niedziela, 17 września 2017

Tytuł : "Festiwal"
Autor : Andrzej Dziurawiec
Wydawnictwo : W.A.B
Data wydania : 24 maja 2017
Liczba stron : 520





Festiwal brutalności



Było to moje pierwsze spotkanie z autorem i już teraz wiem, że koniecznie muszę sięgnąć po poprzedni tom cyklu. Co prawda nieznajomość bohaterów nie miała wpływu na odbiór książki, gdyż są to dwie zupełnie odmiennie historie, jednak powieść jest tak świetnie napisana, że wprost zmusza czytelnika do dalszej lektury. Już kilka miesięcy temu Wojciech Chmielarz zmienił mój stosunek do polskich autorów powieści kryminalnych. Andrzej Dziurawiec tylko utwierdził mnie w przekonaniu, że polska literatura współczesna jest na wysokim poziomie i w niczym nie ustępuje swoim, tak zachwalanym, konkurentom ze Skandynawii.

W zamkniętej destylarni znalezione zostają zwłoki amerykańskiej działaczki feministycznej Zoe de Dick Devotique. Morderca miejsce zbrodni wybrał nieprzypadkowo. Kilka lat wcześniej w opuszczonej fabryce zamordowany został były partner działaczki na rzecz kobiet, Adam Wellman. Śledztwem zajmuje się detektyw Schumann. Zaczynają ginąć kolejne działaczki zaangażowane w organizację festiwalu Waginalia. Schumann angażuje do pomocy emerytowanego policjanta, który zajmował się śledztwem w sprawie Wellmana, Schuberta. Były policjant jest bliskim przyjacielem Havy, córki zamordowanej kobiety. W toku śledztwa wychodzi na jaw, że nikt nie może czuć się bezpiecznie, celem mordercy stają się najbliżsi emerytowanego gliniarza a psychopatę nakręca chora, patologiczna miłość.

Na wstępie muszę zaznaczyć, że jest to książka dla ludzi o mocnych nerwach. Jest to powieść brutalna, często wulgarna i krwawa. Autor nie stroni od drastycznych opisów z miejsca zbrodni. Są one naturalistyczne, bardzo obrazowe i często szokujące. Dziurawiec balansuje na krawędzi dobrego smaku zarówno w sensie stylistycznym jak i fabularnym. Jest to powieść dla czytelników nie bojących się kontrowersji i łamania konwenansów. Jest zupełnie różna od swoich koleżanek gatunku. Autorzy przyzwyczaili nas do zagadek opartych na akcji i reakcji : jest morderstwo i jest policyjne śledztwo. Tutaj fabuła wykracza poza znany nam schemat. Mamy do czynienia z seryjnym mordercą który obraca się w środowisku LGBT. Oprócz tego jest sporo wątków pobocznych i retrospekcji, które pozwalają nam poznać całościowe tło fabularne oraz sylwetki bohaterów. Te wtrącenia i wplecione w fabułę historie są doskonałym przerywnikiem dającym czytelnikowi czas na otrząśnięcie się po opisach brutalnych zbrodni. Są również generatorem tempa akcji i pozwalają zachować odpowiedni balans. W powieści nie ma zbyt wielu zwrotów akcji, jednak autor konsekwentnie podąża obraną drogą na każdym kroku zaskakując nas przebiegłością i brutalnością psychopaty. Po opisach rozczłonkowanych ciał, schowanych do pudełek narządów rodnych czy obrazów malowanych ludzką krwią, następują momenty w których akcja zwalnia, wkraczając wręcz w formę obyczajową. Było to niezwykle potrzebne dla rozładowania napięcia.

Autor posługuje się niezwykle barwnym językiem odpowiednim do środowiska w jakim została osadzona fabuła książki. Poznajemy tutaj nie tylko Boyówki Feministyczne czy działaczki zaangażowane w organizację festiwalu Waginalia. Autor wprowadza nas w świat LGBT, nocnych klubów gdzie na parkietach rządzą Drag Queens, pracowni artystycznych gdzie malarki bez warsztatu i talentu tworzą obrazy malowane krwią miesięczną. Świat opuszczonych kamienic gdzie mieszkają squattersi. Z drugiej strony poznajemy również bogate domy milionerów, szlacheckich rodów gdzie zamiast wody leje się czterdziestoletnia Whiskey. I gdzieś w tym wszystkim są służby porządkowe, policjanci próbujący schwytać mordercę. Nieco mniej barwni, dużo mniej zamożni lecz nie można im zarzucić braku indywidualności. Każda z tych postaci jest wykreowana z niezwykłą precyzją i dokładnością. Autor przedstawiał naszych bohaterów w sposób prawdziwy, nic im nie dodając i nie ujmując. Jego celem nie było nakłonienie czytelnika do polubienia naszych bohaterów. Bohaterowie, jak każdy człowiek, mają swoje mocne i słabe strony. Jedni piją, innych cechuje nadmierny sarkazm, kolejnych brutalność jeszcze innych naiwność. Wywodzą się z innych środowisk i ta różnorodność widoczna jest zarówno w zachowaniu jak i w sposobie mówienia. Nie wiem, czy autor książki obraca się w środowiskach LGBT, czy może zrobił dobry wywiad, jednak wszystko wyszło bardzo barwnie, przekonująco i z nutką ironii. Pomiędzy wierszami powieści możemy wyczytać satyrę na polską sztukę współczesną.  
Tylko jeden dość istotny szczegół miał wpływ na mój odbiór książki i komfort czytania. Schumann czy Schubert? Bardzo podobne nazwiska, często pojawiające się obok siebie, często rozpoczynające rozdziały. I który jest który? Oboje są policjantami, oboje biorą udział w tym samym  śledztwie. Często dopiero po kilkunastu zdaniach czy całych akapitach orientowałam się o kim w danym momencie czytam. Bardziej ich kojarzyłam z osobami postronnymi niż z ich postaciami. Ale i do tego można było przywyknąć. Ta książka jest po prostu tak dobra, że i większe niedociągnięcia zostały by wybaczone.

"Festiwal" to typowo męska powieść dla czytelników o mocnych nerwach. To nie jest typowy kryminał gdzie fabuła skupia się na policyjnym śledztwie i nowoczesnych technikach wykrywania przestępców. Praca policjantów schodzi tutaj na dalszy plan a prym wiodą bohaterowie i ich historie. Może się wydawać, że autor często odbiega od tematu jednak jest to zabieg celowy. Jest to powieść dobrze napisana, nieustannie trzymająca w napięciu, pełna satyry i pomimo swojej makabryczności obfitująca w zabawne dialogi. Polecam czytelnikom znużonym schematycznością powieści kryminalnych dostępnych na rynku. "Festiwal" jest powiewem świeżości w dusznej piwnicy gatunku. 


Za możliwość przeczytania i zrecenzowania książki serdecznie dziękuję wydawnictwu :









czwartek, 14 września 2017



 Tytuł : "Odzyskać utracone"
 Autor : Katarzyna Kołczewska
 Wydawnictwo : Prószyński i S-ka
 Data wydania : 4 lipca 2017
 Liczba stron : 448




 Historia rodziny



Do tej pory do serii „Kobiety to czytają” podchodziłam sceptycznie. Bałam się, że książki te będą zbyt kobiece, ckliwe, wywołujące zbyt wiele tanich emocji, a do tego szablonowe. Tym razem, ze względu na tematykę i fakt, że wydarzenia rozgrywają się w fascynującym mnie okresie historycznym, postanowiłam dać autorce szansę. Teraz, świeżo po przeczytaniu książki, wiem że było warto. Choć jest to pozycja, w której główni bohaterowie są niezwykle irytujący, uważam że Katarzyna Kołczewska w przystępny i obrazowy sposób przedstawiła nam czas powojennej Polski i ówczesne realia. „Odzyskać utracone” to ciekawa lekcja historii, która uczy, wzrusza i przypomina nam o czasach naszych dziadków, pełnych bólu i straty a jednocześnie pełnych nadziei i wiary w lepsze jutro.

Lata 50 XX wieku. Miranda, córka przedwojennego oficera, po dziesięciu latach ciężkich robót na Syberii, wraca do kraju. Przez lata wygnania dziewczyna tęskniła za rodziną, codziennie modląc się o szczęśliwy powrót do najbliższych. Kiedy dociera do domu okazuje się, że nic nie jest takie jak dawniej. Duża część rodziny została wywieziona na Sybir, gdzie zabiła ich ciężka praca, głód i choroby. Ojciec dziewczyny zmarł kilka lat wcześniej jednak nikt z bliskich nie chce o tym opowiadać. Nawet matka dziewczyny całkowicie usunęła go z pamięci.  Już na miejscu Miranda dowiaduje się, że ma młodszego brata, chorego na ciężką chorobę serca, pięciolatka. Nie potrafiąca odnaleźć się w nowej rzeczywistości dziewczyna całe dnie spędza w domu opiekując się swoim braciszkiem. Boi się wyjść z domu, wierząc że wraz z nią z Syberii wróciły duchy zmarłych tam ludzi.

Ciężko jest krytykować głównych bohaterów książek, których fabuła oparta jest na faktach
historycznych. To tak jak by ktoś, nie znający mojej rodziny, zaczął krytykować decyzje mojej babci, podjęte w takich a nie innych okolicznościach. W przypadku książek inspirowanych wspomnieniami nie wiemy co jest fikcją a co wydarzyło się naprawdę. Pomiędzy czytelnikiem a bohaterami rodzi się swoista więź, gdyż nie są to wymyślone postaci a ludzie którzy kiedyś przeszli przez piekło wojen czy chaos i terror państwa komunistycznego.
Jednak tym razem nie potrafię się powstrzymać. Nasza główna bohaterka Miranda jest najbardziej samolubną, wredną, egoistyczną i przewrażliwioną postacią jaką zdarzyło mi się poznać na kartach powieści. Cały czas próbowałam ją zrozumieć, sięgnęłam do najgłębszych pokładów empatii, tłumaczyłam sobie, że to Sybir zrobił z naszej bohaterki potwora. Jednak pomimo najszczerszych chęci nadal nie przestawała mnie irytować. Dziewczyna przeżyła koszmar. Widziała śmierć babci siostry i synka. Gwałcona i wykorzystywana najlepsze lata młodości spędziła nad Irtyszem pracując przy wyrębie lasu. Głód, terror, gwałty- wszystko to miało wpływ na jej psychikę. Po powrocie do domu, w głębi serca nadal była na Syberii. Swoich najbliższych traktowała jak wrogów obrażając ich i wyzywając. Zamiast wyjść do ludzi, siedziała w domu i czekała na cud. Nigdy nie złapała wyciągniętej do niej pomocnej dłoni. Krzywiła się na kawę, herbatę, obiady. Chodziła w brudnych ubraniach, ze skołtunionymi włosami, które były siedliskiem wszelkiego robactwa. Jedyne czego wymagała to spełniania swoich zachcianek, tym samym narażając rodzinę na wielkie niebezpieczeństwo.
Podziwiam Marię, matkę dziewczyny, za ten ogrom sił jaki musiała włożyć w ponowne wychowanie i dotarcie do swojej córki. Wielokrotnie się dziwiłam czemu nie trzasnęła drzwiami i nie uciekła w ciemną dal. Maria to prawdziwa heroina. Kobieta na medal. Zabawna, inteligentna a do tego przebiegła. Dzięki swojemu sprytowi i ręce trzymanej na pulsie miała piwnicę pełną węgla, komórkę pełną mięsa i dostęp do zagranicznych lekarstw. I co za to dostała? Obelgi i szyderstwa z ust własnej córki. Córki, która gdyby nie ona, żywiła by się korzeniami i ślimakami.
Praktycznie cała książka opowiada o konflikcie pomiędzy matką a córką. Konflikcie, którego by nie było gdyby obie kobiety już na samym wstępie usiadły i szczerze porozmawiały. Co niestety nie nastąpiło. Autorka napięcie powieści budowała na tajemnicy jaką otoczona była postać ojca dziewczyny. Kim był ten mężczyzna? Cóż takiego uczynił, że wyparła się go rodzina? Oczywiście już w połowie książki uważny czytelnik wszystkiego się domyśli. Autorka miała do opowiedzenia ciekawą historię, jednak nie ujęła mnie forma w jakiej przedstawione zostały wydarzenia. Historia rodziny Szemretów jest tragiczna i sama w sobie na tyle wyrazista, że wprowadzanie dodatkowej zagadki czy wyolbrzymianie samego konfliktu między matką a córką zamiast uwypuklić, spłaszczyło całą powieść i odebrało jej dramatyczny wydźwięk.
Historia zesłanej na Sybir młodej dziewczyny zmroziła mi krew w żyłach. Również losy pani Marii i jej małżonka sprawiły, że miałam łzy w oczach. Szkoda, że nie dostałam więcej. Więcej opisów, więcej warstwy obyczajowej a jednocześnie więcej historii. Miranda miała wielką rodzinę, której przyszło żyć w strasznych czasach. Chciałam usłyszeć historie wszystkich, nawet te błahe, z dnia codziennego. Autorka ma niesamowity talent do snucia opowieści, typowy talent bajarza, którego się słucha z otwartymi ustami. Szkoda, że ta powieść nie opowiedziała mi więcej.
„Odzyskać utracone” to pięknie i sugestywnie napisana opowieść, którą czytając czujemy dreszcze na karku. Autorka nie boi się używać barw lub z nich rezygnować kiedy sytuacja jest czarno-biała. Właśnie tymi barwami i poczuciem humoru buduje klimat powieści. To książka opowiadająca o nie tak dalekiej historii kresów naszego kraju. Widać tu pasję Podlasiem, Białymstokiem a jednocześnie magią i zabobonami. Z pewnością jest to bardzo kobieca, jednak nieszablonowa, pozbawiona tandety powieść, która wzruszy i wprowadzi w melancholijny nastrój. To książka, której trzeba przeznaczyć czas, gdyż historia w niej opowiedziana wymaga zadumy i namysłu, nad sobą, historią i wartościami rodzinnymi. Polecam.

Za możliwość przeczytania i zrecenzowania książki serdecznie dziękuję wydawnictwu :


sobota, 9 września 2017

 Tytuł : "Zbrodnia, której nie było"
 Autor : Andrzej Selerowicz
 Wydawnictwo : Novae Res
 Data wydania : 2017
 Liczba stron : 226



 Zakazana inność



W dzisiejszych czasach książki o mniejszościach seksualnych są jak najbardziej no topie. Obyczajówki, erotyki, nawet książki młodzieżowe często posiłkują się tematem LGBT. Jednak do tej pory nie spotkałam się jeszcze z kryminałem, którego akcja toczyła by się w środowisku homoseksualistów, i do tego w czasach głębokiej komuny. Jak tylko przeczytałam opis wydawcy wiedziałam, że koniecznie muszę sięgnąć po tę pozycję. Bardziej niż zbrodnia interesował mnie fakt jak w czasach komunizmu traktowane były mniejszości seksualne, jak ich odbierało społeczeństwo i z jakimi wyzwaniami musieli się liczyć. Co prawda tej warstwy obyczajowej było troszkę za mało, a temat poruszony był dość pobieżnie, jednak i tak uważam że "Zbrodnia, której nie było" to książka, którą warto przeczytać. 

Tomek, student z Warszawy, poznaje w kawiarni Zbyszka. Mężczyzna dosiada się do jego stolika, i po krótkiej rozmowie zaprasza chłopaka do Łodzi na organizowaną co miesiąc imprezę. Tomek nie zastanawia się długo. W stolicy nie miał styczności ze środowiskiem homoseksualnym a bardzo chciałby poznać kogoś o podobnej orientacji. Wsiada w pociąg i jedzie do Łodzi. Już po pierwszej imprezie wie, że znalazł swoje miejsce w życiu. 
Pewnego dnia, przy okazji jednaj z kolejnych imprez, mężczyźni odkrywają, że jeden z ich przyjaciół, przystojny aktor Remigiusz, został zamordowany. Zwłoki włożone zostały do wanny, gdzie znalazła je matka denata. Kobieta bojąc się wstydu, którego by się najadła podczas milicyjnego śledztwa, postanowiła nikogo nie informować o fakcie, że jej syn został zabity. 
Koledzy Remigiusza postanawiają na własną rękę znaleźć mordercę. Wszystkie ślady wskazują na to, że wywodził się on ze środowiska homoseksualistów. Postanawiają zastawić pułapkę. 

Być gejem w latach 60 czy 70-tych XX wieku, szczególnie w komunistycznej Polsce, to dopiero było
wyzwanie. W czasach nam współczesnych mało co nas potrafi zaskoczyć. Dziewczyny chodzące za rękę, parady równości, reality show o transseksualistach, książki o dzieciach zmieniających płać : wszystko to znamy, a dzięki mediom przestało być dla nas obce. Homoseksualizm XXI wieku to nie choroba tylko stan rzeczy. Świat w końcu stał się tolerancyjny, a przynajmniej większa jego część. 
Jednak jeszcze kilkadziesiąt lat temu, przyznać się do swojej odmienności seksualnej, było ukręceniem sobie pętli na szyję. Było to publicznie nie akceptowalne, osoby homoseksualne poddawane były ostracyzmowi, i kolokwialnie mówiąc trzeba było mieć "jaja" by przyznać się światu do swojej orientacji. Większość osób cierpiało i trzymało to w tajemnicy, by nie skrzywdzić rodziny i najbliższych wystawiając ich na pośmiewisko. 
Ta książka opowiada o grupie mężczyzn. którzy nie bali się ujawnić swojej prawdziwej tożsamości. Bycie gejem nie było dla nich końcem świata tylko rzeczywistością i nauczyli się z tym żyć. Próbowali też uczyć społeczeństwo, nie poprzez pogadanki tylko przez sam fakt tego, że byli otwarci i szczerzy. Niestety Polska czasów komuny nadal była zaściankowa, więc ta otwartość wiązała się z wystawieniem na atak z każdej strony. 
Z początku bałam się, szczególnie że autorem książki jest mężczyzna, przejaskrawienia i zbytniego sfeminizowania środowiska gejowskiego. Bałam się, że nasi bohaterowie będą zbyt stereotypowi, przerysowani, ubrani w kobiece stroje, wymalowani szminką, będą mówić językiem który wymyślony został przez środowisko heteroseksualne by ośmieszyć mniejszości. Całe szczęście maje obawy były zupełnie na wyrost. Dopiero jak przeczytałam, kim jest Andrzej Selerowicz to stwierdziłam, że niepotrzebnie się martwiłam. Ten światowej sławy publicysta, wspierający ruchy LGBT, naprawdę zna się na rzeczy.
Mam paru przyjaciół homoseksualistów, stąd wiem jak się zachowują na co dzień, jak mówią, jak się ubierają. Wierzcie mi, nic w ich zachowaniu nie świadczy o ich orientacji. Podobnie było z naszymi bohaterami. Ba, Zbyszek był nawet bardziej męski niż niektórzy hetero jakich znam. 

Spodobał mi się sposób w jaki autor mówił o miłości. Oczywiście mogę przyczepić się do faktu, że wszystko toczyło się zbyt szybko, jedno spotkanie i zakochanie. Ale czy dzisiejsza literatura nie jest pełna tego pośpiechu? Za to słowa w jakie ubierał myśli, jak opisywał to co się dzieje w psychice naszych głównych bohaterów? Po prostu piękne. Sama czułam te emocje, to pożądanie i pasję jaka może połączyć dwójkę mężczyzn. Dziwne prawda? Przecież jestem osobą na wskroś heteroseksualną. Jak czytałam to czułam chemię, czułam wyładowania elektryczności, nie obecne w przypadku czytanych przeze mnie tradycyjnych romansów. Moim zdaniem właśnie to świadczy o "wielkości" książki, fakt jak zagra na emocjach czytelnika.

Sama zbrodnia nie jest niczym szczególnym, śledztwo prowadzone przez przyjaciół ofiary, również nie zaskakuje, może wydawać się zbyt proste i przyjemne a liczba zbiegów okoliczności czyni fabułę dość niewiarygodną. Jednak najważniejszy jest fakt dlaczego doszło do tej zbrodni? Dlaczego rodzina ofiary postanowiła to zatuszować? Jak wielki wpływ na nasze czyny ma to co pomyślą o nas inni? Ta książka pokazała kolejną ze smutnych kart naszej historii. W czasach wojny niektórzy za worek mąki sprzedawali swoje rodziny, w czasach komuny trzeba było milczeć nawet jeśli miało się to zakończyć tragedią. Milczenie było ważniejsze od miłości. 
Z kart tej książki, choć udekorowana humorem, bije smutek. I właśnie to poruszyło mnie najbardziej. Ta nostalgia i wspomnienie czasów kiedy bycie sobą było związane z wielkim ryzykiem.

Myślę, że warto sięgnąć po tę książkę. Nie jest to typowy kryminał: zbrodni tu jak na lekarstwo, nie toczy się żadne policyjne śledztwo, nie ma krwi, pistoletów i pościgów z bronią w ręku. Jednak to ważna pozycja, szkoda że nie została napisana kilkadziesiąt lat wcześniej, choć cenzura by jej nie przepuściła. Dziś mamy wolność wyboru i wypowiedzi jednak warto spojrzeć w przeszłość i poczuć się tak jak nasi bohaterowie : inni w świecie gdzie na inność nie ma miejsca.

Za możliwość przeczytania i zrecenzowania książki serdecznie dziękuję wydawnictwu :



 


środa, 6 września 2017

 Tytuł : "Stacja centralna"
 Autor : Lavie Tidhar
 Wydawnictwo : Zysk i S-ka
 Data wydania : 24 lipca 2017
 Liczba stron : 320
 Tytuł oryginału : Central Station 
 
 

 Fabula rasa


"Stacja centralna" to jedna z najbardziej zapierających dech w piersiach, zaskakujących i wyimaginowanych historii jakie dane mi było przeczytać. Styl autora przypomina mi prozę Hannu Rajaniemi choć jest bardziej liryczny i działający na wyobraźnię. Tidhar w swojej najnowszej powieści połączył w jedną całość opublikowane wcześniej opowiadania. To powrót do złotego wieku SF z wyraźną nutą retro, która czyni wymyślony świat niezwykle barwnym i bogatym. Łączy przeszłość z przyszłością i sprawia, że czytelnik czuje tęsknotę za innymi dziełami tego gatunku. Ba, nawet za tymi nieprzeczytanymi. 

Daleka przyszłość. Miejsce akcji : Tel Awiw, gdzie na miejscu starego dworca kolejowego zbudowano gigantyczny kosmoport- miejsce lądowania statków z najodleglejszych zakątków galaktyki. To miejsce zderzenia kultur zarówno w świecie realnych jak i wirtualnym.
Boris Chong po latach eksploracji kosmosu wraca na ziemię gdy dowiaduje się o złym stanie zdrowia ojca. Wraz z nim na Stację Centralną przylatuje jego kochanka, wampirzyca, która czerpie moc z wysysania wspomnień i energii innych ludzi. 
Już na miejscu Borys spotyka swoją dawną miłość. Kobieta mieszka wraz z cudownym dzieckiem, które poprzez dotyk potrafi podłączyć się do strumienia danych z umysłu. 
Poznajemy również kuzynkę Borisa, młodą kobietę zakochaną w żołnierzu cyborgu, który poszukuje części zamiennych do swojego zamienionego w pancerz bojowy ciała.
A nad tym wszystkim góruje moloch Stacji Centralnej.

Świat wykreowany przez autora jest tak surrealistyczny, tak trudny do wizualizacji, że książka będzie
zrozumiała tylko dla fanów gatunku, dla ludzi z wybujałą wyobraźnią, którzy nie boją się nowych światów, których elementy często są sprzeczne ze znaną nam logiką i prawami fizyki. Proza autora to suma detali i drobiazgów, które składają się na obraz całego wszechświata. Człowiek bowiem spełnił swoje odwieczne marzenie i podbił kosmos. Udało mu się stworzyć sztuczną inteligencję i ją wyzwolić, jednak odwrotnie niż w większości filmów czy książek SF, tutaj panuje symbioza i pełna asymilacja. Świat Tidhara to świat tolerancji gdzie nowe żyje w zgodzie ze starym, wirtualne z rzeczywistym. Autor skutecznie pozacierał granice pomiędzy tym co realne a wymyślone. 
Mamy tutaj Robotników, utracone dusze zapomnianych wojen, którzy wędrują po ulicach i błagają o części zamienne. Ci wskrzeszeni żołnierze, kiedy zapanował pokój zostali odstawieni na boczny tor, stając się wyrzutkami społeczeństwa o których nikt nie pamięta. Sprzedają narkotyk "Ukrzyżowanie" dzięki któremu byli w stanie w euforycznym amoku walczyć za ojczyznę. 
Mamy tutaj dzieci z błękitnymi oczami kodu Armaniego, którzy wznoszą modlitwy do Świętego Cohena od innych. 
W specjalnie przygotowanych kapsułach człowiek może się przenieść w świat Gildii Aszkelońskich, gry komputerowej, w której celem jest odnalezienie pradawnych artefaktów. 
Wampiry danych żerują na nieostrożności ludzi i wysysają z nich egzopamięć. A wokół tego wszystkiego znajduje się wszechobecna Konwersacja- nieustający szum danych i rozmów całej ludzkości oraz sztuczna inteligencja Innych połączonych siecią wirtualnej rzeczywistości, tak gęstej, że przenika rzeczywistość.
Prawda, że to wszystko brzmi fantastycznie? A to dopiero początek bo przecież Stacja Centralna to tygiel kulturowy całej galaktyki. Spotkamy tu Marsjan, Muszlaki i innych pasjonatów kosmicznej turystyki. A wierzcie mi jest ich naprawdę sporo.

"Stacja centralna" to naprawdę wspaniała książka, jednak nie można podchodzić do niej z założeniem, że trafiliśmy na dzieło sztuki, gdyż jest to powieść w istocie szczególna, która zyska sobie również szerokie grono krytyków. Wydaje mi się, że pomysłem na książkę była idea wykreowania innego, nowego i futurystycznego świata, a sama fabuła została zmarginalizowana. Powieść ta powstała z fragmentów gotowych opowiadań, które autor postanowił luźno ze sobą połączyć. Każda z opowiadanych historii jest ciekawa, jednak nie ma głównego motywu, który by pchał narrację do przodu. Na siłę można się tu dopatrzyć struktury jednak wnikając aż tak głęboko stracimy całą przyjemność z czytania. Bo to nie bohaterowie, nie wydarzenia są najważniejsze tylko rzeczywistość w jakiej się rozgrywają. Historie te są opowiadane w oderwaniu od opisywanych wydarzeń, z dystansu, co w praktyce ogranicza, a często nawet wyklucza, zaangażowanie bohaterów. Często niedokończone, wyrwane z kontekstu są tylko częścią większej układanki- obrazu świata przyszłości. Jednak dodam, że również narracja pełni ważną rolę w tej książce, jest dodatkowym czynnikiem światopoznawczym.

Tidhar wchłonął i przetrawił tyle gatunków science fiction by na koniec oddać nam coś nowego i innowacyjnego, coś z czym się do tej pory nie spotkałam, książkę w której słychać echa lektur z przeszłości. Spektakularna, często wręcz poetycka, proza sprawiła, że wprost nie mogłam się od niej oderwać. Byłam tak pochłonięta szczegółami odsłanianego przeze mnie świata, że praktycznie do ostatniej strony nie zauważyłam braku fabuły. Dla mnie była rewelacyjna i bez niej. Must read. 

Za możliwość przeczytania i zrecenzowania książki serdecznie dziękuję wydawnictwu :



poniedziałek, 4 września 2017

 Tytuł : "A gdybym zniknęła"
 Autor : Meg Rosoff
 Wydawnictwo : YA!
 Data wydania : 17 lutego 2016
 Liczba stron : 256
 Tytuł oryginału : Picture Me Gone






 Na granicy dorosłości

Intrygujący tytuł? Przyciągająca wzrok okładka? Przewaga pozytywnych opinii na temat tej książki czy może samo nazwisko autorki? Już nie pamiętam co skłoniło mnie do sięgnięcia po tę pozycję. Jak zawsze w przypadku powieści młodzieżowych nie spodziewałam się rewelacji, nie liczyłam na coś nowego, odkrywczego. Wydaje mi się, że prawdziwym powodem mojego zainteresowania tą powieścią była postać naszej głównej bohaterki, dwunastoletniej Mili, która ze spokojnej nastolatki zamienia się w prywatnego detektywa i wraz z ojcem wyruszają na poszukiwania Matthew, zaginionego przyjaciela rodziny. Jak na powieść dla młodzieży ta okazała się wyjątkowo dobrze napisana, fabuła była przemyślana, postacie interesujące. Zawiódł mnie tylko koniec. Był zbyt toporny, rozczarowujący a na domiar złego naiwny. 

12-letnia Mila mieszka wraz z rodzicami w Londynie. Pewnego dnia dowiadują się, że przyjaciel rodziny, Matthew z którym ojciec dziewczyny był umówiony na spotkanie w Stanach Zjednoczonych, wyszedł z domu i nie wrócił a wszelki ślad po nim zaginął. Nastolatka wraz z ojcem postanawia nie zmieniać planów i decydują się lecieć do Ameryki i pomóc w poszukiwaniach. Wydaje się dziwne, że ten zrównoważony mężczyzna, zostawił swoją żonę, czternastomiesięcznego synka i ukochanego psa, i uciekł z domu. Ślad prowadzi do domku letniskowego tuż przy granicy z Kanadą. 

Długo zastanawiałam się co było głównym motywem tej książki. Zagadka kryminalna? Chyba nie gdyż na dobrą sprawę nie mamy tu do czynienia z porwaniem, morderstwem czy szeroko rozumianą przestępczością. A może Meg Rosoff napisała po prostu powieść obyczajową z elementami suspensu? Coś odpowiedniego dla młodszych czytelników pragnących zacząć przygodę z gatunkiem? Na pierwszy plan wybija się jednak coś innego: relacje pomiędzy nastolatkami i dorosłymi. To książka o wyrażaniu myśli, komunikowaniu swoich potrzeb. Jest to również powieść o dorastaniu, kiedy przekraczamy tę delikatną granicę między dzieciństwem i dorosłością. Nasza bohaterka dojrzewa w samochodzie jadąc autostradami Stanów Zjednoczonych. Każde wydarzenie, każda nowina kształtują jej osobowość na nowo. Konfrontacja była zabiegiem bolesnym a świat rodziców okazał się pełen tajemnic, kłamstw i niedopowiedzeń. 
Wyobraźcie sobie, że macie 12 lat. Całe życie spędziliście w kochającej rodzinie, pełnej ciepła i wyrozumiałości a waszym jedynym zmartwieniem była najbliższa przyjaciółka, która zaczęła się obracać w podejrzanym towarzystwie. I pewnego dnia zostajecie wyrwani z tej "zony komfortu", wywiezieni do obcego kraju by wyruszyć na poszukiwanie kogoś, kto okazał się zupełnie inną osobą, różną od tej którą znaliście. Podczas "śledztwa" odkrywacie tajemnice świata dorosłych, zdrady, oszustwa a każda nowo napotkana osoba dokłada kolejny puzzel do tej układanki. Okazuje się, że nie możecie ufać nawet własnym rodzicom gdyż i oni skrywają sekrety. Podczas tych kilku dni jakie spędzacie w Ameryce musicie dojrzeć na tyle by zrozumieć relacje jakie rządzą światem dorosłych. Podróż do odziera was z nimbu niewinności, otwiera oczy i uczy na nowo postrzegać świat. 

Mam jednak zastrzeżenia co do kreacji naszej głównej bohaterki. Niestety zabrakło tu realizmu. Nie wiem czy autorka pamięta jak się zachowywała mając naście lat. W przypadku Mili mamy do czynienia ze zbyt dużym rozrzutem pomiędzy sposobem wysławiania a zachowaniem. Wyszła nam z tego dorosła malutka dziewczyna, która dziwi się, że osoby z jej otoczenia, które do tej pory traktowała jak lalki Barbie, w istocie nią manipulują. Z jednej strony nadzwyczaj inteligentna, z drugiej do przesady naiwna. Spostrzegawcza, jednak z belką w oku. No i oczywiście obdarzona darem, którego do końca nie rozumiałam. Czy w istocie była ta zdolność do dostrzegania ludzkich emocji? Czy miał to być motyw paranormalny? Czy po prostu swoista anomalia? A może są ludzie, których cechuje nadzwyczaj rozwinięta empatia i potrafią się wczuć w rolę osób z którymi mają styczność? Z początku sądziłam, że właśnie wokół tego motywu autorka zbuduje całą opowieść, że to właśnie ten dar pozwoli nam rozwiązać zagadkę zaginięcia Matthew. Jednak oprócz paru wzmianek i ogólnych wyjaśnień, Roscoff porzuciła ten wątek, więc czytelnik nigdy się nie dowie co autorka miała na myśli. A może będzie kolejny tom? W końcu na kartach książki widoczne są ku temu przesłanki. 

Myślę, że jest to pozycja, która przypadnie do gustu młodszym, nastoletnim czytelnikom. My, jako ci dorośli, powinniśmy zachęcić naszych podopiecznych do sięgnięcia po tę książkę. W interesujący sposób autorka przedstawiła nam relacje pomiędzy światem dorosłych i światem młodzieży. To szereg osobnych historii, z których każda ma wiele do opowiedzenia. Każda odsłania kolejny fragment większej całości. Pokazuje nam, że największą wartością jest szczerość. Kłamstwa, niedopowiedzenia, naginanie rzeczywistości mogą być katastrofalne w skutkach. Choć rozczarowało mnie zakończenie powieści to cieszę się, że autorka nie zaoferowała nam słodkiego zakończenia, które zazwyczaj cechuje gatunek new adult. 
To typowa książka na długi wieczór. Duża czcionka, niewielkie rozmiary i wciągająca fabuła, wszystko to sprawia, że da się ją przeczytać w kilka godzin. Warto poświęcić tyle wolnego czasu.

 Za możliwość przeczytania i zrecenzowania książki serdecznie dziękuję wydawnictwu :




środa, 30 sierpnia 2017

 Tytuł : "Zapomniany pokój"
 Autor : Beatriz Williams, Karen White, Lauren Willig
 Wydawnictwo : W.A.B
 Data wydania : 2 sierpnia 2017
 Liczba stron : 464
 Tytuł oryginału : The Forgotten Room



 Chaotyczna Ameryka

Jeszcze nigdy, nie licząc zbiorów opowiadań, nie czytałam książki napisanej przez trzech autorów. Myślę, że wspólne wymyślanie fabuły i bohaterów musi być świetną zabawą, jednak czy jest to przepis na sukces? "Zapomniany pokój" to powieść obyczajowo-historyczna z silnym wątkiem romansu. Jest to opowieść o kobietach, dla kobiet i pisana przez kobiety dlatego nie można się dziwić pewnym utartym schematom i stereotypom, które są znakiem szczególnym tego gatunku. Osobiście spodziewałam się czegoś więcej, nutki suspensu, czegoś co mnie zaskoczy, lecz niestety to powieść jakich wiele na czytelniczym rynku. 

Końcówka XIX wieku. Olive zatrudnia się jako służąca w domu , którego architektem był jej ojciec.
Mężczyzna nigdy nie dostał wynagrodzenia za wykonanie projektu co doprowadziło go do samobójstwa. Olive wierzy, że gdzieś w domu znajdują się dowody oszustwa, które skompromitują jej pracodawcę, dzięki czemu uda jej się pomścić ojca.
Rok 1920. Lucy zatrudnia się w znanej kancelarii prawnej Cromwell, Polk & Moore. Ma nadzieję, że uda jej się zbliżyć do pracującego tu Phillipa Schyulera i zdobyć dokumenty, które pomogą jej w odnalezieniu biologicznego ojca.
Końcówka II Wojny Światowej. Do szpitala w którym pracuje Kate trafia ranny oficer. Mężczyźnie grozi amputacja nogi. Lekarka po sprzeczce z przełożonym, postanawia wziąć mężczyznę pod swoją wyłączną opiekę by zawalczyć o to by nie stracił kończyny. Pewnego dnia, złożony gorączką, kapitan Ravenel nazywa ją Victorine. Czy Kate uda się dowiedzieć kim jest ta tajemnicza kobieta?

Trzy autorki, trzy historie, które łączy wspólny motyw jakim jest tajemniczy pokój na poddaszu. Czy pisały razem, siedząc i analizując każde zdanie? Czy podzieliły się rozdziałami? A może postaciami? Tego niestety nie jestem w stanie stwierdzić, jednak spostrzegawczy czytelnik zauważy subtelne zmiany w stylu powieści. Czasem jest więcej opisów, kosztem skróconych dialogów, gdzieniegdzie robi się zabawnie (choć żarty te są przesiąknięte czarnym humorem), raz tempo zwalnia raz przyśpiesza, raz wybiegamy w przyszłość by innym razem cofnąć się w przeszłość.
Właśnie te skoki w czasie były najsłabszym elementem całej powieści. Skoki oraz naprzemienne rozdziały, z których każdy opowiadał o innej bohaterce. Jestem osobą cierpliwą, jak czytam to analizuję i mam czas na zastanowienie a nie bezwiednie przerzucam kartki. Lubię poznawać i zrozumieć. Pomimo tego, nawet ja, uważna czytelniczka, miałam problemy z tym chaosem jaki zaserwowały mi autorki. Raz spotykamy Olive, raz Kate, raz Lucy. Rozdziały są dość krótkie i zazwyczaj w połowie są urywane pozostawiając czytelnika w niepewności. Często miałam ochotę pominąć parę rozdziałów by już teraz dowiedzieć się co się stało z naszą bohaterką. Jednak uparcie czytałam dalej a napięcie, które początkowo mnie rozpierało, zaczynało stopniowo maleć, aż jak w końcu doszłam do rozdziału który kontynuował wątek to moje zainteresowanie już zdążyło się przenieść na kolejną postać. Moim zdaniem o wiele lepszym pomysłem byłoby napisanie trzech oddzielnych historii, ułożonych chronologicznie i opowiadających o tych samych wydarzeniach tylko w bardziej linearnej postaci. 
Ponieważ poznajemy historię oczami przedstawicielek trzech pokoleń nieuniknione były powtórki, retrospekcje i analizowanie tego samego zdarzenia z innej perspektywy. Takie zabiegi dobre są w przypadku powieści kryminalnych, gdzie mamy do czynienia z umysłem sprawcy i ofiary, jednak w przypadku romansu tylko spowalniało to całą opowieść.

Wszystkie historie mają wspólny mianownik i bynajmniej nie jest nim tylko tajemniczy pokój. Opowiadają o losach kobiet, które przeżyły niespełnioną miłość. Zawiodły okoliczności, ludzie a czasem historia. Jednak związki te miały ogromny wpływ na ich psychikę oraz życie ich i kolejnych pokoleń. 
Nasza główne bohaterki, choć żyły w różnych czasach, mają podobne profile psychologiczne. Cechuje je łatwowierność, naiwność, skłonność do komplikowania sobie życia oraz podejmowania złych decyzji, często bez zastanowienia. Jest to tym bardziej dziwne ponieważ wszystkie są niebywale inteligentne i ambitne. Niestety nie potrafiłam im współczuć i cierpieć wraz z nimi po utraconej miłości, gdyż miałam wrażenie, że same są wszystkiemu winne a ich los jest wypadkową nieprzemyślanych wyborów. 

W powieści mamy do czynienia z syndromem Kopciuszka. Biedna dziewczyna zakochuje się w bogatym królewiczu i jak dobrze wiemy nie może z tego wyjść nic dobrego. Jednak inaczej niż w bajce Andersena tutaj role się odwracają. Mężczyźni okazują się prawdziwymi dżentelmenami za to kobiety katalizatorami problemów. Często to właśnie one są winne temu, że ich związki się porozpadały. I muszę przyznać, że w większości nie rozumiałam ich pobudek, wydawały się zbyt błahe, co sprawiło, że powieść straciła na realności. 

Autorki mają niesamowity talent do oddawania rzeczywistości. Stany Zjednoczone choć nie dotknięte bezpośrednimi działaniami wojennymi, były terenem gdzie dało się odczuć skutki światowego konfliktu. Zaciemnianie miast, alarmy bombowe, luki w zaopatrzeniu czy przepełnione szpitale wszystko to było synonimem epoki. Obraz namalowany w powieści jest niezwykle realistyczny. Widzimy Amerykę od podszewki. Z jednej strony w oczy kłuje blichtr elit a z drugiej ulice miast zasnuwa duszący dym z pieców węglowych. Damy noszą strojne suknie i biżuterię a w szpitalach i infirmeriach brakuje bandaży i lekarstw dla ciężko rannych żołnierzy. Bogaci pławią się w złocie powiększając swoje fortuny kiedy przeważająca większość obywateli zmuszona jest żyć z dnia na dzień. A my jesteśmy naocznymi świadkami wydarzeń wprost wciągniętymi w świat powieści poprzez styl i obrazowość autorek. W przeciwieństwie do charakterystyk postaci wyszło barwnie i realistycznie.

"Zapomniany pokój" to typowy romans historyczno-obyczajowy jednak podany w dość chaotycznej formie co zmniejsza jego atrakcyjność. Retrospekcje i wycieczki w przeszłość sprawiają, że fabuła jest praktycznie pozbawiona zwrotów akcji. Poznajemy świat oczami trzech bohaterek co odarło fabułę z dozy tajemniczości. Nie mamy tutaj czasu na snucie domysłów gdyż wielowątkowość powieści pozwala nam się domyślić zakończenia. Myślę, że książka ta nie zadowoli wytrawnych czytelników jednak może przypaść do gustu tym, którzy dopiero rozpoczynają przygodę z tym gatunkiem. Czy chcecie się dowiedzieć co się kryje za drzwiami "Zapomnianego Pokoju"?

P.S W oczy rzuciła mi się jedna nieścisłość. Jakim cudem, pomimo rozlicznych remontów i przemeblowań oraz tabunu przewijających się postaci nikt nie odkrył ukrytej w ścianie skrytki? Przeczytajcie a będziecie wiedzieć o czym mówię. Czy wystarczająco zachęciłam?

Za możliwość przeczytania i zrecenzowania książki serdecznie dziękuję :



poniedziałek, 28 sierpnia 2017

     Tytuł : "Ruchome piaski"
     Autor : Malin Persson Giolito
     Wydawnictwo : Czarna Owca
     Data wydania : 2 sierpnia 2017
     Liczba stron : 456
     Tytuł oryginału : Storst Av Allt





 Obrazy


Jak byście się czuli jeśli mając 18 lat znaleźlibyście się na sali sądowej gdzie wzrok wszystkich skierowany jest na was a spojrzenia wprost "krzyczą" - winna? Jak byście się czuli jeśli, oprócz załamanych rodziców, nie pozostał by wam nikt gdyż wszyscy wasi bliscy leżą w kostnicy zastrzeleni przez zamachowca? A tym zamachowcem jest nie kto inny jak osoba z lustra? 
Jak tylko przeczytałam notkę wydawniczą wiedziałam, że koniecznie muszę przeczytać tę książkę. Masowe morderstwo, nastolatkowie, thriller psychologiczny, właśnie przez to że te słowa tworzą kontrast wiedziałam, że w moje ręce wpadło coś nowego, innego. Choć to fikcja literacka powieść jest tak rzeczywista jak byśmy czytali historię z pierwszych stron gazet. I nie chodzi tu o pytanie czy bohaterka jest "winna". Sięgając po "Ruchome piaski" czytelnik zadaje sobie inne : czemu musimy żyć w czasach takich tragedii?

Maja Norberg, osiemnastolatka, uczennica, dziewczyna z dobrej, zamożnej rodziny. Trafiła do więzienia wprost ze szkolnej auli gdzie policjanci znaleźli ją z karabinem w rękach otoczoną ciałami martwych przyjaciół. Po dziewięciu miesiącach spędzonych w areszcie śledczym Maja nareszcie może zacząć mówić i w gronie krajowej sławy adwokatów zamierza opowiedzieć swoją historię. Czy jest winna? Czy z zimną krwią zastrzeliła swojego chłopaka i najbliższą przyjaciółkę? Czy był to wypadek? Czy też może okoliczności sprawią, że zamiast morderczyni świat zobaczy w niej ofiarę?

Prawda, że brzmi interesująco? Tyle pytań i tylko jedna odpowiedź. To właśnie w książkach lubię
najbardziej, kiedy temat jest tak otwarty, autor daje nam tyle możliwości, że przewidzenie zakończenia jest praktycznie niewykonalne. Tym razem książka troszkę się różni od podobnych tytułów gatunku. Od samego początku wiemy, że nasza główna bohaterka jest winna. Tak, zastrzeliła swoich przyjaciół, jednak nie wiemy nic o okolicznościach masakry. Nie wiemy czy była szalona, czy zmusiły ją do tego okoliczności czy może działała w samoobronie. Razem z Mają siedzimy na ławie oskarżonych czekając na naszą kolej by wreszcie móc przemówić i odkryć przed światem prawdę. 
Zwróciłam uwagę na jedną rzecz. Już na pierwszej stronie książki znajduje się następujące zdanie :
"Wszyscy zostali zastrzeleni, z wyjątkiem mnie", potem średnio co kilkadziesiąt stron autorka powtarza, że Maja jest jedynym naocznym świadkiem tragedii. Aż tu nieoczekiwanie...bum. Zmartwychwstanie? Zombie? Przeoczenie? Choć uważam tę powieść za bardzo interesującą, należącą do gatunku tych od których wprost nie można się oderwać, to uważam że twist akcji był jednym z najsłabiej przygotowanych z jakimi się do tej pory zetknęłam. A dlaczego? Gdyż w świecie gdzie rządzą prawa fizyki, a jedyne zmartwychwstanie zdarzyło się kilka tysięcy lat temu,  był po prostu nieprawdopodobny. Mało tego. Wprowadzenie ponownie postaci, która zginęła na pierwszej stronie było zupełnie niepotrzebne gdyż i tak nie miało większego wpływu na zakończenie powieści. Myślicie pewnie, że teraz spojleruję. A ja uważam, że dodatkowo zachęcam. Teraz przez cały czas będziecie się zastanawiać kto przeżył. Czy jest szansa, że to chłopak ofiary? A może jej najbliższa przyjaciółka? Nielubiany przez nikogo dealer? A może nauczyciel? Ale to już musicie odkryć sami.

Maję poznajemy w więziennej celi, a dokładniej w jej głowie gdyż to właśnie myśli naszej głównej bohaterki są naszymi stałymi towarzyszami. Jednych może denerwować to, że autorka poświęciła przeważającą część książki na opisywaniu przemyśleń osadzonej w więzieniu dziewczyny. Może odrzucać fakt, że czekająca na wyrok, oskarżona o wielokrotne morderstwo kobieta jest w stanie analizować to jak ubrany jest jej adwokat albo jak bardzo niemodny kolor szminki ma strażniczka więzienna. Ja z kolei uważam, że informacje te były niezwykle pożyteczne by w pełni poznać naszą bohaterkę. Zamknięta przez dziewięć miesięcy w pomieszczeniu mniejszym niż pięć metrów kwadratowych, bez dostępu do mediów i towarzystwa, Maja miała wiele czasu na myślenie nie tylko o tym co zrobiła. Widziała wszystko to co ją otacza, gdyż jedynym co jej pozostało to zmysł obserwacji. Nie możemy zapominać, że mamy tutaj do czynienia z nastolatką, w której nadal buzuje burza hormonalna. Z istotą która jest ciekawa świata a jedyną możliwością jego poznania są doznania empiryczne. W tym wieku wprost nie można się zamknąć w sobie, gdyż wszystkie bodźce ze świata zewnętrznego oddziałują na naszą psychikę. Maja nie umarła, Maja nie czeka na krzesło elektryczne, Maja ma przed sobą najwyżej kilkanaście lat więzienia więc dlaczego ma pogrążyć się w czarnej rozpaczy jeśli zna wszystkie odpowiedzi i tylko czeka by się nimi podzielić? Może to wina systemu sądowniczego? Że zmusił skazaną na tak długie czekanie choć dowody zebrane zostały w kilkanaście godzin? Dowody wskazujące na jej winę? Czy dziewięć miesięcy to nie jest wystarczający czas na to by wszystko dokładnie przemyśleć i mieć jeszcze czas na analizę otoczenia? 
Powiem szczerze. Nie jest to książka dla ludzi których cechuje brak cierpliwości. Przez pierwszych kilkadziesiąt stron poznajemy Maję i jej bezpośrednie otoczenie : więzienną celę, strażników, spacerniak, adwokatów i rodzinę. Dopiero stopniowo dziewczyna zaczyna przed nami odkrywać historię, którą ma do opowiedzenia. Ja byłam cierpliwa i się nie zawiodłam. Życie Mai, choć z pozoru była zwykłą, niczym się nie wyróżniającą nastolatką, może być tematem powieści. Ci którzy chcieliby skrócić tę książkę do rozmiarów noweli zrobiliby krzywdę naszej bohaterce. 

Literatura skandynawska co raz to odkrywa przede mną nowe tajemnice. Do tej pory czytałam głównie kryminały w których warstwa obyczajowa jak na gatunek przystało była okrojona do minimum. Tym razem dostałam coś więcej. W książce poruszony jest ważny temat jakim są imigranci. Nie mówię teraz o azylantach, którzy w ostatnich kilku latach napłynęli do Europy z krajów ogarniętych wojną. Mówię o ludziach, którzy przyjechali do krajów skandynawskich kilkanaście czy nawet kilkadziesiąt lat wcześniej. Ta powieść otworzyła mi oczy na fakt, że nie wszystko wygląda kolorowo. Szwecja- kraj słynący z tolerancji i demokracji- ma problemy. Problemy z asymilacją przybyszów, problemy z miejscami pracy, kryzysem finansowym państwa. Tolerancja już nie jest faktem, jest czymś na pokaz. Czyżby to państwo, znane ze swojej opiekuńczości, miało już dość? I choć gazety boją się o tym pisać, to jednak autorzy dają temu wyraz w swoich książkach? Czy może jest to cichy apel do reszty świata o zmianę światowej polityki, i zamiast zamiatania problemu emigracji pod dywan, prośba o reformy i zmiany? 

"Ruchome piaski" to znakomity thriller psychologiczny. Nie kryminał, nie sensacja tylko prawdziwy majstersztyk gatunkowy. Z jednej strony wiemy wszystko, jednak każda zdjęta warstwa farby odkrywa nowy obraz. Nie musimy tutaj lubić naszej głównej bohaterki, nie musimy szanować jej rodziny czy decyzji przyjaciół, ważna jest sama historia która pociąga i fascynuje. A najpiękniejsze jest to, że ta historia to coś nowego...i niestety prawdopodobnego. Polecam.

Za możliwość przeczytania i zrecenzowania książki serdecznie dziękuję wydawnictwu:






czwartek, 24 sierpnia 2017

 Tytuł : "Trauma"
 Autor : Michael Palmer, Daniel Palmer
 Wydawnictwo : Rebis
 Data wydania : Sierpień 2017
 Liczba stron : 432
 Tytuł oryginału : Trauma

 Po sznurku do kłębka


Aż wstyd się przyznać, że ja, wielka fanka seriali medycznych w stylu "Ostrego dyżuru" czy "Doktora Housa" nigdy nie przeczytałam ani jednego thrillera medycznego. Szerokim łukiem omijałam takich twórców jak Tess Gerritsen czy właśnie Michael Palmer. A dlaczego? Być może bałam się medycznej terminologii, która w przypadku 40-minutowych odcinków seriali jest do zniesienia, ale w przypadku kilkuset stronicowych powieści mogłaby być zbyt przytłaczająca i skomplikowana? W końcu, oprócz wizyt u lekarza, nie miałam żadnej styczności z medycyną. Aż nadszedł ten dzień, kiedy posłuchałam głosu serca (i namów koleżanki) i sięgnęłam po najnowszą powieść znanego pisarza, którą kontynuował po jego śmierci syn. Dopiero teraz wiem jak dużo straciłam. Na moją listę "Must read" już trafiły poprzednie powieści autora a w sercu zakwitła nadzieja, że Daniel Palmer będzie kontynuował dzieło swojego ojca.

Doktor Carrie Bryant jest rezydentką czwartego roku medycyny w szpitalu White Memorial Hospital.
Pewnego dnia popełnia błąd podczas przygotowań do operacji na otwartym mózgu. Źle wyświetlone skany sprawiają, że prowadzący zabieg neurochirurg rozcina niewłaściwą półkulę co może mieć znaczący wpływ na zdrowie pacjenta. Carrie uprzedza wydarzenia i rezygnuje z pracy.
Z pomocą ojca, również lekarza, dostaje kolejną szansę. Otrzymuje zaproszenie do zespołu zajmującego się głęboką stymulacją kory mózgowej, której celem jest wymazywanie traumatycznych wydarzeń z pamięci weteranów wojennych i leczenie choroby Parkinsona.
Pewnego dnia gdy postanawia odwiedzić swojego pierwszego pacjenta, by zobaczyć w jakim jest stanie po wybudzeniu się z narkozy,spostrzega że mężczyzna wykazuje objawy zaburzeń słuchu. Kiedy decyduje się złożyć mu kolejną wizytę i skierować na dodatkowe badania by wyjaśnić te niepokojące zmiany, dowiaduje się, że mężczyzna wypisał się na własne życzenie. Również kolejny pacjent sam opuścił szpital. Carrie jest przekonana, że dzieje się coś złego gdyż biorąc pod uwagę stan mężczyzn nie byliby oni w stanie samodzielnie podjąć takiej decyzji. Pomimo sprzeciwu przełożonego rozpoczyna prywatne śledztwo, którego celem jest znalezienie zaginionych weteranów.

Muszę przyznać, że po pierwszych kilkudziesięciu stronach miałam ochotę odłożyć tę książkę na półkę i już nigdy do niej nie wracać. Autor zasypał mnie terminologią medyczną, skomplikowanymi obrazami  operacji na otwartym mózgu, nazwami specjalistycznego sprzętu. Wraz z naszą bohaterką przeprowadzałam operacje, oglądałam skany, robiłam badania, jednym słowem towarzyszyłam jej w codziennych obowiązkach. Jednak przez cały ten czas trwałam w oczekiwaniu na jakikolwiek zwrot akcji, na jakieś wydarzenie które popchnie fabułę do przodu. Chciałam krwi, śmierci, zagadki, chociażby pacjenta, który po nieudanej operacji zamienił się w zombie i mordował niewinnych ludzi. Czegokolwiek. Kiedy nasza autorka popełniła błąd, przez który musiała zrezygnować z kariery i opuścić szpital przez głowę przeszła mi myśl, że z sali operacyjnej przeniosę się do sądowej, gdzie grono prawników pacjenta będzie walczyć o odszkodowanie. Jednak zamiast sądowej batalii wraz z Carrie zamknęłam się w jej domu i w jej umyśle. I nadal czekałam. Teraz wiem, że moja cierpliwość została opłacona bo kolejne kilkaset stron powieści przewyższyło moje najśmielsze oczekiwania.
Odniosłam wrażenie, że ta część książki została napisana przez kogoś innego (co zresztą bardzo prawdopodobne gdyż powieść ma dwóch autorów). Tempo przyśpieszyło, pojawił się suspens a nasza główna bohaterka z inteligentnej choć nieco zamkniętej w sobie neurochirurg zmieniła się w przebojową panią detektyw. 
W tej części, choć nadal operujemy mózgi i nadal faszerowani jesteśmy fachowymi terminami, wpadamy na trop afery, która z każdą kolejną stroną zatacza coraz szersze kręgi. Giną weterani wojenni, pacjenci po skomplikowanych operacjach znikają ze szpitala. Czy faktycznie mieli na tyle trzeźwy umysł by poprosić o wypis? Czy komuś zależy na tym aby usunęli się w cień? Czy stymulacja kory mózgowej to tylko przykrywka do ukrycia nielegalnego procederu? 
Pojawia się coraz więcej bohaterów. Z braku sojuszników oraz podejrzliwości przełożonych Carrie zmuszona jest prowadzić śledztwo na własną rękę. Jedyną osobą, która jej pomaga jest korespondent wojenny piszący artykuł o Zespole Stresu Pourazowego u weteranów wojennych, David Hoffman. 
Już dawno nie czytałam powieści, która by aż tak mną zawładnęła w momencie kiedy się tego najmniej spodziewałam. Teraz kiedy już ochłonęłam zauważam rzeczy, których nie dostrzegałam czytając. Fabuła jest troszkę naciągana, rzekłabym że ściągnięta ze scenariusza serialu Netflix, od trzech czwartych książki możemy się domyślić zakończenia, a nasza główna bohaterka miała więcej szczęścia niż rozumu. Zastanawia mnie czemu nie została pociągnięta do odpowiedzialności prawnej za błąd który kosztował pacjenta zdrowie i godne życie? Czemu już kilka tygodni później została jej powierzona kolejna odpowiedzialna praca? Jednak wiecie co? Te niedociągnięcia w niczym mi nie przeszkadzały. Książka była tak dobrze napisana i skomponowana, dialogi tak bystre a fabuła tak rwąca, że w pewnym momencie byłam w stanie wybaczyć autorom wszystko. 

Książka porusza bardzo ważny i aktualny temat jakim jest PTSD. Szacuje się, że na Zespół Stresu Pourazowego cierpi od 3 do 6% populacji ludzkiej. Głównie są to weterani wojenni i osoby, którym udało się przeżyć katastrofę bądź były ofiarami przestępstw kryminalnych. Do tej pory jedynymi formami leczenia jest psychoterapia i farmakoterapia czyli stosowanie leków przeciwdepresyjnych, stosowana w najcięższych przypadkach.  Głęboka stymulacja kory mózgowej jest niestety czystą fikcją literacką choć są już prowadzone badania nad magnetycznym pobudzaniem mózgu. 
W swojej książce autorzy uświadamiają mam jak poważnym problemem w dzisiejszych czasach stało się PTSD. Zwracają uwagę, że dopóki będziemy prowadzić wojny, dopóki człowiek będzie człowiekowi wilkiem to nie uda nam się rozwiązać tego problemu. Kiedy w przypadku ofiar przemocy domowej jesteśmy w stanie poznać przyczyny stresu pourazowego tak w przypadku żołnierzy wysyłanych na front nie możemy mieć pewności jaki wpływ na ich psychikę będą miały działania wojenne. Jedni wrócą z wojny bez szwanku a inni z głową pełną demonów, by toczyć z nimi codzienną walkę. Naukowcom udało się do tej pory poznać znikomy procent ludzkiego mózgu i nic nie wskazuje na to by w najbliższej przyszłości to się miało zmienić. Wysyłając ludzi na front sami tworzymy nieprzystosowanych, często brutalnych i zagubionych obywateli, dla których życie "po" jest walką o przetrwanie. A najgorsze jest to, że pomimo rządowych programów, nie jesteśmy w stanie im pomóc w powrocie do normalności. Od zawsze wiadomo, że wojna niszczy ludzi, rodziny a często i całe narody. Więc może się warto zastanowić nad jej sensem?

"Trauma" to świetnie skonstruowany, trzymający w napięciu thriller medyczny, który nawet najbardziej wybrednym czytelnikom dostarczy pokaźnej dawki emocji. Cieszę się, że autorzy w pełni skupili się na swoim zadaniu, jakim było rozwiązanie zagadki. Nie ma tu wątków pobocznych, nie ma romansu, idziemy po sznurku do kłębka. I o to właśnie chodzi. Żałuję, że moją przygodę z tym gatunkiem rozpoczęłam tak późno. Za to teraz jest czas na nadrobienie zaległości. Polecam. 


Za możliwość przeczytania i zrecenzowania książki serdecznie dziękuję wydawnictwu :










poniedziałek, 21 sierpnia 2017

 Tytuł : "Widzę cię"
 Autor : Clare Mackintosh
 Wydawnictwo : Prószyński i S-ka
 Data wydania : 2 sierpnia 2017
 Liczba stron : 533
 Tytuł oryginału : I See You



 Metro strachu

Uwielbiam thrillery psychologiczne, jeszcze bardziej uwielbiam Londyn, a komunikacja miejska tego wielomilionowego miasta jest dla mnie fenomenem na skalę światową. Bogaci i biedni, białe kołnierzyki i niebieskie koszule, wszyscy razem zmierzają tymi samymi ścieżkami na miejsce przeznaczenia. Czy nie zgodzicie się ze mną, że transport publiczny czyni nas równymi? Powieść "Widzę cię" sprawiła, że zwykła przejażdżka metrem już nie jest czynnością, którą wykonuję mechanicznie. Zaczęłam się rozglądać w poszukiwaniu potencjalnego zagrożenia. Powieść ta była dla mnie czymś więcej niż zwykłą fikcją literacką. Odebrałam ją jako przestrogę . W dzisiejszych czasach, w dobie kiedy nasza prywatność dzięki mediom społecznościowym stała się dobrem publicznym, nikt nie może się czuć w pełni bezpiecznym. I sami na to zasłużyliśmy przez własną niefrasobliwość.

Dotarcie do pracy zajmuje Zoe ponad godzinę. Najpierw podmiejska kolejka, potem metro. Lata
podróżowania do centrum Londynu stały się rutyną a jej droga do pracy ścieżką pełną rytuałów i wyuczonych nawyków. Stałe miejsce na peronie, tam gdzie otworzą się drzwi pociągu, to samo miejsce siedzące, koło wyjścia, ta sama kawiarnia i ten sam pączek i kawa. Dzień po dniu, miesiąc za miesiącem, rok za rokiem, wszystko w zgodzie z zakodowanym w mózgu grafikiem. Jednak ta podróż jest inna. Zoe przeglądając gazetę natrafia na anons portalu "ktościprzeznaczony.com" i z przerażeniem zauważa, że ogłoszeniodawca posłużył się jej zdjęciem do zareklamowania strony.
Postanawia poinformować o tym fakcie policję. Zajmująca się przestępczością w komunikacji miejskiej Kelly, do której trafia zgłoszenie, wierzy kobiecie na słowo i wszczyna śledztwo. Okazuje się, że kobiety, których zdjęcie ukazało się w gazecie stały się ofiarami przestępstw. Czy Zoe będzie następna?

Przyznam bez bicia, że nie czytałam poprzedniej książki autorki choć wiem, że została ogłoszona bestsellerem, co jak na debiut jest niemałym osiągnięciem. Większość recenzji, które przeczytałam porównuje obie te pozycje, i w tym swoistym rankingu "Pozwolę Ci odejść" wypada zdecydowanie lepiej. Jak dla mnie "Widzę cie" jest naprawdę dobrze napisanym, trzymającym w napięciu thrillerem, z dość niespodziewanym zakończeniem. Czytając czułam dokładnie to czego się spodziewałam po książce tego gatunku. Autorka dała mi możliwość wglądu w psychikę naszych głównych bohaterów, wolno rozkręcająca się fabuła sprawiła, że napięcie wzrastało stopniowo aż do momentu kulminacyjnego dzięki czemu cały czas trwałam w oczekiwaniu na finał, który był dla mnie wielką niewiadomą. Właśnie sam fakt oczekiwania, przewracanie strony za stroną nie mogąc się doczekać rozwiązania zagadki jest dla mnie wyznacznikiem tego czy powieść jest udana. Tutaj nie było czasu na nudę. Oczywiście warstwa obyczajowa była dość rozbudowana, jednak nie przeszkadzało to w odbiorze i nie sprawiało, że czytelnik zasłaniał ręką usta by mu mucha nie wpadła podczas ziewania. Prosty język, mroczny klimat i ciekawi bohaterowie zrobili swoje. Jeśli ta książka jest gorsza od swojej poprzedniczki to spodziewam się, że jak sięgnę po "Pozwolę ci odejść" to z nerwów nie będę mogła zasnąć. Ale czy wywołanie takich emocji dzięki książce jest w ogóle możliwe?

Autorka miała bardzo ciekawy pomysł na fabułę. Strona internetowa, szyfrowana hasłem, które odgadnąć muszą sami zainteresowani. Ktościprzeznaczony.com. Czy to kolejny portal randkowy? A może zakamuflowana agencja towarzyska, reklamująca się w gazecie w dziale ogłoszeń drobnych? Na zdjęciu twarze kobiet, tych młodszych i tych starszych, naturalne, bez żadnej obróbki. Grube i chude, blondynki i brunetki. A co je łączy? Wszystkie korzystają z komunikacji miejskiej. Czy zwykła kolejka podmiejska może się stać miejscem gdzie poznasz miłość swojego życia?
Czy kobiety ze zdjęć to zwierzyna łowna czy potencjalne kandydatki na partnerkę życiową?
Kto siedzi za kamerami londyńskiego metra śledząc podróżnych?
Co byście poczuli jeśli to wasze zdjęcie znalazłoby się w gazecie bez waszej wiedzy? Co byście poczuli jeśli odkrylibyście, że kobiety z poprzednich ogłoszeń stały się ofiarami morderców, gwałcicieli czy złodziei? Czy to żart? Ostrzeżenie? Paranoja?
Autorka używając narracji trzecioosobowej daje nam wgląd w myśli naszej głównej bohaterki. Razem z nią przechodzimy fazy zaskoczenia, lęku, depresji i przerażenia. Widzimy jak praktycznie nie dotyczące jej zdarzenia mają wpływ na jej pracę, rodzinę i życie. Czy w ogóle da się funkcjonować żyjąc w ciągłym strachu? Autorka ma niezwykły talent do przekazywania emocji. Z łatwością wcieliłam się w postać Zoe. Razem z nią przemierzałam drogę do pracy i z powrotem rozglądając się w poszukiwaniu potencjalnego zagrożenia.

I tym oto sposobem doszliśmy do naszych głównych bohaterów. Muszę przyznać, że gdyby nie talent autorki i trzymająca w napięciu fabuła książki nasz poczet postaci wypadł by niezwykle blado.  Choć może właśnie ich zbytnia prawdziwość, wady i niedociągnięcia są tym co sprawia, że książka jest wiarygodna? Zoe to kobieta, która ma dwie natury. Z jednej strony niezwykle uporządkowana, lubiąca rutynę księgowa a z drugiej kłamliwa histeryczka, która dziwi się zazdrości swojego partnera. Hola hola, panie i panowie. Czy dla was nie byłoby dziwne, że wasz wybranek ma problem z eks mężem, jeśli nawet w najbłahszych sprawach to do niego zwracacie się o pomoc? To on was odbiera taksówką i kładzie do łóżka i to jego numer jest w ostatnio wybieranych? 
Kolejna na liście jest Kelly-policjantka. To kobieta, dla której niesubordynacja jest chlebem powszednim. Lekcja z przeszłości, kiedy została zawieszona w prawach wykonywania zawodu, by w końcu zostać zdegradowaną, na niewiele się zdała. Pomimo swojej inteligencji nie potrafi trzymać języka za zębami czym często działa na niekorzyść śledztwa. Jej nie należało dawać kolejnej szansy tylko odebrać odznakę i posadzić w budce wartownika na budowie. 
I na koniec nasz psychopata. Jego poznajemy ciut lepiej gdyż wypowiada się w pierwszej osobie. Pomimo tego jak dla mnie jest najsłabszym ogniwem całej powieści. Nie będzie spojlerem jak powiem, że nasz tajemniczy właściciel strony internetowej ma rodzinę, pracę i przyjaciół. Nie chcę zbyt dużo zdradzać jednak w przypadku tak zapracowanej osoby cały pomysł na ten internetowy "biznes" fizycznie byłby niewykonalny, a przynajmniej nie na taką skalę. Na domiar złego, same motywy naszego czarnego charakteru, choć wyjaśnione przez autorkę, są dla mnie nieco naciągane. 

Nie do końca zrozumiałam dlaczego autorka wprowadziła wątek Lexi, siostry Kelly, która na pierwszym roku studiów stała się ofiarą niebezpiecznego stalkera. Mężczyzny nigdy nie ujęto. Zastanawiając się na tym odrębnym tematem doszłam do wniosku, że głównym motywem Mackintosh było przedstawienie różnych profili osobowościowych ofiar. Niektóre osoby potrafią zapomnieć o przeszłości, dla innych jest ona piętnem. Jeszcze inne pragną zapomnienia albo sprawiedliwości. Autorka uczula nas na to, że istota ludzka jest odrębną jednostką, którą cechuje indywidualizm. Właśnie to powinniśmy sobie przypomnieć kiedy zaczniemy oceniać innych własną miarą.

Choć cała książka jest niezwykle wciągająca i intrygująca, to właśnie zakończenie wbiło mnie w fotel. I nie chodzi o końcowy zwrot akcji tylko ostatni akapit powieści. Niby wszystko wiemy, zagadka została rozwiązana, a tu na koniec grom z jasnego nieba. Dla samych ostatnich zdań warto przeczytać całą książkę, która okaże się niemałym zaskoczeniem. 

"Widzę cię" będzie gratką dla fanów thrillerów psychologicznych. Pomimo wolno rozwijającej się fabuły i dość rozbudowanego wątku obyczajowego, jest to powieść która wywołuje gęsią skórkę i wzbudza niezwykłe emocje. To książka, po którą sięgając, musicie się upewnić że macie w zanadrzu dużo wolnego czasu gdyż żadna siła nie sprawi, że odłożycie ją na półkę. Typowy przepis na zarwaną noc. Polecam.


Za możliwość przeczytania i zrecenzowania książki serdecznie dziękuję wydawnictwu :