poniedziałek, 29 sierpnia 2016

"Czego najbardziej żałują umierający" Bronnie Ware


Tytuł : „Czego najbardziej żałują umierający”
Autor: Bronnie Ware
Rok wydania : 2016
Wydawnictwo : Czarna Owca
Liczba stron : 272
Tytuł oryginału : The Five Regrets of the Dying




Pytanie bez odpowiedzi




Umieranie jest nieodłączną częścią naszego życia. Jednak w społeczeństwach anglosaskich ludzie
boją się śmierci – wypierają się jej. Człowiek umierający zostaje napiętnowany, wyobcowany. Przy śmiertelnie chorych ludziach nie potrafimy być sobą, paraliżuje nas strach. Nas przecież też to spotka, a boimy się właśnie tego czego nie znamy. W wielu krajach śmierć jest celebrowana, przy łożu umierającego gromadzą się całe rodziny a czasem i cale wioski. Ludzie świętują, tańczą bo wiedzą, ze umierający odchodzi do lepszej krainy. Książka Bronnie Ware oswaja nas ze śmiercią, pokazuje, że nie taki diabeł straszny jak go malują.


Bronnie Ware jest australijską blogerką , śpiewaczką, twórczynią tekstów piosenek, a jednocześnie paliatywną pielęgniarką. Ale opieka nad śmiertelnie chorymi ludźmi ( podobnie jak ponad 10 letni etat w banku) należy już do jej przeszłości. Ta niezwykle aktywna, można nawet rzec w gorącej wodzie kąpana kobieta w swoim życiu bardzo długo poszukiwała własnej ścieżki. Krytykowana w dzieciństwie przez rodzinę, starała im się przypodobać. Jednak praca na etacie, zajęcie jakiego oczekiwali od niej najbliżsi jej nie uszczęśliwiała. Jako młoda kobieta wprost ze słonecznej Australii poleciała na Wyspy Brytyjskie. Najpierw pracowała w barze, potem opiekowała się starszymi ludźmi. Tęsknota za rodziną i przyjaciółmi kazała jej jednak wrócić. Po powrocie odnalazła sens życia w opiece na umierającymi. Zatrudniała się również do pomocy w domach starców. Ta ekscentryczna kobieta nie miała własnego mieszkania. Jej cały dobytek mieścił się w 6 kartonowych pudłach, które woziła z miejsca na miejsce. Mieszkała w domach, które ludzie oddawali jej pod opiekę, często z braku wolnych kwater, pomieszkiwała w samochodzie, a czasem i na ulicy. Jednak po 8 latach takiego życia postanowiła się ustatkować. Wynajęła mieszkanie, poznała partnera i zaszła w ciążę.
Książka „Czego najbardziej żałują umierający” to w dużej mierze biografia samej autorki, jej osobista spowiedź oraz zbiór filozofii.

Kupując tę pozycję spodziewałam się zupełnie czegoś innego. Jak sam tytuł wskazuje oczekiwałam , że dowiem się o czym myślą ludzie tuż przed śmiercią. Czego się boją czego żałują. Jak mój partner zobaczył co zamierzam czytać to mieliśmy ciekawą dyskusję. On podzielił się ze mną swoimi opiniami na temat żalów umierających ja swoimi. Powiedziałam, że dokończymy temat po przeczytaniu książki. Chcieliśmy sprawdzić kto był bliższy prawdy. Niestety. Książka to bardziej monolog wewnętrzny i zbiór filozofii autorki. Nie znajdziemy tutaj ciekawych historii z życia innych ludzi. Owszem wymieniani są z imienia jednak poznajemy ich tylko powierzchownie. Autorka opowiadając bardziej stara się nam przekazać czego sama się od nich nauczyła, niż przybliżyć nam ich smutną czy wesołą historię. Książka jest swoistą psychoanalizą własnego życia. Każda osoba , którą autorka spotykała na swojej drodze miała wpływ na jej dalsze życie. Umierający dzielili się z Bronnie tym czego żałują, a ona wyciągała z tego logiczne wnioski i uczyła się na ich błędach. Powiem, że spodziewałam się czegoś mocniejszego. Jakichś ukrytych sekretów, zbrodni, czegoś co przeciągnęło by moją uwagę i wzburzyło krew. A tak naprawdę autorka przez cały okres pracy jako pielęgniarka spotykała zwykłych szarych ludzi. Co z tego, że bogatych. Ich historie były aż do bólu nijakie. A czy lubimy czytać o ludziach nam podobnych? Czy jednak wolimy coś czego nie znamy ?

Ciężki był również język autorki. Na samym początku byłam zafascynowana. Z każdej strony biło optymizmem. Myślałam sobie „Wow to jest książka, którą powinien przeczytać każdy kto jest w dołku”. Nie jakieś tam kursy motywujące i samodoskonalące. Wystarczy jedna książka australijskiej blogerki by poczuć pozytywne wibracje. Jednak z każdą kolejną stroną było coraz gorzej. Zbyt dużo powtórzeń, zbyt wiele odnośników do filozofii wschodu, medytacji i jogi i ich wpływu na nasze życie. Niejednokrotnie autorka podkreślała, że to jest jedynie jej ścieżka życiowa i , że każdy z nas ma prawo wybrać inną jednak odczuwałam, że szanując wybory innych jednocześnie ich nie pochwala. Bo są gorsze. Człowiek, który ufa lekarzom i medycynie ma gorsze szanse na dobre życie niż ten, który medytując leczy się sam. Troszkę to dla mnie naciągane. Jeśli pozytywne myślenie, komunikacja z naszym ciałem i medytacja miały by rzeczywiście tak zbawienny wpływ na człowieka to z pewnością więcej ludzi wybierało by taki styl życia.
Powiem szczerze ostatnich 20 stron książki nie udało mi się przeczytać. Nudne, nic nie wnoszące, naciągane i troszkę naiwne były te ostatnie rozdziały.

Jednym za co dziękuję autorce to próba oswojenia człowieka ze śmiercią. Podziwiam ją, że przez 8 długich lat towarzyszyła umierającym. Sama nie wiem czy na to bym się zdobyła. Bronnie ma rację mówiąc, że boimy się śmierci. Boimy się tego co jest po niej a nie samego faktu umierania. Przytaczając przykłady spokojnie odchodzących ludzi poczułam się spokojniejsza. Czy śmierć naprawdę jest taka straszna, skoro ludzie umierają z uśmiechem na ustach?

Na tytułowe pytanie „Czego najbardziej żałują umierający” ludzie, którzy sięgną po tę książkę niestety odpowiedzi nie dostaną. Jednak jeśli ktoś lubi biografię z odrobinką psychoanalizy i filozofii to polecam jak najbardziej. Bronnie Ware ze względu na swój jakże indywidualny i niestereotypowy sposób życia jest niezwykle interesującą osobą. Czytając jej książkę myślałam sobie, że warto by było mieć taką przyjaciółkę. Książka mnie jednak nie porwała ale być może dlatego, że od początku oczekiwałam czegoś innego.



sobota, 27 sierpnia 2016

"Tulipanowa gorączka" Deborah Moggach

Tytuł : „Tulipanowa gorączka”
Autor : Deborah Moggach
Rok wydania : 2016
Wydawnictwo : Rebis
Tytuł oryginału : Tulip fever
Liczba stron :






Rynsztokowy Loos


Naturalizm, naturalizm i jeszcze raz naturalizm. To coś co lubię. Nie piękne wnętrza XVII wiecznych posiadłości, w których znudzone hrabiny z braku zajęć zachwycają się nowymi sukniami. Czytając lubię poczuć ducha epoki, mieć wgląd w całość a nie tylko lizać papierek cukierka. Lubię poczuć smaki, poznać zapachy, nawet te odrażające, mieć wgląd we wszystkie warstwy społeczeństwa. Maluję wtedy przed oczami prawdziwy obraz epoki. Podobnie jak Dostojewski w „Zbrodni i karze” tak i Moggach zabrała mnie w niesamowitą, mroczną podróż. Holandia na kartach jej powieści to nie pachnąca łąka usiana tulipanami. To zniszczony powodziami kraj, pełen brudu i pomyj na ulicach. Kraj pełen zarówno wspaniałych artystów, jak i zwykłych ludzi i szubrawców.

Po samobójstwie ojca, drukarza z Utrechtu, Sophia zostaje wydana za mąż za bogatego 61- letniego kupca Cornelisa. Przenosi się do wspaniałej posiadłości w Amsterdamie, gdzie hojny i zakochany w swojej młodej żonie, traktuje ją jak królową. Chcąc zaspokoić swoją próżność i zostawić po sobie ślad wynajmuje malarza by namalował ich portret. Młody artysta Jan van Loos zobaczywszy pozującą do obrazu dziewczynę traci głowę. Również Sophia wpada w sidła miłości. Spotyka się z mężczyzną po kryjomu, przebierając się w ubrania swojej służącej Marii i potajemnie wymykając z domu. Kiedy Maria zachodzi w ciążę w głowie młodej Sophii rodzi się okrutny plan. Postanawia udawać, że sama jest w ciąży dzięki czemu będzie mieć wymówkę by mąż jej nie odwiedzał w sypialni i dzięki temu pozostanie lojalna kochankowi. Ucieszony na wieść, że spodziewa się potomka Cornelius nie zdaje sobie sprawy jak wielkie konsekwencje niesie za sobą kłamstwo jego ukochanej.

Jak napisałam we wstępie najmocniejszą stroną powieści jest naturalizm. Pomimo tego, że główną bohaterką jest żona bogatego kupca, nie zamykamy się tylko w jej pięknych stylizowanych i dekorowanych obrazami cenionych artystów pokojach. Mamy również dostęp do kuchni. Widzimy wylewane na ulicę pomyje, rybie pęcherze, kurz na kandelabrach. Z jednej strony mamy przepych pracowni malarskich a z drugiej śmierdzący resztkami i zgniłymi warzywami targ. Mamy salony i kupieckie gildie oraz wyszynki i speluny, ciemne uliczki i ogrody. Powieść jest zbudowana na zasadzie kontrastów. Z jednej strony piękno a z drugiej brzydota. Nawet język postaci jest zróżnicowany. Egzaltowany klasy wyższej i prosty, wulgarny klasy niższej. Lecz jakże on jest poetycki :

  • Byłem tu wczoraj, czemuś mi nie otworzyła?
  • Bo właściciel warzywniaka pokazywał mi marchewkę.
Prawda , że piękne? Niby proste , a jednak jak wieloznaczne a jednocześnie zabawne.

Troszeczkę zawiedziona byłam niektórymi bohaterami. Szczerze polubiłam Marię i Willema, jednak sama Sophia wydaje mi się troszeczkę niedopracowana, nie mówiąc już o Janie. Z jednej strony życzy sobie 80 florenów za portret, szkoli uczniów a sprawia wrażenie biedaka, którego ścigają wierzyciele. Moja opinia o nim zmieniała się ze strony na stronę. Wiedziałam, że Sophia to obłudna jędza , typowy czarny charakter, jego jednak nie udało mi się jednoznacznie sklasyfikować. A może to jednak zaleta? Gorzej jednak wypadły postaci drugoplanowe. Służący który nie potrafi wypełniać swoich obowiązków? Kolejny, który myli cebulkę kwiatową od cebuli? Czasem zadawałam sobie w myślach pytanie jak to możliwe, że udało im się dożyć wieku dorosłego. O był jeszcze ten co na całą gospodę się chwalił, że zgarnął fortunę i na koniec zdziwiony był, że okradła go pierwsza lepsza córa Koryntu.

Nie mam znajomych Holendrów a na lekcji historii mnie o tym nie uczyli,dlatego dziękuję autorce, że zaznajomiła mnie z tematem tulipanowej gorączki. Po zgłębieniu tematu nadal nie mogę uwierzyć, że za jedną cebulkę kwiatu ludzie byli w stanie poświęcić swoje majątki. Historia mężczyzny, który zrezygnował z kariery poborcy podatkowego by zająć się uprawą tulipanów wprost powaliła mnie na łopatki. Potajemne spotkania w piwnicach, licytacje, zapisy, sprzedawanie cebulek, które jeszcze nie wyrosły... to musiała być prawdziwa paranoja.
Czytanie powieści bardzo ułatwiają, krótkie rozdziały. A co utrudnia? Cytaty, treści listów, nagłówki przed każdym z nich. Przyznam szczerze przeczytałam pierwszych dziesięć i potem dałam sobie spokój. Kto był lepszy niech się podzieli w komentarzu :) objętościowo same nagłówki zajęły pewnie z jedną dziesiątą treści, zupełnie niepotrzebnie, wystarczyła by zwykła nota historyczna na końcu książki.
Za to bardzo podobała mi się narracja. Wieloosobowa włączając w to wszystkich głównych bohaterów jak i wszystko wiedzącego narratora. Uwielbiam to. Daje czytelnikowi wgląd w myśli i uczucia wszystkich postaci.


Tulipanowa gorączka” to bardzo dobra literatura obyczajowa. Mroczna, prosta, naturalistyczna. Spotykałam się z komentarzami, że przypomina operę mydlaną. Cóż. Po przeczytaniu „Kwiatów na poddaszu” przypuszczam, że żadna inna książka nie skojarzy mi się z telewizyjnym tasiemcem. W moim odczuciu to piękna opowieść . Ukazuje wszystkie ludzkie słabości. Odziera nas z wyrzutów sumienia. Ta książka pokazuje czym tak naprawdę jest dana nam przez Boga wolna wola. Może właśnie przez to jeden z głównych bohaterów odwrócił się od Boga?
Wszystko w tej powieści jest surowe, bez ozdobników, i na tym właśnie polega jej piękno. Możemy nie zgadzać się z decyzją głównej bohaterki jednak nigdy jej nie znienawidzimy. Wiemy , że w nas samych mogą drzemać podobne siły i emocje, które pokierują nas na niekoniecznie dobrą drogę.

Z pewnością sięgnę po kolejne utwory autorki. Jej piękny, przejrzysty styl, doskonały balans między opisami a dialogami, czarne poczucie humoru, groteskowość to wszystko złożyło się na cudowną, magiczną i jakże wzruszająca powieść do której z pewnością kiedyś wrócę.


czwartek, 25 sierpnia 2016

"Krawcowa z Dachau" Mary Chamberlain

Tytuł : „Krawcowa z Dachau”
Autor : Mary Chamberlain
Rok wydania : 2016
Wydawnictwo : Świat Książki
Tytuł oryginału : „The dressmaker of Dachau”
Liczba stron : 330







Lejzorek z Dachau


“Lejzorek Rojtszwaniec, krawiec mężczyźniany miał pecha wsiąść do niewyściełanego wagonu
historii...”. Pamiętacie tę wspaniałą satyrę Ilii Erenburga? Część z was może zastanowić czemu właśnie ten cytat przyszedł mi na myśl po przeczytaniu „Krawcowej z Dachau”. Dlaczego ta jakże lekka i śmieszna nowela może mieć coś wspólnego ze smutną i tragiczną historią Ady Vaughan?


Ada Vaughan urodziła się w wielodzietnej rodzinie w ubogiej dzielnicy Londynu. Od samego początku wiedziała, że została stworzona by zostać kimś wielkim, znanym na cały świat. Ada miała talent, który miał jej w tym pomóc – była wyśmienitą krawcową, zmysłową modelką i nietuzinkową projektantką. Już w wieku 19 lat dostała pracę w atelier jednej z bardziej znanych londyńskich krawcowych. Jej projekty spotykały się z uznaniem nawet najbardziej wymagających klientek. Wszystko było na dobrej drodze do tego by pewnego dnia ziściło się jej największe marzenie – Dom Mody Vaughan, najlepiej w Paryżu , tuż przy Coco Chanel. Jednak los miał dla dziewczyny inne plany. Pewnego dnia wracając z pracy Adę zaskoczyła ulewa. I wtedy na jej drodze stanął szarmancki mężczyzna Stanislaus von Lieben. Dwójkę młodych ludzi połączyło gorące uczucie. Młoda, niedoświadczona dziewczyna wpadła w sidła miłości. Nie słuchając głosu rozsądku oraz innych ludzi mówiących o zbliżającej się wojnie wybrała się wraz z kochankiem do Paryża. 1 września 1939 para została uwięziona na kontynencie. Ze względu na swoje obco brzmiące nazwisko, Stanislaus bał się powrotu do Anglii. Ada zaślepiona miłością postanowiła zostać z nim we Francji. Jednak i stąd wkrótce musieli uciekać. Już w Belgii mężczyzna wyszedł w nocy z pensjonatu i nie wrócił. Zrozpaczona, obawiająca się o życie ukochanego Ada postanowiła go odszukać. I wtedy na Namur spadły bomby.

Ale gdzie w tym wszystkim jest nasz Lejzorek? Otóż proszę państwa nasza Ada ma wiele cech wspólnych z tą jakże zabawną postacią. Nie tylko krawiectwo ich łączy. Podobnie jak homelski nieudacznik, również i ona nie grzeszy inteligencją , ba myślę, że jak by usłyszała prosto w oczy, że jest głupiutka jak ciele to wzięłaby to za komplement. Z początku może to być urocze. Całą jej niewinność i idącą z nią w parze naiwność możemy usprawiedliwić jej młodym wiekiem. Jednak, o zgrozo, nasza bohaterka pomimo upływu lat ciągle jest głupiutkim pisklęciem. Jeszcze nigdy nie spotkałam się z postacią, która jest absolutnie pozbawiona zdolności wyciągania logicznych wniosków i uczenia się na własnych błędach, podobnie jak nasz Lejzorek. To jedyna żeńska bohaterka, którą poznałam, która od początku do końca stacza się równią pochyłą, chociaż sama o sobie mówi, że los jest dla niej łaskawy i poradzi sobie w każdej sytuacji. I rzeczywiście tak jest. Sytuacje są aż nieprawdopodobne a ona nie potrafi ich wykorzystać. Już pierwszego dnia poszukiwania pracy we Francji, bez znajomości nawet podstaw języka, dostaje pracę. I co? I nic. Zamiast siedzieć na tyłku i szyć ubrania w ogarniętej Europą wojnie, Ada z wywieszonym ozorem podąża za mężczyzną swojego życia, który z czułego kochanka jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki zamienił się w zwykłego chama. Ale nie to jest jeszcze najgorsze. Po skończonej wojnie, kiedy dziewczynie ( nie wiem jakim cudem ) udało się powrócić do ojczyzny to zamiast spełnić swoje marzenie, zatrudnić się jako krawcowa, czy chociażby pomoc domowa to co robi? Sprzedaje się. I oczywiście nie jest dziwką. No bo jak przecież nie stoi na Picadilly Circus z gołymi piersiami tylko poluje na swoich klientów w drogich hotelach. I opłaty tez nie pobiera. Po prostu zostawia otwartą torebkę. Zgroza. W tym właśnie momencie książki zaczęłam ją uważać za czarną komedię. Zupełnie jak przygody krawca mężczyźnianego.

Ale zostawmy już biedną Adę. Skupmy się na reszcie bohaterów. I jakie wnioski? Nijakie. Mamy tutaj do czynienia z galerią czarno białych, jednowymiarowych postaci. Mamy tutaj do czynienia z bohaterami ale z definicji złymi albo dobrymi i nic ponadto. Zero odcieni szarości. Jest to strasznie monotonne i czyni książkę niezwykle przewidywalną.

Po okładce książki spodziewałam się zupełnie innej opowieści. Z obozem koncentracyjnym w Dachau związanych jest wiele tragicznych historii. Nie był co prawda obozem śmierci jednak zginęło tutaj 32 tysiące ludzi. To również w tej podmonachijskiej miejscowości więźniowie obozu dopuścili się samosądu na swoich katach. Jednak cała ta historia, oprócz notki historycznej na końcu książki, została pominięta. Szkoda. Na pewno dodało by to książce charakteru.
Co mnie zmroziło to przekłamania. Ada mieszkając w domu komendanta Dachau, 28 kwietnia, dzień przed wyzwoleniem obozu widziała spadające na okoliczne budynki bomby. Z tego co wiem alianci nie bombardowali obozów, owszem Monachium zostało zburzone, jednak najbliższe bomby spadły ok 20 km od miejsca w którym się znajdowała. Więc dom komendanta nie mógł paść ich ofiarą. Kolejna rzecz. Eskortowana przez amerykańskich żołnierzy widziała na polach śnieg. Sprawdziłam. Pod koniec kwietnia 44 roku było około 18 stopni . Więc jeśli się nad Niemcy nie przesunął lodowiec to dziewczyna musiała mieć zwidy. Również nazwanie zimy 1944 roku najsroższa zimą II Wojny Światowej. Jedną z zim stulecia była ta w 1939 roku kiedy temperatury dochodziły do – 41 stopni.


Ale koniec już tego narzekania. A czemu? Ponieważ w gruncie rzeczy ta książka potrafi się obronić . A czym? Tym , że jest po prostu świetnie napisana. Należy do tych powieści, które się czyta z zapartym tchem, nawet idąc po schodach do łazienki. Po prostu nie idzie się od niej oderwać. Choć wiemy co się stanie, wiemy jakie będzie zakończenie i tak czytamy dalej. I czy nie o to właśnie chodzi w dobrej literaturze? By wchłonąć czytelnika? Właśnie za to dziękuję autorce i z pewnością sięgnę po jej kolejne pozycje. 

środa, 24 sierpnia 2016

„Naśladowcy” Ingar Johnsrud



Tytuł: „Naśladowcy”
Autor : Ingar Johnsrud
Rok wydania : 2016
Wydawnictwo : Otwarte
Tytuł oryginału : Wienerbrorskapet



Hipnotyzer



Skuszona pozytywnymi recenzjami, patronatem Lubimyczytać.pl oraz szumem medialnym, który często towarzyszy wydaniu ciekawych pozycji, z nadzieją w sercu na dobrą lekturę sięgnęłam po „Naśladowców”. Jednak już po kilkunastu stronach wiedziałam, że czas spędzony z książką nie będzie ekscytującą przygodą tylko egzaminem sprawdzającym moją cierpliwość i wytrwałość. Nie wiedziałam tylko czy uda mi się go zdać na piątkę czy jednak wyjdę z sali przed czasem. Okładkowe porównanie do Jo Nesbo czy Stiega Larssona ( ten drugi się pewnie w grobie przewraca ) jest ujmą dla tych skandynawskich autorów. Jedyne moje wytłumaczenie czemu książka wypadłą tak blado to fakt, że jest to debiut autora. Jednak by zachęcić czytelnika do sięgnięcia po następne tomy mógł się bardziej postarać.

Frederik Beier , komisarz policji z Oslo, dostaje zadanie odnalezienia zaginionej córki znanej norweskiej polityk. Młoda kobieta kilka lat wcześniej wstąpiła w szeregi sekty zwanej Światło Boga, i zaprzestała kontaktów z rodziną. Kiedy w siedzibie sekty dochodzi do brutalnej napaści, w wyniku której zamordowanych zostaje czterech członków wspólnoty, policyjne śledztwo zaczyna się coraz bardziej komplikować. Frederik wraz ze swoją partnerkę, specjalistką od terroryzmu i Islamu, Kafą Iqbal w piwnicy siedziby sekty odnajdują laboratorium. Trop prowadzi aż do czasów II Wojny Światowej i norweskiego doktora Mengele.

Wielkim minusem tej książki jest ( paradoksalnie ) zbyt szybkie tempo akcji i wszechobecny chaos. Od samego początku zaczyna się rozgrywka. Czytelnik zostaje zasypany taka ilością wątków, często zupełnie ze sobą nie powiązanych, że czuje się nimi wręcz przytłoczony. Autor nie daje nam czasu na poznanie głównych bohaterów. Postaci są niedopracowane a ich mnogość sprawia , że często czytelnik je ze sobą myli. Również sam główny bohater Frederik wydaje mi się postacią zbyt groteskową. Poznajemy go w gabinecie psychiatry, gdzie wysłano go z powodów napadów lęku. Komisarz sam zdaje sobie sprawę, że ma problemy z psychiką, jednak nie daje sobie pomóc- przyszedł tylko po papier stwierdzający, że jest zdolny do dalszej służby. I to właśnie ta osoba ma prowadzić jedno z największych śledztw kryminalnych w Norwegii? Osoba, która na widok krwi wymiotuje, a stając twarzą w twarz z mordercą trzęsie nogami? Również jego partnerka nie stwarza wrażenia osoby wielce odpowiedzialnej co w konsekwencji promuję te parę jako dwójkę nierozważnych idiotów, którzy swoim brakiem wyobraźni mogą położyć śledztwo na łopatki. Ta para w ogóle nie uczy się na błędach. Z jednych kłopotów wpadają w drugie. Bez broni i wsparcia odwiedzają miejsca, gdzie jest wielce prawdopodobne, że natkną się na groźnych przestępców. Dziwi mnie, że już po pierwszej wpadce ( którą prawie przypłacili życiem ), nie zostali odsunięci od śledztwa.

Teraz troszkę skupmy się na fabule. A powiem państwu, że jest na czym. Bo fabuły tej książki na kilka dość obszernych opowiadań. Mamy więc tutaj : zabójstwo gubernatora w Afganistanie, morderstwa w sekcie, eksperymenty z bronią biologiczną, poćwiartowanych homoseksualistów i Bractwo Wiedeńskie – stowarzyszenie zajmujące się badaniami nad czystością rasową w latach 40 XX wieku. Jak by tego wszystkiego było mało pojawia się też wątek islamistyczny. Dla zainteresowanych polityką również też coś się znajdzie. Teraz najważniejsze pytanie. Czy autorowi udało się to wszystko połączyć w sensowną całość? Otóż nie bardzo. Wątek historyczny wydaje się jakby oderwany, rzekła bym nawet zbędny bo wprowadza zamęt a nie wnosi nic co było by dla fabuły istotne.
Autor nie poradził sobie również z finałem powieści. Zagadka oczywiście została rozwiązana jednak czytelnik nie dostał żadnych odpowiedzi. Trudno też stwierdzić czy zakończenie jest otwarte i poznamy je w kolejnych tomach ( wiadomo , że będą ), czy też podobnie jak inni skandynawscy komisarze i Frederik zajmie się inną sprawą. Ja osobiście lubię jak coś zostaje doprowadzone do końca a tutaj ? Jeden z morderców pozostaje na wolności a komendant policji , doskonale znając wszystkie fakty, wymyśla bajkę, że ta osoba nigdy nie istniała. Troszkę to zbyt proste, tak jak by autorowi bo męczącym maratonie na pięćsetnej stronie nagle zabrakło sił do dalszego biegu.

Kolejnym minusem powieści jest jej język. Brutalnie prosty, często wulgarny pełen odnośników do genitaliów. Wtrącenia w stylu „stał na odległość penisa” są odrażające, a jak już człowiek zdąży się do nich przyzwyczaić to robią się po prostu śmieszne. Jednak nie tylko język jest w tej książce przesadzony. Opisy rozlanego mózgu, pływających wnętrzności, zmutowanych ludzi, ściekającej po ścianie krwi są tutaj na porządku dziennym. Wszystko to sprawia , że nie mamy do czynienia z typowym skandynawskim kryminałem. Jest to bardziej thriller a momentami thriller medyczny.

Jak napomknęłam we wstępie jest to debiut Ingara Johnsruda . Pomimo tego, że książka mnie nie zachwyciła uważam , że autor ma w sobie potencjał. Technika jest zadowalająca, zwroty akcji trzymają w napięciu. Zdarzyło się parę scen, które przeczytałam z zapartym tchem. Podobało mi się to, że przez całą powieść udało się autorowi utrzymać mroczny klimat. I to jest wielki plus. Po doszlifowaniu z tego kamyka może wyjść diament. Mniej brutalny język, odpuszczenie najbardziej nieprawdopodobnych spisków, właśnie to mogłoby tę książkę uratować i dodać jej wiarygodności.


Na zakończenie dodam, że podobnie było z „Hipnotyzerem” Larsa Keplera. I to również był debiut. To właśnie w tej książce doliczyłam się największej ilości błędów logicznych . A kolejne tomy? Wręcz rewelacja. Więc i tym razem czekam na więcej. Dam autorowi następną szansę. 

środa, 16 marca 2016

Nina George "Księżyc nad Bretanią"

Autor : Nina George
Tytuł : Księżyc nad Bretanią
Rok wydania : 2015
Wydawnictwo : Otwarte
Tytuł oryginału : Die Mondspielerin
Liczba stron : 320






Cukrowa  Bretania 



Jest to moje pierwsze spotkanie z Nina George, i pomimo tego, że lubie dawać kolejne szanse, nie
tylko pierwsze, obawiam się że w tym wypadku zrobię wyjątek. Przyznam się bez bicia, musiałam zmuszać się by owe "dzieło" doczytać do końca. A dlaczego? Ponieważ już na 80 stronie ( a może nawet wcześniej ) poznałam zakończenie. Kolejne kilkaset stron książki było więc niczym innym jak mozolną droga a wręcz przedzieraniem się przez mozolne opisy, wraz z nudną, nieciekawą a czasami wręcz żalosną bohaterką.

Marianne jest sześćdziesiecioletnią Niemką żyjacą w cieniu swojego męża, sknery i despoty, dla ktorego liczy się tylko i wyłącznie kariera zawodowa. Pewnego dnia Marianne ma dość i decyduje się popelnić samobojstwo. Idealnym miejscem na odebranie sobie życia wydaje się Paryż. Kobieta podczas wycieczki do miasta zakochanych skacze z mostu do Sekwany. Wbrew jej nadziejom i oczekiwaniom zostaje uratowana. Trafia do szpitala psychiatrycznego gdzie zmuszona jest do rozmowy z psychologiem. Podczas wędrówki po szpitalu w jej ręce wpada porcelanowy kafelek z ręcznie namalowanym obrazkiem przedstawiającym nadmorską miejscowość Kerdruc. Zafascynowana widokiem kobieta za ostatnie pieniądze kupuje bilet na pociąg do Bretanii. Kiedy dostaje się na miejsce postanawia , że to właśnie małe portowe miasteczko będzie świadkiem jej śmierci. Jednak splot nieoczekiwanych okoliczności całkowicie odmieni jej plany. Pomimo nieznajomości języka już pierwszego dnia dostaje pracę i zakwaterowanie w hotelu. Poznaje też nowych przyjacioł dzięki  ktorym odnajdzie sens życia. 

Już od pierwszych zdań zaczęłam żałować , że próba samobójcza głownej bohaterki zakończyła się niepowodzeniem. Dawno nie spotkałam tak żałosnej, niewyraźnej i głupiej postaci pierwszoplanowej. Gdyby nie seria zbiegów okoliczności, które wydawały się wprost nierealne ( zdzwilibyście się jak dużo osób mówi po niemiecku w zapadłych wioskach Francji ) to nasza bohaterka umarłaby zapewne z głodu a nie pławiła się jak pączek w maśle. Wiedzieliście na przykład, że pracując jako pomoc kuchenna we Francji nie musicie posiadać żadnego zaświadczenia z tamtejszego sanapiedu ani chociażby ksiażeczki zdrowia? Niebywale.Ba nie musicie nawet znać Francuskiego. I to mi się wydawało najbardziej żenujace. Przecież ten biedny kucharz musiał rwać sobie włosy z głowy, bo pewnie drugie tyle czasu co na gotowaniu musiał spędzać na tłumaczeniu kobitce z zagranicy jaka jest rożnica między selerem naciowym a zwykłym, ba i to jeszcze nie wiadomo w jakim języku, bo na migi to pewnie dość cieżkie. 
Powiem wprost zaskoczyła mnie mnogość pozytywnych recenzji tej książki, gdyż nie było w niej absolutnie nic nowego, odkrywczego . Ot zwykła powieść dla znudzonych życiem kucht domowych, ktore od książki oczekują tego by wycisnęła łzy z oczu. Mnie tym razem to nie przekonało. Takich kobiet jak nasza główna bohaterka jest wiele, wystarczy włączyć pierwszy lepszy kanał w telewizji. Do tego samo tempo narracji jak dla mnie było zbyt powolne. Momentami zdawało mi się, że autorka ma wyznaczony jakiś target liczby stron, które koniecznie musi zapełnić. Stąd mnogość opisów, dokoptowane do fabuły odrębne opowieści, ktore zdawały się nie pasować do kanonu powieści obyczajowej. Spodziewałam się tego, że autorka bardziej się skupi na opisaniu Bretanii. Jednak to co dostałam zupełnie mnie zawiodło. Zamiast rzetelnego opisu ( wiem wiem to nie reportaż ) dostałam zbiór ochow i achow . Jeszcze na poczatku książki miałam ochotę pojechać kiedyś do Kardruc jednak teraz obraz tego miejsca wydaje mi się tak przesłodzony, że będę się od niego trzymać z daleka.

Niestety jestem zmuszona dać tej pozycji jedną gwiazdkę. 

poniedziałek, 28 września 2015

"Maybe someday" Colleen Hoover

Tytul : "Maybe Someday"
Autor : Colleen Hoover
Wydawnictwo : Otwarte
Rok wydania : 2015
Liczba stron : 440
Tytul oryginalu : "Maybe Someday"






Niewinne trojkaty



Sama nie wiem dlaczego wogole siegnelam po te pozycje. Po zalosnym, dziecinnym "Hopeless" powiedzialam sobie : stop NA !! Moze skusila mnie okladka? Moze po postu lubie dawac drugie szanse? Moze lubie pisac niepochlebne recenzje? Tego nie wiem. Jednak jedno wiem napewno. Jedynym plusem tej ksiazki bylo to, ze udalo mi sie ja skonczyc w jeden dzien , pewnie spowodowane bylo to tym , ze wystarczylo przeczytac dialogi a pominac szczeniackie opisy, i juz czlowiek byl zorientowany w calej fabule, niczym w brazylijskiej telenoweli lub ostatnim odcinku Eastenders. Jesli nie nalezycie do fanow gatunku, nie lubicie romansow ( bo ksiazka nie byla niczym innym niz marnym Harlequinem ) i wkurzaja was opisy w stylu lat 50 to omijajcie te ksiazke z daleka. Wszyscy inni moga dac jej szanse, ale na wlasna odpowiedzialnosc.

22 letnia Sydney zmuszona jest do wyprowadzki z wynajmowanego wspolnie z przyjaciolka Tori apartamentu, kiedy dowiaduje sie , ze ta sypia z jej facetem Hunterem. Zrozpaczona pakuje sie i w biegu zamawiajac taksowke, opuszcza mieszkanie. Kiedy dociera na dziedziniec odkrywa, ze zostawila torebke ze wszystkimi pieniedzmi. Zrozpaczona odmawia taksowkarza i siada na murku zastanawiajac sie co ze soba poczac. Kiedy juz jest zdecydowana spedzic noc pod mostem podchodzi do niej atrakcyjna dziewczyna i zaprasza do apartamentu, ktory dzieli z muzykiem Ridgem. Sydney nie jest w pelni przekonana do tego pomyslu jednak daje sie namowic i zamieszkuja razem. Ridge zafascynowany talentem Sydney prosi ja o pisanie tekstow do jego wygrywanych na gitarze utworow. Z dnia na dzien pomiedzy para zaczyna rodzic sie uczucie. 


Ogolnie rzecz biorac "Maybe someday" jest 440 stronicowym przewodnikiem "jak zracjonalizowac niewiernosc". Uwaga spojler. No bo jak inaczej okreslic to co robil Ridge? Z jednej strony kochal swoja dziewczyne ( ktora, podobnie jak w innych ksiazkach autorki byla smiertelnie chora i i tak by umarla przed skonczeniem 30 roku zycia ) by jednoczesnie na jej oczach zakochiwac sie w kolezance ktora pisala mu romantyczne kawalki? Ja rozumiem, ze przebywanie ze smiertelnie chora osoba moze byc przygnebiajace jednak Ridge nie dosc , ze nie mial taktu to jeszcze byl zwyklym... ( wpisac odpowiednie ). 
I tak przerzucalam te kartki na ktorych na przemian pojawiala sie wina, konflikt emocji, zazdrosc i nawet wina z racji tego, ze ktos jest zazdrosny. Zmeczyly mnie przydlugie introspekcje dotyczace istoty milosci, zlamanych serc a najbardziej rozzloscila mnie proba wytlumaczenia mozliwosci kochania dwoch osob naraz. Totalna bzdura. Ostatnio mam szczescie do trafiania na egoistyczne meskie postaci w ksiazkach. Ridge bardzo dobrze sie wpisal w ten kanon. Byl samolubny, i pomimo pieknych slow jakimi opisywal milosc na dobra sprawe nie wiedzial co to znaczy kochac. Kobiety byly dla niego jak przedmioty a on sam jak piecioletni chlopczyk nie mogacy sie zdecydowac , jaka zabawke chce dostac pod choinke. Biorac pod uwage , ze byl gluchy myslalam, ze autorka wyposazy go w inne przymioty : wieksza wrazliwosc, zdolnosc glebszego zrozumienia, zdolnosc do wpolczucia. co prawda bylo troszke lepiej niz w przypadku Deana Holdera z Hopeless ( obrzydliwy stalker ) jednak nadal, w ogolnym rozliczeniu, okazal sie dupkiem. 

Kolejna rzecza , ktora mnie zrazila w ksiazce jest jezyk. Juz na pierwszej stronie glowna bohaterka nazywa swoja przyjaciolke "zdzira" a po kilku kolejnych spotyka sexowne dziewcze zgadnijcie w czym ? W koszulce Hooters. Niestety wulgarny jezyk i faworyzowanie glownych postaci ( te oczywiscie nigdy nie sa dziwkami nawet jesli podrywaja cudzych chlopakow) jest zmora wiekszosci powiesci New Adult. W przypadku tej ksiazki autorka posunela sie nawet do tego, by z doslownie kazdej zenskiej postaci uczynic wroga Sydney. Nic tylko "dziwki", "krowy" , "szmaty" w porownaniu do ktorych nasza glowna bohaterka wypadala niczym nowa dziewica orleanska. I czy tylko ja mialam chec podjesc do niej, potrzasnac i powiedziec by sie ogarnela?


Jest jedna rzecz ktora zmuszala mnie do przewracania kartek. A jest nia Maggie - dziewczyna Ridga. Dziekuje CoHo za stworzenie tak cudownej, pieknej i pelnej zrozumienia istoty. W porownaniu do Sidney, ktorej glowa mialam ochote pare razy uderzyc o mur, Maggie byla kobieta z klasa. No i oczywiscie Warren. O moj boze. Kocham go. Jego uzaleznienie od sexu. Jego odpaly. I praktycznie kazde slowo, ktore wychodzilo z jego ust. Wogole uwazam, ze watki poboczne w ksiazce byly o niebo lepsze od samej fabuly. Nawet jesli wiele z zartow, ktore robil Warren, znalam juz wczesniej i nie zaskakiwaly mnie tak jak powinny, nadal wywolywaly usmiech na mojej twarzy.

Jesli mam byc szczera "Maybe someday" wycisnela lzy z moich oczu, jednak byly to lzy frustracji. Dawno nie poznalam bohaterow, ktorzy nie mieli zadnych celow w zyciu. Jedyne o czym myslala Sydney to Ridge i jak bardzo go pragnie. Jedyne o czym myslal Ridge to jak bardzo jest niewinny, i nie robi nic zlego. W takim razie ja sie pytam : dlaczego czul sie winny?
Rozczarowalo mnie rowniez zakonczenie. Przyzwyczailam sie do finalow w ktorych wygrywa milosc i wszyscy zyja dobrze i szczesliwie. W tym wypadku czulam sie oszukana przez autorke. Zrobila z Ridga takiego zyciowego loosera , ze nie sposob mu uwierzyc czy naprawde wybral te ktora kocha? A moze szykuje sie druga czesc? Oby nie...

Ksiazki nie polecam, totalna strata czasu i nerwow. Jesli szukacie lzawych, nudnych historii, z brakiem fabuly i naiwnymi bohaterami to polecam dramaty na Hallmarku. Szybciej, taniej i mozna wylaczyc dzwiek. 

Moja ocena to 2/10. Brawo Warren i Maggie to wasze dwa punkty. 

niedziela, 27 września 2015

"Papierowe miasta" John Green

Autor : John Green
Tytul : "Papierowe miasta"
Wydawnictwo : Bukowy Las
Rok wydania : 2015
Liczba stron : 400
Tytul oryginalu : "Paper Towns"






wQurzajace




Zastanawiam sie co spowodowalo ze powiesc "Papierowe miasta" dostala tyle pozytywnych recenzji. Nie byloby wielkim naduzyciem jesli John Green swoja ksiazke zatytulowal by "Szukajac Margo" lub "Papierowa Alaska", poniewaz fabularnie sa identyczne, za kazdym razem ten sam schemat. Ile mozna napisac ksiazek o jednym fascynujacym nastolatku kochajacym drugiego fascynujacego nastolatka? 
Kiedys przeczytalam, ze pisarz "jest zakochany we wlasnym umysle" , niestety moim zdaniem obral sobie zly obiekt do milosci. Metafory, jak ta przytoczona przez detektywa poszukujacego Margo, o balonach, byly tak kiepskie, za zaslugiwaly na miano zartu. Tego nie dalo sie okreslic mianem poetyckiego ( za jakie przypuszczam mialo uchodzic ), we mnie wzbudzily tylko politowanie i glosny smiech. Oj ciezko bylo skonczyc te ksiazke, byla po prostu "so so bad".

Q ( dla rodzicow Quentin Jacobsen ) jest spokojnym 18 latkiem mieszkajacym w Orlando na Florydzie. Bedac dzieckiem wraz z przyjaciolka z sasiedztwa Margo Roth Spiegelman, w parku niedaleko domu znalazl cialo martwego mezczyzny. Widok ten na zawsze pozostal w ich glowach, kojarzony z koncem przyjazni, gdyz od tamtego dnia ich drogi sie rozeszly. Co prawda nadal uczeszczali do jednej szkoly, jednak przebojowa Margo bylo dziewczyna z "innej ligi",buntowniczka, liderka i guru dla innych dzieciakow. Q nigdy nie byl dusza towarzystwa. Zamiast spedzac czas na imprezach wolal swoje male grono najblizszych przyjaciol i granie w gry komputerowe. 
Pewnej nocy, kiedy Q kladl sie spac, w okno zapukala , przebrana w stroj Ninja Margo, i zaproponowala mu wziecie udzialu w calonocnej przygodzie. Porzucona i zdradzona przez chlopaka dziewczyna postanowila sie zemscic i wprowadzic w zycie 12 punktowy plan po ktorym odzyska spokoj duszy. Zakochany w dziewczynie Q , bez wzgledu na konsekwencje postanawia jej pomoc. Ta noc polaczy ich na cale zycie  dajac chlopakowi nadzieje na zdobycie obiektu swoich westchnien. Jednak przychodzac nastepnego dnia do szkoly z nadzieja na zobaczenie Margo dowiaduje sie ze dziewczyna zniknela. Zdesperowany Q natyka sie na szereg wzkazowek, ktore maja go doprowadzic do miejsca jej pobytu. Nie informujac ani wladz ani rodzicow, postanawia z pomoca najblizszych przyjaciol Bena i Radara odnalezc Margo.


Tym co najbardziej mnie denerwowalo w powiesci byl jezyk narracji. Co prawda 18 latka bylam dobre 14 lat temu jednak mysle ze przez ten czas nie nastapily jakies wielkie zmiany w mozgach mlodych ludzi. Wiem ze mlode pokolenie, jest wychowywane na zyciowe kaleki, obyte z komputerami a nie potrafiace prowadzic dialogow z innymi ludzmi i wchodzic z nimi w zaawansowane interakcje spoleczne, jednak osoby ktore wkraczaja w doroslosc chyba nie powinny zachowywac sie jak 5 latki? a na takim poziomie byly praktycznie wszystkie dialogi w ksiazce. Pod tym wzgledem prym wiodl Ben, na okraglo chwalacy sie swoimi wielkimi jajami, wiadomo im glosniej krowa ryczy tym mniej mleka daje, jednak takiego przechwalania spodziewalabym sie po kims z pierwszych klas podstawowki a nie od osoby , ktora wybiera sie na swoj bal maturalny. Zalosc. 
Mojej sympatii nie zaskarbil sobie rowniez glowny bohater. Wszyscy wiemy jak bardzo byl zakochany ( jego milosc razila go jak grom z jasnego nieba, i zdal sobie z niej sprawe na dwa tyg przed koncem szkoly ) jednak na Boga, tak groteskowo wykreowanej postaci to juz dawno nie spotkalam. To jeden z najbardziej egoistycznych i denerwujacych charakterow ostatnich lat. Zamiast cieszyc sie szczesciem przyjaciela, ktoremu po latach udalo sie pocalowac pierwsza dziewczyne, obraza sie na niego ze ten nie jest na kazde jego zawolanie. Naprawde zachowuje sie jak male dziewczynka. I mial szczescie, ze jakims psim swedem udalo mu sie poznac takich wspanialych ludzi, ktorzy zdeklarowali sie jego przyjaciolmi, bo po prostu na nich nie zaslugiwal. 

Kolejna rzecza ktora miala wplyw na moja recenzje byla sama fabula, ktora w skrocie mozna nazwac po prostu nudna. Poczatek ksiazki, w ktorej poznalismy Margo i razem z nia realizowalismy jej plan, chociaz dziecinny byl w miare dobry. Jednak im dalej w las tym gorzej. Niezrozumiale odnosniki do jeszcze mniej zrozumialych wierszy, podroze w ciagle jedno i to samo miejsce ( zmienial sie tylko sklad ludzi bioracych udzial w ekspedycji ), nudnawe przemyslenia glownego bohatera ( ktory z jednej strony byl zakochany a z drugiej dopiero odkrywal co to jest milosc ;/ ) i naciagany, nic nie wnoszacy koniec powiesci to wszystko zlozylo sie na jeden wielki minus. 

Probowalam potraktowac te powiesc jako ksiazke dla mlodziezy ( zreszta do tego gatunku aspiruje ) jednak juz bardziej przemawiala do mnie rozbuchana atmosfera Beverly Hills 90210  ( czy jakos podobnie ) niz florydzkie przedszkole Johna Greena. Jesli jest to ksiazka o dorastaniu to z przykroscia musze stwierdzic, ze potrzebnych jest kolejnych kilka tomow by nasi bohaterowie choc troszke zblizyli sie do wieku doroslosci. Moglam rowniez potraktowac te ksiazke bardziej metaforycznie : jak z chlopaka zrobic mezczyzne nie dobierajac mu sie do rozporka. Teraz juz wiem : potrzebny jest tomik wierszow ( zakladajac ze trafimy na jakiegos ogarnietego dzieciaka ), samochod rodzicow , mnostwo wolnego czasu i superlaska gadajaca o papierowych domach. Caly czas zastanawiam sie cos to sa te papierowe miasta i niestety nadal nie wiem. Autor tak to wytlumaczyl ze mniej rozumiem niz przed rozpoczeciem czytania. A do tego wszystkiego ten potworny brak jakiegokolwiek realizmu. Bo albo mielismy do czynienia z superbohaterem , ktory zamiast uczyc sie do egzaminow latal po Stanach w poszukiwaniu kolezanki, albo egzaminy w stanach sa tak proste ,ze byle wioskowy glupek moze je zdac ( nawet nie musi, gdyz dziwnym trafem Margo moglaby odebrac dyplom nie pojawiajac sie na egzaminach wogole ).


Nadal uwazam Johna Greena za dobrego pisarza jednak moja cierpliwosc jest juz na wyczerpaniu. Jesli nie wyjdzie poza wybrany kanon, postawie mu krzyzyk na droge. Paradoksalnie w "Gwiazd naszych wina" kolejny raz mielismy do czynienia z tymi samymi postaciami, wiec jesli to juz trzy ksiazki to czemu po prostu nie napisac sagi? O wiele latwiej i bez bulwersowania czytelnikow, ktorzy wydaja pieniadze liczac na cos nowego by dostac odgrzewane kotlety. Zaczynam myslec, ze autora o wiele lepiej sie oglada i slucha na kanalach YT niz czyta jego powiesci. 

Moja ocena 2/10.