środa, 24 maja 2017

 Tytuł : "Małe życie"
Autor : Hanya Yanagihara
Wydawnictwo : W.A.B
 Rok wydania : 2016
 Liczba stron : 816
 Tytuł oryginału : The Little Life


 Głos przyjaźni

Już troszkę przygasło zainteresowanie "Małym życiem" i rozpływanie się w zachwytach nad tą książką. Ja postanowiłam podejść do niej bez żadnych konkretnych oczekiwań. Tak mam w przypadku książek, które budzą w ludziach tylko same pozytywne lub negatywne emocje. Albo pięć
gwiazdek, albo jedna. Jest bardzo mało czytelników, którzy znaleźli się gdzieś pośrodku tego wyścigu. Zdarzały się osoby, które uważają tę książkę za najlepszą jaką przeczytali w życiu. Przeczytanie tej niezwykle obszernej powieści (czytałam kilka książek w tym samym czasie) zajęło mi ponad dwa tygodnie. Cieszę się, że ją przeczytałam. Co prawda nie rozpływam się w zachwytach, jednak uważam, że skutecznie zagrała mi na emocjach i pokazała kawałek świata, z którego istnienia nie zdawałam sobie sprawy. Podobało mi się, i to ogromnie niestety miała też wady. Więc zaczynajmy.

Książka opowiada o losach czwórki przyjaciół, którzy po skończeniu studiów postanawiają zamieszkać w Nowym Jorku- mieście które jest dla nich spełnieniem marzeń. JB jest uzdolnionym malarzem, już po kilku latach staje się rozpoznawalny w amerykańskim świecie artystów. Malcolm zostaje architektem, a Willem aktorem. Najbardziej tajemniczy jest Jude, zamknięty w sobie, utalentowany matematycznie chłopak, nie potrafi znaleźć swojego miejsca w życiu. Nigdy nie opowiada o przeszłości ani o swojej rodzinie. Pewnego dnia przyjaciele odkrywają sekret z którym musi żyć. Czy najbliższym mu osobom uda się wyciągnąć go z matni, którą stało się jego życie?

To jest z pewnością pozycja dla czytelników cierpliwych i obdarzonych dużą dozą empatii. Dla czytelników, którzy lubią powieści obyczajowe, i nie nudzą się dużą ilością opisów. Jak w większości książek tego gatunku, sam wstęp jest niezwykle rozbudowany. Przez pierwsze kilkadziesiąt stron poznajemy szczegółowo naszych głównych bohaterów. Dowiadujemy się o ich pasjach, talentach, marzeniach, uczuciach i pasjach. I to trwa praktycznie do końca książki. W końcu jest to opowieść o życiu czwórki ludzi, którym towarzyszymy od lat młodości do starości. To tak jak by oglądać album z fotografiami, gdzie główny narrator opowiada nam o każdym poszczególnym zdjęciu. Nie jest to raczej pozycja dla wytrwałych czytelników, nie jest również dla tych o słabych nerwach.
Książka w dużej mierze jest swoistym hymnem ku czci przyjaźni. Czwórka zupełnie różnych ludzi, wywodzących się z różnych środowisk, z różnym bagażem doświadczeń spotyka się i staje przyjaciółmi w pełnym wymiarze tego słowa. Nie jak większość ludzi po szkole : zakłada rodziny i odgradza się od przeszłości. Ci młodzi mężczyźni wierzą w przyjaźń jako ideał. I doskonale jest to opisane. Taki zwykły szary człowiek jak ja zacznie się zastanawiać czy kiedykolwiek miał naprawdę oddanych przyjaciół. Takich na śmierć i życie. Przyjaciół, którzy pomogą nawet w największej potrzebie. 

Pomimo tego, że jest to opowieść o losach czwórki, tak naprawdę mamy tutaj jednego i tylko jednego bohatera. A jest nim Jude. Dlaczego? Gdyż normalność "żyć" innych bohaterów jest tak prozaiczna, że stanowi tło. Przecież nie chcemy czytać o ludziach do nas podobnych bo byśmy zasnęli z nosem w kartkach. To co spotkało Jude w przeszłości jest tak sadystyczne, okropne i niewyobrażalne, że nie sposób tego opisać. Autorce się jednak udało. I dla mnie jako czytelnika było to przerażające doświadczenie. Wiem, że temat wykorzystywania dzieci, które dorastając uważają się za nic nie wartych członków społeczeństwa, jest częsty we współczesnej literaturze. Więc czy tym razem dostaliśmy coś nowego? Absolutnie tak. Język jakim posługuje się autorka jest tak realistyczny, tak przemawiający wprost do serca czytelnika, że nie sposób nad tą książką nie zapłakać. We mnie osobiście wzbudziła iście skrajne emocje począwszy od niedowierzania, złości a na przerażeniu skończywszy. Uzmysłowiła mi całą grozę współczesnego świata. Nadal jestem pełna niedowierzania i zadaję sobie pytanie : czy ludzie są naprawdę takimi potworami? Jest to na pewno jedna z najsmutniejszych książek jakie przeczytałam z jednymi z najbardziej wiarygodnych bohaterów jakich udało mi się poznać.

Zabrakło mi troszeczkę tła historycznego. Oczywiście wiemy kiedy rozgrywa się fabuła powieści, oczywiście nasi bohaterowie komunikują się za pomocą nowoczesnych technologii jak mail czy telefon komórkowy jednak zupełnie nie wiemy co się dzieje wtedy na świecie. Pamiętajcie, że spędzamy z bohaterami lata, lata podczas których świat stał się areną wielu gospodarczych i kulturalnych przemian, wielu ataków terrorystycznych, wielu zdarzeń które miały wpływ na nasze życie. Aż trudno mi uwierzyć, że to wszystko nie miało wpływu na życie naszych głównych bohaterów. Duża część fabuły osadzona jest w środowisku homoseksualnym, aż dziw bierze że żaden z naszych pobocznych bohaterów nie został zarażony HIV. Choć może Jude właśnie na to cierpiał? Wiemy, że był chory jednak autorka nigdy do końca nie wyjaśniła nam na co. 

Zastanawia mnie jeszcze jedno. Skoro autorka napisała tak obszerną powieść czemu nie nadłożyła wysiłku i nie opisała nam wydarzeń z przeszłości. Dlaczego tę czwórkę połączyła dozgonna przyjaźń? Jak się poznali? Po prostu co było wcześniej. Zaczyna jakby od środka wmawiając nam, że po prostu tak być musi i kropka. Gdyby zmienić edytora tekstu i pozbyć się wszystkich powtórzeń wtedy na pewno znalazłoby się miejsce na dopisanie kilku wartościowych stron.

Jest to na pewno jedna z najbardziej ciężkich i bolesnych powieści jak zdarzyło mi się przeczytać. Jednocześnie czasami wydawała mi się zbyt łatwa w odbiorze, nawet gdy poruszała niezwykle trudne tematy-to dzięki niezwykłemu językowi i talentowi pisarskiemu autorki. To powieść z pewnością nie dla każdego. Jednak ja polecam ją wszystkim, to opowieść o ludziach którzy muszą być wysłuchani. 




niedziela, 21 maja 2017

 Tytuł : "Chemik"
 Autor : Stephanie Meyer
 Wydawnictwo : Edipresse Polska S.A
 Rok wydania : 2017
 Liczba stron : 568
 Tytuł oryginału : The Chemist 



 Avengers w wersji demo


Jako nastolatka sagę "Zmierzch" przeczytałam w kilka wieczorów. Jeszcze większe wrażenie zrobił na mnie "Intruz", który do tej pory znajduje się w pierwszej 10 moich ulubionych książek. Po tę publikację sięgnęłam z dwóch powodów : sentymentu do autorki i ciekawości jak sobie poradziła w tym nowym dla niej gatunku jakim jest thriller kryminalny? Czy się udało? Przeczytałam mnóstwo
niepochlebnych opinii o tej książce, z niektórymi się zgadzam a niektóre były nieco wyolbrzymione. Może nie jest to najlepsza książka jaką przeczytałam w życiu jednak dostarczyła mi sporo rozrywki. Jest to coś dla czytelników dopiero zaczynających z gatunkiem, którzy nie mają zbyt wygórowanych oczekiwań i potrafią czytać z przymrużeniem oka. Doświadczonych może drażnić język powieści i dość dziecinny styl, który wyróżnia tę autorkę. Moim zdaniem jak na początek romansu z thrillerem wypadło naprawdę nieźle. 

Alex od lat się ukrywa. Fałszywe nazwiska, zmiana miejsca zamieszkania, pułapki broniące do niej dostępu. Alex śpi w wannie. Alex śpi w masce gazowej. Alex czasem nie śpi bojąc się o własne życie. Ze znanej chemiczki, pracującej dla amerykańskiego rządu stała się uciekinierką. Kiedyś dzięki skomponowanym przez siebie mieszankom chemicznym pomagała w wymuszaniu zeznań od terrorystów. W pewnym momencie stała się zagrożeniem. Jej kolega z pracy, do tego jej najbliższy i jedyny przyjaciel zginął, ona cudem uratowała życie. Jednak od tego czasu musi się ukrywać.
Pewnego dnia w skrzynce mailowej znajduje email od starego szefa. mężczyzna prosi ją o pomoc w schwytaniu groźnego przestępcy, który planuje atak z użyciem broni biologicznej. Mogą zginąć miliony ludzi. Alex decyduje się pomóc zanadto się nie odsłaniając. Porywa wskazanego mężczyznę i zabiera do przystosowanej na miejsce przesłuchań stodoły. Kiedy przystępuje do pracy, mężczyzna błaga o litość. Nawet najgorsze związki chemiczne nie potrafią go złamać. Alex po raz pierwszy w życiu ma wrażenie, że przesłuchiwany jest niewinną ofiarą. Już ma się poddać jak jej kryjówka zostaje zaatakowana.

Fabuła książki jest dość ciekawa i wciągająca. Mamy tutaj ukrywającą się kobietę, która walcząc z własnymi strachami postanawia jeszcze raz się zaangażować. Od razu wiemy, że nie wyjdzie jej to na dobre i tylko czekamy aż wszystko, tak doskonale zaplanowane weźmie w łeb. Gdzieś przeczytałam, że najsłabszą stroną tej książki jest jej grubość. Muszę się zgodzić z tym stwierdzeniem. Gdyby powieść była o 200 stron krótsza na pewno zyskałaby na jakości. Tutaj mamy do czynienia z korkiem na autostradzie. Za zjazdami samochody jadą szybko by tuż przed zwolnić do tempa iście ślimaczego. Sam początek książki jest dość ciężki. To właśnie tutaj poznajemy Alex. Alex, której życie to jedna wielka ucieczka. I autorka nie omieszkała nie podzielić się z nami wszystkimi szczegółami. Poznajemy dzień Alex minuta po minucie, jedyne co zostaje nam oszczędzone to wizyty w toalecie. Zbyt wiele tu niepotrzebnych szczegółów, powiem szczerze- po pierwszych 80 stronach miałam ochotę odłożyć tę książkę i nigdy więcej do niej nie wracać. Całe szczęście uzbroiłam się w cierpliwość (i kawę) i brnęłam dalej. Dalej było już tylko lepiej. Autorka potrafi zaskoczyć nas zwrotami akcji, nie jest jej obcy męski styl, potrafi poruszać się w realiach kryminalnych, nie było tutaj istotnych zgrzytów. Jednak kiedy pisarze (mężczyźni) jak już wprawią wahadło w ruch tak tempo akcji nie zwalnia, to nasza autorka nadal na siłę tę akcję stopuje. Mamy strzelaninę, ból, obite szczęki, włamania i pościg by w następnej chwili znaleźć się w sielskiej scenerii rancha, z setką mniejszych lub większych psów gdzie zaczyna rozkwitać romans. I tak sobie romansujemy przez kilkadziesiąt stron tylko po to by znowu wpaść w wir zdarzeń. Autorka powinna bardziej popracować nad tempem akcji, wtedy całość wyszłaby mniej chaotycznie i bez dłużyzn. 

Autorka do tej pory pisała powieści dla młodzieży. I ten iście młodzieżowy styl niestety nadal jest obecny. Młodszym czytelnikom nie będzie to przeszkadzało jednak wyjadacze gatunku mogą mieć z tym problem. Moim zdaniem Bella ze "Zmierzchu" był jedną z najbardziej patetycznych bohaterek kobiecych wszech czasów. Czy tym razem wyszło lepiej. Niestety tylko troszkę. Postaci w tej powieści niestety do wiarygodnych nie należą, co nie znaczy że nie możemy ich polubić. To bardziej komiksowi superbohaterowie niż zwykli ludzie. 
Zacznijmy od Alex, która z pracownika laboratorium zamieniła się w maszynę do zabijania. Sama, w przeciągu kilku lat, nauczyła się więcej niż cała jednostka SWAT razem wzięta. Nie dość , że zna chemię jak nikt inny co pozwala jej zastawiać zabójcze pułapki to jeszcze nieźle obchodzi się z bronią. Jest istotą aspołeczną, nikomu nie ufa. Cierpi na manię prześladowczą. 
Następny w kolejności jest Kevin : to prawdziwy superbohater. Niczego się nie boi, jest gotowy na każdą ewentualność. Umie się bić, umie strzelać, do tego jest nieziemsko bogaty i podobnie jak Alex przygotowany na każdą ewentualność. Z dziewczyną ma jeszcze wspólne to , że również się ukrywa.
Danny jest nauczycielem romantykiem. Wydaje się oderwany od świata w którym żyje. To człowiek który nie zdaje sobie sprawy z realiów XXI wieku i żyje ideałami, zastanawiałam się jakim cudem udało mu się dobić trzydziestki. Danny to taki typowy duży chłopczyk, czasem mi się wydawało że ma umysł 5 latka, co było niezwykle denerwujące.
Najciekawszą postacią jest Val. prostytutka, piękna jak rusałka która doskonale wie czego chce od życia i zazwyczaj to dostaje. U niej nic nie jest za darmo. Jest mądra, sarkastyczna i jako jedyna  z tego całego towarzystwa wie że życie ma wielką wartość. Mogę powiedzieć, że polubiłam ją z całego serca. 
Jak widzicie mamy tutaj do czynienia raczej z Avengersami niż z typowymi bohaterami thrillera. I jak można się spodziewać język postaci jest również komiksowy, czytaj : prosty a czasem nawet groteskowy. Pojawiają się tutaj elementy żartobliwe, które zupełnie nie pasują do sytuacji, i zamiast budować napięcie, co jest typowe dla thrillerów, autorka je konsekwentnie rozładowuje. To tak jak by samemu sobie strzelić w stopę. 

Jednak największym minusem były luki fabularne. Jak kobieta, która 100 procent swojej energii wkłada w ukrywanie się i ucieczkę przed zabójcami, bez żadnego zastanowienia postanawia się odsłonić i nawiązać współpracę z tymi którzy chcą ją zabić? Czyżby dlatego, że to właśnie od tego zależy życie miliona ludzi? Raczej mało prawdopodobne gdyż sama potem przyznaje, że w momentach krytycznych myśli tylko o sobie i to o siebie się troszczy. 
Kolejna rzecz. Kevin, brat Dannego, przybył mu z odsieczą znajdując go po wszczepionym w ciało lokalizatorze. Ale dlaczego w ogóle się pojawił? Czy Danny nie mógł po prostu pojechać na prowincję na wycieczkę? A nawet jeśli Kevin chciał sprawdzić co sprowadziło Dannego do stodoły to czy musiał wynajmować do tego samolot (jak skoczył z psem??) i przybywać w pełnym rynsztunku żołnierza sił specjalnych? 
Takich pytań mam jeszcze wiele, jednak chcę żeby zostało coś do odkrycia dla was.

Książka nie jest zła, choć posiada kilka mankamentów, które czynią ją niezbyt wiarygodną. Ja osobiście mogłam przymrużyć oko ze względu na wielki sentyment do autorki. Mam nadzieję, że czyta recenzje swoich książek (oczywiście te na anglojęzycznych portalach) i wyciąga wnioski. Jej proza nadal czyta się sama. Jednak muszę przyznać, że troszkę się zawiodłam. Chciałabym żeby Meyer wróciła do gatunku w którym dobrze się czuje bo jej romans z thrillerem skończył się dość kiepsko. Nadal cenię autorkę, i z pewnością sięgnę po kolejne pozycje. Po tej po prostu czuję niedosyt.

środa, 17 maja 2017

Tytuł : "Zostać Nicole. Metamorfoza amerykańskiej rodziny."
Autor : Amy Ellis Nutt
Wydawnictwo : Czarna Owca
Rok wydania : 2016
Liczba stron : 304
Tytuł oryginału : Becoming Nicole. The Transformation of American Family



Batalia o tożsamość

Kilka lat temu czytałam świetną książkę o mężczyźnie, który czuł się kobietą. Było to w latach osiemdziesiątych w Polsce. Jak można się spodziewać takich ludzi traktowano wtedy z przymrużeniem oka. Co prawda operacje zmiany płci były już wtedy wykonywane jednak spowolniały je procedury biurokratyczne. Walka o własną tożsamość trwała kilkanaście lat. Sięgnęłam po tę pozycję by sprawdzić jak wiele się od tamtego czasu zmieniło. Oczywiście
amerykańskie realia, nie mają odniesienia do polskiej rzeczywistości, jednak śmiało możemy powiedzieć, że niewiele się w tym względzie zmieniło. Proces zmiany płci, jest dziś równie skomplikowany i czasochłonny jak kiedyś. 

Kelly i Wayne Maines od zawsze marzyli o dzieciach. Pozytywnie przeszli przez proces adopcyjny i zostali rodzicami uroczych bliźniaków : Jonasa i Wyatta. Chłopcy, jak wszystkie bliźnięta jednojajowe byli do siebie bardzo podobnie, jednak w ich zachowaniu już od najmłodszych lat widać było znaczące różnice. Jonas jak każdy chłopiec interesował się zabawkami typowymi dla chłopców, cechowała go również większa odwaga i zainteresowanie sportem. Wyatt był inny. Już jako małe dziecko preferował ubrania typowe dla dziewczynek, również w sferze zabawek wybierał raczej te typowe dla jego koleżanek. Początkowo rodzice brali to za typową fanaberię. Jednak z biegiem lat odrzucanie wszystkiego co chłopięce zaczęło się nasilać. Kiedy Wyatt skończył 5 lat, obwieścił, że czuje się dziewczynką. Była to swoista tragedia dla rodziny, którzy musieli znaleźć sposób na odnalezienie się w nowych realiach.
Książka opowiada o wojnie rodziny Mainesów o tożsamość swojego dziecka. Ich historia stała się precedensem w obronie praw dzieci transpłciowych. 

Niezwykle rzadko sięgam po książki na poły biograficzne, jednak tym razem moje zaciekawienie przeważyło szalę. Sprawy tożsamości płciowej nie są jeszcze do końca zbadane, i nawet w dzisiejszych czasach są tematem dość kontrowersyjnym. Powiem szczerze, pierwszy raz słyszałam o kilkuletnim dziecku, które było niepewne swojej płci. Owszem zdarzało mi się czytać książki, wywiady czy reportaże osób, które dokonały operacji zmiany płci, jednak w przypadku dziecka była to dla mnie nowość. Sama jestem matką trzyletniej córeczki i nie wiem co bym zrobiła gdyby postawiła mnie w takiej sytuacji. Czytając tę książkę nie tyle chciałam się dowiedzieć czy operacja doszła do skutku tylko jakie emocje panowały w rodzinie i jak zareagowało społeczeństwo. 
Wyatta poznajemy od czasów niemowlęctwa i towarzyszmy mu aż do momentu kiedy staje się Nicole a nawet troszeczkę później. Śledzimy każdy jego krok. Razem z nim ubieramy się w sukienki, razem z nim w sklepie wybieramy sobie lalki. Poznajemy również jego rodzinę. Każdą zmianę możemy poznać po sygnałach, które ją zwiastują. Rodzice chłopców kochali swoich synów, byli przy nich cały czas i widzieli co się dzieje. Dostali czas na to żeby się przyzwyczaić. Chmury się zbierały i zaczął padać deszcz, nie była to przywiana znienacka burza. Owszem odkrycie faktu, że nasze dziecko nie jest tym za kogo go uważaliśmy musi być traumatyczne. Obawiałam się tego, że książka będzie napisana z jednego punktu widzenia- z punktu zżytej ze sobą rodziny, w której każdy wspiera każdego. Tu tak nie było. Oprócz oczywistego wsparcia doświadczamy tragedii, odrzucenia, niedowierzania i buntu. Dla wojskowego, przyzwyczajonego do rygoru i drylu dowiedzenie się, że jego syn czuje się dziewczynką musiało być szokujące. Zabrało parę dobrych lat by mężczyzna się przyzwyczaił do tej myśli. Oczywiście nie obyło się bez wstydu, ukrywania przed sąsiadami złości i rozgoryczenia. Również brat Wyatta nie miał łatwo w szkole. Pytania : czemu Twój brat chodzi w sukienkach? Czemu przynosi lalki? Zostawiły oczywisty ślad na jego psychice. Każdy wie jakie dzieci potrafią być okropne. Zostawia to znaczący ślad na psychice.

Pomimo wielu wątków obyczajowych książka jest poniekąd reportażem a poniekąd sprawozdaniem z batalii sądowej. Historia Wyatta była precedensowa w historii Stanów Zjednoczonych. Większość rodziców by pewnie przymknęła na to oko i chłopak by musiał czekać do 18 roku życia by wziąć sprawy we własne ręce. Tutaj było inaczej. Już od najmłodszych lat w szkole, rodzice postanowili pomóc swojemu dziecku. Zaakceptowali to jaki jest i robili wszystko by ułatwić mu życie. Do tej pory w szkołach dzieci transpłciowe nie mogły korzystać z toalet odpowiednich dla płci z którą się utożsamiają. Rodzice toczyli wojnę ze szkołami i z władzami o to by umożliwić ich dziecku korzystanie z łazienki. Osobiście nie ukrywam, że z nimi się nie zgadzam. Wykazali się egoizmem w stosunku do innych dzieci. Pomimo faktu, że Wyatt czuł się dziewczynką, koleżanki korzystające z toalety mogły się czuć skrępowane jego obecnością.

Książka ta obrazuje jak konserwatywne jest amerykańskie społeczeństwo, kraj który niesie światu demokrację. Razem z rodziną Maynsów, odwiedzamy sale sądowe. Walczymy o równość i własną tożsamość. Nierzadko przegrywany. Nierzadko tracimy pieniądze i znajdujemy się na skraju bankructwa. Podziwiam tych ludzi za to, że się nie poddali, naprawdę ustanowili przykład, który będzie wzorem dla innych w podobnej sytuacji. Ta książka pomimo paru aktów tragicznych, i momentów pełnych zwątpienia niesie nadzieję. Troszkę mi zabrakło spojrzenia oczami głównego bohatera tego dramatu. Wszystko opisywane jest z perspektywy matki, mało tutaj wspomnień ojca czy rodzeństwa. A o tym też chciałam przeczytać. Chciałam wiedzieć jak oni się czuli w szkole, jakie przykrości ich spotykały. Gdyby ta książka została napisana przez samą Nicole (przynajmniej część obyczajowa) na pewno byłaby jeszcze lepsza. 

Książkę warto przeczytać, by zobaczyć jak nietolerancyjne i biurokratyczne są realia XXI wieku. Uczy wiary i pokory. Uzmysławia czytelnikowi, że nie ma marzeń których nie bylibyśmy w stanie spełnić. Jest to książka o walce i miłości. Naprawdę ważna lektura w dzisiejszych czasach. takich ludzi jak Nicole jest naprawdę wielu i powinniśmy to sobie uzmysłowić. Czasem warto otworzyć oczy a ta książka to właśnie robi- otwiera na na świat, który tylko my możemy zmienić.

niedziela, 14 maja 2017

 Tytuł :"Zapisane w wodzie"
 Autor : Paula Hawkins
 Wydawnictwo : Świat Książki
 Rok wydania : 2017
 Liczba stron : 368
 Tytuł oryginału : Into the Water


 Dobry marketing

Nie czytałam "Dziewczyny w pociągu" więc ta recenzja nie będzie porównaniem. Podeszłam do autorki i jej twórczości z czystą kartą. O tej książce było głośno wszędzie : wystawy w księgarniach, reklamy w gazetach, blogosfera- jedna wielka reklama książki autorki, której zdarzyło się napisać jedną świetną podobno powieść. Spodziewałam się czegoś naprawdę rewelacyjnego, co odciśnie na mnie piętno. Czegoś co będzie warte zapamiętania. Niestety. Dostałam średniej klasy thriller obyczajowy, w którym akcja rozkręca się powoli, fabuła jest dość przewidywalna a chaos narracyjny jest wprost przerażający. Nie powiem, że książka jest zła, czytało się szybko i dość przyjemnie, jednak nie jest to pozycja która jakoś szczególnie odstaje na tle innych.

Nastolatka topi się w rzece. Parę miesięcy później ten sam los dzieli z nią matka Leny- Nell Abbott.
Nell była znaną w Anglii fotograficzką i pisarką. Wraz z córką przeprowadziła się do Beckford- miejscowości którą odwiedzała z rodzicami w dzieciństwie. Jej marzeniem było napisanie książki o kobietach, które utopiły się w Topielisku.
Po śmierci Nell, policja kontaktuje się z jej siostrą. Jules przyjeżdża do miasteczka by zaopiekować się siostrzenicą. Dziewczyna jest przekonana, że to nie było morderstwo. Jej matka sama zdecydowała się na ten krok. Jednak policja w ramach śledztwa natrafia na coraz to nowe dowody. Małe miasteczko kryje w sobie wielkie tajemnice. 

Na brawa zasługują spece od marketingu. Nie dość, że książka me rewelacyjną okładkę to jeszcze tak ją rozreklamowano, że nie dało się przejść obojętnie. Sięgając po nią miałam wielkie oczekiwania, jednak już po pierwszych dwudziestu stronach wiedziałam, że będę mieć z nią problem. Owszem jest to typowy page turner, książka na jeden wieczór. Można ją porównać do piwa gatunku european lager. Jest tak skomponowana żeby każdemu smakowało. Kwestia tego kto ma mocną głowę a kto będzie miał po niej kaca. Ja zaliczam się do tej pierwszej grupy: przeczytałam, zanadto się nie zmęczyłam i za jakieś dwa tygodnie zapomnę. Ta książka jest tak przeciętna, że aż dziw bierze ile pieniędzy włożono w jej promocję. Pomysł na fabułę jest ciekawy. Małe miasteczko pełne tajemnic, topiące się w rzece kobiety, brutalni mężczyźni i pełno rodzinnych sekretów. Jednak to za mało by zbudować na tym coś co wywoła dreszcze. Czytałam i czytałam, i w pewnym momencie wszystko zaczęło się rozłazić. Krótkie rozdziały bez cliffhangerów, wlokąca się akcja w której brak jakichkolwiek zwrotów i mało wiarygodne postacie. Duża część czytelników już po pierwszej części domyśli się zakończenia. A na domiar złego błąd logiczny, który spowodował, że cała fabuła nie była dla mnie zaskoczeniem. Więcej nie napiszę żeby nie spojlerować. To naprawdę zepsuło mi całą zabawę.

Największym minusem tej książki jest narracja. Co z tego, że znajdujemy się w malowniczej miejscowości pełnej sekretów, co z tego że autorka pięknie odmalowała nam niezwykłe okoliczności przyrody, co z tego że czujemy ten mroczny klimat i pęd rzeki skoro przez pół książki musimy się zastanawiać kto aktualnie do nas mówi? Książka podzielona jest na części n a rozdziały w których narratorami są coraz to nowi bohaterowie, a wierzcie mi jest ich całkiem sporo. Najpierw mamy do czynienia z naracją pierwszoosobową, potem trzeciosobową a na końcu mamy po prostu totalny chaos. Czytelnik przestaje się skupiać na fabule a zaczyna zastanawiać kto akurat ma głos. Było to niezwykle frustrujące. Nasi bohaterowie, praktycznie każdy mieszkaniec miasteczka, miał jakieś tajemnice, każdy mówił zagadkami, więc zamiast skupić się na wątku głównym brnęłam w ślepe zaułki ich psychiki. 

Gdyby akcja książki toczyła się na oddalonej od kontynentu o setki kilometrów wyspie, gdzie mieszka kilka rodzin i nie ma służb porządkowych, wszystko nabrałoby sensu. Tutaj mamy do czynienia z policjantami którzy są największymi niemotami z jakimi miałam do czynienia. A najbardziej irytująca jest Erin, jeśli mamy takich stróżów prawa to ja podziękuję- postoję. Erin została wysłana do pomocy w śledztwie. Zawsze mi się wydawało, że jak przyjeżdża ktoś z zewnątrz to pierwsze co robi to dokładnie bada akta sprawy, siedzi nad nimi, wnika, poznaje wszystkie detale, robi wywiad środowiskowy, stara się poznać społeczność. Otóż Erin tego się po prostu nie chciało robić i sama się do tego przyznaje. Wolała biegać kilometrami po polach niż przeczytać sprawozdania. Chodziła przesłuchiwać ludzi nie wiedząc nic o ich przeszłości, oczywiście ten brak wiedzy odbił się na tym, że mało kto ją traktował poważnie. Przesłuchiwała świadków i nie wiedziała nic o mowie ciała. Po prostu totalna kompromitacja. Policja w tej książce nie prowadzi śledztwa, oni kluczą jak dzieci we mgle. Zagadka rozwiązuje się sama. I to mnie właśnie ubodło. Gdyby akcja toczyła się na wyspie to bym to zrozumiała, ale jesteśmy w Anglii- niedaleko stolicy a i tak rozwiązanie problemu znajduje się samo. Poprzez wielość bohaterów z których każdy dorzuca swoje ziarenko do stosu prawdy. A policja tylko odcina kupony.
Jak pisałam wyżej książka nie jest zła, ale na pewno nie zasługuje na środki i czas, który poświęcono w jej rozreklamowanie, no chyba że wydawca zdawał sobie sprawę jak kiepska jest i postanowił ją wypromować za wszelką cenę. Ja niestety tego nie kupuję i pewnie niedługo wyląduje w koszach z przecenami. Nie czytałam poprzedniej książki autorki ale troszkę mi jej żal bo pewnie na to nie zasługuje. Dla mnie był to przeciętny thriller. Było sporo wątków, które mnie zainteresowały, chociażby historia Topieliska. Czytało się szybko, koniec był zadowalający jednak w żaden sposób nie czuję się powalona na kolana. Dam autorce kolejną szansę, gdyż myślę że ma pomysły tylko musi popracować nad wykonaniem. Na pewno spotkanie z tą książką nie było stratą czasu. Polecam mało wymagającym czytelnikom lub początkującym w tym gatunku.

czwartek, 11 maja 2017

 Tytuł : "Firstlife.Pierwsze życie"
 Autor : Gena Showalter
 Wydawnictwo : HarperCollins Polska
 Rok wydania : 2017
 Liczba stron : 432
 Tytuł oryginału : Firstlife


 Przewodnik czy Anulant?

Średnio przepadam za książkami młodzieżowymi. Zazwyczaj są schematyczne, napisane infantylnym językiem, przekolorowane i pełne luk fabularnych. Czy tym razem było inaczej? Autorka pozytywnie mnie zaskoczyła. Przed rozpoczęciem lektury zadałam sobie trud przeczytania recenzji i się załamałam : kolejna książka, na którą niepotrzebnie tracę czas. Tym razem było inaczej. Co prawda nie jest to literatura z wyższej półki, jednak dostaliśmy całkiem przyjemną opowieść, absolutny page turner, od którego wprost nie da się oderwać. Co prawda, jak to mówi mój tata, nie ma plusów bez minusów, jednak nie wpłynęły one znacząco na moją opinię. Z pewnością sięgnę po kolejny tom.

Tenley, nazywana Ten, znajduje się w Prynne, swoistym więzieniu gdzie doskonale wyszkolona
kadra oprawców ma ją przekonać do wstąpienia w szeregi Miriady. Dziewczyna przeżywa swoje pierwsze życie, które jest dopiero wstępem do życia wiecznego w Sferach, gdzie rządzą dwie frakcje : Miriada i Trojka. Pomimo tortur, którym jest poddawana, Ten nie chce złożyć przysięgi na wierność. Przywódcy obu frakcji postanawiają wysłać swoich przedstawicieli by przekonali dziewczynę do podjęcia decyzji. Kiedy ich wysiłki spełzają na niczym, na Ten zostaje wydany wyrok śmierci. Dziewczynie z pomocą przyjaciół udaje się uciec z ośrodka. Musi się ona dostać w bezpieczne miejsce gdzie będzie mogła zastanowić się jakiego wyboru dokonać : zostać Przewodnikiem Światłość w Trójce czy Anulantem Miriady. Jakiego wyboru dokona?

Na pewno muszę pogratulować autorce innowacyjności. Z takim światem fantasy się jeszcze nie spotkałam, choć jestem fanką gatunku. Oczywiście sama idea Miriady i Trojki jest zaczerpnięta z najpopularniejszej książki na świecie, którą jest Biblia, jednak wszystko zostało tak rozbudowane, że czujemy jak byśmy odkrywali coś zupełnie nowego. Miriada to Strefa ciemności, bogactwa i rozpusty. Trojka to kraina światłości i nauki. Obie frakcje prowadzą ze sobą wojnę. Gdzieś pośrodku znajduje się Wiele Końców : miejsce gdzie trafiają Niezdecydowani - duchy które nie opowiedziały się za żadną z frakcji. Jeśli by przyjąć, że Trojka to niebo, Miriada to piekło to Wiele Końców wypadałoby nazwać czyśćcem. Nic bardziej mylnego. Jest to najmroczniejsza i najbardziej złowieszcza Kraina w której byłam podróżując przez książki młodzieżowe. Małpająki, ptaki z żelaznymi zębami, krwiożercze mrówki, które ogryzają do kości, wabiące głosem syreny o spiczastych kłach. Kraina z której nie da się ociec, gdzie jedyną ochroną jest cień ogromnej Wisturaii. 
Świat opisany przez autorkę jest wspaniały i zarazem bardzo skomplikowany. Zarówno mroczny jak i tryskający kolorami. Mamy tutaj do czynienia z grą kontrastów. Może i pomysł oklepany i banalny jednak w tym przypadku genialny. 
Również idea "wielożycia" do mnie przemówiła. Któż z nas by nie chciał wiedzieć co się z nami stanie po śmierci?  Naszym bohaterom to wiedza jest dana, ba mogą sobie nawet wybrać miejsce do którego się udadzą, wystarczy tylko że złożą przysięgę. Po podpisaniu "umowy" odpowiednia frakcja gwarantuje im pracę, bogactwo, wykształcenie i oczywiście odpowiednią pozycję w nowym życiu. Mało tego Miriada oferuje coś więcej- trzecie życie nazywane Spięciem. Co prawda nie wiem do końca na czym ono ma polegać, gdyż w tym tomie ten wątek został mało rozwinięty jednak liczę, że z następnej książki dowiem się więcej. 

Przejdźmy do naszych bohaterów. Tu zaczynają się małe schodki. Ten jest niezależną, Niezdecydowaną młodą dziewczyną. Z pozoru brutalna i nie wahająca się przed niczym w głębi duszy jest zagubiona i wymaga opieki. Postać, która jednych będzie drażnić, drudzy będą patrzeć na nią z przymrużeniem oka a jeszcze inni znienawidzą. Dla mnie jest po prostu zwykłą nastolatką w której szaleje burza hormonów. Moim zdaniem postać ta została świetnie wykreowana, pamiętam jaki mętlik w głowie miałam mając 17 lat. 
Killian i Archer, przystojniacy wysłani przez frakcje by zwerbować Ten. Oboje nieziemsko przystojni, oboje inteligentni i wysportowani. Oboje mający wiele do zaoferowania. Pomimo brutalności i niechęci jaką żywili do siebie nawzajem naprawdę pokochali Ten, naprawdę się o nią troszczyli. Może była tylko misją do spełnienia, może ich życiowym wyzwaniem? Jednak oboje byli wiarygodni, pełnokrwiści i nieprzerysowani.
Reszta postaci jest raczej drugoplanowa. Polubiłam Sloan, kolejną nastolatkę, która nie wie co ma zrobić z własnym życiem. Jest przezabawna. 

Lubię książki, w których coś się dzieje. Tym razem akcja gna na łeb na szyję. Praktycznie na każdej stronie coś się dzieje. Krótkie zdania, mało opisów, dużo dialogów jeszcze potęgują ten pęd. W niektórych momentach zadawałam sobie pytanie czy rzeczywiście jest to książka dla młodzieży. Na pewno jest jedną z najmocniejszych, krwistych i brutalnych książek NA fantasy z jakimi do tej pory się spotykałam. Krew leje się strumieniami, bohaterowie nie mają skrupułów przez wyciągnięciem broni i jej użyciem. Mamy tutaj sex, sprośne żarty i... jeszcze więcej mordobicia. Aż strach było przewracać strony, żeby przypadkiem nie okazało się, że zginął ktoś kogo zdążyliśmy polubić. 

A teraz garstka minusów. Większość jest natury fabularnej. Przez całą książkę zastanawiało mnie dlaczego Ten byłą Niezdecydowana. Rodzice wsadzili ją do więzienia gdzie poddawano ją torturom, musiała uciekać przed prześladowcami. Normalna osoba już dawno by wybrała którąś ścieżkę byle tylko nie cierpieć. Nasza Ten jest uparta i pomimo tortur, pomimo śmierci przyjaciół nadal nie chce wybrać swojej drogi. Najgorsze jest jednak to, że nie daje nam żadnego wytłumaczenia. Nie wybiorę bo nie i koniec. Do końca książki modliłam się by poznać odpowiedź. Niestety. 
Po drugie akcja toczyła się czasami zbyt szybko. Rodzice wsadzili Ten do więzienia by nauczyć ją rozumu. Dziewczyna cierpiała a oni odwiedzali ją tylko po to by spytać się czy zmieniła zdanie zabrakło tutaj jakiegokolwiek dialogu. Może jak by rodzice z nią porozmawiali to byśmy się dowiedzieli dlaczego została Niezdecydowaną? Potem ściele się trup za trupem, jednego dnia ginie bliska Ten osoba, by kilka godzin później ona sama się doskonale bawiła na balu. Troszkę naciągane. 
To właśnie emocji mi tutaj zabrakło. Było skakanie od wydarzenia do wydarzenia, ale niestety bez przemyśleń i głębszej analizy.
Po trzecie i ostatnie (choć jeszcze parę mam w zanadrzu). Dialogi z początkowych rozdziałów książki, a konkretnie wymieniana korespondencja. Podwładny zwraca się do swojego generała jak do kolegi, mało tego, obraża go i szantażuje. A co na to generał? Odgryza się jeszcze bardziej. Nie, nie i nie. Tak nie wygląda rozmowa między pracodawcą a pracownikiem. Żałosne, śmieszne i nie do zaakceptowania. Poniekąd zniszczyło to wydźwięk całej powieści.

Pomimo paru wad, książkę polecam. Jest to jedna z tych powieści, które bardzo chętnie bym zobaczyła  na wielkim ekranie. Napisane z rozmachem i polotem, intrygujące i wciągające dzieło. Czy tylko dla młodzieży? Niekoniecznie, sama jestem doskonałym przykładem. Polecam

poniedziałek, 8 maja 2017

 Tytuł : "Król węży"
 Autor : Jeff Zentner
 Wydawnictwo : Jaguar
 Rok wydania : 2017
 Liczba stron : 360
 Tytuł oryginału : The Serpent King 





 Karolinka kontra Karolina

Jestem dość zaskoczona wysokimi notami dla tej powieści. Ponad 7 gwiazdek na lubimyczytac.pl , ponad 4 (na 5) na goodreads.com. Spotkałam się z tylko jedną niezbyt pozytywną recenzją tej książki. I teraz jestem w kropce. Nie powinnam byłą sięgać po tę lekturę ponieważ ewidentnie nie jestem targetem tego gatunku. Ta recenzja również nie powinna powstać ponieważ patrzę z punktu widzenia dorosłego czytelnika a nie wkraczającego w dorosły świat młodego człowieka. Dlatego
spróbuję improwizować i cofnąć się w czasie, do okresu kiedy sama miałam 18 lat. Skonfrontuję moje obecne ja z ja sprzed 16 lat .Zobaczymy co z tego wyjdzie, zapraszam.

Dill jest uczniem ostatniej klasy szkoły średniej w małej miejscowości Forrestville. Oprócz przygotowywania się do egzaminów końcowych musiał podjąć pracę na pół etatu w lokalnym barze. Przynosząc do domu pieniądze pomaga matce w spłaceniu długów swojego ojca- przywódcy jednego z Kościołów Chrześcijańskich, który został osadzony w więzieniu za rozprzestrzenianie zdjęć o charakterze pedofilskim. 
Lydia, przyjaciółka Dilla z klasy, jest fashionistką i blogerką. Jej marzeniem jest dostanie się na Uniwersytet Nowojorski by studiować dziennikarstwo. Przez kilka lat prowadzenia modowego bloga powoli zaczyna wyrabiać sobie markę. 
Travis również kończy szkołę średnią. Kocha Forrestville i nie zamierza go opuszczać. Jego pasją są książki serii Bloodfall. Na jednym z forów poświęconych książce poznaje Amelię, dziewczynę z którą zaczyna łączyć go przyjaźń.
"Król węży" opowiada o losach trójki przyjaciół, trójki indywidualistów, z których każdy ma inną wizję swojej przyszłości.

Karolinka ( czyli 18 lat wcześniej) : Uwielbiam czytać książki, które opowiadają o losach ludzi w moim wieku. Spotykamy tutaj trójkę nastolatków, zupełnie różnych ludzi, z których każde ma swoje własne problemy. Ta książka otwiera oczy. Wielu z nas wychowało się w pełnych, szczęśliwych rodzinach w których największym problemem była kwestia wybrania przepisu na niedzielny obiad. Tutaj dostajemy prawdziwy przekrój amerykańskiego społeczeństwa gdzie niestety nie jest tak różowo. Pedofilia, przemoc, zbytnie pobłażanie, problemy w szkole, brak akceptacji, to wszystko znalazło się na kartach tej niezbyt grubej książki. Przez pierwszych kilkaset stron autor zapoznaje nas z samymi bohaterami powieści i ich otoczeniem. Poznajemy Lydie, Travisa i Dilla. Każdy z nich dostaje swoje własne rozdziały, ułożone naprzemiennie by mieć lepszy wgląd w sytuację. To co podoba mi się w książkach młodzieżowych to mała ilość opisów i akcja pędząca na łeb na szyję. Tu co prawda dominowały dialogi jednak akcji było jak na lekarstwo. Pomimo tego czytało mi się świetnie. Po młodzieżowkach fantasy, których jestem fanką dostałam coś spokojniejszego i bardziej obyczajowego. To jak by przenieść serial Beverly Hills na karty książek. A któż z nas nie uwielbiał Beverly? W połowie książki następuje zwrot akcji, który powalił mnie na łopatki. Kompletnie nie byłam przygotowana na to co się stało, przyznam że łzy stanęły mi w oczach. Autor zagrał na moich emocjach i zrobił to tak niespodziewanie, że musiałam na chwilkę odłożyć książkę i wszystko przemyśleć.
Ta książka w dużej mierze opowiada o przyjaźni nastolatków, przyjaźni która często może przekształcić się w coś więcej. Czy tak było i w tym przypadku? To musicie już odkryć sami, i powiem wam że to nie będzie zbyt trudne już po kilkudziesięciu stronach. Ta powieść nauczyła mnie tego by przywiązywać większą wagę do tego co czują inni ludzie. Nauczyła mnie, że przyszłość jest nieprzewidywalna i należy cieszyć się każdym dniem i czerpać z życia garściami, gdyż dobre rzeczy szybko przemijają. Po przeczytaniu "Króla węży" pozostał we mnie smutek zabarwiony nadzieją. 
Jest to bardzo dobra powieść dla młodszych czytelników, dopiero wkraczających w dorosły świat. Oczywiści książka jest bardzo amerykańska więc pewnie nie znajdziecie tu odniesień do własnych doświadczeń jednak wyzwala ona emocje i zostawia ślad w sercu. Polecam

Karolina (czyli 18 lat później) : Czytam, czytam i czytam i czekam na jakąkolwiek akcję. Przez pierwszych 170 stron kompletnie nic się nie dzieje. Owszem poznaję naszych głównych bohaterów jednak ze strony na stronę zaczynam ich coraz bardziej nienawidzić ( oprócz Travisa- jego kocham). Lydia jest zadufaną w sobie nastolatką, która wstydzi się swoich znajomych, Dill jest męczennikiem i pokutnikiem a do tego pantoflarzem, który jest taką sierotą, że nawet sam siebie nie potrafi ubrać. Całkiem nieźle pamiętam moje liceum i moich szkolonych przyjaciół, można powiedzieć że wszyscy byli tacy sami. Owszem różniły nas zainteresowania, mieliśmy inne talenty i sposób spędzania czasu jednak różnice nie były aż tak diametralne. W tej książce autor postawił na to by zaszokować czytelnika. Dill ma ojca kaznodzieję, który siedzi w więzieniu bo na jego komputerze znaleziono dziecięcą pornografię. Travis ma ojca, który go okłada pięściami i wyśmiewa przy każdej okazji, a Lydia traktuje swoich rodziców jak kolegów którzy jej na wszystko pozwalają. Powiem szczerze : wszystko to jest po prostu naciągane. A na domiar złego w ogóle nie rozmawiają o swoich problemach. Dostaję tutaj jakieś wypociny na temat pociągów, rozważania egzystencjalno-filozoficzne, ale nie dostaję tego na co czekam. Wydaje się, że nasi bohaterowie żyją w swoich własnych kokonach gdzie ich przyjaciele nie mają dostępu. Ja w szkole znałam swoich przyjaciół na przestrzał. Wiedziałam o ich problemach i trudnej sytuacji w domu. A tutaj? Tutaj wszystko jest zamiatane pod dywan. Najbardziej nie realne wydaje się to, że fabuła osadzona jest w małej miejscowości, gdzie wszyscy powinni wiedzieć wszystko o swoich sąsiadach.
Ciekawym wątkiem byłą sylwetka ojca Dilla- lokalnego kaznodziei, poskramiacza węży. Chciałabym więcej dowiedzieć się o tym Kościele, co było podstawą ich wiary? Jakie były ich ideały? Dlaczego facet wpakował się w długi? Niestety nie było mi to dane. To tak jak by odpakować cukierek i wstawić go za szybę. 
Teraz przejdę do kwestii, która najbardziej mnie denerwuje we współczesnych książkach dla młodzieży. Całość fabuły budowana jest na jednym zwrocie akcji, ba tu nawet na jednym zdarzeniu. Nastąpiło ono na mniej więcej 180 stronie (od niej powinniście zacząć czytać). Tego faktycznie się nie spodziewałam i powiem, że poniekąd mnie poruszyło. Zawrzało na kilkanaście stron i autor powrócił do dawnego rytmu. Ale tego mogłam się spodziewać.
Czy polecam? Na pewno jest to pozycja dla wielbicieli Johna Greena, dla młodych czytelników, którzy chcą zacząć przygodę z książkami obyczajowymi. Starsi czytelnicy będą niestety zawiedzeni. Nie ma tutaj praktycznie żadnej fabuły, bohaterowie są denerwujący- szczególnie Lydia, a sam koniec dość naciągany. Wszystko to potoczyło się zbyt prosto i bezproblemowo. Ot taka dość naiwna książka ale ma jeden plus, duże litery i mnóstwo dialogów sprawiają, że da się ją przeczytać w trzy godziny.


czwartek, 4 maja 2017

 Tytuł : "Tlen"
 Autor : Geoff Ryman
 Wydawnictwo : MAG
 Rok wydania : 2017
 Liczba stron : 447
 Tytuł oryginału : Air or: Have not Have


Azjatyckie świnie

Skończyłam..w boleściach doczołgałam się do samego końca. Czy to była prawdziwa uczta wyobraźni? Niestety. Była to uczta cierpliwości, którą odebrałam jako swojego rodzaju lekcję na przyszłość. Nie oceniaj książki po okładkach? Nie czekaj na wielki come back ulubionego pisarza, który postanowił zniknąć ze sceny literackiej? Nie słuchaj dobrych PR-owców? Podeszłam do tej książki z czystą kartą, nie przeczytałam ani jednej recenzji, ani jednego wywiadu, nie spojrzałam ile gwiazdek czy innych punktów dostała na portalach literackich. Sięgnęłam po nią w ciemno i co? I ją znienawidziłam. Z każdą stroną coraz
bardziej. Dopiero po przeczytaniu sięgnęłam po opinie innych i co? Jak zwykle znalazłam się w mniejszości, może ja tej lektury po prostu nie zrozumiałam?

Rok 2020. Świat zmienił się w globalną wioskę, gdzie przepływ informacji odbywa się już w naszych umysłach. Jednak są miejsca gdzie nowe technologie, ze względu na dystans od miast i słabo rozwiniętą w tamtych rejonach infrastrukturę technologiczną, nadal pozostają zacofane. Jednym z takich miejsc jest Kizuldah, mała górska miejscowość w Karzistanie- państwie w Środkowej Azji. To mała farmerska wioska, tygiel kulturowy i religijny, gdzie nieformalnym liderem jest Mae Chung, modystka i fashionistka, dzięki której kobiety z okolicznych miejscowości poznają najnowsze trendy w modzie i stylu życia. Pewnego dnia ONZ postanawia przetestować nową technologię, która ma zapewnić wszystkim mieszkańcom głowy dostęp do sieci (zwanej Tlen)bezpośrednio w ich głowach. Kiedy następuje Test, czyli przesłanie silnego impulsu elektromagnetycznego do umysłów, Mae wraz z sąsiadką zajmuje się gotowaniem prześcieradeł. Kiedy do ich mózgów dociera impuls kobiety wpadają w panikę. Starsza Pani umiera i błąd w systemie kopiuje jej osobowość i wspomnienia do umysłu Mae. W obliczu nieoczekiwanych zgonów ONZ wstrzymuje wprowadzenie technologii Tlen. Ludzkość ma rok na przygotowanie się i nauczenie podstaw działania systemu. W wyniku pomyłki Mae nadal funkcjonuje w Tlenie, z którego czerpie korzyści i uczy się by uratować swoją wioskę przed śmiercią. 

Wszystko to zapowiada się niezwykle ciekawie, jest tylko jedno ale. Myślałam, że będę mieć do czynienia z science fiction z prawdziwego zdarzenia a dostałam powieść obyczajową osadzoną w realiach azjatyckiej wsi. I na dokładkę naszą główną bohaterka jest ekspertem modowym- no tego jeszcze nie było. A co z tym Tlenem? Tą technologią przyszłości? Otóż test nie wypadł pomyślnie więc na razie będzie bez zmian, czytaj : dalej orzemy pole i wypasamy świnie. Przez większą część książki (w tych momentach kiedy jeszcze chciałam dać autorowi szansę) zadawałam sobie pytanie: o co w tym wszystkim chodzi, ze strony na stronę stawałam się coraz głupsza, za to autor za wszelką cenę starał się wszystko jeszcze bardziej skomplikować, dodając takie absurdy, że się w głowie nie mieściło. Z książki powoli zaczął się robić śmietnik, w którym styl zdominował całą fabułę, wszystko to było bardzo ciężkie do strawienia. 
Cała książka była dla mnie zbyt ambitna. Uwielbiam fantasy czy science-fiction gdzie autorzy umieszczają nas w świecie nie tłumacząc nam wszystkiego po kolei, nie prowadząc jak dziecko za rękę do przedszkola. Tutaj autor w sposób niezwykle opisowy przedstawił nam Tlen, ale i tak patrzymy na to wszystko z boku. Nadal jest to technologia przyszłości, która kontrastuje z naszymi bohaterami. Po prostu do nich nie pasuje. Być może była to metafora zmieniających się czasów. Może autor w ten niezwykły sposób chciał przedstawić podziały w dzisiejszym społeczeństwie, gdzie technologia idzie w parze z zacofaniem. Na pewno istotnym przesłaniem tej powieści jest wpływ techniki na małe społeczności, szczególnie wiejskie gdzie dostęp do wyższych technologii nadal jest luksusem. Plusem tej książki było ukazanie nam strachu przed nowym. Nasi bohaterowie mieszkają w małej górskiej miejscowości, gdzie jak zimą spadnie śnieg to są odcięci od świata. Jedyną ich rozrywką jest oglądanie telewizji na jedynym w wiosce telewizorze. I nagle ich świat ma przejść totalną metamorfozę. Ich mózgi zostaną zaprogramowane tak, że cały świat stanie przed nimi otworem. To tak jak by mieć internet we własnej głowie. Oczywiście społeczność została podzielona: na zwolenników i przeciwników. I przyznam bez bicia byłam bardziej przekonana do racji tych drugich. Mając cały świat w głowie małe społeczności po prostu znikną, zostaną wchłonięte, zniknie ich indywidualność i ten brak pośpiechu który je cechuje. Nie wiem dlaczego nasza główna bohaterka była taką wielką orędowniczką przyszłości, choć czarno na białym widziała, że to zniszczy jej miejsce narodzin. 
Co do samej technologii Tlenu, była dla mnie dość nie zrozumiała. Jestem w stanie wyobrazić sobie internet w głowie, wyświetlanie muzyki czy filmów bezpośrednio przed oczami jak robimy to teraz za pomocą gogli. Ale z jakiej racji ten nowy system cofa nas lub przenosi w przyszłość? I dlaczego tylko niektórych? Czy to jego wady, czy zalety? A jeśli zdarzyło to się tylko przez błąd w systemie to czemu ten błąd nie został wyeliminowany? W dobrym filmie science fiction reżyser by wysłał całą armię na Mae byle tylko ją złapać i przeskanować jej głowę. A tutaj? Nadal biega między kozami i prowadzi swój internetowy biznes czerpiąc wiedzę z systemu, który jest uśpiony. 

Najgorsze jest to, że książka nie układa się w całość. Mamy tutaj wątek główny i tryliard wątków pobocznych, które raz poruszone przez autora są odsyłane poza margines. A to właśnie te wątki mogły uratować tę powieść. Akcja toczy się w małej społeczności, gdzieś w górach Środkowej Azji. Wiemy że żyją tu buddyści, chrześcijanie, muzułmanie i wiele innych religii. Niby jest jakaś hierarchia jednak nie wiemy na czym ona polega. Pięknym wątkiem był lud Eloi - jednak nadal nie wiem kim oni do końca byli, za co ich ciemiężono i dlaczego tak naprawdę walczyli. Watek ten przewijał się przez pół książki a potem nagle zniknął. A co z psem, który wydostał naszą główną bohaterkę ze szpitala? Tym psem w czapce, który potrafił myśleć i mówić? Tu wątek również został urwany. To było najbardziej denerwujące. Jak już przyzwyczaisz się do chaosu postaci, który tu panuje, jak już zainteresujesz się ich losem to nagle bach, okazuje się tu zupełnie nie potrzebne bo już nigdy więcej o nich nie usłyszysz. 

Teraz co nieco o języku jakim została napisana ta książka. Nie nie i jeszcze raz nie. Przez pierwsze 220 stron myślałam, że wyjdę z siebie. Potem dostałam coś na zachętkę. W miarę przyzwoite dialogi i zmianę sposobu narracji, przerzuciliśmy się na emaile- o wiele łatwiejsze do przyswojenia. W takich momentach mogliśmy naprawdę poznać bohaterów i otaczający ich świat. Niestety kilkadziesiąt stron później znowu wróciliśmy do punktu wyjścia : przerysowania, nadpisania, niepotrzebne bzdury i mnóstwo absurdalnych metafor. Hola hola, przecież jest to książka sf, na co komu taki język, komisja sztokholmska raczej tego czytać nie będzie, a nawet jeśli ktoś jest fanem tego gatunku to do dobrych momentów nie doczeka. 

Wszystko ale to wszystko mnie drażniło w tej książce, aż tak że nawet nie mam ochoty wspominać o naszej głównej bohaterce. Kiepska fabuła osadzona w nieciekawych realiach, chaos bohaterów, ich niewiarygodność. Ostrzegam wszystkich fanów sf (bo inni i tak nie sięgną po tę książkę) nie warto wydawać pieniędzy czy niszczyć palców na czytniku - ta książka to nowoczesne wydanie prozy Elizy Orzeszkowej. Niech was nie zwiedzie piękna i jakże przekonująca okładka, w środku są tylko pomyje i obierki ziemniaków, dla tych świń z azjatyckich łąk. Koniec pomyj.