"Pustynia i morze. 977 dni w niewoli na somalijskim wybrzeżu piratów" Michael Scott Moore

"Pustynia i morze. 977 dni w niewoli na somalijskim wybrzeżu piratów" Michael Scott Moore

Mieliście kiedyś w życiu tak, że  bardzo czegoś pragnęliście, i los zupełnie niespodziewanie wyszedł wam na przeciw i spełnił wasze marzenia? Może śniliście o wielkiej, zagranicznej podróży i na następny dzień wygraliście wycieczkę w nieznane? A może trafiliście szczęśliwy los na loterii właśnie wtedy, kiedy popsuł wam się samochód? Michael Scott Moore, obecny na procesach somalijskich piratów, padł ofiarą fascynacji tym kontrowersyjnym "zawodem". Z bezpiecznej sali sądowej w Niemczech, trafił na somalijskie wybrzeże, gdzie przez kilka tygodni zgłębiał tajniki pirackiego procederu, przesłuchiwał piratów i ich ofiary oraz zbierał materiały do książki. W drodze na lotnisko, z którego miał odlecieć do swojego kraju, jego samochód został zatrzymany przez uzbrojonych mężczyzn. Mężczyznę porwano i trafił do pirackiej niewoli. Przenoszony z miejsca na miejsce, przetrzymywany w brudnych, zdewastowanych domach i rybackich kutrach, poznał życie piratów od podszewki. Choć historia ta ma dobre zakończenie, to kosztowało ono miliony dolarów w gotówce i wiele zmarszczek, których nie wygładzi żadna terapia laserowa, gdyż są to bruzdy na psychice, które pozostaną do końca życia.


W styczniu 2012 r., ukończywszy właśnie cykl reportaży z hamburskiego procesu piratów somalijskich, Michael Scott Moore udał się do Rogu Afryki, by zebrać materiał do książki o piractwie i możliwościach jego ukrócenia. „Wydawało mi się ważne, by wiedzieć, dlaczego w ogóle istnieją piraci”, napisał. Dowiedział się szybciej, niżby się spodziewał. Porwany w Somalii tuż przed wyjazdem, poznał od podszewki i podłoże piractwa, i jego okrutną codzienność. W warunkach zdolnych złamać najtwardszy charakter przetrwał 977 dni, nim zebrano okup, jakiego zażądali piraci.

Sięgając po tę książkę miałam mieszane uczucia. Z jednej strony bałam się iż będzie nudna i powtarzalna, bo w końcu ile można pisać o przetrzymywaniu w niewoli? Dni porwanego, osadzonego w zamknięciu człowieka, są jednakowe, jednostajne, od czasu do czasu przerywane jedynie psychicznym terrorem i fizycznymi katuszami. Takich książek było wiele, zarówno tych opartych na prawdziwych wydarzeniach, jak i tych fikcyjnych. Z drugiej strony zainteresował mnie temat somalijskich piratów i fakt, że Michael Scott Moore, jest dziennikarzem, pozwalał mi sądzić, że książka ta będzie czymś więcej niż opisem przeżyć z "więzienia". Liczyłam na dziennikarską rzetelność w pokazywaniu faktów, na to że czegoś się dowiem o współczesnych piratach. I nie pomyliłam się. "Pustynia i morze" to nie tylko wspomnienia i dziennik ofiary, to również książka o historii, kulturze i polityce Somalii, kraju o którym wiemy bardzo mało albo wcale. Autor, przystępnym językiem, wyjaśnia nam co doprowadziło to państwo na skraj ruiny. Przeciętny człowiek myśląc o tym afrykańskim kraju, wyobraża sobie zagłodzone dzieci ze wzdętymi brzuszkami, wojnę domową, partyzantkę i butelki z plastikową wodą. Mało kto wie, że to na morzu toczy się walka o przyszłość tego kraju i mało kto zdaje sobie sprawę, że za rozwój piractwa odpowiedzialni jesteśmy również my, Europejczycy oraz Amerykanie, Azjaci, słowem cały świat. Pewnie czytając to zadajecie sobie pytanie : niby jakim cudem? Od dawien dawna wiadomo, że ciepłe wody Afrykańskiego Wybrzeża, są doskonałym miejscem do połowu ryb i innych stworzeń morskich. Atrakcyjność i bogactwo tych łowisk ściągnęło do Somalii kutry z całego świata. Chętnych na "ryby" było wielu, jednak żaden z nich nie kwapił się by za towar zapłacić. Wyobraźcie sobie, że macie staw w których hodujecie najlepsze w okolicy karpie. Kiedy zbliżają się Święta Bożego Narodzenia, wszyscy wasi sąsiedzi przychodzą na brzeg i rozstawiają się z wędkami. Po kilku godzinach karpi nie ma, a was nawet nie zaproszono na wigilijną kolację. Czy pasuje wam taki układ? Założę się, że nie. Somalijczykom również nie pasowało to, że ich zasoby były rozkradane i zaczęli pobierać nielegalną "opłatę" (podatek) od pojawiających się na ich wodach przybrzeżnych, statków. Po kilku latach tego procederu okazało się, że można na tym nieźle zarobić. Stawki za możliwość połowu wzrosły, a piraci stawali się coraz okrutniejsi w swoim procederze. Od lat 90-tych zaczęto porywać Amerykanów i Europejczyków i żądać za nich okupu. Proceder ten trwa do dziś i nadal jest opłacalny. 
Kolejnym czynnikiem, jak mówi Moore, który miał wpływ na rozwój piractwa, była włoska Mafia. Bossowie tego nielegalnego stowarzyszenia dogadali się bowiem z lokalnymi somalijskimi watażkami, odnośnie wwozu i składowania (zakopywania u wybrzeży lub na plażach) ton toksycznych odpadów. Do tej pory idąc brzegiem można zobaczyć wielkie, metalowe beczki, pełne śmieci. Nikomu nie starczyło siły by je zakopać, więc zostały po prostu porzucone na pastwę losu. Somalijskim piratom nie podobało się robienie śmietnika z ich domu i zaczęli atakować statki pod włoską banderą. 
W książce tej znajdziemy jeszcze wiele innych ciekawostek historycznych, odnośników do znanych wydarzeń, wojny amerykańsko-somalijskiej, obalenia dyktatora i powstania partyzantki. Wszystko to podane jest w jasny, przejrzysty i niezwykle interesujący sposób. Bez niepotrzebnego moralizatorstwa. Tekst napisany jest z pasją i znawstwem tematu, jest to kawał rzetelnego dziennikarstwa połączonego z emocjonującą autobiografią.

Michael Scott Moore wie jak pisać, by utrzymać zainteresowanie czytelnika. Jeśli ja bym spróbowała opisać 9 miesięcy więzienia na statku i dalszego już na lądzie, to zapewne wyszedł by z tego nudny, jednostajny tekst, którym uśpiłabym wszystkich czytelników. By tak się nie stało dziennikarz wplótł w swoją opowieść wspomnienia ze swojego dzieciństwa, (chociażby to jaki wpływ na niego oraz jego rodzinę miało samobójstwo ojca), fakty historyczne oraz analizę własnych przeżyć i emocji. Opowiadał o pierwszym dniu po porwaniu, kiedy kidnaperzy wręczyli mu telefon i kazali zadzwonić do matki z żądaniem 20 milionów dolarów okupu. Opisywał jak był bity i poniżany, głodzony i torturowany. Jednak z drugiej strony chciał również, pokazać jasną, ludzką stronę swoich ciemiężycieli, to jak zainstalowali mu moskitierę czy organizowali wodę butelkowaną, kiedy odmawiał picia innej. Bardzo się starał by dostrzec w piratach ludzi, którzy stali się bestiami, gdyż zmusiło ich do tego życie. Z całego tekstu wynika jedno, bardzo ważne przesłanie : piractwa można się pozbyć w szybki, bezpieczny sposób, chociażby tak jak to zrobiono dziesiątki lat temu w Stanach Zjednoczonych. Jedynym problemem są oczywiście pieniądze. Jeśli kraje europejskie, Azja i Stany Zjednoczone, postawiły by na rozwój Somalii, dostarczyli środków i inżynierów i zbudowali ośrodki portowe, w których setki ludzi znalazłoby zatrudnienie, to problem piractwa rozwiązał by się sam. Oczywiście tak się nie stanie. Świat nie interesuje się tym dalekim krajem, jedynie czeka aż jego obywatele, mówiąc kolokwialnie, sami się wyrżną w pień. Logika ta jest przykra, lecz niestety prawdziwa.
Po wielu miesiącach spędzonych w niewoli, porywacze zaczęli traktować Moora, jako kogoś swojego. Coraz częściej zostawiali przy nim broń. Wystarczyło po nią sięgnąć i spróbować ucieczki, lub też zaoszczędzić problemów i smutku rodzinie, i popełnić samobójstwo. Autor opowiada o swoich czarnych myślach, o tym jak blisko był załamania nerwowego. Czytając wręcz czujemy buzujące w tekście emocje. Kiedy dowiadujemy się, że dziennikarz odesłany zostanie do domu, spada nam kamień z serca, jednak wiemy że już nic nigdy nie będzie takie samo. Cieszę się, że "wyzwolenie" nie było końcem tej książki, że autor przedstawił nam również to co się działo po jego powrocie. Opisał co przeżywała jego rodzina, jak się starali zebrać pieniądze, jak wielki smutek i przerażenie było ich udziałem. Skupia się również na swoich własnych przeżyciach, opowiada że nie może się na niczym skupić, gdyż ciągle wracają do niego wspomnienia. Czuje, że w Somalii zostawił cząstkę siebie. 

Choć wydawać by się mogło, że książka ta ma jednego bohatera, którym jest jej autor, to tak naprawdę Moore przedstawia wiele sylwetek, które poznał w trakcie swojego porwania. Są tutaj i zwykli somalijscy obywatele i okrutni, zdesperowani kidnaperzy, jest azjatycka załoga "uwięzionych" oraz rybak z Seszelów. Autor opowiada ich historię, uczy się od nich tego jak się zachowywać, co robić by przeżyć. Opisuje moment ich uwolnienia przez wypuszczenie na wolność lub strzał w głowę. Przedstawia to jak byli bici i torturowani i wspomina te momenty, w których odnajdywał człowieczeństwo w czasach zapomnianych przez Boga. 

"Pustynia i morze. 977 dni w niewoli na somalijskim wybrzeżu piratów" to wspaniała, warta przeczytania książka, która sprawi, że docenicie wasze szare, "nudne" życie. To co przeżył i wycierpiał jej bohater, oraz jego rodzina, jest nie do opisania. Tydzień temu w ogniu stanęła katedra Notre Damme w Paryżu. Już po kilku dniach komitet, którego celem jest zebranie pieniędzy na odbudowę kościoła ogłosił, że zebranych zostało już 5 miliardów euro. 5 miliardów w zaledwie 72 godziny. By ocalić, budynek jesteśmy w stanie się zjednoczyć i otworzyć własne portfele, czemu więc tego nie robimy, kiedy chodzi o ludzkie życie? Czemu zebranie okupu trwało aż 3 lata? Czy naprawdę jesteśmy aż tak okrutni, że świadomie skazujemy człowieka na tortury i niewolę? Szkoda, że w XXI wieku ludzkie życie jest tak mało warte. Książkę oczywiście polecam. 

Tytuł : "Pustynia i morze. 977 dni w niewoli na somalijskim wybrzeżu piratów"
Autor : Michael Scott Moore
Wydawnictwo : Rebis
Data wydania : 2 kwietnia 2019 
Liczba stron : 480
Tytuł oryginału : The Desert and the Sea: 977 Days Captive on the Somali Pirate Coast


Za możliwość przeczytania i zrecenzowania książki serdecznie dziękuję wydawnictwu : 



Kings of the Wyld



Książka bierze udział w wyzwaniu czytelniczym :


http://www.posredniczka-ksiazek.pl/2019/01/olimpiada-czytelnicza-2019-zapisy.html


"Kurhanek Maryli" Ewa Bauer

"Kurhanek Maryli" Ewa Bauer

     O powieści "Kurhanek Maryli" słyszałam już kilka lat temu, jednak do tej pory nie miałam okazji jej przeczytać. Dlatego też cieszę się, iż wydawnictwo Szara Godzina, zdecydowało się na wznowienie publikacji i mogłam wziąć udział w promocji książki. Zastanawialiście się czasem dlaczego niektóre pozycje, nawet te które akurat wam nie wydają się godne uwagi, doczekują się kolejnych wydań? Czy dlatego, że są dobre czy  wydawnictwo dobrze na nich zarabia? A może jest to zawarte w kontrakcie autorskim? Myślę, że w przypadku tej powieści, odpowiedź na to pytanie będzie prosta : książka ... porusza temat, który był, jest i (niestety) nic nie wskazuje na to by miał przestać być aktualny. Chodzi tutaj o szeroko pojętą manipulację, układ sprawca-ofiara oraz przemoc domową. Nie wiem do końca dlaczego, ale chcemy o tym czytać, lubimy kiedy naszym bohaterom dzieje się krzywda. Choć tłumaczymy się tym, że powieści takie wyzwalają w nas emocje tak naprawdę czytamy je po to by móc powiedzieć : całe szczęście mnie to nie dotyczy. A może nie mam racji : może niektórzy poszukują w nich pomocy i recepty na wyzwolenie się z toksycznego związku?

Marta wychowywała się na wsi, u babci. Wcześnie osierocona, cały czas marzy o innym życiu. Nie wie jednak, że to inne życie przyniesie jej przykre niespodzianki. Gdy poznaje Piotra, wydaje się, że znalazła w końcu szczęście i miłość. Pozornie ma wszystko: przystojnego męża, dostatek, kochaną córkę. Ale tak naprawdę koszmar dopiero się zaczyna...Czy los kiedykolwiek uśmiechnie się do Marty i pozwoli obronić własne "ja"? Kurhanek Maryli to opowieść o trudnym małżeństwie, ale również historia więzi między pokoleniami, a przede wszystkim opis walki o tożsamość i szczęście. 


Czytając recenzje tej książki, zamieszczone na blogach i portalach literackich, rzuciło mi się w oczy, że prawie wszyscy komentatorzy, zwracają uwagę na przemoc domową, jako główny temat tej powieści. Choć oczywiście zgadzam się z tym, że jest ona katalizatorem wielu wydarzeń i rzeczą godną potępienia, to wydaje mi się iż recenzenci zapomnieli o najważniejszym : o samych bohaterach tej książki, ludziach których ten problem dotyczy. Przeczytałam wiele opinii o tym jak manipulacja i przemoc niszczą psychikę jednak nie podoba mi się to, że temat ten został sprowadzony do jednego mianownika, z Marty zrobiono ofiarę, a z Piotra sadystycznego potwora. W moich oczach wcale nie wygląda to tak czarno-biało. Oczywiście nie chcę tutaj wybielać głównego bohatera, jednak nie będę również gloryfikować drugiego. Moim zdaniem sytuacja w której się znaleźli nie miałaby miejsca w realnym życiu. Takie scenariusze widzimy w telewizji, czytamy o nich w książkach, jednak w "realu"ciężko byłoby spotkać tak "dwubiegunowe", niespójne postaci. Dlatego też ciężko było mi uwierzyć w cały ten dramat i tragedię. Choć książka mi się podobała tak potraktowałam ją jak zwykłe, kobiece  czytadło, które wzrusza, doprowadza do łez ale i szybko można o nim zapomnieć.

Skupmy się przez chwilkę na naszych bohaterach, bo to do nich mam największe zastrzeżenia. Pierwsza pod lupę idzie Marta. Muszę przyznać, że jak na osobę zahartowaną, po przejściach i traumatycznych przeżyciach z dzieciństwa, osobę która uciekła z domu, parała się prostytucją i sama próbowała znaleźć szczęście w wielkim mieście, to bardzo łatwo dała się zmanipulować. Niestety nie byłam w stanie w to uwierzyć. My, poznajemy Martę, jako kurę domową, która siedzi w domu, pierze, gotuje i opiekuje się dzieckiem. Jest to osoba, która daje sobą pomiatać, godzi się na obecność teściowej w swoim domu i przymyka oko na wyskoki męża. Jednym słowem jest typową ofiarą. Jednak kiedy, za pomocą retrospekcji, lepiej poznajemy ją i jej przeszłość, ze wspomnień tych wyłania się obraz zupełnie innej osoby. Marta jako nastolatka była krnąbrna, nie stroniła od alkoholu, próbowała narkotyków i lubiła się dobrze zabawić (oczywiście w wiejskich warunkach). Jeszcze nie skończyła szkoły, a już uciekła z domu na tylnym siedzeniu motocykla poznanego dzień wcześniej mężczyzny. Z lat młodości zostało jej tylko jedno : naiwność. Ale to już inna sprawa, gdyż większość bohaterek polskiej literatury kobiecej cierpi na tę przypadłość. Znam osoby, które były ofiarami przemocy domowej. Na warsztatach psychologicznych tworzyliśmy profile osób podatnych na manipulację, pranie mózgu i kontrolę. Żeby ktoś nas zdominował musimy mieć pewne cechy,które uczynią z nas odpowiednią ofiarę : należą do nich ufność, nieśmiałość, brak asertywności i odwagi. Marta, którą poznajemy jako nastolatkę, nie posiadała żadnej z nich. Ewentualnie można się zastanowić nad ufnością ale w jej przypadku to była raczej głupota. W każdym bądź razie nie wydaje mi się, by akurat ona mogła się tak zmienić. Nie wydaje mi się, by dała sobą tak pomiatać. 
Na drugim końcu kija mamy Piotra, męża Marty, początkującego lekarza, syna lekarza doświadczonego.  Związek tej dwójki po prostu nie mógł się udać. Wiem co teraz powiecie, że przecież żyjemy w XXI wieku, i słowo mezalians straciło już na znaczeniu a niedługo w ogóle odejdzie do lamusa. Ale powiem wam jedno : z tego samego powodu co piłkarze nie wezmą sobie za żonę grubego, zapuszczonego czy nawet zadbanego garkotłuka, to lekarz nie poślubi spotkanej w klubie nocnym prostytutki. Takie rzeczy dzieją się tylko w powieściach Danielle Steel i w telewizji. Ale załóżmy, że tak się stanie, załóżmy że los tak chciał, i młody medyk jednak zakochał się w swojej "damie do towarzystwa", to jest tylko kwestią dni kiedy zacznie zgrzytać. Ludzie zauroczeni, zafascynowani są odporni na podszepty rozumu. Dopiero jak pierwsza fascynacja minie, zaczynają myśleć. Wcale się nie dziwię, że Piotr miał za złe Marcie to co robiła wcześniej. On zawsze miał wszystko, nie musiał sprzedawać własnego ciała by przeżyć. Jestem w stanie zrozumieć dyskomfort psychiczny, który czuł jak patrzył na swoją wybrankę. Mnie samą czasem ponoszą nerwy jak myślę o byłych swojego partnera, a przecież była ich zaledwie garstka. Oczywiście nie chcę usprawiedliwiać Piotra, jednak nie był on dla mnie do końca negatywną postacią. Suma sumarum zgadzał się na większość wybryków żony, przymykał oko na jej kłamstwa, rozpieszczał ją i utrzymywał, a co najważniejsze kochał i dbał o swoją córkę. Moim zdaniem i Marta i Piotr byli winni temu co ich spotkało i jaki związek stworzyli. Oboje nie znaleźli w sobie siły by odejść choć nikt ich nie trzymał. Dopiero tragedia sprawiła, że ich więź została zerwana. 

Zastanawiam się gdzie urodziła się i wychowała nasza autorka, Ewa Bauer. Przypuszczam, że jest mniej więcej w moim wieku, gdyż w cudowny sposób opisuje wieś i małe miasteczko czasów mojego dzieciństwa. Drogi po których jeździły ciągnięte przez konie furmanki, "wychodki" gdzie zamiast papieru toaletowego używało się gazet i małe kopane w ziemi dołki gdzie dziewczynki ( a czasem i chłopcy) wraz z kwiatkami zakopywały wyszeptane do ziemi prośby i zaklęcia. Muszę przyznać, że na moment przeniosłam się w czasie. Przypomniałam sobie ten beztroski czas wakacji, które spędzałam u mojej babci na wsi. Podobnie jak nasza bohaterka do końca życia będę w sobie nosić ten sentyment do dawnych czasów, do ludzi których już pewnie nie spotkam i jedzenia, które już nie będzie smakowało tak samo. Wieś u Bauer jest taka jak powinna być : zaściankowa, pachnąca skoszoną trawą, religijna, konserwatywna, plotkarska i zacofana. Choć fabuła książki rozgrywa się kilkadziesiąt lat temu, choć postęp dotarł praktycznie wszędzie, to ludzie pozostali tacy sami. Czytając czułam tę polską "swojskość" i "przaśność" i bardzo mi się to podobało.

Ewa Bauer umie pisać, umie przelać na papier nie tylko fabułę i wydarzenia, lecz również emocje i uczucia. Co prawda było tutaj zbyt dużo Boga, wiary i religii, zbyt dużo dramatyzmu i naiwności, jednak nadal sądzę, że "Kurhanek Maryli" to ciekawa, wartościowa książka, która zachwyci każdą romantyczkę.  To wprost idealna lektura dla tych, którzy lubią typowe wyciskacze łez. To powieść która wzrusza i jednocześnie irytuje, doprowadza do łez i rozśmiesza naiwnością. Jedna z wielu jej podobnych jednak napisana z pasją i sercem. Polecam.


Tytuł : "Kurhanek Maryli"
Autor : Ewa Bauer
Wydawnictwo : Szara Godzina
Data wydania : 12 maja 2014
Liczba stron : 256


Za możliwość przeczytania i zrecenzowania książki serdecznie dziękuję wydawnictwu :
 
 
 
http://www.szaragodzina.pl/
Książka bierze udział w wyzwaniu czytelniczym :


http://www.posredniczka-ksiazek.pl/2019/01/olimpiada-czytelnicza-2019-zapisy.html

"Gdy opadły emocje" Aneta Krasińska

"Gdy opadły emocje" Aneta Krasińska

     Ci, którzy śledzą mój blog wiedzą, czego się najbardziej obawiam, kiedy sięgam po książki polskich autorek. Otóż, moją największą zmorą, jest przewidywalność. Prawie każdy romans  i powieść obyczajowa polskich pisarek, które do tej pory przeczytałam, były oparte na tym samym schemacie. Każda z nich opowiadała historię nudnych, mało wyrazistych bohaterek, dla których największą rozrywką było popijanie malinowej herbatki i jedzenie pączków, koniecznie tych z różą. Wydaje mi się, iż taki obraz młodej Polki, a nawet matki-Polki, jest już nieco przestarzały. W czasach kiedy sprzedaż w Ikei wykładniczo wzrasta, ludzie żyją w zgodzie z Hygge a w kafejkach coraz częściej słyszymy stukot butów od Laboutina, picie naparów, wprost ze starych babcinych kubków, jest już passe. Pora zapomnieć o malowniczych dworkach, malinowych chruśniakach, papuciach i powidłach. Czekam, aż polskie autorki, na chwilkę oderwą się od klawiatury i dostrzegą ewolucję, którą przeszły kobiety w XXI wieku. Niech "Gdy opadły emocje " rozpocznie nowy trend w literaturze kobiecej, tren bez słodkich romansów, monumentalnych zdrad i wielkich dramatów. Aneta Krasińska opisała prawdziwe życie, które często jest po prostu...zwyczajne. I właśnie to jest w nim piękne.

Spotkanie po latach może skutkować sporą dawką emocji i zmianą życiowych planów.
Marcelina jest mężatką wychowującą nastoletnie bliźnięta. Bywa przytłoczona codziennymi obowiązkami. Od czasu do czasu jej przyjaciółka Magda próbuje to zmienić. Tym razem namawia koleżankę do udziału w imprezie zorganizowanej dwadzieścia lat po maturze. Spotkanie otwiera niezabliźnione rany.
Gdy opadły emocje to pierwsza część trylogii. Każdy tom poświęcony jest rozterkom innej osoby w związku z wydarzeniami z czasów liceum, gdy tworzyli zgraną grupę z nadzieją patrzącą w przyszłość.

Muszę przyznać, że pierwszy rozdział książki, wzbudził mój niepokój. Marceliną poznajemy w momencie, kiedy przygotowuje się do wyjścia na planowany po 20 latach zjazd absolwentów liceum, do którego uczęszczała. Na pierwszy rzut oka, główna bohaterka, symbolizuje sobą wszystko to czego nie lubię w fikcyjnych kobiecych sylwetkach. Choć ma niespełna 40 lat, zachowuje się jak ciotka Klotka, chodzi w "zdeformowanych", nudnych ubraniach, nie wie do czego służy maskara a jedyne co przychodzi jej z łatwością, to matkowanie prawie dorosłym dzieciom. Jesteście w stanie uwierzyć, że ktoś kto zdawałam maturę w 2008 roku, nie wie jak wysłać email z telefonu komórkowego? Marcelina jest ode mnie starsza zaledwie o 3 lata, a przepaść która nas dzieli jest większa niż rów Mariański. Ja rozumiem, że są na tym świecie tradycjonaliści, ludzie którzy cenią sobie spokój ogniska domowego, nie pociągają ich nowinki technologiczne a zamiast gazet opiniotwórczych wybierają telewizyjne "Trudne sprawy". Jednak nie mogę uwierzyć w to, że młoda kobieta, wychowana na komputerach i telefonach komórkowych, mało tego pracownica agencji reklamowej, gdzie zatrudniają zazwyczaj ludzi otwartych i postępowych, nie wie jak obsługiwać zwykły smartfon. Zastanawia mnie dlaczego polskie autorki, nagminnie ośmieszają swoje główne bohaterki? Robią z nich słodkie idiotki? Na całe szczęście w powieści Krasińskiej, pojawiła się postać, która uratowała tę książkę. A jest nią : Magda. To właśnie ona przedstawia sobą typową wyemancypowaną i wolną obywatelkę XXI wieku. Oczywiście możecie się ze mną spierać, że nie każda z nas mając 40 lat skacze z kwiatka na kwiatek, korzysta z pomocy rodziców i kupuje pieniądze za kredyt, na który nas nie stać. Oczywiście, zgadzam się z tym, że postać oryginalnej Magdy, jest przerysowana, jednak zdecydowanie bliżej mi do niej niż do nudnej, szarej Marceliny. Ideałem byłoby połączenie tych dwóch sylwetek w jedną. Wtedy dostalibyśmy matkę polkę na miarę naszego stulecia.
W książce oprócz dwóch głównych bohaterek pojawia się mnóstwo innych postaci. Co prawda nadal uważam, że nawet jak na klasę z Żyrardowskiego liceum, było ich stanowczo za mało. Autorka w ciekawy sposób pokazała przekrój polskiego społeczeństwa. Muszę przyznać, że moje spotkanie z ludźmi z klasy wyglądało dość podobnie, ani sami również przybrali podobne jeśli nie takie same role. Niektóre moje koleżanki obwiesiły się złotem i "wypełniły" botoksem, byle tylko zatrzymać upływ lat, inne zabrały ze sobą album, pełen rodzinnych zdjęć. Faceci przystrzygli brody i wciągnęli brzuchy. Ci, którzy mieli ciągoty do alkoholu, teraz mają z nim problem, a inni każdemu wciskają swoje wizytówki, chwaląc się dobrze prosperującą firmą. Ilu ludzi, tyle sposobów na życie. Tak jest było i będzie i autorka nie przedstawia nam tutaj nic odkrywczego. Skupiła się na zobrazowaniu naszej rzeczywistości. Ze względu na to, że epizodycznych postaci jest tutaj sporo, momentami nie wiedziałam kto akurat jest "przy mikrofonie". Paradoksalnie chaos ten, w tym przypadku mi nie dość, że nie przeszkadzał, to jeszcze sprawiał że atmosfera była autentyczna. Spotykając się na takich imprezach, nie możemy skupić się na jednej osobie, jednej historii. Ludzie się przekrzykują, przerywają sobie, zaczynają i nie kończą. A i my sami, nie mamy zbytniej ochoty wszystkiego zapamiętywać. Ważna jest dobra zabawa, alkohol, i to czy nasza sukienka okaże się ładniejsza od tej durnej Jolki, co mi kiedyś poderwała chłopaka. Autorce w stu procentach udało się oddać klimat zjazdu absolwentów .

Przeglądając mojego bloga natknęłam się na recenzję książki "Zrządzenie losu" Allie Larkin. Fabuła tej powieści jest podobna : młoda kobieta, jedzie na zjazd absolwentów, by spotkać dawno nie widzianych kolegów. Oczywiście w powieści amerykańskiej autorki, chodzi o coś zupełnie innego, jednak i tutaj i tam, na pierwszy plan wysuwa się jedno : przyjaźń, jej rola i wpływ na nasze życie. Przyjaciele to osoby, które zostaną z nami do końca życia. Nie chodzi mi jednak o to, że będziemy ich widywać na obiadkach czy cotygodniowych wypadach do pubu. To właśnie oni, ludzie których poznaliśmy w przeszłości, z którymi spędzaliśmy mnóstwo czasu, są odpowiedzialni za to kim się staliśmy, co robimy i jakie jest nasze życie. Psychologowie mówią, że traumatyczne wydarzenia z dzieciństwa, mają wpływ na naszą psychikę. Idąc tym tropem, można śmiało powiedzieć, że dobre rzeczy i ludzie z naszej przeszłości, również nas kształtują. Ktoś, kto w liceum był lubiany, szanowany, często podziwiany jest z pewnością bardziej pewny siebie niż ten z kogo szydzono. Fabuła niniejszej książki opiera się na pytaniu : "Dlaczego Emil wyjechał do Australii"?. Choć pytanie to jest z pozoru łatwe, to odpowiedź na nie przysparza wszystkim wiele problemów. Bohaterowie muszą cofnąć się do czasów licealnych, jeszcze raz przeżyć tragedię, która rozegrała się w przeszłości, rozgrzebać pogrzebane już dawno emocje. Okazuje się, że nawet po latach, nasza pamięć emocjonalna działa. Pamiętacie swoją pierwszą miłość? Ja jak najbardziej. Do tej pory wspominam ją z rozrzewnieniem i pewną nostalgią. Może jest trochę racji w powiedzeniu, że tak naprawdę to uczucie to nigdy nie rdzewieje? Marcelina, będzie miała okazję przekonać się o tym na własnej skórze. Jak widzicie pomimo tego, że autorka opowiada o naszym zwyczajnym, momentami nudnym, życiu to jednak będzie się działo. Jest i przyjaźń i miłość, tragedia i zagadka z przeszłości, leje się alkohol a nawet dochodzi do rękoczynów.

Już na pierwszy rzut oka widać, że "Gdy opadły emocje" nie jest debiutem literackim. Aneta Krasińska to doświadczona autorka, która wie co chce napisać, wie jak i wie dla kogo. Momentami miałam wrażenie, że chce przekroczyć pewną granicę, wyrwać się z kanonu typowej, przesłodzonej powieści obyczajowej dla kobiet, napisać coś z "jajem", jednak się boi. Boi się tego, że dynamiczny styl i zbyt wyzwolona, mało romantyczna fabuła, mogą się nie spodobać przyzwyczajonym do rutyny czytelniczkom. Ciszę się jednak, że książka którą przeczytałam, nie okazała się kolejną słodko-gorzką lekturą na jedno popołudnie. Podobało mi się to iż nie było tutaj natarczywych dramatów, złamanych serc i wszelkiego zła tego świata, którego codziennie doświadczają polskie gospodynie domowe. "Gdy opadły emocje" to książka, nad którą warto się zastanowić. Przemyśleć decyzje, które podjęliśmy w życiu, przypomnieć sobie szanse, które zmarnowaliśmy i pomarzyć o tym "co by było gdyby".

Książka Krasińskiej to mądra, wartościowa lektura, która opowiada o przyjaźni i rodzinie jako największej wartości, jednak nie robi tego w przesłodzony i staromodny sposób. To książka, której bohaterka nadal nosi babcine kapcie, jednak jest ktoś, kto przychodzi jej z pomocą i przynosi szpilki. To połączenie tradycji z nowoczesnością, uczuć z rozsądkiem, rozrywki z morałem. Z pewnością przeczytam kolejne tomy i jestem dumna z tego, że kiedy po raz pierwszy zostałam ambasadorką danego tytułu, to od razu trafiłam na tak dobrą powieść. Polecam. 

Tytuł : "Gdy opadły emocje"
Autor : Aneta Krasińska
Wydawnictwo : Szara Godzina
Data wydania : 24 marca 2019 


Za możliwość przeczytania i zrecenzowania książki serdecznie dziękuję wydawnictwu :
http://www.szaragodzina.pl/



Książka bierze udział w wyzwaniu czytelniczym :


http://www.posredniczka-ksiazek.pl/2019/01/olimpiada-czytelnicza-2019-zapisy.html

"First last look" Bianca Iosivoni

"First last look" Bianca Iosivoni

     Do czego przyzwyczaili nas twórcy literatury new adult? Do utartych schematów, powieści których fabuła toczy się w collegu, bad boyów i niewinnych, nieśmiałych "dziewic". Do czego przyzwyczaili nas niemieccy twórcy tego gatunku? Do dobrej rozrywki, lekkiego języka, dużej dawki humoru i książek, które pochłania się na jednym posiedzeniu. Jak tylko dowiedziałam się, że do polskich księgarń trafi książka Bianci Iosivoni, młodej niemieckiej pisarki, wiedziałam że muszę ją wciągnąć na moją listę czytelniczą. Co prawda już dawno wyrosłam poza "target" literatury dla młodych dorosłych, jednak czytając o perypetiach studentów, ich pierwszych miłościach, zawodach serca i porażkach, czuję że młodnieję w oczach. Przypomina mi się moja młodość, mój "wesoły"akademik, imprezy do białego rana i pisane na kacu kolokwia. Jak każdy z nas wie, młodość ma swoje prawa. Dziś o takich szaleństwach mogę jedynie pomarzyć. Dlatego cieszę się, że literatura new adult trzyma się nieźle a nowe powieści są regularnie wydawane. Każda z nich jest dla mnie wehikułem czasu, kwestia tylko tego, na jak dobrego pilota się trafi. Okazuje się, że Iosivoni ma licencję pierwszej klasy. 

Kiedy Emery Lance zaczyna swoje studia w Wirginii Zachodniej, jedynym czego sobie życzy jest nowy początek. Chce po prostu studiować: bez plotek na jej temat i potępiających spojrzeń nieprzyjaznych jej ludzi. Za to jest gotowa znieść naprawdę dużo, choćby wytrzymać w jednym pokoju z najbardziej denerwującym gościem wszech czasów. Ale sytuacja się komplikuje: najlepszy przyjaciel jej współlokatora, Dylan Westbrook, jednym spojrzeniem przyprawia ją o szybsze bicie serca. Przy czym jest to rodzaj faceta, od jakich Emery zawsze starała się trzymać z daleka: za przystojny, za miły i zdecydowanie zbyt zabawny. Jej serce jest znowu w niebezpieczeństwie

Muszę przyznać, że jak przeczytałam jakoby "First Last Look" miało być jak książki Mony Kasten, to lekko się zirytowałam, bowiem autorka ta pisze tak różne książki, że gorszego porównania nie można było znaleźć. Jedne z nich są cudowne, emocjonujące i warte przeczytania, a inne to strata czasu i pieniędzy. I teraz głów się czytelniku, które wydawca miał na myśli? Czy tę Monę Kasten którą kocham, czy tę która sprawiła że na jakiś czas zrezygnowałam z czytania new adult? A może wzmianka o tej znanej autorce, była jedynie sprytnym wybiegiem wydawnictwa i wcale nie znajdziemy tutaj podobieństw? Osobiście skłaniam się ku temu ostatniemu, jednak celem tej recenzji nie będzie porównanie dwóch autorek. 
Przyzwyczaiłam się do tego, że głównymi bohaterkami książek dla młodych dorosłych, są doświadczone przez los, zamknięte w sobie, nieśmiałe "sierotki".  Postać Emery Lance, była więc dla mnie wielkim zaskoczeniem. Owszem dziewczyna ma za sobą przeszłość, jednak zdecydowanie nie należy ani do szarych myszek, ani bezmyślnych idiotek czy nieśmiałych "kujonek". Emery wie czego chce. Pragnie zacząć od nowa, zapomnieć o przeszłości, poznać nowych ludzi, nowe środowisko i po prostu "żyć". To bohaterka, która nie jest w ciemię bita. Nie da sobą pomiatać, umie zawalczyć o swoje. Często ponoszą ją nerwy, bywa agresywna. Emery to przeciwieństwo wszystkich poznanych przeze mnie bohaterek gatunku new adult. Muszę przyznać, że obserwując naszą protagonistkę, poznając jej życie, odnajdywałam w niej siebie. Oczywiście ja nie skrywam żadnych strasznych sekretów czy bolesnej przeszłości, jednak w latach szkolnych zachowywałam się podobnie. No może byłam bardziej odporna na męskie uroki, ale w końcu po korytarzach mojej uczelni nie chodził przystojny, inteligentny i czarujący Dylan. To właśnie on, jest kolejną postacią, która sprawia, że "First Last look" jest inna od wszystkich. Jak poznałam Masona, nieznośnego, irytującego współlokatora Emery, to tylko czekałam na to co się stanie dalej. Oczekiwałam wielkiego wejścia smoka. Myślałam, że Dylan będzie kolejnym napakowanym, seksownym samcem, który rozbiera kobiety wzrokiem, myśli o seksie dwa razy częściej niż przeciętny mężczyzna (czyli co 3,5 sekundy) i jest typowym bad-boyem (narkoman-gitarzysta, pijak-śpiewak etc.). Jakże wielkie było moje zdziwienie, kiedy okazało się, że nasz bohater jest w gruncie rzeczy całkiem spoko. Drogie Panie ( i panowie, jeśli czytacie), okazuje się że nawet w amerykańskich collegach uczą się dobrzy chłopcy. Tak się bowiem składa, że jedyną wadą Dylana było to, że był zbyt pomocny. Jesteście w stanie w to uwierzyć? Czy wyobrażacie sobie przystojnego faceta, który nie zdradza, nie oszukuje, nie ma nałogów? Takiego, który naprawdę stara się nas zrozumieć, naprawdę interesuje go nasze wnętrze, a do tego jest "normalny", ma poczucie humoru i jest inteligentny? Ja bardzo chcę wierzyć w to, że tacy istnieją. Dałam Dylanowi kredyt zaufania i mnie nie zawiódł. Jeśli autorka zna takie postaci z własnego doświadczenia to zaczynam żałować, że nie skusiłam się na studia w Berlinie czy innym Hannowerze. 

Zazwyczaj schemat książek dla młodych dorosłych jest prosty : on i ona, insta-love lub podchody, punkt kulminacyjny ( zdrada, oszustwo) i happy end. Trafiłam na niewiele książek, które byłyby skonstruowane inaczej. Iosivoni również nie wymyśliła oryginalnej fabuły, nie napisała nic co mogłabym uznać za nowatorskie, jednak pomimo tego czuć tutaj powiew świeżości. Bardzo się cieszę, że autorka nie postawiła na miłość od pierwszego wrażenia. Oczywiście, nie musimy czytać tej książki, by wiedzieć że Emery i Dylan równa się wielka nieskończona miłość, jednak przyjemnie jest odkrywać to , jak doszło do tego, że te dwie fascynujące postaci, postanowiły być razem. Ich droga do "związku" to pasmo nieporozumień, obustronnych żartów i podchodów. Cieszę się, że autorka postawiła na humor. Zbyt często, twórcy powieści new adult, starają się być zbyt poważni. Tworzą nierealne światy, w których młodzi ludzi, są jak podstarzali pracownicy administracji publicznej, pozbawieni poczucia humoru, zgorzkniali i przewrażliwieni. Tutaj widać, że Iosivoni wie o czym pisze, wie jak zachowują się młodzi ludzie, jak wygląda społeczność studentów. Mogę się założyć, że ta młoda autorka mieszkała kiedyś ze współlokatorami i część z "żartów sytuacyjnych" opisanych przez nią w książce, wydarzyła się naprawdę. Czyżby ktoś jej wsypał cukier puder do suszarki? :) Nigdy nie byłam w Stanach Zjednoczonych, nie studiowałam tam, jednak patrząc na ich akademiki muszę przyznać, że studenci wszędzie są jednakowi. Podobało mi się to, że Emery i Dylan, zanim powiedzieli sobie "kocham"zdążyli się prawdziwie poznać i polubić. Właśnie tego mi zazwyczaj brakuje w powieściach, tego powolnego tempa, analizy. Dziś wszyscy lubią szybko i intensywnie. A ja wolę jak jest przemyślanie i z rozwagą. W końcu, książki tego typu, czytają w większości nastolatkowie i studenci, ludzie którzy są na początku swojego "dorosłego" życia, wydaje mi się że literatura taka powinna ich uczyć czegoś więcej niż tego, że wszystko jest proste, łatwe, przyjemne a konsekwencje to mit dla dorosłych. 

Wiecie co najbardziej mi się podobało w tej powieści? Atmosfera. Czułam się bowiem jak na prawdziwej stancji, w typowym pokoju studenckim, typowego kampusu. Oprócz Emery i Dylana, poznałam kilkoro cudownych, oryginalnych postaci, które dodały tej powieści kolorytu. Kilkanaście lat temu, w czasach licealnych i studenckich, sama należałam do "paczki". Moja składała się z 8 osób, które były praktycznie nierozłączne. Tworzyliśmy małą rodzinę, zawsze mogliśmy na siebie liczyć, nie mieliśmy przed sobą tajemnic. Oczywiście życie zweryfikowało te przyjaźnie, czas skruszył, wydawało się niezniszczalne, więzi. Czytając tę powieść zazdrościłam jej bohaterom. Zazdrościłam im młodości, tych "wielkich" przyjaźni do grobowej deski, optymizmu i tego, że całe życie mają jeszcze przed sobą. Zawsze myślałam, że moja rezygnacja z czytania literatury new adult, będzie wiązała się z tym, że trafię na naprawdę beznadziejną, infantylną powieść, która mnie rozczaruje i pozostawi niesmak do całego gatunku. Po lekturze "First last look" myślę, że moje rozstanie będzie miało inną przyczynę. Pewnego dnia uświadomię sobie, że czytanie mnie boli, że za bardzo zazdroszczę bohaterom im młodości. I wszystkich ich znienawidzę. 

Całe szczęście ten moment jeszcze nie nadszedł ;)

Ci, którzy śledzą mojego bloga, wiedzę że rok 2019 to rok wielkich, dobrych i tłustych debiutów. Bianca Iosivoni zdecydowanie podtrzymuje ten trend. Ci, którzy lubią literaturę new adult wiedzą, czego mogą się spodziewać. Biorąc do ręki książkę tego gatunku nie nastawiamy się na rozprawki filozoficzne, liryczne opisy czy inteligentne dysputy. Chcemy rozrywki, emocji, odrobiny namiętności i młodości, w pełnej jej krasie. I właśnie to tutaj dostajemy. Dostaliśmy również bonus w postaci obietnicy kolejnych tomów, które już są w fazie poprodukcyjnej ;) Zdecydowanie polecam. 

Tytuł : "First last look"
Autor : Bianca Iosivoni
Wydawnictwo : Jaguar
Data wydania : 20 marca 2019
Liczba stron : 380
Tytuł oryginału : Der letzte erste Blick



Za możliwość  zrecenzowania książki serdecznie dziękuję wydawnictwu : 
 
 
 
Książka bierze udział w wyzwaniu czytelniczym :


http://www.posredniczka-ksiazek.pl/2019/01/olimpiada-czytelnicza-2019-zapisy.html
 
"Feed" Nick Clark Windo

"Feed" Nick Clark Windo

     Uwielbiam powieści katastroficzne oraz takie, których fabuła osadzona jest w postapokaliptycznym świecie. Zastanawialiście się kiedyś, jakie szczęście mamy my, obywatele Europy, żyjący w XXI wieku? W naszych krajach panuje pokój, nasza egzystencja stała się wygodna i przewidywalna. Dzisiejszy dzień różni się od jutrzejszego jedynie detalami. Czasem łapię się na myśleniu, że w moje życie wkradła się nuda. Zaczynam wymyślać fantastyczne scenariusze na koniec tej ery szczęśliwości i pokoju. Zastanawiam się, czy człowiek dałby radę przetrwać kataklizm na skalę globalną? Kiedy na rynek wydawniczy trafia kolejna postapokaliptyczna lektura, możecie być pewnie że zostanie wciągnięta  na moją listę "do przeczytania". Ciekawi mnie jak inni widzą obraz upadającego świata, jak według nich zachowa się ludzkość, czy skoczymy sobie do gardeł czy też zjednoczymy siły i zbudujemy nowe, lepsze jutro. "Feed" to ciekawy, choć mało oryginalny, debiut któremu jednak udało się obronić.

Feed był dla nich wszystkim. Miliony połączeń dostępnych dla każdego w dowolnym momencie. Łącząca wszystkich baza danych, rozmów, uczuć i relacji. Wiedza i rozrywka z całego świata na wyciągnięcie ręki. Uczucia rodziców, myśli przyjaciół i pragnienia partnerów, które można poznać w ułamku sekundy.

Aż do Krachu.


Ziemię, ludzkość, stary porządek świata można unicestwić na wiele sposobów, jednak nie jest ich nieskończoność. Również wizje świata po apokalipsie są raczej ograniczone. Autorzy, którzy nie chcą pisać powieści stricte science fiction, mają dość wąskie pole  manewru. Wydawać by się mogło, że wszystko zostało już wymyślone i napisane i jedyne co możemy w tej sytuacji zrobić, to powielić schematy i stereotypy. "Feed" choć oryginalnością nie zaskakuje to nie jest również typową, bezczelną "kalką". Czytając z łatwością możemy tutaj dostrzec inspirację wieloma dziełami począwszy od rewelacyjnego komiksu The Walking Dead a na filmie "Nie otwieraj oczu" (Birdbox, Netflix) skończywszy. "Feed" czyli internet bezpośrednio w naszych głowach, był dla ludzkości wszystkim. Powoli zastępował im formalną edukację, rozrywkę, mowę a nawet zdolność samodzielnego myślenia. Pewnego dnia system ten przestał działać, osierocił miliony swoich użytkowników, którzy nagle dostrzegli coś więcej niż wirtualną "chmurę". Na domiar złego wraz ze śmiercią "Feed", przyszło na ziemię coś strasznego i niebezpiecznego, co przejmuje ludzkie ciała i sprawia, że podczas snu, nasi bliscy mogą zmienić się w kogoś obcego, w mordercę bez skrupułów. Muszę przyznać, że pomysł "dusz", anektujących ciała swoich nosicieli, jest mi dobrze znany z powieści Stephanie Mayer "Intruz". Jedyną różnicą jest to, że u angielskiej autorki, przybysze z kosmosu mieli jakiś cel, plany związane z naszą planetą, a tutaj ich działania są pozbawione sensu i jakiejkolwiek logiki. Myślałam, że zobaczę miasta pełne obcych, poznam struktury ich władzy, dowiem się jak ma wyglądać ich rzeczywistość po kolonizacji Ziemi, niestety srogo się zawiodłam. Autor nie zadaje sobie trudu i nie tworzy nowego, fantastycznego świata po apokalipsie. Zarośnięte chwastami miasta, porzucone na drogach samochody, dziwnie skonstruowane pojazdy, które straszą samym swoim wyglądem, wszystko to już było. Takie obrazy postapokaliptycznego świata możemy zobaczyć i w "Drodze" McCarthiego i w "Mad Maxie". Nie było tutaj nic odkrywczego. Miałam nadzieję, że spotkam bohaterów, którzy będą walczyć o to by odbudować cywilizację, stworzyć nowe zręby społeczeństwa. Niestety, tutaj też się zawiodłam. Autor miał szansę stworzyć coś naprawdę dobrego : zbudować coś od samego początku. Szkoda, że z tego nie skorzystał, w końcu nie każdy ma możliwość pobawić się w Boga. U Windo, ludzie którzy pozostali na ziemi, żyją w marazmie. Chowają się, jednak nie do końca wiedziałam przed czym? Nie spotkałam się tutaj z ani jednym przejawem agresji ze strony "najeźdźców", albo się zasymilowali albo wręcz starali się pomagać. Czy chowanie się ocalałych w obozach miało ich ochronić przed bandami jeżdżących po drogach zbirów? Jeśli tak to pomysł ten wydaje mi się więcej niż naciągany. Czy wierzycie w to, że przez 6 lat, nikt nie odkrył ich kryjówki, szczególnie że w niedalekiej odległości, żyją inne grupy? Każdy wielbiciel "Żywych trupów" wie, że by przetrwać trzeba poszukiwać jedzenia, leków, broni i paliwa. Przez te lata, które upłynęły od upadku cywilizacji, nasi bohaterowie powinni znać swoje bliższe i dalsze otoczenie. Niestety autor miał inną, bardziej naiwną wizję.


Wydaje mi się, że bardziej niż tworzeniem nowego uniwersum, autora bardziej interesowało przekazanie czytelnikom pewnej wiadomości, ostrzeżenie ich. Choć nie da się ukryć, iż "Feed" należy do gatunku literatury fantastycznej, tak w moim odczuciu książce tej bliżej do eko-thrillera niż science fiction. Książka ta ma być przestrogą dla nas, mieszkańców państw wysokorozwiniętych. Wiadomo bowiem, że żyjemy w czasach rozbuchanego konsumpcjonizmu i postępu technologicznego. Człowiek co prawda staje się coraz bardziej wirtualny (szczegóły za chwilkę), jednak do rozwoju nowych technologii, sztucznej inteligencji i cyfrowych światów, potrzebne są wielkie pokłady energii. Do tej pory nadal najefektywniejszym paliwem dla elektrowni są kopaliny. Kopiemy węgiel i ropę, spalamy je w wielkich piecach, uwalniamy tony dwutlenku węgla, który dostaje się do naszej atmosfery powiększając dziurę ozonową. Skutki takiej gospodarki widoczne są już dziś. Można do nich zaliczyć topnienie pokrywy lodowej i ocieplenie klimatu. Zwiększenie się temperatury na ziemi w połączeniu z nadmierną aktywnością słońca, jest uznawane za jeden z możliwych kataklizmów zagrażających życiu na naszej planecie. Dzisiejsi ludzie, nie potrafią obejść się bez komputerów, tabletów czy telefonów komórkowych. By wyprodukować te urządzenia potrzebne są minerały jak krzem, które również trzeba "ukraść" matce naturze, a co ważniejsze, biednym państwom, w których era kolonialna nigdy się nie skończy.
Duża część naszego społeczeństwa jest uzależniona od internetu. Często spacerując po mieści widzę kilkuletnie dzieci, jadące w wózkach i wgapiające się w ekran telefonu. Autor idzie o krok dalej. Jego "Feed" to internet w naszych głowach. Za jego pomocą komunikujemy się z bliskimi, podróżujemy, uczymy się i bawimy, pracujemy i ...myślimy. A nie przepraszam...myśleć już nie musimy bo program zrobi to za nas. A co ważniejsze opracuje naszą kopię zapasową, tak że nie musimy się więcej martwić o naszą przyszłość.
Kiedy mamy wszystko w zasięgu ręki, nie martwimy się o to co by było gdyby tego zabrakło. Wyobraźcie sobie palacza, któremu skończą się papierosy. Zaczyna się od drżenia rąk, nerwowości, palpitacji serca a kończy na depresji a nawet psychozie. Tak właśnie zachowują się bohaterowie u Windo. Autor zadał sobie dużo trudu by obrazować ich uzależnienie i przedstawić proces zdrowienia, który nie zawsze jest możliwy. Niestety jego wizja nie do końca do mnie przemawia. Wydaje mi się, że człowiek, jako jednostka, jest odważniejszy i bardziej zdesperowany. Wierzę w to, że nawet po apokalipsie, bylibyśmy w stanie odbudować nasz świat a nie chowalibyśmy się jak szczury po norach. Wierzę również w to, że jesteśmy na tyle mądrzy by nie da się zmanipulować rzeczywistości wirtualnej. W końcu nasza rzeczywistość, choć czasami nudna i przewidywalna, ma nad nadal wiele do zaoferowania. Wizja Windo jest pesymistyczna i choć bardzo się starałam to nie dostrzegłam w niej ani kropelki nadziei.


Ciężko mi jest uwierzyć w to, że "Feed" jest debiutem literackim. Książka jest dobrze napisana, czyta się szybko i przyjemnie. Owszem momentami miałam wrażenie chaotyczności, pomieszanie teraźniejszości z przeszłością i pojawiające się w tekście retrospekcje, sprawiały wrażenie bałaganu, jednak by wszystko zrozumieć wystarczyło po prostu zwolnić tempo czytania, zastanowić się. Zdaję sobie sprawę, że większość czytelników woli, jak autor już na samym początku, odkryje wszystkie swoje karty. Tutaj by odkryć prawdę, poznać wszystkie detale i szczególiki, trzeba wykazać się cierpliwością i doczytać do końca. Zaczynamy z białą kartką, którą powoli będziemy zapisywać. Nie zraźcie się tym, iż akcja powieści rozkręca się powoli, momentami wręcz staje a wydarzenia, których uczestnikami są nasi bohaterowie, nie posuwają fabuły do przodu. Zamiast ją nakręcać są symboliczne, stanowią pewnego rodzaju metaforę. Dopiero gdzieś od połowy książki, od jednego z najbardziej dramatycznych zwrotów fabularnych w dziejach współczesnej literatury, akcja staje się bardziej dynamiczna. A zakończenie? Mnie zdecydowanie uwiodło i muszę przyznać iż pomimo całego pesymizmu z jakim zostało napisane, wydawało się adekwatne do klimatu powieści.


"Feed" to książka, która zadowoli fanów literatury postapokaliptycznej. Utrzymana jest w depresyjnym, klaustrofobicznym i naładowanym strachem klimacie, gdzie ludzkie uczucia to jedyne co nam zostało w tym zniszczonym świecie. Podobał mi się pomysł stworzenia społeczeństwa uzależnionego od streamingu myśli i życia w szeroko pojętym wirtualu. Czytając tę książkę, człowiek zastanawia się jak bardzo wizja ta jest realistyczna i możliwa do spełnienia. Jeśli lubicie dystopijną, intrygującą literaturę, to zdecydowanie polecam.



Tytuł : "Feed"
Autor : Nick Clark Windo
Wydawnictwo : Czarna Owca
Data wydania : 13 marca 2019
Liczba stron : 344
Tytuł oryginału : The feed




Za możliwość przeczytania książki i jej zrecenzowania serdecznie dziękuję wydawnictwu :  

https://www.czarnaowca.pl/



Książka bierze udział w wyzwaniu czytelniczym :


http://www.posredniczka-ksiazek.pl/2019/01/olimpiada-czytelnicza-2019-zapisy.html

'Pierwsza osoba" Richard Flanagan

'Pierwsza osoba" Richard Flanagan

     Zawsze fascynowali mnie "ghostwriterzy", ludzie którzy piszą za pieniądze. Tworzą biografie i powieści, reklamy i opowiadania. Często wyrzekają się własnego imienia i sławy, wybierając gotówkę i święty spokój. Jakie to musi być fascynujące siedzieć naprzeciwko kogoś z "przeszłością", słuchać jego zwierzeń i myśleć o tym, jak przełożyć je na papier. Zawsze mnie zastanawiało czy pomiędzy pisarzem a jego "pracodawcą" wytwarza się więź, przyjaźń, a może nawet miłość? Czy też jest to jednorazowy kontrakt oparty na zasadzie zależności : klient - usługodawca? Jak tylko przeczytałam opis książki Richarda Flanagana, to pomyślałam, że właśnie nadarza się świetna okazja, by dostać odpowiedzi na moje pytania. Bo któż lepiej mi ich udzieli niż pisarz najwyższej klasy, zdobywca wielu nagród, którego książki są chętnie ekranizowane? I, tak jak się spodziewałam, nie zawiodłam się. Flanagan to jeden z tych twórców od których oczekujemy wiele, a oni sukcesywnie spełniają pokładane w nich nadzieje i zawsze idą o krok dalej. 

W środku nocy Kif Kehlmann, młody, początkujący pisarz, odbiera telefon. Głos z niemieckim akcentem. To Siegfried Heidl, najsłynniejszy oszust w dziejach Australii. Ukradł bankom 700 milionów dolarów i czeka na proces. Wplątany w niejasne powiązania z CIA, NASA i zabójstwo wspólnika, szuka kogoś, kto napisze jego autobiografię. W sześć tygodni.Dla Kifa to propozycja życia – honorarium, wynoszące 10 000 dolarów, mogłoby postawić jego rodzinę na nogi i pomóc mu skończyć własną powieść. Zgadza się. Jednak wraz z postępami w pracy ma coraz więcej wątpliwości.

Na pewno znacie Franka Abengale'a Jr, młodego fałszerza, który w latach 60., podając się za pilotów, lekarzy i profesorów, wyłudził z banków ponad 2,5 mln dolarów. Jeśli już słyszycie, że dzwoni lecz nadal nie wiecie, w którym kościele, to pomyślcie o filmie "Złap mnie jeśli potrafisz". Już wszystko jasne? Pewnie, że tak w końcu ciężko jest zapomnieć tak genialną kreację Leonardo Di Caprio. Okazuje się, że wielkich oszustów było wielu. Jednym z nich był John Friedrich, który sprzeniewierzył kilkaset tysięcy marek, w swoich rodzinnych Niemczech Zachodnich, upozorował własną śmierć i pod fałszywym nazwiskiem wyemigrował do Australii by tam zostać dyrektorem wykonawczym Narodowej Rady Bezpieczeństwa Australii,organu zajmującego się zapobieganiu wypadkom przemysłowym i drogowym). W krótkim czasie po mianowaniu na to stanowisko, zaczął wykorzystywać swoją pozycję do oszukiwania banków na miliony dolarów. Kiedy w końcu udało się go złapać, w 1989 roku, Friedrich zatrudnił tasmańskiego aspirującego powieściopisarza Richarda Flanagana do napisania swojej autobiografii za 10 000 USD. Miał na to zaledwie 6 tygodni. Teraz pewnie się zastanawiacie czy to naprawdę ten sam Richard Flanagan? Czy ten znany dziś pisarz tak cienko przędł, że dziesięć tysięcy dolarów, mogło odmienić jego życie? . Powieść ta, co prawda nigdy nie została napisana jednak jej echa słychać do dziś. Autor postanowił  wykorzystać jej potencjał i stworzyć fikcyjną historię, fikcyjnego bohatera i fikcyjne przestępstwa. Tym, razem zamiast pisania biografii, podjął się stworzenia książki opowiadającej o ludzkiej tożsamości i poszukiwaniu własnego "ja". 

Ziggy Heidl, jest człowiekiem duchem, enigmatyczną, irytującą a jednocześnie niezwykle charyzmatyczną postacią, koszmarem dla  każdego biografisty. Jest niechętny jakiejkolwiek współpracy, choć z drugiej strony na nią nalega, zależy mu na opowiedzeniu prawdy, lecz dzieli się samymi kłamstwami. Potrafi odbierać głuche telefony i kłamać, że ktoś jest na drugiej stronie linii, uczęszcza na wyimaginowane lunche, na poczekaniu wymyśla swoją historię. Tworzy ją na nowo. Muszę przyznać, że podziwiałam cierpliwość i desperację Kifa, to jak za wszelką cenę starał się wydobyć od swojego rozmówce fakty, daty, nazwiska. Choć dostawał same ochłapy, starał się stworzyć z nich historię, napisać Heidla na nowo. Czytając tę książkę zastanawiałam się kim tak naprawdę był ten wielki australijski oszust. Czy faktycznie pracował dla CIA? Czy widział tych wszystkich martwych ludzi w Chile i Indonezji? Czy prawdą jest, że ktoś czyha na jego życie? Flanagan zamiast dostarczyć mi odpowiedzi, stawiał coraz więcej pytań. W końcu zaczęłam się zastanawiać czy Heidl to postać z krwi i kości czy też "cień" człowieka, sylwetka bez substancji. Ciekawiło mnie dlaczego zamiast odpowiadać na pytania zaczynał filozofować, cytować aforyzmy i dawać lekcje życia swojemu słuchaczowi. Może tak naprawdę Ziggy nie wiedział kim jest? Czy kiedykolwiek zdarzyło wam się kłamać? Mówią, że jak człowiek zbyt długo żyje w kłamstwie, to zaczyna brać je za prawdę. A co jeśli całe nasze życie jest wymyślone? Czy jest możliwe, że zapomnimy kim jesteśmy, zgubimy własną tożsamość? Nasz bohater jest postacią, której psychika jest poniekąd schizofreniczna. Nie możemy mu zaufać. A może to on nie może zaufać samemu sobie?
W miarę upływu tygodni Kif zastanawia się czy uda mu się dokończyć książkę i zdobyć pieniądze, których jego rodzina potrzebuje. Zaczyna jeszcze intensywniej starać się zebrać potrzebne informacje i to właśnie wtedy czytelnik zdaje sobie sprawę, że pisarz padł ofiarą manipulacji. Ziggiemu nie chodzi o to by ktoś opisał jego życie. On szuka nowego wyznawcy, nowej ofiary, którą mógłby uwieść. Przyznaje się do tego, że jego życie jest wymyślone, że również i on jest twórcą. Jednak czy możemy mu zaufać? Książka ta jest pełna paradoksów i niedopowiedzeń. Jest to przejażdżka po okręgu.

W książce Flanagana spotkałam jedną z najbardziej kuriozalnych, dziwacznych lecz jednocześnie fascynujących postaci literackich. Tym kimś jest Gene Paley, wydawca bojący się literatury. Uważał że powieści zadają pytania na które nie można odpowiedzieć, wytykają czytelnikom niewiedzę, przypominają im, że życie jest jedną wielką porażką. Lecz najważniejszy powód tego strachu jest o wiele bardziej błahy : nie można na nich zarobić. 
Paley jest nie tylko świetną i wielce znaczącą postacią. Przedstawia on również obraz dzisiejszego rynku wydawniczego i gustów czytelniczych. Niestety obraz ten jawi się w czarnych barwach. Wystarczy spojrzeć na półki w księgarniach by zobaczyć co wybierają kupujący. Będą to tandetne, produkowane na kolanie romanse, powielane i schematyczne kryminały, czy powtarzalna erotyka. Podobnie rzecz się ma z telewizją. Żyjemy w czasach reality show, big brotherów, x factorów i innego rodzaju ogłupiaczy, których jedynym celem jest dostarczenie rozrywki. Obojętne jakiej jakości. Mało kto dziś czyta literaturę piękną, gdyż mało kto ma czas by ją zrozumieć, wszak powieści takie wymagają przemyślenia i analizy. 

Richard Flanagan ma znakomity warsztat i nie boi się z niego korzystać. Jego powieści napisane są pięknym, niemalże lirycznym językiem, choć wydarzenia które opisują często toczą się w brudzie i ubóstwie. Autor nie boi się humoru, stawia sobie za cel rozbawienie czytelnika, choć żarty te często mają słodko-gorzki smak. "Pierwsza osoba" to wspaniała książka a utraconej miłości, marzeniach które dotknęły bruku i ludziach, którzy zakładają maski, gdyż jest to jedyny sposób na zyskanie tożsamości. Nawet byle jakiej. Cieszę się, że są jeszcze twórcy tacy jak Flanagan, którzy nie boją się pisać mądrej, inteligentnej prozy. Książek dla garstki czytelników,  którzy jeszcze wierzą w słowo pisane i mają czas je docenić. Autor daje mi wiarę w to, że nie doczekam czasów kiedy jedyną dostępną książką będzie Harlequin, programem "Trudne sprawy" a gazetą świerszczyki Axela Springera. Polecam wszystkim tym, którzy chcą "więcej". Więcej literatury, piękna, prawdy i słów. 


Tytuł : "Pierwsza osoba"
Autor : Richard Flanagan
Wydawnictwo : Literackie
Data wydania : 27 lutego 2019
Liczba stron : 452
Tytuł oryginału : First Person


Za możliwość przeczytania i zrecenzowania książki serdecznie dziękuję wydawnictwu :  




 
 
 
 
            Książka bierze udział w wyzwaniu czytelniczym :


http://www.posredniczka-ksiazek.pl/2019/01/olimpiada-czytelnicza-2019-zapisy.html

Copyright © 2014 CZYTANKA NA DOBRANOC , Blogger