Pokazywanie postów oznaczonych etykietą choroby. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą choroby. Pokaż wszystkie posty
"Anioły z Lovely Lane" Nadine Dorries

"Anioły z Lovely Lane" Nadine Dorries

Najważniejszym tematem ostatnich kilku miesięcy jest koronawirus. Radio, internet, telewizja codziennie pokazują nam coraz to przerażające statystyki. Liczba zachorowań wzrasta, śmiertelność również. Setki, a nawet tysiące ludzi jest przetrzymywanych na oddziałach intensywnej opieki medycznej, gdzie walczą o życie z pomocą respiratora. Czuwają nad nimi nie tylko lekarze lecz również wszelkiego rodzaju pracownicy medyczni i pielęgniarki. I to właśnie o tych ostatnich chciałam dziś porozmawiać. Dzięki uprzejmości wydawnictwa Prószyński i S-ka miałam możliwość przeczytać cudowną książkę "Anioły z Lovely Lane" która opowiada o losach kilku dziewcząt, które postanowiły związać swój los ze służbą medyczną i rozpoczęły trudny, trening pielęgniarski. Moja mam kiedyś powiedziała, że trzeba być naprawdę dobrym i empatycznym człowiekiem by zostać pielęgniarką. Przynajmniej w Polsce zawód ten jest mało opłacany, wiąże się z wieloma wyrzeczeniami i narażaniem życia. Jednak w dzisiejszych czasach istnieją związki zawodowe, pielęgniarki obdarzane są szacunkiem a ich praca jest doceniana. Autorka niniejszej książki zabrała nas do czasów, kiedy zawód sanitariuszki nadal traktowany był jako kobiecy kaprys, a same pielęgniarki pełniły raczej służebną niż medyczną rolę. 

Anglia, rok 1953. Do domu pielęgniarek przy Lovely Lane w Liverpoolu przybywa pięć nowych uczennic, żeby rozpocząć praktyki w szpitalu St Angelus.
Dana jest Irlandką i uciekła z rodzinnego gospodarstwa. Victoria pochodzi z arystokracji, ale jej rodzina jest zadłużona po uszy. Beth, córka wojskowego, zaprzyjaźnia się z charakterną Celią Forsyth. Pammy zaś urodziła się w najgorszej dzielnicy Liverpoolu i od zawsze ma w życiu pod górkę.

W moich recenzjach, Ci którzy mnie czytają zdążyli się już zapewne przyzwyczaić, lubię czasami sobie ponarzekać i jeśli książka nie jest do szczętu zła to zazwyczaj ograniczam się z krytyką do pierwszego akapitu. Niestety i tym razem nie obyło się bez wpadek, które chociaż można spokojnie wybaczyć, tak zdecydowanie wpływają na jakość lektury. Choć Nadine Dorries jest doświadczoną i utalentowaną autorką tak i jej tym razem udało się wpaść w pułapkę wielonarracji. Tak się dzieje, kiedy mamy do czynienia z dużą ilością pierwszoplanowych bohaterów, których losy są do siebie podobne i którzy wszyscy mają wiele do powiedzenia. Choć bardzo się starałam tak nie potrafiłam za każdym razem zorientować się z jaką postacią mam do czynienia. Zapamiętywałam fakty z ich życia, naprawdę starałam się nadążać za fabułą, jednak czasami nie udawało mi się zapanować nad chaosem. Zapamiętanie wszystkich imion i nazwisk było praktycznie niemożliwe. 
Miałam również problem z tempem akcji. Jeśli sięgając po tę powieść spodziewać się akcji i rewelacji , to muszę was srogo rozczarować. Owszem zdarzają się tutaj większe i mniejsze dramaty a punkt kulminacyjny jest ich kumulacją, jednak nadal były to historie o jakich możemy usłyszeć w trudnych sprawach. Autorka nawet nie zadała sobie trudno na stworzenie wrażenia oryginalności. W tej powieści nie było nic szczególnie świeżego, a nadmiar postaci utrudniał śledzenie wszystkich. Również nadmierna liczba wątków sprawiała, że moja uwaga zaczynała meandrować. Spotkamy się tutaj z takimi tematami jak gwałt, aborcja czy miłość homoseksualna...czyli wszystko to co już było u wcześniejszych konkurentek. Oczywiście nie znaczy to, że czytało się źle. Wprost przeciwnie , "Anioły z Lovely Lane" to jedna z tych książek, przy których nie trzeba się zbyt mocno angażować a i tak dostarczą nam sporo rozrywki. Książka ta zainteresowała mnie na tyle by sięgnąć po kolejne tomy, jeśli wydawca zdecyduje się je przetłumaczyć. Czułam, że wszystko było dobrze ze sobą powiązane, a  sama autorka zwróciła uwagę na kilka ważnych tematów, takich jak mizoginia, seksizm i nielegalne aborcje, bez umniejszania ich do zwykłych wątków. Jeśli uda wam się przebrnąć przez raczej trudny (bo nudny) początek, to potem jest zdecydowanie lepiej.

Akcja powieści toczy się 10 lat po zakończeniu II Wojny Światowej.  Główne miejsce akcji to szpital
St Angelus. Pięć nowych dziewczyn rozpoczyna tam swoje praktyki pielęgniarskie. Nie da się ukryć iż autorka włożyła wiele pracy w research byle tylko idealnie oddać ducha tamtej epoki. Nie wiem czy każdy z was zdaje sobie sprawę z tego, że wolność, prawa obywatelskie a nawet szacunek i poważanie mężczyzn to rzeczy które kobiety wywalczyły sobie dopiero na przestrzeni ostatnich dziesięcioleci. Wielka Brytania pełne prawo wyborcze dla kobiet przyznała dopiero w 1928, jednak nawet to nie zmieniło podejścia niektórych mężczyzn do wyemancypowanych niewiast. Nadal były one traktowane z przymrużeniem oka i były zależne od swoich "męskich" zwierzchników", mężów czy braci. Podobnie się sprawa miała w pielęgniarstwie. Dziewczyny, które decydowały się na ten zawód musiały liczyć się z tym, że mogą być traktowane niczym służące. Choć wiele z nich miało dość dużą wiedzę z zakresu medycyny, ich zdanie nie było brane pod uwagę. Jeśli oglądaliście kiedyś "Ostry dyżur" lub chociażby nasze rodzime "Pielęgniarki" to pewnie zauważyliście, że często to właśnie pielęgniarki dostrzegały błędy lekarzy. I były wysłuchiwane. W Anglii roku 1953 , traktowano je jak powietrze, nawet jak coś mówiły ( i miały rację) to głosy te były ignorowane. 
Nadine Dorries ma wspaniały styl pisania. Jest ciepło i przytulnie. Podobały mi się żywe opisy szpitala i wszystko, co dzieje się w nim i wokół niego. Mogłam łatwo wyobrazić sobie każdą sytuację i uwielbiałem dokładny i kompletny sposób opowiadania historii. Nadine Dorries najwyraźniej wie, o czym pisze. Każda postać jest dobrze opisana, nawet jeśli jest trochę stereotypowa. Poznajemy personel szkoleniowy, personel sprzątający i pomocniczy oraz lekarzy w szpitalu . Ta książka to nostalgiczna podróż dla pielęgniarek! Widzimy, jak rozwijają się ich relacje, buduje się lojalność i urazy, gdy żyją i pracują razem. Są też zabawne incydenty, gdy po raz pierwszy spotykają prawdziwych pacjentów (martwych i żywych).
Ciekawe było dla mnie tło społeczne tego okresu. Jest tuż po wojnie i dopiero powstaje angielska Służba zdrowia. Zapotrzebowanie rośnie na wszystkie usługi, na które ludzie prawdopodobnie nie mogliby sobie wcześniej pozwolić, a ponadto po drugiej wojnie światowej szpitale pełne są kalek i ludzi z różnymi niepełnosprawnościami. Szpitale rozwijają się i istnieje duże zapotrzebowanie na personel pielęgniarski. Krajowe kwalifikacje pielęgniarki rejestrowanej przez państwo (SEN) i pielęgniarki rejestrowanej przez państwo (SRN) są zupełnie nowe. Niektóre starsze pielęgniarki i lekarze są niezadowolone z tego i woleliby zachować stary sposób szkolenia własnego personelu zgodnie z własnymi standardami i procedurami. Ponadto nowy dyrektor pielęgniarstwa chce otworzyć proces aplikacyjny  podczas gdy lekarze „starej daty” chcą tylko "lepszej" klasy dziewcząt, do których są przyzwyczajeni.
 

Teraz coś na plus. Po prostu uwielbiam styl pisania Nadine Dorries; postacie są tak dobrze rozwinięte, a jej opisy są tak żywe, że natychmiast znalazłam się w innym miejscu i czasie wśród ujmujących przyjaciół. Najciekawszym aspektem jest jednak to, że Dorries stworzyła obsadę silnych postaci kobiecych, pełnych werwy i determinacji, aby odnieść sukces i pokonać wszelkie przeszkody na drodze. Każda historia jest tak fascynująca i intrygująca, że samo czytanie było wspaniałym doświadczeniem. Jeśli lubicie pielęgniarstwo i chcecie poznać kawałek jego historii, to myślę że jest to książka dla was. Zadowoleni będą również wielbiciele powieści historyczno-obyczajowych. To z pewnością niesamowity początek nowej serii, którą gorąco polecam i nie mogę się doczekać kontynuacji.

Tytuł : "Anioły z Lovely Lane"
Autor : Nadine Dorries
Wydawnictwo : Prószyński i S-ka
Data wydania : 21 listopad 2019
Liczba stron : 488
Tytuł oryginału : Angels of Lovely Lane



Za możliwość przeczytania i zrecenzowania książki serdecznie dziękuję wydawnictwu :
 


https://www.proszynski.pl/
 
A dostępna jest w salonach lub sklepie internetowym sieci :  
https://www.empik.com/zbyt-blisko-daniels-natalie,p1227335289,ksiazka-p
 



 
"Dziecko z Kalkuty" Wanda Wajda

"Dziecko z Kalkuty" Wanda Wajda

     Są takie książki wobec których nie sposób jest przejść obojętnie. Często do sięgnięcia po nie skłania nas piękna okładka, postać autora lub też wydarzenia, które opisuje. W moim przypadku zadziałało to ostatnie. Temat autyzmu jest mi bliski, Indie są krajem który darzę miłością a historię człowieka obdarzonego Orderem Uśmiechu, w dzisiejszych szarych i smutnych czasach, zdecydowanie warto jest poznać. Książka ta jest świadectwem na to, że dobrzy, troszczący się o los innych, ludzie są wśród nas i nieprawdą jest, że możemy ich spotkać wyłącznie na ekranach telewizorów, w fundacjach charytatywnych czy usłyszeć w radio. Wanda Wajda to osoba taka jak ja, również mieszkanka Warszawy, codziennie przemierzająca te same ulice. Być może nawet ją spotkałam na jakimś przystanku ale pochłonięta własnymi sprawami nie zwróciłam na nią uwagi? Ta książka powstała właśnie po to by otworzyć czytelnikom oczy na otaczający ich świat, w którym dobro i zło toczą nieustającą walkę, a dzięki takim ludziom jak mama Scholi,  dobro wygrywa kolejną bitwę.

Wanda jest kaleką, niepełnosprawną, niedowidzącą, niektórzy nazwą ją osobą gorszego sortu inni przyrównają do anioła, który zstąpił na Ziemię. Scholka jest kaleką, niepełnosprawną, ślepą, niektórzy nazwą ją osobą gorszego sortu inni aniołkiem. Ile ludzi tyle opinii, które często mogą ranić, ale jedna jest prawdziwa : obie kobiety razem tworzą rodzinę. Komórkę społeczną stworzoną wyłącznie z miłości, której udało się pokonać wszelkie przeciwności losu. I z uśmiechem czekać na następne. A te na pewno się pojawią, takie życie.
Scholastyka została porzucona, jak tysiące dzieci w Indiach. Znaleziono ją na śmietniku, niedożywioną, owrzodzoną i czekającą na śmierć, jednak ta nie chciała nadejść. Pewnego dnia na drodze dziewczynki stanął niewidomy Bóg w postaci młodej turystki z Polski. Turystki, która nie tylko miała misję lecz i wielkie serce. Scholka wraz nową opiekunką przebyła długą drogę z Kalkuty do Warszawy, z ulicy do ciepłego domu, z krainy zapomnienia do ojczyzny nadziei. I tam rozwinęła skrzydła.

Jestem osobą wierzącą jednak moja wiara dryfuje w kierunku deizmu. Nie jestem do końca przekonana czy Bóg, który stworzył ludzi i świat, nadal interesuje się ich losem. Jednak każda kolejna książka z rodzaju "Dziecka z Kalkuty" przekonuje mnie do tego, że jednak nie mam racji. Najprościej bowiem jest nie wierzyć, nie musimy wtedy zadawać sobie pytań o istotę Boga, o to dlaczego pozwala ludziom cierpieć, godzi się na niesprawiedliwość. Dlaczego pozwala niewinnym dzieciom umierać? Nieco trudniej jest wierzyć i nie wierzyć jednocześnie, nie podważać dzieła stworzenia lekceważąc rytuały. Jednak najtrudniej jest całkowicie zaufać Bogu, oddać się mu pomimo prób, które na nas zsyła. Mało kto potrafi wykazać się hiobową postawą i brać to co mu dają z uśmiechem na ustach. Wanda Wajda jest jedną z najodważniejszych osób o jakich czytałam. Od najmłodszych lat była bowiem doświadczana przez los, kilkukrotnie traciła wzrok, miała utrudniony dostęp do edukacji, przeżyła wypadek, który poskutkował kalectwem jednak się nie poddała. Mało tego, Bóg zawsze był na jej ustach, z uśmiechem szła ponad trzysta kilometrów z Warszawy do Częstochowy czy nie namyślając się zbytnio wyjechała w podróż do Indii by wraz z siostrami miłosierdzia pomagać niewidomym, porzuconym przez rodziny i świat dzieciom. Zapewne miała chwile słabości i zwątpienia jednak to wiara i nadzieja zawsze wygrywały. Człowiek, którego spotkała tragedia ma rzadko kiedy siłę do tego by dziękować Bogu za każdy kolejny darowany dzień. Pani Wanda nie błagała o odzyskanie wzroku, prosiła o siłę, modliła się o zdrowie i szczęście dla innych . Ze swoim losem się pogodziła. I wiecie co? Zostało jej to wynagrodzone. Ta książka jest dowodem na to, że warto wierzyć w cuda. Jedni powiedzą, że to łaska boska inni , że cud medycyny. Jaka jest prawda tego się nie dowiemy nigdy jednak wierzyć warto, w cokolwiek. 

My, ludzie żyjący w XXI wieku, jesteśmy wygodni. Często nasze życie jest zaplanowane od początku do końca. Dziecko w brzuchu matki już można zapisać do szkół, nawet nie znając jego płci. Rodzice planują przyszłe kariery, zawierają odpowiednie znajomości, odkładają grosz do grosza byle na nic nie zabrakło. Lubimy jak w naszym życiu panuje porządek, musimy mieć wszystko pod kontrolą. Mało kto jest dziś spontaniczny, dlatego postawy takie jak Wandy Wajdy trzeba nagradzać. Niewidoma, kaleka kobieta ma w sobie więcej empatii i współczucia niż miliony zdrowych ludzi. Więcej niż ja. Zżera mnie strach związany z opieką nad moimi dziećmi, często się poddaję, krzyczę, wyrywam włosy z głowy, płaczę. Nie potrafię wyobrazić sobie, że jedno z moich dzieci jest kalekie, niepełnosprawne, inne. Nie w dzisiejszych czasach kiedy każdy chce być idealny. I kupujemy sobie ten ideał wspierając fundacje charytatywne, a tej prawdziwej pomocy jest jak na lekarstwo. Autorka ukazuje nam czym naprawdę jest macierzyństwo. Pokazuje, że można pokochać za jedno słowo, za jeden uśmiech. Scholka choruje na upośledzenie sprzężone. Występuje ono wtedy kiedy u pacjenta stwierdza się więcej niż jedną niepełnosprawność. Jest autystyczna,  w jej twarzy nie wykształciły się gałki oczne, cierpi na choroby skórne i różnego rodzaju alergie i nietolerancje, boryka się z problemami ginekologicznymi. Ta lista to dopiero początek. Życie Scholki to całodzienna terapia, nauka poprzez zabawę. Należy się śpieszyć bo nikt nie żyje wiecznie. Ćwiczenia z odważnikami, nauka chodzenia i ssania przez słomkę, poznawanie piktogramów, dogo i muzykoterapia, masaże, obozy, badania to codzienność. Jednak nikt się tutaj nie poddaje. Obie kobiety walczą nie tylko z opornym ciałem i zagubionym umysłem, najgorsza jest walka z durnymi przepisami, rozbuchaną biurokracją, niekompetentnymi urzędnikami i resztą, która rzuca "przepisowe i prawne" kłody pod nogi. 

Jednak czasem zaświeci słońce. Ktoś komuś szepnie dobre słowo, znajdzie się dziennikarz zainteresowany wzruszającą historią, przyjedzie kuzynka która zna dobrego rehabilitanta itd, itp. Dzięki znajomościom, kościołowi, fundacjom oraz zwykłym szarym ludziom możliwa jest pomoc, na którą nie stać zwykłego, szarego obywatela. Niestety przyszło nam żyć w państwie paradoksów. Dzieci są odbierane matkom, które pomimo pomocy Caritasu nie są w stanie ich utrzymać, a rodziny zastępcze do których trafią, otrzymują 4 tysiące złotych na wychowanka. Czemu nie dać tych pieniędzy matce? Jest to jeden z wielu przykładów w tej książce, przykładów na to z czym trzeba walczyć. Czasem wojna z urzędnikami jest z góry skazana na niepowodzenie , wtedy trzeba iść wyżej aż do samego prezydenta, aż do samego Boga. "Dziecko z Kalkuty" jest książką-podziękowaniem, często pośmiertnym, dla tych dobrych, współczujących ludzi, którzy sprawili, że na ustach Scholki mógł zagościć uśmiech. 

Jestem wzruszona postawą Pani Wajdy, moim zdaniem Order Uśmiechu to za mało, zasługuje na Order Odwagi, Poświęcenia...Order Dobrej Matki. Nie każdy z nas byłby w stanie znaleźć w sobie tyle siły i optymizmu. Ludzie XXI wieku martwią się "problemami pierwszego świata" zapominając o tym trzecim, o tych co nas naprawdę potrzebują. Książka ta niesie nadzieję, pokazuje że w każdym zakątku Ziemi są ludzie, którzy poświęcili własne życie i samych siebie by nieść pomoc innym.  "Dziecko z Kalkuty" to ważna, piękna i wzruszająca opowieść o cudownych postaciach, troskliwych terapeutach, profesjonalnych lekarzach, empatycznych politykach, walecznych dzieciach i ich aniołach stróżach. Polecam.



Tytuł : "Dziecko z Kalkuty"
Autor : Wanda Wajda
Wydawnictwo : Media Rodzina
Rok wydania : 2018
Liczba stron : 255





Za możliwość przeczytania i zrecenzowania książki serdecznie dziękuję wydawnictwu : 
https://mediarodzina.pl/index.php



Książka bierze udział w wyzwaniu czytelniczym :


http://www.posredniczka-ksiazek.pl/2019/01/olimpiada-czytelnicza-2019-zapisy.html
 
"Chrobot" Tomek Michniewicz

"Chrobot" Tomek Michniewicz

     Już dawno postanowiłam, że zacznę czytać więcej reportaży, książek non-fiction i biografii. Nowy Rok jest doskonałą okazją by podjąć to wyzwanie. W moje ręce, jakiś czas temu, trafiła książka "Chrobot" autorstwa Tomka Michniewicza, dziennikarza, podróżnika i reportażysty. Z początku miałam pewne obawy, cóż bowiem może być interesującego w czytaniu o życiu zwykłych, szarych ludzi z różnych zakątków Ziemi. Jednak już po pierwszych kilkunastu akapitach wiedziałam, że trafiłam na istną perełkę, książkę która otworzy mi oczy na problemy dzisiejszego świata,  opowie o tradycjach, kulturze, podzieli się ciekawostkami a jednocześnie uświadomi, gdzie jest moje miejsce w wielkiej, zglobalizowanej wiosce. Teraz, świeżo po przeczytaniu książki, moje serce przepełnione jest smutkiem. Wstydzę się za to kim jestem, za to ile razy mówiłam "przecież nic nie wiedziałam", "to nie moja wina". Choć bohaterom z książki Michniewicza udało się spełnić niektóre marzenia, choć nie żyją w biedzie i los był dla nich łaskawy, to nadal daleko im do szczęścia, które znamy z pisanych w wygodnych domach powieści obyczajowych czy kolorowych brazylijskich telenoweli. Czy jest jeszcze szansa, że to się kiedyś zmieni? 

"Chrobot" opowiada historię życia 7 bohaterów - mieszkańca Ugandy, USA, Kolumbii, Indii, Finlandii, Zimbabwe i Japonii. Wszystkie one są prawdziwe, i wszystkie mają otwarte zakończenie. Autor stworzył piękny kolaż, na który składają się opowieści, anegdoty, krótkie historyjki, przemyślenia i obrazy z przeszłości ludzi w podobnym wieku, jednak urodzonych w odległych od siebie miejscach i wychowanych w innych okolicznościach. Osoby te nigdy się nie poznają, nigdy nie zjedzą wspólnego posiłku. Wszystkich poznajemy jak mają po 6 lat i dopiero rozpoczynają swoją edukację lub o tym marzą. Odwiedzamy biedne dzielnice Cali, obrzeża Tokio, gdzie mieszka japońska klasa średnia, wraz z bohaterami przemierzamy busz w Zimbabwe czy szusujemy na nartach w Finlandii. Książka oparta jest na wszechobecnych kontrastach. Z jednej strony mamy tutaj bogactwo i dobre, spokojne, wolne od trosk życie z drugiej skrają biedę, analfabetyzm i walkę o każdy kolejny dzień. Oczywiście nawet średnio zorientowany w  polityce czytelnik wie, że nasz świat jest podzielony na bogatą północ i biedne południe, jednak nie każdy z nas zdaje sobie sprawę, jak rażące są te różnice. To co dla jednych jest oczywistością, dla drugich bywa zbytkiem i marzeniem. W Afryce czy w Indiach nadal żyją ludzie, dla których prąd, bieżąca woda czy toalety są luksusem. Nadal są na świecie miliony ludzi bez dostępu do służby zdrowia czy edukacji. Niektórzy muszą wędrować kilkadziesiąt kilometrów po receptę, której i tak nie będą w stanie wykupić. Ci, którym się poszczęściło, żyją w złotych klatkach bojąc się o swoje bogactwo i życie, bowiem w krajach Trzeciego Świata przyszłość nigdy nie jest pewna. Autor zadbał o to by każdy z bohaterów dostał sprawiedliwą część czasu "książkowego". Każdy głos liczy się jednakowo, przynajmniej na papierze. Książka podzielona jest pod względem chronologicznym jak i tematycznym. Czytelnik towarzyszy bohaterom od ich najmłodszych lat, siedzi z nimi w szkolnej ławie, uczęszcza na studia, podejmuje pierwsze prace i rodzi dzieci. Rozstajemy się dopiero kiedy dogania nas dorosłość.  W rozmowach z bohaterami książki, autor poruszył tematy takie jak : małżeństwo, religia, wolność, zdrowie, zabawa, edukacja, cielesność, wojsko czy ideały urody. Skupiamy się tutaj na praktycznie każdym aspekcie naszego człowieczeństwa, a na zadawane pytania dostajemy odpowiedzi z różnych punktów widzenia. Studiując to zestawienie uświadamiamy sobie sprawę z istnienia różnic kulturowych, które ciężko będzie przeskoczyć. To co jest na porządku dziennym dla Amerykanina, jak poklepanie po plecach, będzie niedopuszczalne w Japonii i na odwrót. Z drugiej strony autor pokazuje, że w XXI wieku tradycje i kultury się przenikają i uzupełniają, dzięki temu na tokijskich ulicach również możemy obchodzić Boże Narodzenie. 

Książka pełna jest anegdot i ciekawostek, które uzupełniły moją wiedzę na temat wymienionych tutaj krajów i regionów świata, a nawet całych kontynentów. Z perspektywy 7 bohaterów poznajemy obce, wciąż dla nas egzotyczne kraje. Przewodniki i książki turystyczne zazwyczaj skupiają się na rzeczach popularnych i ogólnie znanych, tutaj mamy do czynienia z obrazami dnia codziennego, szczególikami które składają się na pasmo wielkich porażek i małych sukcesów. Japonia jest krajem samarimanów, ludzi wynajmujących komory sypialne w wielkich miastach, krainą mieszkań których metraż liczony jest w matach tatami i ludzi, którzy zmuszani są do uczestniczenia w imprezach firmowych nawet jeśli nie mają na to czasu ani ochoty. Kolumbia to kraj macho i darowanych w prezencie kobietom różowych baloników, to miejsce gdzie tak "łatwo o broń, że mięśnie nie robią na nikim wrażenia". Z kolei Finlandia jest krajem gdzie rządzi równouprawnienie, jedynym miejscem gdzie urlop tacierzyński trwa tyle samo co macierzyński, młodzi ludzie wyprowadzają się z domu mając 18 lat a rasizm praktycznie nie istnieje. Kolejnym krajem jest afrykańska Uganda, gdzie 20 procent ludności jest zakażonych wirusem HIV, szpitale trzymają pacjentów przez tydzień bez leczenia czekając, aż rodzina dostarczy pieniądze, a młode dziewczyny nie mogą zapuścić włosów, gdyż afro łamie się i kruszy już przy samej skórze. Inny bohater pochodzi z Zimbabwe, kraju zniszczonego przez wojnę domową, dyktaturę Mugabe i rządy wojskowych. Jest to miejsce szalejącej hiper inflacji, jedynym zakątkiem na ziemi gdzie ludzie piorą pieniądze naprawdę a nie w przenośni, a waluta którą się posługują została wymyślona zaledwie kilka lat temu. Z drugiej strony mamy Stany Zjednoczone ojczyznę studenckich pożyczek, które większość obywateli będzie spłacać przez kilkadziesiąt lat, McDonalda, logo, Facebooka i Twittera, krainę mlekiem i miodem płynącą gdzie by dostać kredyt trzeba takowy już posiadać. Na koniec zostawiłam sobie Indie, kraj kontrastów, tańca i wielu Bogów, gdzie imiona dzieciom się nadaje po urodzeniu wcześniej nawet o nich nie wspominając, a jak rodzice pragną intymności to ojciec wychodzi na zewnątrz i skrobie we framugę udając, że to zły duch, który przyszedł porwać tych co nie śpią. Wszystkie opowiedziane historie były piękne, barwne, czasem smutne a czasem przerażające, jednak miały jeden wspólny mianownik : wydarzyły się mniej więcej w tym samym czasie. Dzięki tej książce uświadomiłam sobie jaką jestem szczęściarą, że przyszłam na świat w Polsce, gdzie mogłam skończyć szkołę i studia i wieść spokojne, pozbawione większych trosk życie.  Teraz pojęcie problemów "pierwszego świata" nabrało dla mnie zupełnie innego wymiaru. 

Ponieważ książka opowiada historię ostatnich 30 lat, jesteśmy w stanie zaobserwować, jakie zmiany zachodziły w poszczególnych krajach w tym okresie. Kolumbia przeszła długą drogę od czasów narcos do legalnego biznesu, w Japonii, ze względu na starzenie się społeczeństwa i brak rąk do pracy, to pracownicy zaczęli dyktować swoje warunki. Ludzie chcą więcej czasu wolnego, znanego z cywilizacji Zachodu work-life balance. Zimbabwe nadal jest tykającą bombą zegarową, która tylko czeka na to by ktoś nacisnął detonator. W kraju panuje 90 procentowe bezrobocie. Podobna sytuacja jest w Ugandzie choć kraj ten otworzył się na pomoc z zewnątrz, dopuszczając wszelkiego rodzaju organizacje charytatywne. Państwo prezydenta Museveniego jest jednym z nielicznych w Afryce gdzie klasa średnia rośnie w siłę, gdzie na ulicach widać dobrze ubranych ludzi a w glinianych lepiankach stoją sofy ze sztucznej skóry i wielkie telewizory. Te przeobrażenia i pęd ku nowoczesności widać na całym świecie. Miasta pną się w górę, mieszkańcy Trzeciego Świata również chcą "posiadać" i "mieć". Internet i media społecznościowe czynią cuda. Choć to nadal USA są miejscem gdzie w restauracji serwują 0,5kg mięsa w Chilli con Carne, to widać, że świat wkroczył na drogę rozwoju i jednocześnie wielkiego wyzysku, gdyż nic nie przychodzi za darmo. Za wszystko trzeba zapłacić, często życiem wielu tysiącem ludzi. 

Druga część książki jest poniekąd manifestem politycznym i odkrywa przed czytelnikami mechanizmy, którymi kierują się dzisiejsze wielkie koncerny przemysłowe i rządy światowych mocarstw.  Wkroczyliśmy w erę nowego kolonializmu, gdzie pomoc najuboższym polega na udzielaniu wysoko oprocentowanych pożyczek, sprzedawaniu technologii i patentów. Dla różnego rodzaju organizacji charytatywnych najważniejsza jest otoczka, wystawne rauty, pozowane zdjęcia, realnej pomocy jest tutaj jak na lekarstwo. Jesteście sobie w stanie wyobrazić, że niektórzy obywatele Indii czy Afryki nadal nie mają dostępu do łazienki? Nawet jednej na kilka gospodarstw a w wielkich chińskich czy bangladeskich szwalniach, ludzie  pracują za kilkadziesiąt dolarów miesięcznie, za cenę jednej średniej jakości sukienki. W takich miejscach nikt nie troszczy się o pracowników, zdarzały się przypadki porodów na linii produkcyjnej kiedy dziecko odkładano do kosza na bok i nikt się nim nie zajmował aż do końca zmiany. Przepisy BHP nie są respektowane, a prawo pracy jest notorycznie łamane. Rządy państw rozwijających się nie zawracają sobie głowy ochroną środowiska pozwalając zagranicznym koncernom na grabieżczą wprost eksploatację surowców i budowanie kopalni odkrywkowych nieszczących środowisko naturalne. Ludzki los w tych krajach liczy się zdecydowanie mniej niż logo na butach. 

Po przeczytaniu tej książki doszłam do jednej konkluzji. Ludzkość w dzisiejszych czasach żyje w wiecznym strachu. Nie ważne czy urodziliśmy się w slumsach Kalkuty czy na nowojorskich przedmieściach, lęk ten jest w nas i będzie nam towarzyszył już do końca. Boimy się dzikich zwierząt, życia bez pracy, samotności, chorób jednym słowem cywilizacji. 
Tomek Michniewicz napisał książkę ważną, mądrą, jedną z tych które zapadają w pamięć. Jest to opowieść o zwykłych, szarych ludziach, których spotkamy na ulicach naszych miast a o których los mało kto się troszczy. Może czas się zatrzymać i pomyśleć o czymś więcej niż czubku własnego nosa? Polecam.

Tytuł : "Chrobot"
Autor : Tomek Michniewicz
Wydawnictwo : Otwarte
Data wydania : 17 października 2018
Liczba stron : 480



Za możliwość przeczytania i zrecenzowania książki serdecznie dziękuję wydawnictwu :
 
Książka bierze udział w wyzwaniu czytelniczym :
 
http://www.posredniczka-ksiazek.pl/2019/01/olimpiada-czytelnicza-2019-zapisy.html
 


"Rosyjska medycyna ludowa od A do Z" Natalja Aleksandrowna Nowikowa

"Rosyjska medycyna ludowa od A do Z" Natalja Aleksandrowna Nowikowa

     Od początku istnienia ludzkości człowiek by przetrwać, musiał troszczyć się o to co najważniejsze, czyli zdrowie. To właśnie ono świadczyło o jego pozycji w gromadzie. Gdy dopadała go choroba, lekarstwa na nią szukał w przyrodzie. Na samym początku była to zwykła rosyjska ruletka. Wielu naszych przodków nabawiło się bólów brzucha czy niestrawności. Niektórzy nawet tę chęć eksperymentowania przypłacili życiem. Często jednak udało im się trafić na roślinę, zioło, warzywo czy owoc, który pomagał na różne dolegliwości. Wiedza o nich przekazywana była z pokolenia na pokolenie. Nawet dziś, w XXI wieku, bardzo dużo ludzi szuka wsparcia poza medycyną konwencjonalną, w samolecznictwie mającym swe korzenie w kulturze. Rodzina Natalji Aleksandrownej Nowikowej, autorki niniejszej książki, wywodzi się z Rosji, gdzie od pokoleń pełnili ważne funkcje wojskowe i polityczne. Ponoć jeden z nich był nawet w służbie cara. To właśnie tryb życia, służba wojskowa oraz odniesione na polach bitew rany, sprawiły że pozostałe w domu kobiety musiały wyszkolić się w sztuce "uzdrawiania" by nieść pomoc swoim mężczyznom. Przepisy na maści i mikstury, nalewki i zajzajery udoskonalane były na przestrzeni setek lat. Każda kolejna znachorka dodawała własną cegiełkę do tego dzieła. Natalja będąc małą dziewczynką, przyglądała się jak jej babcia leczy swoich pacjentów. To właśnie ten widok oraz fascynacja ludzkim ciałem sprawiły, że zdecydowała się studiować medycynę. Zawsze się cieszę, kiedy w moje ręce trafia książka czy poradnik napisany przez specjalistę. Za znachora czy uzdrowiciela, może się podawać każdy, by zostać lekarzem trzeba zdobyć uprawnienia do sprawowania tego zawodu. Choć nasza autorka zajmuje się medycyną naturalną tak poprzez wykształcenie zdobyła solidne podstawy do tego by postawić trafną diagnozę. Jak sama przyznaje w swojej książce : by skutecznie wyleczyć chorobę musimy dokładnie wiedzieć co nam dolega. I tutaj potrzebujemy lekarza. Jak już wiemy co toczy nasze ciało, bądź też duszę, to od nas zależy jaką wybierzemy metodę leczenia. Cieszy mnie fakt, że autorka nie zniechęca nas do korzystania z medycyny tradycyjnej. Wyraźnie mówi, że ziołolecznictwo i medycyna holistyczna, są jedynie uzupełnieniem właściwej kuracji lub też remedium na pomniejsze dolegliwości. Jednak autorka zdobyła sobie taką renomę, że do jej gabinetu przychodzą nawet ci bardzo ciężko chorzy.

Lubię poradniki napisane w sposób zorganizowany. Choć początkowy zamysł był inny, autorka postanowiła pogrupować opisywane przez nią choroby według obszarów ciała, narządów oraz grup chorób. Już czytelny spis treści pokieruje nas do odpowiedniego działu. Omawiane są tutaj choroby skórne, choroby głowy i szyi, klatki piersiowej i pleców, alergie czy urazy ciała. Ostatni rozdział poświęcony jest magii i wierzeniom ludowym. Autorka opisując każde ze schorzeń, podaje nam wyczerpującą definicję wraz z objawami oraz sposoby radzenia sobie z chorobą. Okazuje się, że wszystkie potrzebne w procesie leczenia składniki, znajdziecie we własnej kuchni. Po przeczytaniu kilku z przepisów na "lekarstwo" nie mogłam się nie uśmiechnąć. Od razu wiadomo, że mowa tutaj o medycynie ludowej. Od razu też wiadomo, że jest ona rosyjska. Opiera się  bowiem na cebuli, czosnku i... oczywiście wódce. Ja od zawsze wiedziałam, że kieliszeczek czegoś mocniejszego i wrzody wyleczy i sercu ulży, o problemach ze snem nie wspominając. No dobrze ale żarty na bok. Analizując przepisy autorki, choć żadna ze mnie znachorka, od razu widać że Nowikowa wie o czym mówi. Każdy z nas słyszał, że lawenda uspokaja, mięta oczyszcza drogi oddechowe a rumianek pomaga na oczy. Autorka idzie jednak dalej. Jej przepisy to nie tylko napary z ziół czy domowe sposoby na inhalację. To całe terapie, czasem kilkutygodniowe, które potrafią być bardzo skomplikowane. Polegają one na łączeniu odpowiednich składników. Wymagają też od nas konsekwencji i silnej woli, które pomogą w wyleczeniu. Podam jeden przykład. Osoba cierpiąca na problemy ze snem powinna wsypać dwie łyżki kopru do białego wina i zagotować. Rozwór należy spożyć przed snem (50,60ml) przez kolejnych 10 do 15 dni. W międzyczasie nacieramy skronie olejkiem lawendowym, przez kilka dni pijemy napar z suszonych szyszek chmielu, poprawiamy naparem z oregano i szklanką gorącej wody. Taka pełna kuracja powinna nam przynieść ulgę. Przepisów na różnego rodzaju schorzenia jest tutaj bardzo dużo, rzekłabym że znajdziemy tu remedium na każdą chorobę. Jej receptury podane są w bardzo przystępnej formie. Są wypunktowane, drobiazgowe i szczegółowe. Nie sposób się pomylić podczas przyrządzania. Całość okraszona jest zdjęciami, które może nie są najładniejsze, jednak dodają książce swojskości. Szczególne ręka wyciągająca "zdrową" rosyjską cebulę, ze "zdrowej" rosyjskiej ziemi. 

Muszę przyznać, że jestem zachwycona tą książką. Do tej pory korzystałam tylko i wyłącznie z przepisów naszych rodzimych autorów, jednak teraz pora na spróbowanie czegoś światowego. Nie warto przecież się ograniczać. Jestem osobą twardo stąpającą po ziemi i nadal uważam, że gdy coś nam dolega to powinniśmy udać się do lekarza. Medycyną naturalną wspomagam się jedynie w przypadkach kiedy to tradycyjna nie działa lub działa zbyt wolno. W przypadku anginy same lody nie pomogą, przyda się również antybiotyk. Właśnie na takiej zasadzie to u mnie działa. Przy bólu gardła sięgnę po sól morską z zapaleniem oskrzeli pognam do gabinetu. Mając już w ręku receptę, zerknę do mojego poradnika z zakresu medycyny naturalnej, i dowiem się jak wspomóc leczenie. Przecież zioła mi nie zaszkodzą. Oczywiście jeśli będziemy trzymać się przepisów. Bo pamiętajcie, nawet natura potrafi uzależnić. 

Podobało mi się. Nie dość, że poznałam nowe sposoby na walkę z bólem zęba, placów czy ze zwykłą bezsennością, to jeszcze poszerzyłam moją wiedzę na temat różnych ziół i roślin. Jest to poradnik, który czyta się łatwo lecz z wiedzy w nim za wartej raczej nie będziemy korzystać na co dzień. Warto mieć tę książkę na półce, bo nigdy nie wiadomo kiedy może się przydać. Radzę stosować jako wspomaganie terapii a nie remedium. No i wódkę czy wino polewajcie z umiarem :) Polecam. 


Tytuł : "Rosyjska medycyna ludowa od A do Z"
Autor : Natalja Aleksandrowna Nowikowa, Bernd Butzke
Wydawnictwo : Studio Astropsychologii
Liczba stron : 232 


Za możliwość przeczytania i zrecenzowania książki serdecznie dziękuję portalowi : 


https://sztukater.pl/
 
Copyright © 2014 CZYTANKA NA DOBRANOC , Blogger