"Moja słodka Audrina" Virginia C. Andrews

"Moja słodka Audrina" Virginia C. Andrews

Kilkanaście lat temu Virginia C.Andrews wydała książkę "Kwiaty na poddaszu", która wstrząsnęła światowym rynkiem wydawniczym. Opowiadała ona o losach rodzeństwa, przetrzymywanych w tajemnicy na strychu. Kiedy dzieci dorosły weszły w kazirodczy związek. Mieli nawet dzieci. W kolejnych tomach związków kazirodczych, przemocy, okrucieństwa i brzydoty, było jeszcze więcej. Jednak pomimo faktu, że książki amerykańskiej autorki, wzbudzają niesmak, to czyta się je z rosnącą fascynacją. To tak jak byśmy jedli zakazany owoc, który jest słodki i gorzki jednocześnie. W swojej nowej (choć wydanej już w 1995 roku) książce Andrews wzbiła się na wyżyny absurdu. Jest tutaj dosłownie wszystko, czego może chcieć uwielbiający melodramaty czytelnik. Dramaty, tragedie i gorszące historie to nisza, którą autorce udało się szczelnie wypełnić. Zdecydowanie jest to powieść, którą można albo pokochać albo znienawidzić.

Audrina Adare chce być tak dobra jak jej siostra, jednak zdaje sobie sprawę, że jej nigdy nie dorówna. Nigdy nie zaskarbi sobie uczucia ojca, dla którego zmarła córka była oczkiem w głowie i jego jedyną miłością. Nawet po śmierci, imienniczka Audriny, nawiedza młodą dziewczynę. Jak zginęła? Kim była i kim miała się stać? Co kryło się za tajemnicą, którą znali wszyscy z wyjątkiem Audriny?

"Moja słodka Audrina" jest książką, która sprawi, że szeroko otworzycie oczy a z waszych ust wyrwie się niejedno przekleństwo.  Mnie zastanowiło, co trzeba mieć w głowie, ile chorych myśli i pomysłów, by napisać coś tak szalonego i przerażającego. W książce, która liczy 536 stron, jest dosłownie wszystko to, co mogłoby się znaleźć w kronice kryminalnej. Beznoga kobieta? Jest. Przerażający dom pełen mrocznych sekretów? Jakże mogłoby być inaczej. Gwałt zbiorowy? No pewnie. Terapia elektro-szokowa? Oczywiście. A na dokładkę autorka zaserwowała nam również : zakazaną miłość, poronienie na orientalnym dywanie, duchy, morderczego penisa (który nie jest taki straszny jak nam się wydaje), kuzynkę z łamliwymi kościami i dużo dużo więcej. Jednym słowem nie będziecie się nudzić. Czytając zastanawiałam się, jakim cudem autorce udało się to wszystko zebrać w przemyślaną i dobrze skomponowaną całość, która choć przesadzona, to czyta się łatwo i przyjemnie. W końcu każdy z nas lubi chodzić do cyrku czy muzeum osobliwości. A tutaj tych osobliwości jest z pewnością wiele, chociażby moja ukochana Vera, na której skupię się w kolejnym akapicie. A tymczasem mogę wymieniać dalej? Żeby nie było zbyt wesoło to znajdziemy tutaj : kontrolę umysłów, zabójczą klatkę schodową, która widziała już kilka zgonów, kazirodczego ojca, handel ludźmi, próbę morderstwa i dużo, dużo więcej. A znajdujemy się dopiero gdzieś w połowie książki. Wasza głowa niedługo eksploduje, czytacie pod kołdrą przy zapalonej latarce, nie jecie kolacji. Cieszycie się i płaczecie zarazem, gdyż książka te wyzwala wiele niekontrolowanych emocji. I wyliczacie dalej : próba morderstwa, kolejny zgon na klatce schodowej, kanibalizm, śpiączkę. I dużo dużo więcej. Aż w końcu dochodzicie do ostatniej strony i jest wam źle, że to już. Wy chcecie więcej, sprawdzacie kiedy będzie kolejny tom, gdyż nie da się ukryć iż proza amerykanki jest cholernie (przepraszam za kolokwializm) wciągająca.

Tytułowa Audrina jest jedną z najbardziej denerwujących bohaterek o jakich zdarzyło mi się czytać. Przez większą część książki spędza czas bujając się w fotelu na biegunach lub snując się po posiadłości skrzętnie omijając promienie słoneczne, których kolory ją przerażają. Zaręczyła się w wieku 13 lat i kilka lat później, w noc poślubną, z przerażeniem patrzy na przyrodzenie swojego męża, bojąc się, że owo monstrum zrobi jej krzywdę. Rozochocony mężczyzna nic sobie nie robi z jej lęków i dokonuje penetracji. Choć Audrinie niezbyt to się podoba to zaciska zęby i pozwala mu skończyć, a wszystko to w imię wielkiej miłości. Nawet gdy jej ukochany, zaczyna interesować się jej siostrą, Audrina jest przekonana, że to jej wina-widać nie dawała mu seksualnej satysfakcji. Jak widzicie nasza główna bohaterka jest postacią raczej irytującą, więc czytelnik od razu szuka kogoś komu uda się uratować fabułę, a nawet całą książką. W tym wypadku padło na Verę, która jest moją zdecydowaną faworytką. Vera to typ dziewczyny , którą kochamy nienawidzić. Jej pierwowzorów jest tak wiele w kinie, telewizji czy książkach, że powoli stała się ona archetypem. Jest  o wiele bardziej interesująca niż słodka, nudnawa Audrina. Kuzynka naszej głównej bohaterki jest mistrzynią manipulacji. Jest nieustraszona i brutalna a jednocześnie bardzo krucha i niewinna. To typ osoby, która z uśmiechem na ustach jest w stanie zmusić kogoś do popełnienia samobójstwa. Vera cierpi na wrodzoną łamliwość kości. Za każdym razem gdy w coś się uderzy, potknie lub z czegoś spadnie kończy się to złamaniem. Tylko nogę łamie w książce aż cztery razy. Wydawałoby się, że tak doświadczona przez los osoba będzie uległa i nieszczęśliwa. Nic bardziej mylnego. Vera jest zboczona, wyuzdana, brudna i nieprzyjemna w ten fantastyczny sposób, który kręci i podnieca czytelnika. Ta niecodzienna osoba jest niczym żywioł. To ona napisała tę książkę i tylko dzięki niej dało się ją czytać i sprawiło, że lektura ta okazała się tak fascynująca. 

"Moja słodka Audrina" jest przykładem komediowego geniuszu, gdyż nie da się ukryć, że duża część wątków, była napisana specjalnie po to by zszokować a jednocześnie rozbawić czytelnika (jeśli zamierzenie było inne to autorkę serdecznie przepraszam). W końcu niezbyt często możemy czytać o seksie na grobie zmarłej siostry, czy łyżwiarce figurowej z amputowanymi nogami, która wyglądała identycznie jak Elizabeth Taylor. W przypadku innych książek już dawno dałabym sobie spokój, gdyż dawka absurdu, osiągnęła level krytyczny już po kilkudziesięciu stronach. Z powieściami Andrews jest jednak inaczej. Jakaś dziwna siła zmuszała mnie do czytania dalej. Był to niesamowicie smaczny koktajl w którym w odpowiednich proporcjach wymieszano : dramę, dziwactwo, horror i groteskę. Autorka nakarmiła mnie aż po sam korek i muszę przyznać, że nie dostałam po tym daniu niestrawności. Ale niestety nie mogę zapewnić, że każdemu czytelnikowi będzie równie dobrze smakowało. 

"Moją słodką Audrinę" polecam tym co mają nerwy ze stali, duże poczucie humoru i nie boją się kontrowersji i perwersji. Jest to powieść intensywna, brudna, niepokojąca i odrażająca, czyli dokładnie taka jakiej mogliśmy się spodziewać po Virginii C.Andrews. Autorka ma niesamowity talent do budowania napięcia. Od samego początku czytelnik pragnie poznać tajemnicę strasznego domu i rodziny, lecz jednocześnie wie, że będzie ona przerażająca. Teraz, już po lekturze, nie pozostało mi nic innego jak siedzieć i czytać inne książki licząc na to , że choć parę okaże się tak intensywnych, emocjonalnych i gotyckich. Ale w końcu nadejdzie ten dzień, kiedy w moje ręce wpadnie kontynuacja i znowu zniknę na długie godziny. Wam też polecam taką odskocznię od rzeczywistości. Poznajcie Audrinę i jej "przyjaciół".

Tytuł : "Moja słodka Audrina"
Autor : Virginia C.Andrews
Data wydania : 20 września 2018
Wydawnictwo : Prószyński i S-ka
Liczba stron : 536
Tytuł oryginału : My Sweet Audrina



Za możliwość przeczytania i zrecenzowania książki serdecznie dziękuję wydawnictwu :  



https://www.proszynski.pl/Nowosci-po-3-1-16-.html
"Daleka droga do wody" Linda Sue Park

"Daleka droga do wody" Linda Sue Park

     Linda Sue Park to ceniona w Stanach Zjednoczonych autorka książek dla dzieci i młodzieży.Jej dzieła mają charakter dydaktyczny, są silnie naładowane emocjami i doskonale udokumentowane. Prawdą jest, że im szybciej młodzi ludzie zaczną poznawać prawdziwe oblicze świata, w którym przyszło im żyć, tym lepiej będą się potrafili w nim odnaleźć w przyszłości. "Daleka droga do wody" to książka, oparta na prawdziwych wydarzeniach. Dla młodych żyjących w czasach dobrobytu, w państwach gdzie panuje spokój i porządek, historie opisywane przez autorkę będą wymysłem, przerażającym science fiction. Jest dla nich rzeczą niewyobrażalną uciekać z własnego kraju, pływać w rzece pełnej krokodyli czy iść pół dnia do źródełka z wodą. Książka to poszerza horyzonty, pokazuje rejony świata, gdzie postęp cywilizacyjny jeszcze nie dotarł.Pozwala nam docenić to co mamy i cieszyć się, że żyjemy w kraju gdzie woda płynie z kranów a sąsiedzi przychodzą do nas na kawę a nie na szaber.

Jedenastoletnia Nya, kilka razy dziennie, przebywa długą drogę do źródełka z wodą. Nie straszne są jej ciernie kaleczące stopy czy żar lejący się z nieba. Zdarza się i tak, że musi godzinami czekać, by muliste dno oddało choć kropelkę wody. 
Salva, wraz z kolegami ze szkoły, ucieka do buszu. Powodem ucieczki jest zajęcie przez rebeliantów walczących z rządem, jego rodzinnej wioski. Jedenastoletni chłopie nie zdążył pożegnać się z najbliższymi, nie wie czy udało im się przeżyć atak. Wraz z obcymi ludźmi kieruje się do Etiopii, do obozu dla uchodźców. Kiedy tamtejsze władze likwidują placówkę, migranci uciekają do Kenii. 

Afryka jest jednym z najbardziej pokrzywdzonych przez los miejsc na świecie. Kontynentem gdzie ludzie wciąż umierają z głodu lub od kul. Polityka państw afrykańskich jest pozostałością po systemie kolonialnym. Szczególnie widać to na przykładzie Sudanu, który był kolonią Wielkiej Brytanii. Gdy Sudan został włączony w obręb Imperium Brytyjskiego jako kolonia, administracja w północnych i południowych prowincjach była prowadzona oddzielnie, powodując  podziały wśród ludności. Południowa cześć kraju była bardziej podobna do innych kolonii wschodniej Afryki – Kenii, Tanganiki czy Ugandy; natomiast północny Sudan miał więcej wspólnego z arabskim Egiptem.Po uzyskaniu niepodległości rząd Sudanu, w większości składający się z muzułmańskich polityków, chciał wprowadzić islam na terenie całego kraju. Doprowadziło to do powstania armii rebeliantów, składającej się z chrześcijan i członków innych wyznań zamieszkujących południe kraju. W wyniku II Wojny Domowej, prowadzonej w latach 1983-2005, zginęło ponad 1,5 milina cywilów. Choć książka ta nie opisuje działań wojennych, to doskonale obrazuje ich skutki. Czytamy o ludziach, którzy żyją w ciągłym strachu. Nie znają dnia ani godziny. Musicie widzieć, że w sudańskich wioskach nie ma radia ani telewizji, informacje podawane są z ust do ust, przybywają razem z przybyszami. Mieszkańcy położonych w buszu osiedli, wiedzą że ich kraj ogarnięty jest wojną, jednak nie znają ruchów wojsk, nie wiedzą gdzie trwają działania wojenne i czy akurat ich wioska znajduje się na szlaku rebeliantów. Strach w którym żyją potęguje fakt rzezi i gwałtów, które dokonywane są przez żołnierzy. 
Salva musiał uciec z miejsca w którym spędził swoje całe dotychczasowe życie. Musiał zostawić swoich rodziców i braci i wyruszyć w trwającą miesiącami podróż. Była to wędrówka podczas której zmagał się z własnymi lękami. Przeżył śmierć przyjaciela, choroby, wędrówkę przez pustynię. Potrafił poradzić sobie bez jedzenia, w palącym słońcu i wciskającym się do oczu piasku. Widział z bliska kły krokodyli i martwych towarzyszy podróży. I to słowa jego wuja, że "jeszcze tylko jeden krok" pozwoliły mu bezpiecznie dojść do wolności. 

Druga historia (rozdziały są ułożone naprzemiennie), opowiada o losach Nya, sudańskiej jedenastolatki, która wraz z rodzicami i młodszą siostrą żyje na skraju buszu. Do zadań dziewczyny należy zaopatrywanie domostwa w wodę pitną. Kilu krotnie w ciągu dnia wędruje nad rzekę i z pojemnikiem pełnym wody na głowie, wraca parę kilometrów do domu. Nie chodzi do szkoły gdyż nie ma ani szkoły ani czasu. Nie bawi się z rówieśnikami, nie ma dnia wolnego. Nya nie zna innego życia, jest tylko ona i droga do źródła, od czasu do czasu urozmaicana sykiem jadowitych węży i kolcami wpijających się w ciało roślin. Pewnego dnia do wioski dziewczyny przybywają wolontariusze by wybudować studnię. Dziewczynka nie wierzy, że pod miejscem zgromadzeń jeju plemienia, znajduje się życiodajna woda. Czytając historię Nya, uderzyło mnie to jak mało jest potrzebne człowiekowi do szczęścia : pełny brzuch i poczucie bezpieczeństwa. Większość ludzi żyjących w krajach trzeciego świata, nie wieczym jest telewizja i internet. Egzystują z dnia na dzień. Interesuje ich czy mają wystarczającą ilość jedzenia by nie chodzić głodnym, wody by nie czuć pragnienia i czy zdążą do najbliższej, choć i tak często oddalonej o kilkadziesiąt kilometrów, przychodni jak ich ugryzie jadowity wąż. To właśnie oni, najbardziej potrafią docenić pomoc niesioną przez organizacje samorządowe. Ta symboliczna studnia jest dla nich jedyną nowinką technologiczną, na którą czekają z utęsknieniem. Inne mogą istnieć tylko w ich marzeniach, bo i tak nie poprawią jakości ich życia. 

"Daleka droga do wody" to książka, która ma zaledwie 136 stron i do tego napisana jest grubym, typowym dla książek młodzieżowych, drukiem. Ze względu na wiek docelowych odbiorców, nie ma tutaj brutalnych scen czy krwawych opisów. Jest dużo dialogów, a wartościowe treści są przemycane pomiędzy wierszami. Książka niesie wyraźny przekaz o tym, by nigdy się nie poddawać. Uczy nas również historii Sudanu. Podobało mi się to, w jaki sposób połączone zostały obie historie. Wciąż do końca nie mogę uwierzyć, że Salva jest postacią prawdziwą. Mężczyzną, któremu udało się przeżyć piekło lecz na końcu drogi znowu ujrzał słońce. Podziwiam ludzi, którzy nie tracą pogody ducha, i wbrew wszystkim przeciwnościom losu nie poddają się, lecz prą naprzód i w dodatku pomagają innym poszkodowanym. Moim zdaniem książka ta obowiązkowo powinna znaleźć się w kanonie lektur szkolnych. Lecz ku przestrodze nauczycieli dodam, żeby pod wpływem uczniów, nie podchodzili zbyt optymistycznie do pomysłu sponsoringu budowy studni w krajach afrykańskich. Duża część "firm" zajmujących się tego typu działaniami to fałszywki wyłudzające pieniądze niczego nieświadomych ludzi. 

"Daleka droga to wody" to cudowna książka dla czytelników w każdym wieku. Choć tym starszym język może się wydać nieco infantylny, to ja zawsze powtarzam, że warto jest poznawać historie ludzi, którym udało się uciec z piekła. Tylko dzięki nim możemy poznać prawdę, której nie pokażą nam ekrany telewizorów. Jest to książka ważna i współczesna, która uczy cierpliwości i napawa nadzieją na lepsze jutro. Opowiada o losach odważnych ludzi w świecie, który nie toleruje słabości. Polecam.


Tytuł : "Daleka droga do wody"
Autor : Linda Sue Park
Wydawnictwo : Media Rodzina
Data wydania : 20 maja 2017
Liczba stron : 136
Tytuł oryginału : A Long Walk to Water: Based on a True Story




Za możliwość przeczytania i zrecenzowania książki serdecznie dziękuję portalowi :  



https://sztukater.pl/

"Odważna" Rose McGowan

"Odważna" Rose McGowan

     Recenzować książki biograficzne, szczególnie te niosące tak duży ładunek emocjonalny, jest naprawdę trudno. No bo jak tutaj kogoś skrytykować za życie jakie prowadził? Może gdybym była matką autorki to miałabym do tego moralne prawo, ale jako zupełnie obca osoba? Dlatego jedyne co nam pozostaje to przeczytać tę historię, zrozumieć i współczuć. Tutaj nie ma z czym się nie zgadzać, nie ma co krytykować chyba, że zły los czy fatum jakie zawisło nad hollywoodzką aktorką. Nie da się zaprzeczyć, że "Odważna" jest na poły książką autobiograficzną, na poły manifestem feministycznym. Jest to ważny głos w świecie, który nadal pozostaje silnie zmaskulinizowany. To dzieło, które daje do myślenia, katalizator dyskusji o tym co się dzieje za kulisami filmowych produkcji w czasach kiedy trwa nagonka na największe postaci dużego i mniejszego ekranu. Czy naprawdę jest tak źle? Niestety proszę państwa, jest jeszcze gorzej. 

Rose McGowan urodziła się we włoskiej Florencji. Jej matką była amerykańska pisarka francuskiego pochodzenia a ojcem potomek irlandzkich imigrantów. Wychowywała się w sekcie Dzieci Boga, której przywódca nie stronił od przemocy oraz wykorzystywania seksualnego. Dzięki ojcu, który uciekł z sekty, również i jej udało się przedostać do Stanów Zjednoczonych. Kilka lat później, również matka dziewczyny trafiła do Ameryki. Żyjąc raz u ojca, raz u matki, a często u przypadkowych ludzi, Rose nie miała łatwego dzieciństwa. Dzięki jednemu z kochanków matki, trafiła do kliniki odwykowej choć, jak twierdziła, nigdy nie była uzależniona. Zdarzało jej się mieszkać na ulicy. W wieku piętnastu lat, kiedy całkowicie uniezależniła się od rodziców, wyjechała do Los Angeles, gdzie rozpoczęła karierę aktorską. Wkroczyła na czerwone dywany jako nowy symbol seksu. W swojej książce McGowan opisuje gwałt, jakiego dopuścił się na niej wpływowy producent filmowy, Harvey Weinstein. Publiczne ujawnienie prawdy zajęło jej 20 lat.

Skandal seksualny w Hollywood wstrząsnął całym światem, nie tylko tym filmowym. Oskarżonych zostało wielu aktorów i producentów filmowych, między innymi Kevin Spacey, Morgan Freeman czy jedna z głównych postaci niniejszej książki Harvey Wienstein. Pokrzywdzonych była prawie setka kobiet, a to dopiero wierzchołek góry lodowej. Zapewne setki ofiar nadal milczą bojąc się o utratę pozycji czy reputacji. Może się wstydzą? Może kogoś chronią? Całej prawdy nie poznamy nigdy.  Zawsze się cieszę, kiedy prawda wychodzi na światło dzienne, kiedy opada kurtyna i sznury, którymi związane były usta. Autorka książki, w 2016 roku, napisała na Twitterze, że "została zgwałcona przez hollywoodzką szychę", swoje oskarżenia ponowiła w wydanej w tym roku książce. Choć nie padły żadne nazwiska, można się domyślać o kogo chodzi. Zresztą takich osób było więcej. Weinstein, Rodriguez- żaden z nich nie potrafił trzymać rąk przy sobie, co potwierdziło wiele kobiet. Choć uważam za dobre fakt iż prawda wyszła na jaw, to zastanawia mnie hipokryzja Rose. W późniejszych wpisach na Twitterze aktorka zarzuciła innym ofiarom brak reakcji, milczenie i bierność. Dlaczego sama odezwała się dopiero 20 lat po festiwalu Sundance, gdzie doszło do tragicznego wydarzenia? Dlaczego czekała aż Hollywood zaleje lawina oskarżeń, by dodać do nich własną cegiełkę? Czemu to nie ona jako pierwsza rzuciła kamieniem? Czy 100 tysięcy, które dostała w ramach ugody, pomogło jej zachować milczenie? Czy jak by dostała pół miliona to zabrałaby ze sobą sekret do grobu? Przyglądając się temu, co działo się (i prawdopodobnie dzieje nadal) w Los Angeles, zastanawia mnie co sprawiało, że fakt świadczenia usług seksualnych był nieodłącznym elementem kariery wielu kobiet i mężczyzn. Była na to zgoda i milczące przyzwolenie.  Chciałeś zagrać w filmie? Proszę bardzo, ściągaj majtki. Jeden numerek i masz szansę na Oskara. Od dawien dawna wiadomo, że nawet w kolebce praw obywatelskich i demokracji, którą są Stany Zjednoczone, kobiety były traktowane jako osobniki gorszej kategorii. Okazuje się, że pod maską uśmiechów i strojami od modnych projektantów, ukrywają się skrzywdzone, zranione i upodlone aktorki, modelki, statystki. I to w XXI wieku, kiedy za gwałt grożą kary więzienia a za zniesławienie duże grzywny. 

"Odważna" to książka, którą należy przeczytać. I to nie tylko ze względu na hollywoodzki skandal. Muszę przyznać, że Rose McGowan nie miała łatwego życia, a ludzie którzy stawali na jej drodze w większości okazywali się przesiąknięci złem i zepsuciem. Patologiczne dzieciństwo w sekcie, matka zmieniająca mężczyzn jak rękawiczki, tchórzliwy ojciec czy marginalne towarzystwo z ulicy ciągnęło młodą dziewczynę w dół. Już jako piętnastolatka doświadczyła tak wielu krzywd, że dziwi mnie iż jej to nie złamało. To świadczy nie tylko o tym, że była "odważna", była również dzielna i silna. Większość ludzi, którym los zafundował piekło na ziemi, nie potrafi podnieść się z kolan. McGowan udowodniła, że zawsze warto mieć nadzieję, walczyć o lepsze jutro. Ona się odważyła, pojechała do miasta aniołów, poszła na casting i chociaż zło dopadło ją i tam, to odniosła sukces. A dziś, po latach, może wyjawić całą prawdę. Przestrzec niczego nieświadome młode dziewczyny, które dopiero kupują bilet do świata filmu lub też zachęcić kolejne ofiary do złożenia zeznań. 

"Odważna" to naprawdę ważny głos w dzisiejszym świecie filmu. W jednej z recenzji przeczytałam, że książka jest jednostronna. Postaci męskie są złe i tylko złe, może znajdą się jedna lub dwie sylwetki peryferyjne obdarzone pozytywnymi cechami. Czy odzwierciedla to prawdziwy obraz Hollywood? Z pewnością nie, jednak osoba która zajmowała się edycją tekstu doskonale wiedziała co robi. Było to celowe wyolbrzymienie mające za zadanie nagłośnić problem. I udało się. Czytając czujemy całą złość autorki, jej furię. Kiedy inne kobiety poparły jej słowa, dostała w swoje ręce broń, którą siecze na lewo i prawo. Nawet fakt, że nie podaje nazwisk jest mistrzowskim zagraniem. Każe nam się domyślać o kogo chodzi lecz jest to o tyle trudne, że przedstawiony scenariusz, może się odnosić do więcej niż jednej osoby. 
Muszę przyznać, że znajdę wiele lepiej napisanych książek, z lepszym stylem czy językiem, jednak musicie państwo pamiętać, że autorka, choć ma w sobie artystyczną duszę, to pisarką nie jest. Jest szybko, emocjonalnie, brutalnie i często wulgarnie. Lecz właśnie taki jest świat filmu, który do tej pory pozostawał dla nas zamknięty. 

Należy pamiętać, że to nie jest książka o złych mężczyznach i ich złych uczynkach. To próba analizy hollywoodzkiej społeczności z całą gamą jej przywar. To dzieło o wykorzystywanych i wykorzystujących, o tych co stoją z boku i się biernie przyglądają i tych, którzy zamykają oczy dając tym samym ciche przyzwolenie na wszystko. O tym jak zarówno mężczyźni jak i kobiety ponoszą odpowiedzialność za własne czyny. Jest to również manifest feministyczny, który ma dać kobietom siłę do walki o wolność i równość w świecie nadal rządzonym męską ręką. Ma pomóc im pozbyć się etykietek i nie poddawać kategoryzowaniu. Polecam. 


Tytuł : "Odważna"
Autor : Rose McGowan
Wydawnictwo : Agora S.A
Data wydania : 19 września 2018
Tytuł oryginału : Brave



Za możliwość przeczytania i zrecenzowania książki serdecznie dziękuję portalowi : 


https://sztukater.pl/
 

[PRZEDPREMIEROWO]"Heroina" Mons Kallentoft, Markus Lutteman

[PRZEDPREMIEROWO]"Heroina" Mons Kallentoft, Markus Lutteman

     "Heroina" to czwarty tom cyklu o Zacku Herrym jednym z moich ulubionych książkowych bohaterów. Muszę przyznać, że na samym początku wątpiłam w duet Kallentoft-Lutteman. Myślałam , że co innego napisać jedną czy dwie książki, a co innego całą 12-stu tomową serię. Jednak muszę przyznać, że zamiast tracić tempo i manewrować wprost w ślepą uliczkę, autorzy z książki na książkę mają coraz lepsze pomysły. Wzajemnie się uzupełniają, motywują i mam wrażenie, że stopili się w jednego, wszechmocnego, posiadającego super moce, które porywają czytelnika, twórcę idealnego. "Heroina" jest zdecydowanie najlepszą częścią serii, zarówno ze względu na szybką akcję i jej niesamowite zwroty, jak i problemy, które porusza a szczególnie ten największy jakim jest wzrastająca przestępczość w wielkich miastach.

Jedna z dzielnic Sztokholmu, Stallhagen, zamieniła się w okupowaną przez gangi, strefę wojny. Młodzi imigranci wysadzają w powietrze policyjny samochód, a na ulicach dochodzi do krwawych zamieszek. Metro zostało spalone, autobusy oraz służby porządkowe zatrzymują się przed granicami dzielnicy, która otoczona została policyjnym kordonem.
W internecie opublikowany zostaje materiał filmowy przedstawiający scenę gwałtu na młodej kobiecie. Torturowana dziewczyna zostaje pozostawiona na niechybną śmierć. Opinia publiczna domaga się zemsty. Oficer śledczy Zack Herry ma tylko 24 godziny na uratowanie kobiety. Jeszcze nie wie, że przed nim najtrudniejsza próba w życiu.

Napływ uchodźców do Szwecji oraz innych państw europejskich, w drastyczny sposób zmienił mentalność ich obywateli. Według statystyk i przeprowadzonych badań, z roku na rok, wzrasta liczba osób które boją się po zmroku wychodzić z domu. Nie jest niczym nowym, że imigranci nie chcą się asymilować i zamiast podejmować pracę czy uczęszczać do szkół, organizują się w gangi przestępcze. Zdarzają się i tacy, którzy do końca życia będą korzystać z pomocy socjalnej. Na przestrzeni ostatnich 40 lat, liczba gwałtów  dokonanych w Szwecji, wzrosła o ponad 1400 procent. Pod koniec stycznia 2015 roku, krajem wstrząsnęła wiadomość o grupie mężczyzn, którzy napad o tle seksualnym transmitowali na żywo na facebooku. Wydawać by się mogło, że właśnie to wydarzenie było inspiracją dla autorów do napisania książki, gdyż i tutaj mamy zgwałconą kobietę i nagranie. Duża część zbrodni dokonywanych przez uchodźców, ukrywana jest przez policję. Nie są one nagłaśniane ze względów politycznych, nikt nie chce przyznać że przyjmując największą liczbę uchodźców w Europie, Szwecja popełniła błąd. Na chwilę obecną emigranci stanowią 17 procent społeczeństwa. W momencie kiedy dochodzi do sytuacji, w której policja ukrywa przestępców a rząd wzrusza ramionami, do głosu dochodzą artyści. Wierzę, że "Heroina" jest wyrazem sprzeciwu przeciwko szwedzkiej, i zarazem europejskiej, polityce zagranicznej wobec uchodźców.
Książka zaczyna się od wysadzenia policyjnego radiowozu i ulicznych zamieszek. Wydaje wam się, że to fikcja literacka czy gotowy scenariusz filmu? Niestety. W prasie pełno zdjęć spalonych aut, są dzielnice gdzie nawet policja boi się zapuszczać. Rdzenni Szwedzi za grosze sprzedają domy, gdzie spędzili całe życie, i uciekają tam, gdzie jest w miarę bezpiecznie. Do supermarketów się już nie chodzi, zakupy się robi online. Taki właśnie klimat zastajemy w najnowszej książce Kallentofta i Luttemana. Było to odważne zagranie, powiedzieć o czymś czego boi się sama policja i władza, w kraju gdzie terroryści nie cofną się przed popełnieniem morderstwa w biały dzień, w centrum miasta.

Podobnie jak w poprzednich książkach, autorzy zafundowali nam jazdę bez trzymanki. Jest intensywnie, brutalnie, krwawo i wulgarnie. Czyli dokładnie tak, jak powinno być w rasowych kryminałach, w końcu nie jest to gatunek dla podlotków. W końcu można powiedzieć, że skandynawski kryminał pozbył się etykietki "kobiecości". Tym razem akcja jest jeszcze szybsza ze względu na nietypowy sposób narracji. Nasz bohater podobnie jak w serialu "24 godziny",  ma dokładnie dobę na dotarcie do zgwałconej kobiety, po tym czasie będzie już za późno. Rozdziały przedstawione są w postaci migawek, każdy z nich ma zegar, który sprawia, że czujemy się niczym w "Szklanej pułapce". Mnogość bohaterów, intensywna fabuła oraz prosty język, którym napisana jest książka sprawiają, że to typowy "page turner" (przewracacz stron). Choć jak napisałam, powieść nie stroni od brutalnych scen, to trzeba przyznać, że w tym przypadku przemoc ta ma sens. Wszystko jest dokładnie usprawiedliwione i nawet najgorsze zachowania i czyny naszych bohaterów, dostają od nas zielone światło i nieme przyzwolenie. Choć dzielnica, w której rozgrywa się akcja książki, jest fikcyjna, nie sposób odnieść wrażenia, że coś takiego mogłoby się dziać również na naszym podwórku, że jest to tylko kwestią czasu. Zadajemy sobie pytanie nie "czy" do tego dojdzie tylko "kiedy".

Choć książkę tę można czytać jako samodzielne dzieło, to należy pamiętać, że jest częścią większej całości i kontynuuje wątki z poprzednich tomów. Ci, którzy poznali Zacka wiedzą, że prowadzi niezwykle intensywne życie. Narkotyki, tragedia rodzinna, utrata bliskich wszystko to miało wpływ na naszego bohatera. W tej części dostaniemy odpowiedzi na pytania, które zostały zadane w poprzednich częściach, padną również nowe. Co prawda warstwa fabularna jest nieco mniej wyeksponowana niż w poprzedniej części, to kolejny raz w życiu Zacka sporo się namiesza. Jedno jest pewne, na nudę z pewnością narzekać nie będziemy. 

"Heroina" opowiada przerażającą historię z wielkomiejskich przedmieść. Chciałabym wierzyć, że to tylko fikcja literacka, jednak obraz który namalowali autorzy, jest zbyt podobny do tego co widzę na ekranach telewizorów. Jest nieprzyjemnie, nawet bardzo, lecz w tym dyskomforcie jest coś fascynującego, coś co każe nam przewracać kartki. Mam nadzieję, że nie będę musiała zbyt długo czekać na tom piąty. Muszę przyznać, że jestem go bardzo ciekawa, bo jeśli "Heroina" była kryminalnym majstersztykiem to co będzie dalej? Nie zwlekajcie tylko biegnijcie do księgarni. Polecam.


Tytuł : "Heroina"
Autor : Mons Kallentoft, Markus Lutteman
Wydawnictwo : Rebis
Data wydania : 16 października 2018
Liczba stron : 344
Tytuł oryginału : Heroine



Za możliwość przeczytania i zrecenzowania książki serdecznie dziękuję wydawnictwu : 



https://www.rebis.com.pl/

"1968.Od Wietnamu do Meksyku" Oriana Fallaci

"1968.Od Wietnamu do Meksyku" Oriana Fallaci

Włoska dziennikarka, Oriana Fallaci, była bez wątpienia najsłynniejsza reporterką ubiegłego wieku. Pisała porywające reportaże z frontów wielu konfliktów wojennych. Była w Wietnamie, na Bliskim Wschodzie czy w Ameryce Łacińskiej. Ranna w trakcie demonstracji w Meksyku, została uznana za zmarłą i przewieziona do kostnicy miejskiej. Przeprowadziła wywiady z takimi osobistościami jak Lech Wałęsa, którego uznała za próżnego ignoranta, czy z ajatollahem Chomeinim, podczas którego zerwała z głowy czador wywołując tym gniew dyktatora. Fallaci była dumna i narcystyczna. Lubiła sławę, którą karmiła swoje wybujałe ego. Jednak nie da się ukryć, że dała dziennikarstwu więcej, niż ono jej. Zmarła na raka w 2006 roku, pozostawiając po sobie dorobek w postaci dziesiątek reportaży i kulki książek. Nawet dziś jej dzieła wydają się niezwykle współczesne.

"1968. Od Wietnamu to Meksyku" to zbiór reportaży i wywiadów, napisanych przez włoską dziennikarkę. Rok ten był bogaty w wydarzenia. Jako korespondentka wojenna, Oriana Fallaci, została wysłana do Wietnamu, gdzie relacjonowała postępy ofensywy Tet. Została również dopuszczona przed oblicze najważniejszych osobistości w państwie by przeprowadzić wywiad, między innymi z generałem Ky, czy duchowym przywódcą buddystów. Prosto z Wietnamu, dziennikarka udała się do Stanów Zjednoczonych, by zając się zabójstwem Martina Luthera Kinga oraz sportretować obraz współczesnej Ameryki. Następnie, wciąż niezmordowana, opowiada o maoistowskich Chinach, filozofiach Dalekiego Wschodu, indyjskich guru, o nędzy w Peru. Końcówka roku, to powrót do Stanów, by zająć się wiekopomnym wydarzeniem jakim jest lot na księżyc. Według autorki rok 1968, był wstępem do nowej ery.


Dlaczego cenię Panią Fallaci? Bo choć przez dziennikarski światek uważana była za osobę butną i opętaną manią wielkości, to głównymi bohaterami jej reportaży i książek, byli nie tylko wielcy tego świata. Zwracała uwagę na tych maluczkich, których najbardziej dotyka światowa polityka. Przeprowadzając wywiady z prezydentami czy generałami nie zapominała o szeregowych żołnierzach, piekarzach czy taksówkarzach. Wierzyła, że każda osoba ma swoją historię do opowiedzenia. Jeszcze na studiach dziennikarskich wpojono mi, że najważniejsza nie jest sama opowieść tylko opowiadający. Czytając wywiady Pani Fallaci, którymi naszpikowana jest książka, nie da się oprzeć wrażeniu że autorką nie kieruje tylko i wyłącznie ciekawość. Ona naprawdę martwi się o los tych ludzi. Zadaje celne pytania, dotyka istoty problemu, potrafi wyciągnąć z człowieka wszystko co leży mu na sercu. Jej wywiady to czas kiedy ich bohaterowie mogą się wygadać. Często są to ostatnie rozmowy w ich życiu. Sam fakt, że udało jej się dotrzeć  do więźniów reżimów czy też ważnych figur politycznych, świadczy o kunszcie dziennikarskim autorki. Była pierwszą kobietą która przeprowadziła wywiad z najważniejszym muzułmańskim przywódcą, na tę okazję malując usta czerwoną szminką. Był to wyraz wielkiej uwagi, którą wykazywała się przez całe swoje życie.


Oriana Fallaci była niezwykle utalentowaną dziennikarką, która w fenomenalny wprost sposób potrafiła połączyć reportaż, czy szeroko pojętą literaturę faktu, z beletrystyką. Jej teksty to nie tylko zbiór faktów, dat i opinii. To również ciekawe historie, które same w sobie mogłyby posłużyć za fabułę niejednej książki. Dzięki niej poznałam Wietnam od strony, której nie uświadczycie w podręcznikach czy książkach historycznych. Widziałam wożone ciężarówkami i spychane do masowych grobów, trupy partyzantów Wietkongu, ukrywałam się przed psychopatami spod znaku Mao, którzy prali ludziom mózgi za pomocą swoich czerwonych książeczek. Patrzyłam na samobójcze ataki młodych partyzantów, dla których śmierć miała wartość większą niż życie. I płakałam nad losem nowożeńców, którym dane było spędzić ze sobą jedynie kilka dni, czasem godzin, bo wojna chciała inaczej. Oriana Fallaci ukazała mi twarz wojny, której do tej pory nie znałam, wojny od strony cywilów, ludzi którzy wierzyli w to, że trzeba walczyć, choć czasem brakowało im sił. 
Jednak czy świat gdzie panuje pokój jest lepszy? Wraz z autorką dotarłam do Peru-państwa zapomnianego przez Boga i świat, gdzie przedmieścia stolicy zamieniły się w barriadas, ogromne slamsy zamieszkane przez rdzennych mieszkańców tego południowoamerykańskiego kraju. W Peru, jedna trzecia mieszkańców to dzieci, 600 tysięcy z nich żyje w barriadas, dwie trzecie z nich nie dożyje 10 roku życia. Umrą z głodu, chorób wenerycznych czy zamordowane za kawałek chleba. W porównaniu do slumsów Limy, brazylijskie favele to osiedla willowe. Barriadas są jak wąż, który połyka własny ogon, kto raz przekroczy ich "progi" zostanie tu już na zawsze. Muszę przyznać, że jak przeczytałam historię o kilkutygodniowej dziewczynce, która umarła z głodu w ramionach własnej matki, to nie mogłam się powstrzymać od płaczu. Co prawda książka została napisana 50 lat temu, jednak problem dzielnic biedoty, gdzie nie dociera żadna pomoc z zewnątrz, jest jak najbardziej współczesny. 

Jednak rok 1968 to nie tylko wojna i głód. Oriana podróżuje do Indii gdzie ma się spotkać z duchowym przywódcą i twórcą Programu Transcendentalnej Medytacji Maharishim Maheshim Yogim. To dopiero jest ciekawa osobowość. Miał wiedzę, miał pomysł i udało mu się na tym zarobić. Sam zresztą przyznawał, że nie szanuje biedoty a jak przejdzie na emeryturę to będzie korzystał ze zgromadzonego bogactwa. Będąc już w Indiach Fallaci spotkała się również z innym ciekawym człowiekiem, który twierdził, że potrafi przemienić energię w materię i z niczego stworzył...siedemnaście arbuzów. Choć nasza autorka wyjechała z Indii nie przekonana ani do medytacji ani relokacji czy metody "stworzenia" to nie da się ukryć, że przeżyła wspaniałą przygodą, która mnie niesamowicie rozbawiła. 

Tych reportaży, listów, wywiadów, relacji prasowych w książce jest jeszcze sporo. I każdy jest interesujący, sarkastyczny, dobrze napisany, choć koledzy po fachu zarzucali Fallaci grafomanię. Wszystkie osoby, które są ciekawe świata, lubią historię i nie boją się obnażonych faktów, koniecznie muszą sięgnąć po ten zbiór reporterskich form. Z mojej strony bardzo polecam również wszystkie pozostałe książki autorki. To naprawdę niesamowita osoba, a jej śmierć była kolosalną stratą dla światowego dziennikarstwa. 



Tytuł : "1968.Od Wietnamu do Meksyku"
Autor : Oriana Fallaci
Wydawnictwo : Świat Książki
Liczba stron : 432
Data wydania : 22 sierpnia 2018
Tytuł oryginału : Oriana Fallaci 1968. Dal Vietnam al Messico. Diario di un anno cruciale




Za możliwość przeczytania i zrecenzowania książki serdecznie dziękuję wydawnictwu : 



https://www.swiatksiazki.pl/







"Mama Bamba. Porody naturalne - w objęciach mocy, miłości i przyjemności" Robyn Sheldon

"Mama Bamba. Porody naturalne - w objęciach mocy, miłości i przyjemności" Robyn Sheldon

     Poród. Moment na który czekamy przez dziewięć miesięcy. Kojarzy nam się z wielkim bólem i niesamowitą radością. Szczególnie ten pierwszy, kiedy jeszcze nie wiemy czego się spodziewać. Każdy człowiek boi się bólu, tak nas skonstruowano, lecz w dzisiejszych czasach jesteśmy w stanie mu zaradzić. Paracetamol, gaz, epidural i dziesiątki innych środków czekają na nas na oddziale położniczym. Wystarczy jedno słowo by przyszedł lekarz ze strzykawką i sprawił, że będziemy jak nowo narodzone. Robyn Sheldon, położna i facylitatorka mediacji, w swojej książce uświadamia nam, że jesteśmy sobie w stanie pomóc same bez środków przeciwbólowych czy cesarskiego cięcia. Wystarczy wsłuchać się w siebie i dziecko, nawiązać z nim kontakt telepatyczny i dzięki medytacji i wizualizacji będziemy w stanie bez lęku przejść przez najgorszy etap porodu. Ja już niestety nie sprawdzę, ale może są tu jakieś inne mamusie?

Mama Bamba zawiera opisy metod, z których kobiety mogą korzystać w okresie ciąży i porodu, aby niezależnie od przebiegu narodziny były dla nich satysfakcjonującym doświadczeniem. Kluczowe narzędzia, które znajdują się w tej książce, obejmują medytacyjną uważność, relaksację i poddanie się, eksplorowanie nieświadomego umysłu, komunikowanie się z dziećmi w łonie oraz wsparcie porodowe.

Przeżyłam dwa porody lecz w zdaniu tym należy położyć duży nacisk na "przeżyłam". Pierwszy skończył się kleszczami i potworną blizną, która do tej pory mnie szpeci. Drugi wspominam do dziś, a dokładniej staram się sobie przypomnieć : pamiętam ból, rozrywanie od środka a potem to już tylko otumanienie gazem i sztywność po epiduralu. Idąc na porodówkę (dwukrotnie), byłam przekonana, że jestem dobrze przygotowana. Szkoła rodzenia (również zajęcia prywatne), masaże, fachowa lektura, znajomość technik relaksacyjnych - wszystko to miało mi pomóc przejść przez akcję porodową. Oczywiście zdawałam sobie sprawę, że nie obejdzie się bez bólu jednak miałam nadzieję, ze będzie on do wytrzymania. Jak już położyłam się na łóżku i nadeszły skurcze to pierwsze co zrobiłam to zapomniałam wszystko to co kładziono mi do głowy i co sama wyczytałam. Ból był tak paraliżujący, że gdzieś miałam wszystkie techniki oddychania, taniec, piłkę, zmianę pozycji. Jedyne o czym myślałam to strzykawka z lekiem znieczulającym. Kobieta, puchu marny tego świata. "Mama bamba" przeczytałam z czystej ciekawości. Chciałam zobaczyć jaką formę relaksacji i "bezbolesnego" przejścia przez poród oferuje doświadczona położna oraz sprawdzić co "poszło nie tak" w moim przypadku. Okazuje się, że metoda polecana przez Sheldon, tylko nieznacznie odbiega od technik popularnych w Europie. Najważniejszy w całym porodzie , ma być właśnie poród. I nie ważne czy dokonuje się on naturalnie czy poprzez cesarskie cięcie. Ważne jest przygotowanie, wybór miejsca, osoby towarzyszącej oraz formy. Resztę należy zostawić losowi. Kiedy matka jest szczęśliwa, pogodzona za światem to sam poród może przejść łatwo i przyjemnie, w stanie podobnym do snu. Myślę, że w dużej mierze metoda ta oparta jest na myśleniu życzeniowym, jednak nie zmienia to faktu, że warto po tę książkę sięgnąć gdyż nie da się ukryć że posiada ona walory uspokajające i terapeutyczne. Po skończonej lekturze, mając za sobą tak traumatyczne doświadczenia, sama pomyślałam (prawie dałam się przekonać), że poród może być nawet przyjemny, a na pewno nie jest straszny.

Przeprowadzone przez naukowców badania dowiodły, że dziecko uzyskuje świadomość już w łonie matki. Stres, smutek czy odwrotnie relaks i zadowolenie, mają wielki wpływ na psychiczny rozwój płodu. Nie bez powodu już nasze babki mówiły, że szczęśliwa mama to szczęśliwe dziecko. W momencie kiedy nasz potomek, jest z nami nierozerwalnie złączony za pomocą pępowiny, wytwarza się w nas burza hormonów odpowiedzialnych za dobrobyt nasz i naszego dziecka. Kultura zachodnia nic nie mówi o telepatii pomiędzy matką i dzieckiem, co według Sheldon jest niezbędne do pełni szczęścia, jednak więź pomiędzy tą dwójką jest uczuciem nieporównywalnym do żadnego innego. Czy wiecie, że płód wyczuwa już 5 minut wcześniej, że jego mama zapali papierosa? Jego tętno wtedy wzrasta a samo maleństwo robi się niespokojne. I jak tu nie nazwać tego telepatią?
Kobiety bardzo często zapominają, że poród wydaje się straszny nie tylko dla nich. Powiedzcie szczerze czy choć raz pomyślałyście o tym co czuje wtedy dziecko? Jak przeciska się ciemnym, ciasnym kanałem by wyjść na jasny i zimny świat? Jaki to jest dla niego szok? "Mama bamba" uczy nas zdrowego i empatycznego podejścia do ciąży, porodu i połogu. Mówi, że nie jesteśmy wtedy same, musimy znaleźć w sobie szczęście, siłę i odwagę i zaszczepić ją w małym człowieku ułatwiając mu tym samym start w życiu. Ponoć dobry poród kształtuje naszą osobowość. 

"Mama bamba" to książka która śpiewa pieśń życia. Jest niezwykle optymistyczna, przepełniona miłością, wiarą i nadzieją. W mądry sposób przekonuje nas do porodu naturalnego, który nie musi być przepełnioną bólem męczarnią. Autorka uczy nas technik medytacji, pokazuje jak ważną rolę odgrywa muzyka, taniec i śpiew. Przypomina o zbawczej roli masażu i wizualizacji. To książka dla obojga rodziców, którzy pragną poznać pełnię rodzicielstwa. Nawet teraz, już po moich porodach, uważam że książka ta wiele mnie nauczyła i pozwoli być lepszą matką. 

Wierzę, że czytanie poradników pomaga i uczy nawet, jeśli z daną filozofią się nie zgadzamy. Ja nauczyłam się czerpać, wyławiać rzeczy pomocne w mojej sytuacji, i było ich tutaj całkiem sporo. Wiem, że nie jestem osobą, która nagle zacznie medytować, jednak inne techniki relaksacyjne i wyciszające czy wizualizacje do mnie przemawiają. Podobnie jak budowanie więzi z maleństwem. Lubię kiedy w moje ręce trafiają książki ładnie wydane a ta z pewnością do takich należy. Zdjęcia, grafiki, ryciny - wszystko to uspokajało i uprzyjemniało lekturę. Jednak zdecydowanie największym plusem tego poradnika są historie z życia prawdziwych ludzi, którzy zechcieli podzielić się swoimi przeżyciami z autorka, zdecydowanie nadają książce smaku. Polecam.



Tytuł : "Mama Bamba. Porody naturalne - w objęciach mocy, miłości i przyjemności"
Autor : Robyn Sheldon
Wydawnictwo : Świadome Życie
Liczba stron : 275
Tytuł oryginału : The Mama Bamba Way: Discover the Power and Pleasure of Childbirth




Za możliwość przeczytania i zrecenzowania książki serdecznie dziękuję portalowi :




https://sztukater.pl/
 
Copyright © 2014 CZYTANKA NA DOBRANOC , Blogger