wtorek, 2 maja 2017

"Cela 7" Kerry Drewery

 Tytuł : "Cela 7"
Autor : Kerry Drewery
Wydawnictwo : Sonia Draga
Rok wydania : 2017
Liczba stron : 472
Tytuł oryginału : Cell 7

 Zielony groszek


Jednym z moich ulubionych obrazów jest "Życie po życiu" z Kevinem Spacey w roli głównej. Film opowiada o członkach organizacji Death Watch sprzeciwiającej się każe śmierci w Stanach Zjednoczonych. Fabuła niniejszej książki również jest zainspirowana tym jakże kontrowersyjnym tematem. Kontrowersyjnym ponieważ pozbawienie życia jest nieodwracalne, a margines błędu w procesach sądowych jest niestety znaczny. Często zdarza się skazać osobę niewinną. Mam wielki problem z tą powieścią. Z jednej strony jest na pewno jedną z lepszych książek jakie przeczytałam w tym roku jednak tylko biorąc pod uwagę fabułę. Gorzej niestety poszło z wykonaniem. Biorąc pod uwagę, że jest to debiut literacki potrafię przymrużyć oczy
na pewne niedociągnięcia. Ale czy na wszystkie?

Martha, szesnastolatka wywodząca się z jednej z najuboższych dzielnic Londynu, zostaje zatrzymana na miejscu zbrodni. Z pistoletem w dłoniach stoi nad zwłokami mężczyzny, uwielbianego przez tłumy celebryty. Dziewczyna przyznaje się do winy i zostaje zamknięta w pierwszej z siedmiu cel. Siedem cel, siedem dni podczas których ludzie zdecydują czy nastolatka zasługuje na śmierć. W Londynie nie działa już znany nam wymiar sprawiedliwości, teraz to społeczeństwo decyduje o losach skazańców. 

Książka ma naprawdę rewelacyjną fabułę. Troszkę żałuję, że na tak genialny pomysł nie wpadł żaden z doświadczonych pisarzy. Wtedy moglibyśmy dostać w swoje ręce dzieło, które odbiłoby się szerokim echem w kręgach literackich. Niestety autorką jest młoda, początkująca pisarka, która nie wykorzystała potencjału swojego własnego pomysłu. W jednej z cel śmierci osadzona zostaje niewinna dziewczyna, uwaga to nie jest spojler tylko wiadomość z pierwszych stron książki. Wraz z przyjacielem starają się ukazać w jak niesprawiedliwym systemie żyją. W systemie w którym nie ma prawdziwej władzy sądowniczej. Gdzie rządzi pieniądz a demokracja tylko tylko fasada. Dziewczyna zgadza się zostać męczennicą, zgadza się na własną śmierć byle tylko ujawnić luki w systemie i korupcję, która nim rządzi. Wszystko to zapowiada się naprawdę dobrze jednak cały czas mi czegoś brakowało. Mianowicie spojrzenia na ten świat z szerszej perspektywy. Patrząc na Londyn ukazany w książce możemy się domyślać, że akcja toczy się w niedalekiej przyszłości. Możemy się zastanawiać co się stało ze światem, który znamy z gazet i z telewizji. Co sprawiło, że wymiar sądowniczy przeszedł taką metamorfozę. Dlaczego już nie ma sądów, prokuratorów, adwokatów? Na te i wiele innych pytań niestety nie dostajemy odpowiedzi. Autorka zamiast wykreować nowy, ciekawy świat za bardzo skupiła się na głównym problemie. Nie wiemy dlaczego w XXI wieku to wielkie miasto podzieliło się na dzielnicę biedoty i oazy bogatych. Co się stało z klasą średnią? Czy była jakaś wojna? Kataklizm? Bardzo mi tego wszystkiego zabrakło. Powiem szczerze: obudziłam się w świecie, w którym smsy ludzi ważą o losach innych. Przeskok ten był dla mnie zupełnie niezrozumiały. Zabrakło mi tutaj wytłumaczenia. Mogę zrozumieć ideę wprowadzenia powszechnego głosowania i skazywania ludzi. Jednak dotyczyłoby to tylko tych, którzy popełnili najcięższe zbrodnie. A co z tymi, którzy po prostu kradną czy niszczą mienie? Z tymi, którzy wcześniej dostaliby zawiasy bądź niski wymiar kary? W państwie w którym nie mą władzy sądowniczej ludzie nie popełniają wykroczeń? Od razu się mordują? Ten aspekt był w książce pominięty. A ja bardzo chciałabym wiedzieć. Nawet będąc mordercą, nie mamy prawa do obrony? Gdzie jest proces? Gdzie zbieranie śladów? Czy działa jeszcze prokuratura? Policja? Brak wytłumaczenia sprawia, że książka jest po prostu niewiarygodna, ale ja jako czytelnik bardzo ale to bardzo chciałam w nią wierzyć.

W książce jest kilku głównych bohaterów, których niestety nie udaje nam się poznać. Wydaje mi się że winę za to ponosi wybrany przez autorkę sposób narracji. Zaczynamy od narracji w pierwszej osobie, by potem wcielić się w narratora wszystkowiedzącego a skończywszy na widzeniu świata z drugiego planu. Te przeskoki wprowadzają chaos, w którym ciężko nam się odnaleźć. Te ciągłe zmiany prowadzenia narracji zamiast przybliżyć nam bohaterów, oddalają nas od nich. Niby powinniśmy widzieć wszystko z szerszej perspektywy a tak naprawdę dostajemy mnóstwu powtórzeń z tego samego punktu widzenia. I tu kolejny raz na pierwszy plan wybija się główny wątek fabuły, którym jest udowodnienie światu, że Martha jest niewinna i zostanie skazana za coś czego nie popełniła. Na dobrą sprawę (oprócz kilku fragmentów) nie dowiadujemy się co się dzieje w głowie jej i ani co czują członkowie jej rodziny czy bliscy. 7 dni dzieli ją od posadzenia na krześle elektrycznym jednak brakuje tutaj jakichkolwiek emocji, wszystko jest wykalkulowane, obliczone. Niech się dzieje co się chce. Niby jest wątek miłosny, jednak nie wydaje się wiarygodny, może wszystko to przez specyficzny język jakim napisana jest książka? Ale o tym za chwilkę. Wydawało mi się, że każdy bohater z góry wiedział co się stanie. Z kart książki wprost bije smutek i zrezygnowanie, a nasi bohaterowie zamiast działać ruszają się jak muchy w smole czekając na ostatnią chwilę. Owszem w pewien sposób buduje to napięcie jednak również męczy czytelnika. Przyznam się, że wielokrotnie miałam ochotę po prostu przewrócić kartki na ostatnią stronę i przeczytać samo zakończenie.

Wracając do języka, którym napisana jest powieść. Sama forma którą wybrała autorka jest dla mnie zaskakująca, ale przyznam że dzięki temu wyborowi powieść na pewno należy do tych od których nie da się oderwać. Rozdziały są krótkie, część jest napisana w formie nietypowego dramatu- relacji ze studia telewizyjnego. Wprost doskonała z niego relacja. nie mamy tutaj zbędnych opisów, których mi niestety troszkę brakowało, główną rolę grają dialogi. 
Jest to powieść, której brak jakiegokolwiek kolorytu, ale w tym przypadku zadziałało to na plus. Czerń, szarość i biel to kolory, które są motywem głównym. Oprócz zmieniających się sukienek prowadzącej program, zielonego groszku na talerzu skazanej i pomarańczowych zachodów słońca z przeszłości nie mamy tutaj innych kolorów. Piękne zagranie, rodem z komiksów Marvela. W końcu nowy świat nie jest ani barwny ani radosny, więc dlaczego mamy go kolorować? Te czernie i szarości budowały swoisty kontrast między dialogami o obrazem z którym mamy do czynienia. Większa część powieści toczy się w studiu telewizyjnym gdzie zdawana jest relacja z ostatnich siedmiu dni skazanej. Jest to swojego rodzaju reality show gdzie widzowie mają bezpośredni wpływ na jej losy. Jak w każdym programie tego typu liczy się jak największa oglądalność a program ma dostarczać widzom rozrywki. Wszystko tu jest proste zabawne i przesadzone, kontrastuje z szarością otoczenia.

Książka, nie wiem czy jest to efekt zamierzony, ukazuje metaforę współczesnego społeczeństwa. Społeczeństwa w którym zanikają ideały. Ludzie chcą tylko wina i igrzysk. Można by pomyśleć, że reality show gdzie skazujemy na śmierć jest czymś nie do wyobrażenia. Ale czy oby na pewno? Czy nie stajemy się coraz bardziej zacofani i krwiożerczy? Czy telewizja i internet nie karmi nas coraz bardziej brutalnymi obrazami. A media, które mają uczyć i rozwijać światopogląd serwują nam trudną do strawienia papkę w rodzaju "Trudnych Spraw"? Moim zdaniem ta książka niesie swoistą przestrogę, oby tylko każdy potrafił ją odczytać. 

"Cela 7" ma wiele wad, nie wszystkie z nich udało mi się wymienić, jednak pomimo tego czerpałam niesamowitą przyjemność z jej lektury. Uważam, że jest to dość udany debiut literacki i większość czytelników nie będzie zawiedzionych. Polecam ją szczególnie młodszym ludziom, którzy moim zdaniem sporo się z niej nauczą.