"Skradzione laleczki" Ker Dukey, K. Webster

"Skradzione laleczki" Ker Dukey, K. Webster

     Cała klasyka, wszystkie moje ulubione powieści, nie wywołały w czytelnikach tyle emocji co ta niepozornie wyglądająca książeczka. Prawie 9 gwiazdek na portalu lubimyczytac.pl, prawie 4,5 na goodreads.com, co jest niebywałym osiągnięciem. Czy "Skradzione laleczki" są naprawdę aż takim fenomenem? Na to pytanie muszę powiedzieć : stanowcze nie. Jest to jedna z gorszych książek, jakie przeczytałam w tym roku. Choć szukałam czegokolwiek co mogłoby ją wybronić to moje poszukiwania zakończyły się fiaskiem. Kiepska fabuła, denerwujący bohaterowie i mnóstwo błędów merytorycznych - tak w skrócie oceniam książkę Dukey i Webster. Więc dlaczego jestem odosobniona w swojej decyzji? Czy setki, a nawet tysiące czytelników może się mylić?

Pewnej niedzieli 14-letnia June wraz z młodszą siostrą udają się na targ w poszukiwaniu rozrywki. Ich zainteresowanie wzbudza piękna porcelanowa lalka. June obiecuje siostrze, że ją kupi jednak najpierw musi wrócić do domu po pieniądze. Przystojny właściciel straganu oferuje im podwiezienie. Zauroczona młodym mężczyzną nastolatka się zgadza. W furgonetce Benny usypia dziewczynki. 
Budzą się w osobnych celach. Po czterech latach więzienia, wykorzystywania seksualnego i fizycznej agresji, June udaje się uciec. Kiedy trafia do domu rodzinnego stawia sobie jeden jedyny cel w życiu : odnaleźć swoją siostrę. 

Przyznam się bez bicia : nie czytałam "50 twarzy Graya" ani innego thrillera erotycznego i mówiąc szczerze nigdy nie sądziłam, że kiedykolwiek sięgnę po ten gatunek. Więc jakim cudem w moje ręce
trafiły "Skradzione laleczki"? Po pierwsze moją uwagę zwróciła okładka książki, jest po prostu cudowna. Po drugie nie zadałam sobie trudu by dowiedzieć się czegokolwiek o tej pozycji (a wystarczyło przeczytać choć jedną recenzję), więc tym razem zawiniło moje lenistwo i zamiłowanie do ładnych okładek. Kiedy już miałam książkę w rękach nadal wierzyłam, że w moje ręce trafił thriller psychologiczny (zresztą niektórzy tak nazywają tę książkę), więc tym większe było moje rozczarowanie gdy zamiast zgłębiania psychiki naszych bohaterów , autorki postanowiły zgłębić (dogłębnie) ich fizyczność. Dla mnie to było nieco groteskowe. Niestety, muszę pogodzić się z tym, że czytanie o wulgarnych, brutalnych aktach seksualnych jest dla mnie śmieszne. Co innego jeśli mowa o obrazach ruchomych. Ale książka? Czy to w ogóle jest w stanie podnieść ciśnienie? A jeśli nie to po co w ogóle to czytać? Na mnie to niestety nie podziałało, choć muszę przyznać, że niektóre fragmenty były śmieszne, chociażby szantaż w stylu : lepiej się ubierz, bo włożę w Ciebie moje 23 centymetry. To groźba czy prośba? 
No dobrze troszkę się pośmialiśmy więc możemy przejść do drugiej warstwy książki, zostawmy erotykę na boku i skupmy się na thrillerze. I tutaj kolejny raz muszę przyznać, że zdecydowanie lepiej by to wszystko wyglądało po postacią scenariusza, najlepiej już zekranizowanego. Nawet widzę przed oczami kalejdoskop wydarzeń. Choć nad książką pracowały dwie autorki, to akcja pędzi tak jakby pisały uciekając przed aligatorem. A przecież wydawać by się mogło, że dwóch autorów będzie mieć dwa razy więcej czasu na dopracowanie historii. A może one po prostu już pracują nad kolejnym tomem? Na naszą fabułę składają się następujące elementy : wielokrotne morderstwa, porwania, skoki w przeszłość, policyjne śledztwo, wizyty u psychoterapeuty, zerwane zaręczyny i mnóstwo sexu. I to wszystko się zmieściło na zaledwie 230 stronach? Sami musicie przyznać, że musi być to wersja niezwykle okrojona. Jak już nasz ekspres zawiezie nas na stację końcową to tam spotka nas kolejne rozczarowanie w postaci sceny finałowej. Choć przeczytałam ją parę razy to nadal brakuje w niej jakiejkolwiek logiki a gargantuiczny cliffhanger czyha na niczego nieświadomych czytelników.

Ponarzekaliśmy to teraz czas pojęczeć. Z początku chciałam pogrupować mankamenty tej książki i każdy opatrzyć stosownych przykładem, jednak wyszłaby z tego epopeja narodowa, więc postanowiłam wszystko wrzucić do jednego wora. Ku przestrodze. 
Bohaterowie. Jade jest jedną z najbardziej irytujących i nonsensownych postaci kobiecych z jakimi dane mi się było spotkać. Po pierwsze osoba z jej problemami psychicznymi oraz jej przeszłością nie miałaby prawa zaistnieć jako funkcjonariusz policji, nie przeszłaby szczegółowych testów psychologicznych. Po drugie jej obsesja nie jest w jakikolwiek sposób ukierunkowana, czytelnik nie wie czego pragnie nasza główna bohaterka, co jest jej celem. Wie za to, że jest pozbawiona jakichkolwiek uczuć wyższych bo czyż rżnięcie w samochodzie tuż po pogrzebie bliskiej osoby jest normalne? 
Teraz Dillon. Oczywiście i ta postać jest seksoholikiem, choć w przypadku faceta mnie to osobiście nie dziwi (mąż spojrzał spod byka). Oprócz tego cierpi na rozdwojenie jaźni : zazwyczaj bywa wulgarnym dupkiem lecz ma też swoje momenty kiedy przeistacza się w opiekuńczego labradora. Normalnie człowiek orkiestra : nigdy nie wiesz czego się po nim spodziewać. 

Następne w kolejce są błędy merytoryczne. Aż dziw bierze, że policja nie znalazła domu, z którego uciekła June. Dlaczego szukali tylko w promieniu 10 kilometrów? Czemu nie postawili na nogi detektywów całego stanu jeśli wiedzieli, że mają do czynienia nie tylko z porywaczem ale i seryjnym mordercą? W Stanach Zjednoczonych byłoby to nie do pomyślenia. 
Dlaczego w jednym zdaniu jest napisane, że Benjamin nie pija alkoholu, by w kolejnym wspomnieniu June uczynić z niego rzadko, ale jednak praktykującego pijaka?
Podczas całej lektury miałam wrażenie, że czytam w kółko to samo tylko ujęte albo z innej perspektywy albo ubrane w inne zdania. A już na słowo "laleczka" mam odruch wymiotny. Nasi bohaterowie w swoich dialogach albo obiecują sobie, że się zajmą problemem i nikt już nie zostanie skrzywdzony albo gadają o sexie. 
Ostatnią rzeczą, która zwróciła mają uwagę był fakt torturowania sióstr. Czytając jakich rzeczy dopuszczał się Benny by skrzywdzić nastolatki jestem pod wrażeniem, że jak June uciekła na wolność nie było widać po niej fizycznych śladów przemocy. Jakichkolwiek. Moim zdaniem po 4 latach powinna wyglądać jak worek treningowych, chociażby po jednym uderzeniu nosem w ścianę, bo domyślam się, że nasz oprawca nie był chirurgiem amatorem?

Pośmialiśmy się, ponarzekaliśmy i pojęczeliśmy więc pora kończyć. Na podsumowanie już mi brakuje słów. Jeśli "Skradzione" laleczki mają robić reklamę całemu gatunkowi literackiemu, a przypuszczam że tak się stanie ze względu na same dobre opinie, to ja aż się boję mierzyć z kolejnymi pozycjami. Resztę tomów sobie odpuszczę. Zdecydowanie nie była to lektura dla mnie lecz jak wiadomo "każda potwora znajdzie swego amatora". 

Tytuł : "Skradzione laleczki"
Autor : Ker Dukey, K. Webster
Wydawnictwo : NieZwykłe
Data wydania : 30 maja 2018
Tytuł oryginału : Pretty Stolen Dolls

Za możliwość przeczytania i zrecenzowania książki serdecznie dziękuję wydawnictwu :

http://www.wydawnictwoniezwykle.pl/
 

"Outsider" Stephen King

"Outsider" Stephen King

     Stephen King nie potrzebuje reklamy, jego nazwisko jest marką samo w sobie, marką która gwarantuje, że Twoje pieniądze zostały dobrze wydane. Ja z mojej strony pragnę jedynie dołożyć cegiełkę do muru pozytywnych opinii na temat najnowszej książki autora. Całe szczęście, że w dniu w którym "Outsider" trafił w moje ręce byłam na urlopie albowiem największą wadą tej książki jest niemożność odłożenia jej na bok, a jak wiadomo ciężko prowadzić samochód mając zajęte ręce. Stephen King kolejny raz zabrał mnie do świata swojego niezwykłego umysłu i kolejny raz była to podróż, którą będę długo wspominać. A teraz nie pozostało mi nic innego tylko uzbroić się w cierpliwość i odliczać dni do premiery następnej kolejnego dzieła amerykańskiego autora.

W parku miejskim Flint City znalezione zostają zwłoki jedenastoletniego chłopca. Z zeznań naocznych świadków wynika, że mordercą jest trener lokalnej drużyny i nauczyciel angielskiego Terence Maitland. Potwierdzają to badania DNA pobranego na miejscu zbrodni. Detektyw Ralph Anderson, za zgodą prokuratora Samuelsa, dokonuje pokazowego aresztowania podejrzanego. Na oczach tysięcy ludzi wyprowadzają Maitlanda z boiska, na którym rozgrywany jest mecz. Mężczyzna ma alibi jednak dla organów ścigania zebrany materiał dowodowy przesądza o wyniku śledztwa. Trener T jest winny.

Jeśli zadacie sobie trud i przeczytacie moją recenzję książki "Pan Mercedes" to dowiecie się, że okrzyknęłam ją najgorszą powieścią Stephena Kinga. Byłam tak rozczarowana "kryminalną" odsłoną autora, że postanowiłam nie sięgać po kolejne tomy cyklu o detektywie Hodgesie. Choć "Outsider" również można zaliczyć do kryminałów to śmiało mogę powiedzieć, że Król Horroru wrócił do
korzeni i nadal jest w świetnej formie. Powieść, która trafiła w moje ręce to połączenie starego dobrego Kinga, w którym się zaczytywałam za małolata, z Kingiem nowym, który próbuje swoich sił w innych gatunkach. Każdy szanujący się autor czuje potrzebę rozwoju i ciągłego doskonalenia swojego warsztatu. Stephen King wykroczył poza ramy horroru w poszukiwaniu czegoś nowego. Jednym się podobało drugim nie. Ja osobiście się cieszę, że kolejny raz było mi dane przeczytać powieść, dzięki której poczułam dreszczyk na plecach, a droga do łazienki była dłuższa, bardziej mroczna i pełna wychodzących z kątów rozmytych cieni. King jest jednym z nielicznych autorów, którzy potrafią mnie nastraszyć nawet w biały dzień. I powodem tego strachu wcale nie jest natłok krwawych opisów, przerażające potwory czy potworni ludzie, lęk który czuję jest lękiem przed złem pierwotnym, złem powstałym w trzewiach ziemi, znanym ludziom z legend. Jedynie ten autor w fenomenalny sposób potrafi wykorzystać podania ludowe i na ich podstawie napisać książkę, która sprawi, że będziemy się bali spać przy zgaszonym świetle. 

Jednak czy to fabuła czy styl autora sprawia, że podczas czytania buzują w nas emocje? Książkę, można podzielić na dwie stylowo odmienne części. Część pierwsza, trwająca do mniej więcej połowy książki, opisuje nam zbrodnię i następujące po niej policyjne śledztwo. To właśnie tutaj poznajemy naszych głównych bohaterów. Jedną z największych umiejętności autora jest umiejętność tworzenia postaci w taki sposób by nie były dla czytelnika obojętne. Są to osoby, które dzięki włożonej w nie pracy są prawdziwe, a zachodzące między nimi interakcji jak najbardziej naturalne. Wydawać by się mogło, że opis codziennych czynności jak pogawędka przy porannej kawie powinien nie dość, że znużyć czytelnika to jeszcze nie mieć większego wpływu na rozwój fabuły. "Outsider" w większości zbudowany jest właśnie na obrazach drobnych czynności i dialogach między bohaterami. Jednak są to dialogi treściwe i zamiast opisywać to opowiadają historię. Jestem skłonna stwierdzić, że nawet najbardziej "nijaka" historia jeśli byłaby napisana przez Stephena Kinga stałaby się interesująca. Autor nie musi ciągle budować suspensu czy w kółko napędzać czytelnikowi stracha by utrzymać naszą uwagę. Na te spokojniejsze momenty czekam z równą niecierpliwością jak i na te bardziej niepokojące czy ekscytujące. To właśnie one dają czytelnikowi odetchnąć bo przecież nie można czytać będąc w ciągłym napięciu prawda? 
Druga część książki, od momentu pojawienia się Holly Gibney, znanej z serii o Billu Hodgesie, stylowo zwalnia choć wzrasta w niej napięcie. Ta część wywarła na mnie nieco mniejsze wrażenie, choć nadal cała historia była frapująca. Wpływ na to miał fakt, że akcja zwolniła, a czyny naszych bohaterów były z góry przewidziane. Dodatkowo nie mogłam się doczekać rozwiązania zagadki, a w takim wypadku podążanie krok w krok za bohaterami było nieco nużące. Również sam punkt kulminacyjny nie pozostawił mnie z otwartymi ustami, wszystko poszło zbyt łatwo, za gładko, nie było efektu "wow".

Jestem tak szczęśliwa, że Stephen King nadal pisze i wydaje swoje książki. Za każdym razem ma inny pomysł, za każdym razem gdzie indziej znajduje inspiracje jednak w jego książkach możemy znaleźć parę cech wspólnych : humor, odnośniki do legend i rdzennej amerykańskiej kultury oraz stopniowe budowanie napięcia wywołujące w czytelniku gamę różnorodnych emocji począwszy od niedowierzania a na zaskoczeniu skończywszy. Stephen King się zmienia. Jego styl ewoluuje. Nie spoczywa na laurach i ciągle stawia przed sobą nowe wyzwania. I właśnie za to muszę mu serdecznie podziękować. Thank You. 

Tytuł : "Outsider"
Autor : Stephen King
Wydawnictwo : Prószyński i S-ka
Data wydania : 6 czerwiec 2018
Liczba stron : 640
Tytuł oryginału : The Outsider

Za możliwość przeczytania i zrecenzowania książki serdecznie dziękuję wydawnictwu :

http://www.proszynski.pl/Outsider-p-35596-.html

 
"Mgły Avalonu" Marion Zimmer Bradley

"Mgły Avalonu" Marion Zimmer Bradley

     Sięgnęłam po tę książkę z dwóch powodów. Po pierwsze uwielbiam legendy nordyckie i opowieści o Królu Arturze, a po drugie  miałam ochotę na obszerną, epicką powieść, która na długie godziny zabierze mnie w świat baśni. Niestety. "Mgły Avalonu" choć z pewnością są barwne a ich przeczytanie zajmie co najmniej kilka wieczorów (a to dopiero pierwszy tom) to mnie osobiście nieco rozczarowały. Przepełnione odnośnikami do religii, pełne szablonowych i przerysowanych bohaterów oraz zbyt rozbudowanych opisów dzieło, było trudne do przełknięcia i choć nie boję się rozbudowanych historii tak tym razem (przyznam się bez bicia) nie doczytałam do końca.

"Mgły Avalonu" spośród innych książek o Królu Arturze i Rycerzach Okrągłego stołu wyróżnia fakt, że została napisana z kobiecej perspektywy. Narratorką naszej powieści jest Morgaine. To właśnie z jej punktu widzenia poznajemy Igraine-jej matkę, Gorloisa-ojca oraz Uthera,Gwenhwyfar, Morgause, Merlina, Vivianne, Lancelota oraz resztę postaci opowieści arturiańskich. 

Wybranie Morgaine na naszą narratorkę było chyba jedyną dobrą rzeczą w całej książce. W przeciwieństwie do innych postaci jest ona wiarygodna i brak w niej fanatyzmu, którym nacechowani są inni bohaterowie. Jest dobrym sędzią i w większości czytelnik może polegać na jej osądach. Choć
bardzo się starałam (doczytałam do około 800 strony) to oprócz Morgaine nie znalazłam tutaj ani jednej przyzwoitej bohaterki w korowodzie tych licznych, które się pojawiły. Może pokrótce wam o nich opowiem.
Igraine to zadufana w sobie krętaczka, która udaje miłość do swojego męża dopóki na jej drodze nie staje mężczyzna, z którym ma ją połączyć wątpliwej jakości wróżba. Według proroctwa kobieta powinna nosić jego dziecko. 
Vivianne planowała cudzołóstwo i kazirodztwo. Była dwulicową intrygantką, która pod maską uprzejmości i miłości do bliźniego, skrywała swój czarny i porywczy charakter. Nie cofała się przed niczym by dotrzeć do celu. Tutaj nasuwa mi się na myśl jeszcze jedna rzecz. Vivianne często poprawiała swoich rozmówców mówiąc, że wszystkie boginie i bogowie w rzeczywistości są częścią jednego wielkiego bóstwa, by parę rozdziałów później nic nie stało na przeszkodzie by ta sama osoba ośmieszała wyznawców chrześcijańskiego Boga i wyzywała ich od głupców, którzy wierzą w zabobony. Czy autorka powieści nie zauważyła tej oczywistej nieścisłości?
Jednak najgorsza była Gwenhwyfar. Wydaje mi się, że jedynym powodem dla którego autorka stworzyła tę postać była możliwość wyśmiania chrześcijan. Oprócz urody w bohaterce tej nie było ani jednej cechy za którą czytelnik mógłby ją polubić. 
Czytając tę książkę rzuca się w oczy, że została ona napisana z feministycznego punktu widzenia. Tym bardziej dziwi fakt, że kobiece postaci to zbiór wszelkich wad gatunku ludzkiego. Są na ogół albo podstępne albo irytujące i choć bardzo się starałam to nie byłam w stanie wzbudzić w sobie ani sympatii ani nawet współczucia dla żadnej z nich. 
A co z postaciami męskimi? Tutaj dostaliśmy plejadę klonów niczym żołnierze Imperium w Gwiezdnych Wojnach. Wszyscy byli niezwykle przystojnymi, świetnie wyszkolonymi wojownikami, którymi kierował tylko i wyłącznie popęd seksualny. Zabrakło tutaj oryginalności, a fakt że wszyscy mężczyźni zachowywali się jak przysłowiowe "świnie" sprawił, że książka jeszcze bardziej straciła na wiarygodności.

Kolejnym bardzo ważnym elementem książki jest religia. Czasy Króla Artura to okres kiedy następuje szybki rozwój chrześcijaństwa, które powoli zaczyna wypierać kulty pogańskie. Oczywiście wiedza ta była mi znana jeszcze przed sięgnięciem po tę powieść. Nie spodziewałam się jednak, że to właśnie religia i długie dyskusje z nią związane będą jednym z głównych wątków tej książki. Osobiście uważam, że książki historyczne czy fantasy nie są miejscem na długie dyskusje na tematy religijne czy filozoficzne. Powód? Są to książki dla każdego, a niestety nie każdy czytelnik zainteresowany jest tym tematem. W książce tej to właśnie chrześcijaństwo było kozłem ofiarnym . Choć nie należę do osób głęboko wierzących to zaniepokoiła mnie ta mowa nienawiści w wykonaniu Marion Zimmer Bradley. Szczególnie pierwszych kilkaset stron było przeładowane silnymi, negatywnymi emocjami jednak wątki religijne regularnie pojawiały się w całej książce. Bradley ukazuje nam kler jako przepełniony nienawiścią i żądzami układ, w którym każda kolejna pojawiająca się w książce postać jest jeszcze brutalniejsza, jeszcze głupsza. Choć miała być to powieść o Królu Arturze i jego najbliższych to tak naprawdę przekształciła się ona w prywatne pole bitwy autorki z religią chrześcijańską. Dla mnie osobiście było to nie dość, że dziwne to jeszcze niesmaczne.  Jeśli nie lubicie jednostronnych debat religijnych lub nawet krótkich dyskusji na facebooku tak z pewnością nie będziecie chcieli czytać o tym temacie na kilkuset stronach powieści. 

I oczywiście opisy. Jak doskonale wiecie opisy dnia codziennego w stylu obrazowania techniki posługiwania się nożem i widelcem, to coś co działa mi na nerwy i sprawia, że niejednokrotnie książka wylądowała w kącie.  Wiało nudą a akcja często stawała w miejscu na dobrych kilkadziesiąt stron. Jednak najbardziej irytujące było opisywanie czyjegoś piękna. Tutaj często autorka wykazywała się brakiem konsekwencji na jednej stronie wychwalając czyjś blask by na następnej nazwać tę samą osobę "brzydką" a piękno ukryć wewnątrz. Czyżby "piękny brzydal"?

Po "Mgłach Avalonu" oczekiwałam naprawdę wiele, dlatego teraz, w momencie kiedy skończyłam przygodę z książką na zaledwie 800 stronie (z ponad tysiąca), jestem bardzo rozczarowana. Brnęłam w tę fabułę z każdą stroną licząc, że w końcu będzie lepiej, jednak oprócz paru dobrych fragmentów, książka trzymała ten sam flegmatyczny i pozbawiony emocji rytm. Jest to jedna z najsłabszych wariacji odnośnie legend arturiańskich, książka obrażająca kobiety i poniekąd fałszująca historię. Doceniam wysiłek jaki autorka włożyła w przygotowanie tak obszernej powieści jednak czuję niedosyt i rozczarowanie. Może nawet epickie.


Tytuł : "Mgły Avalonu"
Autor : Marion Zimmer Bradley
Wydawnictwo : Zysk i S-ka
Data wydania : 4 czerwca 2018
Liczba stron : 1160
Tytuł oryginału : The Mists Of Avalon

Za możliwość przeczytania i zrecenzowania książki serdecznie dziękuję wydawnictwu :

http://www.zysk.com.pl/
 


"Metoda wodna" John Irving

"Metoda wodna" John Irving

     Jest tylko jedno słowo, które w pełni odda charakter tej powieści : wyjątkowa. Choć czytałam parę książek Johna Irvinga ta jest czymś innym, unikatowym, muszę przyznać, że nie spodziewałam się czegoś takiego po jednym z moich ulubionych autorów. Jak każdy z wielkich pisarzy, Irving w swoich początkowych dziełach poszukiwał własnego stylu. "Metoda wodna" jest drugą po debiucie powieścią autora i choć uważny czytelnik dostrzeże pewne nieścisłości i błędy stylistyczne (szczególnie Ci którzy sięgną po powieść w oryginale) to jednocześnie zda sobie sprawę, że czyta geniusza literackiego. To słodka, zabawna historia z niezapomnianymi postaciami i jestem szczerze zdziwiona, że żaden producent filmowy nie połakomił się na ten gotowy scenariusz. Film o książce o kręceniu filmu. 

Doktorant Fred "Blagier" Trumper idzie na konsultację do znanego urologa Jean-Claude Vignerona, ze względu na problemy ze strony układu moczowego, które nękają go od czasu kiedy był nastolatkiem. Będąc dość pesymistycznie nastawionym do zabiegu chirurgicznego postanawia
poddać się nowatorskiej "metodzie wodnej", która ma go raz na zawsze wyleczyć z problemu. Jednak problemy z oddawaniem moczu nie są jedynymi, które dręczą naszego bohatera. Rozpad małżeństwa, uzależnienie od kłamstw, męcząca praca nad tłumaczeniem poematu z języka staro-dolno-nordyckiego to wszystko sprawia, że nasz bohater przeżywa kryzys.

Jak na jedno z pierwszych dzieł przystało , książka nie jest wolna od błędów, które mogą drażnić tych mniej wyrozumiałych czytelników, którzy zaczęli przygodę z Irvingiem od jego nieco późniejszych powieści. Po pierwsze brak tutaj wyraźnych ram czasowych. Autor operuje w przeszłości i teraźniejszości w sposób dość chaotyczny i wymagający od czytelnika nie dość, że pełnego skupienia to jeszcze zmysłu intuicji. Takie podróże w czasie są częstym zabiegiem w literaturze jednak tutaj dochodzi również czynnik przemieszczania się w przestrzeni oraz częsta zmiana sposobu narracji, która wprowadza dodatkowe zamieszanie. Wraz z naszym bohaterem (bohaterami) odwiedzamy Wiedeń, Iowa, Nowy Jork czy stan Maine i muszę przyznać (choć czytałam uważnie), że na początku nie było dla mnie oczywiste kto był kim. Zajęło mi kilka dobrych rozdziałów rozszyfrowanie przedstawionej przez autora chronologii i poznanie głównych bohaterów. W przeciwieństwie do późniejszych książek Irvinga tutaj postacie są mniej rozwinięte a fabuła, choć wiele obiecuje, rozczaruje niejednego czytelnika. A dlaczego? Ponieważ autor przyzwyczaił nas do epickich, monumentalnych dzieł w stylu "Co gryzie Gilberta Grape'a" i bezwiednie będziemy wszystko do nich przyrównywać zapominając, że każdy musiał kiedyś zacząć. 

Cechą dość charakterystyczną dla naszego autora jest kreowanie postaci "wadliwych" i dziwacznych. Niestety widać, że ta umiejętność nie została jeszcze przez niego udoskonalona więc nasi bohaterowie nie są kompletni i do końca ludzcy. Autor, często w jednym zdaniu, posługiwał się różnymi pseudonimami tego samego bohatera. Choć wprowadzało to zbędne zamieszanie to celem Irvinga było podkreślenie braku tożsamości i głębi kreowanych postaci.  
Jak zawsze kluczowym tematem u Irvinga jest  porzucone dzieciństwo i ojcowie, którzy odchodzą lub są po prostu nieobecni. Tym razem to właśnie głos ojca jest motywem przewodnim narracji i to z jego perspektywy poznajemy całą historię. Jednak postać ojca w "Metodzie wodnej" jest postacią w pełni zagubioną, która sama nie jest w stanie zrozumieć pobudek swoich czynów i zachowania. Śmiało można powiedzieć, że to publika, cała rzesza postaci drugoplanowych, pociąga za sznurki naszego głównego bohatera. Trumper nie musi borykać się z żadnymi realnymi konsekwencjami swoich czynów a jego charakter jest po prostu niewiarygodny, spontaniczność czynów sprawia, że bez zastanowienia rzuca się na głęboką wodę by później żałować, jednak w ostatecznym rozliczeniu żyje długo i szczęśliwie. Choć nasz bohater zachowuje się jak dziecko we mgle to jest doskonałym prototypem późniejszych postaci w powieściach autora. Na podstawie "Metody wodnej" możemy analizować proces powstawania irvingowskiego bohatera. Z każdą kolejną książką autor dodaje mu charakterystyczne cechy by w końcu powstał dziwak doskonały. 

Powieść ta z pewnością zostanie w mojej pamięci przez długi czas. Choć nie pozbawiona błędów jest wspaniałym studium ludzkiej porażki i późniejszego odkupienia. Choć nasz główny bohater może irytować, choć to swoiste katharsis wydaje się zbyt łatwe to książka ta oprócz sporej dozy rozrywki, dostarczyła mi tematów do rozmyślań. Z pewnością sięgnę po inne, wcześniejsze dzieła Johna Irvinga gdyż wierzę, że kryją się wśród nich drogocenne skarby. Co wam również polecam. 

Tytuł : "Metoda wodna"
Autor : John Irving
Wydawnictwo : Prószyński i S-ka
Data wydania : 29 maja 2018
Tytuł oryginału : The Water-Method Man

Za możliwość przeczytania i zrecenzowania książki serdecznie dziękuję wydawnictwu :


http://www.proszynski.pl/



"Laleczki" Anna Snoekstra

"Laleczki" Anna Snoekstra

     Wprost uwielbiam książki, których akcja toczy się w Australii. Gorący klimat, wielki kontynent-wyspa, którego przeważająca część to spalony słońcem interior nie tknięty ludzką działalnością. Aussie zawsze mnie fascynowała, dlatego wprost nie mogłam sobie darować i nie sięgnąć po książkę Anny Snoekstra. Choć określona mianem thrillera powieść zakwalifikowałabym do gatunku książek obyczajowych, to muszę przyznać, że stworzony przez autorkę mroczny, klaustrofobiczny klimat małego miasteczka podziałał na moją wyobraźnię.  Niestety, choć na końcu fabule udało się wybronić, to nie obyło się bez zgrzytów. No a kto lubi czytać, czując piasek między zębami?

Rose, dwudziestoletnia kelnerka z małej australijskiej miejscowości, ma jedno marzenie. Jest nim
wyrwanie się z miejsca swoich narodzin i rozpoczęcie kariery dziennikarskiej w wielkim świecie. Niestety jej prośba o staż zostaje odrzucona.
Pewnego dnia dziewczyna dowiaduje się, że część rodzin znalazła na progu swoich domów laleczki do złudzenia przypominające ich pociechy. W mieście wybucha panika. Rose w tym całym zamieszaniu dostrzega dla siebie szansę. Postanawia napisać artykuł, w którym sugeruje, że zabawki mogą być dziełem pedofila, który w ten sposób oznacza swoje przyszłe ofiary. Wydrukowany przez jedną z plotkarskich gazet artykuł przysparza dziewczynie wrogów, niektórzy uważają, że ze względu
na prowadzone na własną rękę śledztwo, zasłużyła na karę.

Nic nie denerwuje mnie bardziej niż brak konsekwencji autorów powieści i ich edytorów. Nawet jeśli fabuła jest mistrzowska a bohaterowie bardziej realni niż nasza najbliższa rodzina, to jeśli w tekście roi się od zwykłych błędów merytorycznych, których naprawienie zajęłoby dosłownie parę sekund, to otwiera mi się nóż w kieszeni, a czytanie zamiast być rozrywką staje się pogonią w poszukiwaniu kolejnych nieścisłości. Niestety. "Laleczki" są doskonałym przykładem braku jakiejkolwiek pracy edytorskiej. Choć zazwyczaj nie podaję przykładów tym razem zmieniłam zdanie by przyszli czytelnicy zdali sobie sprawę jak mało wysiłku wymagało ich poprawienie. Gdzieś na pierwszych stronach książki autorka opisuje nasze senne miasteczko jako : wystarczająco duże by na ulicach nie wpadać na samych znajomych. Kilkadziesiąt stron później nasza bohaterka przyznaje, że zna tutaj każdego. Ta sama osoba wchodzi do budynku ratusza by skorzystać z jedynego w mieście dobrodziejstwa jakim jest klimatyzacja, fakt ten zostaje podkreślony dwukrotnie. Okazuje się, że generatorów chłodu przybywa z dnia na dzień, klimatyzacja pojawia się również na stacji benzynowej i w restauracji. Policja tłumaczy się z braku postępów w śledztwie brakami kadrowymi, kiedy na praktycznie każdej stronie powieści stróże prawa nie zajmują się niczym innym jak picie piwa w lokalnej spelunie  zamiast zajmować się pracą operacyjną. Takich przykładów nieścisłości i luk w fabule można mnożyć w nieskończoność.

Teraz skupmy się na samej fabule. Może was zaskoczę, patrząc na recenzje innych czytelników, ale "Laleczki" napisane zostały z pomysłem i fantazją a samo zakończenie książki było dla mnie zaskakujące i ukazało, że autorce w przekonujący sposób udało się połączyć wszystkie z pozoru do siebie nie pasujące wątki a nawet wykazać się sporą dozą sarkazmu i sprytu w rozwiązaniu zagadki. Część recenzentów zarzuca książce zbytnią obyczajowość, nudę i przewidywalność. Owszem, pierwsza połowa książki stanowi część opisową, w której poznajemy naszych głównych bohaterów, ich wzajemne relacje i miejsce w którym przyszło im żyć, choć bardziej pasuje tutaj słowo egzystować. W tej części autorka powoli buduje suspens i klimat naszej powieści. Dowiadujemy się o tajemniczym pożarze budynku sądu, spojrzymy w oczy pojawiającym się na wycieraczkach laleczkom i wpadniemy na ukrytego za zrobioną z papierowego talerzyka maską, nastolatka. Naszym oczom ukaże się zamknięta społeczność, która powoli staje się ofiarą zbiorowej paranoi. Do tej pory ufający sobie sąsiedzi zamkną się za drzwiami własnych domów, za szczelnie zasłoniętymi żaluzjami. Na jaw zaczną wychodzić głęboko skrywane rodzinne sekrety. Ci którzy wydawali nam się dobrzy, pokażą swoje prawdziwe twarze. I kiedy czytelnik dochodzi do momentu, kiedy jest w pełni skonfundowany autorka wrzuca drugi bieg. Fabuła przyśpiesza, książka obyczajowa zmienia się w rasowy thriller, zwroty akcji są emocjonujące jak naciskanie spustu w rosyjskiej ruletce, a wszystko to zmierza do punktu kulminacyjnego, którego nie byłam w stanie przewidzieć. Jednym słowem : rewelacja.

Jednak prawdziwą bohaterką naszej książki jest Rose i jej marzenie : dziennikarska kariera. "Laleczki" to historia ambicji młodej dziewczyny, która nie cofnie się przed niczym by osiągnąć sukces. Rose poniekąd przypomina mnie samą jeszcze kilka lat wstecz, kiedy moje marzenia były świeże i wierzyłam że jestem w stanie je spełnić. Choć nie pochodzę z małej miejscowości a dużego miasta, choć rodzice nie wyrzucili mnie z domu i mi pomagali dzięki czemu miałam ułatwiony start w życiu, to jestem w stanie wejść w buty naszej bohaterki, poczuć klaustrofobiczny klimat małej miejscowości, poczuć rutynę dnia codziennego, widzieć ciągle te same twarze. Będąc Rose zrobiłabym wszystko byle tylko uciec z Colmstock. Zostawić rodzinę i przyjaciół, spakować walizkę i rzucić się na głęboką wodę.
Kolejnym głównym bohaterem jest samo australijskie miasteczko i jego społeczność. Colmstock, po zamknięciu fabryki samochodowej, pogrążyło się w marazmie, a jego mieszkańcy w oparach alkoholu i kryształkach metamfetaminy. Kiedyś porządne rodziny stały się patologiczne, homofobia jest na porządku dziennym a na wszystkich przyjezdnych pada cień podejrzliwości. Jest to miejsce gdzie kwitnie przestępczość, służby cywilne są skorumpowane a wszelkie śledztwa prowadzone
nieumiejętnie.Autorka w obrazowy sposób opisała przemianę ludzkiej psychiki ze względu na zmieniające się warunki otoczenia. W momencie kiedy nie istnieje żadna wizja przyszłości, nie ma pracy, perspektyw i pieniędzy ludzie się degenerują. Rutyna i nuda jest zabójcza dla naszego umysłu, wyzwala zwierzęce instynkty i pcha człowieka na ścieżkę przemocy. Istota ludzka staje się brutalna, szuka tanich podniet i zastrzyku adrenaliny. Żyję w mieście gdzie całe dzielnice zdegenerowanych ludzi egzystują z dnia na dzień będąc wrzodem na wizerunku miasta. Choć wielu taki obraz może się wydać przesadzony ja go kupiłam, wierząc że krach ekonomiczny może doprowadzić do ruiny małe społeczności a ich populację zmienić w krwiożercze zombie. 

"Laleczki" to dobrze nie tylko zaskakująca fabuła, to również książka opowiadająca pewną historię, historię która mogłaby stać się udziałem każdego z nas, gdyż krachy ekonomiczne, w dzisiejszych czasach, są na porządku dziennym. Ta napisana prostym, często brutalnym, językiem powieść zabiera nas w najmroczniejsze zakamarki ludzkiej duży ukazując jej zwierzęce oblicze. Z kart książki wyłania się pesymistyczny obraz człowieka jako jednostki kierującej się w życiu popędami, często zmierzającej do celu po trupach. I niestety jest to obraz prawdziwy. Choć nie pozbawiona błędów, powieść dostarczyła mi sporo rozrywki a na koniec przyszedł również czas na zadumę. Polecam.


Tytuł : "Laleczki"
Autor : Anna Snoekstra
Wydawnictwo : HarperCollins Polska
Data wydania : 11 kwietnia 2018
Liczba stron : 336
Tytuł oryginału : Little Secrets


Za możliwość przeczytania i zrecenzowania książki serdecznie dziękuję wydawnictwu :



"Ułamek sekundy" Douglas E. Richards

"Ułamek sekundy" Douglas E. Richards

     Już myślałam, że gatunek jakim jest techno-thriller stracił na popularności i jedynie Michael Crichton samotnie walczy na tym jałowym polu. I kiedy już straciłam wszelką nadzieję w moje ręce wpadła książka nieznanego mi autora Douglasa E. Richardsa "Ułamek sekundy". Nie dość, że jest to połączenie literatury naukowej z wartką akcją, to jeszcze fabuła krąży wokół podróży w czasie, tematu który od zawsze wzbudzał moje zainteresowanie. Najbardziej jednak fascynujące jest to, że wehikuł czasu może się cofnąć zaledwie o pół sekundy. Czy taka podróż w czasie w ogóle ma sens? Richards pokazał nam, że ta nowoczesna technologia może okazać się zabójcza i w konsekwencji doprowadzić do zniszczenia naszej planety i gatunku ludzkiego. 

Po powrocie z tygodniowej wizyty u siostry, Jenny wraca do domu gdzie czeka na nią podekscytowany małżonek. Nathan Wexler jest światowej sławy fizykiem i podczas nieobecności swojej żony dokonał odkrycia, które zrewolucjonizuje świat, odkrycia na miarę Nagrody Nobla. Kiedy podczas uroczystej kolacji pragnie podzielić się z Jenny swoimi obliczeniami, niespodziewanie do ich domu wkracza czwórka uzbrojonych ludzi. Małżeństwo zmuszone jest opuścić mieszkanie i wraz z napastnikami udać się do stojącej na ulicy ciężarówki. W drodze do celu samochód zostaje zaatakowany przez nieznanych sprawców. Prawie nikomu nie udaje się przeżyć. 

Choć książkę ukończyłam już parę dni temu to dość długo się zastanawiałam jak powinna wyglądać
moja recenzja. Choć mi osobiście "Ułamek sekundy" przypadł do gustu to dostrzegłam w niej rzeczy, które będą przedmiotem krytyki innych czytelników. Pierwszą rzeczą jest sam gatunek powieści jakim jest techno-thriller , a na pewno nie jest to gatunek dla każdego. Jak mówi nam Wikipedia jest
to połączenie thrillera szpiegowskiego, powieści wojennej z science fiction. W przypadku "Ułamka sekundy" dość duży nacisk położony jest właśnie na element fantastyki, a mowa tutaj o szczególnej formie podróży w czasie. Wydawać by się mogło, że cofnięcie się o pół sekundy nie będzie miało żadnego wpływu na naszą rzeczywistość, przejdzie bez echa i choć ciekawe, z punktu widzenia nowoczesnych teorii fizyki, to nie znajdzie żadnego użytecznego zastosowania. Okazuje się, że jest inaczej, a stworzony do tych celów wehikuł czasu może się okazać bronią będącą w stanie zniszczyć świat. Jak przyznaje sam autor (w notce na końcu książki) spędził on długie godziny na zgłębianiu tematu podróży w czasie i tych praw fizyki, którymi posiłkował się podczas pisania powieści. Ten głęboki "research" doprowadził do powstania ciekawej książki, która w przystępny sposób opowiada nam o problemach związanych z podróżami w czasie i przestrzeni. Wiedząc, że nie każdy czytelnik jest geniuszem fizyczno-matematycznym całą swoją nabytą wiedzę autor wplótł w dialogi pomiędzy bohaterami. Niektórzy właśnie te fragmenty krytykują najbardziej, dowodząc że mamy do czynienia z przerostem formy nad treścią i zanikiem dynamiczności fabuły. Nasi bohaterowie zamiast działać rozmawiają, a ich rozmowy, choć prowadzone prostym językiem, nadal bywają niezrozumiałe dla czytelnika. Osobiście się z tym nie zgadzam. Czytając książkę (jakąkolwiek), uważam że warto poświęcić jej czas, tak jak autor spędził miesiące na jej pisaniu, tak my powinniśmy wykazać należyty szacunek dla jego pracy. Jeśli czegoś nie rozumiemy, powinniśmy na własną rękę zgłębić temat, do czego Richards nas zresztą zachęca, a nie narzekać, że coś jest "zbyt trudne". Po drugie, w przypadku tej książki, opisanie pewnych zachowań i procesów, było jedyną możliwością wyjaśnienia dalszego rozwoju fabuły. Bez tego całość byłaby wybrakowana a fala krytycyzmu jeszcze większa. 

Choć, jak pisałam wyżej, dość obszerne fragmenty książki to dialogi, nie brakuje tutaj wartkiej akcji, pełnej nieoczekiwanych "twistów". Już sam początek powieści rozpoczął się od wielkiego "BUM" jakim było zabójstwo światowej sławy fizyka, choć byłam święcie przekonana , że będzie on jednym z głównych bohaterów. Po tym wydarzeniu jego żona Jenny oraz zatrudniony przez nią prywatny detektyw Aaron i naukowiec Dan, muszą uciekać przed organizacjami zbrojnymi, których głównym celem jest dotarcie do ostatniego wynalazku zabitego Nathana Wexlera. Pogrążona w żałobie kobieta w ułamku sekundy musi się stać odważną heroiną, która zrobi wszystko by przeżyć i pomścić swojego męża. Emerytowany żołnierz służb specjalnych musi przypomnieć sobie całe swoje przeszkolenie by przewidzieć zastawione na nich pułapki a nieświadomy niczego naukowiec użyć całej swojej dotychczasowej wiedzy by naświetlić sytuację w jakiej się znaleźli. Brzmi ciekawie prawda? Oczywiście dla niektórych nasze postaci okażą się naiwne i nieco naciągane (szczególnie w przypadku Jenny), jednak mamy w końcu do czynienia z thrillerem, a główną cechą tego gatunku jest wartka akcja z dreszczykiem emocji, więc możemy wybaczyć autorowi, że zbytnio nie zgłębiał psychiki swoich bohaterów. 

Muszę przyznać, że "Ułamek sekundy" jest książką, która w pełni pochłonie czytelnika. Choć dialogi często przywodzą na myśl średniej klasy młodzieżówkę, a humor żarty rodem z Familiady, to każda strona przesycona jest jeśli nie akcją to ciekawymi faktami z dziedziny fizyki. Autor aby sprawić by ta wiedza była bardziej przystępna posiłkuje się przykładami ze znanych nam filmów, takich jak "Powrót do przyszłości" czy "Star Trek". Dodatkowo smaczku powieści dodaje fakt, że nasza fabuła
jest czymś nowatorskim, autor nie boi się zabijać nawet głównych bohaterów (i nie mówię o tym co wiadomo już na samym początku książki) a zakończenie powieści jest zaskakujące. 

Książka stawia czytelnikowi mnóstwo pytań, w tym wiele ważnych dotyczących ludzkiej moralności i trudnych wyborów, które w przyszłości mogą przed nami stanąć. Czy moralnym jest poświęcenie tysięcy ludzi by mogła przeżyć jednostka? Czy grozi nam Idiokracja? Po przeczytaniu tej powieści mam dość mieszane uczucia odnośnie nowych technologii. Richards naświetlił mi problem, z którego nie zdawałam sobie sprawy. Jednak teraz wiem, że niektóre wynalazki lepiej żeby pozostały "nie odkryte". Polecam wszystkim fanom podróży w czasie jak i miłośnikom thrillerów z wartką akcją.

Tytuł : "Ułamek sekundy"
Autor : Douglas E. Richards
Wydawnictwo : NieZwykłe
Data wydania : 4 kwietnia 2018
Liczba stron : 470
data oryginału : Split second

Za możliwość przeczytania i zrecenzowania książki serdecznie dziękuję wydawnictwu : 




Copyright © 2014 CZYTANKA NA DOBRANOC , Blogger