"Mgły Avalonu" Marion Zimmer Bradley

"Mgły Avalonu" Marion Zimmer Bradley

     Sięgnęłam po tę książkę z dwóch powodów. Po pierwsze uwielbiam legendy nordyckie i opowieści o Królu Arturze, a po drugie  miałam ochotę na obszerną, epicką powieść, która na długie godziny zabierze mnie w świat baśni. Niestety. "Mgły Avalonu" choć z pewnością są barwne a ich przeczytanie zajmie co najmniej kilka wieczorów (a to dopiero pierwszy tom) to mnie osobiście nieco rozczarowały. Przepełnione odnośnikami do religii, pełne szablonowych i przerysowanych bohaterów oraz zbyt rozbudowanych opisów dzieło, było trudne do przełknięcia i choć nie boję się rozbudowanych historii tak tym razem (przyznam się bez bicia) nie doczytałam do końca.

"Mgły Avalonu" spośród innych książek o Królu Arturze i Rycerzach Okrągłego stołu wyróżnia fakt, że została napisana z kobiecej perspektywy. Narratorką naszej powieści jest Morgaine. To właśnie z jej punktu widzenia poznajemy Igraine-jej matkę, Gorloisa-ojca oraz Uthera,Gwenhwyfar, Morgause, Merlina, Vivianne, Lancelota oraz resztę postaci opowieści arturiańskich. 

Wybranie Morgaine na naszą narratorkę było chyba jedyną dobrą rzeczą w całej książce. W przeciwieństwie do innych postaci jest ona wiarygodna i brak w niej fanatyzmu, którym nacechowani są inni bohaterowie. Jest dobrym sędzią i w większości czytelnik może polegać na jej osądach. Choć
bardzo się starałam (doczytałam do około 800 strony) to oprócz Morgaine nie znalazłam tutaj ani jednej przyzwoitej bohaterki w korowodzie tych licznych, które się pojawiły. Może pokrótce wam o nich opowiem.
Igraine to zadufana w sobie krętaczka, która udaje miłość do swojego męża dopóki na jej drodze nie staje mężczyzna, z którym ma ją połączyć wątpliwej jakości wróżba. Według proroctwa kobieta powinna nosić jego dziecko. 
Vivianne planowała cudzołóstwo i kazirodztwo. Była dwulicową intrygantką, która pod maską uprzejmości i miłości do bliźniego, skrywała swój czarny i porywczy charakter. Nie cofała się przed niczym by dotrzeć do celu. Tutaj nasuwa mi się na myśl jeszcze jedna rzecz. Vivianne często poprawiała swoich rozmówców mówiąc, że wszystkie boginie i bogowie w rzeczywistości są częścią jednego wielkiego bóstwa, by parę rozdziałów później nic nie stało na przeszkodzie by ta sama osoba ośmieszała wyznawców chrześcijańskiego Boga i wyzywała ich od głupców, którzy wierzą w zabobony. Czy autorka powieści nie zauważyła tej oczywistej nieścisłości?
Jednak najgorsza była Gwenhwyfar. Wydaje mi się, że jedynym powodem dla którego autorka stworzyła tę postać była możliwość wyśmiania chrześcijan. Oprócz urody w bohaterce tej nie było ani jednej cechy za którą czytelnik mógłby ją polubić. 
Czytając tę książkę rzuca się w oczy, że została ona napisana z feministycznego punktu widzenia. Tym bardziej dziwi fakt, że kobiece postaci to zbiór wszelkich wad gatunku ludzkiego. Są na ogół albo podstępne albo irytujące i choć bardzo się starałam to nie byłam w stanie wzbudzić w sobie ani sympatii ani nawet współczucia dla żadnej z nich. 
A co z postaciami męskimi? Tutaj dostaliśmy plejadę klonów niczym żołnierze Imperium w Gwiezdnych Wojnach. Wszyscy byli niezwykle przystojnymi, świetnie wyszkolonymi wojownikami, którymi kierował tylko i wyłącznie popęd seksualny. Zabrakło tutaj oryginalności, a fakt że wszyscy mężczyźni zachowywali się jak przysłowiowe "świnie" sprawił, że książka jeszcze bardziej straciła na wiarygodności.

Kolejnym bardzo ważnym elementem książki jest religia. Czasy Króla Artura to okres kiedy następuje szybki rozwój chrześcijaństwa, które powoli zaczyna wypierać kulty pogańskie. Oczywiście wiedza ta była mi znana jeszcze przed sięgnięciem po tę powieść. Nie spodziewałam się jednak, że to właśnie religia i długie dyskusje z nią związane będą jednym z głównych wątków tej książki. Osobiście uważam, że książki historyczne czy fantasy nie są miejscem na długie dyskusje na tematy religijne czy filozoficzne. Powód? Są to książki dla każdego, a niestety nie każdy czytelnik zainteresowany jest tym tematem. W książce tej to właśnie chrześcijaństwo było kozłem ofiarnym . Choć nie należę do osób głęboko wierzących to zaniepokoiła mnie ta mowa nienawiści w wykonaniu Marion Zimmer Bradley. Szczególnie pierwszych kilkaset stron było przeładowane silnymi, negatywnymi emocjami jednak wątki religijne regularnie pojawiały się w całej książce. Bradley ukazuje nam kler jako przepełniony nienawiścią i żądzami układ, w którym każda kolejna pojawiająca się w książce postać jest jeszcze brutalniejsza, jeszcze głupsza. Choć miała być to powieść o Królu Arturze i jego najbliższych to tak naprawdę przekształciła się ona w prywatne pole bitwy autorki z religią chrześcijańską. Dla mnie osobiście było to nie dość, że dziwne to jeszcze niesmaczne.  Jeśli nie lubicie jednostronnych debat religijnych lub nawet krótkich dyskusji na facebooku tak z pewnością nie będziecie chcieli czytać o tym temacie na kilkuset stronach powieści. 

I oczywiście opisy. Jak doskonale wiecie opisy dnia codziennego w stylu obrazowania techniki posługiwania się nożem i widelcem, to coś co działa mi na nerwy i sprawia, że niejednokrotnie książka wylądowała w kącie.  Wiało nudą a akcja często stawała w miejscu na dobrych kilkadziesiąt stron. Jednak najbardziej irytujące było opisywanie czyjegoś piękna. Tutaj często autorka wykazywała się brakiem konsekwencji na jednej stronie wychwalając czyjś blask by na następnej nazwać tę samą osobę "brzydką" a piękno ukryć wewnątrz. Czyżby "piękny brzydal"?

Po "Mgłach Avalonu" oczekiwałam naprawdę wiele, dlatego teraz, w momencie kiedy skończyłam przygodę z książką na zaledwie 800 stronie (z ponad tysiąca), jestem bardzo rozczarowana. Brnęłam w tę fabułę z każdą stroną licząc, że w końcu będzie lepiej, jednak oprócz paru dobrych fragmentów, książka trzymała ten sam flegmatyczny i pozbawiony emocji rytm. Jest to jedna z najsłabszych wariacji odnośnie legend arturiańskich, książka obrażająca kobiety i poniekąd fałszująca historię. Doceniam wysiłek jaki autorka włożyła w przygotowanie tak obszernej powieści jednak czuję niedosyt i rozczarowanie. Może nawet epickie.


Tytuł : "Mgły Avalonu"
Autor : Marion Zimmer Bradley
Wydawnictwo : Zysk i S-ka
Data wydania : 4 czerwca 2018
Liczba stron : 1160
Tytuł oryginału : The Mists Of Avalon

Za możliwość przeczytania i zrecenzowania książki serdecznie dziękuję wydawnictwu :

http://www.zysk.com.pl/
 


"Metoda wodna" John Irving

"Metoda wodna" John Irving

     Jest tylko jedno słowo, które w pełni odda charakter tej powieści : wyjątkowa. Choć czytałam parę książek Johna Irvinga ta jest czymś innym, unikatowym, muszę przyznać, że nie spodziewałam się czegoś takiego po jednym z moich ulubionych autorów. Jak każdy z wielkich pisarzy, Irving w swoich początkowych dziełach poszukiwał własnego stylu. "Metoda wodna" jest drugą po debiucie powieścią autora i choć uważny czytelnik dostrzeże pewne nieścisłości i błędy stylistyczne (szczególnie Ci którzy sięgną po powieść w oryginale) to jednocześnie zda sobie sprawę, że czyta geniusza literackiego. To słodka, zabawna historia z niezapomnianymi postaciami i jestem szczerze zdziwiona, że żaden producent filmowy nie połakomił się na ten gotowy scenariusz. Film o książce o kręceniu filmu. 

Doktorant Fred "Blagier" Trumper idzie na konsultację do znanego urologa Jean-Claude Vignerona, ze względu na problemy ze strony układu moczowego, które nękają go od czasu kiedy był nastolatkiem. Będąc dość pesymistycznie nastawionym do zabiegu chirurgicznego postanawia
poddać się nowatorskiej "metodzie wodnej", która ma go raz na zawsze wyleczyć z problemu. Jednak problemy z oddawaniem moczu nie są jedynymi, które dręczą naszego bohatera. Rozpad małżeństwa, uzależnienie od kłamstw, męcząca praca nad tłumaczeniem poematu z języka staro-dolno-nordyckiego to wszystko sprawia, że nasz bohater przeżywa kryzys.

Jak na jedno z pierwszych dzieł przystało , książka nie jest wolna od błędów, które mogą drażnić tych mniej wyrozumiałych czytelników, którzy zaczęli przygodę z Irvingiem od jego nieco późniejszych powieści. Po pierwsze brak tutaj wyraźnych ram czasowych. Autor operuje w przeszłości i teraźniejszości w sposób dość chaotyczny i wymagający od czytelnika nie dość, że pełnego skupienia to jeszcze zmysłu intuicji. Takie podróże w czasie są częstym zabiegiem w literaturze jednak tutaj dochodzi również czynnik przemieszczania się w przestrzeni oraz częsta zmiana sposobu narracji, która wprowadza dodatkowe zamieszanie. Wraz z naszym bohaterem (bohaterami) odwiedzamy Wiedeń, Iowa, Nowy Jork czy stan Maine i muszę przyznać (choć czytałam uważnie), że na początku nie było dla mnie oczywiste kto był kim. Zajęło mi kilka dobrych rozdziałów rozszyfrowanie przedstawionej przez autora chronologii i poznanie głównych bohaterów. W przeciwieństwie do późniejszych książek Irvinga tutaj postacie są mniej rozwinięte a fabuła, choć wiele obiecuje, rozczaruje niejednego czytelnika. A dlaczego? Ponieważ autor przyzwyczaił nas do epickich, monumentalnych dzieł w stylu "Co gryzie Gilberta Grape'a" i bezwiednie będziemy wszystko do nich przyrównywać zapominając, że każdy musiał kiedyś zacząć. 

Cechą dość charakterystyczną dla naszego autora jest kreowanie postaci "wadliwych" i dziwacznych. Niestety widać, że ta umiejętność nie została jeszcze przez niego udoskonalona więc nasi bohaterowie nie są kompletni i do końca ludzcy. Autor, często w jednym zdaniu, posługiwał się różnymi pseudonimami tego samego bohatera. Choć wprowadzało to zbędne zamieszanie to celem Irvinga było podkreślenie braku tożsamości i głębi kreowanych postaci.  
Jak zawsze kluczowym tematem u Irvinga jest  porzucone dzieciństwo i ojcowie, którzy odchodzą lub są po prostu nieobecni. Tym razem to właśnie głos ojca jest motywem przewodnim narracji i to z jego perspektywy poznajemy całą historię. Jednak postać ojca w "Metodzie wodnej" jest postacią w pełni zagubioną, która sama nie jest w stanie zrozumieć pobudek swoich czynów i zachowania. Śmiało można powiedzieć, że to publika, cała rzesza postaci drugoplanowych, pociąga za sznurki naszego głównego bohatera. Trumper nie musi borykać się z żadnymi realnymi konsekwencjami swoich czynów a jego charakter jest po prostu niewiarygodny, spontaniczność czynów sprawia, że bez zastanowienia rzuca się na głęboką wodę by później żałować, jednak w ostatecznym rozliczeniu żyje długo i szczęśliwie. Choć nasz bohater zachowuje się jak dziecko we mgle to jest doskonałym prototypem późniejszych postaci w powieściach autora. Na podstawie "Metody wodnej" możemy analizować proces powstawania irvingowskiego bohatera. Z każdą kolejną książką autor dodaje mu charakterystyczne cechy by w końcu powstał dziwak doskonały. 

Powieść ta z pewnością zostanie w mojej pamięci przez długi czas. Choć nie pozbawiona błędów jest wspaniałym studium ludzkiej porażki i późniejszego odkupienia. Choć nasz główny bohater może irytować, choć to swoiste katharsis wydaje się zbyt łatwe to książka ta oprócz sporej dozy rozrywki, dostarczyła mi tematów do rozmyślań. Z pewnością sięgnę po inne, wcześniejsze dzieła Johna Irvinga gdyż wierzę, że kryją się wśród nich drogocenne skarby. Co wam również polecam. 

Tytuł : "Metoda wodna"
Autor : John Irving
Wydawnictwo : Prószyński i S-ka
Data wydania : 29 maja 2018
Tytuł oryginału : The Water-Method Man

Za możliwość przeczytania i zrecenzowania książki serdecznie dziękuję wydawnictwu :


http://www.proszynski.pl/



"Laleczki" Anna Snoekstra

"Laleczki" Anna Snoekstra

     Wprost uwielbiam książki, których akcja toczy się w Australii. Gorący klimat, wielki kontynent-wyspa, którego przeważająca część to spalony słońcem interior nie tknięty ludzką działalnością. Aussie zawsze mnie fascynowała, dlatego wprost nie mogłam sobie darować i nie sięgnąć po książkę Anny Snoekstra. Choć określona mianem thrillera powieść zakwalifikowałabym do gatunku książek obyczajowych, to muszę przyznać, że stworzony przez autorkę mroczny, klaustrofobiczny klimat małego miasteczka podziałał na moją wyobraźnię.  Niestety, choć na końcu fabule udało się wybronić, to nie obyło się bez zgrzytów. No a kto lubi czytać, czując piasek między zębami?

Rose, dwudziestoletnia kelnerka z małej australijskiej miejscowości, ma jedno marzenie. Jest nim
wyrwanie się z miejsca swoich narodzin i rozpoczęcie kariery dziennikarskiej w wielkim świecie. Niestety jej prośba o staż zostaje odrzucona.
Pewnego dnia dziewczyna dowiaduje się, że część rodzin znalazła na progu swoich domów laleczki do złudzenia przypominające ich pociechy. W mieście wybucha panika. Rose w tym całym zamieszaniu dostrzega dla siebie szansę. Postanawia napisać artykuł, w którym sugeruje, że zabawki mogą być dziełem pedofila, który w ten sposób oznacza swoje przyszłe ofiary. Wydrukowany przez jedną z plotkarskich gazet artykuł przysparza dziewczynie wrogów, niektórzy uważają, że ze względu
na prowadzone na własną rękę śledztwo, zasłużyła na karę.

Nic nie denerwuje mnie bardziej niż brak konsekwencji autorów powieści i ich edytorów. Nawet jeśli fabuła jest mistrzowska a bohaterowie bardziej realni niż nasza najbliższa rodzina, to jeśli w tekście roi się od zwykłych błędów merytorycznych, których naprawienie zajęłoby dosłownie parę sekund, to otwiera mi się nóż w kieszeni, a czytanie zamiast być rozrywką staje się pogonią w poszukiwaniu kolejnych nieścisłości. Niestety. "Laleczki" są doskonałym przykładem braku jakiejkolwiek pracy edytorskiej. Choć zazwyczaj nie podaję przykładów tym razem zmieniłam zdanie by przyszli czytelnicy zdali sobie sprawę jak mało wysiłku wymagało ich poprawienie. Gdzieś na pierwszych stronach książki autorka opisuje nasze senne miasteczko jako : wystarczająco duże by na ulicach nie wpadać na samych znajomych. Kilkadziesiąt stron później nasza bohaterka przyznaje, że zna tutaj każdego. Ta sama osoba wchodzi do budynku ratusza by skorzystać z jedynego w mieście dobrodziejstwa jakim jest klimatyzacja, fakt ten zostaje podkreślony dwukrotnie. Okazuje się, że generatorów chłodu przybywa z dnia na dzień, klimatyzacja pojawia się również na stacji benzynowej i w restauracji. Policja tłumaczy się z braku postępów w śledztwie brakami kadrowymi, kiedy na praktycznie każdej stronie powieści stróże prawa nie zajmują się niczym innym jak picie piwa w lokalnej spelunie  zamiast zajmować się pracą operacyjną. Takich przykładów nieścisłości i luk w fabule można mnożyć w nieskończoność.

Teraz skupmy się na samej fabule. Może was zaskoczę, patrząc na recenzje innych czytelników, ale "Laleczki" napisane zostały z pomysłem i fantazją a samo zakończenie książki było dla mnie zaskakujące i ukazało, że autorce w przekonujący sposób udało się połączyć wszystkie z pozoru do siebie nie pasujące wątki a nawet wykazać się sporą dozą sarkazmu i sprytu w rozwiązaniu zagadki. Część recenzentów zarzuca książce zbytnią obyczajowość, nudę i przewidywalność. Owszem, pierwsza połowa książki stanowi część opisową, w której poznajemy naszych głównych bohaterów, ich wzajemne relacje i miejsce w którym przyszło im żyć, choć bardziej pasuje tutaj słowo egzystować. W tej części autorka powoli buduje suspens i klimat naszej powieści. Dowiadujemy się o tajemniczym pożarze budynku sądu, spojrzymy w oczy pojawiającym się na wycieraczkach laleczkom i wpadniemy na ukrytego za zrobioną z papierowego talerzyka maską, nastolatka. Naszym oczom ukaże się zamknięta społeczność, która powoli staje się ofiarą zbiorowej paranoi. Do tej pory ufający sobie sąsiedzi zamkną się za drzwiami własnych domów, za szczelnie zasłoniętymi żaluzjami. Na jaw zaczną wychodzić głęboko skrywane rodzinne sekrety. Ci którzy wydawali nam się dobrzy, pokażą swoje prawdziwe twarze. I kiedy czytelnik dochodzi do momentu, kiedy jest w pełni skonfundowany autorka wrzuca drugi bieg. Fabuła przyśpiesza, książka obyczajowa zmienia się w rasowy thriller, zwroty akcji są emocjonujące jak naciskanie spustu w rosyjskiej ruletce, a wszystko to zmierza do punktu kulminacyjnego, którego nie byłam w stanie przewidzieć. Jednym słowem : rewelacja.

Jednak prawdziwą bohaterką naszej książki jest Rose i jej marzenie : dziennikarska kariera. "Laleczki" to historia ambicji młodej dziewczyny, która nie cofnie się przed niczym by osiągnąć sukces. Rose poniekąd przypomina mnie samą jeszcze kilka lat wstecz, kiedy moje marzenia były świeże i wierzyłam że jestem w stanie je spełnić. Choć nie pochodzę z małej miejscowości a dużego miasta, choć rodzice nie wyrzucili mnie z domu i mi pomagali dzięki czemu miałam ułatwiony start w życiu, to jestem w stanie wejść w buty naszej bohaterki, poczuć klaustrofobiczny klimat małej miejscowości, poczuć rutynę dnia codziennego, widzieć ciągle te same twarze. Będąc Rose zrobiłabym wszystko byle tylko uciec z Colmstock. Zostawić rodzinę i przyjaciół, spakować walizkę i rzucić się na głęboką wodę.
Kolejnym głównym bohaterem jest samo australijskie miasteczko i jego społeczność. Colmstock, po zamknięciu fabryki samochodowej, pogrążyło się w marazmie, a jego mieszkańcy w oparach alkoholu i kryształkach metamfetaminy. Kiedyś porządne rodziny stały się patologiczne, homofobia jest na porządku dziennym a na wszystkich przyjezdnych pada cień podejrzliwości. Jest to miejsce gdzie kwitnie przestępczość, służby cywilne są skorumpowane a wszelkie śledztwa prowadzone
nieumiejętnie.Autorka w obrazowy sposób opisała przemianę ludzkiej psychiki ze względu na zmieniające się warunki otoczenia. W momencie kiedy nie istnieje żadna wizja przyszłości, nie ma pracy, perspektyw i pieniędzy ludzie się degenerują. Rutyna i nuda jest zabójcza dla naszego umysłu, wyzwala zwierzęce instynkty i pcha człowieka na ścieżkę przemocy. Istota ludzka staje się brutalna, szuka tanich podniet i zastrzyku adrenaliny. Żyję w mieście gdzie całe dzielnice zdegenerowanych ludzi egzystują z dnia na dzień będąc wrzodem na wizerunku miasta. Choć wielu taki obraz może się wydać przesadzony ja go kupiłam, wierząc że krach ekonomiczny może doprowadzić do ruiny małe społeczności a ich populację zmienić w krwiożercze zombie. 

"Laleczki" to dobrze nie tylko zaskakująca fabuła, to również książka opowiadająca pewną historię, historię która mogłaby stać się udziałem każdego z nas, gdyż krachy ekonomiczne, w dzisiejszych czasach, są na porządku dziennym. Ta napisana prostym, często brutalnym, językiem powieść zabiera nas w najmroczniejsze zakamarki ludzkiej duży ukazując jej zwierzęce oblicze. Z kart książki wyłania się pesymistyczny obraz człowieka jako jednostki kierującej się w życiu popędami, często zmierzającej do celu po trupach. I niestety jest to obraz prawdziwy. Choć nie pozbawiona błędów, powieść dostarczyła mi sporo rozrywki a na koniec przyszedł również czas na zadumę. Polecam.


Tytuł : "Laleczki"
Autor : Anna Snoekstra
Wydawnictwo : HarperCollins Polska
Data wydania : 11 kwietnia 2018
Liczba stron : 336
Tytuł oryginału : Little Secrets


Za możliwość przeczytania i zrecenzowania książki serdecznie dziękuję wydawnictwu :



"Ułamek sekundy" Douglas E. Richards

"Ułamek sekundy" Douglas E. Richards

     Już myślałam, że gatunek jakim jest techno-thriller stracił na popularności i jedynie Michael Crichton samotnie walczy na tym jałowym polu. I kiedy już straciłam wszelką nadzieję w moje ręce wpadła książka nieznanego mi autora Douglasa E. Richardsa "Ułamek sekundy". Nie dość, że jest to połączenie literatury naukowej z wartką akcją, to jeszcze fabuła krąży wokół podróży w czasie, tematu który od zawsze wzbudzał moje zainteresowanie. Najbardziej jednak fascynujące jest to, że wehikuł czasu może się cofnąć zaledwie o pół sekundy. Czy taka podróż w czasie w ogóle ma sens? Richards pokazał nam, że ta nowoczesna technologia może okazać się zabójcza i w konsekwencji doprowadzić do zniszczenia naszej planety i gatunku ludzkiego. 

Po powrocie z tygodniowej wizyty u siostry, Jenny wraca do domu gdzie czeka na nią podekscytowany małżonek. Nathan Wexler jest światowej sławy fizykiem i podczas nieobecności swojej żony dokonał odkrycia, które zrewolucjonizuje świat, odkrycia na miarę Nagrody Nobla. Kiedy podczas uroczystej kolacji pragnie podzielić się z Jenny swoimi obliczeniami, niespodziewanie do ich domu wkracza czwórka uzbrojonych ludzi. Małżeństwo zmuszone jest opuścić mieszkanie i wraz z napastnikami udać się do stojącej na ulicy ciężarówki. W drodze do celu samochód zostaje zaatakowany przez nieznanych sprawców. Prawie nikomu nie udaje się przeżyć. 

Choć książkę ukończyłam już parę dni temu to dość długo się zastanawiałam jak powinna wyglądać
moja recenzja. Choć mi osobiście "Ułamek sekundy" przypadł do gustu to dostrzegłam w niej rzeczy, które będą przedmiotem krytyki innych czytelników. Pierwszą rzeczą jest sam gatunek powieści jakim jest techno-thriller , a na pewno nie jest to gatunek dla każdego. Jak mówi nam Wikipedia jest
to połączenie thrillera szpiegowskiego, powieści wojennej z science fiction. W przypadku "Ułamka sekundy" dość duży nacisk położony jest właśnie na element fantastyki, a mowa tutaj o szczególnej formie podróży w czasie. Wydawać by się mogło, że cofnięcie się o pół sekundy nie będzie miało żadnego wpływu na naszą rzeczywistość, przejdzie bez echa i choć ciekawe, z punktu widzenia nowoczesnych teorii fizyki, to nie znajdzie żadnego użytecznego zastosowania. Okazuje się, że jest inaczej, a stworzony do tych celów wehikuł czasu może się okazać bronią będącą w stanie zniszczyć świat. Jak przyznaje sam autor (w notce na końcu książki) spędził on długie godziny na zgłębianiu tematu podróży w czasie i tych praw fizyki, którymi posiłkował się podczas pisania powieści. Ten głęboki "research" doprowadził do powstania ciekawej książki, która w przystępny sposób opowiada nam o problemach związanych z podróżami w czasie i przestrzeni. Wiedząc, że nie każdy czytelnik jest geniuszem fizyczno-matematycznym całą swoją nabytą wiedzę autor wplótł w dialogi pomiędzy bohaterami. Niektórzy właśnie te fragmenty krytykują najbardziej, dowodząc że mamy do czynienia z przerostem formy nad treścią i zanikiem dynamiczności fabuły. Nasi bohaterowie zamiast działać rozmawiają, a ich rozmowy, choć prowadzone prostym językiem, nadal bywają niezrozumiałe dla czytelnika. Osobiście się z tym nie zgadzam. Czytając książkę (jakąkolwiek), uważam że warto poświęcić jej czas, tak jak autor spędził miesiące na jej pisaniu, tak my powinniśmy wykazać należyty szacunek dla jego pracy. Jeśli czegoś nie rozumiemy, powinniśmy na własną rękę zgłębić temat, do czego Richards nas zresztą zachęca, a nie narzekać, że coś jest "zbyt trudne". Po drugie, w przypadku tej książki, opisanie pewnych zachowań i procesów, było jedyną możliwością wyjaśnienia dalszego rozwoju fabuły. Bez tego całość byłaby wybrakowana a fala krytycyzmu jeszcze większa. 

Choć, jak pisałam wyżej, dość obszerne fragmenty książki to dialogi, nie brakuje tutaj wartkiej akcji, pełnej nieoczekiwanych "twistów". Już sam początek powieści rozpoczął się od wielkiego "BUM" jakim było zabójstwo światowej sławy fizyka, choć byłam święcie przekonana , że będzie on jednym z głównych bohaterów. Po tym wydarzeniu jego żona Jenny oraz zatrudniony przez nią prywatny detektyw Aaron i naukowiec Dan, muszą uciekać przed organizacjami zbrojnymi, których głównym celem jest dotarcie do ostatniego wynalazku zabitego Nathana Wexlera. Pogrążona w żałobie kobieta w ułamku sekundy musi się stać odważną heroiną, która zrobi wszystko by przeżyć i pomścić swojego męża. Emerytowany żołnierz służb specjalnych musi przypomnieć sobie całe swoje przeszkolenie by przewidzieć zastawione na nich pułapki a nieświadomy niczego naukowiec użyć całej swojej dotychczasowej wiedzy by naświetlić sytuację w jakiej się znaleźli. Brzmi ciekawie prawda? Oczywiście dla niektórych nasze postaci okażą się naiwne i nieco naciągane (szczególnie w przypadku Jenny), jednak mamy w końcu do czynienia z thrillerem, a główną cechą tego gatunku jest wartka akcja z dreszczykiem emocji, więc możemy wybaczyć autorowi, że zbytnio nie zgłębiał psychiki swoich bohaterów. 

Muszę przyznać, że "Ułamek sekundy" jest książką, która w pełni pochłonie czytelnika. Choć dialogi często przywodzą na myśl średniej klasy młodzieżówkę, a humor żarty rodem z Familiady, to każda strona przesycona jest jeśli nie akcją to ciekawymi faktami z dziedziny fizyki. Autor aby sprawić by ta wiedza była bardziej przystępna posiłkuje się przykładami ze znanych nam filmów, takich jak "Powrót do przyszłości" czy "Star Trek". Dodatkowo smaczku powieści dodaje fakt, że nasza fabuła
jest czymś nowatorskim, autor nie boi się zabijać nawet głównych bohaterów (i nie mówię o tym co wiadomo już na samym początku książki) a zakończenie powieści jest zaskakujące. 

Książka stawia czytelnikowi mnóstwo pytań, w tym wiele ważnych dotyczących ludzkiej moralności i trudnych wyborów, które w przyszłości mogą przed nami stanąć. Czy moralnym jest poświęcenie tysięcy ludzi by mogła przeżyć jednostka? Czy grozi nam Idiokracja? Po przeczytaniu tej powieści mam dość mieszane uczucia odnośnie nowych technologii. Richards naświetlił mi problem, z którego nie zdawałam sobie sprawy. Jednak teraz wiem, że niektóre wynalazki lepiej żeby pozostały "nie odkryte". Polecam wszystkim fanom podróży w czasie jak i miłośnikom thrillerów z wartką akcją.

Tytuł : "Ułamek sekundy"
Autor : Douglas E. Richards
Wydawnictwo : NieZwykłe
Data wydania : 4 kwietnia 2018
Liczba stron : 470
data oryginału : Split second

Za możliwość przeczytania i zrecenzowania książki serdecznie dziękuję wydawnictwu : 




"Siła" Naomi Alderman

"Siła" Naomi Alderman

     Ta książka, co zresztą sugeruje sam tytuł, to prawdziwa twarda sztuka. Rzadko się zdarza, bym po lekturze miała tak mieszane uczucia. Sam pomysł na fabułę jest z pewnością nowatorski i intrygujący jednak sama powieść nie do końca mnie porwała. Autorka przedstawia nam pewien dystopijny obraz świata, w którym to mężczyźni, żyją w ciągłym strachu o swoje bezpieczeństwo. Autorka zastanawia się, jak takie przewartościowanie, wpłynęłoby na społeczeństwo i dotykające je problemy, poczynając od terroryzmu na religii kończąc. "Siła" to z pewnością wybuchowa mieszanka fascynujących pomysłów jednak wszystko to zostało podane w zbyt uproszczonej formie. Często odnosiłam wrażenie, że autorka zbyt mocna skupiła się na analizie problemu kosztem rozwoju fabuły.

Roxy to twarda dziewczyna, pochodząca z wpływowej gangsterskiej rodziny, Tunde po lekcjach dziennikarstwa lubi się relaksować nad basenem, Margot to polityk o wielkich aspiracjach samotnie wychowująca nastoletnią córkę a Allie to młoda dziewczyna wychowująca się w zastępczej rodzinie, lecz jej przybrani rodzice nie są do końca tym za kogo się podają. Roxy, Tunde, Margot i Allie prowadzą stosunkowo normalne życie do czasu kiedy odkrywają w sobie nadprzyrodzone zdolności. Otóż okazuje się, że wszystkie kobiety, bez względu na wiek, wykształcenie i umiejętności, są w
stanie stworzyć impuls elektryczny, który jest w stanie skrzywdzić lub nawet zabić potencjalną ofiarę. Świat wywraca się do góry nogami. Kobiety przejmują całkowitą władzę, zarówno polityczną i wojskową. Czy taki stan rzeczy doprowadzi do globalnej katastrofy? 

Nowy świat poznajemy z czterech różnych perspektyw, widzimy go oczami naszych głównych bohaterek, z których każda pochodzi z innego środowiska, wychowała się w innej kulturze i boryka się z innymi problemami. Jedne opowieści były lepsze, drugie gorsze, jednej bardziej interesujące, drugiej mniej, często też wiało nudą. Autorka z pewnością miała ciekawy pomysł. Zadała czytelnikowi pytanie : Jak by to było gdyby kobiety przejęły władzę nad światem? Wydawać by się mogło, że jako istoty delikatniejsze, bardziej uczuciowe i kierujące się w życiu empatią, przedstawicielki płci pięknej stworzyłyby świat idealny, bez wojen, krzywd i cierpienia. Jednak świat w wizji Aldreman, podobnie jak ten rządzony przez mężczyzn, jest brutalny. Kobiety, które dorwały się do władzy, dokończyły proces feminizacji i w przeciągu kilku dni system z patriarchatu przekształcił się w często brutalniejszy matriarchat. Kobiety miały pełną władzę i nie bały się z niej korzystać, często nie bacząc na konsekwencje. Zerwały się jak pies z łańcucha, którego jedynym celem jest zemsta na swoich długoletnich ciemiężycielach. 
Przez większość książki odnosiłam wrażenie, że autorka zbyt mocno skupiła się na przedstawieniu samego konceptu "nowego świata" niż na opowiedzeniu historii. Początek był naprawdę fascynujący, moment jak kobiety odkryły drzemiącą w sobie moc, rozbudził moją ciekawość. Zaczęłam zadawać sobie pytania o przyszłość świata i jego wizję. W mojej głowie pojawiały się obrazy i hipotezy. Potem (niestety) było już tylko gorzej, by w pewnym momencie fabuła stanęła w miejscu. Rozdziały zdawały się być przeciągane, akcja niby się toczyła jednak bez widocznego celu czy kierunku. Jedynie Allie i jej głęboko zakorzeniona w religii perspektywa, ciągle mnie do siebie przyciągała. Niestety w połowie książki inni bohaterowie zupełnie stracili moje zainteresowanie. 

Jednak największym mankamentem powieści był fakt, że niektóre części książki były zbyt uproszczone. Jestem osobą, która interesuje się polityką. Oglądam wiadomości, czytam gazety, a do tego mieszkam w kraju gdzie mniejszość muzułmańska jest dość liczna a co za tym idzie obserwuję ich kulturę na ulicy czy nawet w pracy. Ciężko mi uwierzyć, by saudyjskie kobiety, nawet po otrzymaniu tak przerażającej fizycznej mocy, chętnie wszczęłyby bunt. Należy pamiętać, że pewnych zachowań i przyzwyczajeń nie da się wyrugować w przeciągu paru dni. Kobiety te przez setki a nawet tysiące lat były zależne od swoich mężczyzn. Żyły w krajach gdzie panowało restrykcyjne prawo szariatu. Nawet w dzisiejszych czasach, choć zmiany następują, to są one bardzo powolne. Naomi Alderman udało się zmienić mentalność muzułmanek dosłownie w ciągu jednej godziny. Autorka nawet się nie zastanowiła czy te kobiety chcą zmiany. Po prostu wsadziła je do jednego worka z Europejkami i Amerykankami. Kazała im zrzucić ubranie, wyjść na ulicę i szukać "wolnego" sexu z przypadkowymi mężczyznami. Seriously? Nawet dla mnie, choć wychowana jestem w liberalnej kulturze Zachodu, jest to obraźliwe. Nie da się odrzucić praktyk kulturowych w kilka dni. 

"Siła" z pewnością nie jest łatwą do zrozumienia (i czytania) powieścią. Nie ma tutaj bogatej eksploracji postaci, nawet sam temat ucisku i uprzedzeń, na którym skupiła się autorka, nie został wyczerpany do samego końca. To właśnie jej prosty tytuł dokładnie sugeruje z czym będziemy mieli do czynienia. Książka choć stawia sporo pytań, nie daje nam jednoznacznych odpowiedzi i moim zdaniem jest to jej największą zaletą, gdyż zmusza czytelnika do samodzielnego myślenia. Jest pouczająca ale nie dydaktyczna. Nie ma łatwej odpowiedzi na pytanie w jaki sposób władza psuje jednostkę. Nie ufałabym żadnej książce, która dałaby mi jednoznaczną odpowiedź na to pytanie. Po przeczytaniu jedno wiem na pewno : problemem nie są mężczyźni. Problemem nie są kobiety. Problemem są ludzie. 


Tytuł : "Siła"
Autor : Naomi Alderman
Wydawnictwo : Marginesy
Data wydania : 9 maja 2018
Liczba stron : 400
Tytuł oryginału : The Power
"Wymiary mroku" Tomasz Hildebrandt

"Wymiary mroku" Tomasz Hildebrandt

     Zgadniecie co przekonało mnie do sięgnięcia po tę książkę? Jej wprost rewelacyjna, przyciągająca wzrok, mroczna okładka. Wcześniej nie słyszałam ani o tym tytule, ani o samym autorze. Dopiero potem zobaczyłam, że tytuł okraszono patronatem lubimyczytac.pl a czytelnicy w swojej ocenie byli łaskawi dzięki czemu uzyskała prawie 8 gwiazdek. Choć autor posiłkował się historią prawdziwą, dzięki czemu inspirowana fabuła od samego początku biegła wyznaczonym torem, to absolutnie brak tutaj przewidywalności. Od samego początku autor wciąga nas w las zbrodni, polskiej zaściankowości, morderstw, kaszubskiej mentalności i braku nadziei na lepsze jutro. Nie każdemu przypadnie do gustu fakt, że pesymizm z jakim autor opisuje polskie realia, jest obecny na każdej stronie. Ale my Polacy już tak mamy a zamartwianie się, martyrologia i wieczne narzekanie są częścią naszej natury. Lecz powiem jedno : na tę powieść narzekać nie będziecie.

Na kilka dni przed obchodami Nocy Świętojańskiej w Borach Tucholskich dochodzi do porwania młodej dziewczyny. Tej samej nocy z pobliskiego szpitala psychiatrycznego ucieka pacjent, a w lesie odnalezione zostają zwłoki kobiety. Na miejscu zdarzenia zjawia się nadkomisarz Andrzej Bondar oddelegowany z Komendy Rejonowej w Gdańsku. Niestety ciało denatki zostaje porwane przez rzekę i śledztwo utyka w miejscu. Jednak nie na długo. Już następnego dnia odnalezione zostaje kolejne ciało. Asystująca Bondarowi Jagna Suchocka jest przekonana, że w okolicy grasuje seryjny morderca.

W latach 1976-1983 na terenie Borów Tucholskich, okolic Gdańska, Malborku i Starogardu Gdańskiego, grasował jeden z najbardziej znanych polskich seryjnych morderców : Paweł Alojzy Tuchlin. To właśnie postać tego psychopaty zainspirowała Tomasza Hildebrandta do napisania "Wymiarów mroku". Mężczyzna oskarżony został o zabicie 9 kobiet i usiłowanie zabójstwa kolejnych 10 ofiar. Złapany za kradzież drewna i parnika , przewieziony został na obserwację psychiatryczną do Szczecina. W toku śledztwa przyznał się do popełnionych czynów i został skazany na karę śmierci. Wyrok wykonano w 1987 roku. Paweł Alojzy Tuchlin, nazywany przez policjantów "Skorpionem" został powieszony w areszcie śledczym w Gdańsku. Po egzekucji obcięto mu głowę, która wsadzona została do słoja z formaliną. Słój ten po pewnym czasie zaginął.
Fabuła książki opiera się na działaniach naśladowcy Pawła Tuchlina, mordercy grasującego w Borach Tucholskich, którego ofiarami są młode kobiety. Narzędziem zbrodni, podobnie jak w przypadku pierwowzoru, jest młotek. Myślicie, że zdradziłam wam zbyt wiele? Nic z tego. Oprócz tego, że praktycznie od samego początku autor daje nam do zrozumienia kto jest mordercą, książka posiada mnóstwo wątków pobocznych, zwrotów akcji, ciekawych, skrywających tajemnice postaci i co najważniejsze : ukryte drugie dno. Na samym początku miałam wrażenie powtarzalności : kolejna noc, kolejna ofiara, kolejne uderzenie młotkiem i policyjne śledztwo. Jednak wraz z rozwojem fabuły, wraz z pojawianiem się coraz to nowych bohaterów i wątków w śledztwie, czułam że autor szykuje mi niespodziankę, która będzie dla mnie ogromnym zaskoczeniem. I przyznam szczerze, zakończenie książki wyrwało mnie z butów, takiego zwrotu o 180 stopni się nie spodziewałam. Brawo Panie Tomaszu.

Kolejną rzeczą wyróżniającą tę książkę (oraz zapewne styl autora) jest brak chociażby jednej pozytywnej postaci. A bohaterów jest naprawdę wielu. Z początku mnie to drażniło. Zawzięcie szukałam jakichkolwiek cech, które wzbudziłyby moją sympatię - niestety na próżno. Czy to oznacza, że nasi bohaterowi są przerysowani czy wręcz karykaturalni? Ależ nie. Moim zdaniem panteon postaci stanowi pewien symbol, stereotyp.Są oni dokładnie tacy jakimi powinni być w naszej wyobraźni ludzie z małych miejscowości czy wsi.Są to lokalni patrioci, ludzie którym się już nie chce szukać szczęścia w życiu, jednostki złamane brakiem widoków na przyszłość, dla których każdy dzień jest kontynuacją poprzedniego. Ludzie w większości bezrobotni, z nałogami, patologiczne rodziny gdzie kazirodztwo, gwałty i przemoc są na porządku dziennym. Autor stara się nam unaocznić, że wiejska mentalność jest inna, istnieje większe społeczne przyzwolenie na pewne zachowania, które w aglomeracjach miejskich byłyby ścigane przez prawo. To las, to bory ich ograniczają, duszą i nie pozwalają wyrwać się z marazmu, generując kolejne pokolenia degeneratów. 
Ciekawą postacią, aczkolwiek równie ponurą jak reszta, jest Andrzej Bondar. Ten doświadczony przez los komisarz, któremu zaledwie roku brakuje do przejścia na emeryturę, jest postacią dość specyficzną, można nawet go nazwać antybohaterem. Jest to człowiek, który znudził się swoją pracą, a jednocześnie szuka poklasku dla swoich dokonań, człowiek mający duże potrzeby seksualne, traktujący kobiety przedmiotowo. Odważny tchórz, który w dochodzeniu kieruje się intuicją a często i szóstym zmysłem, choć tego wątku autor nie rozwinął. W książce mamy za to dużo odniesień do poprzedniego tomu cyklu. Nie czytałam "Gór umarłych" i czasami tego żałowałam. Zastanawiałam się co takiego się wydarzyło w Bieszczadach o czym nasz bohater nie może zapomnieć. Z jednej strony ta niewiedza była denerwująca z drugiej zmotywowała mnie by koniecznie sięgnąć po poprzednią książkę o Bondarze. 

Tomasz Hildebrandt widzi świat w ciemnych, niemalże czarnych barwach, i ma to odbicie w jego powieści. Kaszuby, Bory Tucholskie, polski zaścianek, jeziora, wsie i małe miejscowości wszystko to pokryte jest zgnilizną, zapomniane i skazane na wymarcie. Ludzie są jak zombie, jak śnięte ryby, dla których podstawą egzystencji jest butelka jabola i serial w telewizji. Jeśli ktoś pracuje to narzeka na swoją pracę, jeśli nie ma pracy to znajdzie inny powód do narzekania. Język powieści jest liryczny w swojej prostocie choć często wulgarny, dosadny i mroczny. Przypuszczam, że ten pesymizm i malkontenctwo stylu nie każdemu przypadnie do gustu. Ciężko czytać powieść, która każdym swoim zdaniem wprost wykrzykuje krytykę. Ja przyzwyczajona  do ciężkiej prozy Żulczyka czy wulgaryzmów Vargi, kupuję i Tomasza Hildebrandta wraz ze wszystkimi jego wymiarami mroku. 

"Wymiary mroku" to stylowo ciężka do udźwignięcia powieść, raczej dla czytelników których trudno jest zbulwersować. Autor w dosadny sposób opowiada o prostytucji, kazirodztwie, sexie i przemocy. Widziany w czarnych barwach, lekko podkolorowanych krwią ofiar, świat Borów Tucholskich to miejsce gdzie rozgrywa się zaskakujący scenariusz zdarzeń. Hildebrandt napisał świetnie skomponowany kryminał z elementami thrillera i powieści obyczajowej, od którego (pomimo ciężkiego początku) trudno jest się oderwać. Polecam. 

Tytuł : "Wymiary mroku"
Autor : Tomasz Hildebrandt
Wydawnictwo : Muza S.A
Data wydania : 2 maja 2018




Copyright © 2014 CZYTANKA NA DOBRANOC , Blogger