"Sprzeczne sugnały" Kasia Bulicz-Kasprzak

"Sprzeczne sugnały" Kasia Bulicz-Kasprzak

     Jeszcze jakiś czas temu omijałam polskich autorów (a w szczególności autorki) szerokim łukiem. Parę miesięcy temu postanowiłam to zmienić i dać im szansę. Przez ten czas trafiłam na wiele wspaniałych książek (więcej niż tych, które zostawiły po sobie niesmak) i poznałam ciekawych autorów, na których powieści czekam z niecierpliwością. Niestety tym razem jestem rozczarowana. A dlaczego? Wcale nie dlatego, że książka Bulicz-Kasprzak jest zła, bo nawet nieźle się ją czyta. Tym co mnie rozczarowało jest fakt, że powieść ta jest właśnie taka od jakich uciekałam -stereotypowa, prosta w odbiorze, taka jakich pełno na księgarnianych półkach. To historia, którą się czyta z zainteresowaniem, by za chwilkę zapomnieć. 

Ludmiła Janicka poproszona zostaje przez brata, zastępcę burmistrza, o odebranie z Urzędu Miasta
dokumentów, których potrzebuje do wieczornej prezentacji. Kiedy kobieta wchodzi do gabinetu brata znajduje zamordowanego Andrzeja Musiała, wieloletniego przyjaciela rodziny.Przestraszona kobieta prosi o pomoc siostrę bliźniaczkę, gdyż sama ze względu na swoją przeszłość, boi się że to ona może zostać oskarżona o zabójstwo.
W wyniku śledztwa okazuje się, że ofiara nie była do końca tym za kogo wszyscy go postrzegali.  Wychodzą na jaw uczynki z przeszłości. Dziwnym zbiegiem okoliczności cała wielopokoleniowa rodzina Janickich zostaje wplątana w policyjne śledztwo. 

Jakiś czas temu czytałam trylogię "Stulecie winnych", wspaniałe książki obyczajowe, opowiadające o losach wielopokoleniowej rodziny na przełomie wieków. Nie mogę sobie odpuścić i nie zacząć porównywać obu tych powieści, choć oprócz wielowątkowości i mnogości bohaterów, nie mają ze sobą praktycznie nic wspólnego. Jednak coś co wyszło rewelacyjnie w przypadku powieści obyczajowej, niekoniecznie zadziałało w tej, którym ważnym wątkiem jest zagadka, morderstwo i suspens. Czytając "Sprzeczne sygnały" odnosiłam wrażenie, że stoję w oku cyklonu i jak tylko wyciągam rękę po jakiś szczegół to wciąga mnie chaotyczny wir, którego nie sposób zrozumieć. 
Rodzina Janickich składa się z mnóstwa osób, które w większości się nienawidzą. Kiedy czytamy o postaciach, których jedynym celem w życiu jest wbicie noża w plecy swojego męża, teściowej czy innego członka, zaczynamy wątpić w sens rodziny jako jednostki społecznej. Moim zdaniem wszystkie wartości jakimi powinien kierować się człowiek, takie jak zaufanie, miłość, szacunek, zostały tutaj zniekształcone a czasem nawet zapomniane. Przez pierwsze 200 stron książki czekałam na coś pozytywnego, jakiekolwiek ludzkie odruchy bohaterów, ale z każdą przekręconą przeze mnie stroną działo się coraz gorzej. A najdziwniejsze jest to, że wcale nie mamy tutaj do czynienia z rodziną patologiczną. Jest to po prostu zbiór osobowości, które mniej lub bardziej przypadkowym zrządzeniem losu, stały się sobie bliskie. Ciekawi mnie czy takie rodziny istnieją? Czy da się egzystować w komórce, w której wszystkie wartości są odwrócone.  Ta książka to przykład tego jak nie należy traktować innych, jak nie wychowywać dzieci. Jest tak pesymistyczna, że w pewnym momencie miałam ochotę spakować walizki poszczególnych bohaterów i wysłać ich na Wyspy Karaibskie- po odrobinę słońca i radości. 

Cała zagadka, morderstwo Andrzeja Musiała, to tak naprawdę początek większego wątku. Nie będzie spojlerem jak powiem, że doskonale wiemy kto stoi za zabójstwem społecznika. Jednak w trakcie śledztwa poznajemy szerokie tło zdarzeń, które rozgrywają się w małym miasteczku. Uwaga : mamy tutaj nawet do czynienia z rosyjską mafią. Rzeczą, która mnie denerwowała jest obraz polskiej policji przedstawiony przez autorkę. W pewnym momencie naprawdę zaczęłam się zastanawiać czy taka jednostka miała by prawo bytu. Jeszcze w żadnej książce nie spotkałam się z takim brakiem profesjonalizmu : począwszy od spożywania alkoholu na służbie a skończywszy na zaniedbywaniu obowiązków służbowych. Jeśli dwójka naszych komisarzy od początku prowadziłaby śledztwo zgodnie z wytycznymi, które powinni im wpoić w szkole policyjnej, to zagadka byłaby rozwiązana szybciutko. Niestety to niekonsekwencja, zaniedbanie i lenistwo funkcjonariuszy było największą porażką śledztwa. 

To nie jest pierwsza książka autorki, którą miałam okazję przeczytać. Kilka miesięcy temu w moje ręce trafiło "Pójdę do jedynej", książka którą byłam wprost oczarowana. Pamiętam, że w swojej recenzji chwaliłam styl autorki. Tym większe jest moje rozczarowanie w przypadku "Sprzecznych sygnałów". To książka napisana prościutkim stylem, pełnym równoważników zdań i żartów, które są bardziej czerstwe niż chleb z Wigilii. Niby nie new adult a jednak napisane w formie książki dla nastolatków. Po autorce, w której dorobku jest niemalże dziesięć pozycji, spodziewałam się niestety więcej. 

"Sprzeczne sygnały" to powieść sensacyjno-obyczajowa (dokładnie w takiej kolejności) skierowana do czytelników, którzy nie mają większych wymagań. Ze względu na prosty styl czyta się wyjątkowo szybko. Fabuła jest spójna, zagadka ciekawa a jednak czegoś tutaj zabrakło. Natłok bohaterów i ich historii powoduje wprost niepotrzebny chaos. Nawiązywanie do przeszłości cofa akcję a skakanie z jednego wątku na drugi sprawia, że traci ona na liniowości. Przeczytałam, poznałam rozwiązanie zagadki, i powoli zaczynam zapominać. Jest to idealna książka do pociągu, gdzie niby czytamy a tak naprawdę wyglądamy przez okno podziwiając widoki. To powieść, która nie wymaga od nas ani wysiłku intelektualnego ani skupienia. Osobiście nie polecam ale też nie odradzam.  

Tytuł : "Sprzeczne sygnały"
Autor : Kasia Bulicz-Kasprzak
Wydawnictwo : Edipresse Książki
Data wydania : 28 lutego 2018

Za możliwość przeczytania i zrecenzowania książki serdecznie dziękuję wydawnictwu : 


"Inwazja z Ganimedesa" Philip K. Dick

"Inwazja z Ganimedesa" Philip K. Dick

     Aż wstyd się przyznać, że jako fanka szeroko pojętej literatury fantastycznej, nie przeczytałam żadnej książki nestora tego gatunku, którym jest Philip K. Dick. Dopiero wydawnictwo Rebis, które zaserwowało mi wspaniałą ucztę dla oczu, jaką jest okładka książki, fascynująca niczym obrazy Salvatora Dali, sprawiło że zapoznałam się z tym autorem. Co prawda nie jest to samodzielne dzieło Dicka, więc ciężko mi oceniać jego wkład, jednak z notki biograficznej autora oraz wpisów w Wikipedii mogę śmiało stwierdzić, że w "Inwazji z Ganimedesa" Philip K. Dick i jego połączenie fantastyki z rozważaniami filozoficznymi są doskonale widoczni. Książka do tego stopnia mnie oczarowała, że w kolejce czekają kolejne dzieła autora, szczególnie te pisane samodzielnie. "Inwazja z Ganimedesa" choć zaliczana do słabszych dzieł Dicka, dla mnie była strzałem w dziesiątkę. 

Rok 2040. Ziemia znalazła się we władaniu robakopodobnych istot z Ganimedesa, którzy za pomocą
telepatii są w stanie kontrolować ludzkość. Jedynym siedliskiem oporu są lasy w amerykańskiej prowincji Tennessee, gdzie dobrze zorganizowana grupa czarnoskórych bojowników (Negrów) zorganizowała zbrojną partyzantkę, która za cenę życia walczy z okupantem. 
Doktor Rudolph Balkani, szef Biura Badań Psychodelicznych, wymyślił maszynę, która jest w stanie zakrzywić rzeczywistość co pozwoli ludzkości wyrwać się spod telepatycznego panowania najeźdźcy. Problemem jest fakt, że Balkani, jest wiernym sługą przybyszy z Ganimedesa, a jego potencjalna broń została głęboko ukryta. 

Jeśli sugerujecie się tytułem i spodziewacie się książki o prawdziwej inwazji na Ziemię istot z innej planety, to się srogo zawiedziecie. Otóż już na samym początku powieści dowiadujemy się, że nasza planeta, po długiej wojnie, znalazła się pod okupacją. Samej walki i historii jest tutaj zaledwie parę stron, więc musimy się po prostu przyzwyczaić do obecnego stanu rzeczy. Fascynujący są natomiast sami okupanci : wyglądający jak larwy przybysze z Ganimedesa, którzy do wszystkiego potrzebują pomocy swoich wiernych wasali- wyszkolonych homunkulusów, którzy spełniają wszystkie ich życzenia. Natomiast Ganimedyjskie elity, zajęte są rządzeniem, spotkaniami w Wielkim Umyśle oraz chłeptaniem różnych napojów (w tym i alkoholowych). I to właśnie te istoty, za pomocą zaawansowanej techniki były w stanie przejąć kontrolę nad ziemią i całkowicie podporządkować sobie jej mieszkańców. Czego mi tu zabrakło? Po pierwsze jak doszło do przejęcia władzy? Co się stało z ziemskimi rządami, politykami i elitami? Jak wygląda teraz życie na ziemi? Jakie panują tu zależności? Ponieważ na te pytania nie dostałam odpowiedzi muszę stwierdzić, że autorzy chcieli wyjść poza ramy samej inwazji i skupić się na czymś bardziej odległym. A mianowicie na ludzkim umyśle i jego reakcjach na zmieniający się stan rzeczy. To książka to na poły freudowska rozprawka psychologiczna, w której element fantastyki gra raczej drugorzędną rolę. 

Rok, w którym została napisana książka, to okres burzliwej transformacji społecznej w Stanach Zjednoczonych oraz walki o prawa obywatelskie dla mniejszości rasowych. Oczywiście mowa o 1966 roku. Z fragmentów biografii autora mogłam się dowiedzieć, że kwestia dyskryminacji rasowej była dla niego cierniem w oku, i zajmowała jedno z czołowych miejsc w jego powieściach. Również i tutaj to właśnie "Negrzy" są tymi "dobrymi", którzy walczą o wolność. Ich sylwetki, szczególnie Perciego X, są malowane z czułością (niemalże erotyzmem). Są oni wielcy, dobrze zbudowani, gra ich mięśni jest istnym dziełem sztuki, ba nawet owłosienie jest czymś na co należy zwrócić uwagę. W porównaniu do białych, którzy w większości kolaborują z najeźdźcą, w imię korzyści majątkowych i szerszych wolności i swobód, Negrzy mieszkają jak zwierzęta, śpią pod gołym niebem, żywią się zrabowaną żywnością i cały czas walczą. Są nieustraszeni i przygotowani na śmierć. 
Również jedyna postać kobieca, z którą spotykamy się w tej powieści, jest przedstawicielką nurtu feministycznego, a przynajmniej taka przemiana została w niej dokonana. Za pomocą terapii "nicością" udało jej się odrzucić przynależność płciową, by stać się doskonałym przykładem transgender, osobą dla której wydarzenia na świecie są nieważne a jedynym do czego należy dążyć to szczęście własne. Autor w przystępny dla czytelnika sposób zestawia tutaj dwie współczesne filozofie : eskapizmu i zbiorowej integracji. W dzisiejszych czasach wszyscy żyjemy w jednej wielkiej globalnej wiosce, czego sygnały było już widać w latach 60 XX wieku. Okazuje się jednak, że ani skrajne wycofanie ani zbytnia przynależność do grupy, nie sprawią że będziemy spełnieni. Czy to znaczy, że szczęście w ogóle nie istnieje? Czy po prostu musimy znaleźć złoty środek? Te i wiele innych pytań zadają autorzy.

"Inwazja z Ganimedesa" choć napisana przystępnym językiem, gdzie technologia, jak na dzisiejsze czasy jest raczej dość przestarzała, rodem z "Rodziny Jetsonów", należy do książek które wymagają od czytelnika skupienia i czasu. Jest to połączenie fantastyki z filozofią, więc z pewnością nie każdy będzie w stanie się w tym gatunku odnaleźć. To książka, która stawia głębokie, egzystencjalne pytania, a odpowiedzi muszą się raczej narodzić w naszej głowie, niż pojawią się przed nami na talerzu. Z drugiej strony to barwna i ciekawa powieść, napisana z dużą dozą poczucia humoru, która może okazać się gratką dla tych, których znudził mainstream. Z mojej strony jak najbardziej polecam. 

Tytuł : "Inwazja z Ganimedesa"
Autor : Philip K. Dick
Wydawnictwo : Rebis
Data wydania : 28 lutego 2018
Liczba stron : 248
Tytuł oryginału : The Ganymede Takeover

Za możliwość przeczytania i zrecenzowania książki serdecznie dziękuję wydawnictwu : 


 
"Tamta dziewczyna" Erica Spindler

"Tamta dziewczyna" Erica Spindler

     Ciężko jest recenzować książki, które są po prostu "poprawne". Z jednej strony nie ma się do czego przyczepić a z drugiej nie ma co zbytnio wychwalać. To tak jak dostać tróję z przedmiotu, który nas ani ziębi ani grzeje. Niby wszystko jest w porządku, jednak sami dobrze wiemy, że wystarczyło włożyć troszkę więcej pracy i wszystko by wyszło o wiele lepiej. Erica Spindler jest znana ze swoich kryminałów i thrillerów, które przez dziesiątki lat elektryzowały światowych czytelników. Od zawsze trzymała poziom, jednak mówiąc szczerze (po przeczytaniu kilku książek autorki) żadna z jej powieści nie była na tyle dobra by z moich ust wyrwało się szczere "wow". Tak samo było i w tym przypadku. Przeczytałam, dość dobrze się bawiłam a teraz pora zapomnieć. 

Miranda i jej partner Jake wezwani zostają na miejsce morderstwa. Ofiarą jest młody, inteligentny i
cieszący się powszechnym szacunkiem wykładowca z miejscowego uniwersytetu. Jego rodzina od lat uważana jest za elitę miasteczka, ludzi którzy pociągają za wszystkie sznurki. Tym bardziej dziwi fakt, że ofiara została znaleziona w dość kontrowersyjnych okolicznościach, które wskazują, że została zamordowana podczas zabaw o podłożu erotycznym. 
Na miejscu morderstwa znaleziony zostaje wycinek z gazety sprzed kilkunastu lat. Przedstawia on historię młodej dziewczyny, która uciekła z domu, wpadła w złe towarzystwo i w konsekwencji została skazana na półroczny pobyt w poprawczaku. Miranda wie, że to jej dotyczy notatka prasowa. Jest jeszcze bardziej zdziwiona, kiedy w wyniku przeszukania mieszkania ofiary odnajdują jej odciski palców. Czy ktoś wrabia młodą policjantkę? Jeśli tak to dlaczego?

Zaczyna się naprawdę z przytupem. Nastoletnia dziewczyna ucieka z domu, łapie stopa, trafia na imprezę...by po kilkunastu minutach obudzić się w środku lasu skrępowana taśmą do pakowania paczek. Obok niej leży inna nastolatka, sponiewierana i zgwałcona. Dziewczynie udaje się uciec. Trafia na posterunek policji, jednak ze względu na swoje wcześniejsze wybryki nikt nie wierzy w jej wersję wydarzeń. 
W kolejnych akapitach autorka przenosi nas w czasie. Nastolatka wyrosła i z niepokornej Randi zmieniła się w inteligentną i praworządną Mirandę, funkcjonariuszkę policji z niewielkiej miejscowości, gdzie praktycznie wszyscy się znają. Jednak wydarzenia z przeszłości będą nam towarzyszyć jako mroczne tło już do samego końca powieści. 
Sama zagadka jest ciekawa. Jeden z bardziej lubianych członków małej społeczności, zostaje zamordowany. W ramach toczonego śledztwa dowiadujemy się, że nie był tym za kogo go uważaliśmy, a co za tym idzie sporo osób mogło mieć powód by go nienawidzić. Żałuję jedynie, że praktycznie cała książka, całe śledztwo i policyjna robota oparta jest na poszlakach i domysłach. Zdarza się, że i na przeczuciach, co w ogóle jest niedopuszczalne w takiej misternej robocie. Brak tutaj jakichkolwiek twardych dowodów, bazujemy na przesłankach i fragmentach, które niestety nie chcą się ułożyć w żadną spójną całość. I niestety taki stan trwa aż do końca książki. W realnym życiu śledztwo to wylądowałoby na półce spraw niedokończonych. 
Erica Spindler serwuje nam smaczne kąski, przystawki, na które się rzucamy niczym wygłodniałe piranie. Jednak w całej tej uczcie brakuje dania głównego, treści która jest esencją całej książki. Choć muszę przyznać, że jest tutaj sporo zwrotów akcji to nadal potrafiłam przewidzieć w jakim kierunku to wszystko zmierza. Ba, w pewnym momencie zaczęłam nawet odgadywać i często przewidywać zamiary autorki na kolejne rozdziały i zachowania naszych bohaterów. 

Muszę przyznać, że Mirandę da się polubić, szczególnie jak już się pozna jej przeszłość. Oczywiście część jej zachowań nadal była dla mnie niezrozumiała (odwrócenie się od rodziny) jednak nadal ją podziwiałam za to, że potrafiła odciąć się całkowicie od przeszłości, zrzucić skórę i wrócić w całkowicie nowej odsłonie. Jej postać wykreowana została w profesjonalny sposób, który sprawił, że nabrała kolorów i kształtów. Niestety tego samego nie da się powiedzieć o innych. Nasza plejada bohaterów jest dość duża, jednak z ręką na sercu mogę powiedzieć, że tworzą oni tylko tło dla wydarzeń, a szkoda. Zastanawiam się, czy "Tamta dziewczyna" to wstęp do cyklu czy tylko pojedyncza książka. Niby wszystko wskazuje na to, że z Mirandą się jeszcze spotkamy, a z drugiej strony w pierwszych częściach cyklu zazwyczaj poznajemy wszystkich główniejszych bohaterów, a przynajmniej dowiadujemy się co nieco o ich przeszłości, cechach charakteru czy rodzinie. Tutaj niestety tego zabrakło. Jest tylko czas teraźniejszy i nasza zagadka.  

Nowa powieść znanej autorki to książka do szpiku przesiąknięta poprawnością, dzieło które będzie zbierać przeciętne noty. Bo, mówiąc szczerze, ze względu na warsztat i doświadczenie autorki nie możemy się tutaj do niczego przyczepić, Spindler doskonale wie co robi. W tym wypadku wyszło jednak zbyt chałupniczo.Terminy goniły, i wydawca wisiał z nożem nad karkiem. Jest zagadka, wszystko się trzyma kupy, włoski na rękach unoszą się do góry, jednak od takich książek uginają się półki w księgarniach. Muszę przyznać, że gdyby nie nazwisko autorki, powieść ta nie cieszyła by się zbytnim zainteresowaniem. Można przeczytać, jednak nie nastawiajcie się na efekt "wow". 

Tytuł : "Tamta dziewczyna"
Autor : Erica Spindler
Wydawnictwo : Edipresse
Data wydania : 28 lutego 2018
Liczba stron : 304
Tytuł oryginału : The Other Girl

Za możliwość przeczytania książki serdecznie dziękuję wydawnictwu : 
"Cień matki" Diane Chamberlain

"Cień matki" Diane Chamberlain

     Są takie książki po które sięgamy po to by się zrelaksować i zapomnieć o problemach dnia codziennego, i właśnie do nich należy "Cień matki" Diane Chamberlain. Choć jest to trzecia część cyklu dziejącego się w malowniczym miejscu Kiss River, to śmiało można potraktować ją jako odrębną całość. Mi zupełnie nie przeszkadzało, że nie czytałam poprzednich powieści autorki. Diane Chamberlain ma to coś, czego szukam u pisarzy : lekkość stylu, przystępny język oraz moc sprawiania by nawet z pozoru zwykła powieść obyczajowa stała się czymś szczególnym, tajemniczym a czasem wręcz zaskakującym. Czytelnicy, którzy zdecydują się sięgnąć po tę powieść nie będą zawiedzeni, gdyż w ich ręce wpadnie dokładnie to co reklamuje wydawca : kryjąca mnóstwo rodzinnych sekretów powieść obyczajowa z elementami romansu. Czyli coś co uwielbia większość czytelniczek. 

Lacey O'Neill, witrażystka, mieszkająca w opuszczonym domu latarnika, pomimo upływu lat wciąż
nie może pogodzić się ze śmiercią matki. Ta uwielbiana przez wszystkich kobieta, nazywana często "Świętą Anną" została zamordowana przez psychopatę, kiedy wraz z córką przygotowywała świąteczną kolację w Domu Samotnej Matki. 
Pewnego dnia Lacey dowiaduje się, że jej najbliższa przyjaciółka z dzieciństwa, Jessika, ginie w wypadku samochodowym. Podczas uroczystości pogrzebowych dowiaduje się, że ostatnią wolą zmarłej było powierzenie opieki prawnej nad jej jedenastoletnią córką, właśnie Lacey. Zaskoczona dziewczyna zgadza się zostać rodziną zastępczą dla młodej i zbuntowanej Mackenzie. Pomimo protestów nastolatki, wracają do Kiss River z tętniącego życiem Phoenix. 
Lacey postanawia zdradzić Mackenzie sekret, który ukrywała przed nią jej matka. Kobieta wie kto jest ojcem dziewczyny.

Książki obyczajowe są o tyle ważne o ile przedstawiają sytuacje i bohaterów, którzy są realni. Czytając "Cień matki" nie miałam ani grama wątpliwości, że przedstawiona historia mogła wydarzyć się naprawdę. Choć autorka poruszyła dość kontrowersyjne tematy, a rodzina naszej głównej bohaterki jest dość szczególna (można ją nawet określić po części patologiczną) to nic tutaj nie było przesadzone.  We współczesnych Stanach Zjednoczonych codziennie giną ludzie. Psychopaci i szaleńcy łapią za broń i wpadają do szkół podstawowych gdzie zbierają krwawe żniwo. To, że matka Lacey padła ofiarą szaleńca nie dość, że mogło się zdarzyć to jeszcze było całkiem prawdopodobne i mieściło się w błędach statystycznych. Podobnie sprawa się ma z powierzeniem opieki nad nieletnią. Jeśli akcja książki rozgrywała by się w Polsce to oczywiście żaden sąd nie oddał by nastolatki pod opiekę innej młodej kobiety, bez stałego miejsca zamieszkania, do tego byłej seksoholiczce (czy oby na pewno byłej?), mającej problemy natury osobistej. Ale na całe szczęście akcja powieści dzieje się w Karolinie Północnej, gdzie spisany prawomocnie testament jest dokumentem praktycznie niepodważalnym. Więc sami widzicie, że wszystko to co może wam się wydać naciągane czy wręcz nieprawdopodobne jest tak naprawdę elementem naszej rzeczywistości. Tyle jeśli chodzi o wydarzenia, sytuacja z głównymi bohaterami wygląda z goła inaczej.

Cechą charakterystyczną amerykańskich bohaterów powieści obyczajowych jest ich skrajny indywidualizm. Ciężko jest mi krytykować pracę autorki, gdyż nie znam (nawet pobieżnie) amerykańskiej młodzieży. Jednak wydawać by się mogło, że aż tak bardzo nie różni się ona od młodzieży europejskiej, w końcu ogląda te same programy na Netflixie, korzysta z iPhonów czy androidów. W naszej wielkiej globalnej wiosce ciężko jest teraz o indywidualizm. Dlatego trudno mi uwierzyć by Lacey, jako czternastolatka, była tą dziewczyną o której pisze Chamberlain : rozpuszczoną nastolatką, uprawiającą sex z ledwo poznanymi chłopakami, żłopiącą piwo i sięgającą po miękkie narkotyki, i to nie okazjonalnie tylko codziennie. Oczywiście autorka ten stan rzeczy tłumaczy załamaniem nerwowym po śmierci matki oraz faktem, że w szkole średniej tak właśnie się robi. Otóż nie, tak się nie robi, wiem bo sama przeżyłam cztery lata liceum. Owszem zdarzają się dzieci z rodzin patologicznych jednak nawet one żyją w ramach jakiegoś systemu, który walczy z zaniedbaniami wychowawczymi rodziców czy opiekunów prawnych. Czyżby w Stanach, tym kraju wolności i demokracji, było inaczej? Jeśli każdy wie, że młodzież w collegach nie robi nic innego oprócz narkotyzowania się i oddawania rozpuście, to dlaczego nikt nie ingeruje? Gdzie był ojciec Lacey, kiedy najbardziej go potrzebowała? Gdzie była dalsza rodzina? Czyżby nikt nie zwrócił uwagi na to, że nastolatka ma wielki problem? Idąc dalej tym tropem, Lacey nagle wydoroślała, tak po prostu bez niczyjej pomocy. Z małej dziewczynki, niczym motyl, przekształciła się w młodą kobietę, która sama zdecydowała się na wizytę u psychoterapeutki, bo choć już nie ćpała i nie piła to jednak pozostało jej zamiłowanie do skoków w bok. Ale moi mili nie martwcie się, dzięki radom psycholożki (to koniecznie musicie przeczytać, są tak idiotyczne), wyleczyła się i z tego, oczywiście dużą rolę odegrała tutaj silna wola. 

To właśnie ta łatwość rozwiązywania konfliktów oraz fakt, że wszystko się dobrze kończy sprawiło, że odebrałam książkę z jednej strony jako lekarstwo na poprawienie humoru oraz nośnik nadziei, a z drugiej byłam nieco rozczarowana tym, że w moje ręce trafił istny "american dream" i zaczęłam nawet żałować, że moje życie nie jest takie proste i łatwe. "Cień matki" to książka, w której absolutnie wszystko jest możliwe : zmieniają się nawet charaktery bohaterów, bardzo łatwo tutaj o wybaczenie. Ludzie, którzy się nienawidzą, po kilku stronach będą się kochać, a ci sobie zupełnie obcy zaczną się traktować jak najbliżsi członkowie rodziny. Owszem, tak to może wyglądać w filmowym scenariuszu czy na kartach książki, jednak czy życie zawsze pisze takie różowe scenariusze? Przez to, że wszystko przychodzi naszym bohaterom z taką łatwością, poruszone przez autorkę trudne, życiowe (często kontrowersyjne) tematy straciły na znaczeniu, zostały strywializowane i spłycone. 

Choć nie mogłam się oprzeć konstruktywnej (mam nadzieję) krytyce, to i tak uważam, że autorka odwaliła kawał dobrej roboty- w końcu setki recenzentów, zarówno z Polski jak i ze świata, nie mogą się mylić. Ja moją przygodę z Diane Chamberlain zaczynałam z pustą kartką i muszę przyznać, że jestem na tak. Dobrze napisana fabuła sprawiła, że nie mogłam oderwać się od czytania. Ciekawi, choć przerysowani bohaterowie, dali się zrozumieć i jednocześnie polubić, a całość wyszła nad wyraz pozytywnie. Oczywiście "Cień matki" to nadal tylko powieść obyczajowa a nie literatura z wyższej półki, jednak takich książek też potrzebujemy, dla tych szczególnych chwil relaksu. Polecam.


Tytuł : "Cień matki"
Autor : Diane Chamberlain
Wydawnictwo : Prószyński i S-ka
Data wydania : 6 marca 2018
Liczba stron : 480
Tytuł oryginału : Her Mother's Shadow 

Za możliwość przeczytania i zrecenzowania książki serdecznie dziękuję wydawnictwu : 

 

"Zielone oczy wolności" Marco Rovelli

"Zielone oczy wolności" Marco Rovelli

     Uważam, że współczesny człowiek powinien znać historię swoich sąsiadów, nawet tych dalszych, a nieznajomość dziejów jest oznaką wielkiej ignorancji. Dzieje tak zwanego "kotła bałkańskiego" czy walka Kurdów o niepodległość, są tak skomplikowane, że nawet dzisiejsze podręczniki do historii powszechnej traktują ten temat pobieżnie. Poznajemy imiona najważniejszych generałów i działaczy politycznych, daty wielkich bitew i zamachów oraz ogólny zarys konfliktu. Resztę musimy znaleźć na własną rękę. Tak długo jak będzie trwał ten bezsensowny konflikt tak długo będziemy czytać o wielkich ludziach, którzy zapisali się na kartach historii. Tym razem poznajemy wielką bojowniczkę o wolność Avestę Harun, która jest niczym Joanna D'Arc dla współczesnych Kurdów, a jej imię wymawiane jest z szacunkiem. Choć książka nie spełniła moich oczekiwać uważam, że warto poznać tę szczególną i zasłużoną postać. 

Avesta Harun, kurdyjka z małej górzystej wioski w Kurdystanie,jako dziecko będąc świadkiem
mordowania ludzi na ulicach, postanawia dołączyć do walczących z tureckim reżimem partyzantów. Ukończywszy zaledwie kilka klas szkoły podstawowej, choć niewyedukowana staje się prawdziwym generałem, za którym podążają wierni żołnierze. To właśnie ona wraz z tysiącami innych partyzantów, borykając się z brakami, walczyła o wolność i odzyskanie historycznych ziem Kurdystanu. Zginęła w 2014 roku. 

Avesta Harun, dołączyła do PPK (Kurdyjskiej Partii Pracy), tuż po śmierci brata, mając zaledwie 15 lat. Pierwsza część książki opowiada o latach jej dorastania w małej górskiej wsi, gdzie wraz z rodzicami zajmowała się hodowlą owiec i uprawą ziemi. Zła koniunktura i lata nieurodzaju zmusiły jej rodzinę do przeniesienia się do większego miasta. To właśnie tam po raz pierwszy zetknęła się z tureckim terrorem. Na ulicach widziała umierających ludzi, w szkole stała się obiektem szykan. Zabroniono jej mówić w rodzimym języku i nikt nigdy nie wytłumaczył dlaczego. Już jako nastolatka wiedziała kto jest jej wrogiem. Wstępując do PPK była całkowicie świadoma swojej decyzji. Poprzez swoją odwagę, hart ducha i zaangażowanie szybko pięła się po szczeblach wojskowej (partyzanckiej) kariery, by już po kilku latach zostać dowódcą oddziału, którego nie zabrakło w żadnej ważniejszej bitwie czy zasadzce. Zginęła w walce próbując odbić zaanektowaną przez wroga wioskę, 12 września 2014 roku. Nie pozostawiła po sobie praktycznie nic poza kilkoma zdjęciami oraz wspomnieniami w umysłach jej bliskich. I to właśnie oni spotkali się z autorem tej książki, dziennikarzem Marco Rovellim, i opowiedzieli krótką historię jej życia. 

Szczerze powiedziawszy to sięgając po tę książkę spodziewałam się czegoś zupełnie innego, bardziej biograficznego a nawet osobistego. Wiedziałam, że nie mogę liczyć na dziennik czy chociażby notatki samej bohaterki, jednak fragmentaryzm jaki zaserwował mi włoski dziennikarz nieco mnie zaskoczył i jednocześnie rozczarował. Opowieść o tej wielkiej, choć mało znanej bojowniczce, to zlepek wspomnień innych ludzi oraz próba odtworzenia historii z małych elementów dostarczanych od postronnych świadków bądź też członków rodziny. Całość wyszła dość chaotycznie, zaburzona została linearność fabuły. Słychać tutaj głosy nieznanych mi ludzi. Jedna historia urywa się w połowie i zaczyna następna. Raz patrzymy oczami Avesty, oczami młodej dziewczyny której wojna odebrała wiarę i bliskich, raz oczami innych ludzi, którzy (często tylko przelotnie) poznali naszą bohaterkę. Choć opowieść miała być o niej, tak naprawdę poznajemy historię wojny i Kurdystanu początku XXI wieku. Liczyłam na to, że autor (w końcu z zawodu dziennikarz) przybliży mi sylwetkę Harun, prześwietli, da mi ją poznać. Teraz, już po przeczytaniu książki, wiem  o niej niewiele więcej niż jeszcze kilka godzin wcześniej. Kobieta z zielonymi oczami, odważna, nieustępliwa, cechująca się wrodzoną inteligencją i wiarą, że walka o wolność to idea dla której warto jest zginąć. To kobieta wiecznie nosząca karabin na ramieniu, dla której życie jej żołnierzy było ważniejsze niż jej samej. To doskonały strateg, ambitna dusza, która naukę stawiała na pierwszym miejscu. Poznałam jej dzieciństwo, uszczknęłam troszeczkę z lat młodości jednak wydaje mi się, że sam temat został potraktowany zbyt pobieżnie, a ta interesująca, młoda kobieta była zaledwie tłem dla toczącej się wojny. 

Bo to właśnie o wojnie jest ta książka. Wojnie o sprawiedliwość i wolność, która z góry wydaje się być przegrana. Wojnie partyzanckiej, gdzie siły nigdy nie będą wyrównane. Naszego autora zgubił sam warsztat literacki. Jako koleżanka po fachu wiem, że głównym zadaniem dziennikarzy jest zgłębianie i dociekanie prawdy. Lubimy daty i fakty, i choć wpaja nam się na studiach, że to właśnie bohater jest najważniejszy, a nie sama historia, to bardzo często o tym zapominamy. Tak było i w tym przypadku. Choć historia narodu kurdyjskiego jest tragiczna i niezwykle ważna, to w końcu nie o tym miała być ta książka. Niestety autor zamiast historii biograficznej, dał nam dość okrojoną lekcję historii, którą znamy ze szkolnych podręczników. Daty, fakty, miejsca, nazwy : to wszystko zajęło zbyt dużo miejsca, kosztem rzetelnej opowieści o Aveście Harun, a to właśnie dla jej zielonych oczu sięgnęłam po tę książkę. 

Nie myślcie jednak, że czas z tą książką był czasem zmarnowanym. "Zielone oczy wolności" choć nie były do końca tym czego oczekiwałam to nadal ważna i wzruszająca opowieść o losach ludzi, którzy żyją i walczą po dziś dzień. Walczą zarówno o wolność własnego narodu, jak i wolność kobiet do samostanowienia i wyrwanie się spod wiecznej kontroli mężczyzn. Avesta Harun, była przykładem zmieniających się czasów. Czasów kiedy kobiety zrzucą burki i zrównają się w kroku z mężczyznami. Obawiam się jednak, że takich kobiet musi być zdecydowanie więcej, gdyż walka z historią, tradycją i religią to walka z wiatrakami. Jednak warto mieć nadzieję i wierzyć w lepsze jutro. 

Tytuł : "Zielone oczy wolności"
Autor : Marco Rovelli
Wydawnictwo : Prószyński i S-ka
Data wydania : 15 marca 2018
Liczba stron : 192
Tytuł oryginału : La Guerriera Dalgi Occhi Verdi

Za możliwość przeczytania książki serdecznie dziękuję wydawnictwu : 


[PRZEDPREMIEROWO]"Jak zatrzymać czas" Matt Haig

[PRZEDPREMIEROWO]"Jak zatrzymać czas" Matt Haig

     Uwielbiam książki, których fabuła kręci się wokół podróżowania w czasie. Choć "Jak zatrzymać czas" nie jest typowym przykładem tego gatunku, to śmiało mogę powiedzieć, że Matt Haig miał rewelacyjny pomysł , który udało mu się znakomicie wykorzystać. Choć książka nieco przypomina inne powieści tego typu, (raczej trudno tu o stuprocentową oryginalność) w szczególności "Pierwszych piętnaście żywotów Harrego Augusta", to z jej kart bije aura świeżości, która sprawia, że czytelnik jest wprost oczarowany. Książka Haiga to jednak coś więcej niż kawałek dobrej fantastyki. To dzieło głębsze, dotykające istoty człowieczeństwa i kłębiących się w nas uczuć. To przekrój przez ludzką psychikę ujęty w nietypowe ramy. 

Tom Hazard ma sekret, który musi strzec w absolutnej tajemnicy, jeśli wyjdzie on na jaw zagrożone będzie życie jego najbliższych i przyjaciół. Ten wyglądający na czterdzieści lat mężczyzna w rzeczywistości przeżył kilka wieków a kolejne przed nim. Powodem takiego stanu rzeczy jest fakt, że cało Toma starzeje się piętnaście razy wolniej niż zwykłych śmiertelników. By jego sekret pozostał
bezpieczny, co osiem lat musi zmieniać miejsce zamieszkania i przyjaciół. 
Toma poznajemy jak wraca do Londynu by objąć posadę nauczyciela. W tutejszej szkole poznaje piękną nauczycielkę, która wzbudza w nim dawno zapomniane uczucia. Czy Tomowi uda się nie złamać pierwszej zasady "długowiecznych" i nie zakochać w kobiecie?

Oczywiście nie da się ukryć, że książka zalicza się do kanonu fantastyki, jednak w gruncie rzeczy nadal pozostaje uniwersalną powieścią obyczajową. Jeśli by odłożyć na bok długowieczność naszego głównego bohatera, to zostanie jedynie przekrój przez jego życie, nieco rozciągnięte w czasie, a co za tym idzie ciekawsze niż życie zwykłych ludzi. Jednak Tom w rzeczywistości jest taki sam jak my wszyscy. Może nieco bardziej doświadczony, może ostrożniejszy, jednak tak samo jak my myśli, czuje, kocha i nienawidzi. Czy zazdrościmy mu tego, że widział jak świat się zmienia na przestrzeni wieków? Czy zazdrościmy mu tego, że jest niemym świadkiem historii? Z jednej strony każdy z nas chciał by żyć wiecznie, więc idea powolnego starzenia się jest nam naprawdę bliska. Z drugiej, będąc wyjątkiem od reguły, jesteśmy skazani na samotność. Czy naprawdę chcielibyśmy przeżyć naszych najbliższych? Trzymać w rękach nasze umierające ze starości dziecko, kiedy sami jesteście w kwiecie wieku? Właśnie takie pytania stawia nam nasz autor. Obdarował swojego bohatera długowiecznością, o której skrycie marzymy, jednak ofiarowując mu ten dar jednocześnie odebrał przyjaciół i rodzinę oraz skazał go na wieczną tułaczkę, w poszukiwaniu ulotnego szczęścia, które nie wiadomo czy w ogóle istnieje. Część krytyków uważa Toma, za zgorzkniałego mężczyznę, który wegetuje narzekając na swój los. Ja uważam, że ma do tego prawo, a ten żal, smutek i desperacja sprawiają, że szybko udało mi się nawiązać kontakt z naszym bohaterem, obdarzyć go sentymentem. Tom przez swoją kondycję stracił wszystko : żonę, córkę (której poszukuje przez całą książkę) oraz prawo decydowania o własnym życiu. Należy do Stowarzyszenia Albatrosów, zrzeszających wszystkich odnalezionych długowiecznych. Właśnie to stowarzyszenie kontroluje go, daje zadania, mówi co ma robić. Tom jest marionetką w rękach innych, chłopaczkiem na posyłki, który przez wieczność będzie musiał się tłumaczyć ze swoich błędów. To kolejny aspekt, który sprawił, że poczułam niezgłębiony smutek, porównując moją wolność do więzienia naszego bohatera. 

Matt Haig zaserwował nam prawdziwą ucztę smaków i zapachów. Akcja powieści rozpoczyna się pod koniec XVI wieku we Francji, gdzie rodzi się nasz bohater. Ludzie z okolicznych wiosek szybko się orientują, że jest inny, nie widać po nim upływu czasu. Należy pamiętać, że tamten okres to czas polowań na czarownice, czas kiedy jakiekolwiek odstępstwo od normy traktowane było jako piętno szatana. Nasz bohater zmuszony jest do ucieczki. Przemierza kanał i osiedla się w Anglii gdzie poznaje miłość swojego życia Rose. To właśnie ona jest niemym świadkiem wszystkich wydarzeń w książce. Kiedy Rose umiera, Tom pogrąża się w żałobie, która trwa wieki, a cierpienie zamiast maleć, wzrasta. Może się wydawać nieprawdopodobne, że przez setki lat można tęsknić i pamiętać tę jedną jedyną osobą z setek tych, które się poznało przez całe życie. Taka miłość zapewne zdarza się raz na milion dlatego Tom stał się dla mnie prawdziwym bohaterem romantycznym. Takim Romeo czy Werterem w wersji współczesno-historycznej. Za to pokochałam go jeszcze bardziej. 
Kiedy Tom wstępuje do Stowarzyszenia, jego życie diametralnie się zmienia. Od tej chwili nie może zaznać spokoju. Co osiem lat zmienia miejsce zamieszkania, co osiem lat musi również wykonać zadanie, którego celem jest zwerbowanie kolejnych "alb". Jeśli rekrutacja się nie udaje, musi chwycić za broń i pozbawić je życia. Albo zginą oni albo Ty, wybór jest prosty, jednak jego konsekwencje są długoterminowe i wyniszczające psychikę. Wstąpienie do Stowarzyszenia jeszcze bardziej pozbawiło Toma wolności, która jest niezbędna do tego by człowiek mógł się samorealizować. 

"Jak zatrzymać czas" to piękna i wzruszająca książka, opowiadająca o człowieku który poszukuje sensu w życiu i na koniec odkrywa, że jego poszukiwania szły w zupełnie nieodpowiednim kierunku. To opowieść o niespełnionej i tragicznej miłości, która niesie ze sobą przykre konsekwencje, to również dramat o konsekwencjach naszych wyborów, strachów i lęków. To jedna z tych nielicznych książek fantastycznych, w których zupełnie nie czujemy cech gatunkowych, więc również Ci, którzy niekoniecznie sięgają po fantastykę, będą zadowoleni. Rzadko mi się zdarza mieć łzy w oczach praktycznie przez cały czas lektury, jednak tym razem zużyłam całe pudełko chusteczek. Polecam z całego serca tę mądrą i niezwykle ambitną powieść. 

Tytuł : "Jak zatrzymać czas"
Autor : Matt Haig
Wydawnictwo : Zysk i S-ka
Data wydania : 16 kwiecień 2018
Liczba stron : 426
Tytuł oryginału : How To Stop Time 

Za możliwość przeczytania i zrecenzowania książki serdecznie dziękuję wydawnictwu :  


Copyright © 2014 CZYTANKA NA DOBRANOC , Blogger