"Klatka"  Lilja Sigurdardóttir

"Klatka" Lilja Sigurdardóttir

     Kryminały czytam od zawsze. Zaczęło się od książek wspaniałej Agathy Christie i Artura Conana Doyla, potem (gdzieś w okolicach liceum) przerzuciłam się na nieco mocniejszą literaturę w stylu Alex Kava czy Jo Nesbo, a dziś sięgam po wszystko, byle było mocne, mroczne i krwawe. Lubię i kryminały proceduralne i takie, w których przeważa strona obyczajowa, lubię czytać o policjantach i dziennikarzach, patologach a nawet nauczycielach, którym na stare lata przyszło rozwiązać kryminalną zagadkę. Choć sama jeszcze bym siebie nie nazwała ekspertem , bo jak by nie patrzeć, nadal więcej przede mną niż za mną, to muszę przyznać iż nawet jako laik, zdążyłam zauważyć pewne szczególne przemiany, które się dokonały w tym gatunku. Dzisiejsze kryminały i thrillery, nie ważne czy zaliczy się je do nurtu noir czy też nie, dawno już wykroczyły poza pewną skalę obyczajową, która uznawana jest za normę społeczną. W ostatnich dziesięciu latach autorzy postawili na szokowanie, a często bulwersowanie czytelników, zaskakiwanie ich nie skomplikowaną fabułą lecz oryginalnymi, nieszablonowymi i poniekąd kontrowersyjnymi bohaterami. To właśnie oni stanowią o tym, czy książka wzbudzi nasze zainteresowanie czy też trafi na półkę z innymi nieudanymi eksperymentami. Tym razem Lilji Sigurdardóttir, udało się mnie kupić. I to nie tylko dzięki postaciom. "Klatka" jest doskonałym przykładem przemian, które dokonały się w literaturze kryminalnej a jednocześnie wyznacznikiem, w którym kierunku będzie ona podążać, gdyż myślę iż naśladowców znajdzie się wielu. 

Po wyjściu na wolność Agla robi wszystko, żeby nie trafić z powrotem za kratki. Jednak gdy grupa biznesmenów próbuje wplątać ją w oszustwo, które zakrawa na największe w historii, Agla i jej była nemezis Maria odkrywają, że stawka, jaką jest ich życie, rośnie z przerażającą prędkością.Sonja musi zmierzyć się z długoletnimi przeciwnikami, a baron narkotykowy Ingimar robi wszystko, aby chronić swoje przestępcze imperium. Śmiertelne zagrożenie dla Sonji i jej rodziny sprowadza ją z Londynu na Islandię, gdzie musi rozliczyć się ze swoimi przeciwnikami, jeśli chce pozostać przy życiu. 

Zacznę od  tego, że nie czytałam dwóch początkowych części cyklu Reykjavik Noir, jednak bardzo szybko będę musiała ten błąd nadrobić. "Klatkę" oczywiście da się czytać jako samodzielne dzieło, jednak zdecydowanie więcej przyjemności będziecie mieć, jeśli już wcześniej zapoznacie się z głównymi bohaterami (których jest sporo), ich przygodami, problemami i sprawami w które są zaangażowani. Lilja Sigurdardóttir napisała książkę, która nie jest zwykłym skandynawskim kryminałem, do jakich jesteśmy przyzwyczajeni. Nie jest to kolejna lektura w stylu "zabili go i uciekł", czy też powieść w której grupa śledczych musi rozwiązać zagadkę morderstwa, porwania czy też innego przestępstwa. Na dobrą sprawę nie ma tutaj krwawej intrygi, trupów, wielkich pościgów czy szybkiej akcji. W pewnym momencie zaczęłam się nawet zastanawiać, czy nadal mam do czynienia z kryminałem, czy też miksem gatunków, którego nie da się bliżej określić. Szczerze powiedziawszy to nie spodziewałam się, że deszczowa, wietrzna i zimna Islandia, może być idealną scenerią dla kryminału z silnym wątkiem ekonomicznym, już ten trup w ciemnym zaułku wydawał mi się bardziej prawdopodobny, w końcu ludzie w depresji, o którą nie trudno przy takiej pogodzie, człowiek robi różne rzeczy. Jednak autorka zdecydowała się postawić na przemysł, narkotyki oraz terroryzm, czyli rzeczy które raczej nie kojarzą się z tą wulkaniczną wyspą. I był to strzał w dziesiątkę. Nie każdy pewnie wie, iż Islandia należy do najbogatszych krajów świata a jej PKB to ponad 50 tysięcy dolarów na mieszkańca. By znaleźć się w światowej czołówce kraj ten wykorzystał swoje przewagi konkurencyjne. Aktywność wulkaniczna, która przez stulecia stanowiła śmiertelne zagrożenie, została zaprzęgnięta do produkcji energii elektrycznej i ogrzewania domów. Dzięki energii geotermalnej i elektrowniom wodnym Islandia ma najtańszą elektryczność w Europie i jedne z niższych cen prądu na świecie. Bazując na taniej energii rozwinęło się hutnictwo aluminium i serwerownie – przedsięwzięcia, gdzie głównym kosztem jest energia. Sprzedaż aluminium i produktów z tego metalu generuje ponad 4 mld USD rocznie, czyli ponad 40% islandzkiego eksportu, a wiadomo tam gdzie mamy do czynienia z wielkimi pieniędzmi zdarzają się również wielkie afery  i malwersacje finansowe. Na trop jednej z nich (Ci, którzy znają historię islandzkiego kryzysu z 2008 roku będą wiedzieli o czym mówię), nie do końca fikcyjnej, wpadła nasza autorka i postanowiła opisać ją w tej oto książce. Głównym tematem "Klatki" jest "znikające" aluminium. Zadanie dowiedzenia się co się staje z metalem po opuszczeniu huty, dostaje była prokurator, obecna redaktor naczelna portalu informacyjnego "Wiewiórka". Pomaga jej w tym osadzona w więzieniu tajemnicza Agla, banksterka i milionerka, którą dzieli zaledwie kilka tygodni od wyjścia na wolność. Dodatkowo mamy  parę wątków pobocznych, które wydają się być kontynuacją z poprzednich części. Spotkamy tutaj Antona, nastolatka który pragnie wraz z pomocą kolegi "walczyć" z islamskimi terrorystami i w tym celu konstruuje bombę z wykradzionego dynamitu. Kolejną postacią jest Sonja, baronessa narkotykowa, która boi się że ją wyrugują z interesu. Tych peryferyjnych wątków i postaci jest naprawdę dużo i muszę przyznać, iż niektóre z nich interesowały mnie bardziej niż temat główny. 

Jak napisałam we wstępie do mojej recenzji, książka ta może służyć za doskonały przykład na to, jak zmieniał się gatunek literatury kryminalnej. Spójrzcie proszę na powieści wspomnianej już Agathy Christie. Są to typowe historie detektywistyczne, z jednym trupem i garstką podejrzanych. Fabuła toczy się zazwyczaj w zamkniętych lokacjach, hotelach czy dworkach, a główni bohaterowie są dobrze wychowani, elokwentni i eleganccy. Właśnie tak się kiedyś pisało. Głównym zadaniem czytelnika nie miało być analizowanie profilów psychologicznych postaci lecz rozwiązanie zagadki, bazując na dostarczanych przez autorów wskazówkach i podpowiedziach. Kiedyś ktoś powiedział, że w "dzisiejszych czasach, wszystko zostało już napisane". W myśl tego cytatu, współcześni twórcy mają nie lada orzech do zgryzienia. Wymyślenie czegoś oryginalnego i "nowego", jest zadaniem arcytrudnym, dlatego się nie dziwię że od jakiegoś czasu wszystkie chwyty są dozwolone. Byle tylko zainteresować i utrzymać czytelników autorzy kreują coraz barwniejsze, coraz bardziej kontrowersyjne postaci o jakich literatura jeszcze nie słyszała. To co kiedyś było tematem tabu, dziś stoi na porządku dziennym. Agatha Christie nie miała pojęcia czym jest LGBTQ, dziś bez wzmianki o mniejszościach i bez umieszczenia ich w fabule bądź scenariuszu filmowym, twórca nie ma prawa zaistnieć. Lilja Sigurdardóttir stworzyła bohaterów, którzy byli dla mnie czymś nowym. Po raz pierwszy postacią wiodącą była przedstawicielka mniejszości seksualnej, lesbijka Agla. Kolejną z ciekawych sylwetek był ojciec Antona (wybaczcie, że nie przypomnę sobie jego imienia, ale islandzkie nazwy są bardzo trudne do zapamiętania) , mężczyzna który regularnie korzystał z usług wyrafinowanej prostytutki, która go biła, poniżała i wyzywała od nędznych robaków. Spotkamy tutaj również dziennikarza- szaleńca, wierzącego w New World Order, lesbijkę-narkomankę, młodocianego-terrorystę oraz bankiera-milionera, którego główną rozrywką są szalone imprezy w Paryżu. Jak widzicie, żadna z tych osób nie wygląda na typowego Islandczyka. Nie noszą wełnianych, rybackich swetrów, nie jedzą śledzi w czekoladzie i nie narzekają na wiatr, który nigdy nie przestaje wiać. Tak naprawdę gdyby nie nazwy własne to w życiu bym się nie domyśliła, że akcja tej powieści toczy się akurat na tej pozbawionej drzew wyspie. Autorka praktycznie nie używa opisów, nie stara się wprowadzić czytelników w mroźny klimat, nie stwarza typowej dla kryminałów mrocznej atmosfery. "Klatka" bardziej przypomina prawnicze historie Johna Grishama niż twórczość mistrzów kryminałów. 

Ważnym wątkiem, który poruszony jest w tej książce, jest Islam i związany z nim terroryzm. W 2013 roku w Reykjaviku  powstał pierwszy w Islandii meczet. Środowiska islamskie starały się o pozwolenie na budowę przez prawie trzynaście lat. Jednak pomimo faktu, iż wierni nareszcie mają się gdzie modlić, inne prawa o jakie walczyli (noszenie burki, szariat, obrzezanie) nadal pozostają w sferze marzeń. Islandczycy, których jest zaledwie 300 000, są narodem świeckim, demokratycznym i wierzącym w wolność człowieka i wszelkie możliwe prawa obywatelskie. Tamtejsi politycy nie boją się w ostrych słowach wyrażać swojego zdania na temat muzułmanów i związanych z ich religią zagrożeń. Krzyczą z mównic o złym traktowaniu kobiet, okaleczaniu dzieci oraz próbach wyrugowania, za pomocą przemocy, innych religii i choć na papierze ponad 70 procent społeczeństwa, nie ma nic przeciwko przybyszom z Azji, to tak naprawdę nadal są traktowani jak obcy. Te nastroje braku zaufania, podejrzliwości a nawet strachu, są wyczuwalne w tej powieści. Jeden z głównych bohaterów nawet szykuje zamach terrorystyczny, którego głównym celem jest odstraszenie muzułmanów i sprawienie by wrócili do "domu". 

Muszę przyznać, iż spodziewałam się że "Klatka" będzie zupełnie w innym stylu. Termin "Noir" kojarzył mi się z czymś mocnym, przerażającym, brudnym i szokującym. Tutaj nic takiego nie było. Myślę, że założeniem autorki było stworzenie kontrowersyjnych postaci, które samymi sobą pociągną fabułę do przodu, jednak żyjemy w czasach, gdzie parady równości, tęcze i husarskie skrzydła na barkach transwestytów, nikogo już nie zdziwią. Wydaje mi się, że próba zniesmaczenia czytelnika nie była potrzebna gdyż fabuła tego kryminału dałaby radę się obronić nawet bez oryginalnych, "kolorowych" bohaterów na kolejne litery alfabetu. Mało tego "Klatka" okazała się tak dobra i wciągająca, że postanowiłam sięgnąć po poprzednie części tego cyklu, co zdarza mi się bardzo rzadko, w końcu lepiej iść do przodu niż się cofać. Wam polecam zacząć od początku, myślę że nie będziecie zawiedzeni. 


Tytuł : "Klatka"
Autor : Lilja Sigurdardóttir 
Wydawnictwo : Kobiece
Data wydania : 14 sierpnia 2019
Tytuł oryginału : Búrið


Ten oraz wiele innych kryminałów poleca księgarnia internetowa :
https://www.taniaksiazka.pl/
 

"Oddać serce" Lindsay Harrell

"Oddać serce" Lindsay Harrell

"Oddać serce" to druga książka amerykańskiej autorki Lindsay Harrel a pierwsza wydana w Polsce. Już teraz mogę powiedzieć, iż mam głęboką nadzieję że wydawnictwo Dreams zdecyduje się na przetłumaczenie jej poprzedniczki. Choć nie przepadam za literaturą religijną (nie martwcie się to nie katechizm) ani nawet za książkami obyczajowymi (a szczególnie takimi o chorobach i nieszczęściu) to muszę przyznać, iż akurat ta powieść całkowicie skradła moje serce. I to właśnie tego serca, miłości i odwagi, jest tutaj najwięcej. Od samego początku mamy świadomość, iż "Oddać serce" to cudowna opowieść o pasji, zrozumieniu oraz pozbywaniu się lęków, co w konsekwencji ma dać nam przepis  przepis na doskonałe, harmonijne i szczęśliwe życie. Ta książka jest również przypomnieniem, że najważniejsza jest komunikacja, rozmowa z samym sobą oraz z bliskimi nam ludźmi. Harrel napisała bardzo mądrą, wzruszającą książkę, która choć przewidywalna od samego początku daje nam poczucie komfortu psychicznego i nadziei na lepsze jutro. Kiedy na rynku wydawniczym prym wiodą kryminały i literatura erotyczna, dobrze jest czasem trafić na powieść, która na chwilę wyrwie nas z mrocznych zakamarków pełnych dramatów, przemocy i brutalności. Ciszę się, iż autorka mi pokazała że czasem warto pójść inną ścieżką.

Megan Jacobs od zawsze marzyła o zdrowym sercu. Całe dzieciństwo spędziła w szpitalach, podczas gdy jej siostra bliźniaczka, Crystal, uprawiała sporty, podrywała chłopaków i dobrze się bawiła. Niestety nawet przeszczep nie pomógł Megan czerpać z życia garściami. Teraz pracuje jako pomocnik biblioteczny i mieszka z rodzicami, marząc o przygodzie, którą przeżyje, „gdy tylko poczuje się lepiej”.Kiedy otrzymuje pamiętnik swojej dawczyni serca – wraz z listą rzeczy do zrobienia przed śmiercią – postanawia zdobyć się na odwagę i spełnić marzenia nastolatki. Crystal chce dołączyć do niej z własnych powodów, ale Megan z radością przyjmuje jej propozycję jako okazję do naprawienia ich wątłej relacji.

Książek o chorobach, tych śmiertelnych bądź uleczalnych, mniej i bardziej poważnych, jest na pęczki. Do tej pory nie wiem, dlaczego ludzi fascynuje literatura, której głównym tematem jest cierpienie, samotność, ból a nawet śmierć. Czy czytając o tym jak inni wyglądają przez szpitalne okna, czekają na odpowiedniego dawcę szpiku, czy też spełniają ostatnie marzenia, jednocześnie przygotowujemy się na najgorsze? Czy książki takie uczą nas pokory, szacunku do życia? A może po prostu odczarowują śmierć? Odpowiedź na to pytanie z pewnością jest trudna i nie starczyłoby mi czasu by tutaj podjąć się analizy tego tematu. Wiem jedno, literatura tego typu od zawsze będzie przyciągać czytelników. Lindsay Harrel postanowiła do tematu choroby i przeszczepu podejść od niecodziennej strony. Nie poznajemy tutaj bohaterki, która walczy lecz taką, która już przeszła przez najgorszy okres w swoim życiu, dostała nowe serca a wraz z nim nowe życie. Od operacji minęło ponad trzy lata, jednak Megan nadal się boi, że dostanie nawrotu choroby. Jej życie przepełnione jest strachem i samotnością. Codziennie mierzy sobie puls, zdrowo się odżywia, nie podejmuje odważnych decyzji, jej postawa jest tchórzliwa i asekurancka, nie je nawet ciastek, gdyż tłuszcz i cukier mogą źle wpłynąć na jej nowe serce. Dopiero podróż jej życia sprawia, że dziewczyna zaczyna dostrzegać co straciła. Zdała sobie sprawę, że przez tyle lat była zależna od innych ludzi, każdy musiał się jej podporządkować, zmieniać plany kiedy dostawała ataków. Jej rodzina żyła chorobą, smutkiem i żalem. Muszę przyznać, iż bardzo się cieszę iż autorka podjęła ten trudny temat, jakim jest wpływ choroby jednego z członków rodziny na tę małą komórkę społeczną. Być może sobie nie zdajecie sprawy z faktu, że kiedy ktoś nam bliski zaczyna chorować, zmienia się nie tylko jego świat, lecz również nasz. Megan ma siostrę bliźniaczkę, która urodziła się zdrowa niczym ryba. Mogła chodzić do szkoły, grać w piłkę, uganiać się za chłopakami i jeździć na biwaki. Jak to się mówi : mogła w pełni korzystać z życia. Ale czy naprawdę? Sama nie mam siostry, a co dopiero bliźniaczki, jednak jestem w stanie wyobrazić sobie więź jaka łączy takie rodzeństwo. Często się słyszy o swoistej telepatii i współodczuwaniu, która jest ich udziałem. Czy zdajecie sobie sprawę, jak okropnie musiała się czuć Cristal, kiedy jej "druga połówka" cierpiała i umierała z bólu na szpitalnym łóżku? Kiedy jeszcze nie było nadziei, że dostanie nowe, sprawne serce? Jaką straszną rzeczą musi być trwanie w bezsilności, samotne siedzenie w domu, z którego zniknęła wszelka radość. Cristal została naznaczona tym dramatem i miał on wpływ na całe jej życie. Jedni mogą ją potępić za to, że wyjechała i zostawiła siostrę samą, ja ją zrozumiałam. Wiedziałam, że to była jedyna szansa na to by nasza bohaterka została uleczona, by mogła zacząć normalne życie. Na miejscu pozostali rodzice, przyjaciele i bliscy Megan, którzy nadal wspierali ją na duchu, pomagali jej, zrezygnowali z własnej kariery a często nawet życia. Czasem trzeba się poświęcać, jednak momentami tych ofiar jest po prostu za wiele.


Książek, których głównym tematem jest wypełnianie kolejnych podpunktów z tak zwanej listy "ostatnich życzeń", na rynku wydawniczym jest sporo. Autorzy powieści młodzieżowych bardzo często korzystają z tego schematu. Jedne są gorsze drugie lepsze, jednak wszystkie łączy postać chorego, zazwyczaj umierającego bohatera, i oryginalność wyzwań. Harrel postawiła na coś nowego, co było niczym powiew świeżości, dla czytelnika, który już niejedno w życiu przeczytał. Po pierwsze jej lista życzeń, nie została stworzona przez główną bohaterkę, lecz dostała się jej w spadku po dziewczynie, która ofiarowała jej serce. Po drugie zadania, których ma się podjąć Megan, nie będą służyć temu by zakończyć jakiś rozdział i pogodzić się ze śmiercią, lecz staną się punktem wyjścia dla czegoś nowego, początkiem życia "po przeszczepie". Po trzecie, analizując kolejne punkty tego wyzwania, nie ma tutaj rzeczy, które zaskakiwałyby nas oryginalnością czy szokowały. Są to typowe marzenia nastolatki, która zamierzała zwiedzić cały świat, zobaczyć to co każdy szanujący się "obywatel" powinien poznać organoleptycznie. Na liście znajdują się takie zadania jak : zobaczenie wierzy Eiffla po zmroku, pływanie topless, nurkowanie w dalekim miejscu Wielkiej Rafy Koralowej, zwiedzenie egipskich piramid czy Wielkiego Muru. Tylko dwie rzeczy z tego wykazu mnie zaciekawiły. Jedną z nich było zagranie w "miejską grę" w Londynie oraz pocałowanie nieznajomego w deszczu. Oczywiście od samego początku do końca wiemy jakie będzie zakończenie, gdzie wypadnie punkt kulminacyjny, zwrot akcji, jak zachowają się bohaterowie i czy doczekamy się happy endu. Jednak pomimo faktu, że książka jest przewidywalna, czyta się ją z wielką przyjemnością i zaangażowaniem. Kiedyś sobie obiecałam, że sama zwiedzę świat. Pragnęłam zacząć od Tajlandii, Stanów Zjednoczonych, popłynąć promem na wyspy karaibskie i samolotem wrócić na kontynent. To oczywiście miał być tylko jeden z moich wakacyjnych mega-wypadów. Niestety od kiedy mam dzieci, sytuacja z wyjazdami się nieco skomplikowała. Wiadomo, maluchy ciężko jest zostawić, a jak robią się starsze, to same się pchają do samolotu. Czytając tę książkę poczułam nostalgię, tęsknotę za moimi młodzieńczymi marzeniami. Zazdrościłam naszym głównym bohaterkom, tego że mogą zobaczyć wszystko to, co ja widzę jedynie w Internecie. Choć wiem, że podziwianie widoków i poznawanie ciekawostek na temat egzotycznych krajów, nie było głównym tematem tej książki, tak z pewnością fabuła której akcja toczy się w tak malowniczych sceneriach, jest zdecydowanie bardziej interesująca. 

Dochodzimy do kwestii religii i Boga, które to tematy dość często pojawiają się w tej powieści. Na wstępie powiem, że nie jest to typowa książka "chrześcijańska", której głównym celem jest przekazanie biblijnych prawd, mało tego już na wstępie odniosłam wrażenie, że naszymi bohaterami nie są osoby wierzące, a wątpiące a Bóg przedstawiony jest jako postać, która choć Wszechmocna , to nie za bardzo interesuje się życiem zwykłych ludzi. Dopiero pod koniec lektury zrozumiałam, co było głównym założeniem Harrel. Otóż to nie Bóg, ani żadna siła, był motorem tej powieści, tylko sam człowiek. My, jako gatunek ludzki, mamy tendencję do zamartwiania się, płakania, żalenia, cierpienia. Jest to dziwne biorąc pod uwagę, że większość z nas przyznaje się do tego, że są wierzący. Dlaczego więc marnujemy nasze życie na zamartwianie, dlaczego nie zaufamy Bogu w to, że się o nas troszczy i ma da nas plan. Głównym przesłaniem tej książki jest to byśmy uwierzyli w siebie, nabrali odwagi do życia a nasz Stwórca zadba o to byśmy, niczym biblijny Hiob, w końcu byli szczęśliwi. Moim zdaniem lekcja ta, jest najbardziej pozytywnym religijnym przesłaniem, z jakim miałam do czynienia w literaturze. Bóg jest tutaj obecny, jednak autorka nie epatuje jego imieniem, nie nadużywa go, nie dominuje fabuły. Nadal mamy inne tematy jak kariera, miłość, choroba, życie po przeszczepie czy rodzina, na którymi będziemy się zastanawiać. 

"Oddać serce" to książka, którą przeczytałam w zaledwie kilka godzin. Teraz już po lekturze czuję się wypełniona szczęściem i nadzieją. Powieść ta dała mi tak pozytywną energię, że skutki tego doładowania akumulatorów będę czuła jeszcze bardzo długo. Ludzie, którzy mają rodzeństwo, z pewnością odbiorą tę książkę na innym poziomie, wyniosą z niej inne wnioski. Być może zechcą coś zmienić w swoich relacjach z najbliższymi? Zresztą by to zrobić, nie trzeba mieć ani sióstr ani braci, bo miłość, przyjaźń i wybaczenie są uczuciami uniwersalnymi, które mogą odnosić się do wszystkich. Z mojej strony serdecznie polecam wszystkim : młodszym i starszym, wierzącym i ateistom (a także wątpiącym), kobietom i mężczyznom, choć dla tych drugich momentami może być za słodka. Polecam. 


Tytuł : "Oddać serce"
Autor : Lindsay Harrel
Wydawnictwo : Dreams
Data wydania : 10 wrześnie 2019
Tytuł oryginału : The Heart Between Us: Two Sisters, One Heart Transplant, and a Bucket List




Za możliwość przeczytania i zrecenzowania książki serdecznie dziękuję wydawnictwu : 
 
 
 
Książka bierze udział w wyzwaniu czytelniczym :
 
 


http://www.posredniczka-ksiazek.pl/2019/01/olimpiada-czytelnicza-2019-zapisy.html

"Login" Tomasz Lipko

"Login" Tomasz Lipko

Tomasz Lipko jest osobą, która media zna od podszewki. Zaczynał w radiu, potem przeszedł do prasy, by w końcu trafić do telewizji. Był reporterem wojennym, felietonistą, dziennikarzem znanego programu Uwaga TVN. W wieku ponad 40 lat zaczął interesować się mediami społecznościowymi od tej bardziej mrocznej, biznesowej strony. W pewnym momencie, kiedy poznał mechanizmy nimi rządzące, postanowił skasować wszystkie swoje profile społecznościowe. Od lat ludzie związani z bezpieczeństwem w sieci, psychologowie, dziennikarze a nawet politycy, przestrzegają nas przez różnego rodzaju serwisami, których głównym celem jest wyciągnięcie od nas jak największej ilości informacji na nasz temat. Niestety rzadko kiedy ich słuchamy. Facebook pęka od zdjęć nas i naszych dzieci, dzielimy się miejscem naszego pobytu, tym co jemy na kolację, jakich produktów do pielęgnacji cery używamy lub jaki samochód zamierzamy kupić. Myślimy sobie, że dane które podajemy są bezpieczne. Okazuje się, że jest zgoła inaczej. Tomasz Lipko postanowił odejść od typowej roli nauczyciela-moralizatora, i zamiast zawrzeć swoje obawy w felietonie czy też audycji radiowej, postanowił napisać książkę, cyberthriller, który ma nie tylko dostarczyć nam rozrywki, lecz również dać lekcję pokory i zdrowego rozsądku. 

Bartłomiej Heller od ponad dwudziestu lat wiedzie spokojny żywot prowincjonalnego proboszcza, kiedy jego życie zmienia wizyta w prosektorium. Towarzyszy młodej kobiecie, Karolinie (nazywanej „Donicą”), której ojciec zginął w niewyjaśnionych okolicznościach. To Krzysztof Oliwa, słynny dziennikarz i legenda polskich mediów. Bartłomiej i Karolina wiedzą, że mężczyzna przed śmiercią zgromadził wszystkie sekrety na chipie, który wszczepił sobie głęboko pod skórę. Przełamując strach, ksiądz i dziewczyna rozpoczynają ryzykowną wędrówkę po zwłokach zamordowanego publicysty. Wśród wielu tajemnic, które miał zabrać ze sobą do grobu, jedna okazuje się szczególnie istotna.

Rzuciło wam się kiedyś w oczy, że wystarczy byście odwiedzili jakąś stronę internetową, by na waszym facebookowym profilu, zaczęły pojawiać się jej reklamy? Jeśli zainteresuje was dieta ketogeniczna i zaczniecie zgłębiać jej temat, przeglądając informacje w przeglądarce Google, to media społecznościowe zrobią za was robotę, i zasypią was ogłoszeniami firm zajmujących się keto-cateringiem i innymi rzeczami związanymi z tym zagadnieniem. Jeśli będziecie szukali sukni wieczorowej na ślub kuzynki, to momentalnie mózg facebookowego systemu, przechwyci wasze zainteresowanie i na głównej stronie zaczną się pojawiać reklamy sklepów internetowych z dokładnie taką odzieżą jakiej szukacie. W dzisiejszych czasach by gdziekolwiek się dostać, by zyskać dostęp do pełnej oferty czy wszystkich informacji, musimy się zalogować. Kiedyś przy zakładaniu internetowej skrzynki pocztowej musieliśmy odpowiedzieć na dziesiątki pytań dotyczących nas, naszego życia, preferencji i zainteresowań. Dziś wystarczy zaledwie pomocowy email , imię i nazwisko oraz data urodzenia. Reszta zrobi się sama, a nasz profil będzie sukcesywnie, krok po kroku budowany i updatowany. Wyobraźcie sobie to tak : każdy z nas ma wirtualną teczkę, zbiór danych, które sami tam włożyliśmy. Jeśli kiedykolwiek opublikowaliście w sieci kompromitujące was zdjęcie, to jestem na sto procent pewna, że nawet pomimo tego, że zostało usunięte, nadal gdzieś tam krąży, trzeba jedynie znać metody jego wygrzebania. Wielkie firmy grubo płacą za nasze dane osobowe. Chcą się o nas dowiedzieć jak najwięcej, by reklama okazała się jeszcze skuteczniejsza. Wiadomo, że kobieta, która spodziewa się dziecka, będzie bardziej skłonna kupić śliczne, choć drogie body dla maluszka, niż pastę do protez. Dziś klientów nie szuka się na ulicy, lecz w Internecie. Zresztą już od dawna wiadomo , iż chętniej wydajemy wirtualne pieniądze niż te papierkowe. Jednak czy jedynym zagrożeniem w sieci są krwiożercze firmy, które zalewają nas tanim badziewiem z Chin? Tomasz Lipko pokazuje nam, że sytuacja ze złe, choć takiej którą jeszcze kontrolujemy, może stać się dramatyczna. Jeśli nasze teczki ujrzą światło dzienne lub też znajdą się w niepowołanych rękach ogołocony może zostać nie tylko nasz portfel lecz również życie. Informacja jest najskuteczniejszą bronią w dzisiejszych czasach, a Internet jest mistrzem w jej gromadzeniu. Po pierwsze nie ma ograniczeń, przestrzeń magazynowa może powiększać się w nieskończoność a jego pamięć nigdy nie szwankuje. Autor rysuje przed nami wizję świata w którym System (czyli zbiór informacji, zdjęć, preferencji oraz obrazów z monitoringu) przy pomocy sztucznej inteligencji jest o krok od tego, by przejąć nad nami kontrolę. Oczywiście nie chodzi tutaj o scenariusz rodem z Terminatora, gdzie to maszyny zaczynają rządzić ludźmi. Tutaj nadal człowiek jest motorniczym, jednak szybko się okaże że nawet na tych na samej górze da się znaleźć haki. System został stworzony by służyć zaledwie jednemu pokoleniu. Choć sam w sobie jest niezniszczalny, to ludzie którzy będą z niego korzystać sami doprowadzą do biblijnej apokalipsy. 

Jeśli jesteśmy już przy Piśmie Świętym, to chciałam zwrócić uwagę na postać głównego bohatera. Bartek Heller jest proboszczem w jednej z parafii w Piotrkowie Trybunalskim. Muszę przyznać, iż nie licząc świetnego urban fantasy, które kiedyś przeczytałam, gdzie duchowny biegał z shotgunem i strzelał do wampirów, był to pierwszy ksiądz-narrator, z którym miałam do czynienia. Moim zdaniem wybierając ten zawód, bohater miał w tym ukryty cel. Do końcówki XX wieku, ludzie myśleli, że jedyną istotą wszechmogącą na tym świecie ( i w całym wszechświecie) jest Bóg. Nie ważne czy nazwiemy go Allah, czy Budda czy też Jahwe, sprawa jest prosta. Tylko Najwyższy zna odpowiedzi na wszystkie pytania, potrafi działać cuda, zna nas na wylot. W momencie, kiedy pojawił się Internet, kiedy wiedza stała się dobrem powszechnym i łatwo dostępnym, nastąpiły ciężkie czasy dla Kościoła Światowego. Ludzie już nie widzą rozrywki w niedzielnym nabożeństwie, na którym można było zobaczyć "tę piękną koleżankę z klasy" czy pogadać z "mieszkającym w sąsiedztwie przystojnym wdowcem". Dziś wystarczy odpalić komputer, otworzyć Facebooka i znaleźć profil tego, kto nas interesuje. Młodzi zaczęli odchodzić od Kościoła, ponieważ został daleko w tyle, nie wkroczył na drogę internetowej i technologicznej rewolucji. Dziś, to nie Bóg jest wszechwiedzący, tylko sieć. Jedni korzystają z oficjalnych stron, drudzy z darknetu, jednak jedno jest pewne, w Internecie da się znaleźć wszystko. Tomasz Lipko ze swojego Systemu i ludzi, którzy nim zawiadują, zrobił nowego Boga, Boga XXI wieku, który doprowadzi ludzi na sam skraj zagłady. Moim zdaniem to właśnie dlatego naszym głównym bohaterem został właśnie ksiądz. Jest on postacią która symbolizuje Stwórcę, Wszechmogącego, i to właśnie jego głównym celem jest stoczenie ostatecznej bitwy pomiędzy dobrem a złem. Muszę przyznać iż scenariusz wymyślony przez autora, jest nie tyle niepokojący, co niepokojąco prawdziwy. Stworzyliśmy sieć potężną, niezniszczalną, pojemną i "myślącą" i tylko czekać by znaleźli się ludzie, którzy zaczną ją wykorzystywać dla swoich własnych celów. Już teraz potencjalni pracodawcy sprawdzają nasze profile w mediach społecznościowych, przed przyjęciem nas do pracy. Już kilkukrotnie widziałam CV z podanym linkiem do odpowiednich kont. A co jeśli Internet sam zacznie generować wiadomości na nasz temat i wysyłać je pracodawcom? Jeśli na jaw wyjdą wszystkie nasze brudy i sekrety? W końcu grzeszki innych nas fascynują, lubimy je okrywać, podglądać przez dziurkę od klucza, zbierać i trzymać na czarną godzinę. 

Tym co sprawiło, że czytałam ten thriller z niesłabnącym zainteresowaniem byli jego bohaterowie. Choć fabuła luźno nawiązuje do "Notebooka", poprzedniej książki autora, tak moim zdaniem jest to osobne, samodzielne dzieło, które można czytać bez znajomości pierwszej części . Głównym bohaterem jest ksiądz Heller, o którym już wspomniałam w poprzednim akapicie, a w zadaniu które ma do wykonania, pomagają mu grupa oryginalnych, nieco kontrowersyjnych postaci. Pierwszą z nich jest córka zmarłego dziennikarza Karolina, która nie lubi swojego imienia i każe nazywać się Donicą. Kolejnym bohaterem jest komisarz Igor Hanys, który zajmuje się sprawą braci-kanibali, pracujących w okolicznym domu pogrzebowym, którzy ze swojego domku w lesie, uczynili istną rzeźnię w połączeniu z gabinetem osobliwości. Myślę, że nawet Hannibal Lecter pozazdrościł by in pomysłowości. Do kompletu autor dołożył nam  Radosława Bolestę, który w jednej minusie stał się najbardziej pożądanym, okupowanym i zapracowanym prokuratorem w III RP. Do tego wszystkiego mamy tutaj szereg bohaterów pobocznych, począwszy od hakerów, informatyków czy mnichów, a skończywszy na duchownych, których pasją jest street racing. Z takimi postaciami po prostu nie da się nudzić. 

Osoby religijne mogą się poczuć urażone tą książką, gdyż poniekąd odkrywa ona kościelne sekrety, które powinny pozostać w ukryciu. Przynajmniej tak uważa opinia publiczna. Autor podejmuje temat celibatu i jego bezsensowności oraz braku ukorzenienia w Biblii. Pokazuje, że ksiądz też jest człowiekiem, który ma swoje potrzeby i to, że kocha czy uprawia sex nie znaczy że nie może być jednocześnie dobrym kapłanem. Z kart powieści Lipko wyłania się prawdziwy obraz naszej polskiej rzeczywistości. Z jednej strony technologicznie się rozwijamy a z drugiej nadal cechuje nas typowa dla narodów wschodu tradycyjna, swojska mentalność. Nie ma dla nas imprezy bez wódki, nie ma pracy bez wspomagaczy a małżeństwa bez zdrad. Jeśli System by naprawdę istniał to znalezienie na kogoś haków byłoby niczym bułka z masłem. Dlatego patrzcie co wrzucacie do sieci, bo nawet najlepsze, najbardziej kolorowe i "ulepszone" zdjęcia, mogą skrywać brzydkie, wykoślawione tajemnice. 


Tytuł : "Login"
Autor : Tomasz Lipko
Wydawnictwo : Literackie
Data wydania : 4 września 2019
Liczba stron : 376



Za możliwość przeczytania i zrecenzowania książki serdecznie dziękuję wydawnictwu :  




            Książka bierze udział w wyzwaniu czytelniczym :


http://www.posredniczka-ksiazek.pl/2019/01/olimpiada-czytelnicza-2019-zapisy.html
 

"Nie igraj z ogniem" Amanda Searcy

"Nie igraj z ogniem" Amanda Searcy

Ogień. W skrajnie trudnych survivalowych warunkach, daje nam poczucie bezpieczeństwa, w sytuacjach awaryjnych chroni nas przed wychłodzeniem i może uratować życie. Zapewnia nam komfort psychiczny a powstałe z niego światło i dym umożliwiają skuteczną sygnalizację. O tak oczywistych rzeczach jak gotowanie posiłku nie wspomnę. Od kiedy pierwszy piorun uderzył w drzewo, które zapaliło się, jak pochodnia, żywioł ten nas nieustannie fascynuje a jednocześnie przeraża. Niektórzy próbują przejąć nad nim kontrolę, bawią się pochodniami organizują festiwale świateł, chodzą po rozżarzonych węglach, byle tylko udowodnić innym, a przede wszystkim sobie, że są silniejsi. Są również tacy, którzy idą o krok dalej. Ogień w kominku im nie wystarcza, marzą o wielkich, niszczycielskich płomieniach, które ukazują prawdziwą potęgę tego żywiołu. Zaczyna się niewinnie. Ukradziona paczka zapałek, podpalone liście czy gazety. Jednak po jakimś czasie to nie wystarcza. Zaczynają płonąć stodoły, lasy, domy. Główna bohaterka książki "Nie igraj z ogniem" jest piromanką, dziewczyną kochającą ogień, jego siłę, ciepło i groźbę tego, czego może dokonać. Muszę przyznać, iż to właśnie ona zachęciła mnie do tego by sięgnąć po tę książkę, ona oraz notka wydawnicza. Zawsze działają na mnie takie słowa jak : wypadek sprzed lat czy tajemnice. Jednak czy sekrety Jenny okazały się warte spędzenia z nią kilku godzin? To już jest kwestia sporna.

Przeprowadzka do ojca i zamieszkanie w remontowanym właśnie hotelu w ponurej, przerażającej mieścinie były dla Jenny koniecznością. Bardzo daleką od jej marzeń i pragnień, ale jedyną, która zapewni jej bezpieczeństwo.Jednak zmiana otoczenia nie uwalnia jej od uzależnienia, które spala ją od środka. Codziennie woła ją ogień. Nie może go powstrzymać od czasu wypadku sprzed lat. Do tego zaczyna mieć dziwne przeczucie, że ktoś obserwuje każdy jej ruch.

 "Nie igraj z ogniem" to pierwsza książka Amandy Searce, która została przetłumaczona na język polski, a druga w całym jej pisarskim dorobku. Na wstępie zacznę od tego, iż jest to typowa powieść new adult, więc jeśli spodziewacie się mrocznego, niepokojącego i brutalnego thrillera, to raczej sięgnijcie po coś innego. Zaczyna się naprawdę dobrze. Młoda, niespełna siedemnastoletnia dziewczyna, zostaje odesłana z domu w którym mieszkała wraz z matką, siostrą i ojczymem, tysiące kilometrów dalej, do ojca, którego firma budowlana, zajmuje się remontem ekskluzywnego hotelu. Jenny zamieszkuje w jednym z pokoi pokazowych i zaczyna uczęszczać do lokalnej szkoły. Ponieważ budowa wywołuje sprzeciw lokalnej społeczności, dziewczyna musi liczyć się z tym, że nie każdy będzie zadowolony z jej obecności. Na całe szczęście ma kogoś, kto będzie dbał o jej bezpieczeństwo. Tym kimś jest Cam, syn inwestora, który odwozi ją do szkoły. Jak to często bywa w powieściach new adult, już w pierwszych dniach swojego pobytu w nowym miejscu, dziewczyna zawiera bliskie przyjaźnie oraz znajduje "miłość swojego życia". A przynajmniej ja odnosiłam wrażenie, że wszystko toczy się bardzo szybko, gdyż autorka nie przejmowała się ustaleniem jakichkolwiek ram czasowych. Nie ma tutaj zwrotów takich jak : jutro, następnego dnia, po tygodniu czy kilka miesięcy później. Fabuła jest liniowa i mogła się toczyć zarówno na przestrzeni roku jak i niespełna kilku dni. A kogo poznaje nasza bohaterka? Otóż okazuje się, że w miasteczku jest jak na lekarstwo normalnych nastolatków a wszyscy, którzy stają na drodze Jenny, to ludzie z problemami, dziwacy lub przestępcy. Jej najbliższą przyjaciółką zostaje Ro, która po ucieczce matki, mieszka z ciotką. Ta bezlitosna kobieta, często zamyka przed swoją podopieczną drzwi, i każe jej nocować na dworze. Zachęcona przez Jenny, Ro praktycznie zamieszkuje w hotelu. Muszę przyznać, iż postać tej "kolorowej" outsiderki wzbudziła moje zainteresowanie. Szkoda, że jej profil psychologiczny nie był w pełni stworzony a potencjał na sylwetkę, nie do końca wykorzystany. Do tej pory nie wiem co się działo z Ro, jak wychodziła przez łazienkowe okno, jakie miała plany na przyszłość, czy miała chłopaka lub skąd brała pieniądze na życie. Takie rzeczy, nawet w  przypadku książek dla młodzieży są ważne, i pozwalają nakreślić tło fabularne, które jest istotne dla pełnej wizualizacji.Kolejną postacią, która pojawia się na pierwszym planie jest Ben. Ben pomimo młodego wieku, ma za sobą tak zwaną "przeszłość". Jeszcze kilka miesięcy wcześniej był narkomanem, lecz z pomocą Doktorka i przyjaciółki, udało mu się wyjść z nałogu. Była to postać, która mnie zauroczyła, lecz (podobnie jak reszty bohaterów), jego postępowanie było dla mnie nie do końca zrozumiałe. W książce pojawia się jeszcze sporo sylwetek drugoplanowych. Mamy tutaj kontrolowaną przez rodziców Karę, która ukrywa straszny sekret, enigmatycznego i wiecznie zaspanego Cama (który notabene również ukrywa sekret), ojca Jenny oraz jego kochankę Monikę oraz irytującą Emmę. Wszyscy oni składają się na typową, zamkniętą społeczność małego miasteczka, gdzie każdy ma swoje małe lub większe tajemnice. Tutaj to właśnie one były najciekawszym wątkiem całej książki, i kiedy główna linia fabularna zawodziła, skupiałam się na tych aspektach pobocznych, które ją ratowały i wyciągały nawet z najgorszych tarapatów. 

Pora przejść do tego co sprawiło, że "Nie igraj z ogniem" nie spełniło moich oczekiwań. Jak wiadomo, jednym z najważniejszych elementów książek i tym co świadczy o ich wartości są bohaterowie. Protagoniści mogą być dobrymi lub złymi charakterami jednak najważniejsze by byli prawdziwi. Tutaj mamy do czynienia z typową anty-bohaterką. Zresztą ciężko znaleźć tutaj choć jedną postać, którą moglibyśmy określić mianem tej "dobrej". Jenny jest piromanką. W wieku siedmiu lat, na imprezie urodzinowej koleżanki, dom w którym odbywało się przyjęcie stanął w płomieniach. Dziewczynce udało się uratować, lecz inne dzieci nie miały tyle szczęścia. Od tego czasu Jenny z jednej strony panicznie boi się ognia, a z drugiej jest nim zafascynowana. Jej fascynacja nosi znamiona choroby psychicznej. Nasza bohaterka w momentach wielkiego napięcia czy nagromadzenia negatywnych emocji, zaczyna wywoływać pożary. Właśnie z tego powodu musiała opuścić dom rodzinny. Choć została oczyszczona z zarzutów podpalenia opuszczonego domu, stało się tak jedynie dzięki jej ojczymowi, który złożył fałszywe zeznania w sądzie. Jednak sprawa ta jak widać niczego Jenny nie nauczyła, gdyż pierwszą rzeczą jaką zrobiła, kiedy trafiła do motelu, to poszła do lasu i podpaliła suche liście. Takie sytuacje zdarzyły się kilkukrotnie, aż zaczęła się nimi interesować policja. W momencie kiedy autorka coraz bardziej brnęła w temat piromanii i starała się zrobić z naszej głównej bohaterki zdesperowaną i psychicznie chorą podpalaczkę, cała fabuła zaczęła się sypać. Wydarzenia zaczęły się robić nieprawdopodobne a zachowanie Jenny pozbawione jakiegokolwiek sensu. Dziewczyna zostawiała za sobą tyle śladów, że nawet średnio sprytny policjant, szybko by wpadł na jej trop. Nie mówiąc już o tym, iż jeden z nich stał się świadkiem jak czaiła się w lesie z zapalniczką w ręku. Jenny po prostu nie dało się polubić. Jest kłamczuchą, nie szanuje swoich rodziców ani ich pieniędzy, próbuje kupić sobie przyjaciół, kradnie, jest zawistna, zazdrosna i brak w niej typowej, ludzkiej dobroci. Ciężko mi się czytało jej narrację, gdyż musiałam się wczuwać w rolę osoby, która jest mi zdecydowanie obca. To tak, jak bym znalazła się w ciele kogoś kogo nie rozumiem, psychopaty, szaleńca i na dodatek nastolatki, która momentami zachowuje się jak dziecko a czasem jak osoba dorosła. 

"Nie igraj z ogniem" jest książka, której potencjał nie został wykorzystany. Zabrakło tutaj zarówno rysu historycznego, który by wyjaśnił co doprowadziło naszych bohaterów do właśnie tego miejsca w którym się znajdują, zabrakło również typowego, mocnego punktu kulminacyjnego a zakończenie poniekąd mnie rozczarowało, gdyż jest za proste. Bardzo szybko przejrzałam zamysł autorki i domyśliłam się kto stoi za wszystkimi złymi wydarzeniami, które rozgrywają się w tej książce, dlatego scena finałowa nie była dla mnie żadnym zaskoczeniem. Muszę jednak autorkę pochwalić za to, że znakomicie odtworzyła szkolne realia i zachowanie nastolatków. Wiem jak to jest zmienić szkołę w połowie roku szkolnego, wejść do nowej klasy i wytrzymać zaciekawione a czasami wrogie spojrzenia rówieśników. Momentami podziwiałam Jenny za jej odwagę, za to że pogodziła się z losem i tym, że musiała opuścić matkę (której zachowania nie rozumiem) i młodszą siostrzyczkę. Podziwiałam ją również za to, że za wszelką cenę starała się znaleźć przyjaciół, nie alienowała się, nie zamykała w sobie. Niech to będzie lekcją dla innych młodych ludzi, dla których temat przeprowadzki jest smutny niczym koniec świata. 

"Nie igraj z ogniem" nie jest do końca złą książką. Łatwiej będzie powiedzieć, że po prostu nie trafiła w moje gusta literackie. Była zbyt młodzieżowa na thriller, nie czuć było tutaj typowego napięcia, które charakteryzuje ten gatunek. Moim zdaniem gdzieś w środku autorka się pogubiła, fabuła zaczęła kluczyć, tropy prowadzić donikąd. Bohaterowie zaczęli się zachowywać coraz bardziej nieracjonalnie, uciekali i wracali, chowali się, obrażali, faszerowali prochami i wódką. Oczywiście rozumiem to, że mieli własne problemy, jednak czy już nikt w tych czasach nie potrafi mierzyć się z rzeczywistością? Jeśli zachowanie tych młodych ludzi ma stanowić jakikolwiek wzór dla naszej młodzieży to niech lepiej nie czytają tej książki i nie czerpią z niej inspiracji, gdyż może się to okazać niebezpieczne. Co prawda są tutaj dwa czy trzy fragmenty, których głównym celem jest umoralnienie czytelnika, takie historie ku przestrodze, jednak jeśli weźmiemy pod uwagę iż nasza główna bohaterka jest piromanką-kleptomanką, to całościowy obraz tej powieści wypada dość negatywnie. Można przeczytać, ale czy warto? O tym zdecydujcie już sami. 


Tytuł : "Nie igraj z ogniem"
Autor : Amanda Searcy
Wydawnictwo : Kobiece
Seria : Young
Data wydania : 28 sierpnia 2019
Tytuł oryginału : Watch You Burn



Tę oraz wiele innych książek młodzieżowych zagranicznych autorów znajdziecie w księgarni internetowej :
https://www.taniaksiazka.pl/
 

"Kto się śmieje ostatni" Amy Gentry

"Kto się śmieje ostatni" Amy Gentry

     W 2017 roku, na fali wielkiej hollywoodzkiej afery, w którą zamieszani byli czołowi producenci i znani aktorzy, powstał ruch obywatelski #metoo, którego głównym celem jest zwrócenie uwagi społeczeństwa na problem molestowania seksualnego. Jedna z  aktorek, Alyssa Milano, na Twitterze zachęcała inne kobiety, do opowiadania o swoich przeżyciach. To właśnie wtedy okazało się, że amerykański przemysł filmowy przesiąknięty jest przemocą seksualną, molestowaniem oraz mizoginizmem. Hasztag metoo, rozpowszechniony został w wielu krajach na świecie, między innymi w Wielkiej Brytanii czy Pakistanie, a kampania przeciwko nadużyciom na tle seksualnym, objęła zarówno media elektroniczne jak i tradycyjne. "Kto się śmieje ostatni" jest doskonałym przykładem na to, że również autorzy książek beletrystycznych, pozostają pod jej wpływem. Amy Gentry, mieszkająca w Teksasie dziennikarka i recenzentka, napisała książkę która porusza temat przemocy seksualnej, molestowania i ogólnie uprzedmiotowienia kobiet. Choć wydawać by się mogło, iż to "jedynie" thriller psychologiczny, to tak naprawdę przesłanie jakie niesie jest nie do przecenienia. Uczy i otwiera oczy.

Dana Diaz jest początkującą stand-upperką szukającą dla siebie miejsca w zdominowanym przez mężczyzn środowisku komediowym. Amanda Dorn to silna i nieustępliwa programistka komputerowa. Kobiety szybko nawiązują nić porozumienia, kiedy odkrywają, że obie doświadczyły dyskryminacji w zawodach, w których faworyzowani są mężczyźni. Po spontanicznym wyznaniu Dany, że niedawno padła ofiarą molestowania, Amanda wpada na pomysł odwetu w stylu "Nieznajomych z pociągu". Zemsta, chociaż słodka, wciąga Danę do labiryntu zdrad i rozczarowań. Narastająca paranoja pozbawia ją zaufania nawet wobec najbliższych przyjaciół, a po pewnym czasie - samej siebie. Ile jest w stanie poświęcić dla wyrównania rachunków? Kto ostatecznie zapłaci najwyższą cenę? I czy po tym wszystkim będzie jeszcze można komuś zaufać?

Już po przeczytaniu pierwszej strony tej książki miałam pewne obawy, związane z bohaterką, z którą (bądź co bądź) przyjdzie mi spędzić kilka godzin. Konkretnie chodziło o fakt, iż jest ona stand-upperką, kabareciarą, komiczką czyli para się tym, co mnie osobiście denerwuje, irytuje, dziwi a często doprowadza do szewskiej pasji. W swoim życiu obejrzałam zaledwie jeden skecz, który mi się spodobał (chodzi oczywiście o Mariolkę i jej imprezę, Paranienormalnych). Zawsze mnie dziwiło, jak ludzie mogą siedzieć godzinami, słuchać żartów, które wcale nie są śmieszne i patrzeć na ludzi, którzy robią z siebie pośmiewisko. Zdecydowanie wolałam obejrzeć jakąś dobrą komedię czy serial niż tracić czas na anegdoty o politykach, aktorach czy sportowcach. Amy Gentry daje nam poczuć z czym tak naprawdę związany jest zawód stand-uppera. Muszę przyznać, iż po przeczytaniu tej książki, choć mój stosunek do kabaretów się nie zmienił, tak zdecydowanie pojawił się we mnie szacunek dla ludzi, którzy się tym zajmują. Dopiero po zajrzeniu za kulisy spostrzegłam, że jest to naprawdę trudny kawałek chleba i trzeba być prawdziwym pasjonatem, by wybrać sobie właśnie taki sposób zarabiania na życie. Nasza bohaterka Dana Diaz, jest osobą która dopiero stawia pierwsze kroki w stand-uppie. Jej twarz, oraz żarty, są jeszcze mało znane, więc jedynym sposobem na wybicie się i dotarcie do szerszej publiczności, jest branie udziału w różnego rodzaju konkursach, które są związane nie tylko z zastrzykiem gotówki, lecz również z nawiązaniem odpowiednich znajomości w branży. Do tej pory nic nie wskazywało na to, by Dana miała jakiekolwiek szanse na sukces, zawsze znajdował się ktoś lepszy od dziewczyny, ktoś kto wskakiwał na pierwsze miejsce, jeszcze przed rozpoczęciem konkurencji. Właśnie ten brak szczęścia w życiu, doprowadził Danę, do tego że zaczęła się zwierzać przypadkowo spotkanej w barze dziewczynie. Opowiedziała jej o Austin, mieście gdzie zaczynała karierę, swoich aspiracjach, nieudanym początku kariery aktorskiej w LA, przyjaciołach i marzeniach oraz o tym, że jakiś czas temu padła ofiarą molestowania seksualnego przez jednego z najbardziej znanych komików. Zanim skupimy się na tym wątku fabularnym, chciałabym wrócić do samego stand-upu. Prawdą jest, że dopóki komik nie zostanie dostrzeżony, dopóki nie znajdzie się ktoś kto go wypromuje, to samymi występami nie da się zarobić nawet na opłacenie czynszu. Nawet w Stanach Zjednoczonych. Dana oprócz pojawiania się okazjonalnie na scenie, pracowała również w restauracji. Jednak cały czas nie traciła nadziei na to, że uda jej się wyrwać z Austin i podbić szeroki świat. Jej żarty mnie osobiście nie śmieszyły (nawet te w wykonaniu Betty). Takich komików jest na pęczki, skecze są powtarzalne i jeden kopiuje drugi. W realnym świecie Dana nie miałaby szansy na sukces. Jednak jak dobrze wiecie branża rozrywkowa, jest w stanie wybaczyć bardzo wiele, szczególnie jeśli pojawi się ktoś kto nas poprowadzi za rękę.I to właśnie spotkało naszą bohaterkę, z jednej strony trafiła na psychopatkę, która okazała się szantażystką i stalkerką, a z drugiej dzięki temu co ją spotkało, jej kariera ruszyła do przodu, a życie okazało się idealnym serialowym scenariuszem. 

Przemoc seksualna w Hollywood (i nie tylko), przestała być tematem tabu. Ostatnio na jaw wychodzi coraz więcej afer, w których przewijają się nazwiska oskarowych aktorów i producentów. Kariera wielu z nich została zakończona, trafili na czarną listę osób, które są niemile widziane w branży. Nie jest wielką tajemnicą, iż mężczyźni często wykorzystywali swoją pozycję, status czy siłę, by dostać to czego pragnęli. Kariera przez łóżko jest terminem, który na stałe trafił do naszych słowników. Ba, spotkałam kiedyś dziewczynę, która wiedziała, że zanim dostanie choćby epizodyczną rólkę serialową, to będzie musiała "spotkać się z jednym czy drugim". Była na to przygotowana, a jak spytałam się jej czy nie ma nic przeciwko to tylko wzruszyła ramionami i stwierdziła, że takie jest życie. Oczywiście molestowanie seksualne jest czynem karygodnym i karalnym, jednak to fakt służalczości kobiet i to, że nie raportują nieodpowiednich zachowań organom ścigania, jest tym co mnie niepokoi najbardziej. Okazuje się, że ofiary wolą zachować milczenie, gdyż jeśli prawda wyjdzie na jaw to może się okazać końcem ich kariery, nikt w końcu nie lubi kabli i donosicieli. Kolejnym powodem jest wstyd. Boimy się przyznać do tego, że zostaliśmy zgwałceni czy poniżeni, gdyż w naszym mniemaniu to właśnie My stracimy szacunek naszych przyjaciół i bliskich. Drobne incydenty zbywamy uśmiechem, z poważnymi staramy się żyć tak, by wspomnienia były jak najmniej bolesne. Cieszę się z tego, że w końcu ktoś zerwał zmowę milczenia i powstało #metoo. Czytając kolejne historie pokrzywdzonych kobiet można się było złapać za głowę. Okazało się, że nie chodziło o jednostkowe przypadki lecz setki ofiar męskiej chuci. Ruch #metoo objął nie tylko środowisko aktorskie lecz również muzyków, sportowców i artystów, wkroczył do wielkich korporacji, świata biznesu a nawet małych, lokalnych biur i sklepików. Kobiety nabrały odwagi, postanowiły mówić, i zwracać uwagę na niestosowne zachowania. "Kto się śmieje ostatni" jest doskonałym przykładem tego, jak wyglądamy, my kobiety, w oczach niektórych mężczyzn. Przedstawiony jest tutaj schemat sprawca-ofiara, wraz ze wszystkimi konsekwencjami. Amanda pragnie się zemścić na przestępcach seksualnych, wymierzyć im karę wprost proporcjonalną do winy. Choć to ona, jest ewidentnie czarnym charakterem w tej powieści, to jej pubudki są słuszne i gdzieś w głębi serca czułam do niej sympatię, szczególnie że była osobą zdesperowaną, prawdziwą i niesamowicie lojalną. Rzadko się zdarza ktoś, kto znajduje w sobie odwagę by wziąć sprawy we własne ręce i do tego angażuje jeszcze innych. Oczywiście zemsta jest zła, jednak nie da się ukryć i bardzo często daje satysfakcję. 

Muszę przyznać iż "Kto się śmieje ostatni" jest interesującym, nieprzewidywalnym i oryginalnym thrillerem psychologicznym, który wciąga do tego stopnia, że przeczytamy go za jednym posiedzeniem. Z początku może wydawać się powolny, zbyt "obyczajowy" jak na książkę tego gatunku, jednak wraz z rozwojem fabuły gęstnieje również atmosfera. Od samego początku Dana Diaz wydawałam mi się bohaterką niezwykle enigmatyczną. Jako stand-upperka i komediantka, której głównym zadaniem było wcielanie się w inne postaci i rozśmieszanie publiczności, musiała być również znakomitą aktorką. Od samego początku nie potrafiłam jej zaufać ani polubić. Owszem kibicowałam jej by w końcu dostała swoją szansę, współczułam jak dowiadywałam się jakie przykre wydarzenia były jej udziałem, jednak nigdy nie mogłam powiedzieć, że w pełni ją rozumiem. Choć to nie ona była czarnym charakterem tej powieści (takich osób było tutaj wiele) to miałam przeczucie, że ma coś na sumieniu i odegra większą rolę niż się tego po niej spodziewamy. Okazało się że miałam rację. Już pod koniec książki, kiedy dochodzimy do punktu kulminacyjnego, czytelnik traci orientację. To co miał za pewnik okazuje się nieprawdą, lub półprawdą, czarne z białym zamieniają się miejscami a fabuła skręca w zupełnie nieoczekiwanym kierunku. Jednak to ostatni rozdział książki stanowi o jej wartości. Opowiada on o wydarzeniach "po latach" ( w tym wypadku miesiącach) i o tym jak potoczyły się losy głównych bohaterów. Okazuje się, że nie każdy dostał to na co zasłużył lecz to, co zaplanowali dla niego inni. Była to niezwykle pouczająca a jednocześnie zatrważająca lekcja. 

"Kto się śmieje ostatni" jest drugą książką Amy Gentry. Choć wydaje mi się, iż tym razem powieść ta, w odróżnieniu od swojej poprzedniczki, nie zasłuży na miano najlepszego thrillera roku, to nadal uważam iż warto ją przeczytać. I to z kilku względów. Po pierwsze pani Gentry umie pisać, ma dobry styl i język oraz głowę pełną pomysłów. Po drugie książka ta porusza ważny temat uprzedmiotowienia kobiet i ich roli w branży rozrywkowej. A po trzecie jest to naprawdę ciekawy i oryginalny thriller psychologiczny, który wciągnie was bez reszty, a o to w końcu chodzi prawda? Kolejny raz autorka spełniła moje oczekiwania. Jej pierwszą książkę oceniłam na 5/10 gwiazdek a teraz jest zdecydowanie lepiej. Jest to ciekawa odskocznia od powieści w stylu "Dziewczyny w pociągu", których jest już tyle, że każda kolejna wydaje się skopiowanym oryginałem. Dlatego jak pojawia się na rynku coś nowego i świeżego, to należy to docenić. Polecam. 


Tytuł : "Kto się śmieje ostatni"
Autor : Amy Gentry
Wydawnictwo : Prószyński i S-ka
Data wydania : 17 września 2019
Liczba stron : 392
Tytuł oryginału : Last Woman Standing


Za możliwość przeczytania i zrecenzowania książki serdecznie dziękuję wydawnictwu :
 


https://www.proszynski.pl/
 
 
A dostępna jest w salonach lub sklepie internetowym sieci :  
 
https://www.empik.com/zbyt-blisko-daniels-natalie,p1227335289,ksiazka-p
 
 
 
Książka bierze udział w wyzwaniu czytelniczym :
 
 
 


http://www.posredniczka-ksiazek.pl/2019/01/olimpiada-czytelnicza-2019-zapisy.html
"Po prostu Kasia" Marta Namruf

"Po prostu Kasia" Marta Namruf

CI, którzy mają rodzeństwo wiedzą, jak czasem trudno jest z nim wytrzymać. Ja co prawda nie zostałam pobłogosławiona ani siostrą ani braciszkiem,  jednak od najmłodszych lat wychowywałam  się z kuzynka, która do dziś jest moja najbliższą przyjaciółką. Zanim dorosłyśmy do dojrzałej, rozumnej j pełnej  przyjaźni , wielokrotnie się kłóciłyśmy, obrażałyśmy  i rozstawałyśmy , oczywiście " tak na zawsze". Pamiętam jak pewnego dnia Agnieszka jadąc ze  mną w windzie uderzyła mnie w brzuch, nie pozostałam  jej dłużna  i przy pierwszej możliwej okazji wylałam jej tubkę kleju na włosy.  Już nie zliczę ile razy modliłam się w duchu by Aga zniknęła i zostawiła mnie wreszcie w spokoju. Podobne życzenie miała tytułowa  bohaterka książki "Po prostu Kasia ". Nie mogąc znieść swojej mamy, która jej nie rozumiała, oraz siostry która zachowywała się zbyt dziecinnie, chciała by obie "wyparowały". Jak to się często zdarza w przypadku książek dla dzieci jej życzenie zostało spełnione. Jednak miało to swoje konsekwencje . Okazało się, że dziewczynka nie została sama w pustym domu, gdzie mogłaby rozrabiać i robić to co normalnie robią jej rówieśnicy kiedy rodziców nie ma w pobliżu. Ona miała mniej szczęścia i została przeniesiona do krainy krasnoludków gdzie nie wszystko jest tak kolorowe jak się z pozoru wydaje.

Kłótnia z młodszą siostrą – któż tego nie zna? Gdy Kasia w przypływie złości wypowiada życzenie, że nie chce już więcej oglądać Gabrysi ani mamy, nawet przez chwilę nie podejrzewa, że może się ono spełnić. A to za sprawą spełniaka – wysłannika z Królestwa Zła, ukrywającego się pod postacią pluszowego misia.Przerażona swoim uczynkiem dziewczynka nie pozostaje jednak bez pomocy. Gdy w jej pokoju pojawia się krasnoludek, a zwykła lalka ożywa, Kasia dowiaduje się o baśniowej krainie, istniejącej tuż obok realnego świata. Aby odnaleźć mamę i siostrę, musi odbyć długą, pełną niebezpieczeństw podróż, a wysłannicy złego króla Markosa już na nią czekają…

Dodaj napis
Wszystkie książki dla dzieci, które do tej pory przeczytałam (lub też przeczytałyśmy wraz z córką), były kolorowe, przepełnione ilustracjami z ciekawą szatą graficzną, której głównym zadaniem jest przyciągnięcie młodych czytelników. Wiadomo, że dzieci lubią jak się świeci, błyszczy, mieni. Zabierzcie swoją córeczkę (z synkami test ten może się nie sprawdzić) do sklepu z sukienkami i zobaczcie, który strój najbardziej przypadnie jej do gustu. Czy była to może różowa suknia balowa, udekorowana różyczkami i cekinami, która zajmuje więcej miejsca niż cała wasza garderoba razem wzięta? Tak też myślałam. Takie uwielbienie błyskotek utrzymuje się mniej więcej do dwunastego roku życia, do czasu aż rozpoczyna się młodzieńczy bunt, który zazwyczaj kojarzony jest z ciemnymi, mrocznymi kolorami. W przypadku książki pani Namruf, gdzie jedyną kolorową rzeczą jest okładka (nie da się ukryć iż jest interesująca), czytelnik nie ma za bardzo na czym zawiesić wzroku. Zdecydowanie nie jest to lektura do przeglądania wraz z dzieckiem więc średnio się nada na czytankę przed snem. Czytając tę książkę zaczęłam się zastanawiać jaka grupa wiekowa była docelowym targetem autorki. Jeśli były to dzieci, które umieją już czytać czy też nastolatkowie, wtedy treść tej historii jest nieco zbyt infantylna, z kolei maluchy szybko się znudzą i zabraknie im kolorowych rysunków ułatwiających zadanie wyobraźni. Część z recenzentów uważa, iż jest to powieść dla wszystkich bez wyjątku, gdyż uczy nas uniwersalnych prawd i wartości. Ja, jako dorosła osoba, wiem co jest dobre a co złe, wiem jak powinnam się zachowywać w życiu by nie krzywdzić innym i nie zaszkodzić sobie. Uważam, że nie potrzebuję kolejnej umoralniającej lekcji. Postanowiłam więc spróbować przeczytać tę książkę mojej pięcioletniej córce. Nasza przygoda z Kasią, skończyła się już po trzecim rozdziale. Moje dziecko cały czas mi zaglądało przez rękę, próbując się doszukać ilustracji i była wielce zdziwiona, kiedy jej powiedziałam, że nie ma ani jednej. Zadała mi nawet pytanie czemu czytam jej książki dla dorosłych. Przygody głównej bohaterki jej nie zainteresowały, sposób mówienia postaci wydawał się być nie zrozumiały a sama kraina mało interesująca. Książka trafiła na półkę, a miejsce na nocnym stoliku zajął kolejny tom biedronkowych słodziaków. Postanowiłam jednak zachować "Kasię" i spróbować znowu za parę miesięcy a może również lat. Jeśli nadal będę prowadzić tego bloga, być może wprowadzę do recenzji odpowiedni update :) 
"Po prostu Kasia" jest, przynajmniej według portalu literackiego lubimyczytać, debiutem literackim. Jak w przypadku każdej z czytanych przeze mnie pozycji próbowałam znaleźć jakiekolwiek informacje na temat autorki, jednak tym razem internet milczał. Marta Namruf pozostała dla mnie anonimowa. Żadnych zdjęć, opisów, spotkań literackich, notek biograficznych. Nic. Kiedyś jeden z pracowników znanego wydawnictwa z którym współpracuję, wysłał do mnie książkę-niespodziankę. Zabawa miała polegać na tym, żebym odgadła kto jest autorem danej powieści. Choć przeczytałam ją w całości, analizowałam, skupiałam się na każdym słówku, tak nie udało mi się zgadnąć. Stworzony przeze mnie profil psychologiczny , nawet w dziesięciu procentach nie pokrywał się z prawda. Dlatego też tym razem nie będę próbowała bawić się w psychologa i zgadywać, kim też tak naprawdę jest pani Namruf (o ile nazwisko to nie jest zmyślone). Kilka rzeczy mogę jednak stwierdzić. Po pierwsze ten kto napisał tę książkę, musi lubić literaturę fantasy, bardzo wyraźnie bowiem słychać tutaj echa innych, wielkich twórców. Garstka naszych bohaterów skojarzyła mi się z drużyną pierścienia, którą znamy z dzieł Tolkiena. Małe walczaki to stworki na podobieństwo goblinów, szpiegujące kruki to nazgule, a waląca się jaskinia i podróż przez wnętrze góry zbyt bardzo przypominają kopalnie Morii, by o tym nie wspomnieć. Oprócz Tolkiena dostrzegłam tutaj również podobieństwo do Abercombiego, dużo akcji, krótkie dialogi, pośpiech oraz Roberta Jordana, twórce wspaniałego Koła Czasu. Jeśli by wziąć pod uwagę lokacje i opisy to na myśl mi przychodzi świetna gra komputerowa z gatunku RPG, Baldurs Gate. Autorka doskonale wie czym jest fantasy i jak powinno się budować powieści tego gatunku. Ponieważ całość oparta jest na częstym schemacie wędrówki, na której końcu dobro zmierzy się ze złem, autorka nie miała zbyt wielkiego pola dla popisu dla swojej wyobraźni. Muszę przyznać, iż robiła wszystko, byśmy nie posądzili jej o kopiowanie i odgrzewanie przeżutego już kotleta. Stworzyła ciekawych, choć nieco irytujących bohaterów, przekonujące aczkolwiek proste nazewnictwo i krainę, w której wszystko odnosi się na naszych złych czy dobrych uczynków. Są tutaj Góry Przeżyć, Morze Łez Smutku oraz wiele innych lokacji. Zastanawiałam się tylko dlaczego świat, do którego trafiła Kasia, nazywany jest Królestwem Zła? Moim zdaniem zamieszkujące go istoty, są po równo dobre i mroczne, balans jest utrzymany i dopóki Markus nie posiądzie umysłów wszystkich chochlików i zabawek, nic tej krainie nie zagraża, a już na pewno nie jest ona zła . To właśnie do jego siedziby musi dotrzeć Kasia wraz ze swoimi przyjaciółmi, by uratować swoją mamę i siostrę. Ich droga najeżona jest niebezpieczeństwami, spotkają tutaj ciekawe istoty, jak chociażby "galopujące" ślimaki, będą musieli uciekać przed pościgiem, przeżyć w niewoli,przepłynąć morze tonącym statkiem oraz przeżyć wiele innych przygód. Wierzcie mi na brak akcji nie będzie można tutaj narzekać. A to właśnie dzieciaki lubią najbardziej, jak się dzieje. 

Jak każda z książek dla dzieci również i ta naszpikowana jest pozytywnymi treściami i morałem, który należy z niej wyłuskać. Kasia, którą poznajemy na początku nie jest wcale taką miłą dziewczynką. Jest złośliwa, samolubna i pyskata. Bez żadnego widocznego powodu, kłóci się ze swoją mamą i siostrą i do tego ma czelność zwalać na nie winę za wszystko. Kiedy trafia do Królestwa Zła, dziewczynka zaczyna dostrzegać co robiła źle. Poznaje dwóch braci, którzy pomimo tego że cały czas się kłócą, to nie potrafią bez siebie żyć. Podczas wędrówki przekonała się, że lepiej robić rzeczy w grupie, mając wsparcie w innych niż samodzielnie. Książka uczy nas o takich wartościach jak przyjaźń, szacunek, miłość, dobroć, pomaganie bliźnim. Pokazuje jaki wpływ na los nas oraz naszych najbliższych mają nasze decyzje i uczynki. Morału tej książki nie da się zawrzeć w jednym zdaniu. Jest on kompleksowy i mówi o tym, że powinniśmy w życiu kierować się dobrem, mieć cierpliwość, zwracać uwagę na potrzeby innych i nigdy się nie poddawać. 

Marta Namruf napisała ciekawą książkę, jednak jej wadą jest to, że pisana dla wszystkich może się okazać pozycją dla nikogo. A szkoda. Naprawdę wystarczyło dodać jej więcej mroku i pikanterii i dostalibyśmy dobrze rozegrany kawałek new adult fantasy na miarę twórczości Salvatore czy wspomnianego już przeze mnie Abercombiego. Autorka mogła pójść też w innym kierunku i znaleźć kogoś kto zajął by się stroną graficzną książki, robiąc z niej ciekawą, kolorową i magiczną baśnią dla młodszych czytelników. Niestety, ostateczna forma książki, choć zadowala treścią, tak pozbawiona została magnetyzmu i nie wydaje mi się by przyciągnęła do siebie wielu czytelników. Jednak co ja tam wiem...dzieckiem byłam już dawno temu. 



Tytuł : "Po prostu Kasia" 
Autor : Marta Namruf
Wydawnictwo : Novae Res
Data wydania : 4 kwietnia 2019
Liczba stron : 264


Za możliwość przeczytania i zrecenzowania książki serdecznie dziękuję portalowi : 
https://sztukater.pl/
Copyright © 2014 CZYTANKA NA DOBRANOC , Blogger