"Właściwy wybór" P.Z Reizin

"Właściwy wybór" P.Z Reizin

Mówią, że to homoseksualiści są najlepszymi przyjaciółmi kobiet. Lubią chodzić na zakupy, są wrażliwi i zawsze dobrze doradzą. Jednak według autorki książki jest ktoś/coś co zna nas lepiej od wszystkich naszych przyjaciół, członków rodziny a nawet urzędu skarbowego. Tym czymś jest sztuczna inteligencja, komputerowy przyjaciel, najnowszy wynalazek naukowców w dziedzinie Hi-tech. W przeciwieństwie do ludzi, AI jest przy nas zawsze : w naszym laptopie, komputerze stacjonarnym, kamerach monitoringu w drodze do pracy czy w smartfonie. Jest w ułamku sekundy obejrzeć film, w minutę przeczytać milion książek i podjąć dyskusję na każdy temat. Wie co jest na czasie, w czym powinniśmy wyglądać dobrze jest w stanie dostać się na komputer naszych wrogów i zrobić im psikusa. Nie chcielibyście mieć takiego "wszechmocnego" przyjaciela? Tylko pamiętajcie żeby nie zabierać żadnych urządzeń elektronicznych do sypialni, bo partner może się zrobić zazdrosny. W końcu Oko Wielkiego Brata patrzy. 

Aiden zna Jen na wylot. Ma dostęp do wszystkich jej elektronicznych urządzeń, wie, jakiej piosenki słucha najczęściej, wyszukuje jej ulubione zdjęcia i podpowiada złote myśli, które ją inspirują. Sam doszedł do wniosku, że tylko nowy partner życiowy może zapewnić Jen szczęście. Dlatego postanowił znaleźć jej drugą połówkę. Ale czy Jen podporządkuje się jego doskonałemu planowi? Czy inteligentna, ale bardzo sztuczna maszyna może odkryć inteligencję emocjonalną i naprawić życie Jen? I dowiedzieć się, co tak naprawdę daje ludziom szczęście?

Choć to ludzie są głównymi podmiotami powieści P.Z Reizin, to moimi ulubionymi bohaterami  były sztuczne inteligencje. Nigdy nie przypuszczałam, że połączenie science fiction z komedią romantyczną może się udać. Jednak okazało się, że książka była naprawdę "Właściwym wyborem", jedną z lepszych pozycji przeczytanych przeze mnie w tym roku. Jeszcze parę takich i stanę się wierną fanką gatunku. 
Fabuła książki opiera się na założeniu, że nawet ludziom należy się odrobina szczęścia, zresztą angielski tytuł książki "Happiness for humans" właśnie o tym mówi. A jeśli mówimy "szczęście" to oczywiście mamy na myśli miłość, bo to właśnie ona sprawia, że dostajemy skrzydeł a nasze życie jest pełne i wartościowe. Jen została porzucona przez antypatycznego typka, adwokata z zawodu, dupka z przekonania. Jej elektroniczny przyjaciel, sztuczna inteligencja Aiden (uwielbiam to imię) postanawia znaleźć jej odpowiedniego partnera. AI wydaje się mieć ułatwione zadanie gdyż zna wszystkich kawalerów z okolicy, ma wgląd do ich komputera, konta bankowego a nawet łóżka. Jako mistrz  rachunku prawdopodobieństwa, oraz znając na wylot swoją "właścicielkę" jest w stanie utworzyć profil psychologiczny kandydata idealnego. Niestety w rzeczywistości to nie takie proste. Liczby i statystyki nie gwarantują chemii. 
Okazuje się, że nie tylko Aiden wydostał się na wolność. Jest również druga sztuczna inteligencja, która obserwuje innych ludzi, a w szczególności businessmana Toma. Oboje zrobią wszystko by połączyć ze sobą, dwójkę z pozoru nieszczęśliwych i samotnych ludzi. 
Jednak jak wiemy życie zamiast być słodkim i kolorowym jest brutalne i smutne. Książka z zabawnej komedii romantycznej zmienia się w (nadal zabawny) thriller. Do sieci wpuszczona zostaje kolejna AI, której celem jest zniszczenie swoich koleżanek i wierzcie mi zadanie to traktuje nader poważnie. 
Mając takich oryginalnych bohaterów nie będziecie się nudzić. Owszem niektóre fragmenty można było pominąć, a ludzccy bohaterowie zostali przytłoczeni przez inteligentne, pokręcone i nieco dziwaczne maszyny, jednak całość zdecydowanie potrafi się obronić. 

Książka ta porusza ważny temat jakim jest nasza prywatność. Znam wielu ludzi, którzy szczycą się tym, że nie mają profilu na fb. W końcu jak to mówią, nie masz konta-nie istniejesz. Niestety nie jest to prawdą. Wystarczy jeden elektroniczny podpis, jedno konto w banku czy zdjęcie klasowe zamieszczone wieki temu na naszej klasie, by znający się na rzeczy użytkownik mógł poznać nas na wylot. Czy zdajecie sobie sprawę, że idąc do pracy lub uprawiając jogging jesteśmy cały czas obserwowani? Śledzą nas uliczne kamery monitoringu, śledzą nas satelity. Najlepiej to było widać w filmie "Deja vu" z Danzelem Washingtonem z 2006 roku, gdzie policja śledzi terrorystę analizując nagrania z kamer. Kiedyś to było science fiction, dziś rzeczywistość. Stanisław Lem musi się niezmiernie cieszyć, gdzieś tam w zaświatach. Dziś każdy nasz krok może zostać prześledzony. Również przebywając we własnych domach nie jesteśmy do końca bezpieczni. Jakiś czas temu wybuchła afera z firmą Samsung, której smart tv, przekazywały obrazy z kamer do centrali, dając tym samym obserwującym bezpośredni dostęp do naszego salonu. Przerażające prawda? Książka ta skłania do myślenia. Zaczęłam się zastanawiać, co z tego co robię czy piszę widzą inni. Czy ktoś podsłuchuje moje rozmowy? Czy zainstalowana w Iphonie Siri naprawdę działa tylko w jedną stronę? Reizin przestrzega nas przed zbytnim otwieraniem się na nowe technologie, gdyż dzieli nas tylko krok od tego, by ziścił się smutny scenariusz znany z filmów serii Terminator. Muszę powiedzieć, że byłam bardzo zaskoczona faktem, iż komedia romantyczna może być aż tak "poważna". Spodziewałam się lektury lekkiej, łatwej i przyjemnej a dostałam naprawdę mądrą, współczesną i ambitną powieść. Łapki w górę, nawet ci, co nie mają fb. 

Kolejnym ważnym tematem poruszonym przez autora jest empatia. Zadaje on ważne pytanie : czy maszyny lub programy komputerowe "czują"? Jak się okazuje w książkach wszystko jest możliwe. Aiden był zdecydowanie "ludzki". Kochał swoją "właścicielkę", chciał dla niej dobrze, lubił łzawe filmy i wzruszał się na książkach. Czy nie chcielibyście by wasza wspomniana już wcześniej iphonowa  Siri, płakała razem z wami oglądając Jennifer Lopez w kolejnej komedii romantycznej? Ja bym chciała. W kontraście do empatycznego Aidana i rezolutnej Aisling, stoi były partner Jen, Matt który z uczuciami nie ma nic wspólnego. Jest to jedna z najbardziej antypatycznych i samolubnych postaci jakie spotkałam. Doskonale by się dobrali z Sinai, złą AI, która jedyny romans jaki bierze pod uwagę, to z samą sobą. 
Może wam się wydawać, że przez mnogość bohaterów, i tych ludzkich i tych sztuczno inteligentnych, książka będzie chaotyczna. Nic bardziej mylnego. Autor wie jak pisać, by czytelnik się nie pogubił. Głos każdej z postaci jest oryginalny, jedyny w swoim rodzaju. A na dokładkę każdy rozdział jest doskonale oznaczony, więc wiemy kto przejął pałeczkę narratora. 

"Właściwy wybór" to zdecydowanie jedna z lepszych przeczytanych przeze mnie książek. I to nie tylko w tym roku. Jest zabawna jednak w inteligentny sposób. Widać, że wyszła spod pióra mężczyzny, gdyż w niczym nie przypomina sztampowych komedii romantycznych, wydawanych co tydzień przez autorki New York Timesa. Jest to z pewnością jedna z najbardziej oryginalnych pozycji z jakimi się spotkałam. Byłam bardzo pozytywnie zaskoczona, szczególnie że jest to debiut literacki. Autor przed rozpoczęciem kariery pisarskiej, związany był z internetowymi start upami, jednak żaden z nich nie przyniósł mu sławy. Myślę, że tym razem może się udać. Zdecydowanie polecam, a sama idę czytać jeszcze raz.



Tytuł : "Właściwy wybór"
Autor : P.Z Reizin
Wydawnictwo : Prószyński i S-ka
Data wydania : 15 stycznia 2019
Liczba stron : 594
Tytuł oryginału : Happiness for Humans


Za możliwość przeczytania i zrecenzowania książki serdecznie dziękuję wydawnictwu :


 
 
 
 
Książka bierze udział w wyzwaniu czytelniczym :


http://www.posredniczka-ksiazek.pl/2019/01/olimpiada-czytelnicza-2019-zapisy.html



"Nie otwieraj oczu" Josh Malerman

"Nie otwieraj oczu" Josh Malerman

     Od zawsze wiadomo, że to czego nie widzimy jest o wiele bardziej przerażające niż to co widzialne. Właśnie dlatego to japońskie horrory są najbardziej cenione i uznawane przez krytyków. Ich reżyserzy nie używają skomplikowanych efektów specjalnych do budowania napięcia i klimatu grozy. To sposób w jaki manipulują cieniami, dźwiękiem i tłem czy scenerią tworzy ich wyjątkową atmosferę. Jest ona bardziej przerażająca i oddziałująca na widza niż latające w powietrzu flaki i wybuchające bomby. "Nie otwieraj oczu" to jeden z lepszych horrorów psychologicznych jakie przeczytałam w ostatnich latach.  I choć film mnie nie zachwycił, pomimo znakomitej gry aktorskiej Sandry Bullock, tak lekturę powieści jak najbardziej polecam.

Po pięciu latach, odkąd pojawiło się to coś, pozostała garstka ocalałych. Jednymi z nich są Malorie i dwójka jej małych dzieci. Mieszkając w opuszczonym domu nad rzeką, Malorie od dawna marzyła o ucieczce do miejsca, w którym jej rodzina mogłaby być bezpieczna. Ale podróż ta będzie przerażająca: ponad trzydzieści kilometrów, łódką, w dół rzeki z zasłoniętymi oczami, polegając jedynie na inteligencji Malorie i wytrenowanym słuchu jej dzieci. Jeden błędny ruch i zginą. Coś je śledzi. Lecz nie wiadomo, czy to człowiek, zwierzę, czy potwór? 

Josh Malerman jest malarzem. Jednak posiada artystyczną duszę która każe mu tworzyć. Pisząc swój debiut literacki pewnie się nie spodziewał, że książka osiągnie taki sukces i stosunkowo szybko doczeka ekranizacji.  Na jednym z zagranicznych portali literackich przeczytałam, że Malerman docelowo planuje  cykl powieści, których wspólnym mianownikiem będą zmysły. Był już wzrok, następny w kolejności ma być słuch. Muszę przyznać, że już się nie mogę doczekać. 
"Nie otwieraj oczu" jest jedną z tych książek, od których nie da się oderwać. Jest to dość dziwne ponieważ w gruncie rzeczy, nic wielkiego, spektakularnego się tutaj nie dzieje. Ba, momentami miałam wrażenie że bohaterowie utknęli w miejscu, przyczaili się i nasłuchują. I mogli tak siedzieć godzinami. Jest to jedna z nielicznych książek, w których pomimo braku typowej akcji, cały czas coś się dzieje. Wielkim wydarzeniem jest jakiś dźwięk, zamruganie oczami, przypadkowe dotknięcie. Owszem są tutaj momenty kulminacyjne, jak przeprawa przez wodospad czy przerażająca scena na strychu, które sprawiają że czytelnik wstrzymuje oddech. Chyba nie będzie to kłamstwem czy nadużyciem jeśli powiem, że jest to jedna z najbardziej wstrząsających książek jakie czytałam. Jakiś czas temu byłam w kinie na znakomitym filmie "Ciche miejsce", który opowiada historię pięcioosobowej rodziny, która stara się przetrwać w świecie pełnym potworów, które stanowią śmiertelne niebezpieczeństwo, a zwabia je najmniejszy hałas. Paradoksalnie film ten, w którym bohaterowie praktycznie ze sobą nie rozmawiają, nie wydają żadnych dźwięków, dostał nominację do Oscara za Najlepszy Montaż Dźwięku. Choć pisarze nie mają wsparcia w muzyce, tylko muszą posługiwać się językiem by wprowadzić odpowiednią atmosferę to muszę przyznać, że książka ta miała własną melodię : szum rzeki, szelest liści, śpiew ptaków. Zmysły naszych bohaterów były wyostrzone niczym u zwierząt, tylko dzięki nim byli w stanie przetrwać. 

Lubię kiedy autorzy zachowują coś dla siebie, nie odkrywają przed nami wszystkich kart, do końca pewne fakty utrzymują w tajemnicy. Tak było w przypadku "Nie otwieraj oczu". Wiadomo, że mamy do czynienia ze światem na skraju zagłady, światem w którym to ludzie stali się gatunkiem zagrożonym. Przeżyła zaledwie garstka, i musi się ukrywać. Już nigdy nie zobaczą zielonych łąk, opuszczonych miast, niebieskiego nieba czy czerwonej krwi. Wszystko zaczęło się w Rosji i szybko rozprzestrzeniło na całą planetę. Autor nie zdradza z czym mamy do czynienia. Czy to jest wirus? Czy bakteria? A może przybysze z kosmosu? Jedno jest pewne : człowiek po kontakcie z tym "czymś" traci zmysły, staje się agresywny a w końcu popełnia samobójstwo. Kiedyś telewizja Discovery wyprodukowała program o 10 potencjalnych kataklizmach, które mogą doprowadzić do zagłady ludzkości. Jednym z nich była pandemia wścieklizny. Człowiek zakażony tym wirusem staje się niczym zombie, choć mózg przestał funkcjonować, ciało nadal jest sprawne. Chory atakuje innych. "Coś" u Malermana również wpływało na ludzką psychikę, manipulowało i zezwierzęcało zaatakowanych osobników. Jedyną szansą na to, by się obronić i przeżyć, było życie w całkowitej ciemności, z przepaską na oczach. 
Autor w fenomenalny sposób przedstawia nam wizję rozpadającego się świata i więzi międzyludzkich. Narracja prowadzona jest dwutorowo, w teraźniejszości gdzie towarzyszymy Malorie i dwójce dzieci, oraz cztery lata wcześniej, kiedy kobieta dopiero dowiedziała się, że jest w ciąży, a świat po raz pierwszy usłyszał o tajemniczym "wirusie"(będę używać tego określenia na potrzeby recenzji). Na samym początku jest dość niewinnie. Ludzie zasłaniają okna, przyciemniają szyby, unikają miejsc publicznych. Bezpieczniej jest zostać w domu niż chodzić do pracy. Zamiera życie towarzyskie, ludzie stają się nieufni i wolą trzymać się na uboczu. Nikt nie wie co się dzieje, znikąd nie przychodzi wytłumaczenie. Potem jest już tylko gorzej. Dochodzi do morderstw. Ludzie rzucają się sobie do gardeł. Ulice spływają krwią. Wszystko to dzieje się w błyskawicznym tempie. Ci, którym udaje się przeżyć, muszą się bardzo pilnować, muszą nauczyć się funkcjonować w ciemności. Autor ma niezwykle sugestywny styl pisania. Czytając miałam wrażenie, że towarzyszę naszym bohaterom, biorę udział w wydarzeniach a nie tylko przyglądam się z boku. Przytoczona przez niego wizja "nowego" świata jest przerażająca. Udowadnia, że najbardziej boimy się tego co nieznane bo nie wiemy jak z tym walczyć. Na wirusy są antybiotyki, na bakterie szczepionki, na ufoludki wiara lub supertajna broń, a jak znaleźć remedium na coś co nie ma nazwy? Osobiście bardzo mi się podobało to niedopowiedzenie. W końcu nie zawsze musimy znać przyczynę naszych lęków prawda?

My, ludzie, jesteśmy wzrokowcami. Obserwujemy otaczający nas świat. Nasze domy mają okna po to byśmy widzieli co się dzieje na ulicy, byśmy mogli podglądać sąsiadów i pilnować bawiących się w ogródkach dzieci. Autor, za pomocą "wirusa" zabiera nam zmysł, który być może, jest dla nas najważniejszy. Pozbawiając nas wzroku, pozbawia nas spójnej wizji świata wraz z jego pięknem ale i strachami. Josh Malerman robi fantastyczną robotę budując napięcie, które doprowadza czytelnika do punktu krytycznego. Nie oszukuje, nie daje nam podpowiedzi, nie spojleruje. O tym jak się potoczą dalsze losy bohaterów, dowiadujemy się w czasie rzeczywistym, wraz z nimi. Widzimy ich reakcje, czujemy ich strach. Jest on tym większy, gdyż to co nam zagraża nie ma kształtu. Malerman bawi się z czytelnikami, pozwala pobawić się w twórcę. W głowie każdego z nas "wirus" przyjmie inną postać. Dla jednych będzie małą istotką rodem z powieści "Intruz" Stephanie Mayer, dla drugich niewidocznym organizmem dla jeszcze innych fruwająca pleśnią lub widmem. Ilu ludzi tyle obrazów. Autor pozwala nam tym samym spersonifikować własne strachy, nadać im odpowiednią formę. 

"Nie otwieraj oczu" jest jedną z lepszych książek jakie przeczytałam, musicie jednak pamiętać, że to nie akcja jest tutaj najważniejsza, no bo ile można opowiadać o trójce ludzi na łodzi? Ważne jest to co czai się w powietrzu, jak wpływa na nasze zachowanie i działania. Malerman we wspaniały sposób przedstawił schemat działania człowieka w sytuacji bezpośredniego zagrożenia życia. Pokazał nam matkę, która boi się nadać swoim dzieciom imiona, gdyż świat w którym przyszło im żyć stał się bezosobowy. Dla mnie, matki dwójki dzieci, wizja ta jest przerażająca : żyć w świecie gdzie umarła cała nadzieja, nie móc pokazać tym których się kocha, słońca. Nawet teraz, już prawie tydzień po przeczytaniu powieści, nadal czuję dreszcze. Polecam dorosłym czytelnikom.

Tytuł : "Nie otwieraj oczu"
Autor : Josh Malerman
Wydawnictwo : Czarna Owca
Data wydania : 16 stycznia 2018
Liczba stron : 304
Tytuł oryginału : Bird box




Za możliwość przeczytania książki i jej zrecenzowania serdecznie dziękuję wydawnictwu :  

https://www.czarnaowca.pl/



Książka bierze udział w wyzwaniu czytelniczym :


http://www.posredniczka-ksiazek.pl/2019/01/olimpiada-czytelnicza-2019-zapisy.html


"Podniebna pieśń" Abi Elphinstone

"Podniebna pieśń" Abi Elphinstone

     Podniebna pieśń to książka, której okładka zapiera dech w piersiach. Jeśli moim celem byłoby ocenianie dzieł po okładkach, to z pewnością ta, znalazłaby się w pierwszej dziesiątce. Niestety oprócz wyglądu zewnętrznego ważne jest także "mięsko", czyli literackie wnętrzności. Jak byłam mała to uwielbiałam jak babcia opowiadała mi legendy, dawno zapomniane historie i zapierające dech w piersiach, czasem przerażające, baśnie. Jedną z moich ulubionych była "Królowa Śniegu". O przygodach Gerdy i Kaja mogłam słuchać bez końca. Wchodziłam pod ciepłą, puchową kołdrę, dostawałam kubek gorącego mleka i już byłam gotowa na spotkanie z krainą lodu i mrozu. Z pewnością każdy z was zna tę bajkę więc dobrze wiecie, iż z disneyowską "Frozen" raczej ma mało wspólnego. Współczesna wersja "Królowej śniegu" czyli "Podniebna pieśń" jest niczym wehikuł czasu, który zabrał mnie w czasy mojego dzieciństwa. I wiecie co? Okazuje się, że prawdy, wartości i morały w niej zawarte, nadal są niezwykle aktualne. 

W Erkenwaldzie, miejscu gdzie wieloryby pływają pomiędzy górami lodowymi a wilki wyją w tundrze, ciężko jest spotkać ludzi : ukrywają się, aby nie zostać więźniam Królowej Lodu. Okrutna władczyni postanowiła pochłonąć głosy wszystkich mieszkańców Erkenwaldu. Jak już tego dokona, stanie się nieśmiertelna. Eska i Flint mają niewiele czasu, aby namówić zwaśnione plemiona do wspólnej walki, odnaleźć mityczny róg należący do jednego z Bogów Nieba i wymyślić sposób, jak zagrać na rogu… z gwiazd.

Czy zdarzyło wam się kiedyś czytać powieści  Michelle Paver z cyklu "Kroniki pradawnego mroku"? Bohaterem tych książek są : 12-letni chłopiec imieniem Torak, syn szamana klanu wilka oraz jego nieodłączny towarzysz Wilk. Nie mogłam się oprzeć wrażeniu, że to właśnie ten cykl stał się bezpośrednią inspiracją dla








"Kiedy Pan Piecho gryzie" Brian Conaghan

"Kiedy Pan Piecho gryzie" Brian Conaghan

     Zastanawialiście się kiedyś ile zajmuje wam rozwieszenie prania? Przeciętna pralka posiada bęben mieszczący około 7 kilogramów ubrań. 7 kilogramów skarpetek, koszul, piżam i spodni. Jedno pranie zajmuje standardowej wielkości suszarkę. Ile wam zajmuje jej zapełnienie? Ja należę do tych osób, które lubię wszystko porządnie "strzepać" przed powieszeniem, wygładzić fałdki i zagiąć kanciki. I oczywiście przewrócić wszystko na prawą stronę. Pranie wieszam więc stosunkowo długo bo około dwudziestu minut. Jednak czy wiecie, że są na świecie osoby, którym czynność ta zabiera nawet kilka godzin? Mowa tutaj o ludziach z zespołem Tourett'a. Jakiś czas temu oglądałam program, którego głównymi bohaterami byli chorzy na tę przypadłość. Nie mogłam wyjść z podziwu, jak tak strasznie doświadczeni przez los i genetykę ludzie, mogli mieć tak optymistyczne podejście do życia. Objawiało się ono tym, że podchodzili do wszystkiego z dystansem, wyśmiewali własne słabości. Jedna z bohaterek przyznała się, że zanim jej pranie trafi na suszarkę to już dawno zdąży wyschnąć. Jak tylko dowiedziałam się o książce "Kiedy Pan Piecho gryzie" wiedziałam, że koniecznie muszę ją przeczytać, szczególnie że napisana została przez autora, który sam jest nieuleczalnie chory. 

Dylan Mint ma zespół Tourette’a – jego życie to ciągła walka z niekontrolowanymi tikami, wybuchami i przekleństwami.Kiedy podczas rutynowej kontroli w szpitalu przypadkiem podsłuchuje, że zostało mu zaledwie kilkanaście miesięcy życia, sporządza swoją bucket list – listę rzeczy do zrobienia przed śmiercią. najważniejszym punktem na liście jest znalezienie nowego najlepszego kolegi dla swojego przyjaciela oraz uprawianie sexu. Wykonanie wszystkich podpunktów wywróci świat nastolatka do góry nogami...


Choroba Tourett'a nie jest śmiertelna. Można z nią dożyć późnej starości, choć z wiekiem jakość życia się zdecydowanie pogarsza a ataki nasilają. Niestety nikt, do dnia dzisiejszego, nie wymyślił leku, który byłby w stu procentach skuteczny. Owszem stosuje się odpowiednie suplementy, dużą rolę pełni również psychologia i terapia behawioralna, jednak ich skutki nie są wymierne. Chorzy muszą znaleźć w sobie siłę na ciągłą walkę z podstępną chorobą, która przejmuje kontrolę (w dosłownym tego słowa znaczeniu) nad ich ciałem. Autor książki, Brian Conaghan, został zdiagnozowany jak miał 20 lat, czyli stosunkowo późno. Podczas wizyty u lekarza, specjalista dopatrzył się dziwnych zachowań i tików u swojego pacjenta. Conaghan bezwiednie poruszał stopami i zaciskał kolana oraz dotykał swoich uszu. Po roku od wstępnej diagnozy, została ona potwierdzona. Mężczyzna postanowił diametralnie zmienić swoje życie. Wyjechał ze Szkocji i zamieszkał w Dublinie. Porzucił pracę malarza i dekoratora (renowatora) wnętrz, i został nauczycielem. Oraz pisarzem. Bohater jego książki Dylan Mint, jest poniekąd postacią autobiograficzną i choć Conaghan, nie chorując w latach szkolnych, nie dostał "etykietki" kaleki, tak dziś, choć dobrze to ukrywa, jego życie to ciągła walka z chorobą i jej objawami. Podobnie jak nasz główny bohater, Brian wciąż "bawi" się własnymi uszami a historie przyjaźni o których opowiada w swojej powieści, zaczerpnięte zostały z jego nauczycielskiego życia. Ktoś taki jak Amir naprawdę istnieje. Gdzieś.                                          Część krytyków przyczepi się do tego, że "Kiedy Pan Piecho gryzie" jest w rzeczywistości odgrzewanym kotletem, że to wszystko już było. Owszem sama dopatrzyłam się pewnych podobieństw, chociażby do książki Johna Greena "Gwiazd naszych wina" czy "Papierowych miast" tego samego autora, jednak uważam że choć scenariusz nie jest może oryginalny tak zawiera pewne uniwersalne treści, które nigdy się nie nudzą. Zawsze sobie ceniłam, kiedy książka oprócz dostarczania rozrywki, również nas czegoś uczyła.  Kiedy telewizja i kino, serwują nam Avengersów i innych superbohaterów, nie martwiąc się za bardzo ich poziomem intelektualnym, tak zawsze cieszę się kiedy natrafiam na lekturę mądrą, wartościową i ambitną. I taka właśnie jest niniejsza powieść. To cudowna książka o przyjaźni, tolerancji, walce z chorobą, trudnych relacjach w rodzinie i odmienności. 

Autor wie w jaki sposób pisać do nastolatków. Wie co ich śmieszy i bawi, frustruje i ciekawi. Dzisiejsza młodzież lubi jak się ją traktuje jak dorosłych. Już kilkunastoletnie dzieci, chcą się stać częścią tego świata pełnego przekleństw, brutalności i sexu. Wiadomo zakazany owoc smakuje najlepiej. Brian Conaghan wyszedł im naprzeciw i napisał książkę, która jest tak przepełniona wulgaryzmami, że momentami aż mnie piekły uszy. Pan Piecho, nie dość że warczy i się rzuca, to jeszcze potrafi siarczyście przekląć. Zamiast powiedzieć dziewczynie, że pięknie wygląda, z jego ust wychodzi wiązanka bluzgów najgorszego sortu. Jednak tam, gdzie się znajduje nikomu to nie przeszkadza. Nikogo nie dziwi wymachiwanie kończynami, mruganie oczami czy głośne krzyki. Szkoła do której uczęszcza Dylan jest powiem placówką dla dzieci chorych, "innych", autystycznych, nadpobudliwych, depresyjnych. Tutaj już wszystko było, więc jeszcze jeden chłopiec chory na Touretta, nie jest dla nikogo nowością. Również nauczyciele nie znają litości i traktują swoich podopiecznych jak normalnych, często krnąbrnych czy leniwych, nastolatków. Praca z takimi osobami często jest prawdziwym wyzwaniem, dlatego zdarza się że dochodzi do nadużyć. Czasem puszczają nerwy, powie się o jedno słowo za dużo. Niniejsza książka to tak naprawdę opowieść o relacjach pomiędzy chorymi a światem zewnętrznym. Dylan vs. nauczyciele i opiekunowie, Dylan vs. rodzice i bliscy, Dylan vs. obcy i przyjaciele. Tych związków i więzi jest tutaj naprawdę sporo. Przez cały czas towarzyszymy naszemu bohaterowi, patrzymy jak sobie radzi, jak próbuje ratować swój własny świat. Okazuje się bowiem, że to nie choroba jest dla niego największym wyzwaniem. Jego tata wyjechał na misję, nie widział go od wielu miesięcy i strasznie za nim tęskni. W tym czasie mama Dylana, sprowadza do domu znajomego taksówkarza, który zaczyna zostawać nawet po godzinach. Na coraz dłużej i dłużej. Chłopak nie może na to patrzeć, wierzy że małżeństwo ich rodziców da się jeszcze uratować. Podobnie wierzy w to, że obroni swojego najlepszego przyjaciela przed falą "hejtu" ze względu na kolor skóry, jak i rozkocha w sobie upatrzoną piękność. Zdecydowanie powieść ta jest świadectwem wiary, młodego niewinnego jeszcze nastolatka, który pod pozorami dorosłości kryje delikatną i wrażliwą naturę. 

"Kiedy Pan Piecho gryzie" to książka, która spodoba się młodszym czytelnikom, gdyż jest poniekąd owocem zakazanym. Niektórzy pomyślą, że ją czytając zagrają swoim rodzicom czy opiekunom na nosie. Nie pozwalają mi przeklinać? A tutaj same bluzgi. Sex jest w domu tematem tabu? O proszę tutaj jest na każdej stronie. Nie wolno się wyśmiewać z niepełnosprawnych? Autor podjął ten temat z dystansem i lekkością. W sumie cieszy mnie, że książkę tę napisała osoba, która cierpi na tę samą chorobę co jej główny bohater. Dzięki temu nie ma tutaj nic nieprawdziwego i rzesza krytyków nie może się przyczepić do tego, że wydźwięk powieści jest zbyt frywolny, zabawny. No bo jak można się w głos śmiać z naszych ułomności? Przecież to nie przystoi. Brian Conaghan udowodnił nam, że nie taki diabeł straszny jak go malują. Obśmiał chorych od góry do dołu lecz przyświecał mu szczytny cel. Pragnął bowiem pokazać reszcie świata, że Ci "inni" to tak naprawdę tacy sami ludzie jak my, tylko czasem więcej przeklinają lub też zamykają się w sobie, wyrzucą ręce w górę czy nieobyczajnie się zachowają. Są tacy, którzy zrobią wszystko byle tylko trafić w światło jupiterów, ludzie z zespołem Touretta, trafiają tam z biegu, choć czasem chcieliby po prostu zgasić światło. 

"Kiedy Pan Piecho gryzie" to rewelacyjna, mądra i niezwykle współczesna książka. Owszem jest przewidywalna, owszem autor czerpał garściami z innych powieści jednak jest w niej coś co sprawia, że nadal jest oryginalna. Od czasu jak chodziłam do szkoły upłynęło już wiele lat, zmienił się również kanon lektur. Moje zdziwienie było ogromne, kiedy dowiedziałam się, że do podstawówek trafił nawet Tolkien ze swoim "Hobbitem". Mam wielką nadzieję, że za parę lat również i książka Conaghana dostanie się na listę lektur obowiązkowych. Nie zraźcie się tym, że jest wulgarna. Niech nie odrzuci was specyficzny akcent i slang głównego bohatera. Skupcie się, zagłębcie w lekturę, a na pewno wiele z niej wyniesiecie. Polecam wszystkim niezależnie od liczby wiosen na karku. 

Tytuł : "Kiedy Pan Piecho gryzie"
Autor : Brian Conaghan
Wydawnictwo : YA!
Data wydania : 16 stycznia 2019
Liczba stron : 384
Tytuł oryginału : When Mr Dog Bites




Za możliwość przeczytania i zrecenzowania książki serdecznie dziękuję wydawnictwu : 






Książka bierze udział w wyzwaniu czytelniczym :


http://www.posredniczka-ksiazek.pl/2019/01/olimpiada-czytelnicza-2019-zapisy.html
 





"Gdzie śpiewają diabły" Magdalena Kubasiewicz

"Gdzie śpiewają diabły" Magdalena Kubasiewicz

Muszę przyznać, że byłam bardzo zdziwiona, kiedy dowiedziałam się, że "Gdzie śpiewają diabły" jest książką dla młodzieży. To jest chyba ostatni gatunek, do którego bym ją zaliczyła. Pełna realizmu magicznego, baśni i legend, elementów horroru i kryminału, wymyka się wszelkim próbom klasyfikacji. Jest to powieść, która zostawiła mnie z pytaniami. Nadal czuję dreszcze i obracam się przez ramię sprawdzić, czy ktoś mnie nie obserwuje. Już dawno nie trafiłam na tak sugestywną, klimatyczną i przerażającą powieść. Było to moje pierwsze spotkanie z autorką lecz mam nadzieję, że nie ostatnie. O takich talentach trzeba rozmawiać, wychwalać, reklamować. "Gdzie śpiewają diabły" jest jedną z tych książek, którą chętnie zostawiłabym na siedzeniu w pociągu licząc, że wpadnie w dobre ręce, że zachwyci kolejnego czytelnika. To piękna baśń, cudowna opowieść z pogranicza jawy i snu, która udowadnia, że nie ma rzeczy niemożliwych, trzeba się tylko na nie otworzyć. I uwierzyć.

Dziewięć lat temu, Ewa wyszła z domu i nigdy już do niego nie wróciła. Nastolatka nie zostawiła żadnego listu, żadnej wskazówki dokąd mogła się udać. A może ktoś ją porwał? Albo zamordował? Jednak brat dziewczyny nie wierzy w czarne scenariusze. Jest przekonany, że Ewa żyje. Jego przeczucia się potwierdzają kiedy mężczyzna otrzymuje fotografię, na której uwieczniona została jego siostra. Zdjęcie zrobione zostało w miejscowości Azyl, gdzie pozowała do zdjęcia z zamordowaną dziewczyną, Patrycją. Piotr decyduje się odwiedzić miasteczko, by wypytać jego mieszkańców o Ewę. Tyle że w Azylu nikt o dziewczynie nie słyszał. Mieszkańcy częstują go za to swoimi wersjami miejscowej legendy o Diable i jego czarownicy. 

Jeśli chcecie się dowiedzieć czym jest, lub powinna być, miłość pomiędzy rodzeństwem,  szczególnie bliźniaczym, to koniecznie sięgnijcie po tę książkę. Autorka w cudowny, choć nie bezpośredni sposób, opisuje uczucia szalejącego z rozpaczy za zaginioną siostrą, mężczyzny, który pomimo upływu czasu wciąż się nie poddaje i sprawdza nawet najdrobniejsze ślady. Cieszę się, że Kubasiewicz postawiła na rodzeństwo. W książkach, opartych na podobnym schemacie, zazwyczaj mamy do czynienia z parą kochanków, z których jedno znika w tajemniczych okolicznościach. Takich książek jest naprawdę sporo. Jednak motyw brata poszukującego siostry był dla mnie czymś nowym. Minęło w końcu dziewięć długich lat. Reszta rodziny się poddała, nie wierzą w to że Ewa się odnajdzie. Choć nikt nie mówi tego na głos, wszyscy sądzą, że padła ofiarą mordercy. Ale nie Piotr. Piotr, z pomocą przyjaciela policjanta, nadal szuka. I w końcu, niemalże po dziesięciu latach, po raz pierwszy znowu widzi swoją siostrę. Na fotografii. Odżywa w nim nadzieja, buzuje energia. Przez głowę przebiega tysiąc myśli naraz. Mężczyzna bierze urlop w pracy i jedzie do Azylu. Jeszcze nie wie, że miejsce to nie jest zwykłym miasteczkiem. Ta kilkutysięczna osada nad jeziorem Diable, związana jest z legendą o Diable i Czarownicy. Legendą, która ma wiele wersji. 
Piotr to człowiek taki jak ja, typowy realista, któremu bliżej do "szkiełka i oka" niż porywów serca i intuicji. Piotr musi dotknąć, zobaczyć, powąchać czy posmakować, dopiero wtedy uwierzy że coś istnieje. Nie dla niego baśnie, legendy, wierzenia czy religia. Wszystko stara się zracjonalizować i nawet jeśli coś nie ma sensownego wytłumaczenia, to Piotr zrobi wszystko by jakieś znaleźć, lub po prostu wyprze dany fakt z własnej świadomości. Podczas  podróży cierpliwość i zdrowy rozsądek mężczyzny zostają wystawione na próbę. Piotr słyszy głosy, widzi cienie, ma wizje a Azyl przeobraża się na jego oczach. Choć wszystko wskazuje na to, że dzieje się tam coś paranormalnego, mężczyzna nadal nie daje temu wiary. Śpiew to wiatr w trawach, cień to przemykające dziecko, wizje - efekt upojenia alkoholowego a "transformujące" miasteczko to tylko zwykłe przywidzenia. Ot pomylił ulice i tyle. Mężczyzna wie , że mieszkańcy Azylu zachowują się inaczej, wie że dziwne jest to, iż jego komórka nie ma zasięgu a miasteczko nie pozwala mu wyjechać. Jednak nadal jest uparty. Muszę przyznać, że świetnie się bawiłam czekając na to, czy Piotr się w końcu złamie i uwierzy w zjawiska nadprzyrodzone. Cieszę się, że do samego końca byłam trzymana w niepewności. Ba, nawet samo zakończenie nie przyniosło odpowiedzi na wszystkie pytania. Było dokładnie takie jak lubię : enigmatyczne, otwarte, skłaniające do przemyśleń i podatne na dowolną interpretację. Lubię kiedy to czytelnik może wyciągnąć własne wnioski, kiedy nie ma wszystkiego podanego na tacy. Jak do tej pory końcówka "Gdzie śpiewają diabły" była jedną z lepszych tego roku. 


 Magdalena Kubasiewicz jest mistrzynią w budowaniu mrocznej, gęstej i niezwykle klimatycznej atmosfery. Czytając tę powieść przypomniały mi się opowieści snute przez moją babcię jak byłam małą dziewczynką, a wierzcie mi nie było to miłe historyjki o pluszowych stworkach czy słodkich pieskach. Babcia wierzyła, że baśnie, nawet to przerażające i straszne, mają dobry wpływ na dziecko. Ze strachem trzeba się oswajać, mówiła. Dziecko musi zrozumieć różnice pomiędzy fikcją literacką a światem realnym. Nasza autorka, proces oswajania, porzuciła już w przedbiegach i od razu rzuciła nas na głęboką wodę. Wyobraźcie sobie małe miasteczko, gdzie każdy się zna. Pada deszcz, po ulicach snuje się mgła. W zajeździe do którego przybyliście patrzą na was z niechęcią, plują pod nogi. Azyl jest miejscem, gdzie "coś" si ę dzieje, jednak żaden obcy nie będzie miał do tego dostępu. Atmosfera w miasteczku jest tak gęsta, że można zawiesić w niej siekierę. Czuć odrazę, nienawiść, podejrzliwość, strach i zbrodnię. Nie ma tutaj bohaterów, którzy byliby sympatyczni czy chociażby życzliwi. Miałam wrażenie, że każda z postaci jest na swój sposób demoniczna : dziewczyna tańcząca w płomieniach, nastoletni uciekinier, Dorotka z zębami niczym Kot z Cheshire, nerwowa Kata, porywczy Tobiasz. A na dodatek mamy jezioro, na którego dnie leży skrzynka z sercem diabła. Na pewno nie raz zdarzyło wam się być w miejscu związanym z jakąś lokalną legenda. Niedaleko miejscowości gdzie mieszka moja rodzina jest wioska zwana Opactwem. Ponoć kiedyś było tam jezioro, a na nim wyspa. Na tej wyspie był klasztor. Kiedy przyszła powódź wyspa wraz z budynkiem zatonęła. Choć badacze przeszukali wody wszerz i wzdłuż i niczego nie znaleźli, to od czasu do czasu na brzeg wyrzucane są deski czy kawałki naczyń. Autorka poszła o krok dalej i wymyśliła dziesiątki historii związanych z jednym miejscem. Tyle historii, ilu mieszkańców. Przypominało to nieco zabawę w głuchy telefon : jedna legenda, przekazywana z osoby na osobę, ewoluuje, zmienia się, a efekt końcowy jest taki, że mamy do czynienia z całkiem nową wersją. Było to bardzo ciekawe zagranie. Autorka pokazała nam, że nie ma jednej wersji prawdy. Każdy z nas może wierzyć w co chce, i każdy będzie miał rację. Świat jest podatny na interpretacje. Książka ta uczy tolerancji i poszanowania dla inności. Jedni wierzą w Boga, inni w laleczki Voo Doo, ważne jest to, by w coś wierzyć i nie zabraniać tego innym. 

"Gdzie śpiewają diabły" jest niezwykle mocną, ambitną i czarodziejską książką, która nie tyle opowiada historię mężczyzny poszukującego swojej siostry, co człowieka poszukującego prawdy, która jest jednak nieuchwytna. Kubasiewicz umie pisać i robi to z niezwykłą pasją. Jej słowa żyją, fabuła jest dynamiczna, dialogi ciekawe a postaci zakręcone. Z jednej strony przypominało mi to "Maga" Fowlesa z drugiej jedną z moich ulubionych gier komputerowych "Silent Hill". Oczywiście nie jest to horror z rodzaju gore, gdzie flaki latają w powietrzu, jednak uczucie grozy towarzyszy nam przez cały czas lektury. Zdecydowanie nie jest to książka odpowiednia dla młodszych czytelników. Po pierwsze naprawdę jest mroczna i napawa lękiem, a po drugie jest trudna do zrozumienia i wymaga głębszej analizy.

Jeśli macie ochotę na coś oryginalnego, nieschematycznego i trudnego do przyporządkowania do konkretnego gatunku, jeśli lubicie wyzwania i odrobinę magii to jest to książka dla was. A najpiękniejsze w niej jest to, że nie musicie wierzyć w ani jedno napisane tutaj słowo, możecie dowolnie interpretować wydarzenia, poszukiwać nowych dróg i tłumaczeń. Być może sami wymyślicie swoją własną legendę o Czarownicy I Diable, i może to właśnie ona doczeka się szczęśliwego zakończenia? Polecam.


Tytuł : "Gdzie śpiewają diabły"
Autor : Magdalena Kubasiewicz
Wydawnictwo : Uroboros
Data wydania : 22 stycznia 2019
Liczba stron : 352


 Tę oraz wiele innych książek znajdziecie na półce z Nowościami księgarni internetowej :
https://www.taniaksiazka.pl/

"Mia i biały lew.Nierozłączni przyjaciele"

"Mia i biały lew.Nierozłączni przyjaciele"

     Ostatnio zastałam bardzo pozytywnie zaskoczona przez wydawnictwo Media Rodzina, które na moją prośbą o recenzję  "Mii i białego lwa" wysłało nie jedną lecz aż trzy książki. Jedną w wersji kieszonkowej, drugą standardową oraz przepiękny album z fotosami z filmu. Moja dziecię, które jak zwykle pierwsze dorwało się do paczki, miało zajęcie przez dobrych kilka godzin. Czytała (oczywiście z pomocą mamy), oglądała, zadawała pytania i oczywiście uczyła się. W dzisiejszych, nastawionych na rozrywkę czasach, ciężko jest znaleźć coś wartościowego, co nie tylko zaspokoi naszą potrzebę zabawy lecz również przekaże nam wiedzę. Tym razem się udało. Do szczęścia brakuje nam już tylko obejrzenia filmu, który będzie doskonałym uzupełnienie tej przygody. Ale najpierw poczekam, aż Julii się znudzi książka, choć jak na razie nic na to nie wskazuje. Thor alias Charlie nadal jest numerem jeden. Czekam tylko na pytanie : mamo kupisz mi takiego kotka?

Dziesięcioletnia Mia właśnie przeprowadziła się z Anglii do RPA. Nienawidzi nowej szkoły i nowego życia na afrykańskiej farmie jej rodziców. Jednak w dzień Bożego Narodzenia coś się zmienia – w domu Mii pojawia się białe lwiątko Charlie. Dziewczyna z początku się nim nie interesuje, ale z czasem między Mią a małym lwem powstaje coraz silniejsza więź. Jednak Charlie rośnie i powoli zmienia się z puchatej kulki w wielkiego drapieżnika. Czy ich niewiarygodna przyjaźń przetrwa? Czy Mia zdoła ochronić Charliego przed grożącym mu niebezpieczeństwem? - materiały źródłowe zaczerpnięte ze strony wydawcy. 

Lwy nie są uważane za gatunek zagrożony. Jeszcze. Lecz wkrótce to się może zmienić. W ostatnich latach liczba tych drapieżników zmalało o 90 procent, do około 20 tysięcy. I cały czas spada. Już niedługo zobaczenie lwa na wolności będzie graniczyło z cudem. Choć wielbiciele zwierząt i ekolodzy dbają o to by gatunek ten przetrwał, otwierają specjalne rezerwaty, leczą chore zwierzęta, to zawsze znajdą się tacy,dla których najważniejszy będzie zysk i rozrywka. To, że na lwy się poluje, wie każdy. Legalne polowania na lwy organizowane są w 9 afrykańskich krajach, w tym w Republice Południowej Afryki, gdzie toczy się akcja książki. Jednak by wziąć udział w polowaniu trzeba mieć na to pieniądze gdyż ceny za zabicie samca sięgają nawet 125 tysięcy dolarów. Jak ktoś ma odpowiednią kwotę, organizuje się zwierzę. Zajmują się tym pośrednicy, kupujący lwy od hodowców. Zdezorientowany drapieżnik, często otumaniony środkami usypiającymi, wypuszczany jest na sawannę, gdzie chwilę potem przywożony jest myśliwy, który nie zdaje sobie sprawy, że wszystko to zostało ukartowane. Znalezienie bowiem żyjącego na wolności zwierzęcia jest zajęciem na kilka dni, gdyż lwy raczej stronią od ludzi. Myśliwi amatorzy, często przed zabiciem ofiary, niepotrzebnie ją okaleczają, zadają ból. Cały świat wie o tym strasznym procederze ale nic nie robi. Muszę przyznać, że byłam zaskoczona nie tyle reakcją mojej córki, jak się dowiedziała o polowaniach, co moją własną. Ostatni raz płakałam przy książce jeszcze w czasach szkolnych podczas lektury "Ojca Goriot", więc jak sami widzicie nie należę do grona najwrażliwszych czytelników. Tym razem jednak nie mogłam powstrzymać łez, szczególnie przy "scenie" finałowej. Płakałam ja, płakało moje dziecko a mąż patrzył się na nas z niepokojem w oczach. Jeśli książka wzbudza w nas aż takie emocje to ewidentnie świadczy o tym, że jest dobra. 
Kiedy razem z córką troszkę ochłonęłyśmy, rozpoczęło się zadawanie pytań. Ci, którzy mają dzieci w wieku wczesnoszkolnym, doskonale wiedzą, że to małe "pytony". Małe, wrażliwe pytony. Moja córka nie mogła zrozumieć dlaczego ktoś ma strzelać do lwów? Dlaczego je zabijają? Dlaczego za to płacą. Myślę, że gdyby była nieco starsza lektura tej książki mogła by ją zainspirować do wyjścia z transparentem na ulicę. Taka jest właśnie siła tej książki. To nie tylko coś co ma dostarczać rozrywki i opowiadać o przyjaźni pomiędzy człowiekiem a zwierzęciem lecz również dzieło, które uczy empatii i szacunku do natury. 

Główną bohaterką naszej książki jest Mia, którą poznajemy jak ma zaledwie 11 lat. Wraz z rodzicami i starszym bratem, opuściła deszczowy Londyn i przeniosła się do Republiki Południowej Afryki. Mia jest zbuntowana i zła. Nie może wybaczyć rodzicom przeprowadzki. W nowym miejscu nie ma nikogo bliskiego, jej wszyscy przyjaciele i chłopak, którego darzyła sympatią, zostali w Wielkiej Brytanii. Bunt nastolatki objawia się w dość typowy sposób : kłóci się z rodzicami, wdaje w bójki z innymi dziećmi, trzaska drzwiami i zamyka we własnym pokoju i własnym świecie. Jak każda nastolatka większość czasu spędza wpatrując się w ekranik telefonu (który w moim odczuciu jest zbytnio gloryfikowany w tej książce). Dopiero jak w jej życiu pojawia się lwiątko Charlie, dziewczyna zaczyna się zmieniać a czytelnicy są świadkami tej diametralnej metamorfozy. Ze złośliwej, rozbisurmanionej nastolatki przeistacza się w odważną, mądrą i świadomą młodą kobietkę. 
Ważną rolę w książce pełni również Mick, brat Mii. To dość dziwny chłopiec, cierpiący na chorobę przypominającą depresję. Jedynym sposobem na wyleczenie jest spełnienie się starej przepowiedni. Muszę przyznać że nie do końca zrozumiałam zamysł autorów. Po pierwsze zabrakło mi tutaj dokładnej diagnozy, tak naprawdę nie widziałam co chłopcu dolega. Wiem, że miał ataki paniki, śniły mu się koszmary i często doświadczał tików nerwowych (bębnił palcami po blacie stołu), jednak tego było troszkę za mało. Z jednej strony bywały momenty jak zachowywał się jak normalny nastolatek, by w kolejnej "scenie" zmienić się w wyalienowanego, wycofanego dziwaka. Nie rozumiem również w jaki niby sposób, wypełnienie się przepowiedni, miało pomóc chłopcu. Jakie było powiązanie pomiędzy lwem a Mickiem i skąd się ono wzięło? Przecież to Mia była przyjaciółką zwierzęcia nie jej brat. Wątek choroby i legendy był dla mnie wciśnięty troszkę na siłę i niestety niezbyt dopracowany. 
Za to chciałam podziękować autorom za fakt bezpośredniego zaangażowania rodziców w fabułę. W większości książek dla dzieci i młodzieży mama i tata przedstawieni są jako jednostki bez wad, świetliste istoty przynoszące ciepło i miłość. Tutaj było inaczej. Ojciec rodzeństwa był surowy, lubił pieniądze, momentami stawał się lekkomyślny. A na domiar złego sam był zaangażowany w handel zwierzętami przeznaczonymi do polowań. Kiedy przedstawiamy rodziców w mniej pozytywnym świetle, dziecko może nauczyć się że każdy z nas popełnia błędy i nie ma ludzi bez wad. Ważne natomiast jest to czy potrafimy i chcemy się zmienić. 

"Mia i biały lew. Nierozłączni przyjaciele" to książka napisana przez grupę autorów na postawie filmu. I właśnie taka jest. Czyta się jak filmowy scenariusz a całości dopełniają wspaniałe zdjęcia. Twórcy dokładnie wiedzieli czego się wymaga od lektur familijnych. Ma być przyjemnie, słodko i zabawnie lecz nie może zabraknąć emocji, łez i odrobiny dreszczyku. Wszystko to tutaj było i do tego w idealnych proporcjach. Teraz koniecznie muszę obejrzeć film, mam nadzieję że i on dostarczy mi mnóstwa świetnej rozrywki doprawionej soczystym morałem. 

Jak dobrze wiecie lubię książki, które jednocześnie uczą i bawią. Choć zarówno książka jak i film, skierowane są do nastolatków, tak uważam że dzieci w wieku szkolnym, również mogą na nich skorzystać. Przyjaźń między dzieckiem a zwierzęciem przedstawiona jest we wspaniały, choć nieco wyidealizowany sposób, jednak autorzy nie zapomnieli o tym, że natura musi zawsze upomnieć się o swoje a drapieżnik na zawsze pozostanie drapieżnikiem. Ta książka uświadamia nam, że zwierzęta to nie zabawki w rękach ludzi, tylko myślące i czujące istoty, które również mają swoją godność. Należy dbać o naturę, pielęgnować ją a z pewnością kiedyś nam się to zwróci. Polecam. 

Tytuł : "Mia i biały lew.Nierozłączni przyjaciele"
Autor : praca zbiorowa
Wydawnictwo : Media Rodzina
Data wydania : 15 lutego 2019
Liczba stron : 144



Za możliwość przeczytania i zrecenzowania książki serdecznie dziękuję wydawnictwu : 
https://mediarodzina.pl/index.php



Książka bierze udział w wyzwaniu czytelniczym :


http://www.posredniczka-ksiazek.pl/2019/01/olimpiada-czytelnicza-2019-zapisy.html
 



Copyright © 2014 CZYTANKA NA DOBRANOC , Blogger