"Martwa natura" Louise Penny

     Wiecie dlaczego thrillery, kryminały czy szeroko pojęta literatura sensacyjna jest moją pasją? Ponieważ w dużej mierze zaspokaja moją potrzebę porządku. Lubię wiedzieć, że winnym zostanie wymierzona kara, ofiarom sprawiedliwość a świat stanie się choć w jednym procencie lepszy. Oglądając telewizję coraz częściej dostrzegam ogrom nierozwiązanych spraw, wyobrażam sobie liczbę przestępców chodzących po naszych ulicach i zdaję sobie sprawę, że żyję w realiach nierozwiązanych zagadek i brutalnych zbrodni. W książkach ta wizja jest o tyle lepsza, że na ostatniej stronie poznaję winnego, w życiu często nie. "Martwa natura" nie dość, że zaspokoiła moją potrzebę porządku i wewnętrznej równowagi to jeszcze zabrała mnie w świat kryminałów Noir, znanych z powieści Agathy Christie czy Arthur Conan Doyle, klaustrofobicznych, swojskich powieści sensacyjnych charakteryzujących się nieśpieszną fabułą i ciekawą zagadką. A takie klimaty lubię najbardziej. 

Jane, 76-letnia emerytowana nauczycielka, znaleziona zostaje martwa w lesie. Jej ciało przebite jest strzałą co nasuwa podejrzenia, że kobieta padła ofiarą nieszczęśliwego wypadku podczas polowania. W Three Pines, małej kanadyjskiej miejscowości, nie ma posterunku, więc obywatele zgłaszają się po pomoc do Montrealu. Tamtejszy komisariat wysyła na miejsce Armanda Gamache. Już wkrótce okazuje się, że Jane została zamordowana. Detektyw wraz grupą podwładnych musi rozwikłać zagadkę tej zbrodni.  

Uwielbiam kryminały, których akcja dzieje się w małych, mrocznych, rzekłabym klaustrofobicznych,
miejscowościach, zagubionych pośrodku lasu osadach, gdzie bardziej prawdopodobne jest zobaczenie ducha niż turystę czy zwykłego akwizytora. Lubicie klimaty "Miasteczka Twin Peaks" z jego dziwakami, osobliwościami i martwą Laurą Palmer? Co prawda tutaj nie będzie przerażającego klowna i studni (dobrze zapamiętałam?) jednak galeria postaci jest równie barwna co w serialu Lyncha i Frosta. Nie wiem czy wiecie, że również cały cykl Louise Penny został zekranizowany, w Polsce mogliśmy go obejrzeć pod tytułem "Miasteczko Wayward Pines". Jak to w małych kanadyjskich miejscowościach bywa, mieszkają tam jedynie starsi, często zbzikowani outsiderzy, ludzie szukający spokoju lub ci, którzy pragną przed czymś uciec. Reszta tworzy jedynie tło opowieści, są to osoby, które nie mogą się doczekać by ruszyć na podbój wielkiego świata. Przypuszczam, że Penny  od samego początku wiedziała, że nie skończy się na jednej książce i już w debiucie zalała nas ogromną liczbą postaci. Nie przesadzę jeśli powiem, że co strona musiałam wyciągać rękę na powitanie kogoś nowego. A jak dobrze wiecie, im więcej bohaterów, tym więcej podejrzanych i tym bardziej skomplikowana zagadka. Taki stan rzeczy powinien cieszyć każdego wielbiciela kryminałów. Jednak czy na pewno? Czasami odnosiłam wrażenie, że zamiast do małej, spokojnej miejscowości dostałam się w sam środek rewii osobliwości, gdzie nie obyło się bez powielania stereotypów. Oczywiście, jak chyba wszędzie na świecie, poznajemy tutaj parę gejów prowadzących bar z miejscami noclegowymi, emerytowaną czarnoskórą psycholożkę, która prowadzi przytulną księgarnię, kilku artystów oraz garstkę miejscowych chuliganów. I, jak wszędzie na świecie, Three Pines, nie jest miejscem wolnym od homofobii i rasizmu. Wydawało by się, że osoby wybierające tak odludne miejsca, na swój nowy dom, kierują się poczuciem bezpieczeństwa i nadzieją poczucia przynależności. Niestety Three Pines tego nie oferuje. Tutaj ludzie noszą maski, ukrywają swoje prawdziwe twarze i historie, nawet się nie spostrzeżesz jak ci wbiją nóż w plecy. "Martwa natura" oprócz skomplikowanej zagadki kryminalnej i drobiazgowego policyjnego śledztwa oferuje nam również warstwę obyczajową. Tam gdzie jest wielu bohaterów, tam jest wiele historii. Oczywiście wszystkich nie jesteśmy w stanie poznać w jednym tomie, wręcz możemy odnieść wrażenie, że niektóre tematy zostały jedynie muśnięte, jednak dostajemy wyraźny przekaz że w kolejnych częściach cyklu stopniowo zostaną odkryte kolejne tajemnice. Ponieważ za sprawą ciekawego języka i stylu autorki poczułam emocjonalną więź z naszymi bohaterami, to na kolejne części czekam z niecierpliwością. 

Zdecydowanie jedną z najmocniejszych stron powieści jest sylwetka naszego głównego bohatera Armanda Ganache. Nie dość, że ma cudowne imię i nazwisko, ganache to francuska nazwa na połączenie aksamitnej mieszanki śmietany i czekolady, to jeszcze jego postać jest zbiorem wszystkich tych cech, których poszukuję nie tylko w policjantach ale również w mężczyznach. Jest silny i odważny, śledczy starej daty, którego nie da się oszukać, niezwykle spostrzegawczy, lubiący słuchać innych i szanujący ich zdanie, wnikliwy i konsekwentny i na dodatek wierny swojej żonie. Dzisiejsza literatura kryminalna przyzwyczaiła mnie do detektywów poszkodowanych przez los, alkoholików, rozwodników, byłych żołnierzy cierpiących na PTSD. Przyjemnie jest, tak dla odmiany, poznać kogoś kto jest zadowolony ze swojego życia i potrafi, jak najnormalniejsza pod słońcem osoba, razem z żoną piec crossainty opowiadając o szczegółach i szczególikach śledztwa. Policjant, który kocha swoją żonę i to widać? Jest to widok piękny, bo tak niespotykany. Niestety wraz z osobą tak cudownego detektywa pojawiła się Yvette Nichole, najbardziej denerwująca postać w całej powieści, której mam nadzieję, już nie spotkam w kolejnych częściach. Nie mam pojęcia czy autorka specjalnie wprowadziła młodszą inspektor by namieszać w całej fabule czy po prostu tak wyszło, jednak od momentu kiedy ją poznałam czułam zgrzytanie piasku między zębami i tylko inne postaci łagodziły te nieprzyjemne odczucie. 

Louise Penny pisze w sposób szczególny. Po pierwsze nie boi się opisów. Dialogi pojawiają się jedynie w momentach kiedy następuje ważny zwrot akcji lub podsumowanie dotychczasowych postępów. Nie da się ukryć, że tak opisowy sposób narracji nie przypadnie do gustu części czytelników. Osobiście cenię sobie powieści w których zachowany jest balans pomiędzy opisami a dialogiem więc lektura ta była wyzwaniem dla mojej cierpliwości. Nie da się ukryć, że niektóre fragmenty można było wyciąć bądź skrócić bez zbytniego uszczerbku na zdrowiu książki. Z drugiej strony większy nacisk powinien zostać położony na charakterystykę postaci. Zamiast podeprzeć się stereotypami autorka mogła postawić na oryginalność. 
Akcja "Martwej natury" dzieje się na terenie Quebecku, prowincji gdzie bardzo widoczne są animozje pomiędzy anglo i francusko języczną społecznością. Autorka by ich nie zaogniać a jedynie nakreślić obraz i genezę konfliktu posłużyła się formą humorystyczną. I wyszło to znakomicie. Zresztą humor stanowi bardzo ważny element powieści. Podobnie jak jedzenie. Jedzenie jest wszędzie, wręcz odnosiłam wrażenie, że poznawałam naszych bohaterów przez ich kuchnie. Pokaż mi co jesz a powiem Ci kim jesteś. Również myślistwo, literatura i sztuka doczekały się swoich odnośników. 

"Martwa natura" to powieść dla miłośników kryminałów starej daty, gdzie ważniejsze jest budowanie klimatu niż faktyczne łapanie przestępcy. To literatura dla czytelników, którzy mają czas i cierpliwość, a do tego dobrą pamięć do bohaterów. Sama często przystawałam by pomyśleć : kim, do licha, jest Olivier lub Mary? Jeśli lubicie siedzieć przy kominku i słuchać opowieści o historiach małego miasteczka to jest to książka dla was. I brawa dla tych, którym uda się rozwiązać zagadkę przed czasem. Three Pines to jedna z tych miejscowości gdzie każdy ma coś na sumieniu, każdy jest winny. 


Tytuł : "Martwa matura"
Autor : Louise Penny
Wydawnictwo : Poradnia K
Data wydania : 28 lutego 2018
Liczba stron : 350
Tytuł oryginału : Still Life


Za możliwość przeczytania i zrecenzowania książki serdecznie dziękuję wydawnictwu :
http://sklep.poradniak.pl/
Copyright © 2014 CZYTANKA NA DOBRANOC , Blogger