"Dziewczyna z Bostonu" Anita Diamant
Tytuł : „Dziewczyna z
Bostonu”
Autor : Anita Diamant
Rok wydania : 2016
Wydawnictwo : WAB
Tytuł oryginału : The
Boston Girl
Liczba stron : 352
Nuda w
Bostonie
Wciąż
pod wrażeniem „Czerwonego namiotu” , który przeczytałam już
jakiś czas temu, jak tylko zobaczyłam w księgarni najnowszą
książkę Anity Diamant, wprost nie mogłam się doczekać aż
zagłębię się w jej lekturze. Poprzednie książki oraz artykuły
autorki były dobrym przykładem literatury feministycznej. Świetnie
napisane, zmuszające do myślenia perełki literatury. Już od
pierwszych stron wiedziałam, że „Dziewczyna z Bostonu” nie
wytrzyma krytyki. Laicki, dziecinny język, brak fabuły, nieciekawe
postaci wszystko to złożyło się na dość przeciętną powieść,
której wydanie możemy zawdzięczać tylko i wyłącznie sławie
autorki.
Rodzice
Addie Baum wyemigrowali do Stanów zjednoczonych w ostatnich latach
XIX wieku. Nasza młoda bohaterka urodziła się już w Ameryce. Los
emigrantów w tamtych czasach był niezwykle ciężki. Problemy ze
znalezieniem pracy, niskie zarobki w połączeniu z wysokimi
czynszami, wszystko to sprawiło, że dwie starsze siostry Addie już
jako nastoletnie dziewczynki były zmuszone do podjęcia pracy
zarobkowej. Dziewczynce , szczęśliwym zrządzeniem losu zostało to
oszczędzone, i mogła pójść do szkoły. Dzięki sobotnim kółkom
czytelniczym, na które uczęszczała poznała osoby, dzięki którym
w dorosłym życiu mogła zrobić karierę.
Jako,
że sama jestem emigrantką lubię czasem poczytać o ludziach,
których los zmusił do opuszczenia swojego kraju urodzenia. Jednak
powiem wam jak najłatwiej zepsuć książkę. Po pierwsze wybór
postaci. Zupełnie nie wiem dlaczego większość autorów upiera się
na Żydów. Temat nieco wyświechtany, szczególnie jeśli mamy do
czynienia z młodą , piękną ( a jakże ) żydówką pochodzącą z
biednej polskiej rodziny. Kolejnym gwoździem do trumny jest
uczynienie z tej żydówki pisarki czy dziennikarki. Często się
zastanawiałam co jest takiego fascynującego w tych zawodach, że
większość książkowych emigrantów właśnie taką ścieżkę
kariery wybiera. Czemu nie zostają prawnikami, lekarzami albo
chociaż hydraulikami? Jednym słowem najlepszym sposobem na
zniszczenie książki jest „powielenie” fabuł dzieł innych
autorów.
Najsłabszą
stroną powieści jest jej fabuła, a konkretnej mówiąc jej brak.
Historia opowiadana jest z perspektywy 85-letniej staruszki, która
opowiada o swoim życiu swojej wnuczce. W przypadku opowieści
poniekąd biograficznych ( choć o postaciach fikcyjnych ) zawsze
oczekuję, że dana osoba ma coś ciekawego do przekazania. Jakieś
tragedie z przeszłości, niezdradzone tajemnice, lub chociażby
karierę tak niesamowitą, że aż żal się nią nie pochwalić.
Tutaj nic takiego nie było. Życie Anny to typowy los amerykańskich
imigrantów. Nie mamy tutaj zbrodni, nie leje się krew, nie ma
tajemnic, nie ma nawet seksu. Po prostu wieje nudą. Na okładce
książki możemy przeczytać „ Jedno życie, w czasie którego
zmieniły się nie do poznania świat i los kobiet”. Czytając to
spodziewałam się, że nasza bohaterka miała jakiś wpływ na te
zmiany, jednak większość czasu autorka poświęca młodości
dziewczyny. Dopiero z ostatnich kilku stron , w bardzo lakonicznej
formie, czytelnik dowiaduje się kim tak naprawdę stała się Addie
.
Ameryka
XX wieku to nie kraina mlekiem i miodem płynąca. Prohibicja,
sieroce pociągi, epidemia grypy, lincze na czarnoskórych tak w
rzeczywistości wyglądała ta ziemia obiecana. Oddam honor autorce ,
że nie starała się wybielić obrazu tego jakże wielkiego kraju.
Jednak zabrakło tutaj dynamiczności. Takie sceny powinny wzbudzać
w czytelniku uczucia strachu, współczucia. Powinniśmy płakać
rzewnymi łzami nad niesprawiedliwością. Chociaż bardzo się
starałam nie uroniłam ani jednej łzy. Spokojnie mogłam zajadać
biszkopty czytając o ukrzyżowanych czarnoskórych, umierających
dzieciach , ofiarach wojen światowych , konkretniej pierwszej bo o
drugiej nie było nawet wzmianki. Doskonałym przykładem tego braku
demoniczności była scena, kiedy jeden z bohaterów został zabity
siekierą by w kolejnej scenie poniekąd sprawczynie tego linczu
mogły spokojnie zasiąść do jedzenia szarlotki.
Tutaj
potencjał nie został wykorzystany. A przecież tyle mogło zostać
napisane. Był to czas rodzących się w Stanach ruchów na rzecz
zmian, rodziła się sprawiedliwość społeczna.
Powodem
tego, że książka nie wzbudziła we mnie żadnych emocji był
zapewne styl jakim została napisana. Przyzwyczajona do liryczności
prozy autorki, do stylu który zmusza czytelnika do przemyśleń,
byłam bardzo zaskoczona, kiedy dostałam powieść napisaną
językiem nastolatki. Prosty styl, mało skomplikowane słownictwo i
gramatyka. Wstyd mi było, że spod pióra tak znakomitej pisarki
wyszło tak marne dzieło.

Mam
nadzieję szybko zapomnieć o tej książce, i wymazać ją z dorobku
jednej z moich ulubionych autorek. Nadal z niecierpliwością czekam
na jej kolejne powieści, które mam nadzieję zetrą z moich ust
niesmak jaki pozostawiła po sobie ta jakże gorzka potrawa.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz