, że to w tym wieku kształtuje się nasza osobowość, i traumatyczne wspomnienia z dzieciństwa będę miały wpływ na całe dalsze życie. Dla kogoś kto przeżył tragedię najważniejsza jest pomoc psychologiczna i wsparcie ze strony rodziny. Dziecko musi poczuć się jak w kokonie, pęcherzu płodowym, musi odbudować w sobie poczucie bezpieczeństwa, które zostało zniszczone. O Zacku wszyscy zapomnieli. Pogrążyli się we własnej żałobie, próbowali znaleźć sposób na życie w tych zupełnie nowych okolicznościach. Płakali nad utratą dziecka, walczyli z rodziną mordercy, szukali winnych, podsycali w sobie nienawiść. A gdzieś w tym wszystkim był Zack, który walczył o chwilkę uwagi, której się nie doczekał. Wzruszyła mnie scena, w której babcia chłopca, kupiła banany, uwielbiane przez zabitego brata Zacka. On jedyny je jadł. Owoce wylądowały w koszu na śmieci. Płakałam. Nie rozumiałam jak można w ten sposób traktować własne dziecko. Jedyne co słyszał to : później, nie teraz, nie przeszkadzaj, odejdź. Był przestawiany z kąta w kąt, traktowany przedmiotowo, wykluczony i skazany na cierpienie w samotności. Rodzina się rozpadła, każdy znalazł własną drogę prowadzącą do wyleczenia.   Autorka w przerażający, realistyczny sposób maluje obraz "po tragedii". Jej proza jest pełna życia, uczuć, namiętności i bólu. Opisuje nie historię jednej rodziny, lecz całej społeczności borykającej się ze stratą najbliższych. Ludzie, którzy do tej pory żyli w przyjaźni, zaczynają się od siebie oddalać, stają się nieufni, zamykają drzwi. Świat po masakrze traci barwy, na ziemię spada deszcz smutku. W rodzinie Zacka zamiast miłości pojawia się złość, krzyk, płacz i desperacja. Rodzice nie potrafią ze sobą rozmawiać. Jedynym spokojnym miejscem okazuje się szafa w pokoju brata. Szafa pełna książek, które stają się dla chłopca odskocznią. To właśnie one są inspiracją do wyrażenia siebie za pomocą kolorów, namalowania mapy uczuć gdzie czarny oznacza złość, zielony szaleństwo, żółty szczęście a czerwony zażenowanie. Zack był wyjątkowym, emocjonalnym i inteligentnym dzieckiem. Zachowywał się dorośle. Czasem nie mogłam uwierzyć, że miał dopiero 6 lat. Wydaje mi się, że to właśnie on rozpoczął proces godzenia się z nową rzeczywistością, to dzięki niemu możliwe było podjęcie próby "wyzdrowienia". Książkę tę powinni przeczytać wszyscy rodzice nawet Ci, którzy wiodą na pozór beztroskie i szczęśliwe życie. Autorka na przykładzie małego, niewinnego chłopca pokazuje, jaki wpływ na dziecko mają bezustanne kłótnie rodziców, warczenie na siebie, brak kontaktu fizycznego czy nawet zwykła obojętność. Powinniśmy otworzyć oczy i spojrzeć w dół na tych, których głosik jest najczęściej niesłyszalny. Mama i tata to dwie najważniejsze osoby w życiu dziecka. Symbolizują ciepło, bezpieczeństwo i harmonię. Nie odbierajmy tego dzieciom, nie bądźmy samolubni nawet w obliczu największych tragedii bo w końcu mamy dla kogo żyć.   Nie jest prawdą, że dzieci są "odporne". To, że wspomnienia wyblakną a czas wyleczy większość ran, nie oznacza  że echo wydarzeń z przeszłości nie będzie się odbijać w dorosłym życiu. Pamiętajmy, że dzieci się od nas uczą wzorców zachowań. Odpychając swoje pociechy, żałując im uwagi i miłości, wychowujecie nieczułego robota. Nie każdy jest jak Zack, który okazał się najbardziej odważny i dorosły ze wszystkich. Był jedynym bohaterem tej książki, postacią o której nie zapomnę do końca życia. I wierzcie mi w dzisiejszych czasach takich bohaterów jest wielu, skąd wiecie czy nie kryją się w waszych szafach?   Po każdej nowej strzelaninie politycy w telewizji zapewniają, że myślą o rodzinach ofiar, są z nimi i służą pomocą. Zamiast tych pustych słów powinni wziąć do ręki tę powieść, przeczytać, przemyśleć i wyciągnąć wnioski. Może warto zmienić prawo o swobodnym dostępie do broni palnej? Jak długo jeszcze będziemy czekać, aż strzały będą na porządku dziennym? Aż zamiast szkolnych mundurków nasze dzieci będą nosi kamizelki kuloodporne? "Kolor samotności" to piękna książka. Dobrze napisany, wzruszający i skłaniający do myślenia debiut literacki. Powieść wobec której nie można pozostać obojętnym. Zdecydowanie pierwsza dziesiątka 2018. Polecam.
Książka bierze udział w wyzwaniu czytelniczym :


http://www.posredniczka-ksiazek.pl/2019/01/olimpiada-czytelnicza-2019-zapisy.html


Copyright © 2014 CZYTANKA NA DOBRANOC , Blogger