czwartek, 9 marca 2017

"Światło między oceanami" M.L Stedman

Tytuł : "Światło między oceanami"
Autor : M.L Stedman
Wydawnictwo : Albatros
Rok wydania : 2016
Liczba stron : 432
Tytuł oryginału : The Light Between Oceans








 Latarnia głupoty




Powiem szczerze : jestem bardzo zaskoczona wysokimi notami, które otrzymała ta powieść. Jak na literaturę historyczno obyczajową na tle innych powieści tego gatunku wypada dość kiepsko : zbyt sentymentalnie, za bardzo melodramatycznie , czasem groteskowo a w większości po prostu blado i nudno. Co prawda udało mi się ją doczytać do końca, jednak nie ze względu na jej wyjątkową treść tylko na brak alternatywy. Jedno wiem na pewno : do kina na pewno się nie udam- mam już przesyt.

Akcja toczy po zakończeniu I Wojny Światowej. Tom Sherbourne wraca z Afryki, gdzie służył w wojku, do domu- do Australii. Pokłócony z ojcem i bratem postanawia rozpocząć nowe życie. Podejmuje decyzję o podjęciu pracy latarnika, na oddalonej o kilka godzin drogi od stałego lądu wysepce Janus Rock. Jedynymi ludźmi z którymi ma styczność jest dwójka marynarzy, którzy raz na trzy miesiące dowożą mu zaopatrzenie. Po roku osamotnienia, Tom odwiedza stały ląd by podpisać kolejny kontrakt - tym razem na stałe. W porcie poznaje młodszą od niego dziewczynę. Młodzi zakochują się w sobie. Isabel już jako żona Toma, wraz z nim przenosi się na wyspę. Jej jedynym marzeniem jest założenie wielkiej rodziny, niestety los jest wyjątkowo niesprawiedliwy. Isabel trzykrotnie udaje się zajść w ciążę jednak za każdym razem traci dziecko.
Pewnego dnia, niespełna parę tygodni po kolejnym poronieniu, na wyspę dociera łódź z martwym mężczyzną , który tuli w ramionach płaczące niemowlę. Isabel bierze dziecko do domu i otacza je opieką, namawia Toma by przez jeden jedyny dzień nie raportował o zdarzeniu swoim przełożonym.

Najsłabszym ogniwem tej powieści są postacie. Mamy tu do czynienia z czymś co nazywam "przechodzącą głupotą". W życiu zazwyczaj bywa tak, że to dorośli uczą się od dzieci, w tym wypadku jest z goła inaczej. Moje pierwsze wrażenie odnośnie Isabel : dziecinna smarkula, która nie wie czego chce od życia. Czy dorosła kobieta kręci się po niebezpiecznym porcie karmiąc mewy? Czy zaczepia mężczyzn i flirtuje z nieznajomymi? Dodam do tego jej wypowiedzi, których po prostu nie dało się czytać, tym sposobem na główną bohaterkę dostajemy wyrwaną z książki dla dzieci rozbisurmanioną nastolatkę. W jednym się tylko pomyliłam. Isabel doskonale wiedziała czego chciała, ba była w stanie dojść do tego po trupach. Jak tylko trafiła na wyspę Janus Rock z niewinnej dziewicy przemieniła się w demona sexu. Miałam wrażenie , że owładnęła nią mania posiadania dziecka, nic innego nie było ważne - stało się to po prostu monotematycznie. Tom chciał z nią rozmawiać , miło spędzać czas, uczyć jak obsługiwać latarnię morska, a ta nic tylko zadzierała spódnicę.
Z początku Tom Sherbourne był postacią, którą dało się polubić. Złamany bohater wojenny, którego męczyły demony przeszłości. Osoba, która odsunęła się od własnej rodziny. Inteligentny, wykształcony samotnik. Wydawało mi się, że jest twardy jak skała. Myślałam, że Isabel przy nim wydorośleje , nabierze troszkę ogłady. Niestety wszystko poszło w zupełnie innym kierunku. Zamiast przełożyć swoją rozpuszczoną żonę przez kolano i wybić jej z głowy różne głupoty, to Tom daje się zapędzić pod pantofel. Z dnia na dzień, kiedy dawał sobą coraz bardziej manipulować, traciłam do niego szacunek. W ogólnym rozliczeniu to on się okazał słaby i głupi.
Kolejni bohaterowie, byli niewiele lepsi. Hannah była postacią duchem, która zamiast działać robiła z siebie wariatkę. Jak już miała to co chciała to zaraz nie mogąc sobie poradzić z konsekwencjami chciała się tego pozbyć. Uwaga spojler : Kiedy małą dziewczynka, wychowana na wyspie przez Isabel wróciła do swojej biologicznej matki, ta o mały włos a by się nie poddała i nie oddała jej z powrotem. A dlaczego? Ponieważ mała tęskniła za Isabel. A czy to takie dziwne? Przez 5 lat jej życia Isabel była jedną z dwóch najbliższych jej osób, całym jej światem. Czy wy byście chcieli oddać swoje dziecko tylko dlatego, że trudno mu się przestawić na nowe realia?
Jedyną pozytywną osobą w całej książce był ojciec Hannah. Paradoksalnie autorka chciała go wykreować na tego złego. Zgorzkniałego i zamkniętego w sobie po śmierci żony samotnika. Bogatego pana, który nie liczy się ze zdaniem innych. Moim zdaniem niezbyt jej to wyszło. Była to jedyna osoba, która tak naprawdę liczyła się z uczuciami dziewczynki a nie myślała tylko i wyłącznie o sobie. Brawo.

Osoby, które lubią wartką akcję nawet w powieściach obyczajowych przestrzegam przed tym tytułem. Tutaj prawdziwa akcja rozpoczyna się dopiero na 169 stronie. Do tego czasu mamy mnóstwo niepotrzebnych retrospekcji, dowiadujemy się jak wyglądało życie na praktycznie bezludnej wyspie oraz poznajemy mnóstwo faktów technicznych z zakresu obsługi latarni morskiej. Mnie osobiście ten temat nie interesuje dlatego po prostu przewracałam strony, lecz jeśli kogoś fascynują latarnie to polecam jak najbardziej, można się sporo dowiedzieć. 
Jednak akcja, która rozpoczęła się na 169 stronie była zbyt melodramatyczna, zbyt przerysowana , jak by autorka chciała przełożyć na papier telenowele. Okropieństwo. Co najbardziej mnie zabolało to fakt, że zamiast skupić się na uczuciach dziewczynki, która moim zdaniem była najbardziej pokrzywdzona, autorka za cel upatrzyła sobie Isabel- cel najgorszy z możliwych. Po koniec książki już się po prostu nie dało tego wszystkiego czytać. Za dużo smutku, za dużo emocji . Może jeśli wszystko to byłoby opowiedziane w pierwszej osobie to byłoby do zniesienia jednak narrator plus dialogi rodem z elementarza? Tego było dla mnie za wiele. Naprawdę miałam ochotę  wtargnąć w tę książkę i walnąć Isabel w twarz.

Stanowczo nie byłą to powieść dla mnie. Niczego się nie nauczyłam , nic nie wyniosłam. Strata czasu