środa, 22 marca 2017

"Przypomnij mi kim jestem" Matthew Thomas

 Tytuł : "Przypomnij mi kim jestem"
 Autor : Matthew Thomas
 Wydawnictwo : Wielka Litera
 Rok wydania : 2016
 Liczba stron : 582
 Tytuł oryginału : We Are Not Ourselves






 Zawsze będzie nowy dzień


Ostatnio mam szczęście bo trafiam na same powieści, które chwytają mnie za serce. Tak było i w tym przypadku. Do powieści obyczajowych podchodzę zazwyczaj ze sceptycyzmem. Boję się, że albo będą przerysowane albo nudne albo nafaszerowane opisami jak świąteczny keks rodzynkami, czego wręcz nie znoszę. Tym razem od samego początku wiedziałam, że to jest to. Jak na książkę obyczajową mamy tutaj mnóstwo zwrotów akcji, szybkie tempo narracji i fabułę, która wciągnie większość czytelników- nawet tych bardziej wymagających. Dodam, że w książce poruszony jest temat, który dotyczy dużą część naszego społeczeństwa oraz ich rodziny- choroba Alzheimera. Zagadkowa choroba, nieuleczalna i straszna, która wymaga wkładu pracy i uczuć od członków rodziny, zrozumienia i miłości. Oraz oczywiście cierpliwości. Ta książka nas tego uczy. 

Eileen Tumulty urodziła się w Stanach Zjednoczonych w rodzinie irlandzkich imigrantów. Matka alkoholiczka, nadpobudliwy ojciec, brak pieniędzy w domu - wszystko to złożyło się na niezbyt szczęśliwe dzieciństwo. Eileen już jako nastolatka postanowiła, że jej przyszłość będzie inna. Nigdy nie zazna nędzy i poniżenia, zbuduje sobie wygodny świat, świat bez alkoholu i zakupów na zeszyt. Wyniesie się z biednej dzielnicy i przeniesie gdzieś gdzie da się godnie żyć.
Będąc młodą kobietą poznaje uniwersyteckiego wykładowcę. Ich znajomość kończy się ślubem. Kilka lat później postanawiają powiększyć rodzinę, jednak bez rezultatów. Eileen roni. Kobieta jest załamana jak widzi wszystkie swoje przyjaciółki z małymi dziećmi. Kiedy już praktycznie stracili nadzieję zdarza się cud. Eileen zachodzi w ciążę i udaje jej się ją donosić. Na świat przychodzi jej syn . 
Kilkanaście lat później Eileen zauważa, że coś dziwnego zaczyna się dziać z jej mężem. Ten zazwyczaj skrupulatny mężczyzna, który uwielbiał swoją pracę i poświęcał jej każdą wolną chwilę zaczyna się zmieniać. Teraz wracając do domu, kładzie się na kanapie i słucha muzyki. Zapomina o rocznicach czy urodzinach, czy też o zwykłych czynnościach. Jego stan z dnia na dzień się pogarsza. Diagnoza lekarska nie pozostawia złudzeń- jest to Alzheimer. 

Książka rozpoczyna się w momencie kiedy poznajemy Eileen jako kilkuletnią dziewczynkę. Wraz z autorem idziemy wraz z nią i wkraczamy w dorosłe życie. Eileen na pewno nie jest postacią, którą da się polubić jak najbliższą przyjaciółkę. W końcu zaczęłam się zastanawiać dlaczego czuję do niej antypatię ? Przecież nie gra roli czarnego charakteru? Po przeczytaniu książki jestem w stanie odpowiedzieć sobie na pytanie. Eileen jest niezwykle silną osobą, która wie czego chce od życia i bardzo konsekwentnie dąży do celu- można by nawet rzec , że po trupach. Przyzwyczaiłam się, że bohaterki książek które czytam, nawet te silne, nie są tak uparte, nie mają tak wyrazistej wizji przyszłości i jednak mają jakieś uczucie. Eileen jest egoistką. Eileen jest rasistką. Eileen jest snobką. To wszystko prawda. Za to jej nie lubimy. Wyszła za mąż za profesora bo miał zapewnić jej godne życie na poziomie, które na przykład z robotnikiem budowlanym nie byłoby możliwe. Chce zmienić miejsce zamieszkania, gdyż w obecnej dzielnicy kręci się za wielu hindusów i praktycznie nie widać białych ludzi. Chce zamieszkać w domu na który ją nie stać tylko po to by udowodnić sobie, że jest w stanie to zrobić. Od dziesięciu lat mieszkam za granicą i dostrzegam ludzi, którzy są podobni do Eileen. Ludzi którzy wyjechali z Polski do ziemi obiecanej, którzy żyją ponad stan bo wiedzą , że się im upiecze. Czy mam Znienawidzić Eileen za to, że chciała być panią świata? Że chciała żyć na wyższym poziomie? W końcu każdy z nas tego chce. Więc chcąc nie chcąc ją pokochałam. Ale..

jednego jej wybaczyć nie mogę. Będąc dyplomowaną pielęgniarkę, potem przełożoną pielęgniarek i sanitariuszy kiedy skończyła studia powinna wiedzieć co się dzieje z jej mężem. Choroba Alzheimera była już znana w tamtych czasach, była diagnozowana. Jej pierwsze objawy były dość oczywiste do zaobserwowania. Ja się zorientowałam już po kilku stronach co się dzieje z Edem. Dlaczego nasza bohaterka, która na pewno stykała się z ludźmi dotkniętymi tą chorobą podczas wieloletniej pracy w szpitalu nie zauważyła co się dzieje z jej mężem? Dlaczego odkryła to dopiero po kilku latach? Czy był to celowy zabieg autora by wyolbrzymić egoizm Eileen ? Czy po prostu niedopatrzenie mające na celu zbudowanie napięcia? Nie wiem ale troszkę odjęło to powieści realizmu. 

Ostatnia część powieści jest gratką dla fanów literatury obyczajowej. Mamy tutaj kobietę i młodego człowieka, którzy zmagają się nie dość , że z własnymi problemami to jeszcze z chorobą bliskiej osoby. Chorobą nieuleczalną. Praktycznie muszą oni zrezygnować z własnego życia by stać się całodobową nianią. A przecież są rachunki do płacenia, praca do wykonania i jesteśmy też my, którzy też czegoś od życia chcemy. Podobało mi się to, że nasze postacie były wielowymiarowe, jak każdy z nas. Obawiałam się, że autor zrobi z naszej bohaterki drugą matkę Teresę z Kalkuty a z jej młodego syna świętego tak się jednak nie stało. W ich czynach widać, że są znudzeni zaistniałą sytuacją, zmęczeni- praktycznie na granicy. Trwa tu walka między lojalnością bliskiej osobie a spakowaniem walizek i wyjechaniem w nieznane. Ta książka uczy nas cierpliwości, uczy nas pokory. I altruizmu.
Te postacie były tak prawdziwe, że czasem jak zamykałam oczy to je widziałam po powiekami. Brawo dla autora.

Jest to jedna z nielicznych powieści, która wycisnęła mi łzy z oczu. Tak realistyczna, tak prosta w swojej budowie. Czułam się jak bym czytała o losach sąsiadów , których dotknęła tragedia. Nawet nie wiedziałam, że posiadam w sobie takie pokłady współczucia. Bo tutaj się nie da nie współczuć. Współczujemy Edowi, gdy traci swoją tożsamość, współczujemy Eileen , która ma zawsze pod górkę, współczujemy jej synowi, który musi zapomnieć o swoich marzeniach. A jednak widać światełko w tunelu. Z kart książki tryska optymizm i nadzieja na lepsze jutro. Ja się nauczyłam jednego : nigdy się nie poddawać. Zawsze będzie nowy dzień.

wtorek, 21 marca 2017

"We mgle" Linn Ullman

 Tytuł: "We mgle"
 Autor : Linn Ullman
 Wydawnictwo : W.A.B
 Liczba stron : 352
 Rok wydanie : 2016
Tytuł oryginału : Det Dyrebare




 Nordic noir


Literatura skandynawska większości czytelnikom kojarzy się z mrocznymi, często brutalnymi, kryminałami, z czekającą na rozwiązanie zagadką. Są to książki w których dzielni detektywi tropią przestępców wszelkiego asortymentu. Dlatego czytając opinie czytelników poniekąd nie jestem zaskoczona, że książka średnio przypadła im do gustu. Z drugiej strony się dziwię. Czyżby zasugerowali się skandynawsko brzmiącym nazwiskiem i oczekiwali świetnego kryminału z wartką akcją i z mnogością zwrotów akcji? Przecież samo wydawnictwo określiło powieść jako czarną komedię obyczajową ( z czym się zupełnie nie zgadzam ) lub thrillerem psychologicznym. Już po samym opisie mogliśmy się spodziewać, że tym razem wnętrzności nie będą latały w powietrzu. 

Kiedy Siri była małą dziewczynką, podczas spaceru z bratem doszło do wypadku i chłopczyk utonął w jeziorze. Po tym zdarzeniu matka Siri odsunęła się od rodziny i popadła w alkoholizm. Kiedy po latach udało jej się rzucić picie nadal nie potrafiła przebaczyć swojej córce tego że nie dopilnowała brata. Trzymała ją na dystans.
Kilkadziesiąt lat później Siri wraz z mężem Jonem i dwoma córkami Almą i Liv wybierają się na wakacje do domu rodzinnego Jenny, matki Siri. To właśnie tu Jon znajdzie spokojne miejsce gdzie wróci mu wena pisarska i będzie w stanie ukończyć trzeci tom bestsellerowej powieści na którą od kilku lat czeka wydawnictwo. 
Ponieważ Siri musi dojeżdżać do pracy w mieście a Jon zajmuje się pisaniem małżeństwo musi wynająć opiekunkę dla młodszej córki. Do aneksu przy ich domu wprowadza się 19-letnia dziewczyna Mille. 
Podczas 75 rocznicy urodzin Jenny, Mille wychodzi z przyjęcia i nie wraca do domu. Pomimo zaangażowania mieszkańców i policyjnego śledztwa dziewczyny nie udaje się odnaleźć.
Kilka lat później 3 nastolatków znajduje ciało.

Ciężko mi przypisać książkę do jakiegokolwiek gatunku literackiego. W jednej z recenzji na portalu goodreads.com znalazłam jednak coś pod czym mogę się podpisać. Autor recenzji zaliczył się do Nordic Noir. To do mnie przemówiło. Książka jest napisana takim stylem, że mrok, mgła i niepokój są odczuwalne na praktycznie każdej stronie.
To jest jedna z tych powieści w których rozwiązanie zagadki znamy już po pierwszych kilkudziesięciu stronach. Nie będzie tutaj żmudnego policyjnego śledztwa, gdyż od samego początku wiemy co spotkało Mille. Tym, którzy nastawiają się na wartką akcję z mnóstwem dialogów radzę nie sięgać po tę pozycję, za to miłośnikom powieści obyczajowych, opowiadających o trudnych relacjach rodzinnych czy między członkami społeczności w ogóle zdecydowanie polecam.

To co mnie urzekło w tej powieści to postacie. Rzadko się zdarza, że autor ma talent stworzyć tak realistycznych bohaterów. Bohaterów z problemami, które mogą dotknąć każdego z nas, i zapewne znamy wiele osób które są lub były w podobnej sytuacji. Sztuką jednak było to by te problemy tak wyolbrzymić, żeby czytelnik zaczął je współodczuwać. Rzadko mi się zdarza połączyć mentalnie z postacią z książki, w tym wypadku każda jedna znajdowała moje współczucie, zrozumienie i sympatię. A panteon postaci, choć może niezbyt rozbudowany, jest wprost fenomenalny. Pisarz tracący wenę twórczą, rozgoryczona matka dwójki dzieci, która odrzucona przez własną rodzicielkę czuje, że traci kontrolę nad własnym życiem, szaloną staruszkę żyjącą przeszłością, zbuntowaną nastolatkę oraz diaboliczną opiekunkę. Ba, nawet mamy szczęśliwego lecz nieco znudzonego życiem psa - który odgrywa dość ważną rolę w powieści.

Dla mnie ta powieść nie była o morderstwie. Owszem zginęła młoda dziewczyna, co nigdy nie powinno się zdarzyć - szczególnie w takich okolicznościach. Dla mnie była to powieść o uczuciach, o trudnych relacjach pomiędzy rodzicami a dziećmi, o braku komunikacji i zrozumienia. Czytamy o dwójce ludzi, którzy przechodzą trudny okres w swoim życiu. Może są znudzeni? Może analizują swoją przeszłość i ewentualne drogi, którymi mogli podążyć a nie znaleźliby się w tym punkcie? Może nigdy do siebie nie pasowali?
Czytamy o problemach nastolatków, o odkrywaniu swojej tożsamości o buncie młodzieńczym. 
Jednak dla mnie to była opowieść o stracie. Jenny straciła syna i do końca życia nie mogła się z tym pogodzić. Amanda, matka Mille straciła córkę i również popadła w głęboką depresję. Mogło by się wydawać, że zarówno Jenny jak i Amanda to postacie drugoplanowe jednak to właśnie ich krzywda i ból który odczuwają ma wpływ na zachowanie innych bohaterów. Będąc postaciami drugoplanowymi tak naprawdę kierują całą akcją. I właśnie to było piękne.

Podziwiam autorkę, zresztą córkę znanych norweskich artystów, za jej kunszt literacki i styl pisania. Co zawsze podkreślałam w moich recenzjach : bardzo nie lubię powtórzeń, nie ważne czy po prostu słów czy punktów widzenia. W tym wypadku byłam zaskoczona. Nie będą oszukiwać ta powieść to jedno wielkie sprawozdanie z tego samego zdarzenia z perspektywy coraz to innych postaci. Mało tego nie dość, że słowa się powtarzają - i jest to zabieg notoryczny to powtarzają się całe akapity. I co? I nic. Pierwszy raz w życiu w przypadku powieści nie było to dla mnie denerwujące tylko piękne - traktowałam to jak kursywę mającą za zadanie uwypuklić znaczenie zdarzenia. Piękne. 
Chociaż mamy do czynienia z książką, która aż kipi smutkiem i żalem autorka nie pozwala nam po prostu wziąć chusteczki i wycierać łez. Dialogi są tak fenomenalnie skonstruowane, że faktycznie czasem odnosiłam wrażenie , że mam do czynienia z komedią. To było tylko powierzchowne a jednak jakże odświeżające. Bo który autor chce by czytelnik po skończeniu powieści chodził przez tydzień zdołowany?
Przeczytałam kilka negatywnych komentarzy odnośnie zakończenia. Sama zastanawiałam się jak autor zakończy tę książkę. W przypadku kryminału byłoby to oczywiste. Sprawca złapany i po sprawie. Ale tutaj znamy sprawcę od początku a tym samym rozwiązanie zagadki. Tym samym nie było pytań na które chcielibyśmy poznać odpowiedź. Mnie zakończenie jak najbardziej zadowoliło bo pozwala na swobodną interpretację i użycia tego co mamy pod naszą czaszką co w przypadku innych powieści jest czasem niepotrzebne. 

Jest to jedna z najlepszych powieści jakie udało mi się przeczytać w tym roku. I czekam na więcej. Mam tylko jedno ale. Żałuję że się nie dowiedziałam, jaka byłą relacja między Irmą a Jenny - a szkoda bo wątek był naprawdę fascynujący, pozostaje mi się tylko domyślać. A domysłów mam wiele od szantażu zaczynając a na miłości homoseksualnej kończąc.


poniedziałek, 20 marca 2017

"Zagadka w bieli" Jefferson Farjeon

Tytuł : "Zagadka w bieli"
Autor : Jefferson Farjeon
Rok wydania : 2016
Wydawnictwo : Zysk i S-ka
Tytuł oryginału : Mistery in White






Inteligencjoskopia



Często się zdarza , że nie zgadzam się z opiniami innych czytelników, jednak zazwyczaj działa to w drugą stronę. To co jest wychwalane pod niebiosa dla mnie jest kiepskie bądź przeciętne. Tym razem jest inaczej. Większość czytelników uznało tę książkę za słabą bądź przeciętną właśnie z kolei dla mnie była powrotem do starej dobrej klasyki, zagadek rodem z powieści Agathy Christie. czytając tę napisaną kilkadziesiąt lat temu lekturę z łatwością można się przenieść w świat sprzed ery technologicznej. Zamiast daktyloskopii, komputerów czy kamer zostaje nam tylko inteligencja i zdrowy rozsądek. Polecam

Wigilijny wieczór. Ze względu na burzę śnieżną w pobliżu miejscowości Hemmersby zatrzymuje się pociąg. Maszyniści i kierownik pociągu nie są w stanie powiedzieć pasażerom jak długo przyjdzie im czekać na wznowienie podróży. Kilkoro z nich postanawia opuścić przedział i na własną rękę dostać się do drugiej linii kolejowej. Jednak szalejąca wokół zamieć krzyżuje ich plany. Zmuszeni są przeczekać śnieżycę w napotkanym przy drodze domu. Kiedy otwierają drzwi widzą, że pali się ogień w kominkach a na stole czeka dopiero co przygotowana herbata. Jednak nigdzie nie ma ani śladu gospodarzy. Pasażerowie postanawiają odkryć zagadkę opuszczonego domu, kiedy niespodziewanie pojawia się zabójca. 

Prawda, że to wszystko brzmi pięknie? Czy nie przypomina wam to "Dziesięciu murzynków" Christie? Jeden dom, uwięzieni w nim ludzie i morderstwo? Czy uda wam się rozwiązać zagadkę?
Niestety w tym przypadku nie jest tak łatwo, gdyż na naszej scenie co i róż pojawia się nowa postać. A galeria postaci jest zaiste bardzo osobliwa. Mamy tutaj zmierzające na święta do rodziny rodzeństwo które uciechę znajduje w rozkosznych sprzeczkach, przeziębionego urzędnika, który przesypia całe zdarzenie, członka Królewskiego Towarzystwa Parapsychologicznego, robotnika z Londynu, skrzypaczkę i podróżnika samochwałę. Zapowiada się niezwykle interesująco. 
Część czytelników zarzuca autorowi, że postacie są płytkie. Ja w tym momencie mam pytanie : czy mamy do czynienia z powieścią obyczajową czy choćby z thrillerem psychologicznym gdzie wymagane jest zgłębienie psychiki postaci? Dla mnie w tej powieści najważniejsza była zagadka i drogi prowadzące do jej rozwiązania. 
Wyobraźcie sobie świat sprzed 80 lat. Daktyloskopia dopiero raczkowała, jednak o komputerach nawet jeszcze nie myśleliśmy. Światło elektryczne było rzadkością. Wyobraźmy sobie czasy Sherlocka Holmesa gdzie najważniejsza była spostrzegawczość, logika i umiejętność wyciągania wniosków. Chciałam podziękować autorowi za postać Pana Maltbiego bo z pewnością stała się jedną z moich ulubionych. Jego szósty zmysł, bystrość i zdolność łączenia pozornie nieistotnych faktów w spójną całość była po prostu fenomenalna. Ten starszy już mężczyzna praktycznie sam rozwiązał całą zagadkę. Nie mówię, że inni do niczego się nie nadawali - co to to nie. Każda z tych postaci wniosła wkład w powieść. Czy to miał być element komizmu czy kobiecości. \

Na pewno wielką zaletą książki jest język jakim została napisana. Oczywiście zdajemy sobie sprawę , że autor nie żył w czasach nam współczesnych i widać to w jego stylu. Ale to właśnie jest piękne. Czytałam parę powieści stylizowanych na te z początku poprzedniego wieku i zazwyczaj coś nie grało, a tutaj wszystko do siebie pasuje. 
Jak pewnie wiecie czytając moje recenzje nie jestem fanką zbyt długich opisów raczej preferuję dialogi, dlatego też książka ta była dla mnie nie lada gratką, szczególnie że dialogi te w dużej części były przekomiczne. A nie ma to jak dobry kryminał napisany z poczuciem humoru.
Jednak nie myślcie sobie, że to lekka powiastka. Bynajmniej. Pomimo humoru autorowi udało się zbudować klimat grozy i stopniowo wzrastającego napięcia. Jak jeszcze dodamy do tego duchy i zjawiska paranormalne... prawda, że to brzmi cudownie?

Mam tylko jedno ale. Fabuła powieści toczy się w trakcie jednej doby co wydaje się zgoła nieprawdopodobne. Dzieje się tutaj tyle, że tygodnia by nie starczyło na zmieszczenie wszystkich zdarzeń. Dam przykład. Młody mężczyzna wychodzi sprawdzić ślady wokół domu i natrafia na dwójkę zgubionych podróżnych. Po pierwsze czy nasz bohater posiadł zdolność infrawizji? Czy po prostu nasz autor zapomniał, że w zimie robi się dość szybko ciemno? Zresztą to nie ma nic do rzeczy ponieważ nasz bohater wyszedł ok 23 więc i w lato byłoby ciemno. Więc jakim cudem, bez latarki udaje mu się znaleźć w śniegu ślady? czyżby kierował się światłem księżyca ? Ale to przecież też jest nie realne bo niebo zasnuwa gruba warstwa chmur z których pada śnieg. Właśnie o to mi chodzi mówiąc, że tygodnia by nie starczyło. Fabuła nabrała by autentyczności gdyby pewne wydarzenia oddalić w czasie. A w to miejsce może dodać dogłębniejsze charakterystyki bohaterów, czyli coś czego domagają się krytycy?

Jednak dla mnie spotkanie z "Zagadką w bieli" było niesamowitym przeżyciem. Zazwyczaj kryminały nie zostają w mojej głowie długo jednak dla tego zrobię specjalną przegródkę. Nie wiem czy to przez sentyment do książek z młodości, czy przez fakt, że książka sama w sobie jest po prostu genialna. 
Polecam wszystkim

czwartek, 16 marca 2017

"Pokusa czerni" Carter Wilson


Tytuł : "Pokusa czerni"
Autor : Carter Wilson
Rok wydania : 2016
Liczba stron : 336
Tytuł oryginału : The Comfort of Black 





 50 twarzy Blacka




Jak dla mnie jedna z lepszych książek jak udało mi się przeczytać w tym roku. Niby nic nadzwyczajnego, pewnie za kilka tygodni ją zapomnę, jednak sprawiła że zaspałam do pracy po nieprzespanej nocy. Już sam początek książki w którym autorka zwierza się , że chciałaby spalić swojego ojca jest szokujący. Potem jest raz lepiej raz gorzej jednak w ogólnym rozliczeniu jest bo lektura przy której z pewnością nie będziecie się nudzić.

Hannah Parks jest szczęśliwa. Ma kochającego męża, miliony na koncie i siostrę dla której jest w stanie wiele poświęcić. Jedyne czego jej brakuje do szczęścia to dzieci. Po poważnej rozmowie z małżonkiem postanawiają rozpocząć starania o własnego potomka. Pewnej nocy Dallin mówi przez sen rzeczy, które wstrząsają Hannah do głębi. Udaje się do psychologa i zwierza się z dziwnego zachowania męża. Odnajdując w komputerze Dallina video z rozmowy z prostytutką postanawia odejść. Dallin nie chcąc stracić milionów na rzecz żony, postanawia ją porwać jednak kobiecie z pomocą Blacka, specjalisty od zmian tożsamości udaje się uciec. Postanawia na własną rękę odkryć sekrety swojego męża i odzyskać swoją część majątku.

Najsłabszą stroną książki jest jej przewidywalność. Oczywiście nie wiemy jak się potoczy fabuła od początku do końca ale w momencie jak autor wprowadza nowych bohaterów możemy się zorientować jaką rolę odegrają w powieści. 
Część pierwsze to prawdziwa gratka dla fanów thrillerów psychologicznych. Poznajemy Hannah. Młodą kobietę, której wraz z siostrą udało się rozpocząć nowe życie i wyrwać się od ojca psychopaty. Jednak przeszłość nadal żyje w Hannah , kobieta nie potrafi o niej zapomnieć. Boi się, że swoim zachowaniem upodobni się do swojego ojca - tyrana i psychopaty. I tu moim zdaniem autor popełnił błąd. Kiedy mamy do czynienia z bohaterką , która nienawidzi swojego rodzica i zdaje sobie sprawę z tego, że jest nienormalny to za wszelką cenę powinna wybrać dla siebie inną ścieżkę życia. Nie mówię, że Hannah z porządnej kobiety zmieniła się w mordercę. Wierzę, że wszystko to co zrobiła było spowodowane okolicznościami , jednak jakoś zabrakło mi tutaj myślenia. Jeśli wychowuje was tyran, który ma was za nic a radością jest dla niego spuszczenie lania , to jeśli jesteście w miarę inteligentni powinno dać wam to coś do myślenia. Jeśli Hannah wdała by się w ojca, to już jako nastolatka wylądowałaby w poprawczaku. Jednak tak się nie stało. Poznajemy ją jako dobrze wychowaną żonę milionera, która prowadzi poukładane życie. Tym bardziej jej przemiana w bestię jest dość niewiarygodna. Czyżby Hannah stała się Billim ? Jej ojcem? Choć na każdej stronie książki się bardzo tego boi ? Jednak nie tylko to razi w oczy. Czytelnicy, którzy sięgną po tę książkę szybko się zorientują, że przemiana naszej głównej bohaterki jest nieudana - to tak jak by z kopciuszka zrobić femme fatale.

Jednak pomimo tego, że nasza pierwszoplanowa postać nie należy do najbardziej wiarygodnych, postanowiłam czytać dalej. Udało mi się przebrnąć przez sceny erotyczne, przy których zapłonęły mi policzki ( chociaż to nie było "50 twarzy Graya"), udało mi się przebrnąć przez środek książki, który jak dla mnie był napisany ręką zupełnie innego autora. I tu na chwilkę przystanę. To co się stało w połowie książki było istnym zwrotem akcji. I tu nie chodzi o samą fabułę. Zaczęłam czytać z przeświadczeniem , że mam do czynienia z thrillerem psychologicznym powiem, że na dość wysokim poziomie. A tu nagle znalazłam się w scenerii rodem z horroru klasy gore. Flaki latają w powietrzu, ludzie uciekają i zmieniają tożsamości. Z jednej strony taki przeskok był fantastyczny a z drugiej dość nierealny. Ja akurat jestem fanką drastycznych i mocnych scen, które nie pozwalają się oderwać od lektury ale czytelnik o słabszych nerwach może się poddać .

Książka jest tak naładowana zwrotami akcji, że nie sposób się od niej oderwać. Chociaż moja koleżanka, która podzieliła się ze mną wrażeniami z lektury powiedziała, że nie mogła za tym wszystkim nadążyć. Ja osobiście muszę zarzucić autorowi tylko jedno : że zabił postać Blacka. Z super-tajemniczej i ekstra-fajnej osoby stał się po prostu zwykłym szarym obywatelem. Szkoda. Bo szczerze powiedziawszy spodziewałam się go spotkać w kontynuacji.

Nie straciłam czasu przy tej książce. Mało tego cieszę się , że ją przeczytałam. Miałam bardzo miło spędzony wieczór. Polecam

czwartek, 9 marca 2017

"Światło między oceanami" M.L Stedman

Tytuł : "Światło między oceanami"
Autor : M.L Stedman
Wydawnictwo : Albatros
Rok wydania : 2016
Liczba stron : 432
Tytuł oryginału : The Light Between Oceans








 Latarnia głupoty




Powiem szczerze : jestem bardzo zaskoczona wysokimi notami, które otrzymała ta powieść. Jak na literaturę historyczno obyczajową na tle innych powieści tego gatunku wypada dość kiepsko : zbyt sentymentalnie, za bardzo melodramatycznie , czasem groteskowo a w większości po prostu blado i nudno. Co prawda udało mi się ją doczytać do końca, jednak nie ze względu na jej wyjątkową treść tylko na brak alternatywy. Jedno wiem na pewno : do kina na pewno się nie udam- mam już przesyt.

Akcja toczy po zakończeniu I Wojny Światowej. Tom Sherbourne wraca z Afryki, gdzie służył w wojku, do domu- do Australii. Pokłócony z ojcem i bratem postanawia rozpocząć nowe życie. Podejmuje decyzję o podjęciu pracy latarnika, na oddalonej o kilka godzin drogi od stałego lądu wysepce Janus Rock. Jedynymi ludźmi z którymi ma styczność jest dwójka marynarzy, którzy raz na trzy miesiące dowożą mu zaopatrzenie. Po roku osamotnienia, Tom odwiedza stały ląd by podpisać kolejny kontrakt - tym razem na stałe. W porcie poznaje młodszą od niego dziewczynę. Młodzi zakochują się w sobie. Isabel już jako żona Toma, wraz z nim przenosi się na wyspę. Jej jedynym marzeniem jest założenie wielkiej rodziny, niestety los jest wyjątkowo niesprawiedliwy. Isabel trzykrotnie udaje się zajść w ciążę jednak za każdym razem traci dziecko.
Pewnego dnia, niespełna parę tygodni po kolejnym poronieniu, na wyspę dociera łódź z martwym mężczyzną , który tuli w ramionach płaczące niemowlę. Isabel bierze dziecko do domu i otacza je opieką, namawia Toma by przez jeden jedyny dzień nie raportował o zdarzeniu swoim przełożonym.

Najsłabszym ogniwem tej powieści są postacie. Mamy tu do czynienia z czymś co nazywam "przechodzącą głupotą". W życiu zazwyczaj bywa tak, że to dorośli uczą się od dzieci, w tym wypadku jest z goła inaczej. Moje pierwsze wrażenie odnośnie Isabel : dziecinna smarkula, która nie wie czego chce od życia. Czy dorosła kobieta kręci się po niebezpiecznym porcie karmiąc mewy? Czy zaczepia mężczyzn i flirtuje z nieznajomymi? Dodam do tego jej wypowiedzi, których po prostu nie dało się czytać, tym sposobem na główną bohaterkę dostajemy wyrwaną z książki dla dzieci rozbisurmanioną nastolatkę. W jednym się tylko pomyliłam. Isabel doskonale wiedziała czego chciała, ba była w stanie dojść do tego po trupach. Jak tylko trafiła na wyspę Janus Rock z niewinnej dziewicy przemieniła się w demona sexu. Miałam wrażenie , że owładnęła nią mania posiadania dziecka, nic innego nie było ważne - stało się to po prostu monotematycznie. Tom chciał z nią rozmawiać , miło spędzać czas, uczyć jak obsługiwać latarnię morska, a ta nic tylko zadzierała spódnicę.
Z początku Tom Sherbourne był postacią, którą dało się polubić. Złamany bohater wojenny, którego męczyły demony przeszłości. Osoba, która odsunęła się od własnej rodziny. Inteligentny, wykształcony samotnik. Wydawało mi się, że jest twardy jak skała. Myślałam, że Isabel przy nim wydorośleje , nabierze troszkę ogłady. Niestety wszystko poszło w zupełnie innym kierunku. Zamiast przełożyć swoją rozpuszczoną żonę przez kolano i wybić jej z głowy różne głupoty, to Tom daje się zapędzić pod pantofel. Z dnia na dzień, kiedy dawał sobą coraz bardziej manipulować, traciłam do niego szacunek. W ogólnym rozliczeniu to on się okazał słaby i głupi.
Kolejni bohaterowie, byli niewiele lepsi. Hannah była postacią duchem, która zamiast działać robiła z siebie wariatkę. Jak już miała to co chciała to zaraz nie mogąc sobie poradzić z konsekwencjami chciała się tego pozbyć. Uwaga spojler : Kiedy małą dziewczynka, wychowana na wyspie przez Isabel wróciła do swojej biologicznej matki, ta o mały włos a by się nie poddała i nie oddała jej z powrotem. A dlaczego? Ponieważ mała tęskniła za Isabel. A czy to takie dziwne? Przez 5 lat jej życia Isabel była jedną z dwóch najbliższych jej osób, całym jej światem. Czy wy byście chcieli oddać swoje dziecko tylko dlatego, że trudno mu się przestawić na nowe realia?
Jedyną pozytywną osobą w całej książce był ojciec Hannah. Paradoksalnie autorka chciała go wykreować na tego złego. Zgorzkniałego i zamkniętego w sobie po śmierci żony samotnika. Bogatego pana, który nie liczy się ze zdaniem innych. Moim zdaniem niezbyt jej to wyszło. Była to jedyna osoba, która tak naprawdę liczyła się z uczuciami dziewczynki a nie myślała tylko i wyłącznie o sobie. Brawo.

Osoby, które lubią wartką akcję nawet w powieściach obyczajowych przestrzegam przed tym tytułem. Tutaj prawdziwa akcja rozpoczyna się dopiero na 169 stronie. Do tego czasu mamy mnóstwo niepotrzebnych retrospekcji, dowiadujemy się jak wyglądało życie na praktycznie bezludnej wyspie oraz poznajemy mnóstwo faktów technicznych z zakresu obsługi latarni morskiej. Mnie osobiście ten temat nie interesuje dlatego po prostu przewracałam strony, lecz jeśli kogoś fascynują latarnie to polecam jak najbardziej, można się sporo dowiedzieć. 
Jednak akcja, która rozpoczęła się na 169 stronie była zbyt melodramatyczna, zbyt przerysowana , jak by autorka chciała przełożyć na papier telenowele. Okropieństwo. Co najbardziej mnie zabolało to fakt, że zamiast skupić się na uczuciach dziewczynki, która moim zdaniem była najbardziej pokrzywdzona, autorka za cel upatrzyła sobie Isabel- cel najgorszy z możliwych. Po koniec książki już się po prostu nie dało tego wszystkiego czytać. Za dużo smutku, za dużo emocji . Może jeśli wszystko to byłoby opowiedziane w pierwszej osobie to byłoby do zniesienia jednak narrator plus dialogi rodem z elementarza? Tego było dla mnie za wiele. Naprawdę miałam ochotę  wtargnąć w tę książkę i walnąć Isabel w twarz.

Stanowczo nie byłą to powieść dla mnie. Niczego się nie nauczyłam , nic nie wyniosłam. Strata czasu

wtorek, 7 marca 2017

"Niewidzialne życie Iwana Isajenki" Scott Stambach


 Tytuł : "Niewidzialne życie Iwana Isajenki"
 Autor : Scott Stambach
 Wydawnictwo : Prószyński i S-ka
 Rok wydania : 2016
 Liczba stron : 360
Tytuł oryginału : The Invisible Life of Ivan Isaenko





 Piękno okrojone



Książka wpadła mi w ręce zupełnie przypadkowo, leżała zapomniana w poczekalni lekarskiej. Zdążyłam przeczytać parę pierwszych stron i od razu wiedziała , że - to jest to. Po przeczytaniu powieści, jak zwykle postanowiłam sprawdzić jakie były odczucia innych czytelników. Zapamiętałam jedną recenzję - dość niepochlebną. Autorka komentarza stwierdziła, że książka pomimo poważnego tematu, który porusza jest napisana zbyt lekkim, wręcz groteskowym językiem. I ona jako matka autystycznego dziecka czuje się dotknięta. Ja uważam, że autor, pisząc powieść w ten sposób nie tyle strywializował problem, ile na swój sposób się rozliczył z tragiczną przeszłością. Satyra w miejsce martyrologii. Bo czyż więcej da się zrobić? 

Ivan Isajenko od 17 lat jest pensjonariuszem szpitala dla ciężko chorych dzieci w Mozyrzu. Po katastrofie w Czernobylu na terenie Ukrainy i przyległych państw rodziło się coraz więcej dzieci z różnego rodzaju mutacjami. Ivan urodził się z jedną kończyną i trzema kikutami w miejscu nóg i jednej ręki. Na domiar złego w jedynej kończynie miał tylko trzy palce. Ivan prowadzi monotonne życie. Oprócz opiekujących się nim pielęgniarek i lekarzy praktycznie nie ma kontaktu z innymi ludźmi, dlatego że jest inny. I to nie tylko pod względem fizycznym. Jako jedyny pacjent szpitala potrafi mówić, czuje i myśli jak w pełni sprawny psychicznie człowiek. Sytuacja się zmienia kiedy do szpitala trafia chora na białaczkę dziewczynka. Ivan musi pokonać swoje bariery by się do niej zbliżyć i zostać przyjacielem.

Zupełnie nie wiem dlaczego książka ta porównywana jest do "Gwiazd naszych wina". Czy tylko i wyłącznie ze względu na smutny finał? Tylko i wyłącznie dlatego , że jeden z naszych bohaterów umrze? Uwaga, nie spojleruję, jest to fakt nam znany od początku książki. W momencie kiedy w przypadku bohaterów powieści Greena mamy do czynienia z młodymi w pełni sprawnymi ludźmi tak tutaj otaczamy się panteonem bohaterów, którzy nie mają żadnego pojęcia o otaczającym ich świecie. Hazel i Augustus poznali życie , mieli rodzinę i znajomych, chodzili do szkoły i do kina. Bohaterowie naszej powieści w większości przypadków nie opuścili murów szpitala przez kilkanaście lat, jedni z powodu kalectwa drudzy z powodu katatonii w której egzystowali. W powieści Greena mieliśmy do czynienia z miłością, a tutaj ? Nie oszukujmy się. Czy młoda dziewczyna byłaby w stanie pokochać chłopaka bez nóg i z jedną ręką? Czy jak by nie byłą zmuszona na przebywanie z nim w jednym miejscu, czy jak by nie wiedziała, że tutaj umrze, to by ją obszedł jego los? NIE. Dlatego uważam, że książka to nie powinna być porównywana to wyżej wymienionej powieści. Jedyny punkt styczny to właśnie humor : rzecz , którą większość autorów recenzji pisarzowi wypomina. 

W książce poznajemy kilkoro pacjentów szpitala. Autor nie nazywa chorób po imieniu, jedna z opisów łatwo jest nam się domyślić z kim mamy do czynienia. Dzieciaki chorujące, na autyzm i wodogłowie, dzieciaki z ubytkami przegrody międzykomorowej czekające na operację oraz kaleki. Czasem może nam się wydawać, że autor obszedł się z nimi bezdusznie . Odebrał im osobowość. Czasem miałam wrażenie , że znajduję się w gabinecie osobliwości, gdzie nasz główny bohater pokazuje nam ostatnio zgromadzone okazy. Jednak tak by było w przypadku kiedy Ivan byłby zdrową osobą, powiedzmy funkcjonariuszem szpitala, naśmiewającym się z ułomności innych. Jednak nasz bohater sam jest kaleką, osobą która nigdy nie wyszła na dwór, osobą która potrzebuje pomocy w życiu bo inaczej umrze na pierwszym lepszym chodniku. Ja uważam , że humor czy nawet satyra z jaką autor przedstawia przebieg wydarzeń jest bronią Ivana, jego sposobem na oswojenie się z rzeczywistością. Gdyby nie przebłyski humoru czułby się jak w sarkofagu. Żartowanie z innych pensjonariuszy było jego sposobem na przeżycie, sposobem by nie zwariować. Ale jednocześnie widać, że chłopak miał wielkie serce . Zobaczywszy kalekiego chłopca, praktycznie roślinę, postanowił się nim zaopiekować, do cholery, sam się nauczył trzema palcami zmieniać pieluchę.

Moim zdaniem relacja między Ivanem a dziewczynką chorą na białaczkę , Poliną, jest czymś powierzchownym i nie ma nic wspólnego z miłością. A czy z przyjaźnią? Moim zdaniem oboje znaleźli się na takim etapie swojego życia, że niemożliwością było by sobie wzajemnie nie pomogli. Coś za coś, jak to w życiu bywa, i nie doszukujmy się tutaj czegoś głębszego. Czy będąc kaleką nie uważalibyście za anioła innego człowieka, który by się wami zainteresował? Czy będąc umierającym chcielibyście umrzeć w samotności? Moim zdaniem, choć to może jest okrutne był to handel wymienny. 

Ja zrozumiałam książkę w następujący sposób. Zło się dokonało. Promieniowanie zabiło tysiące ludzi i na długie lata okaleczyło miliony. Mamy koty ze skrzydłami, mamy ludzi bez kończyn. Jak by katastrofa się wydarzyła w bogatym kraju powiedzmy w Ameryce, pewnie standardy życia ofiar byłby zupełnie inne. Ale na Ukrainie, do tego kilkanaście lat temu? Ówcześni lekarze nie mieli wiedzy ani środków by pomóc. Pewnie w Chinach, ofiary promieniowania nawet i dziś byłby zostawione samym sobie. Tutaj stworzono dla nich namiastkę życia. To minimum wymagane by przetrwać. Był szpital ( gdzie jak wszędzie dyrektor chciał mieć jak największe zyski ), były pielęgniarki, które wykonywały swoją robotę. Umieralność? A czy Ci ludzie by nie umarli w szpitalu w Kalifornii? Jak podzieliłam się z moim mężem odczuciami apropo książki, zwrócił mi uwagę na to czy jest sens trzymać "warzywa" przy życiu. Owszem to drastyczne, dlatego jeszcze bardziej szanuję pracowników szpitala, którzy się nie poddali.

Ivan jest fascynującą postacią, został jednym z moich ulubionych bohaterów z książek. Na samym początku sobie go wyobrażałam, jako wyszczekanego, wiecznie uśmiechniętego nastolatka. Jakie było moje zdziwienie jak dowiedziałam, się że się nigdy nie uśmiechał? Naprawdę wielkie. Ivan symbolizuje wszystko to czego oczekuję po moim dziecku a czego pewnie nigdy nie będzie mieć, z tego względu, że żyjąc w tych czasach jest łatwy dostęp do wszystkiego. Podziwiam Ivana za jego łaknienie wiedzy, za jego pogoń za poznawaniem czegoś nowego. Jego inteligencja jest wprost fenomenalna, a to że potrafi się sam z siebie śmiać? Cóż to jest po prostu ludzkie.

Książka jest po prostu piękna. Opowiada o tych typach osobowości, o które w dzisiejszych czasach trudno. Z jednej strony mamy do czynienia z chłopcem , który pogodził się z własnymi ułomnościami, z drugiej strony mamy szereg osób o wielkim sercu, jak na przykład siostra Natalia. Koniec powieści był dokładnie taki jak oczekiwałam. I dobrze. Wiem, że był na swój sposób przewidywalny jednak w tej prostocie było piękno.

Zamiast czytać artykuły i oglądać smutne zdjęcia w prasie apropo katastrofy w Czernobylu , proszę każdego by zapoznał się z tą książką. Uczy ona dobroci i pokory, i pozwala spojrzeć w przyszłość a nie tylko zajmować się przeszłością. U mnie 10/10. 

sobota, 25 lutego 2017

"Czy miałaś kiedyś rodzinę?" Bill Clegg

 Tytuł : "Czy miałaś kiedyś rodzinę?"
Autor : Bill Clegg
Wydawnictwo : W.A.B
Rok wydania : 2016
Liczba stron : Did you ever have a family?




 Łączenie kropek




Jest to książka z rodzaju tych, które bardzo szybko wylądują na półce z przecenami, ewentualnie skończą jako dodatek do gazet. Nie do końca udane, jednak nie tragicznie złe. Typowa powieść do czytania w kuchni podczas przygotowywania obiadu. Nie wymaga od nas zżycia się z bohaterami, z którymi praktycznie nie czujemy żadnej więzi. Jeśli wpadnie wam w ręce można przeczytać, jednak nie wybierajcie się specjalnie do księgarni. Jednak muszę zaznaczyć, że jest to moja własna opinia, z którą z pewnością ( patrząc po komentarzach i recenzjach ) nie zgodzi się większość czytelników.

Na kilka dni przed ślubem córki w domu June gdzie miało się odbyć przyjęcie weselne wybucha pożar. W płomieniach giną państwo młodzi, były mąż June oraz jej obecny partner Luke. Kobieta jednej nocy traci całą rodzinę i dobytek. Zrozpaczona wsiada w samochód i udaje się nad morze by zamieszkać w pensjonacie.
Wszyscy, włącznie z policją, o podpalenie oskarżają Luka, który był już karany i siedział w więzieniu. Lydia, matka Luka, jest jednak innego zdania. Po co mężczyzna miałby podpalać dom w którym mieszkał i w tak wyrafinowany sposób popełnić samobójstwo? Wydaje jej się podejrzane, że jedynie June udało się cało wyjść z tej tragedii. Opłakując syna, dostaje telefon od nieznajomego mężczyzny, który oferuje jej wielkie pieniądze.

Nie do końca zrozumiałam co autor chciał nam przekazać opowiadając tę całą historię. Z początku wszystko zapowiadało się pięknie. Dochodzi do tragedii , jedyna ocalała wyrusza w podróż by zmierzyć się ze swoim cierpieniem. Pomyślałam sobie : będzie to co lubię, dramat psychologiczny. Jednak każdy kolejny rozdział mnie rozczarowywał. Mnogość narratorów to największy mankament tej książki. Przez jedna trzecią powieści zapoznawałam się z coraz to nowymi postaciami. June, Lydia, Luke, pan dzwoniący, cała jego rodzina, właścicielki pensjonatu. Każdy miał w tej historii coś do dodania. Ale czy naprawdę niespełna 320 stron wystarczy by to wszystko pomieścić? Dlaczego autor zamiast skupić się na ofiarach tragedii wprowadził zupełnie nowych bohaterów, którzy nic do naszej fabuł nie wnoszą? Szczególnie nie zrozumiałam wątku dwóch lesbijek, właścicielek nadmorskiego pensjonatu. Ich historia jest opisana bardzo szczegółowo i zajmuje dość sporą część książki. Ale co one miały wspólnego z June, która tylko u nich mieszkała czy z pożarem? Lubię jak powieści zbudowane są pudełkowo lub składają się z pozornie nie mających wspólnego mianownika opowiadań, jednak tylko i wyłącznie gdy na końcu powieści ten wspólny mianownik zostanie w końcu znaleziony. Tutaj miałam wrażenie, że autor specjalnie dopisywał niektóre fragmenty czy historie. Powodem tego mogło być nie radzenie sobie z postacią June- w końcu jak długo można pisać o cierpieniach kogoś kto stracił całą rodzinę lub też wydawca dał mu konieczny limit stron do druku. 

Chociaż się starałam nie czułam żadnego połączenia z naszymi głównymi bohaterami. Historia jest tragiczna jednak mną nie wstrząsnęła. Może wpływ na to miała narracja. Rozdziały są krótkie, dlatego spodziewałam się, że będę mieć do czynienia z narracją w trzeciej osobie. Tymczasem na każdej stronie poznaję punkt widzenia kogoś innego lub narracja prowadzona jest bezpośrednio przez narratora. Również porządek rozmieszczenia rozdziałów pozostawia dużo do życzenia. Mnie osobiście najbardziej interesowały losy June, Lydii i Luka, jednak by czytać tylko ich historie musiałabym przeskakiwać po kilka rozdziałów. To było jak zabawa w łączenie kropek. Niestety dzieckiem już nie jestem i mnie to nie bawiło. 

Niestety książka mnie nie wciągnęła. Owszem czytanie poszło mi niezwykle gładko, całość zajęła mi niespełna trzy godziny jednak książka nie wywołała zamierzonego efektu. Coś co miała mną wstrząsnąć , wycisnąć łzy z oczu, jak mi się często zdarza w przypadku książek o podobnej tematyce, odebrałam jako kolejny dramat na mojej drodze. Autorowi niestety nie udało się zawładnąć ani moich umysłem ani moim sercem. Bohaterom nie udało się zrobić na mnie wrażenia, a sama fabuła od pewnego momentu zaczęła się bardzo przewidywalna.