"Wszystkie nasze obietnice" Colleen Hoover

"Wszystkie nasze obietnice" Colleen Hoover

     Kiedy rzecz dotyczy książek bardzo ciężko jest mi dotrzymać złożonej obietnicy. Tak było i w tym przypadku. Jakiś czas temu miałam wątpliwą przyjemność zmierzenia się z jedną z poprzednich książek Colleen Hoover, "Maybe someday". Po tym spotkaniu obiecałam sobie, że nigdy więcej nie sięgnę po twórczość tej autorki. Dosłownie dostałam literackiej zgagi a czkawką odbijało mi się przez kilka kolejnych dni. Jednak jak to w życiu bywa, za namową przyjaciółki postanowiłam sprawdzić czy Hoover ewoluowała, dojrzała i nabrała pisarskiej ogłady. Teraz, kiedy piszę tę recenzję, a po moich policzkach ciekną świeże łzy, wiem że decyzja o drugiej szansie była słuszna. "Wszystkie nasze obietnice", choć nadal pełna irytujących motywów i bohaterów, jest jedną z najbardziej emocjonalnych książek jakie przeczytałam w tym roku. Autorka dała mi w twarz, kopnęła w brzuch a na dokładkę mocno mną potrząsnęła. Zdecydowanie powieść ta jest perełką w morzu konkurentek, romansem opowiadających prawdziwą, ważną i niezwykle współczesną historię pewnego związku. 

Queen i Graham są małżeństwem od kilku lat. Oboje się poznali tuż po rozstaniu ze swoimi ówczesnymi partnerami. Od tamtego czasu są zawsze razem. Para przysięgała sobie miłość, wierząc, że wspólnie poradzą sobie z wszelkimi przeciwnościami losu. Ma to upamiętniać szkatułka, którą Graham podarował ukochanej w dniu ślubu. Choć z zewnątrz ich związek może wydawać się szczęśliwy to pojawiła się rysa na jego wizerunku. Od kilku lat para bezskutecznie stara się o dziecko. Jednak starania te są bezowocne. Kobieta wpada w depresję a związek dosięga widmo kryzysu. Czy jest jeszcze szansa na uratowanie tego małżeństwa?

"Wszystkie nasze tajemnice" porusza niezwykle ważny i jednocześnie drażliwy temat bezpłodności, czy  problemów z poczęciem. Nasze społeczeństwo się starzeje. Ludzie zamiast dzieci wybierają karierę, pieniądze, sławę. Często decydują się na bycie singlem twierdząc, że nie mają czasu na poważne związki. Jednak przychodzi taki okres w życiu większości , kiedy pragniemy założyć rodzinę, myślimy o własnym gniazdku, dzieciach i psie. Rząd kusi nas różnego rodzaju programami socjalnymi jak 500 plus czy mieszkanie dla młodych, rodzice coraz częściej zaczynają pytać o wnuki, a facebook nieubłaganie przypomina o kolejnych narodzinach, tym razem u koleżanki ze szkolnej ławy. Często praktycznie do samego końca odkładamy decyzję o dzieciach. Lekarze nam mówią, że jeszcze czas, że jajeczek jest wciąż dużo. Pewnego dnia nadchodzi ten dzień. Jest romantyczna kolacja, upojny sex, suplementy diety i zdrowe odżywianie. Teraz trzeba tylko czekać. Więc czekamy. Miesiąc, dwa, pół roku... Wtedy jeszcze lekarze są dobrej myśli. Z miesiąca na miesiąc coraz bardziej tracimy nadzieję. Dochodzi do kłótni z partnerem, wpadamy w depresję, chwytamy się ostatnich desek ratunku jak ziółka od znanego znachora czy astrologia. Autorka w znakomity,niezwykle przekonujący sposób, ukazała bolesny proces starania się o dziecko. Choć nie wszystko to, co robiła Queen spotykało się z moją aprobatą, tak przez cały czas jej współczułam, płakałam nad jej losem, cieszyłam się z wspomnień i martwiłam przyszłością. Kobieta ze wszech stron była atakowana przez ludzi, zdziwionych faktem, że jeszcze nie została matką. Media społecznościowe ją drażniły, gdyż pełne były zdjęć uśmiechniętych maluchów, rodzina wywierała na nią presję, a mąż się odsunął. Analizując sytuację Queen, zdałam sobie sprawę że nasze społeczeństwo nadal jest patriarchalne, szowinistyczne. Kobieta postrzegana jest przez pryzmat szerokich bioder i dużych piersi. Te które nie mogą, lub nie chcę mieć dzieci traktowane są jak towar gorszego sortu. Choć macierzyństwo jest głęboko zakorzenione w naszym społeczeństwie tak nadal jest tematem tabu. Ludzie nie chcą o nim rozmawiać, ukrywają przed światem zarówno próby zajścia w ciążę jak i niepowodzenia. Nikt obcy im przecież  nie pomoże. Zresztą to wstydliwy temat, świadczący o ułomności kobiety. Ciszę się, że Colleen Hoover go podjęła. Na przykładzie swojej bohaterki pokazuje, że należy dzielić się swoimi problemami, szukać pomocy, póki nie jest za późno, póki jest jeszcze coś do uratowania. Troszkę żałuje, że Queen nie skorzystała na rozmowie z psychologiem. Moim zdaniem terapia w takich przypadkach jest jak najbardziej wskazana. Żałuję również, że mąż którego znała od lat, tak łatwo się poddał, nie zauważył pogarszającego się stanu zdrowia kobiety. Wierzcie mi, marzenia których nie możemy spełnić , mogą mieć bardzo zły wpływ na nasze zdrowie a nawet życie. 

Czy kiedykolwiek zdarzyło wam się być w związku, który się skończył pomimo tego, że uczucie trwało nadal? Na to rozstanie mogły mieć wpływ okoliczności lub osoby trzecie. Właśnie w takiej sytuacji znajdują się główni bohaterowie powieści. Choć ich małżeństwo nadal istnieje, to śmiało można powiedzieć, że znajduje się w stanie agonalnym. Czuć tu miłość jednak brak bliskości, komunikacji i zrozumienia. Partnerzy z dnia na dzień coraz bardziej się od siebie oddalają. Autorka miała ciekawy pomysł na narrację, w jednych rozdziałach cofamy się lata wstecz, w innych wracamy do teraźniejszości. To co dzieje się "dziś" jest przerażające, dramatyczne i wzruszające. Często ładunek emocjonalny ukryty między słowami ma taką energię, że ciężko powstrzymać łzy. To wyskoki w przeszłość, do czasów kiedy Queen i Graham się poznali, są doskonałą odskocznią od tragizmu teraźniejszości. Poznając naszych bohaterów zdajemy sobie sprawę, że są dla siebie stworzeni. Czujemy ich miłość, przyciąganie, widzimy przeskakujące pomiędzy nimi iskry pożądania. Byli idealną, wzorcową parą, dlatego tym ciężej jest patrzeć na nich "po latach". To nie są Ci sami ludzie. Niemożność spłodzenia potomka czy zajścia w ciążę jest powodem frustracji, która może doprowadzić do rozpadu związku. Wiadomo, że to kobiety reagują bardziej emocjonalnie, często zwalają winę na mężczyzn lub wręcz przeciwnie, samobiczują się w tajemnicy przed wszystkimi. Napięta atmosfera w domu sprawia, że nie chcemy do niego wracać. A świat dookoła jest pełen pokus. Uwaga mały spojler, do końca akapitu. Graham popełnia błąd i zdradza swoją bohaterkę, ona mu wybacza. Była to ta część książki, która w moim odczuciu była potraktowana po macoszemu. Nic, nigdy, nie będzie w stanie usprawiedliwić zdrady. Nie ważne jak mężczyzna by się nie tłumaczył (lub kobieta), jeśli to nie był gwałt to zdrada zawsze pozostanie zdradą i będzie w nas do końca życia, rzutując na nasz związek. Moim zdaniem Queen zbyt łatwo wybaczyła. Muszę przyznać, że rozumiem Grahama, wiem dlaczego postąpił jak dupek. To zachowanie kobiety mnie zastanawia. Czy to depresja sprawiła, że poniekąd było jej wszystko jedno? Książki takie jak "Wszystkie nasze tajemnice" skierowane są do młodych czytelników. Nie chciałabym by moja córka, która być może kiedyś sięgnie po tę powieść, nauczyła się z niej, że wszystko można wybaczyć. Bez analizy, bez przemyśleń. zaufać drugi raz, na ślepo. 

Najnowsza książka Colleen Hoover to połączenie romansu, powieści obyczajowej, literatury feministycznej oraz psychologicznej. Dzieło to porusza dużo ważnych tematów, często uznawanych za niewygodne. Mowa tutaj o depresji, bezpłodności, chorobach psychicznych, samookaleczeniu, zdradach, macierzyństwie. Bałam się tego, że autorka potraktuje te tematy zbyt lekko, okazało się jednak że podeszła do nich z powagą i zrozumieniem. "Wszystkie nasze tajemnice" to bardzo ważny głos w literaturze kobiecej i powinien zostać wysłuchany. Nie tylko przez kobiety. 

Co do twórczości Colleen Hoover nadal mam mieszane uczucia, wszak jedna jaskółka wiosny nie czyni. Przypuszczam, że powieść ta zdobyła moje serce ponieważ zamiast o garstce rozpuszczonych nastolatków opowiada o dorosłych, doświadczonych ludziach. Nie jest to typowy romans w stylu ona ma problemy, on jest bożyszczem wszystkich dziewczyn ze szkoły, spotykają się, jest moment kulminacyjny w którym się rozstają, a potem długa droga do happy endu. Tutaj od początku wszystko jest nie tak, lecz rozstanie się jest najłatwiejszym wyjściem. Ta dwójka próbuje jednak walczyć o swój związek, przetrwać to co najgorsze. Pytanie tylko czy im się to uda? Koniecznie to sprawdźcie. Polecam z całego serca. 



Tytuł : "Wszystkie nasze obietnice"
Autor : Colleen Hoover
Wydawnictwo : Otware
Data wydania : 14 listopada 2018
Liczba stron : 320
Tytuł oryginału : All Your Perfects




Za możliwość przeczytania i zrecenzowania książki serdecznie dziękuję wydawnictwu :



http://www.otwarte.eu/
 
"Biel nocy" Ann Cleeves

"Biel nocy" Ann Cleeves

Jimmy Perez kolejna odsłona. Ten, kto się jeszcze nie zakochał w długowłosym, troskliwym i dość melancholijnym detektywie, dostaje drugą szansę. Bohater "Czerni kruka" powraca. Śnieg stopniał a długie, mroźne noce oświetlone zorzą polarną, zmieniły się w równie długie dni, kiedy nigdy nie jest do końca ciemno. Nie pomagają nawet zaciągnięte na amen zasłony, ludzie stają się drażliwi, nerwowi i nieswoi. W tej wiecznej szarówce szczęki same się zaciskają, ręce łatwiej wyciągają by kogoś popchnąć, łatwiej o kłótnie, łatwiej o bójkę, łatwiej nawet o zbrodnię. Kolejny raz w moje ręce trafił klimatyczny, piękny w swojej prostocie thriller, który trzymał mnie w napięciu aż do ostatniego zdania. Już się ciszę na samą myśl o tym, że przede mną kolejne części, kolejne morderstwa i jeszcze więcej wietrznych, pięknych w swojej surowości, Szetlandów. No i oczywiście czeka na mnie serial.

Pewnego dnia, podczas zorganizowanej przez lokalną artystkę wystawy, zaproszeni przez malarkę znajomi, krytycy i przyjaciele, są świadkami niepokojącego wydarzenia. Jeden z gości pada na kolana i zaczyna płakać. Kilka minut potem wybiega z galerii i ucieka w stronę klifów. Następnego dnia farmer z okolicznego gospodarstwa, znajduje w szopie zwłoki powieszonego mężczyzny. Ofiara ma na głowie teatralną maskę, która utrudnia identyfikację. Na miejscu pojawia się detektyw Jimmy Perez, który jest przekonany że popełnione zostało morderstwo. Kolejne, zrzucone z klifów ciało, tylko utwierdza go w tym przeświadczeniu.

Wydawać by się mogło, że złapać sprawcę zbrodni, w tak hermetycznym miejscu jakim są Szetlandy, będzie niezwykle łatwo. Lecz co jeśli ofiarą okazuje się anonimowa osoba, nie znana lokalnej społeczności? Człowiek bez dokumentów, który pojawił się znikąd? Policji nie pozostaje nic innego jak przejrzeć listy pasażerów promów, rozesłać rysopis do mediów i jednocześnie czekać na cud. Detektyw Perez kolejny raz, zmuszony jest poprosić o pomoc swoich zwierzchników ze stałego lądu. Daje nam to doskonałą okazję do ponownego spotkania z komisarzem Taylorem. "Biel nocy" choć można tę powieść podciągnąć pod gatunek kryminału proceduralnego, jest jednak czymś więcej. Autorka kolejny raz skupia się na analizie małej, wyspiarskiej społeczności Szetlandów. Muszę przyznać, że poniekąd współczułam policjantom tego, że zmuszeni byli do rozwiązywania zagadki morderstwa, gdzie sprawcą mógł się okazać ktoś z dobrze im znanych sąsiadów. Choć sama wychowana zostałam w wielkim mieście, tak już od 10 lat mieszkam w małej wiosce na irlandzkiej prowincji. Podobnie jak na Szetlandach tak i tu istnieje wyraźny podział na miejscowych oraz przybyszów, nie ważne czy człowiek mieszka tutaj rok czy pół życia, zawsze będzie tym obcym. I to właśnie oni automatycznie stają się tymi najbardziej podejrzanymi. Lecz co jeśli to ktoś, kogo znamy całe życie, coś przed nami ukrywa? Co jeśli to ta "dobra pani", która opiekowała się naszymi dziećmi, ma coś na sumieniu? Kiedy w małej miejscowości, gdzie praktycznie nie ma czegoś takiego jak prywatność, dochodzi do zbrodni, nagle wszyscy przestają sobie ufać, ryglują drzwi. Ustają kontakty towarzyskie, wychodzą na jaw sekrety z przeszłości, jedni oskarżają drugich, atmosfera robi się naprawdę gęsta. Sąsiad na sąsiada patrzy wilkiem, zaczyna się donosicielstwo. Autorka we wspaniały, rzetelny sposób przedstawiła rozpad więzi w małym społeczeństwie. W tym, co na pozór było dopasowane, nagle pojawiły się rysy. Okazało się, że nawet w tak małej wspólnocie możliwe jest ukrycie zbrodni z przeszłości, sekretów i tajemnic, o których milczano przez wiele lat. To właśnie atmosfera książki przemówiła do mnie najbardziej. Mieszkańcy Szetlandów to ludzie twardzi, zahartowani, bez skrupułów. Oni nie płaczą nad wyrzuconym na brzeg ciałem, nie smucą się śmiercią bliskich. Wiedzą, że chwila załamania może doprowadzić do osobistej tragedii. Na wyspach bowiem nie ma czasu na żal, życie to ciągła walka za naturą a zmarłemu już nic nie pomoże. Troszkę buntowałam się przeciwko tej znieczulicy, w końcu umarł ktoś dobrze znany, przez wielu lubiany, a praktycznie nikt nad nim nie zapłakał. Jednak potem zdałam sobie sprawę, że by żyć w tak nieprzyjaznym miejscu trzeba mieć grubą skórę a uczucia trzymać na wodzy. Może dzięki temu książka była całkowicie pozbawiona melodramatyzmu i emocji. Mieliśmy zbrodnię, zagadkę i policyjne procedury. Nawet romans pomiędzy Perezem i Fran wydawał się pozbawiony pasji. Mi to zdecydowanie odpowiadało, gdyż nie lubię jak coś mnie niepotrzebnie rozprasza i odciąga od wątku fabularnego. Zbyt rozwinięta warstwa obyczajowa zaburza rytm i wpływa na dynamikę powieści.

Muszę przyznać, że Jimmy Perez, już w pierwszym tomie zdobył moją sympatię i zaufanie. Większość z książkowych policjantów to osoby po przejściach, z problemami, burzliwą przeszłością czy niepewną przeszłością. Detektyw z Szetlandów jest nad wyraz normalny, owszem ma za sobą rozwód i uwikłany jest w trudne relacje z matką, jednak nie zmieniło to jego psychiki, nie sprawiło że popadł w depresję czy nałogi.Jest to człowiek, który lubi siebie takiego jakim jest, z optymizmem patrzy w przyszłość i cieszy się z drobnych gestów czy uprzejmości. Już w poprzednim tomie pomiędzy Perezem a Fran coś się zaczęło. Może jest to miłość, może zauroczenie, nasi bohaterowie sami jeszcze nie wiedzą z czym przyszło im się zmierzyć. Cieszę się, że nie mamy tutaj do czynienia z instalove, wszystko dzieje się powoli, autorka nie narzuca nam na siłę dramatów. Sama Fran, choć zauroczona policjantem, jest otwarta na innych ludzi i jednocześnie myśli o swojej córce, która jest z nią w "pakiecie". Kibicuję naszym bohaterom z całego serca i mam nadzieję, że wszystko ułoży się po ich myśli i nad tą smutną, surową i wietrzną szetlandzką krainą , zaświeci słońce. W końcu mamy lato. 
Z kolei detektywem Taylorem jestem nieco rozczarowana. W pierwszej części zdobył moją sympatię, w tej okazał się niezwykle irytującą, zadufaną w sobie postacią. Robił wszystko by okazać się tym lepszym, zazdrościł Perezowi kobiety, przyjaciół, sukcesów, praktycznie wszystkiego. Wiecznie narzekał, wiecznie przed czymś uciekał i muszę przyznać, że nie mam pojęcia czy cokolwiek udało mu się dokonać. Odniosłam wrażenie, że autorka wprowadziła tę postać ze względów proceduralnych, bo po prostu musiał przyjechać ktoś z zewnątrz nadzorować śledztwo. Taylor ani nie brał udziału w przesłuchaniach, ani w zbieraniu materiału dowodowego. Był tylko po to by jęczeć, uskarżać się nad sobą i wspominać wstrętną rodzinę. Mam wrażenie, że w kolejnych tomach dowiemy się więcej na jego temat i wtedy może okazać się niezwykle interesującą postacią. Tym razem robił za dość irytujące, opryskliwe tło.


Co do fabuły to kolejny raz autorka mnie nie zawiodła,  jednak Ci, którzy lubią szybkie tempo, rzeki krwi i zwroty akcji, będą zawiedzeni. Wszystkiego o czym jest ta książka, możemy dowiedzieć się z notki wydawniczej, sam tekst zaś dostarczy nam jedynie szczegółów i rozwiązania zagadki. Autorka trzymała nas w napięciu do samego końca. Choć przebłyski tego, dokąd to wszystko prowadzi, miałam od dokładnie 199 strony, tak dopiero ostatnie strony przyniosły rozwiązanie. Niektórzy pewnie pomyślą, że punkt kulminacyjny został za bardzo odsunięty w czasie, jednak ja podziwiam kunszt autorki i to, że swoją intrygę dopracowała w najdrobniejszych szczegółach. Wszystko się zgadzało i było wiarygodne. 

Kocham Szetlandy, podobnie jak kocham wietrzną Islandię i deszczową Irlandię. Przemawia do mnie idea zamkniętej społeczności, kusi jej hermetyczność. Tam człowiek nigdy nie jest samotny. Cleeves we wspaniały, choć surowy i mroczny sposób, oddała ducha tej nieprzyjaznej ziemi. Jest środek lata a my wciąż czujemy oddech zimy na karku. Świeci słońce lecz jego promienie odbijają się w lodowatych wodach oceanu. Zewsząd otaczają nas skały, rozbujane wiatrem trawy, czekające na strzyżenie owce. Nawet sztuka wywołuje smutek. Czytało się rewelacyjnie, szybko. Z niecierpliwością czekam na kolejne tomy. Pragnę  wiedzieć więcej, poznać kolejne szczegóły z życia naszych bohaterów, gdyż powoli, powolutku zaczynam ich traktować jak daleką rodzinę. Polecam.


Tytuł : "Biel nocy"
Autor : Ann Cleeves
Wydawnictwo : Czwarta strona
Data wydania : 14 listopada 2018
Tytuł oryginału : White Nights




Za możliwość przeczytania i zrecenzowania książki serdecznie dziękuję wydawnictwu :



http://czwartastrona.pl/
 


"Tam gdzie rodzi się zazdrość" Edyta Świętek

"Tam gdzie rodzi się zazdrość" Edyta Świętek

Według mnie, i proszę nie hejtować ani nie wszczynać niepotrzebnych dyskusji, gdyż jest to wyłącznie moja subiektywna ocena, Edyta Świętek powinna dać sobie spokój z pisaniem powieści. Radzę jej usiąść i zastanowić się, czy zostanie doręczycielką kwiatów, podobnie jak jedna z epizodycznych postaci w książce, zresztą o tym samym imieniu, jest bardzo złym pomysłem? Istnieją setki, a pewnie i tysiące zawodów czy zajęć, w których autorka sprawdziłaby się lepiej. Po kolejne tomy cyklów sięgamy z reguły po to, by przekonać się jaka przyszłość czeka naszych bohaterów. Niektórych z nich kochamy, innych nienawidzimy, gardzimy nimi czy współczujemy. W tym przypadku w moim sercu była pustka. Marek i Daria to postaci o których nie będę pamiętać natychmiast po napisaniu tej recenzji. Nie jest ważne ile kolejnych tomów pojawi się na rynku, ten jest moim ostatnim. Ta opinia powstaje tylko i wyłącznie ze względu na zobowiązanie wobec wydawnictwa.

Marek i Daria (dokładnie w tej kolejności, gdyż wiadomo już kto jest bossem w tym związku) są po ślubie. Mężczyzna zabiera żonę do swojego  krakowskiego domu, w którym praktycznie nic jej się nie podoba. Już na wstępie z nowoczesnego, przeszklonego lokalu stara się uczynić przytulne, babcine mieszkanko. Całe szczęście Marek traci cierpliwość tylko w łóżku. Przez pierwszych kilka miesięcy kobieta czerpie z życia pełnymi garściami, czyli leży, pachnie i kupuje sukienki od Armaniego. Wraz z nudą przychodzą również tajemnicze smsy. Choć wieloletni rywal ich ojca zginął, ktoś dowiedział się o wydarzeniach znad urwiska i teraz próbuje zaszantażować rodzeństwo.

 Podobnie jak w przypadku "Tam gdzie rodzi się miłość", i ta książka spotkała się z ciepłym przyjęciem wśród czytelników. Według portalu lubimyczytac.pl jest nawet lepsza. Tym razem muszę stanąć w opozycji. Kolejny raz trafiłam na powieść, która :

  • Nie wniosła do mojego życia nic wartościowego
  • Była napisana na kolanie, w piętnaście minut (lub też na przerwie obiadowej)
  • Raniła moje poczucie dobrego smaku i estetyki
  • Ćwiczyła kształt brwi od ciągłego unoszenia
Proszę państwa pora na wiadro pomyj czyli subiektywną opinię.

Recenzję poprzedniego tomu zakończyłam zdaniem : "Po kolejny tom sięgnę jedynie po to by sprawdzić, w jaki sposób zabito garstkę ocalałych członków rodu Hajdukiewiczów." Niestety muszę przyznać, że nieco się rozczarowałam. Liczyłam na rzeź, typowy "nocny pociąg z mięsem", szybkie akcje i "wszędobylskie" trupy, a dostałam zwykłą obyczajówkę, gdzie ludzie zamiast od kul giną od zbiegów okoliczności i w wyniku chorób. No dobrze, spytacie dlaczego się czepiam skoro Janus zginął to kto niby ma biegać z maczetą? Otóż, w ostatnich zdaniach poprzedniego domu, autorka obiecała mi kontynuowanie zemsty, w końcu wszyscy mieli dostać to na co zasłużyli. Myślałam więc, że poleje się krew, pot i łzy. Niestety wyszło tak, że pierwsze 200 stron książki okazało się łzawym romansikiem, na nowobogackich salonach, a pozostałe 200 , wyrzutami sumienia, tajemnicami i spiskowaniem w ukryciu przed swoimi małżonkami. Jedyny morał jaki wypływa z tej książki, to taki, że jak ludzie potrafiliby ze sobą rozmawiać, to  autorzy nie tworzyliby głupich i naiwnych historii. Powieść ta pozbawiona jest kręgosłupa, wału napędowego. Autorka niby próbowała coś wymyślić, wciągnąć nas w sekrety rodzinne, jednak wszystko to było jedynie odgrzewanym kotletem z obiadu, którym był poprzedni tom. Nie wydarzyło się tutaj nic nadzwyczajnego, brakowało akcji (nie mówiąc już o jej zwrotach) a bohaterowie byli jeszcze bardziej irytujący niż poprzednio.

Daria po ślubie okazała się jeszcze większą słodką idiotką niż przed. To chyba miłość sprawiła, że miała klapki na oczach. W moim odczuciu padła ona ofiarą przemocy domowej, tej najgorszej, czyli psychicznej. Niestety stało się tak na jej własne życzenie, więc nie znalazłam w sobie współczucia. Nasza protagonistka była na tyle głupia by wyjść za mężczyznę, który przyznaje się do tego, że pojął ją za żonę po ty by koledzy mu zazdrościli. Za mężczyznę, który lubi na ostro nawet jak kobieta sobie nie życzy, który nie zawaha się przed przemocą fizyczną i obelgami. Jego ataki zazdrości były żałosne, podchody i chęć kontrolowania przerażające, a on sam był małym dupkiem żołędnym.
Jedyną postacią, którą polubiłam, choć i on nie był pozbawiony wad i natręctw, był Darek. Jako jedyny okazał się tym sprawiedliwym i dobrym. I nawet udało mu się przeżyć. Przynajmniej ten tom.

Podobnie jak w poprzednim tomie, tak i tutaj zabrakło jakiegokolwiek tła, rysów psychologicznych postaci czy głębi fabularnej. Jedynie podczas opisywania domu Marka, miałam wrażenie że autorka faktycznie chce nam pokazać to miejsce. Reszta była jedynie punktami na mapie : tam dworek, tam jezioro, Solina, Bieszczady. A no i chyba akcja powieści działa się w lecie. Choć do końca nie jestem pewna. W pierwszym tomie narzekałam na zbyt szybką akcję i brak szczegółów, w tym denerwował mnie brak pomysłu na dalsze losy bohaterów i ich patologiczne związki. Powoli miałam dość wiecznych gierek, kłócenia się a potem godzenia, wyzywania by wyznawać sobie miłość jeszcze goręcej. Normalni ludzie tak się nie zachowują, oni potrafią usiąść i porozmawiać. Tutaj jedyne konwersacje dotyczyły sexu, wyjazdów na wakacje i pracy. Cały czas się zastanawiałam dlaczego Daria nie powiedziała Markowi, który był w końcu jej mężem, o Januszu? Czemu nie pozwoliła mu wziąć sprawy w swoje ręce? Myślę, że takiemu mężczyźnie jak on wystarczyłby jeden telefon. Szczególnie kiedy Janusz nie żyje, prawda?

"Tam gdzie rodzi się zazdrość" to książka nijaka, napisana prostym, wręcz uczniowskim językiem i skierowana do mało wymagających czytelników. Jeśli interesują was problemy pierwszego świata w rodzaju co dziś włożyć na przyjęcie lub jakie potrawy zaserwować gościom, jeśli lubicie czytać o próżnych, zdesperowanych i nie grzeszących inteligencją ludziach i nie przeszkadza wam totalny brak zakotwiczenia w miejscu i czasie, to jest to powieść dla was. Ja jednak sobie odpuszczę. Przypuszczam, że cykl ten leżał dość długo w szufladzie zanim doszło do jego wydania. Świadczy o tym chociażby fakt używania przez bohaterów przestarzałego GG czy chodzenia na kawę do nieistniejącego już od 9 lat CoffeHeaven. Żałuję, że ktoś tę szufladę otworzył. Nie polecam. Jedna z najgorszych książek 2018.



Tytuł : "Tam gdzie rodzi się zazdrość"
Autor : Edyta Świętek
Wydawnictwo : Replika
Data wydania : 21 sierpnia 2018
Liczba stron : 320


Za możliwość przeczytania i zrecenzowania książki serdecznie dziękuję wydawnictwu :



https://replika.eu/

"Dobre miasto" Mariusz Zielke

"Dobre miasto" Mariusz Zielke

Czy "Dobre miasto" to kryminał? Z pewnością posiada pewne cechy tego gatunku jednak z drugiej strony zdecydowanie wykracza poza utarty schemat. A może to thriller? Choć proza autora jest utrzymana w zdecydowanie ciemnych barwach, język rani uszy brutalnością a opisy rażą oczy naturalizmem, tak również i granice tego gatunku zostały przekroczone. Może to romans? Jeśli tak to bez szczęśliwego zakończenia. Odpuszczę sobie katalogowanie czy doczepianie etykietek. Nowa powieść Zielke to historia o życiu i jego kresie, pieniądzach, zazdrości, wielkiej polityce i tych mniejszych, lokalnych biznesmanach. To przekrój totalny przez mentalność polskiego społeczeństwa i próba jego zanalizowania. Oprócz zagadki kryminalnej mamy tutaj układy, dawne afery, próbę rozliczenia z przeszłością. Autor, jako jeden z nielicznych, odważył się podsumować to co nas boli w Polsce i polskości. 

W Dobrym Mieście odnalezione zostają zwłoki żony lokalnego biznesmana, filantropki Agnieszki Krynickiej. Morderstwo wstrząsa społecznością miasteczka, wszyscy są zszokowani śmiercią uwielbianej aktywistki. Wkrótce ma rozpocząć się proces trzech mężczyzn podejrzanych o to brutalne morderstwo. Do Dobrego Miasta przyjeżdża dziennikarka Małgorzata, której zadaniem jest napisanie artykułu na temat skazanych. Podczas zbierania materiałów kobieta odkrywa, jak wiele niedomówień jest w tej na pozór prostej sprawie i jak bardzo nieprawdziwe twarze ukazują jej kolejni rozmówcy. Małgorzata zaczyna mieć wątpliwości czy za kratkami siedzą prawdziwi zbrodniarze czy podstawione słupy?

Dobre Miasto to miasteczko jakich wiele. Mieszka tutaj kilka tysięcy ludzi, dobrobyt zawdzięczają lokalnemu przedsiębiorcy, a patologię "systemowi". O mieście tym można powiedzieć wszystko, z wyjątkiem tego, że jest dobre. Autor zadbał o to, by było symbolem wszystkich miasteczek, ich folkloru i regionalizmów. Pamiętam jak będąc małą dziewczynką odwiedzałam babcie, jedną w Dęblinie, drugą w Czarnej Białostockiej. Obie mieszkały w tak zwanych "dobrych miastach". W jednym lokalnym dobroczyńcą było lotnisko wojskowe, w drugim tartak i właściciel sztucznego zalewu. Z wizyt tych, nawet po latach, pamiętam bardzo dużo : smutnych mężczyzn spod budki z piwem, wioskowego głupka mamroczącego pod nosem podczas wieczornych wędrówek, bogatego sąsiada z końca ulicy, który dorobił się na handlu z ruskimi, bazar z mięsem nad którym latały roje much i wracających z wojska chłopaków. Pamiętam też słynny ze zjazdów narodowców bar na trasie na Białoruś. Właśnie takie jest Dobre Miast Zielke. To miejsce gdzie mieszkają zwykle ludzie, ludzie smutni i zmęczeni życiem oraz garstka szczęśliwców, którym się powiodło. Proporcje, jak w całym kraju, są podobne, tych ostatnich jest zaledwie ułamek promila. Jeżdżąc z koleżanką na rowerach po Dęblinie bałyśmy się bloków przy ulicy Wiślanej, tam ponoć mieszkali Ci "źli" chłopcy. Zielke również ma swoją Wiślaną, sławną dzielnicę zwaną Jeziorany, pełną patologii, brudu, smrodu, prostytucji i baraków socjalnych. To miejsce w którym ludzie się rodzą i umierają, a ich los jest z góry przesądzony. Podobnie było kiedyś z Warszawką Pragą, dopóki nie zainteresowali się nią artyści i...deweloperzy. Ale wróćmy do naszej fabuły. Dobroczyńcą w Dobrym Mieście jest właściciel lokalnego browaru, którego wyroby są znane w całej Europie. Nie dość, że facet ma głowę na karku, szczęście i pieniądze, to jeszcze szanuje swoich pracowników, a za żonę pojął anioła. Przynajmniej takie było moje pierwsze wrażenie. Zaczęłam sobie zadawać pytanie : dlaczego wszystko co złe musi spotykać tych nielicznych, dobrych ludzi? Dlaczego to nie do tych co gwałcą, kradną, zdradzają i mordują, wraca karma? Jednak szybko się okazało, że nie wszystko złoto co się świeci i na wizerunku naszej "świętej" rodziny zaczęły pojawiać się rysy. Czy zamordowana Agnieszka również miała brud za paznokciami? A może to nie jej ciało wyłowiono z jeziora? Dlaczego trójka podejrzanych  zmieniła zeznania i dlaczego są w nich luki? Z każdą stroną pojawiało się coraz więcej pytań, coraz więcej zagadek a jak tylko udało mi się zedrzeć maskę z twarzy któregoś z bohaterów okazywało się, że pod spodem jest kolejna. Szukałam punktów zaczepienia, kogoś komu zaufam, obdarzę sympatią wyszło na jaw, że to nie miasto było nie "dobre" tylko jego mieszkańcy. Wszyscy, począwszy od "baraków" , przez lokalnych biznesmanów i zwykłych śmiertelników a na mafii, imigrantach i uciekinierach skończywszy.

Tym co mnie uderzyło był fakt, że autorowi udało się stworzyć bohaterów nie dość że z krwi i kości, to jeszcze takich których sobowtóry mogę znaleźć we własnym otoczeniu. Patologiczna rodzina z klatki obok, przemiły, dający dzieciom cukierki ksiądz, bita przez męża kuzynka, zazdrosna koleżanka ze szkolnej ławy...wszyscy oni istnieją. Autor czerpał z ulicy, patrzył na szarych przechodniów i dopisywał im życiorysy. Niestety realia małych polskich miasteczek są utrzymane w tonacji szarości lecz od czasu do czasu i tam pojawi się promyk słońca. Widać, że Mariusz Zielke ma dość krytyczny stosunek do polityki, rządu oraz panujących układów. Nie mogę oprzeć się wrażeniu, że autor jest czynnym obserwatorem sceny politycznej, czyta, ogląda telewizję i wyciąga wnioski. Nie opowiada się jednak po żadnej ze stron tylko kieruje się obiektywizmem, widzi błędy wszystkich stron i stara się trzymać z boku. Książka ta jest jednocześnie krytyką rządów komunistycznych, esbecji, SLD-owskich układów w wolnej Polsce jak i działań ówczesnego rządu, kościoła katolickiego i  lokalnych watażków, którzy trzymają w rękach całe społeczności. Zielke zadbał o to by fabuła powieści rozgrywała się na tle wydarzeń historycznych, dawnych afer i układów, które miały wpływ na dzisiejszy obraz Polski. Mamy tutaj do czynienia z kolesiostwem, wszechobecną korupcją, malwersacjami finansowymi i działalnością mafii, zarówno naszej rodzimej jak i importowanej. Za wszystkim stoją wielkie pieniądze i nie jest ważne czy należą one do oligarchów czy do Unii Europejskiej, na wszystkim da się zarobić, wystarczy mieć pomysł i znajomości. Autor pokazuje nam jak bardzo skorumpowane jest środowisko dziennikarzy, którzy już nie mogą pisać rzetelnych tekstów. Sędziowie nie mogą wydawać sprawiedliwych wyroków. Wszędzie jest ktoś kto pociąga za sznurki. Na początku sądziłam, że postać naszej głównej bohaterki okaże się typową femme fatale, jedyną sprawiedliwą w korupcyjnym piekle układzików, jednak okazało się, że i ona ma mniejsze i większe problemy.   Żyje w patologicznym związku, z artystą-nierobem, jej matka była eksportowaną pod hotel Victoria prostytutką z Dobrego Miasta, a ona sama bała się powrotu do przeszłości, z którą przyszło jej się zmierzyć. Okazało się, że nie jest tak dobrą, niewinną i czystą osobą, za którą ją uważałam, jednak czy są jeszcze nieskazitelni dziennikarze?

"Dobre miasto" nie jest książka dla tych, którzy lubią szybką i wartką akcję, nie okaże się również gratką dla miłośników policyjnych procedur. Od początku wiemy, kto jest winny a zadaniem naszej bohaterki jest napisanie na ten temat artykułu. A że coś przy tej okazji znajdzie? To tylko nadaje całej powieści smaczku. Raz w przeszłości, raz w teraźniejszości lecz nieustanie posuwamy się do przodu. Autor snuje opowieść trójki skazanych, dziennikarki oraz osób postronnych, obywateli Dobrego Miasta, których bezpośrednio dotknęła śmierć filantropki. W przeważającej mierze jest to doskonała powieść obyczajowa, w której każdy ma coś do powiedzenia, każdy ma coś do ukrycia, a całość składa się na przerażającą w swoim wyrachowaniu historię. 

Mariusz Zielke umie pisać tak, że nawet najbardziej nudna, powszednia historia, przy użyciu odpowiednich słów i stylu stanie się chwytającym za serce dramatem. Doskonale się czuje w odcieniach szarości, typowej dla zwykłej prozy życia. Zagadka do końca trzyma w napięciu, ślepe uliczki wywodzą czytelnika na manowce, tak że w końcu nie wiemy czy to my zwariowaliśmy czy bohaterowie. Jest to zdecydowanie jeden z lepszych thrillerów psychologiczno-obyczajowych, jaki wyszedł spod pióra rodzimego artysty. Polecam. 


Tytuł : "Dobre miasto"
Autor : Mariusz Zielke
Wydawnictwo : Czarna Owca
Data wydania : 17 października 2018
Liczba stron : 482



Za możliwość przeczytania i zrecenzowania książki serdecznie dziękuję wydawnictwu : 



https://www.czarnaowca.pl/
 
"Ostatni policjant" Ben H. Winters

"Ostatni policjant" Ben H. Winters

Przygody z apokalipsą ciąg dalszy. Tym razem jednak mamy do czynienia z pre-zagładą. Muszę przyznać, że takiej książki jeszcze nie czytałam. Rzecz się dzieje bowiem na 6 miesięcy przed wielkim bum. Na jednym z blogów przeczytałam ciekawą anegdotę. Trzech mężczyzn siedzi przy ognisku i nagle podbiega do nich rozhisteryzowany człowiek krzycząc, że za parę minut nastąpi koniec świata. Jeden z mężczyzn mówi, że idzie się pomodlić, drugi będzie pił na umór i zabawiał się z prostytutkami a trzeci prosi : dokończcie najpierw grę. Ta historyjka obrazuje fakt, że każdy z nas jest inny i reaguje inaczej w sytuacji zagrożenia. Świat przed apokalipsą jest inny od tego, który znamy, każdy na swój sposób stara się poradzić sobie z nieuchronnością losu. "Ostatni policjant" to nie tylko kryminał, to również książka na poły psychologiczna poddająca analizie ludzką kondycję. Zdecydowanie jest to bardzo udany początek trylogii.

Asteroida 2011GV1 zbliża się do ziemi. Zderzenie z naszą planetą nastąpi za dokładnie 6 miesięcy, dwa tygodnie i cztery dni. Dla ludzkości nie ma już nadziei na przetrwanie. Detektyw Hanry Palace zostaje wezwany do jednego z fast foddów, gdzie w toalecie znaleziono powieszonego, martwego mężczyznę. Choć wszyscy sądzą, że było to samobójstwo, Hanry nie jest co do tego przekonany. Uważa, że agent ubezpieczeniowy padł ofiarą morderstwa. Detektyw wszczyna śledztwo by odkryć prawdę, która już nikogo nie obchodzi.

Muszę przyznać, że osadzenie fabuły książki, w czasach tuż przed apokalipsą, było strzałem w dziesiątkę. Często bowiem narzekamy, że w naszym życiu się nic nie dzieje, oglądamy filmy katastroficzne, szykujemy bunkry czekając na jakieś wielkie wydarzenie, które odmieni bieg historii. Jednak czy kiedykolwiek się zastanawialiśmy jak się zachowamy w obliczu zagrożenia? Co byśmy zrobili, gdybyśmy znali dokładną godzinę własnej śmierci? Na te pytania nie ma jednej odpowiedzi. Ludzie są zbyt skomplikowani by reagować jednakowo. Jedni przejdą nad tym do porządku dziennego i będą żyć tak jak dawniej, inni rzucą wszystko i wezmą się za spełnianie swoich marzeń a jeszcze inni popełnią samobójstwo. Autor przedstawia kompletny przekrój społeczny mieszkańców ówczesnego świata w przededniu zagłady. Obraz, który wyłania się przed naszymi oczami jest niepokojący. Choć rząd i wojsko pragnie trzymać pokój i ład społeczny tak wiemy, że znajdujemy się na skraju paranoi. Jeszcze krok i ludzkość skoczy w przepaść. Powoli zaczynają pojawiać się problemy z telefonią komórkową i internetem, coraz więcej ludzi zwalnia się z pracy, reszta chodzi do niej tylko po to by mieć pieniądze na życie, jedynym czynnikiem motywującym jest głód. Na ulicach, w toaletach i wielu innych miejscach publicznych zaczynają pojawiać się ciała samobójców. Więzienia są przepełnione, gdyż trafiają do nich ludzie osądzeni za nawet najdrobniejsze przewinienia. Nikogo już nic nie obchodzi, panuje wszechobecna znieczulica. Autor z precyzją i wyczuciem przedstawia obraz społeczeństwa pozbawionego przyszłości, gdzie ludzie nie wiedzą co mają ze sobą zrobić. W swojej książce pomiędzy zdaniami można znaleźć pytania o sens życia i jego wartość. Czytając tę powieść zaczynamy zdawać sobie sprawę jak cenne jest nasze życie i jak wiele jesteśmy w stanie zrobić za klika dodatkowych dni czy nawet godzin.
Jedyne co mi troszkę przeszkadzało to fakt, że autor zbyt pobieżnie potraktował problem samej asteroidy.Skończyło się na tym, że naukowcy oszacowali co do dnia datę zdarzenia i już. Ja chciałam więcej. Chciałam samobójczych wypraw rakietami , scenariuszy rodem z hollywodzkich filmów katastroficznych. Jednak autor skupił się na nas, rasie ludzkiej w obliczu problemu, nie na nim samym. Przede mną jeszcze dwie części, więc jest nadzieja że to się zmieni.
Całość kojarzyła mi się z serialem kryminalnym produkcji BBC o tytule Hard Sun, którego akcja rozgrywa się na pięć lat przed wygaśnięciem słońca. Jak widać temat ten nie jest ani nowy ani oryginalny jednak B.H Winters wykonał kawał dobrej roboty i napisał powieść od której nie sposób się oderwać.

Główny bohater książki, Henry Palace był dla mnie trudnym orzechem do zgryzienia. Troszkę mam za złe autorowi, że stworzył tak enigmatyczną i niespójną postać. Żałuję, że detektyw nie został z premedytacją wykreowany na rasowego dupka. Z jednej strony jego zachowanie jest skandaliczne, z drugiej w wyobraźni czytelników ma uchodzić za jedynego, pozostałego superbohatera. Zacznijmy od tego, że paradoksalnie to dzięki wizji zagłady, największe marzenie tego młodego człowieka o zostaniu komisarzem, mogło się spełnić. Wszyscy inni odpuścili, stracili nadzieję i chęci, tylko on trwał na posterunku, nadal zdeterminowany i gotowy do działania. Jednak Henry nie walczy z przestępczością ponieważ ma czyste i dobre serce, nie walczy z nią ze względu na prawo i zasady. On ściga zabójców, łapie zbrodniarzy i tropi złodziei po to, by osiągnąć jeszcze większy sukces, spełnić jeszcze więcej swoich marzeń. Właśnie dlatego jest dupkiem, lecz to dopiero początek. Henry to człowiek bez skrupułów i bez serca. Typowy służbista, dążący po trupach do celu. Poproszony przez patologa o odłożenie sekcji w czasie ze względu na koncert jego córki, nie zgadza się nawet jak widzi łzy w jego oczach. I nie jest to wybryk jednorazowy. Dlatego jest dupkiem podwójnym. Jedyne co się dla niego liczy to rozwiązanie zagadki i udowodnienie innym, że miał rację. Ale dla kogo to robi? Dla pozostałych członków rodziny zmarłego? Dla jego kolegów z pracy? A może po to by sprawiedliwość zatriumfowała? Otóż nie. Robi to po to by się wykazać, udowodnić, że jest najlepszy. I dzięki temu jest kim? Potraficie to dokończyć sami. Naprawdę żałuję, że autor nie pokusił się o zrobienie z naszego bohatera ogarniętego obsesją palanta tylko brnął w to przekonanie, że jest on jedynym sprawiedliwym. 

"Ostatni policjant" to książka w której dzieje się naprawdę sporo i szybko. Trudno się zresztą dziwić skoro na rozwiązanie zagadki mamy tak mało czasu. Maja się zbliża, już widzimy jej cień i słyszymy pomruk w telefonach. Jest to powieść, która zachwyci czytelników różnych gatunków. Wielbiciele kryminałów ucieszą się z tempa akcji, policyjnych procedur i krwawych opisów. Fani thrillerów psychologicznych zwrócą uwagę na myśli naszych bohaterów, ich zachowania w obliczu zagłady a nawet poddadzą analizie ich śmierć. Ci co kochają fantastykę będą wyszukiwać naukowe fakty zawarte w książce, dyskutować na temat prawdopodobieństwa uderzenia asteroidy i ewentualnym metodach zapobieżenia kataklizmowi. Ucieszą się również czytelnicy, lubujący się w zagadkach, suspensie i dramatach. Nic dodać nic ująć, "Ostatni policjant" to lektura dla każdego. Idealny, bezpieczny prezent świąteczny. No może nie zachwyci zakochanych w romansach babć.

Koniec roku jest dla mnie bardzo łaskawy, a zostało jeszcze tyle dni, tyle książek czekających w kolejce na przeczytanie, w tym kolejny tom trylogii Wintersa. I myślę, że to właśnie od niego zacznę gdyż jestem ciekawa dalszych losów zdesperowanego detektywa. "Ostatni policjant" to dobrze napisana, ciekawa, dynamiczna książka science fiction, która pochłania czytelnika bez reszty, zmuszając go do myślenia. To powieść, która przeraża. W mojej głowie, tuż po lekturze, pojawiło się mnóstwo czarnych scenariuszy, które mogą się stać udziałem naszej planety. Asteroida, wybuch wulkanów pod Parkiem Yellowstone, przebiegunowanie...wszystkie one mogą okazać się prawdziwe. Czy będę świadkiem tych wydarzeń? Czy jestem w stanie przewidzieć swoje zachowanie? Zdecydowanie nie, kiedy siedzę bezpiecznie na kanapie. Polecam.



Tytuł : "Ostatni policjant"
Autor : Ben H. Winters
Wydawnictwo : Wydawnictwo RM
Data wydania : 11 października 2017
Liczba stron : 360
Tytuł oryginału : The Last Policeman


Za możliwość przeczytania i zrecenzowania książki serdecznie dziękuję wydawnictwu : 
https://www.rm.com.pl/







"Odwet oceanu" Frank Schätzing

"Odwet oceanu" Frank Schätzing

     Zawsze kiedy trzymam w rękach tak grubą książkę, modlę się o to by okazała się czymś więcej niż dobrym materiałem na rozpałkę do grilla. Do sięgnięcia po "Odwet oceanu" skłoniło mnie parę rzeczy. Po pierwsze w tym roku nie czytałam jeszcze żadnej naprawdę gruuuubej powieści. Po drugie ekologia i środowisko naturalne są bliskie memu sercu. Jednak decydujący wpływ miał fakt, że powieść ta, wydana w Niemczech w 1998 roku, przez 7 lat nie schodziła z list bestsellerów. Dobrze wiedzieć, że nie tylko ja zainteresowana jestem ochroną środowiska i smutnymi scenariuszami, które sami piszemy. Choć powieść należy do gatunku science fiction, nie da się ukryć, że problemy które porusza są jak najbardziej rzeczywiste i współczesne. Jestem w stanie uwierzyć w to, że pewnego dnia matka natura się zbuntuje i dokona zemsty na swoich oprawcach. Mam tylko nadzieje, że nie dożyję tych czasów. Cały czas czekam na ekranizację, gdyż już w 2007 roku Uma Thruman oraz Ica i Michael Souvignier wykupili do niej prawa.

Pewnego dnia peruwiański rybak, ginie bez śladu. U wybrzeży Norwegii znalezione zostają kolonie dziwnych robaków, toksyczne bezokie kraby zatruwają wody zatoki Long Island. Zapadnięcie się szelfu na Morzu Północnym skutkuje śmiercią tysięcy ludzi w Europie. Podobne wydarzenia dzieją się w różnych zakątkach świata, staje się jasne że natura zaczyna się buntować przeciwko człowiekowi. Naukowcom udaje się odkryć co jest przyczyną takiego zachowania. W głębi oceanu żyją tajemnicze, inteligentne istoty, które nauczyły się wykorzystywać morskie stworzenia do siania spustoszenia i wzięcia odwetu za ekologiczne nadużycia ludzi. Rozpoczyna się walka  o kontrolę nad wodami oceanu, w której stawką jest przetrwanie rasy ludzkiej. 

Czy wyrzucając w trawę peta, spryskując pachy dezodorantem czy kupując zgrzewkę wody mineralnej w plastikowych butelkach, zastanawiacie się jaki wpływ na środowisko mają dokonywane przez was wybory? Założę się, że odpowiedź jest jedna : nie. A to właśnie przez nas, reprezentantów zachodniego społeczeństwa konsumpcyjnego, niszczone jest środowisko naturalne. To właśnie my odpowiedzialni jesteśmy za katastrofy ekologiczne, wycieki ropy z tankowców czy oleistą breję na plażach świata. Tak, te pokryte czarną mazią umierające ptaki, to również nasza wina. Bowiem my, obywatele XXI, jesteśmy wygodni, kochamy klimatyzację, nasze samochody, gadżety i styl życia. Nie myślimy o tym, że nasze morza i oceany to śmietniki, przestrzeń kosmiczna stała się graciarnią a nasze miasta to śmiertelne pułapki, w które daliśmy się złapać. "Odwet oceanu" jest książką, która ma nam wszystkim przypomnieć o tym, że nie jesteśmy sami na Ziemi, i choć Bóg się od nas odwrócił to gdzieś w trzewiach naszej planety tyka bomba zegarowa gotowa nas unicestwić. Jeszcze kilkadziesiąt lat grabieżczej eksploatacji surowców naturalnych, wycinania lasów, emitowania dwutlenku węgla i innych szkodliwych substancji do naszej atmosfery i sami sprowadzimy na siebie nieszczęście. Tutaj zagłada przybrała postać tajemniczych stworzeń nazywanych Yrr, jednak moim zdaniem mają one symbolizować nasze podświadome wyrzuty sumienia. Tak jak Uroboros zjada własny ogon tak ludzkość sama się eksterminuje. Scenariusz, który przedstawia autor jest przerażający. Europa zniknie pod tonami wody, zalana przez potężne tsunami, Amerykę nękać będą różnego rodzaju epidemie, żaden skrawek Ziemi nie zostanie ocalony. Ludzie, złożeni z miliardów komórek i skomplikowanych łańcuchów DNA, będą prowadzić wojnę z jednokomórkowymi organizmami, istotami żyjącymi na dnie morza, które nie znają pojęcia cywilizacja czy postęp technologiczny. I wcale nie jest takie pewne czy wygramy. Autor pisząc tę powieść chciał nam przekazać, że żyjąc w cyfrowym, zglobalizowanym świecie zapomnieliśmy o tym co jest najważniejsze. Nie szanujemy wody, która jest niezbędna do życia, zanieczyszczamy powietrze, niszczymy ziemię i lasy, które są domem dla licznych istnień. Nie wiadomo kiedy człowiek sam siebie postawił w centrum "wszystkiego"  i chce ze swojej pozycji czerpać korzyści nie biorąc za nic odpowiedzialności. Jest to najprostsza droga do samozagłady. 

Trzeba przyznać, że "Odwet oceanu" jest książką w którą włożono niezwykle dużo pracy. Dla autora, który z zawodu jest dziennikarzem i z biologią morską ma nie za wiele wspólnego, napisanie powieści, której głównym tematem jest ekologia, ochrona środowiska, katastrofy naturalne i życie morskie, musiało być nie lada wyzwaniem. Wyobrażam sobie ile godzin spędził na zbieraniu materiału, przeprowadzaniu wywiadów ze specjalistami i czytaniu fachowej literatury, by w nasze ręce dostała się książka dopracowana w najdrobniejszych szczegółach, drobiazgowa niczym podręcznik i pełna ciekawostek rodem z encyklopedii. Jeśli ktoś lubi powieści science fiction, w których bez przerwy coś się dzieje, to epickie dzieło Franka Schatzinga z pewnością nie spełni ich oczekiwań. Jest to bowiem powieść, która ma wyjaśnić czytelnikowi pewne skomplikowane procesy zamiast je pokazać. Muszę przyznać, że czytałam z szeroko otwartymi  oczami i nie przeszkadzało mi nawet to, że wszyscy ludzcy bohaterowie budzili we mnie odrazę. Zdecydowanie moim numerem jeden, była tutaj natura, która rozpoczęła krwawą rewolucję. A wierzcie mi posiada ona wielki arsenał i mnóstwo możliwości. Dzięki tej książce udało mi się pogłębić moją wiedzę na temat geologii, genetyki, przemysłu naftowego, historii a nawet religii. Już zaczynacie się obawiać? Nie ma czego, wszystko jest opisane i wytłumaczone w sposób zrozumiały nawet dla największego laika. Autor daje nam możliwość znalezienia się w samym centrum wydarzeń. Gołym okiem śledzimy przewalające się przez Europę tsunami. Zatapiamy coraz to nowe miasta, słyszymy krzyki umierających ludzi. Schatzing daje nam odczuć dynamikę i potęgę tego żywiołu. Muszę przyznać, że było to przerażające. Podziwiam autora za to, że oprócz wiedzy czysto teoretycznej, spróbował nabrać i tej praktycznej spędzając czas z naukowcami, którzy badali próbki wody morskiej. Książka z pewnością ma solidne podstawy merytoryczne i choć nie można jej traktować jak literatury stricte naukowej, tak z pewnością można się z niej dużo dowiedzieć. Jednak nie tylko wielbiciele fauny i flory morskiej oraz zwolennicy katastroficznej wizji świata będą zadowoleni z tej lektury. Jest to bowiem świetny thriller ekologiczny, z mnogością zróżnicowanych, choć dość antypatycznych bohaterów, przerażającą fabułą i zakończeniem, które można interpretować na wiele sposobów. Koniec jest zarówno nowym początkiem, jednak dla kogo?

"Odwet oceanu" jest jedną z najbardziej spektakularnych i niesamowitych książek, jakie w życiu przeczytałam. Temat apokalipsy i zagłady ludzkości jest dość częsty w literaturze fantastycznej, jednak zazwyczaj spodziewamy się ataku z zewnątrz, z kosmosu, aniżeli z morskich głębin. Nie bez powodu naukowcy mówią, że wiemy więcej na temat wszechświata niż dna naszych oceanów. Frank Schatzing udowodnił nam jak bardzo prawdziwe jest to stwierdzenie. Oprócz ciekawej i wciągającej fabuły, zwróciłam również uwagę na niezwykle sugestywny, logiczny, szybki i trzymający w napięciu styl autora. Zanim sięgniecie po tę książkę radzę się upewnić, że nie macie niż ważnego do zrobienia w najbliższym czasie. 900 stron małym drukiem troszkę się czyta, więc nie chcę żebyście narobili sobie zaległości (lub też głodowali). 

Już dawno nie czytałam tak dobrej książki. Przypomina nieco dzieła Michaela Crichtona jednak fabuła jest o wiele bardziej skomplikowana i chaotyczna. Mnogość bohaterów sprawia, że ciężko jest śledzić losy wszystkich, nie znaczy to jednak że nie czujemy z nimi więzi. Scenariusz końca świata jest odświeżająco wyjątkowy, a całość utrzymana jest w konwencji mrocznego, przerażającego thrillera. Parę ostatnich stron całkowicie zmieniło wydźwięk całej książki czyniąc z niej monumentalny traktat filozoficzny na temat kondycji gatunku ludzkiego i istnieniu oraz ewentualnej roli Boga we wszechświecie. Zdecydowanie jest to tytuł, który plasuje się w moim Top Ten 2018. Gorąco polecam. 

Tytuł : "Odwet oceanu"
Autor : Frank Schätzing
Wydawnictwo : Wydawnictwo Dolnośląskie
Data wydania : 31 października 2018
Liczba stron : 952
Tytuł oryginału : Der Schwarm




 Tę oraz wiele innych książek znajdziecie na półce z Nowościami księgarni internetowej :
 
 
 
https://www.taniaksiazka.pl/


Copyright © 2014 CZYTANKA NA DOBRANOC , Blogger