wtorek, 21 listopada 2017

Tytuł : "Pachinko"
Autor : Min Jin Lee
Wydawnictwo : Czarna Owca
Data wydania : wrzesień 2017
Liczba stron : 576
Tytuł oryginału : Pachinko 



 Nieznana historia pewnego narodu



Jak dobrze wiecie uwielbiam sagi historyczne, a te których akcja rozgrywa się na dalekim wschodzie, ze względu na swoją egzotykę, wprost skradły moje serce. Przyznam, że jeszcze nigdy nie spotkałam się z książką, która by opowiadała o losach Koreańczyków w czasach okupacji japońskiej. Wstyd się przyznać, że wojna koreańsko-japońska jest dla mnie carte blanche. Ignorancja aż boli. Tym bardziej jestem zadowolona z faktu przeczytania tej powieść, dostarczyła rozrywki i zapoznała z kawałkiem współczesnej historii. Jest to wartościowa, dobrze napisana saga opowiadająca o czteropokoleniowej rodzinie, która zachwyci nawet najbardziej wymagających czytelników. 

Sunja, córka syna rybaka, kulawego mężczyzny z zajęczą wargą i właścicielki "pensjonatu" dla ubogich , podczas wizyty na targu poznaje bogatego mężczyznę Hansu. Zauroczona dziewczyna nie myśli o konsekwencjach i całkowicie oddaje się swojemu wybrankowi. Kiedy zachodzi w ciążę dowiaduje się, że jej kochanek ma w Japonii żonę i trzy córki. Oszukana kobieta informuje wielbiciela że nigdy nie będą razem i wraca do domu rodzinnego gdzie postanawia urodzić dziecko, nawet jej rodzona matka nie dowiaduje się kto jest jego ojcem. Pewnego dnia u progu pensjonatu pojawia się Isak- chrześcijański pastor z zamożnej rodziny. Mężczyzna kierując się miłosierdziem i wdzięcznością za wyleczenie z ciężkiej choroby postanawia poślubić dziewczynę i zaadoptować jeszcze nienarodzone dziecko. Już po ślubie wyjeżdżają do Japonii gdzie na Isaka czeka własny Kościół i brat z żoną u którego będą mieszkali. 

Ta książka posiada wszystko co powinno charakteryzować udaną powieść historyczno-obyczajową :
realistyczne i wiernie oddane tło historyczne, ciekawych głównych bohaterów oraz zachowany porządek fabularny. Tak naprawdę mamy tutaj do czynienia z dwoma opowieściami : pierwszy to wojna japońsko-koreańska oraz jej konsekwencje, druga opowiada o losach wielopokoleniowej rodziny w czasie i przestrzeni. Temat okupacji półwyspu koreańskiego nie jest szeroko poruszany na lekcjach historii powszechnej. Zastanawia was pewnie dlaczego. Mimo usilnych starań cesarza Gojonga i jego syna, Korea w 1910 roku trafiła pod skrzydła japońskiej okupacji, z której wydostała się dopiero po 35 latach. W tych latach zbyt dużo działo się w Europie i Stanach Zjednoczonych, dlatego lekcje historii okrojone zostały do dwóch wojen światowych rozgrywających się na terytorium naszego kontynentu. I właśnie dlatego takie książki są niezwykle ważne- pozwalają nam poszerzyć wiedzę. Po wcieleniu cesarstwa koreańskiego do Japonii wszelka działalność polityczna została zakazana i rozpoczął się powolny proces japonizacji. Represjom poddano koreańską kulturę i tradycję. Wielu obywateli Korei musiało opuszczać swoje domu i wyjeżdżać do Japonii w pogoni za pracą. Panowała bieda i ubóstwo. Gospodarka została zdewastowana, elity wypędzone. Autorka w szczegółowy i przystępny sposób nam o tym opowiada.
Druga historia to losy naszej rodziny. Choć akcja książki rozpoczyna się w Korei bardzo szybko wraz z naszymi bohaterami przenosimy się do Japonii, do Osaki. To właśnie tutaj, w getcie, pośród brudu, żyjąc razem ze zwierzętami, będąc traktowanymi jak ludzie gorszej kategorii na świat przychodzą synowi Sunji oraz jej wnuki. Autorka z niezwykłą pasją i drobiazgowością oddaje ówczesne realia historyczne. Czujemy ten mrok, zimno i głód, zapachy kiszonej kapusty. Słyszymy burczenie w brzuchu i oddechy śpiącej za ścianą rodziny. Autorka nie opowiada tylko maluje. I to jest w tej książce najpiękniejsze. 

Pierwsza część książki, której akcja rozgrywa się jeszcze w Korei, jest wprost majstersztykiem. Przesycona realizmem, nie stroniąca od brutalności i naturalizmu przybliża nam głównych bohaterów, buduje nasze wzajemne relacje. Jest na poły bajkowa-na poły tragiczna.
Część druga opowiadająca o losach synów Sunji nadal budzi nasze zainteresowanie, to nadal powieść na piątkę z plusem, jednak już możemy poczuć w powietrzu zbliżającą się katastrofę. Aż boimy się przewrócić stronę bojąc się nieodwracalnego. I najgorsze się staje. Ostatnia część książki, w której poznajemy wnuki Sunji nigdy nie powinna stać się częścią tej książki. Mamy tutaj tak dużo materiału, tak wiele zdarzeń rozgrywających się jednocześnie, że niemożliwością było zmieścić to wszystko w jednej książce. Autorka niestety spróbowała, zbyt wysokim kosztem. W tej części moje połączenie z bohaterami zostało zerwane, podobnie jak cała linearność powieści. Dialogi stały się sztywne, wydarzenia niedokończone, dramaty moralne spłycone. Narodziny i śmierć przestały mieć jakiekolwiek znaczenie, stały się nierozliczonymi zakończeniami rozdziałów, wydarzeniami mało istotnymi, o których nikt nie pamięta. 
Niestety to zazwyczaj zakończenie wpływa na odbiór ksiażki i większość czytelników zapomni o tych wspaniałych chwilach z dwóch pierwszych części. Szkoda. 

Uważam, że "Pachinko" to wspaniała, monumentalna saga historyczna, która trafi w gusta nie tylko fanów gatunku. Owszem wydaje się, że pod koniec autorka miała nam zbyt wiele do powiedzenia a zbyt mało stron, jednak nie jest to powodem by zrezygnować z sięgnięcia po tę wartościową powieść. To świetnie napisana, wciągająca lektura dzięki której czytelnik może poznać tragiczną historię narodu koreańskiego. Polecam. 

Za możliwość przeczytania  zrecenzowania książki serdecznie dziękuję wydawnictwu : 




niedziela, 19 listopada 2017

Tytuł : "Hilda"
Autor : Nicola Griffith
Wydawnictwo : Zysk i S-ka
Data wydania : 4 września 2017
Liczba stron : 620
Tytuł oryginału : Hild




Koneserom



Uwielbiam książki historyczne, szczególnie te opowiadające o dziejach Wielkiej Brytanii i Irlandii gdyż właśnie tu przyszło mi spędzić ostatnie 10 lat życia. Gortner, Gregory, Mantel to nazwiska do których czuję sentyment. Myślałam, że Nicola Griffith dołączy do tego zacnego grona i zajmie chlubne miejsce na mojej półce powieści historycznych. Czy brytyjsko-amerykańskiej pisarce udało się podbić moje serce? Swoją pierwszą przetłumaczoną na język polski książką z pewnością dowiodła, że jest mistrzynią researchingu. Cechuje ją wytrwałość, ambicja i niezwykła dbałość o szczegóły. Czy to wystarczy by napisać dobrą książkę? Tym razem, pomimo epickości dzieła, czegoś zabrakło. Jednak nie traćmy nadziei. "Hilda" to dopiero pierwszy tom trylogii więc wszystko się może zdarzyć.

Hilda z Whitby urodzona została w 614 roku w Nortumbrii. Ochrzczona w wieku 13 lat dwadzieścia lat później wstąpiła do zakonu by całkowicie oddać się służbie Bogu. Jak na realia VII w. była kobietą wykształconą, studiowała Pismo Święte i łacinę, była autorytetem nie tylko wśród zwykłych ludzi i duchowieństwa, o radę prosili ją również uczeni i władcy. Pomimo roli jaką odegrała w ówczesnym społeczeństwie historia o niej zapomniała. 

Powiem szczerze, że gdyby nie nasza autorka nigdy bym się nie dowiedziała o istnieniu Hildy z
Whitby. Co prawda uwielbiam książki historyczne jednak mój książkowy wehikuł czasu nigdy jeszcze nie zabrał mnie aż tak daleko, do początków VII wieku, czasów kiedy król Nortumbrii, Edwin, przyjmował chrzest od przybyłego z Rzymu świętego Paulina z Yorku. Książka ta opowiada nie dość, że o fascynujących ludziach, to jeszcze ciekawych czasach, kiedy chrześcijaństwo dopiero zaczynało raczkować, a kult pogański był niezwykle trudny do wytrzebienia. To mroczna, brutalna, pełna opowieści i zabobonów powieść kiedy królowie zamiast zbytkiem otaczali się zaufanymi ludźmi, szukali krótkotrwałych sojuszów i żyli z dnia na dzień w jakże odmiennych czasach. 
Ze względu na niezwykłą drobiazgowość autorki i jej dbałość o szczegóły nie trudno jest czytelnikowi wyobrazić sobie Anglię VII w. Nicola Griffith z pietyzmem odmalowała zarówno szarość życia codziennego jak i wojenną zawieruchę. "Hilda" to jedna z tych powieści, której akcja opiera się na szczegółach czyli możemy się domyślać, że będzie ona gratką dla cierpliwych czytelników, którzy oprócz rozrywki liczą również na poszerzenie swojej wiedzy. Bo ładunek dydaktyczny mamy tutaj na pierwszym miejscu. Jednak zamiast miejsc i dat, jak w encyklopedii, mamy następujące po sobie wydarzenia, kawałki mozaiki  składającej się na obraz ówczesnych czasów. Autorka zadała sobie mnóstwo trudu (materiały do książki zbierała przez wiele lat) by przybliżyć czytelnikowi realia polityczne, wojenne sojusze, język i obyczaje oraz przyrodę Nortumbrii. Choć niewątpliwie to właśnie ten kawałek ziemi grał pierwsze skrzypce, autorka nie zapomniała o naszej tytułowej bohaterce i znalazła dla niej zaszczytne miejsce. Hildę poznajemy jako młodą dziewczynę i razem z nią i jej najbliższymi spędzamy dzieciństwo i wczesną młodość. 
Język książki jest tak plastyczny, że często zapominałam, że mam do czynienia z postacią o której kronikarze zapomnieli. Autorka przedstawiła taki obraz Hildy, że już zawsze będzie dla mnie postacią Nicoli Griffith- inaczej być nie może, ambitną, inteligentną i charyzmatyczną kobietą, która uczyniła wiele dla ludzkości i chrześcijaństwa. Była prawdziwą świętą.

Muszę przyznać, że oprócz detali, książka przeładowana jest również postaciami. I choć możemy się sporo dowiedzieć o ówczesnych gwarach i narzeczach czy przyrodzie, tak nasi bohaterowie a szczególnie postaci drugoplanowe, znajdują się w cieniu i nikt nie zadał sobie trudu by nadać im wyszukane cechy osobowościowe. No i te imiona. Kiedyś, jadąc południem Wielkiej Brytanii, złapałam w radiu lokalną walijską stację. To co usłyszałam kazało mi zatrzymać samochód i dokładnie się wsłuchać w język w jakim prowadzona była audycja. Z jednej strony dialekt rodem z Tolkiena z drugiej jakby język gaelicki, jednak w żadnej mierze nie podobny do języka angielskiego. Był to język w którym niezbyt zawracają sobie głowę samogłoskami dzięki czemu pełno tu wyrazów bardziej przypominających szczekanie niż ludzką mowę. Przyznam bez bicia, że jedynym imieniem czy nazwą własną, którą zapamiętałam z tej książki, było właśnie "Hilda". I to nie tylko trudność w wymowie miała na to wpływ. Autorka ma tendencję do osierocania bohaterów w połowie zdania. Poznajemy ich, pijemy razem wino by w następnym zdaniu pożegnać i spotkać ponownie kilkadziesiąt stron później kiedy już zdążyliśmy zapomnieć kto zacz. Ja chciałam poznać ich dzieje i historię. 

Pomimo chaosu fabularnego, męczących nazw własnych i żyjących własnym życiem (a konkretnie jego brakiem) bohaterów ,"Hilda" to monumentalna powieść historyczna napisana z pasją i miłością do głównej bohaterki. Jest to książka dla wytrzymałych czytelników, pasjonatów historii, których nie będzie raził poniekąd encyklopedyczny język. Rozbudowane i skomplikowane zdania, mnóstwo szczegółów i dość powolna akcja sprawiają, że książce trzeba poświęcić czas by w pełni ją zrozumieć. Jest to powieść, która bardziej uczy niż bawi. Polecam koneserom powieści historycznej i tym, którzy pragną poszerzyć swoją wiedzę odnoście tamtego okresu. Będzie ciężko ale warto. 




Za możliwość przeczytania i zrecenzowania książki serdecznie dziękuję wydawnictwu : 


poniedziałek, 6 listopada 2017

Tytuł : "Bóg rzeczy małych"
Autor : Arundhati Roy
Wydawnictwo : Zysk i S-ka
Data wydania : 4 września 2017
Liczba stron : 350
Tytuł oryginału : The God Of Small Things





Poświęć mi czas



Wiecie co cechuje wielkich pisarzy? Jest to nie tylko fantazja i dobry warsztat lecz umiejętność adaptacji i czerpania z dorobku kultury. W przypadku tej powieści śmiało można powiedzieć, że mamy do czynienia z dziełem sztuki. Z jednej strony jest to literatura ze wszech miar współczesna, obrazująca współczesne realia, z drugiej słychać tu głos minionych epok, widać inspirację klasyką. Z tego co było jednym tragicznym incydentem autorka uczyniła kompleksową i zapierającą dech w piersiach powieść o utracie niewinności, rozpadzie więzi rodzinnych i destrukcji jednostki. Najbardziej rani czytelnika fakt wszechobecnego cierpienia, który paradoksalnie nie jest niczym niezwykłym, powszechnym jak bóle porodowe. "Bóg rzeczy małych" to również analiza indyjskiego społeczeństwa kastowego, opartego na strachu i przemocy wobec najsłabszych.

Ammukutty Kochamma, córka znanego entymologa, zamiast aranżowanego małżeństwa pragnęła
kontynuować edukację. Jednak największym marzeniem jej rodziców było poślubienie członka tej samej kasty. Ammu po raz pierwszy sprzeciwiła się woli rodziców i wyszła za mąż z miłości za członka kasty Bengali, co w oczach jej ojca było mezaliansem. Wraz ze swoim mężem wyjechała do Stanów Zjednoczonych. Po dwóch latach małżeństwa ukochany okazał się rozrzutnym i agresywnym pijakiem. Ammu, wraz z bliźniakami, dziewczynką Rahel i chłopcem Esta, wróciła do domu rodzinnego. Od tej pory skazana została na życie w nędzy jako społeczny wyrzutek. Pomimo inteligencji i urody dzieci rodzina jest niezadowolona z powrotu pierworodnej. Ojciec Ammu zmarł, matka oślepła, a na czele rodu stanął jej wuj Chacko, były uczony i członek partii komunistycznej. Jednak to ciotka dziewczyny Dzidzi Kochamma za jedyny cel w życiu postawiła sobie zniszczenie wszystkich ludzi w jej życiu. 

Muszę przyznać, że Arundhati Roy zasłużyłas sobie na nagrodę Bookera nie tylko samą historią opowiadającą o zakazanej miłości w systemie kastowym oraz wielowarstwowymi postaciami. Tym co najprawdopodobniej wygrało autorce tę nagrodę jest mistrzowska proza i oryginalny język, które w połączeniu z opowieścią tworzą natychmiastowy klasyk. Płynne przechodzenie od czasu teraźniejszego do przeszłości, wymyślenie specyficznego języka bliźniaków, który polegał na mówieniu "tyłem"oraz szczegółowe opisy życia mieszkańców Indii sprawiły, że czytelnik dostał w swoje ręce prawdziwy majstersztyk stylistyczny. Do tego wszystkiego trzeba dołożyć wspaniałą warstwę fabularną, historię rozdzielonych bliźniąt, zakazaną miłość do członka niedotykalnej kasty oraz zniszczone życia naszych głównych bohaterów, którzy nadal żyją przeszłością wierząc w "co by było gdyby..". Autorka stworzyła wspaniały klejnot, a edytorzy i wydawcy zadbali o nadanie mu ostatecznych szlifów. Brawo, jest to naprawdę kawał dobrze wykonanej roboty. Jest tylko jedno małe ale. Pomimo faktu, że wykorzystanie języka jest pomysłowe, twórcze i oryginalne, niektóre zdania trzeba czytać wielokrotnie gdyż skłaniają do myślenia i przepełnione metaforami są trudne do zrozumienia tak im głębiej w las tym coraz więcej drzew. Co prawda od przepychu głowa nie boli jednak sprawia, że powstaje napięcie językowe owocujące przesytem. Przypomina to troszkę wiktoriańską architekturę- przytłacza oko i sprawia, że zapadamy na chorobę morską.

Muszę powiedzieć, że "Bóg rzeczy małych" to trudna powieść, którą da się czytać i równocześnie odbierać na wielu poziomach. To świetna książka obyczajowa z wątkami romansu, to swoisty podręcznik do historii, choć niektórzy zarzucają jej że jest zbyt "dydaktyczna" to również ciekawa książka podróżnicza, w której Indie przedstawione są z nieco innej strony niż przyzwyczaili nas do tego inni autorzy. Jednak nie zależnie na którym poziomie postanowimy zacząć przygodę z naszą książką będzie to wędrówka bardzo melancholijna i smutna. Książka która niesie w sobie wielki ładunek bólu, może nie być odpowiednią lekturą dla wszystkich czytelników. Nie jest to ból fizyczny tylko psychiczne cierpienie spotęgowane tragiczną historią rodziny, która pielęgnowana jest z pokolenia na pokolenie. 

Minęło już parę dni od kiedy skończyłam tę powieść, a rana we mnie nadal jest żywa a sylwetki bohaterów wciąż obecne przed moimi oczami. To wpływ i oddziaływanie prozy na czytelnika jest wyznacznikiem wielkości książki. 'Bóg rzeczy małych" to wyjątkowe dzieło, które na długo pozostanie w moim sercu. To piękna, tragiczna historia, opowiedziana przez czarujących i kunsztownie namalowanych bohaterów, w których prawdziwość nie potrafiłam zwątpić. 
Jest to powieść dla dorosłych czytelników, którzy są w stanie poświęcić tej książce czas. To nie jest powieść na jeden wieczór. Wymaga ona skupienia i zaangażowania, ale wierzcie mi warto, cierpliwość owocuje. Polecam. 

Za możliwość przeczytania i zrecenzowania książki serdecznie dziękuję wydawnictwu : 





środa, 1 listopada 2017

 Tytuł : "Eremita"
 Autor : Thomas Rydahl
 Wydawnictwo : Czarna owca
 Data wydania : 27 września 2017
 Liczba stron : 480
 Tytuł oryginału : Eremitten



 Coś więcej niż kryminał



Za co uwielbiam skandynawskich pisarzy? Skandynawskie kryminały wyróżnia osobliwy klimat. Akcja powieści najczęściej toczy się w małych, odizolowanych miasteczkach gdzie żyją zwykli szarzy ludzie. Policjanci to nie eleganciki z MI5 tylko pijący hektolitry kawy i jedzący cynamonowe bułeczki twardzi mężczyźni w powyciąganych zimowych swetrach. Łatwiej jest poznać te kryminały niż wymienić ich cechy szczególne. Choć "Eremita" z całą pewnością wpasowuje się w kanon gatunku nordic noir tak autor zadbał o wprowadzenie elementów dzięki którym powiało świeżością. Dla niektórych fanów gatunku, szczególnie tych, którzy lubią szybką akcję zabieg ten wyda się nieudany. Ja odebrałam go jako próbę popchnięcia kryminału skandynawskiego na inne tory? Czy udaną? Według mnie tak, tylko czy czytelnicy są gotowi na tę zmianę?


Erhardt, stroiciel fortepianów i taksówkarz w jednej osobie, 18 lat wcześniej opuścił Danię by
osiedlić się na słonecznej Fuertaventurze w archipelagu wysp kanaryjskich. Do tej pory prowadził spokojne, ustabilizowane życie, z dala od zgiełku i przemocy wielkich metropolii. Jednak pewnego dnia, na plaży, odnaleziony został samochód z martwym noworodkiem na tylnym siedzeniu. Dziecko owinięte było w duńskie gazety. Poproszony przez policję zgodził się podjąć współpracę jako tłumacz. Kiedy kilka dni później policja odnalazła matkę dziecka, która okazała się lokalną prostytutką, Erhardt nie mógł w to uwierzyć. Postanowił na własną rękę rozwikłać zagadkę niemowlęcia i jego nagłego pojawienia się na wyspie. 

Podczas lektury tej książki zostałam totalnie zaskoczona, i to co najmniej dwukrotnie. Po pierwsze rzadko się zdarza by akcja skandynawskiego kryminału osadzona była w rajskiej scenerii wysp kanaryjskich. Jestem przyzwyczajona do typowo mroźnych i wietrznych klimatów północnej części Europy. Białe plaże, słońce i roznegliżowane turystki, niezbyt mi pasują do tego gatunku. Jednak po kilkudziesięciu stronach zdałam sobie sprawę, że upalny klimat i krótkie spodenki nie odejmują nic z grozy i mroku jakim spowita jest ta powieść. Ba, czytelnik ma wrażenie, że Fuertaventura to nie jest raj dla turystów, tylko enklawa przemocy i korupcji, miejsce gdzie rodzą się fałszywe przyjaźnie, a turyści traktowani są jak niczego nieświadome bydło, źródło łatwego zarobku, i powód do żartów przy piwie. Wydaje mi się, że autor darzy tę wyspę wielkim sentymentem i zadał sobie wiele trudu by poznać realia tam panujące. Dzięki głównemu bohaterowi poznajemy wyspy kanaryjskie od kuchni : pachnące smażonymi rybami i tanim alkoholem. Odwiedzamy chaty z wyglądu przypominające brazylijskie favele, zaglądamy do tanich spelunek w których roi się od dziwek zniszczonych przez narkotyki i choroby weneryczne. Bywamy w miejscach gdzie nie zapuścił by się żaden szanujący swoje życie turysta. Jednak Fuertaventura to również miejsce gdzie żyją Ci prawdziwie bogaci, właściciele kasyn i głowy rodzin mafijnych. Miejsca gdzie nadal sprowadzana jest służba z Afryki. To kraina szybkich samochodów, drogich alkoholi i płatnego sexu. I wszystko to opisane jest w najdrobniejszych szczegółach, już na samym początku książki zauważamy że nasz autor ma słabość do detali i symboliki. 

Kolejnym zaskakującym elementejest postać naszego głównego bohatera. Przywykłam do tego, że to policjanci wiodą pierwsze skrzypce w większości skandynawskich kryminałów. Tutaj policja śledztwo ucina, bojąc się powtórki z "Madelaine" co rzekomo miałoby wpływ na turystykę. Osobą, która na własną rękę postanowiła kontynuować śledztwo jest stary taksówkarz erotoman. "Czteropalczasty" przybysz z Danii, który żyje samotnie od prawie dwudziestu lat a jego,wydawałoby się jedynym problemem, jest brak partnerki. Będę szczera i przyznam, że nie jest to postać, do której można zapałać szczerą miłością. Jak się dowiedziałam, że to właśnie on spędzi ze mną najbliższe 400 stron to się złapałam za głowę. No bo co takiego do zaoferowania ma podstarzały taksówkarz, eremita który mieszka w oddalonej od ludzi chacie a za przyjaciół ma dwie kozy? Czy naprawdę uda mu się rozwiązać zagadkę, nie mając żadnych znajomości ani pieniędzy? Choć do końca książki nie udało mi się go polubić, tak muszę przyznać, że postać ta mnie zafascynowała a momentami wątek jego przeszłości wydawał się bardziej interesujący niż sam wątek odnalezionego noworodka. Co skłoniło tego człowieka do opuszczenia Danii? Dlaczego nadal wysyła swojej żonie (byłej?) połowę wypłaty? Dlaczego stracił palca? Czemu jest sam? Wszystkie te pytania całkowicie zajęły moją głowę wypychając z niej wątek główny. Muszę przyznać, że duży wpływ na to miał fakt ciągłego przybywania z naszym głównym bohaterem. Na pewno powieść nie należy do gatunku tych w których akcja pędzi na łeb na szyję. Tutaj wszystko rozgrywa się powoli, czytelnik czuje jak gorące powietrze ma wpływ na tempo i styl życia naszych głównych bohaterów. No i do tego ta dbałość o szczegóły. 

Nie często się zdarza (dla mnie był to pierwszy raz), że nordic noir przeładowane jest detalami i symboliką. Zazwyczaj to właśnie tempo, rytmika i krótkie zdania są cechami szczególnymi tego gatunku. Tutaj wszystko zostało wywrócone na drugą stronę. Tempo narracji (w większości trzecioosobowej) jest powolne, co momentami skutkuje tym, że po prostu wieje nudą. Brak tu rytmiki, zdania są wielokrotnie złożone, przeładowane symbolami, często łapałam się na tym że miałam wrażenie przesytu, przerostu formy na treścią. Jednak czytałam dalej. A dlaczego? Pomimo osobliwego języka autorowi nadal udało się utrzymać w formie i zachować klimat powieści noir. Zagadka jest mroczna, skomplikowana. W połowie książki nie próbowałam nawet zgadywać jakie może być rozwiązanie. Jest to na pewno trudna powieść, aspirująca do miana tych z tak zwanej wyższej półki. 

Czy warto? Warto, gdyż jest to coś nowego. Czy się przyjmie w gatunku? Na pewno nie każdy autor ma taką lekkość pisania tak skomplikowanych zdań i nie każdy zrobi to w formie, która nie zamęczy czytelnika. Skandynawskie kryminały nastawione są na to by dostarczać czytelnikom rozrywki i nigdy nie aspirowały do tego by stać na półce razem z "klasyką". Tutaj widać aspiracje, jednak poparte talentem. "Eremita" to coś więcej niż kryminał i tak trzeba do tej książki podejść. Polecam. 


Za możliwość przeczytania i zrecenzowania książki serdecznie dziękuję wydawnictwu : 



sobota, 28 października 2017

 Tytuł : "Ktokolwiek widział"
 Autor : Claire Douglas
 Wydawnictwo : W.A.B
 Data wydania : 5 lipca 2017
 Liczba stron : 400
 Tytuł oryginału : Local Girl Missing



 Powielanie błędów



Ciężko jest nie porównywać tej pozycji do poprzedniej książki autorki. Choć różnią się fabułą to posiadają bardzo dużo elementów wspólnych. I niestety w większości są to powielone błędy, na które zwróciłam uwagę czytając "Siostry". Fabuła jest dość przewidywalna, postaci nierealistyczne a zakończenie rozczarowujące. Większość osób po przeczytaniu tych kilku zdań nie zdecyduje się sięgnąć po tę pozycję, jednak ja namawiam by dali jej szansę. Autorka w niesamowity sposób tworzy klimat grozy, którego spodziewamy się w przypadku thrillerów. Również wielowątkowość i szkatułkowość powieści są jej wielkim plusem. Nowa książka Claire Douglas to ciekawy przedstawiciel gatunku, który wprost zmusza czytelnika do przewracania stron.

Francesca Howe, na prośbę brata swojej zmarłej przyjaciółki Daniela, przyjeżdża do rodzinnego
miasteczka Oldcliffe-On-Sea, z którego się wyprowadziła przeszło osiemnaście lat wcześniej. Prośba przyjaciela z dzieciństwa umotywowana była faktem, że morze wyrzuciło na plażę szczątki jego siostry, Sophie, najbliższej przyjaciółki Frankie z dzieciństwa. Daniel podejrzewa, że jego siostra padła ofiarą morderstwa i prosi Frankie by mu pomogła w przeprowadzeniu prywatnego śledztwo. Dziewczyna się zgadza i jeszcze tego samego dnia opuszcza Londyn. Kiedy dojeżdża na miejsce okazuje się, że tragiczne wydarzenia z przeszłości oraz przygnębiająca, zimowa atmosfera miasteczka, źle wpływają na jej nerwy. W dodatku ktoś podrzuca jej tajemnicze liściki, a duchy z przeszłości śledzą każdy jej krok.

Jedno muszę przyznać, temat na pewno miał potencjał i mógł z tego wyjść naprawdę dobry i trzymający w napięciu thriller. Do połowy książka jest naprawdę wciągająca, a czytelnik przewraca kartki w nadziei, że jak najszybciej uda mu się rozwiązać zagadkę. A nawet zagadki, bo wraz z rozwojem fabuły, pojawiają się coraz to nowe wątki, rzucające inne światło na zdarzenia i naszych bohaterów. Małe, nadmorskie miasteczko w środku zimy, szalejący na morzu sztorm, fale obijające się o zamknięte molo, na którego końcu straszy szkielet rozpadającego się pawilonu. Miasteczko gdzie życie toczy się za zamkniętymi drzwiami, które skrywają makabryczne sekrety. Jest to miejsce gdzie mieszkają ludzie o zasznurowanych ustach, którzy nadal żyją przeszłością. Oldcliffe to również miejscowość pełna duchów przeszłości. Czy sama sceneria nie sprawia, że ciarki przebiegają nam po plecach? Do tego dochodzi zbrodnia sprzed lat. Zagadka, która może zostać rozwiązana, bo w końcu pojawiły się konkretne dowody, również mieszkańcy przypominają sobie coraz więcej, czas rozsznurowuje usta, czas i chęć zemsty na tych, którym się udało wyrwać.
Więc tak siedziałam sobie na kanapie, w pełni skupiona, i dążyłam do finału, kiedy zdałam sobie sprawę, że przecież znam już rozwiązanie naszej zagadki. To było jak przebłysk kiedy wszystkie elementy układanki wskoczyły na właściwe miejsce. Poczułam się oszukana, gdyż w rękach pozostało mi 200 stron, które przestały być dla mnie tajemnicą. Można to porównać do wściekłości na producenta gorsetów, kiedy podczas najważniejszej dla nas uroczystości wstążki pękają, zostawiając nas w bieliźnie na scenie. 

Podobnie jak w przypadku powieści "Siostry" jednym z najsłabszych elementów książki są jej główni bohaterowie. Oprócz Sophie, którą poznałam jedynie za pomocą jej pamiętnika sprzed lat, nie znalazłam tu nikogo kto grzeszyłby wiarygodnością. Zacznijmy jednak od Franceski. Jak na 38-letnią kobietę, zamożną i niezależną bizneswoman, zachowuje się jak pokręcona i samolubna nastolatka z problemami psychicznymi. Jej zachowanie jest całkowicie niezrozumiałe. Jednego dnia zakochana w Danielu pragnie spędzić z nim resztę życia by dnia drugiego zdecydować, że jednak mu nie ufa i wraca do Londynu. No tak, ale do domu też wrócić nie może, bo jest tam Mike, z którym co prawda zerwała przez telefon, jednak zgodziła się by u niej jeszcze troszkę pomieszkał. Czy Franceska prowadzi sierociniec dla samotnych mężczyzn? Bo wierzcie mi przez książkę kilku się ich przewija. 
Przejdźmy teraz do Daniela. To dopiero postać wysokich lotów. Po 18 latach znajduje swoją dawną przyjaciółkę i zmusza ją do przyjazdu to rodzinnej miejscowości by pomogła mu w śledztwie. Kiedy dziewczyna dojeżdża na miejsce zostawia ją w hotelu i każe działać na własną rękę wykręcając się niezadowoloną partnerką i natłokiem pracy. Kiedy Frankie zaczyna dostawać anonimy i dowiaduje się, że jest śledzona Daniel bagatelizuje sprawę i szuka racjonalnych argumentów (może ktoś kręci film w pokoju obok?). Daniel to w zasadzie statysta a nie postać pierwszoplanowa, pojawia się epizodycznie i praktycznie nic nie wnosi do naszej fabuły. 
Reszta postaci, to zbiór dość kolorowych indywiduów, których psychika pozostała na poziomie szkoły średniej. W większości są to karykatury ludzi, których jedynym celem jest ukazanie faktu, jakie szczęście miała Franceska, której udało się wyrwać z Oldcliff, miasta zombie i przegranych marzeń.  

Czytając tę książkę natrafiłam na parę pytań, które sprawiły, że nie potrafiłam uwierzyć w jej wiarygodność. Czy jeśli do was zadzwonił by ktoś po prawie 20 latach i zaprosił do przyjazdu nad morze by rozwiązać zagadkę zaginięcia przyjaciółki, to rzucilibyście wszystko i pojechalibyście w nieznane? Tak bez zastanowienia? Czy będąc zakochanym, pierwszy raz w życiu, nie powiedzielibyście swojemu ukochanemu prawdy? Tylko byście się ukrywali wiedząc, że będzie to mieć wielki wpływ na wasze przyszłe życie i może nawet je zrujnować? Czego nie zrobiłaby nawet najgorsza prawda?
I wreszcie skąd prześladowca Frankie, który w nocy puszczał jej z kasety odgłosy płaczu dziecka, wiedział że właśnie to zadziała na nią najmocniej? Skąd wiedział o poronieniach i problemach z zajściem w ciążę?
Wszystko to sprawiło, że książka nieco straciła na realizmie. 

Pomimo przewidywalności, dość niewiarygodnych bohaterów i rozczarowującego końca powieści, uważam że moje spotkanie z tą książką nie było tak do końca nieudane. Nadal uważam, że autorkę charakteryzuje lekkość pióra i doskonały warsztat, co widoczne jest w sugestywnych opisach przyrody i kreowaniu nastroju grozy. Myślę, że większość miłośników gatunku uzna tę powieść za ciekawą i wciągająca, idealne czytadło na zbliżające się zimowe dni. Nie będę kłamać kiedy powiem, że nie spodziewałam się dzieła sztuki tylko wypełniacza czasu, i jako taki książka całkowicie zdała egzamin. Mało wymagającym lub początkującym z gatunkiem jak najbardziej polecam.


Za możliwość przeczytania i zrecenzowania książki serdecznie dziękuję wydawnictwu : 



czwartek, 19 października 2017

 Tytuł : "Dawka życia"
 Autor : Lizzie Enfield
 Wydawnictwo : Prószyński i S-ka
 Seria : Kobiety to czytają!
 Data wydania : 24 sierpnia 2017
 Liczba stron : 404
 Tytuł oryginału : Living With It



 Co zrobić by...

Temat wciąż bardzo aktualny wśród młodych rodziców : szczepić czy nie szczepić? Czy lepiej liczyć na szczęście by uniknąć potencjalnego większego zła? Co wybrać? Narażenie na śmiertelną chorobę czy ryzyko autyzmu? Przyznam, że po urodzeniu córeczki sama się zastanawiałam jakie będzie najlepsze wyjście. Krążyłam wokół tematu jak sęp nad padliną, czytałam naukowe publikacje, słuchałam wywiadów i ze wszystkich stron dostawałam sprzeczne informacje. Na pewno jest to książka, która popiera konkretnie jedno rozwiązanie więc osoby odmiennego zdania przyprawi o szybsze bicie serca, może być również powodem do domowej dyskusji. Tytuł raczej dla ludzi posiadających dzieci niż tych, którzy jeszcze nie założyli rodziny. Dość ciekawe, choć przewidywalne.

Isobel, pod wpływem publikacji i opinii publicznej, postanawia nie szczepić swoich dzieci. Według
niektórych lekarzy szczepionka może prowadzić do zachorowania na autyzm. 
Podczas letnich wakacji, córka Isobel, Gabriella, dowiaduje się że jest chora na odrę, którą zaraziła się od swojego chłopaka. Pech chciał, że wraz z rodziną na wakacje wyjechali przyjaciele rodziny wraz z dzieckiem. Iris była zbyt mała by ją zaszczepić. Dziewczynka również łapie wirusa, którego po ciężkiej walce daje się wyleczyć. Jednak konsekwencją niebezpiecznej choroby jest utrata przez Iris słuchu. Zdruzgotany Ben, ojciec dziewczynki, za wszelką cenę chce żądać zadośćuczynienia za krzywdę wyrządzoną córce. Oskarża Isobel o egoizm i oszustwo, kobieta wiedziała że jej córka choruje na odrę i że miała kontakt z wirusem, i nikomu o tym nie powiedziała. Postanawia zrobić wszystko by Isobel zapłaciła za swoje grzechy. 

Książka porusza kontrowersyjny temat jakim jest szczepienie naszych pociech. Kilkanaście lat temu naszym światem wstrząsnęła wiadomość, że szczepionka MMR może wywołać autyzm. Wielki wpływ na rozprzestrzenienie tej opinii i sianie paniki wśród ludzi miały mass media. Wywody jednego lekarza zostały rozbuchane do takiego stopnia, że ludzie nie chcieli słuchać innych specjalistów. Wydawało się, że sprawa jest przesądzona- nie szczepić. I ludzie nie szczepili. Konsekwencje tego wyboru można już było dostrzec po paru latach. Z powrotem pojawiły się choroby, które wcześniej zostały już opanowane. Wirusy wróciły : mocniejsze bo zmutowane. Teraz rządy krajów walczą o to by szczepić wszystkie dzieci szantażując rodziców, że ich pociechy nie będą miały dostępu do publicznych placówek edukacyjnych jeśli nie zostaną zaszczepione. Wydawać by się mogło, że panika minęła, jednak czasem nadal słychać głosy przeciwników, którzy za wszelką cenę starają się oszukać system. To Ci sami co nie myją zębów gdyż uważają, że fluor czyni z nas zombie niewolników (LOL). 
Ta książka nie opisuje samego problemu związanego ze szczepionką MMR. Nie przedstawia wszystkich za i przeciw, z pewnością jest stronnicza i niesie wyraźne przesłanie : szczepić bo patrzcie jakie mogą być konsekwencje waszego braku odpowiedzialności. Tutaj konsekwencje były straszne i wynikały z jednej źle podjętej decyzji, która miała wpływ na życie dwóch rodzin, które od momentu choroby zmieniło się diametralnie. Jedna zła decyzja z przeszłości zaowocowała tym, że grupa osób będzie musiała do końca życia męczyć się z wyrzutami sumienia wiedząc, że można było tego uniknąć. Wystarczyło kierować się zdrowym rozsądkiem i rozumem a nie egoizmem i strachem. 

Niewątpliwie jedną z największych zalet książki jest jej dwutorowa narracja. Z jednej strony poznajemy Isobel, sprawczynię całego zła, z drugiej Bena - rozgniewanego i rozgoryczonego ojca głuchej Iris, który pragnie zemsty. Kiedy Isobel zrobiła na mnie wrażenie egoistycznej, newralgicznej i przewrażliwionej matki polki, na którą zbyt duży wpływ miała opinia przyjaciółek, tak Bena potrafiłam zrozumieć i pomimo całej goryczy, która się z niego wylewała zrobił na mnie pozytywne wrażenie. 
W dużej mierze jest to książka o akceptacji. O pogodzeniu się, i znalezieniu nowej drogi życia w zmieniających się realiach. Często jest to tak trudna sztuka, że zajmuje lata by człowiek się odnalazł w nowej sytuacji. Widzimy to na przykładzie Bena. Ma nową piękną żonę i kiedy już nikt się tego nie spodziewa, w kwiecie wieku rodzi im się cudowna i mądra córeczka. Dziecko wielu talentów. Rozkoszne i pałające miłością do muzyki. I pewnego dnia nastaje cisza, Iris traci słuch a Ben traci chęć do życia, odsuwa się od dziewczynki, pragnie jedynie zemsty i walki. Pragnie pogrążyć swoją przyjaciółkę i sprawić jej ból. 
Z drugiej strony, również Isabel musi się odnaleźć w nowej sytuacji. W sytuacji kiedy nawet jej własny mąż uważa, że głuchota małej jest jej winą, a córka pała do niej nienawiścią kiedy się dowiaduje, że jej matka z egoizmu narażała życie innych. Isobel, choć rozumie co się wydarzyło, nadal jest egoistką. Ma za złe mężowi że jej nie wspiera, złości się na córkę, że jej nie rozumie, odsuwa się od przyjaciół, którzy wspierają Bena. Nie potrafi zdobyć się na to by zadzwonić i przeprosić, porozmawiać i prosić i wybaczenie. A czy nie na to czeka Ben?

Z książki dowiadujemy się również paru interesujących szczegółów z przeszłości naszych głównych bohaterów i to właśnie owe pikantne kąski zainteresowały mnie najbardziej. Rzuciły inne światło zarówno na sylwetkę Isobel jak i Bena, dzięki czemu stali mi się bliżsi i bardziej prawdziwi.
Jedna z nielicznych rzeczy, które mogą irytować w tej powieści jest poniekąd jej monotematyczność i powtarzalność. Ciągłe pytania Isobel : czemu ja? czemu nikt mnie nie rozumie? Ben o wiele szybciej przechodzi tę metamorfozę.
Delikatnie rozczarowuje również zakończenie, które cofa czytelnika praktycznie do samego początku. Spodziewałam się czegoś więcej.

"Dawka życia" jest to dobrze napisany debiut literacki, który ze względu na współczesną tematykę potrafi przykuć do fotela. Jest to kawałek literatury kobiecej, który zachwyci niejedną czytelniczkę, te bardziej delikatne zapewne wzruszy. Nie jest to coś nowego jednak niesie ze sobą ostrzeżenie dla wszystkich rodziców : co zrobić by uniknąć przykrych konsekwencji. Polecam. 

Za możliwość przeczytania i zrecenzowania książki serdecznie dziękuję wydawnictwu :


wtorek, 10 października 2017

 Tytuł : "Niezauważalna"
 Autor : Marcus Sedgwick
 Wydawnictwo : YA!
 Data wydania : Lipiec 2015
 Liczba stron : 352
 Tytuł oryginału : She Is Not Invisible



 Świat bez granic



Po przeczytaniu tej powieści zadaję sobie pytanie kto tak naprawdę jest jej targetem? Pamiętam jakie książki czytałam będąc nastolatką, czy też młodą studentką i jestem przekonana, że "Niezauważalna" nijak nie wpasowałaby się w mój gust. Czy jestem wyjątkiem? Patrząc po komentarzach innych czytelników zdania są podzielone. Dla mnie powieść Sedgwicka była niczym innym niż nudnym, przefilozofowanym i naciąganym utworem, którego jedyną zaletą był talent pisarski autora. Książka ta jest tak niewiarygodna, że spokojnie można ją zaliczyć do kanonu fantasy a samemu autorowi nie udało się do mnie dotrzeć. "Niezauważalna" to studium zbiegu okoliczności i przypadku, które oprócz kilku ciekawostek jest zawiłym, przerysowanym pseudonaukowym bełkotem.

Niewidoma nastolatka z Wielkiej Brytanii, Laureth, od ponad tygodnia nie ma wieści od swojego ojca. Jest przekonana, że wybrał się w podróż po Europie w poszukiwaniu inspiracji do swojej nowej powieści. Pewnego dnia w jego skrzynce mailowej, którą dziewczyna się opiekuje, odkrywa wiadomość od mieszkańca Nowego Yorku, który znalazł jeden z dzienników pisarza i za opłatą jest w stanie zwrócić go właścicielowi. Laureth podając się za swojego ojca umawia się ze znalazcą dziennika i postanawia na własną rękę udać się do Stanów Zjednoczonych. W podróży pomóc ma jej 7-letni braciszek Benjamin.

Tu się zaczyna się nasza opowieść fantasy. Podróż 16-letniej dziewczyny z kontynentu na kontynent
wraz z niespełna 7-letnim braciszkiem, która nikogo nie dziwi ani zaskakuje. Ale zacznijmy od początku. Po pierwsze : gdzie są rodzice dziewczyny? Matka na pytanie dzieci odpowiada, że ojciec gdzieś podróżuje i kiedyś się odezwie i zamiast pocieszyć zdenerwowaną córkę zadziera kiecę i zostawia dzieci bez opieki samej jadąc na imprezę do innego miasta. Ojciec za to, w pogoni za pisarską weną, totalnie zapomniał o swoich tak uwielbianych pociechach. Zauważyłam, że wydawnictwo YA! ma słabość do sylwetek patologicznych rodziców.
Idźmy dalej. Laureth, jak na szesnastolatkę przystało, zachowuje się skrajnie nieodpowiedzialnie. Używa karty kredytowej swojej rodzicielki by kupić bilety do Stanów Zjednoczonych. Na lotnisku nie dość, że udaje jej się ukryć własną ślepotę, to jeszcze bez problemów wywozi nieletniego braciszka z kraju. To się jeszcze mogło udać, Brytyjczycy raczej nie mają nic przeciwko opuszczaniu kraju przez swoich obywateli, i tak jest przeludniony. 
Najbardziej zdziwił mnie fakt, że Urząd Imigracyjny na lotnisku w Nowym Yorku również nie zauważył nic podejrzanego w dwójce nieletnich. Wpływ na to miał zapewne dar posiadany przez Benjamina- talent do psucia urządzeń elektrycznych w wyniku bezpośredniego kontaktu. 
Reszta potoczyła się jak z płatka. Za sprawą szczęśliwych zbiegów okoliczności dzieciom udało się wpaść na ślad ojca, pozyskać sojusznika i zamiast głodować na ulicach amerykańskiej metropolii mogli spokojnie zamieszkać w kilkugwiazdkowym hotelu, gdzie oczywiście nie wzbudzili większej sensacji. 
Już po tym wstępie (jest to mniej więcej połowa książki) powinnam sobie darować i zabrać się za coś bardziej realistycznego. Jedynie notatki z dziennika ojca Laureth oraz sposób narracji, który sugerował nieoczekiwany zwrot akcji, sprawiły że czytałam dalej. 

Kolejną rzeczą oprócz nierealnych bohaterów (autor zupełnie nie wie jak się zachowują i rozumują 16-letnie dziewczynki), która miała wpływ na mój odbiór powieści, był fakt braku pomysłu na fabułę. Mamy tutaj dwójkę dzieci, która poszukuje swojego ojca, a pomóc im w tym ma jego dziennik. Z początku notatki pisarza, zwróciły mają uwagę ze względu na ciekawostki i żartobliwy język jakim zostały napisane. Paradoks daty urodzin czy prawo Benforda to rzeczy, o których nie spodziewałam się przeczytać w książce dla młodzieży. Jednak im dalej w las tym więcej drzew a co za tym idzie i chaosu. W pewnym momencie notatki stały się niezrozumiałe, nudne i napisane zbyt naukowym językiem co raczej nie przyciąga uwagi nastolatków (jak widać części dorosłych też nie).
Cały czas miałam wrażenie, że brak fabuły autor stara się nam czym zrekompensować. Te starania było widać w każdym zdaniu. Aż kipiały wysiłkiem umysłowym, Sedgwick za wszelką cenę chciał uczynić ją głęboko filozoficzną, zadawał "wielkie" pytania nie zawracając sobie głowy udzieleniem odpowiedzi. 

Jednym z nielicznych plusów tej książki jest przedstawienie czytelnikom sylwetki niewidomej głównej bohaterki- jest to spotykane niezwykle rzadko. W moim otoczeniu raczej nie spotykam osób niewidomych, co innego to telewizja czy internet. Jednak media te nie przybliżają nam ich sylwetek, mówią o problemie niezbyt wnikając w szczegóły. Dzięki Laureth wiem jak czują się osoby którym nie dane nigdy było oglądać otaczającego je świata. Autor w przystępny sposób przybliżył mi problemy z jakimi się borykają. Co ich drażni, czego oczekują od społeczeństwa. Za te fakty szczerze dziękuję.

To było moje pierwsze spotkanie z autorem dlatego postanowiłam go nie skreślać na samym wstępie. Tysiące czytelników, dobre komentarze i sporo wydanych książek muszą o czymś świadczyć. Być może właśnie ta książka nie była dla mnie, a inne mnie zachwycą czy wręcz powalą na kolana? By to sprawdzić muszę sięgnąć po kolejny tytuł. Tej powieści akurat nie polecam ale inne? Kto wie.

Za możliwość przeczytania i zrecenzowania książki serdecznie dziękuję wydawnictwu :



środa, 27 września 2017

 Tytuł : "Wybory Niny"
 Autor : Anna Kekus
 Wydawnictwo : Lira
 Data wydania : 18 sierpnia 2017
 Liczba stron : 304


 Amerykański sen


Rzadko się zdarza by okładka książki tak doskonale pasowała do jej fabuły. Tu należą się brawa dla wydawnictwa za dobrze wykonaną robotę. Szpilki, symbol elegancji i odwagi, sugerują że poznamy nietuzinkową główną bohaterką z jasno wytyczonym celem w życiu. Róż daje do zrozumienia, że w nasze ręce trafiła słodko-gorzka opowieść z elementami romansu, a może i erotyki. Perły i ekstrawaganckie ciasteczka symbolizują bogactwo wręcz próżność. I wszystko się zgadza. Ta ciekawa powieść obyczajowa toczy się w środowisku amerykańskich milionerów, pięknych samochodów i ekskluzywnych posiadłości. Fani opowieści z cyklu "od pucybuta do milionera" będą zachwyceni.

Nina, 28 latka z Polski, postanowiła spróbować szczęścia w wielkim świecie i wyjechała do Stanów Zjednoczonych w nadziei na zrobienie kariery. Szybko się okazało, że tutaj nie liczy się ciężka praca tylko znajomości. Pewnego dnia poznała mężczyznę który obiecał jej pracę. Nina rzuciła wszystko i wyruszyła na Florydę gdzie mieszkał jej przyjaciel. Szybko się okazało, że mężczyzna blefował, pracy nie było a jedyna propozycja jaką dostała to rola dziewczyny do towarzystwa. Kiedy się nie zgodziła została brutalnie pobita i wyrzucona z samochodu na środku drogi. To właśnie tu znajduje ją Daniel Maxwell, miejscowy biznesman. Zabiera dziewczynę do szpitala. Kiedy okazuje się, że jest jego rodaczką postanawia jej pomóc. Za namową swojego pracodawcy, polityka kandydującego na urząd burmistrza, przedstawia dziewczynie ofertę matrymonialną. Kilkumiesięczne aranżowane małżeństwo, które ma mu pomóc w ociepleniu wizerunku przed wyborcami. W zamian za to dziewczyna ma dostać pieniądze na rehabilitację swojego ojca.

Na wstępie zaznaczę, że Ci którzy spodziewają się literatury wysokich lotów będą srodze zawiedzeni.
Powieść ta to połączenie lepszego gatunkowo Harlequina z powieściami Danielle Steel. Czy to źle? Patrząc na poczytność i milionowe nakłady powieści tej znanej amerykańskiej autorki moje porównanie wychodzi jak najbardziej na plus dla naszej rodzimej autorki. Jednak zdecydowanie jest to książka dla określonego targetu . Często się zdarza, że nawet człowiek nie znoszący horrorów może się skusić na coś szeroko zachwalanego, czy dorosły sięgnie po książkę dla młodzieży. Jest to zupełnie naturalne. Ta powieść jednak jest do szczętu ukierunkowana na konkretnych odbiorców, a sama okładka sprawi że tylko oni po nią sięgną. Ani w niej, ani w opisie nic nie zaskakuje, dostajemy dokładnie to czego się spodziewamy i nic ponad to. I tu nasuwa mi się pytanie : Dlaczego?
Co prawda autorka musi jeszcze popracować nad warsztatem literackim, a w szczególności nad dialogami, jednak już po jednej przeczytanej powieści wiem że pomysłów jej nie brakuje. Z jednej strony miałam tutaj powieść obyczajową z dużą dawką romansu i erotyki, z drugiej intrygi polityczne na miarę Johna Grishama, by na końcu opowieść zmieniła się w kobiecy kryminał. Dużo tego jak na jedną książkę aczkolwiek autorka nie do końca wykorzystała potencjał swojej wyobraźni. Po bardzo dobrym początku, czyli w gatunku z którym jej do twarzy, odniosłam wrażenie że wszystko toczyło się zbyt szybko, wydarzenia zaczęły być traktowane po macoszemu, nie analizowane tylko streszczane co mnie osobiście nieco zaskoczyło. Zamiast pisać kolejnego tomu, można było włożyć więcej wysiłku, zmniejszyć czcionkę, dodać parę faktów i rozbudować fabułę tak by pozyskać kolejnych odbiorców nie mieszczących się w targecie. Mniej różu a więcej intryg i spisków.Tego przecież szukamy w powieściach : chleba i igrzysk. Chleba dla miłośniczek przewidywalnych romansów i igrzysk dla tych szukających czegoś nowego. 

Choć fabuła jest interesująca, a autorka zadbała o zwroty akcji, tak najsłabszą stroną naszej powieści są bohaterowie. I to niestety nie dla tego, że są niewiarygodni, tylko przez fakt że są aż irytujący w swojej prawdziwości. Gdybym żyłam kilkanaście lat krócej stwierdziłabym że autorka stroi sobie z nas żarty : przecież niemożliwością jest by takie indywidua stąpały po ziemi. Niestety teraz wiem, że jest to jak najbardziej realne. Patrz chociażby program : "Żony Hollywood" i będziesz wiedział o czym piszę. Nasze rodaczki wyjeżdżające za granicę, choć wykształcone, w większości nie grzeszą rozumem. Nie wiem czy tę pomroczność jasną powodują światła Vegas, czy zapach pieniędzy, jednak te młode kobiety z dobrze wychowanych i skromnych panienek, stają się nierozważnymi i naiwnymi trzpiotkami. Podobnie było w przypadku naszej głównej bohaterki. Dziewczyna po studiach, zżyta z własną rodziną, artystka z przyszłością, na domiar złego młoda i piękna. Wydawałoby się że taka osoba nie będzie mieć większych problemów ze znalezieniem pracy. I to właśnie ona, daje się omamić i jedzie za gościem na drugi koniec Stanów, jak zostaje przez niego pobita to nie dość że nie zgłasza tego na policję to jeszcze zostawia mu karteczkę w której dziękuje za miłe chwile..eee. czy jak coś przegapiłam? Na domiar złego, zamiast nauczyć się na własnych błędach, to wpada w sidła kolejnego mężczyzny, tym razem wychodząc za niego za mąż . Grubo. 
A nasz główny bohater jest osobą cierpiącą na schizofrenię. Z jednej strony stara się o pozycję wiceburmistrza a z drugiej chleje na umór w swoim barze znanym ze skandali wywoływanych przez celebrytów. I niby małżeństwo ma mu w tym pomóc? Małżeństwo z wymalowaną laską w kusych spódniczkach, którą uwiódł w pubie? Do tego nielegalną emigrantką z Polski? Litości.

Na krytykę zasługuje również format wydania książki. Pomimo pięknej okładki wydawnictwo musiało się bardzo natrudzić by z tego "opowiadania" zrobić pełnowymiarową powieść. Gdyby nie czcionka rodem z książeczek dla dzieci, to w nasze ręce trafiła by pozycja objętościowo nie większa od "Psa który jeździł koleją". No i te dialogi. Proste, dziecinne, po prostu NIE. Na osłodę dodam, że część opisowa (czytaj sceny erotyczne) była ciekawe i zachęcająca do dalszej lektury. 

"Wybory Niny" to zdaje się pierwsza część większej całości. Jak na wstęp przystało autorce udało się mnie zaciekawić na tyle by chociażby przejrzeć kolejny tom, już z nieco mniejszymi oczekiwaniami bo wiem czego mogę się spodziewać. Jest to pozycja dla niewymagających czytelniczek powieści obyczajowych czy fanek romansów.  Ta prosta i dość przewidywalna powieść w ciekawy sposób ukazuje nam świat bogatych amerykańskich grubych ryb, świat gdzie wiecznie świeci słońce a szampan leje się strumieniami. To również świat wielkiej polityki pełnej wielkich przekrętów, które mogą być niebezpieczne. Czy jesteście ciekawi co spotkało Ninę? Czy ziścił się jej amerykański sen?

Za możliwość przeczytania i zrecenzowania książki serdecznie dziękuję wydawnictwu :







piątek, 22 września 2017

 Tytuł : "Teatr węży. Tom 1. Dwie karty"
 Autor : Agnieszka Hałas
 Wydawnictwo : Rebis
 Data wydania : 12 września 2017
 Liczba stron : 372




 Innowacyjne inspiracje



Do tej pory do polskiego fantasy (pomijając oczywiście znakomite powieści Andrzeja Sapkowskiego) podchodziłam dość sceptycznie. Przyznam szczerze, że duży wpływ na moją opinię miały nieudane i zbyt melodramatyczne książki Pani Michalak (powinna zostać przy ckliwych romansach). Dlatego tym większe było moje zaskoczenie kiedy już po kilku stronach wiedziałam że w moje ręce trafiła istna perełka. Agnieszka Hałas stworzyła ciekawy, rozbudowany świat dark fantasy pełen magii, demonów i fantastycznych stworzeń. "Dwie karty" są wspaniałym wstępem do cyklu, powieścią która bawi i rozwija wyobraźnię.

Brune Kaere nic nie pamięta, ani swojego imienia, ani historii. Nie pamięta skąd na jego twarzy pojawiły się przerażające blizny. Pewnego dnia odnaleziony zostaje przez grupę Odmieńców, żyjących w podziemiach zbieraczy śmieci, którzy zabierają go do swojej siedziby. Kiedy powoli odzyskuje pamięć, okazuje się że Brune posiada zdolności magiczne. Postanawia opuścić swoich nowych przyjaciół by nie narazić ich na niebezpieczeństwo oraz gniew srebrnych  magów. 
Tymczasem do Shan Vaola przybywają, przebrane za ludzi demony Otchłani, poszukujące magicznej kuli w której zaklęte są potężne i niszczycielskie ifryty. 

"Dwie karty" nie są typową powieścią fantasy, posiadającą liniową fabułę, grono dobrze
wyrysowanych bohaterów, którzy dążą do wspólnego celu. Tutaj, jak często bywa w przypadku powieści rozpoczynających cykl, mamy do czynienia z odrębnymi historiami połączonymi w jedną spójną całość. Odejście od typowego schematu powieści fantasy było zabiegiem udanym, dzięki temu autorka w przystępny i obrazowy sposób wprowadziła nas w świat nowego realmu i jego mieszkańców. Poznaliśmy odmieńców, homunkulusy, srebrnych magów, ifryty oraz innych przedstawicieli Podziemia. Zwróciłam uwagę na fakt, że w tej części akcja toczy się pod ziemią, to właśnie tam poznajemy naszych głównych bohaterów, rozwiązujemy zagadki i bronimy miasto przed wściekłym atakiem demonów. Podziemia to zaledwie niewielki wycinek całego świata, jednak intensywność obrazów i natłok kształtów oraz postaci sprawia, że czujemy się syci. Syci i jednocześnie ciekawi tego co jeszcze zaserwuje nam autorka. Jak wygląda świat dotknięty promieniami słońca, jakie poczwary go zamieszkują, jakie zagrożenia czyhają na jego mieszkańców. Ta ciekawość sprawia, że wprost nie mogę się doczekać momentu kiedy sięgnę po kolejny tom, mam nadzieję, że tym razem książka osiągnie większy sukces niż jej pierwsze wydanie i kolejny tom już niedługo ukaże się w sprzedaży.

Jednym z największych plusów powieści jest język i styl jakim została napisana. Ciężko jest napisać coś nowego w gatunku, który ma już za sobą swoje największe dzieła. Rozbudowane światy Tolkiena, Sapkowskiego czy Brandona Sandersona nie pozostawiają autorom zbyt wielkiego pola do popisu. Z jednej strony jest skąd brać inspiracje, z drugiej bardzo łatwo o plagiat. Jako fanka gatunku widzę tu wpływy kilku znanych autorów, od Trudi Canavan począwszy na Peterze W Brettcie skończywszy. Pomimo zaczerpnięć z dzieł wyżej wymienionych twórców autorce udało się stworzyć coś nowego i ciekawego. Nie powiem, że aż kipi innowacyjnością jak książki Stanisława Lema w ówczesnych mu czasach, jednak łatwo zauważyć, że Agnieszka Hałas ma wyobraźnię i potrafi z niej korzystać. Choć czasem czułam przesyt. Postaci było zbyt dużo, podobnie jak rozpoczętych wątków czy odrębnych historii. Dopiero pod koniec książki zdałam sobie sprawę, że był to zabieg celowy a nasi główni bohaterowie mają znaczące role do odegrania i spotkamy ich w kolejnych częściach cyklu.
Jednak wróćmy do stylu i języka. Dobry autor powieści fantasy musi być urodzonym bajarzem, który potrafi porwać swoich czytelników. Wykreowany świat musi być spójny i nieschematyczny, postaci ciekawe, a sama historia porywająca. Agnieszka Hałas dała z siebie wszystko by porwać czytelnika i jej się udało. Książka jest napisana z dużą dawką humoru co charakteryzuje większość wybitnych dzieł fantasy. Dialogi są zabawne i niekonwencjonalne, podobnie jak galeria postaci. Spotykamy tutaj chowańca, pająka z ludzką głową, którego głównym zajęciem jest żłopanie samogonu czy czarodzieja, na którego rzucono klątwę i nie zdaje sobie sprawy, że od kilku lat jest już martwy. Ciekawie prawda?

Pierwsza część cyklu opowiada o losach naszego głównego bohatera Brune, który krok po kroku poznaje swoją przeszłość. Razem z nim przemierzamy mroczne podziemia, walczymy z chorobami, wypełniamy powierzone nam zadania by na końcu poznać główny cel naszej wędrówki. Z każdą kolejną stroną chcemy więcej. 

"Dwie karty" to z rozmachem napisana powieść, która zaskoczy niejednego czytelnika. Jest doskonałym przykładem na to, że mamy rodzimych pisarzy, których twórczość jest na światowym poziomie. Mam nadzieję, że tym razem się uda i książka trafi do większego grona odbiorców niż jej pierwsze wydanie. Ze swojej strony polecam bo naprawdę warto. Pozbawiona wątków romansu i niepotrzebnej nostalgii za to naładowana komizmem i pasją opowieść będzie gratką dla fanów gatunku. Z niecierpliwością czekam na więcej.

Za możliwość przeczytania i zrecenzowania książki serdecznie dziękuję wydawnictwu :


czwartek, 21 września 2017

 Tytuł : "Pikantne historie dla pendżabskich wdów"
 Autor : Balli Kaur Jaswal
 Wydawnictwo : Czarna Owca
 Data wydania : 2 sierpnia 2017
 Liczba stron : 408
 Tytuł oryginału : Erotic Stories For Pujabi Widows



 Londyński tygiel


Przyznam szczerze, że do sięgnięcia po tę pozycję skłonił mnie jej tytuł : długi, sugestywny i nie do końca zdradzający fabułę. Zresztą muszę pochwalić wydawnictwo gdyż cała okładka jest przepiękna. co do samej historii to nie byłam zupełnie przygotowana na ucztę, którą zaserwowała mi autorka. Spodziewałam się słodko gorzkich opowieści arabskich emigrantek a dostałam barwne, przepełnione erotyką historie rodem z "Baśni Tysiąca i Jednej Nocy". Choć nie przepadam za komediami tymi razem ubawiłam się po pachy. 

Nikki, córka indyjskich emigrantów, rezygnuje z wybranej przez rodziców ścieżki kariery i rzuca studia. Zatrudnia się jako kelnerka w barze a kiedy nie starcza jej nie czynsz postanawia poszukać dodatkowego zajęcia. W świątyni sikhijskiej, miejscu spotkań pendżabskiej społeczności, natrafia na ogłoszenie, w którym poszukiwana jest nauczycielka twórczego pisania. Dziewczyna umawia się na spotkanie i dostaje pracę. Jest bardzo zaskoczona kiedy okazuje się, że jej podopieczne nie potrafią ani pisać ani czytać po angielsku. I na domiar złego nie są zainteresowane nauką. Zamiast ćwiczyć alfabet wpadają na pomysł opowiadania pikantnych historii z których w przyszłości ma powstać książka. Kiedy społeczność sikhijska dowiaduje się o erotycznych opowiadaniach wybucha skandal.

Akcja powieści toczy się w dzielnicy Londynu zwanej Southall. Choć mieszkałam w tym mieście
ponad rok, nie zdawałam sobie sprawy z jej istnienia. Wkraczając do Southall wita nas inny świat, bardziej egzotyczny i kolorowy. To miejsce nazywane jest "Little India". Sklepy, świątynie i bazary, mężczyźni w turbanach i kobiety w kolorowych sari krążą ulicami jak kolorowe motyle. Zapachy z przydrożnych restauracji drażnią nasze zmysły a śpiew muezinów dzwoni w uszach. 
Właśnie tu, w tej egzotycznej scenerii, spotykamy nasze główne bohaterki, zapomniane przez świat czarne ptaki, wdowy na które nikt nie zwraca uwagi, wystawione poza nawias społeczeństwa rozgoryczone, często młode kobiety, z których każda ma historię do opowiedzenia, jednak nikt nie chce ich słuchać. Dopiero Nikki daje im możliwość wyrażenia własnych pragnień z czego bezwzględnie korzystają. Nie przypuszczałam, że te doświadczone przez los kobiety, po których społeczeństwo oczekuje pokory i skromności, mają tak wybujałą wyobraźnię. Spodziewałam się grzecznych historyjek z czasów ich młodości a dostałam rozbudowane historie erotyczne na miarę "50 twarzy Graya". Przy niektórych aż piekły mnie policzki a niektóre warzywa już do końca życia będą mi się kojarzyły z poszczególnymi częściami ciała.Jak wspomniany na okładce bakłażan. Historie te to nie typowe opowiadania erotyczne tylko baśniowe obrazy, pełne sexu, miłości, symboliki osadzone w realiach kulturowych Indii. To przeniesienie marzeń smutnych wdów na papier, gdzie pozostaną jako świadectwo tego, że każda z nas, bez względu na wiek czy doświadczenie, ma pasje, oczekiwania i potrzeby. 

Jednak książka ta to nie tylko opis erotycznych fantazji samotnych kobiet. To również opowieść o dwóch światach i dwóch jakże różnych kulturach, którym przyszło ze sobą koegzystować. Ja poznałam Londyn przesiąknięty europejskością z enklawami egzotyki w postaci marokańskich knajp czy tajskich lodów. Przelatywałam metrem przez chińskie dzielnice pełne kotów machających łapką, pachnących imbirem, gdzie na wietrze smutno powiewają papierowe smoki. Tym razem autorka zabrała mnie w świat "małych Indii", enklawy gdzie od pokoleń żyją ludzie nie znający języka angielskiego, gdzie aranżowane małżeństwa są na porządku dziennym a ulice patroluje samozwańcza policja kulturalna. Ta zamknięta społeczność od lat kultywuje własne tradycje, odprawia własne obrzędy i często brzydzi się kulturą zachodu. Często jest to wynikiem strachu oraz braku zrozumienia, innym razem wyrazem tęsknoty za ojczyzną. Jednak w takim tyglu kulturowym, jakim jest Londyn, przenikanie się kultur jest nie do uniknięcia. I właśnie o tym jest ta książka. Po części o szukaniu własnej tożsamości, po części o poszanowaniu tradycji a na pewno o próbie odnalezienia się w nowej rzeczywistości.  Nasze bohaterki, na początku tak trudne do odróżnienia, są indywidualistkami. Część to tradycjonalistki, spuszczające pokornie głowę na widok mężczyzny, część czuje się Europejkami co sprawia, że stają się bardziej wyzwolone. Buntowniczki, prowodyrki, ciche wody, szanowane matrony i każda ma swoją historię.

Ciężko mi jest tę powieść przyporządkować do konkretnego gatunku. Pojawiają się tu elementy powieści obyczajowej, erotyki, romansu a nawet kryminału. Cała historia osnuta jest wokół tajemniczej śmierci córki jednej z głównych bohaterek. Autorka krok po kroku opowiada nam tę tragiczną historię, która nadal czeka na finał. I faktycznie na końcu akcja wyraźnie przyśpiesza, wszystkie opowieści zostały dokończone i brakuje tylko rozwiązania zagadki. Ten fragment książki jest zdecydowanie najsłabszy, zbyt pośpieszny i niedopracowany co w rezultacie odbiera mu pozory realizmu. Jednak nawet ten kiepski finisz nie miał zbyt znaczącego wpływu na mój odbiór powieści. I tak dostałam więcej niż oczekiwałam.

"Pikantne historie dla pendżabskich wdów" to książka, która poszerza horyzonty i w przyjaznym świetle oraz przystępnej formie ukazuje indyjską kulturę i tradycje przeniesione w świat współczesnego Londynu. Jednocześnie zabawna i wzruszająca, potrafi zarówno doprowadzić do łez jak i bólu brzucha (ze śmiechu oczywiście). Barwnie napisana, okraszona ciekawymi historiami, powieść sprawi, że ciężko będzie się z nią rozstać. Dla mnie była ciekawą odskocznią od mrocznych kryminałów i brutalnych thrillerów. Coś lekkiego na zbliżające się długie wieczory. Polecam.

Za możliwość przeczytania i zrecenzowania książki serdecznie dziękuję wydawnictwu :





niedziela, 17 września 2017

Tytuł : "Festiwal"
Autor : Andrzej Dziurawiec
Wydawnictwo : W.A.B
Data wydania : 24 maja 2017
Liczba stron : 520





Festiwal brutalności



Było to moje pierwsze spotkanie z autorem i już teraz wiem, że koniecznie muszę sięgnąć po poprzedni tom cyklu. Co prawda nieznajomość bohaterów nie miała wpływu na odbiór książki, gdyż są to dwie zupełnie odmiennie historie, jednak powieść jest tak świetnie napisana, że wprost zmusza czytelnika do dalszej lektury. Już kilka miesięcy temu Wojciech Chmielarz zmienił mój stosunek do polskich autorów powieści kryminalnych. Andrzej Dziurawiec tylko utwierdził mnie w przekonaniu, że polska literatura współczesna jest na wysokim poziomie i w niczym nie ustępuje swoim, tak zachwalanym, konkurentom ze Skandynawii.

W zamkniętej destylarni znalezione zostają zwłoki amerykańskiej działaczki feministycznej Zoe de Dick Devotique. Morderca miejsce zbrodni wybrał nieprzypadkowo. Kilka lat wcześniej w opuszczonej fabryce zamordowany został były partner działaczki na rzecz kobiet, Adam Wellman. Śledztwem zajmuje się detektyw Schumann. Zaczynają ginąć kolejne działaczki zaangażowane w organizację festiwalu Waginalia. Schumann angażuje do pomocy emerytowanego policjanta, który zajmował się śledztwem w sprawie Wellmana, Schuberta. Były policjant jest bliskim przyjacielem Havy, córki zamordowanej kobiety. W toku śledztwa wychodzi na jaw, że nikt nie może czuć się bezpiecznie, celem mordercy stają się najbliżsi emerytowanego gliniarza a psychopatę nakręca chora, patologiczna miłość.

Na wstępie muszę zaznaczyć, że jest to książka dla ludzi o mocnych nerwach. Jest to powieść brutalna, często wulgarna i krwawa. Autor nie stroni od drastycznych opisów z miejsca zbrodni. Są one naturalistyczne, bardzo obrazowe i często szokujące. Dziurawiec balansuje na krawędzi dobrego smaku zarówno w sensie stylistycznym jak i fabularnym. Jest to powieść dla czytelników nie bojących się kontrowersji i łamania konwenansów. Jest zupełnie różna od swoich koleżanek gatunku. Autorzy przyzwyczaili nas do zagadek opartych na akcji i reakcji : jest morderstwo i jest policyjne śledztwo. Tutaj fabuła wykracza poza znany nam schemat. Mamy do czynienia z seryjnym mordercą który obraca się w środowisku LGBT. Oprócz tego jest sporo wątków pobocznych i retrospekcji, które pozwalają nam poznać całościowe tło fabularne oraz sylwetki bohaterów. Te wtrącenia i wplecione w fabułę historie są doskonałym przerywnikiem dającym czytelnikowi czas na otrząśnięcie się po opisach brutalnych zbrodni. Są również generatorem tempa akcji i pozwalają zachować odpowiedni balans. W powieści nie ma zbyt wielu zwrotów akcji, jednak autor konsekwentnie podąża obraną drogą na każdym kroku zaskakując nas przebiegłością i brutalnością psychopaty. Po opisach rozczłonkowanych ciał, schowanych do pudełek narządów rodnych czy obrazów malowanych ludzką krwią, następują momenty w których akcja zwalnia, wkraczając wręcz w formę obyczajową. Było to niezwykle potrzebne dla rozładowania napięcia.

Autor posługuje się niezwykle barwnym językiem odpowiednim do środowiska w jakim została osadzona fabuła książki. Poznajemy tutaj nie tylko Boyówki Feministyczne czy działaczki zaangażowane w organizację festiwalu Waginalia. Autor wprowadza nas w świat LGBT, nocnych klubów gdzie na parkietach rządzą Drag Queens, pracowni artystycznych gdzie malarki bez warsztatu i talentu tworzą obrazy malowane krwią miesięczną. Świat opuszczonych kamienic gdzie mieszkają squattersi. Z drugiej strony poznajemy również bogate domy milionerów, szlacheckich rodów gdzie zamiast wody leje się czterdziestoletnia Whiskey. I gdzieś w tym wszystkim są służby porządkowe, policjanci próbujący schwytać mordercę. Nieco mniej barwni, dużo mniej zamożni lecz nie można im zarzucić braku indywidualności. Każda z tych postaci jest wykreowana z niezwykłą precyzją i dokładnością. Autor przedstawiał naszych bohaterów w sposób prawdziwy, nic im nie dodając i nie ujmując. Jego celem nie było nakłonienie czytelnika do polubienia naszych bohaterów. Bohaterowie, jak każdy człowiek, mają swoje mocne i słabe strony. Jedni piją, innych cechuje nadmierny sarkazm, kolejnych brutalność jeszcze innych naiwność. Wywodzą się z innych środowisk i ta różnorodność widoczna jest zarówno w zachowaniu jak i w sposobie mówienia. Nie wiem, czy autor książki obraca się w środowiskach LGBT, czy może zrobił dobry wywiad, jednak wszystko wyszło bardzo barwnie, przekonująco i z nutką ironii. Pomiędzy wierszami powieści możemy wyczytać satyrę na polską sztukę współczesną.  
Tylko jeden dość istotny szczegół miał wpływ na mój odbiór książki i komfort czytania. Schumann czy Schubert? Bardzo podobne nazwiska, często pojawiające się obok siebie, często rozpoczynające rozdziały. I który jest który? Oboje są policjantami, oboje biorą udział w tym samym  śledztwie. Często dopiero po kilkunastu zdaniach czy całych akapitach orientowałam się o kim w danym momencie czytam. Bardziej ich kojarzyłam z osobami postronnymi niż z ich postaciami. Ale i do tego można było przywyknąć. Ta książka jest po prostu tak dobra, że i większe niedociągnięcia zostały by wybaczone.

"Festiwal" to typowo męska powieść dla czytelników o mocnych nerwach. To nie jest typowy kryminał gdzie fabuła skupia się na policyjnym śledztwie i nowoczesnych technikach wykrywania przestępców. Praca policjantów schodzi tutaj na dalszy plan a prym wiodą bohaterowie i ich historie. Może się wydawać, że autor często odbiega od tematu jednak jest to zabieg celowy. Jest to powieść dobrze napisana, nieustannie trzymająca w napięciu, pełna satyry i pomimo swojej makabryczności obfitująca w zabawne dialogi. Polecam czytelnikom znużonym schematycznością powieści kryminalnych dostępnych na rynku. "Festiwal" jest powiewem świeżości w dusznej piwnicy gatunku. 


Za możliwość przeczytania i zrecenzowania książki serdecznie dziękuję wydawnictwu :









czwartek, 14 września 2017



 Tytuł : "Odzyskać utracone"
 Autor : Katarzyna Kołczewska
 Wydawnictwo : Prószyński i S-ka
 Data wydania : 4 lipca 2017
 Liczba stron : 448




 Historia rodziny



Do tej pory do serii „Kobiety to czytają” podchodziłam sceptycznie. Bałam się, że książki te będą zbyt kobiece, ckliwe, wywołujące zbyt wiele tanich emocji, a do tego szablonowe. Tym razem, ze względu na tematykę i fakt, że wydarzenia rozgrywają się w fascynującym mnie okresie historycznym, postanowiłam dać autorce szansę. Teraz, świeżo po przeczytaniu książki, wiem że było warto. Choć jest to pozycja, w której główni bohaterowie są niezwykle irytujący, uważam że Katarzyna Kołczewska w przystępny i obrazowy sposób przedstawiła nam czas powojennej Polski i ówczesne realia. „Odzyskać utracone” to ciekawa lekcja historii, która uczy, wzrusza i przypomina nam o czasach naszych dziadków, pełnych bólu i straty a jednocześnie pełnych nadziei i wiary w lepsze jutro.

Lata 50 XX wieku. Miranda, córka przedwojennego oficera, po dziesięciu latach ciężkich robót na Syberii, wraca do kraju. Przez lata wygnania dziewczyna tęskniła za rodziną, codziennie modląc się o szczęśliwy powrót do najbliższych. Kiedy dociera do domu okazuje się, że nic nie jest takie jak dawniej. Duża część rodziny została wywieziona na Sybir, gdzie zabiła ich ciężka praca, głód i choroby. Ojciec dziewczyny zmarł kilka lat wcześniej jednak nikt z bliskich nie chce o tym opowiadać. Nawet matka dziewczyny całkowicie usunęła go z pamięci.  Już na miejscu Miranda dowiaduje się, że ma młodszego brata, chorego na ciężką chorobę serca, pięciolatka. Nie potrafiąca odnaleźć się w nowej rzeczywistości dziewczyna całe dnie spędza w domu opiekując się swoim braciszkiem. Boi się wyjść z domu, wierząc że wraz z nią z Syberii wróciły duchy zmarłych tam ludzi.

Ciężko jest krytykować głównych bohaterów książek, których fabuła oparta jest na faktach
historycznych. To tak jak by ktoś, nie znający mojej rodziny, zaczął krytykować decyzje mojej babci, podjęte w takich a nie innych okolicznościach. W przypadku książek inspirowanych wspomnieniami nie wiemy co jest fikcją a co wydarzyło się naprawdę. Pomiędzy czytelnikiem a bohaterami rodzi się swoista więź, gdyż nie są to wymyślone postaci a ludzie którzy kiedyś przeszli przez piekło wojen czy chaos i terror państwa komunistycznego.
Jednak tym razem nie potrafię się powstrzymać. Nasza główna bohaterka Miranda jest najbardziej samolubną, wredną, egoistyczną i przewrażliwioną postacią jaką zdarzyło mi się poznać na kartach powieści. Cały czas próbowałam ją zrozumieć, sięgnęłam do najgłębszych pokładów empatii, tłumaczyłam sobie, że to Sybir zrobił z naszej bohaterki potwora. Jednak pomimo najszczerszych chęci nadal nie przestawała mnie irytować. Dziewczyna przeżyła koszmar. Widziała śmierć babci siostry i synka. Gwałcona i wykorzystywana najlepsze lata młodości spędziła nad Irtyszem pracując przy wyrębie lasu. Głód, terror, gwałty- wszystko to miało wpływ na jej psychikę. Po powrocie do domu, w głębi serca nadal była na Syberii. Swoich najbliższych traktowała jak wrogów obrażając ich i wyzywając. Zamiast wyjść do ludzi, siedziała w domu i czekała na cud. Nigdy nie złapała wyciągniętej do niej pomocnej dłoni. Krzywiła się na kawę, herbatę, obiady. Chodziła w brudnych ubraniach, ze skołtunionymi włosami, które były siedliskiem wszelkiego robactwa. Jedyne czego wymagała to spełniania swoich zachcianek, tym samym narażając rodzinę na wielkie niebezpieczeństwo.
Podziwiam Marię, matkę dziewczyny, za ten ogrom sił jaki musiała włożyć w ponowne wychowanie i dotarcie do swojej córki. Wielokrotnie się dziwiłam czemu nie trzasnęła drzwiami i nie uciekła w ciemną dal. Maria to prawdziwa heroina. Kobieta na medal. Zabawna, inteligentna a do tego przebiegła. Dzięki swojemu sprytowi i ręce trzymanej na pulsie miała piwnicę pełną węgla, komórkę pełną mięsa i dostęp do zagranicznych lekarstw. I co za to dostała? Obelgi i szyderstwa z ust własnej córki. Córki, która gdyby nie ona, żywiła by się korzeniami i ślimakami.
Praktycznie cała książka opowiada o konflikcie pomiędzy matką a córką. Konflikcie, którego by nie było gdyby obie kobiety już na samym wstępie usiadły i szczerze porozmawiały. Co niestety nie nastąpiło. Autorka napięcie powieści budowała na tajemnicy jaką otoczona była postać ojca dziewczyny. Kim był ten mężczyzna? Cóż takiego uczynił, że wyparła się go rodzina? Oczywiście już w połowie książki uważny czytelnik wszystkiego się domyśli. Autorka miała do opowiedzenia ciekawą historię, jednak nie ujęła mnie forma w jakiej przedstawione zostały wydarzenia. Historia rodziny Szemretów jest tragiczna i sama w sobie na tyle wyrazista, że wprowadzanie dodatkowej zagadki czy wyolbrzymianie samego konfliktu między matką a córką zamiast uwypuklić, spłaszczyło całą powieść i odebrało jej dramatyczny wydźwięk.
Historia zesłanej na Sybir młodej dziewczyny zmroziła mi krew w żyłach. Również losy pani Marii i jej małżonka sprawiły, że miałam łzy w oczach. Szkoda, że nie dostałam więcej. Więcej opisów, więcej warstwy obyczajowej a jednocześnie więcej historii. Miranda miała wielką rodzinę, której przyszło żyć w strasznych czasach. Chciałam usłyszeć historie wszystkich, nawet te błahe, z dnia codziennego. Autorka ma niesamowity talent do snucia opowieści, typowy talent bajarza, którego się słucha z otwartymi ustami. Szkoda, że ta powieść nie opowiedziała mi więcej.
„Odzyskać utracone” to pięknie i sugestywnie napisana opowieść, którą czytając czujemy dreszcze na karku. Autorka nie boi się używać barw lub z nich rezygnować kiedy sytuacja jest czarno-biała. Właśnie tymi barwami i poczuciem humoru buduje klimat powieści. To książka opowiadająca o nie tak dalekiej historii kresów naszego kraju. Widać tu pasję Podlasiem, Białymstokiem a jednocześnie magią i zabobonami. Z pewnością jest to bardzo kobieca, jednak nieszablonowa, pozbawiona tandety powieść, która wzruszy i wprowadzi w melancholijny nastrój. To książka, której trzeba przeznaczyć czas, gdyż historia w niej opowiedziana wymaga zadumy i namysłu, nad sobą, historią i wartościami rodzinnymi. Polecam.

Za możliwość przeczytania i zrecenzowania książki serdecznie dziękuję wydawnictwu :